Mądrość tłumu - Joe Abercrombie

Kup ebooka

51.00 zł
43.35 zł (40,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jak król

- Wiesz co, Tunny?

Lekko prze­krwione oczy kaprala zwró­ciły się w stronę Orso.

- Tak, Wasza Kró­lew­ska Mość?

- Muszę przy­znać, że jestem raczej zado­wo­lony z sie­bie.

Nie­złomny Sztan­dar - biały koń wspięty na tle lśnią­cego zło­tego słońca - łopo­tał na wie­trze. Nie­dawno do listy wyha­fto­wa­nych na nim miejsc sław­nych wik­to­rii, któ­rych był świad­kiem, dołą­czył Stof­fen­beck. Ilu to już Naj­wyż­szych Kró­lów para­do­wało trium­fal­nie pod tym błysz­czą­cym kawał­kiem mate­riału? A teraz - choć dys­po­nu­jący mniej liczną armią, powszech­nie wyśmie­wany i ska­zy­wany na porażkę - dołą­czył do nich Orso, czło­wiek, który prze­obra­ził się z wykpi­wa­nego w pam­fle­tach Księ­cia Pro­sty­tu­tek w nowego Casa­mira niczym cudowny motyl wynu­rza­jący się z cuch­ną­cej poczwarki. Życie dziw­nie się ple­cie, bez dwóch zdań. Zwłasz­cza życie kró­lów.

- Wasza Kró­lew­ska Mość ma pełne prawo, do dia­ska, żeby czuć się zado­wo­lo­nym z sie­bie! - pośpie­szył z zapew­nie­niem lord mar­sza­łek Ruck­sted. Mało kto tak dobrze jak on rozu­miał istotę samo­za­do­wo­le­nia. - Wasza Wyso­kość prze­chy­trzył nie­przy­ja­ciela jesz­cze przed roz­po­czę­ciem bitwy, a potem wziął do nie­woli naj­gor­szego z tych zdraj­ców!

I z zado­wo­le­niem obej­rzał się przez ramię.

Leo dan Brock, wielki boha­ter, dla któ­rego zale­d­wie parę dni wcze­śniej świat wyda­wał się za mały, teraz mie­ścił się w nędz­nym wozie z okra­to­wa­nymi oknami kole­bią­cym się na trak­cie za ple­cami Orso. Inna sprawa, że mniej go było do zmiesz­cze­nia niż daw­niej: jedną jego zma­sa­kro­waną nogę pocho­wali na polu bitwy razem z jego znisz­czoną repu­ta­cją.

- Wasza Kró­lew­ska Mość zatrium­fo­wał - zapisz­czał Bre­mer dan Gorst i zaraz się zamknął, wodząc posęp­nym wzro­kiem po coraz bliż­szych wie­żach i komi­nach Adui.

- Rze­czy­wi­ście, zatrium­fo­wa­łem. - Nie­wy­mu­szony uśmiech sam z sie­bie wypły­nął na twarz króla. Orso nie pamię­tał, kiedy ostat­nio zda­rzyło mu się coś takiego. - Młody Lew pobity przez Młode Jagnię. - Nawet ubra­nie leżało na nim lepiej niż przed bitwą. Podra­pał się po pod­bródku: w ogól­nym pod­nie­ce­niu od paru dni się nie golił. - Może powi­nie­nem zapu­ścić brodę?

Hildi zsu­nęła przy­dużą czapkę na tył głowy i z powąt­pie­wa­niem przyj­rzała się szcze­ci­nie na jego policz­kach.

- A dasz radę? - zapy­tała.

- Przy­znaję, w prze­szło­ści kil­ka­krot­nie mi się to nie udało, ale to samo można powie­dzieć o wielu innych rze­czach, Hildi. Przy­szłość to zupeł­nie co innego!

Chyba po raz pierw­szy w życiu z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał na to, co przy­nie­sie mu przy­szłość - ba, był wręcz gotowy wziąć się z tą suką za bary i narzu­cić jej pożą­dany kształt. Zosta­wił więc lorda mar­szałka Fore­sta zaję­tego nada­wa­niem jako takiego szyku poobi­ja­nej Dywi­zji Następcy Tronu i na czele setki zbroj­nych ruszył przo­dem do Adui. Musiał wró­cić do sto­licy i przywró­cić pań­stwową nawę na wła­ściwy kurs. Bun­tow­nicy zostali zmiaż­dżeni, mógł więc wresz­cie wyru­szyć w dawno pla­no­wany wielki objazd Unii i poka­zać się pod­da­nym jako zwy­cię­ski monar­cha. Dowie się, co może dla nich zro­bić; jak popra­wić ich los. Zasta­na­wiał się z roz­ma­rze­niem, jaki przy­do­mek nada mu roz­en­tu­zja­zmo­wany, wiel­biący go tłum. Orso Nie­złomny? Orso Nie­ustra­szony? Nie­wzru­szony Mur Stof­fen­becku?

Sie­dział w sio­dle, koły­sząc się lekko, i roz­ko­szo­wał się rześ­kim jesien­nym powie­trzem. Pół­nocny wiatr zwie­wał adu­eń­skie wyziewy nad morze, więc głę­boki wdech nie koń­czył się natych­mia­sto­wym ata­kiem kaszlu.

- Naresz­cie rozu­miem, co ma na myśli ktoś, kto mówi, że czuje się jak król.

- Nie przej­muj się tym - uspo­koił go Tunny. - Jestem prze­ko­nany, że ani się obej­rzysz, jak znów poczu­jesz się zagu­biony i bez­radny.

- Z pew­no­ścią.

Orso nie mógł się powstrzy­mać: jesz­cze raz obej­rzał się na tyły kolumny. Ranny lord guber­na­tor Anglandu nie był ich jedy­nym waż­nym jeń­cem. Za więź­niarką Mło­dego Lwa tur­ko­tał pil­nie strze­żony powóz, któ­rym podró­żo­wała jego cię­żarna mał­żonka Savine. Czy to jej blada dłoń zaci­skała się na półeczce pod oknem? Skrzy­wił się na samo wspo­mnie­nie jej imie­nia. Kiedy jedyna kobieta, jaką w życiu poko­chał, wyszła za innego, a potem go zdra­dziła, lubił sobie wyobra­żać, że gorzej już się poczuć nie może. A potem się dowie­dział, że jest jego przy­rod­nią sio­strą.

Smród bijący ze stło­czo­nych na przed­mu­rzu Adui slum­sów raczej wzmógł, niż osła­bił, wzbie­ra­jące mu w gar­dle mdło­ści. Wyobra­żał sobie uśmiech­nię­tych oby­wa­teli, pie­go­wate dzieci wyma­chu­jące cho­rą­giew­kami Unii, deszcz pach­ną­cych płat­ków kwia­tów sypany przez sto­jące na bal­ko­nach pięk­no­ści. Zawsze krę­cił nosem na tego typu patrio­tyczne bzdury, gdy honory odbie­rali inni zwy­cięzcy, teraz jed­nak chciał zostać jed­nym z nich. Tym­cza­sem przy­cza­jone w pół­mroku ciemne postaci łypały na niego spode łba, ogry­za­jąca kurzą nóżkę ladacz­nica stała w oknie i śmiała się z niego, a wybit­nie paskudny żebrak bez­czel­nie splu­nął pod kopyta kró­lew­skiego konia.

- Mal­kon­tenci zawsze się znajdą, Wasza Kró­lew­ska Mość - mruk­nął Yoru Sul­fur. - Wystar­czy zapy­tać mojego mistrza, któ­remu nikt ni­gdy nie dzię­kuje za wytę­żoną pracę.

- Mhm - przy­tak­nął Orso, cho­ciaż, o ile go pamięć nie myliła, to aku­rat Bay­aza wszy­scy trak­to­wali ze słu­żal­czym wręcz sza­cun­kiem. - I jakie lekar­stwo ma na to twój mistrz?

- Igno­ro­wać ich. - Sul­fur z bez­na­mięt­nym wyra­zem twa­rzy obser­wo­wał miesz­kań­ców slum­sów. - Jak mrówki.

- Słusz­nie. Nie pozwólmy, by popsuli nam trium­falny nastrój.

Na to było już jed­nak ciut za późno. Wiatr nagle wydał się zim­niej­szy, a Orso poczuł zna­jome nie­po­ko­jące mro­wie­nie na karku.

***

W pojeź­dzie zro­biło się ciem­niej, tur­kot kół poniósł się głu­chym echem. Przez zakra­to­wane okienko Leo zoba­czył bloki kutego kamie­nia i domy­ślił się, że wjeż­dżają do Adui przez jedną z bram. Marzył mu się wjazd do sto­licy na czele trium­fal­nego pochodu, tym­cza­sem wra­cał zamknięty w więź­niarce cuch­ną­cej zle­żałą słomą, krwią z ran i wsty­dem.

Wozem szarp­nęło, ból prze­szył kikut nogi Leo i wyci­snął mu łzy z zaczer­wie­nio­nych oczu. Pomy­ślał o tym, ilu atu­tów sam się pozba­wił, jak wielką prze­wagę roz­trwo­nił, w jakie pułapki się wpa­ko­wał... Był skoń­czo­nym głup­cem.

Gdy tylko papla­nina Ishera zaczęła trą­cić bun­tem, trzeba było powie­dzieć temu zdra­dli­wemu tchó­rzowi, żeby się odpier­do­lił. Albo jesz­cze lepiej: pójść z tym pro­sto do Kulasa i o wszyst­kim mu powie­dzieć. Wtedy dalej byłby naj­słyn­niej­szym boha­te­rem w dzie­jach Unii, wodzem, który pobił Wiel­kiego Wilka! A nie bła­znem poko­na­nym przez Młode Jagnię.

Trzeba było scho­wać dumę w kie­szeń w roz­mo­wie z kró­lem Jappo, schle­biać mu, flir­to­wać, zgry­wać dyplo­matę, z uśmie­chem zaofe­ro­wać mu Zachodni Port, wymie­nić ten bez­war­to­ściowy zrzy­nek Unii na całą resztę i lądo­wać w Mid­der­lan­dzie w asy­ście sty­ryj­skiego kor­pusu.

Trzeba było wziąć matkę ze sobą. Na wspo­mnie­nie jej bła­gań w por­cie miał ochotę rwać włosy z głowy. Narzu­ci­łaby dys­cy­plinę tej zbie­ra­ni­nie na plaży, ogar­nęła mapę chłod­nym spoj­rze­niem i skie­ro­wała woj­sko na połu­dnie - wtedy pierw­sza dotar­łaby do Stof­fen­becku i wcią­gnęła nie­przy­ja­ciela w bitwę, któ­rej nie mógłby wygrać.

Trzeba było posłać odpo­wiedź na zapro­sze­nie Orso na czubku lancy, zaata­ko­wać wszyst­kimi siłami przed zacho­dem słońca, zmieść kłam­li­wego skur­wiela z dogod­nej pozy­cji na wznie­sie­niu i roz­bić posiłki, które przy­szły mu z pomocą.

Nawet kiedy lewe skrzy­dło jego szyku zawio­dło, a prawe się zała­mało, wciąż mógł jesz­cze odwo­łać tę ostat­nią szarżę. Przy­naj­mniej nie stra­ciłby Antaupa i Jina. Nie stra­ciłby ręki i nogi. Może Savine zdo­ła­łaby wyne­go­cjo­wać jakiś układ; była prze­cież dawną kró­lew­ską kochanką - a sądząc po tym, co widział pod­czas swo­jej egze­ku­cji, praw­do­po­dob­nie także obecną. Nawet nie mógł mieć o to do niej pre­ten­sji. Ura­to­wała mu prze­cież życie, prawda? Cokol­wiek było teraz warte...

Był więź­niem. Zdrajcą. Kaleką.

Wóz zwol­nił i led­wie posu­wał się naprzód, tele­piąc się na wszyst­kie strony. Skądś z przodu dobie­gły głosy, śpiewy, wyzwi­ska... Wierni pod­dani króla Orso wyle­gli na ulice, żeby świę­to­wać zwy­cię­stwo? Nie brzmiało to jak uro­czy­ste powi­ta­nie.

Daw­niej krąg szer­mier­czy był dla Leo dan Brocka par­kie­tem tanecz­nym - teraz męczar­nią stało się choćby wypro­sto­wa­nie i obcią­że­nie oca­la­łej nogi, żeby mógł zdrową ręką zła­pać się krat w oknie i pod­cią­gnąć do pozy­cji sto­ją­cej. Zanim poczuł na twa­rzy chłodny podmuch wia­tru i, mru­żąc oczy, wyj­rzał na ulicę zasłaną kłę­bami dymu z huty, więź­niarka znie­ru­cho­miała.

Ude­rzyły go oso­bliwe szcze­góły: potrza­skane skle­powe żalu­zje, wyła­mane drzwi zwie­sza­jące się koślawo z zawia­sów, śmieci na ulicy. W pierw­szym momen­cie wziął stertę szmat we wnęce drzwi za śpią­cego włó­częgę, by chwilę potem, z uczu­ciem nara­sta­ją­cego nie­po­koju, przy któ­rym zbladł nawet ból, dojść do wnio­sku, że ten czło­wiek chyba nie żyje.

- Na pamięć pole­głych... - wyszep­tał.

Zoba­czył spa­lony maga­zyn, któ­rego zwę­glone kro­kwie ster­czały jak żebra tru­chła obje­dzo­nego z mięsa. Wyma­lo­wane na osmo­lo­nej fasa­dzie wyso­kie na trzy kroki litery obwiesz­czały: Czas nad­szedł.

Przy­ci­snął twarz do prę­tów, pró­bu­jąc zer­k­nąć w głąb ulicy. Za ofi­ce­rami, dwo­rza­nami i dosia­da­ją­cymi pode­ner­wo­wa­nych koni żoł­nie­rzami kor­pusu rycer­skiego zoba­czył tłum stło­czony przed naje­żo­nym kol­cami murem. Trans­pa­renty powie­wały nad gło­wami jak sztan­dary nad puł­kiem woj­ska: Uczciwa praca, godna płaca; Precz z Zamkniętą Radą; Powstań­cie! Tłum już kie­ro­wał się ku kró­lew­skiej kolum­nie, tęt­nił posęp­nym gnie­wem, buczał, szy­dził... Czy to Destruk­to­rzy?

- Na pamięć pole­głych - powtó­rzył szep­tem.

Dostrzegł ludzi także w głębi bocz­nej uliczki, nosili robot­ni­cze ubra­nia i zaci­skali pię­ści. Bie­gli. Gonili kogoś. Dopa­dli go, zaczęli bić i kopać.

- Z drogi! - dobie­gło z przodu dono­śne wezwa­nie. Pew­nie Ruck­sted. - Z drogi, w imie­niu Jego Kró­lew­skiej Mości!

- Wal się! - wark­nął męż­czy­zna bez szyi, za to z gęstą brodą. - Sam zejdź nam z drogi!

Ludzie prze­są­czali się na ulicę z zauł­ków i podwó­rek. Nasi­lało się nie­po­ko­jące wra­że­nie, że kró­lew­ski oddział znaj­duje się w okrą­że­niu.

- To Młody Lew! - zawo­łał ktoś.

Roz­le­gły się cher­lawe wiwaty. Zdrowa noga Leo (która zale­d­wie parę dni wcze­śniej była jego chorą nogą) paliła go żywym ogniem, ale kur­czowo trzy­mał się kraty. Ciżba wokół więź­niarki gęst­niała, ludzie wycią­gali ku niemu ręce.

- Młody Lew!

***

Bez­radna Savine patrzyła przez okno powozu, jak zbiry tło­czą się wokół więź­niarki Leo niczym świ­nie przy kory­cie. Jedną ręką pod­trzy­my­wała nabrzmiałe brzu­szy­sko, w dru­giej ści­skała dłoń Zuri. Nie umia­łaby powie­dzieć, czy chcą go uwol­nić, czy zamor­do­wać. Naj­praw­do­po­dob­niej oni też tego nie wie­dzieli.

Zdała sobie sprawę, że nie pamięta już, jak to jest nie czuć stra­chu.

Zaczęło się praw­do­po­dob­nie od strajku. Znała wszyst­kie fabryki w Adui - to była papier­nia Fossa dan Har­bera, w którą zain­we­sto­wa­nia dwu­krot­nie odmó­wiła. Per­spek­tywy zysków były wpraw­dzie kuszące, ale Har­ber miał fatalną repu­ta­cję; był okrut­ni­kiem i wyzy­ski­wa­czem, przez któ­rego inni fabry­kanci nie mogli nale­ży­cie wyko­rzy­sty­wać swo­jej siły robo­czej. Zaczęło się praw­do­po­dob­nie od strajku, który - jak to czę­sto bywa ze straj­kami - bar­dzo szybko prze­ro­dził się w coś znacz­nie paskud­niej­szego.

- Cof­nąć się! - wykrzyk­nął młody ofi­cer, sma­ga­jąc robot­ni­ków szpi­crutą.

Konny straż­nik zła­pał jed­nego męż­czy­znę za rękę i odcią­gnął, dru­giego zdzie­lił tar­czą w głowę. Ten drugi upadł, zalśniła krew.

Savine zaparło dech w piersi. Oczy jej się roz­sze­rzyły.

Ofi­cer, ude­rzony przez kogoś kijem, zachwiał się w sio­dle.

- Cze­kaj­cie! - zawo­łał ktoś. Być może Orso, pomy­ślała Savine. - Cze­kaj­cie!

To jed­nak niczego nie zmie­niło. Naj­wyż­szy Król Unii nagle stał się tak samo bez­radny jak ona. Tłum napie­rał ze wszyst­kich stron, morze wście­kłych twa­rzy, trans­pa­ren­tów i zaci­śnię­tych pię­ści. Zgiełk przy­wiódł jej na myśl Val­beck i tam­tej­sze powsta­nie, ale okropna teraź­niej­szość była wystar­cza­jąco prze­ra­ża­jąca i bez się­ga­nia w straszną prze­szłość.

W ulicę wje­chali kolejni żoł­nie­rze. Ktoś krzyk­nął, stra­to­wany przez konia.

- Łaj­daki!

Cichy szczęk: ktoś dobył broni.

- Chro­nić króla! - roz­legł się piskliwy krzyk Gor­sta.

Jeden ze straż­ni­ków naj­pierw ude­rzył gło­wicą mie­cza, a potem pła­zem ostrza zrzu­cił robot­ni­kowi czapkę z głowy i powa­lił go na bruk. Inny - żoł­nierz kor­pusu rycer­skiego - nie był taki deli­katny: błysk stali, wysoki krzyk. Tym razem Savine widziała, jak miecz opadł i wyrą­bał zie­jącą ranę w barku cywila.

Pod­sko­czyła, gdy coś ude­rzyło z impe­tem o ścianę powozu.

- Boże, dopo­móż - mruk­nęła Zuri.

- Serio? - Savine spoj­rzała na nią z nie­do­wie­rza­niem. - Pomógł ci kie­dyś?

- Nie tracę nadziei. - Zuri objęła ją opie­kuń­czym gestem. - Odsuń się od okna...

- I dokąd mam pójść? - szep­nęła Savine, oparł­szy się o nią.

Po dru­giej stro­nie szyby zapa­no­wał chaos. Straż­nik na koniu i kobieta o zaczer­wie­nio­nej twa­rzy wyry­wali sobie z rąk jeden koniec trans­pa­rentu z napi­sem Wszy­scy równi, któ­rego druga koń­cówka ginęła w splą­ta­nej masie koń­czyn i twa­rzy. Żoł­nierz kor­pusu rycer­skiego, ścią­gnięty z sio­dła, prze­padł w tłu­mie jak mary­narz w odmę­tach wzbu­rzo­nego morza. Robot­nicy byli wszę­dzie, roz­py­chali się, wci­skali pomię­dzy konie, łapali, wrzesz­czeli.

Trza­snęło roz­bite okno powozu i obsy­pana odłam­kami szkła Savine odsko­czyła w tył.

- Zdrajcy! - krzyk­nął ktoś.

To o niej? O Leo? Czy­jaś zgięta w łok­ciu ręka się­gnęła do środka, brudna dłoń po omacku szu­kała zasuwki. Savine nie­po­rad­nie ude­rzyła w nią bokiem zaci­śnię­tej pię­ści. Nie była pewna, czy lepiej zostać wywle­czo­nym z powozu przez tłum, czy cze­kać, aż inkwi­zy­cja zacią­gnie ją do Domu Pytań.

Zuri pró­bo­wała sta­nąć na nogi, kiedy za oknem coś bły­snęło. Kro­ple na policzku Savine. Czer­wone kropki na sukni. Pcha­jąca się do powozu ręka ześli­znęła się z powro­tem.

Ulica eks­plo­do­wała ogniem. Savine sku­liła się, obu­rącz obej­mu­jąc brzuch. Ból prze­szył jej trze­wia.

" Boże, dopo­móż" - poru­szyła bez­gło­śnie ustami. Czyżby miała zacząć rodzić tu i teraz, w środku zamie­szek, na zasła­nej szkłem pod­ło­dze powozu?

- Wy skur­wy­syny!

Olbrzym w far­tu­chu zła­pał wodze konia tej blon­dynki, którą Orso zatrud­niał w roli oso­bi­stej słu­żą­cej, tej samej, która - tysiąc lat temu - prze­no­siła liściki od niego do Savine i z powro­tem. Trzy­mał ją za nogę, a ona wierz­gała, kopała, pluła i war­czała. Orso zawró­cił konia i zaczął tłuc olbrzyma pię­ścią po łysie­ją­cej gło­wie. Ten go zła­pał i spró­bo­wał ścią­gnąć z sio­dła.

- Wy...

Jego czaszka roz­pę­kła się na dwoje. Blu­znęła czer­wień. Savine wytrzesz­czyła oczy. Mogłaby przy­siąc, że ten cały Sul­fur pla­snął męż­czy­znę otwartą dło­nią w skroń i pra­wie ode­rwał mu głowę.

Przed oknem prze­je­chał Gorst, szcze­rząc zęby i sie­kąc wście­kle mie­czem na obie strony.

- Król! - wołał piskli­wie. - Król!

- Do Agriontu! - krzyk­nął ktoś. - Nie zatrzy­muj­cie się!

Powóz ruszył z szarp­nię­ciem. Savine byłaby spa­dła z sie­dze­nia, gdyby Zuri jej nie zła­pała. Kur­czowo ucze­piła się pustej ramy okien­nej i przy­gry­zła wargę, czu­jąc kolejny spazm bólu w napęcz­nia­łym brzu­chu. Patrzyła, jak tłum roz­pra­sza się przed powo­zem, sły­szała krzyki zgrozy. Jakieś ciało zato­czyło się w bok zaha­czone rogiem pojazdu, odbiło od drzwi i wpa­dło pod kopyta konia ryce­rza herolda. Pasmo blond wło­sów zaha­czyło o ster­czące z okien­nej ramy resztki szkła.

Koła pod­sko­czyły na stra­to­wa­nym trans­pa­ren­cie, prze­tur­ko­tały po kle­ją­cych się do wil­got­nej nawierzchni pam­fle­tach. Więź­niarka pędziła przo­dem, krze­sząc iskry z bruku. Wszę­dzie było pełno obłą­ka­nych ze stra­chu koni, powie­wa­ją­cych grzyw, trze­po­czą­cych uprzęży. Coś ude­rzyło meta­licz­nie w drugą ścianę powozu i zaraz zostało z tyłu wraz z papier­nią Har­bera i jej burzą­cymi się pra­cow­ni­kami.

Przez wybite okno zawie­wał zimny wiatr. Serce Savine waliło jak mło­tem, dłoń znie­ru­cho­miała na półeczce, twarz pło­nęła rumień­cem, jakby ją spo­licz­ko­wano. Jak Zuri była w sta­nie zacho­wać spo­kój? Jej twarz niczego nie wyra­żała, jed­nym ramie­niem obej­mo­wała Savine. Dziecko kopało nie­spo­koj­nie, czułe na szarp­nię­cia i pod­skoki powozu. Przy­naj­mniej żyło. Żyło.

Za oknem lord szam­be­lan Hoff kur­czowo trzy­mał wodze, urzę­dowy łań­cuch zaplą­tał mu się i zaci­snął wokół szyi. Pod­sta­rzały siwo­włosy kró­lew­ski cho­rąży ści­skał drzewce sztan­daru, słońce Unii pły­nęło nad nimi w górze. Na zło­to­gło­wiu wid­niała tłu­sta plama.

Ulice prze­my­kały w tył, tak bar­dzo zna­jome, tak bar­dzo obce. Kie­dyś miała mia­sto u swo­ich stóp. Nikogo innego tak nie podzi­wiano, nikomu tak nie zazdrosz­czono, nikogo też tak nie nie­na­wi­dzono - co zresztą zawsze trak­to­wała jako jedyny naprawdę szczery kom­ple­ment. Mijali w pędzie budynki: nie­które z nich znała, nie­które nawet były jej wła­sno­ścią. Daw­niej.

Bo teraz wszystko prze­pa­dło.

Zaci­snęła kur­czowo powieki. Nie pamię­tała już, jak to jest nie czuć stra­chu.

Pamię­tała, jak przy­jęła od Leo pier­ścio­nek zarę­czy­nowy; w dole roz­po­ście­rał się cały Agriont wraz ze wszyst­kimi swo­imi małymi miesz­kań­cami. Przy­szłość nale­żała do nich dwojga. Jak to moż­liwe, że tak cał­ko­wi­cie się uni­ce­stwili? Jego lek­ko­myśl­ność ani jej ambi­cja z osobna by nie wystar­czyły, ale jak dwa związki che­miczne, które w poje­dynkę są zale­d­wie lekko tru­jące, po połą­cze­niu wytwo­rzyli nie­sta­bilny śro­dek wybu­chowy, który zmiótł ich życie i życie tysięcy ludzi pro­sto do pie­kła.

Zaban­da­żo­wane roz­cię­cie na ogo­lo­nej gło­wie swę­działo bez prze­rwy. Byłoby chyba lepiej, gdyby kawał metalu, który ją dra­snął, prze­le­ciał odro­binę niżej i po pro­stu roz­łu­pał czaszkę.

- Zwol­nić! - Piskliwy okrzyk Gor­sta. - Zwol­nić!

Wjeż­dżali do Agriontu po jed­nym z mostów, przed nimi maja­czyły potężne mury. Kie­dyś czuła się wśród nich bez­piecz­nie jak w obję­ciach rodzi­ców, teraz wyglą­dały jak mury wię­zie­nia. Nie, nie wyglą­dały: naprawdę nimi były. Pętla ze sznura wciąż zaci­skała się zarówno na jej szyi, jak i na szyi Leo.

Po tym, jak spro­wa­dzili go z sza­fotu, zmie­niła mu opa­tru­nek na nodze; wyda­wało się, że to wła­ściwe, coś, co żona może zro­bić dla ran­nego męża - zwłasz­cza gdy wal­nie przy­czy­niła się do jego zra­nie­nia. Myślała, że jest silna, sły­nęła prze­cież ze swo­jej bez­dusz­no­ści, ale kiedy odwi­jała ban­daże, jakby doko­ny­wała cze­goś w rodzaju obrzy­dli­wego strip­tizu, zmie­niały kolor: z upstrzo­nych bru­nat­nymi pla­mami stały się naj­pierw różowe, potem czarne. W końcu odsło­niła kikut: nie­po­radne, kostro­pate szwy, kosz­mar każ­dej kraw­co­wej, fio­le­towo-czer­wone i pła­czące ropą; maka­bryczna, upiorna, nie­rze­czy­wi­sta pustka w miej­scu, w któ­rym powinna być noga; i ten smród jak z jatki, pod­lany wonią taniego alko­holu. Zakryła dło­nią usta. Nie zamie­nili ani słowa, ale kiedy spoj­rzała mu w oczy, dostrze­gła odbitą w nich wła­sną zgrozę.

Zaraz potem straż­nicy ją stam­tąd zabrali. Pod­dała im się z wdzięcz­no­ścią. Na wspo­mnie­nie tam­tej chwili robiło jej się nie­do­brze - nie­do­brze od wyrzu­tów sumie­nia i z nie­smaku, a także z powodu wyrzu­tów sumie­nia, że ten nie­smak odczuwa.

Zdała sobie sprawę, że drży. Zuri ści­snęła jej dłoń.

- Będzie dobrze - powie­działa.

Savine spoj­rzała w jej ciemne oczy.

- Jakim cudem? - spy­tała szep­tem.

Powóz zady­go­tał i sta­nął. Kiedy ofi­cer otwo­rzył drzwi, z okna osy­pały się resztki szkła. Savine potrze­bo­wała dłuż­szej chwili, żeby roz­luź­nić palce; musiała roz­wie­rać je siłą, niczym kur­czowo zaci­śniętą dłoń trupa. Otu­ma­niona zeszła chwiej­nie po schod­kach. Przy każ­dym kroku bała się, że zaraz się posika. A może już się posi­kała?

Plac Mar­szał­ków. Raz w mie­siącu prze­wo­ziła tędy swo­jego ojca w fotelu na kół­kach, śmie­jąc się z cudzych nie­szczęść. Brała udział w spo­tka­niach Otwar­tej Rady w Rotun­dzie Lor­dów, odce­dza­jąc z papla­niny jej człon­ków oka­zje do ubi­cia inte­resu. Dys­ku­to­wała ze wspól­ni­kami o finan­sach, o tym, kogo wywyż­szyć, kogo zgnieść, kogo prze­ku­pić i czy­imi pie­niędzmi. Znała na pamięć wszyst­kie punkty cha­rak­te­ry­styczne ster­czące znad osmo­lo­nych dachów: smu­kły palec Wieży Łań­cu­chów, posępną syl­wetę Domu Stwórcy - ale ich miej­sce było w innym świe­cie. Innym życiu.

Ota­cza­jący ją męż­czyźni - z pora­nio­nymi twa­rzami, w podar­tych pięk­nych mun­du­rach, z obna­żoną bro­nią czer­woną od krwi - wyba­łu­szali z nie­do­wie­rza­niem oczy.

- Twoja ręka - pod­szep­nęła jej Zuri.

Ręka Savine była cała we krwi. Spoj­rzała na nią tępo i odwró­ciła dło­nią do góry. W samym jej środku tkwił odła­mek szkła; musiał się wbić, kiedy ści­skała ramę okna. Niczego nie poczuła.

Pod­nio­sła wzrok i napo­tkała spoj­rze­nie Orso: był poru­szony, blady, złoty dia­dem prze­krzy­wił mu się nad czo­łem. Usta miał pół­otwarte, jakby zamie­rzał coś powie­dzieć, ona rów­nież, jakby chciała mu odpowie­dzieć, ale przez chwilę oboje mil­czeli.

- Znajdź­cie jakieś lokum dla lady Savine i jej mał­żonka - wychry­piał w końcu król. - W Domu Pytań.

Z wysił­kiem prze­łknęła ślinę i odpro­wa­dziła go wzro­kiem.

Nie pamię­tała, jak to jest nie czuć stra­chu.

***

Orso zama­szy­stym kro­kiem szedł przez Plac Mar­szał­ków, w przy­bli­że­niu w stronę pałacu. Zaci­skał pię­ści. Nie wia­domo dla­czego widok Savine wciąż zapie­rał mu dech w piersi, ale miał pil­niej­sze sprawy na gło­wie niż dymiące zglisz­cza swo­jego życia uczu­cio­wego - cho­ciażby taką, że jego trium­falny powrót do sto­licy od początku wypadł blado, a osta­tecz­nie zamie­nił się w krwawą jatkę.

- Oni mnie nie­na­wi­dzą - mruk­nął.

Oczy­wi­ście był przy­zwy­cza­jony do powszech­nej nie­chęci, obe­lży­wych pam­fle­tów, znie­sła­wia­ją­cych plo­tek i szy­derstw Otwar­tej Rady. Fakt, że pod­dani uprzej­mie i dys­kret­nie pogar­dzają kró­lem za jego ple­cami, był czymś abso­lut­nie nor­mal­nym - co innego jed­nak, kiedy tłusz­cza pró­buje owego króla fizycz­nie spo­nie­wie­rać: to zakra­wało na otwarty bunt. I to już drugi w tym mie­siącu. Adua - pępek świata, zenit cywi­li­za­cji, latar­nia postępu i dobro­bytu - pogrą­żała się w zamę­cie i bez­pra­wiu.

Roz­cza­ro­wa­nie było wstrzą­sa­jące - jakby wło­żył do ust prze­pyszny słodki przy­smak, po czym, prze­żu­wa­jąc go, odkrył, że to kawa­łek zwy­kłego gówna. Cóż, takie już było życie króla: miska gówna na śnia­da­nie, obiad i kola­cję.

Hof­fowi świsz­czało w piersi, kiedy despe­racko usi­ło­wał dotrzy­mać mu kroku.

- Ludzie stale się... skarżą... - wysa­pał.

- Oni mnie nie­na­wi­dzą, kurwa! Nie­na­wi­dzą! Sły­sza­łeś, jak wiwa­to­wali na cześć Mło­dego Lwa? Od kiedy to ten łaj­dak z tytu­łem szla­chec­kim jest takim hero­sem ludo­wym?

Przed nie­daw­nym trium­fem Orso wszy­scy uwa­żali go za god­nego pogardy tchó­rza, Brocka zaś za wspa­nia­łego boha­tera. Natu­ral­nie po ostat­nich wyda­rze­niach te poglądy powinny ulec odwró­ce­niu, tym­cza­sem jego uwa­żano dziś za god­nego pogardy tyrana, a Młody Lew budził powszechną litość jako ten słab­szy i prze­grany. Gdyby Brock zaczął publicz­nie walić gru­chę, publika przy­ję­łaby to wiwa­tami.

- Prze­klęci zdrajcy! - wark­nął Ruck­sted, wgnia­ta­jąc opan­ce­rzoną pięść w opan­ce­rzoną drugą dłoń. - Nale­ża­łoby ich powie­sić!

- Nie możemy powie­sić wszyst­kich - zauwa­żył Orso.

- Jeśli Wasza Wyso­kość pozwoli, rad wrócę do mia­sta i przy­naj­mniej spró­buję.

- Oba­wiam się, że nasz błąd pole­gał raczej na prze­pro­wa­dze­niu zbyt wiel­kiej liczby egze­ku­cji niż zbyt małej...

- Wasza Kró­lew­ska Mość! - Wyróż­nia­jący się prze­ra­ża­jąco wyso­kim wzro­stem rycerz herold cze­kał na Dro­dze Kró­lów pod posą­giem Haroda Wiel­kiego, ze skrzy­dla­tym heł­mem pod pachą. - Zamknięta Rada pil­nie ocze­kuje przy­by­cia Waszej Kró­lew­skiej Mości do Bia­łej Sali. - Zrów­nał się z Orso i dotrzy­my­wał mu kroku, mówiąc dalej: - Za pozwo­le­niem, chciał­bym pogra­tu­lo­wać Waszej Wyso­ko­ści zwy­cię­stwa pod Stof­fen­bec­kiem.

- Mam wra­że­nie, jakby to było bar­dzo dawno temu - odparł Orso, nie zatrzy­mu­jąc się. Bał się, że jeśli to zrobi, runie na zie­mię jak dzie­cięca wieża z kloc­ków. - Ode­bra­łem już gra­tu­la­cje od pokaź­nej grupy wichrzy­cieli na Dro­dze Kró­lów.

Spoj­rzał spode łba na Casa­mira Nie­złom­nego. Cie­kawe, pomy­ślał, czy on też musiał kie­dyś ucie­kać uli­cami sto­licy przed wła­snymi pod­da­nymi. W książ­kach histo­rycz­nych nie było o tym ani słowa.

- Pod nie­obec­ność Waszej Kró­lew­skiej Mości sytu­acja stała się... nie­sta­bilna.

Orso nie był zachwy­cony tym, w jaki spo­sób herold wymó­wił słowo "nie­sta­bilna": brzmiało jak eufe­mizm użyty do opi­sa­nia cze­goś znacz­nie gor­szego.

- Nie­długo po wyjeź­dzie Waszej Wyso­ko­ści wybu­chły nie­po­koje w związku z rosnącą ceną chleba. Wsku­tek buntu i nie­sprzy­ja­ją­cej pogody do mia­sta docie­rało za mało mąki. Tłumy kobiet wdarły się do nie­któ­rych pie­karń. Wła­ści­ciele zostali pobici, a jeden z nich uznany za spe­ku­lanta i... zamor­do­wany.

- To nie­po­ko­jące - wtrą­cił Sul­fur, praw­dziwy mistrz nie­do­po­wie­dzeń.

Orso zwró­cił uwagę, że pie­czo­ło­wi­cie wyciera chu­s­teczką krew z kra­wę­dzi dłoni. Z uśmieszku satys­fak­cji, który udało mu się zacho­wać przez cały czas trwa­nia egze­ku­cji dwu­stu ludzi pod Val­bec­kiem, nie został nawet ślad.

- Następ­nego dnia roz­po­czął się strajk w odlewni przy Pod­gór­nej, dzień póź­niej wybu­chły trzy kolejne. Część straż­ni­ków odmó­wiła wyj­ścia na patrol, inni starli się z pro­te­stu­ją­cymi. - Rycerz herold poru­szył niemo ustami. Posmut­niał. - Kil­ka­na­ście ofiar śmier­tel­nych.

Zamy­ka­jący pochód unie­śmier­tel­nio­nych monar­chów ojciec Orso patrzył na pusty park z miną zna­mio­nu­jącą deter­mi­na­cję i wład­czość, które za życia ni­gdy nie malo­wały się na jego twa­rzy. Naprze­ciwko niego, przed­sta­wieni w nieco mniej monu­men­tal­nej skali, stali sławny boha­ter wojenny lord mar­sza­łek West, sławny oprawca arcy­lek­tor Glokta oraz Pierw­szy Wśród Magów, który pio­ru­no­wał prze­chod­niów wzro­kiem i krzy­wił się z nie­sma­kiem, jakby ludzie byli dla niego uprzy­krzo­nymi mrów­kami, niczym wię­cej. Orso nie­raz się zasta­na­wiał, któ­rzy z jego dwo­rzan zajmą w przy­szło­ści miej­sce naprze­ciw jego posągu. Teraz pierw­szy raz prze­szło mu przez myśl, że jego podo­bi­zna może się tu w ogóle nie poja­wić.

- Teraz zapro­wa­dzimy porzą­dek! - To Hoff roz­pacz­li­wie usi­ło­wał roz­pro­szyć gro­bowe nastroje. - Zoba­czy­cie!

- Mam taką szczerą nadzieję, Wasza Łaska­wość - odparł rycerz herold. - Grupa Destruk­to­rów zajęła część fabryk. W Trzech Far­mach demon­strują już cał­kiem otwar­cie, doma­ga­jąc się... no... doma­ga­jąc się ustą­pie­nia Zamknię­tej Rady Jego Kró­lew­skiej Mości.

Orso nie był zachwy­cony tym, w jaki spo­sób herold wymó­wił słowo "ustą­pie­nie": brzmiało jak eufe­mizm użyty dla opi­sa­nia cze­goś znacz­nie bar­dziej osta­tecz­nego.

- Ludzie są wzbu­rzeni, Wasza Wyso­kość. Żądni krwi.

- Mojej? - mruk­nął Orso, bez­sku­tecz­nie usi­łu­jąc polu­zo­wać sobie koł­nie­rzyk.

- Ehm... - Rycerz herold wyko­nał wątły salut poże­gnalny. - Krwi. Po pro­stu. Nie wiem, czy to ważne, czyja będzie.

Mizer­nie pre­zen­to­wała się prze­trze­biona Zamknięta Rada, która na widok Orso wkra­cza­ją­cego do Bia­łej Sali z wysił­kiem dźwi­gnęła się na star­cze nogi. Lord mar­sza­łek Forest został w Stof­fen­becku razem z nie­do­bit­kami armii. Arcy­lek­tor Pike miał zastra­szyć wiecz­nie nie­spo­koj­nych miesz­kań­ców Val­becku i ponow­nie zmu­sić ich do ule­gło­ści. Nie zna­le­ziono jesz­cze następcy naj­wyż­szego sędziego Bruc­kela po tym, jak stra­cił głowę pod­czas poprzed­niego zama­chu na życie Orso. Miej­sce Bay­aza u stóp stołu było - jak zwy­kle przez ostat­nie dwa stu­le­cia - puste. Co zaś tyczy się naczel­nika wydziału podat­ko­wego, nale­żało domnie­my­wać, że znowu wyszedł za potrzebą.

- Chciał­bym zło­żyć Waszej Kró­lew­skiej Mości gra­tu­la­cje z oka­zji wiel­kiej wik­to­rii w Stof­fen­becku... - zabrzmiał pod­nie­siony, nie­przy­jemny głos lorda kanc­le­rza Goro­detsa.

- Zapo­mnij. - Orso opadł na swoje nie­wy­godne krze­sło. - Ja już tak zro­bi­łem.

- Zosta­li­śmy napad­nięci! - Wzbu­rzony Ruck­sted prze­ma­sze­ro­wał na swoje miej­sce, podzwa­nia­jąc ostro­gami. - My, orszak kró­lew­ski!

- Zamieszki na uli­cach Adui! - wysa­pał Hoff. Osu­nął się na krze­sło i ręka­wem szaty zaczął wycie­rać zro­szone potem czoło.

- W rze­czy samej - mruk­nął Orso. Prze­su­nął pal­cami po policzku, odsu­nął je od twa­rzy i obej­rzał. Opuszki miał uma­zane krwią. To po tym, jak Gorst wyrzy­nał bun­tow­ni­ków. - Są jakieś wie­ści od arcy­lek­tora Pike'a?

- Wasza Wyso­kość nie sły­szał? - Goro­dets prze­szedł od tra­dy­cyj­nego stro­sze­nia i roz­cze­sy­wa­nia brody do ner­wo­wego wykrę­ca­nia jej w zakrzy­wio­nych szpo­nia­sto pal­cach. - W Val­becku trwa regu­larne powsta­nie! Mia­sto padło!

Gło­śne glug, z jakim Orso prze­łknął ślinę, ponio­sło się dono­śnym echem wśród śnież­no­bia­łych ścian.

- Padło? - powtó­rzył.

- Znowu? - zakwi­lił Hoff.

- Nie mamy żad­nych wia­do­mo­ści od Jego Emi­nen­cji - cią­gnął Goro­dets. - Oba­wiamy się, że mógł wpaść w ręce Destruk­to­rów. Dostać się do nie­woli.

- Do nie­woli? - wymam­ro­tał Orso. W sali było dusz­niej niż zazwy­czaj.

- Z całego Mid­der­landu napły­wają wie­ści o sze­rzą­cym się cha­osie! - wypa­lił naj­wyż­szy kon­sul. Był bli­sko paniki. - Stra­ci­li­śmy kon­takt z wła­dzami Kelnu. W Hol­sthor­mie źle się dzieje. Rabunki. Lin­cze. Czystki.

- Czystki? - szep­nął Orso. Naj­wy­raź­niej był ska­zany na powta­rza­nie poje­dyn­czych słów tonem, w któ­rym nie­po­kój mie­szał się ze zgrozą.

- Cho­dzą słu­chy, że bandy Destruk­to­rów gra­bią wsie!

- Ogromne bandy zmie­rzają do sto­licy ze wszyst­kich stron - wtrą­cił lord admi­rał Krep­skin. - Łaj­dacy mają czel­ność nazy­wać się "Armią Ludową".

- Zdrada sze­rzy się jak zaraza - wyrzę­ził Hoff ze wzro­kiem utkwio­nym w puste krze­sło naprze­ciw Orso. - Możemy powia­do­mić lorda Bay­aza?

Odrę­twiały Orso pokrę­cił głową.

- Nie dość szybko, żeby to coś zmie­niło - odparł.

Prawdę mówiąc, spo­dzie­wał się raczej, że Pierw­szy Wśród Magów i tak wolałby dys­kret­nie trzy­mać się na dystans i spo­koj­nie sza­co­wać, jakie korzy­ści przy­nie­sie mu takie czy inne roz­strzy­gnię­cie kon­fliktu.

- Robimy, co w naszej mocy, żeby te wia­do­mo­ści nie prze­do­stały się do publicz­nej wia­do­mo­ści...

- Cho­dzi o zapo­bie­że­nie panice, Wasza Kró­lew­ska Mość, ale...

- Za parę dni mogą sta­nąć u naszych bram!

Mil­cze­nie, które zapa­dło po tych sło­wach, prze­cią­gało się. Uczu­cie triumfu, z jakim Orso jechał do Adui, wybla­kło jak led­wie pamię­tany sen.

Jeżeli ist­niało dokładne prze­ci­wień­stwo czu­cia się jak król, to wła­śnie je poznał.

Zmiana

- Impo­nu­jące - powie­dział Pike. - Sama przy­znasz.

- Ow­szem - zgo­dziła się z nim Vick, któ­rej nie­ła­two było zaim­po­no­wać.

Armii Ludo­wej mogło bra­ko­wać dys­cy­pliny, wypo­sa­że­nia i żyw­no­ści, ale z jej ogro­mem nie spo­sób było dys­ku­to­wać. Cał­ko­wi­cie zablo­ko­wała trakt bie­gnący dnem doliny, roz­le­wała się na zbo­cza, a jej koniec ginął w prze­siąk­nię­tej mżawką dali. Kiedy wyru­szali z Val­becku, mogło ich być dzie­sięć tysięcy. Z początku dwa pułki byłych żoł­nie­rzy two­rzyły dumną awan­gardę, poły­sku­jącą bro­nią i pan­ce­rzami świeżo wyku­tymi w hutach Savine dan Brock, ale porzą­dek szybko ustą­pił przed bała­ga­nem. Hut­nicy i odlew­nicy, far­biarki i praczki, bru­ka­rze i ślu­sa­rze, rzeź­nicy i lokaje raczej tań­czyli, niż masze­ro­wali, do wtóru sta­rych pie­śni robot­ni­czych i wybi­ja­nego na garn­kach rytmu. Jeśli byli to bun­tow­nicy, to nad­zwy­czaj poczciwi.

Vick po czę­ści spo­dzie­wała się, a po czę­ści żywiła wręcz nadzieję, że armia roz­pro­szy się, brnąc przez błot­ni­sty kraj przy pogar­sza­ją­cej się pogo­dzie, tym­cza­sem rebe­lianc­kie sze­regi pęcz­niały z każ­dym dniem. Dołą­czali do nich robot­nicy, drobni wła­ści­ciele ziem­scy i far­me­rzy nio­sący kosy i widły (które wzbu­dzały lekki nie­po­kój), a także mąkę i szynki (któ­rych widok przyj­mo­wano z kolei z wiel­kim entu­zja­zmem). Dołą­czały bandy żebra­ków i gangi sie­rot. Dołą­czali dezer­te­rzy z nie wia­domo jakich bata­lio­nów. Dołą­czali han­dla­rze, dziwki i dema­go­dzy sprze­da­jący - odpo­wied­nio - plewy, ciała i teo­rie poli­tyczne w namio­tach na pobo­czach dróg stra­to­wa­nych tak bar­dzo, że upo­dab­niały się do mokra­deł.

Nikt też nie podałby w wąt­pli­wość entu­zja­zmu bun­tow­ni­ków. Palone nocami ogni­ska cią­gnęły się całymi milami. Ludzie chro­nili się przy nich przed jesien­nym chło­dem, zawi­jali się w okro­plone rosą koce, dzie­lili się ple­wo­wymi snami i z bły­skiem w oku roz­pra­wiali o zmia­nie, Wiel­kiej Zmia­nie, która w końcu nade­szła.

Vick nie miała już teraz poję­cia, jak daleko cią­gnie się ta gęsta ciżba prze­mo­czo­nych ludzi, nie wie­działa też, ilu jest wśród nich Destruk­to­rów i Pod­pa­la­czy. Całe mile męż­czyzn, kobiet i dzieci brnęły w bło­cie w stronę Adui. W stronę lep­szego jutra. Ona sama miała, rzecz jasna, wąt­pli­wo­ści, ale ileż w tym wszyst­kim było nadziei... Nie­zmie­rzone pokłady. Nikt, nawet naj­bar­dziej zbla­zo­wany cynik, nie mógł pozo­stać na nią obo­jętny. A może po pro­stu nie była wcale aż tak zbla­zo­wana, jak lubiła to sobie wma­wiać.

W obo­zach nauczyła się zawsze trzy­mać ze zwy­cięz­cami i od tam­tej pory nie­złom­nie sto­so­wała się do tej zasady. Tyle że ani w obo­zach, ani przez te wszyst­kie lata, które upły­nęły od ich opusz­cze­nia, ni­gdy nie miała wąt­pli­wo­ści, kto jest zwy­cięzcą. Rzą­dzący. Inkwi­zy­cja. Zamknięta Rada. Arcy­lek­tor. Patrząc z góry na tę nie­zdy­scy­pli­no­waną ludzką masę, która uparła się, żeby zmie­nić świat, nie była wcale pewna, kto osta­tecz­nie okaże się zwy­cięzcą. Ba, nie była nawet pewna, któ­rędy prze­biega gra­nica pomię­dzy stro­nami kon­fliktu. Gdyby Leo dan Brock poko­nał Orso, może mie­liby nowego króla na tro­nie, nowe twa­rze w Zamknię­tej Radzie i nowe tyłki na wiel­gach­nych krze­słach, ale w grun­cie rze­czy wszystko zosta­łoby po sta­remu. Ale gdyby to ci tutaj pobili Orso, któż mógł prze­wi­dzieć, co z tego wynik­nie? Wszyst­kie stare pew­niki kru­szyły się w proch, a ona zaczy­nała powąt­pie­wać, czy kie­dy­kol­wiek były pew­ni­kami - czy może tylko domnie­ma­niami głup­ców.

Pod­czas rebe­lii w Sta­ri­klan­dzie prze­żyła trzę­sie­nie ziemi: pod­łoga drżała, książki spa­dały z pó­łek, komin jed­nego z domów zwa­lił się na ulicę. Nie trwało to długo - ale zara­zem dosta­tecz­nie długo, żeby poczuła strach na myśl o tym, że wszystko, co brała za trwałe i solidne, może w każ­dej chwili roz­paść się na kawałki.

Teraz czuła to samo, a zara­zem miała świa­do­mość, że trzę­sie­nie ziemi dopiero się zaczyna. Jak długo świat będzie drżał? I co oca­leje, gdy wstrząsy ustaną?

- Widzę, że na­dal jesteś z nami, sio­stro Vic­ta­rine. - Pike zacmo­kał na konia, dźgnął go pię­tami i ruszył w dół zbo­cza, w stronę czoła prze­mo­czo­nej kolumny.

Instynkt odra­dzał Vick podą­że­nie za nim, ale go nie posłu­chała.

- Na­dal jestem z wami - potwier­dziła.

- Zatem nawró­ci­łaś się na naszą sprawę?

Jakaś opty­mi­styczna cząstka jej istoty chciała wie­rzyć, że oto speł­nia się marze­nie Sibalta o lep­szym świe­cie, i despe­racko chciała być tego świad­kiem. Inna, bar­dziej ner­wowa cząstka, węszyła w powie­trzu prze­laną krew, chciała jesz­cze tej nocy zerwać się z uwięzi i uciec do Dale­kiej Kra­iny. A jesz­cze inna, wyra­cho­wana, doszła do wnio­sku, że naro­wi­stym koniem nie da się pokie­ro­wać ina­czej niż z sio­dła i że bez­piecz­niej będzie do końca ści­skać wodze w gar­ści niż je puścić.

Spoj­rzała z ukosa na Pike'a. Prawdę mówiąc, wciąż jesz­cze nie roz­gry­zła, czym dokład­nie jest "ich sprawa" i na razie była zda­nia, że każdy z nie­zli­czo­nych punk­ci­ków skła­da­ją­cych się na Armię Ludową wal­czy wyłącz­nie we wła­snej spra­wie - to jed­nak nie był dobry moment na mówie­nie prawdy. A który jest?

- Była­bym głu­pia, twier­dząc, że nie jestem do końca prze­ko­nana.

- Gdy­byś zaś powie­działa, że jesteś cał­ko­wi­cie prze­ko­nana, ja musiał­bym być głup­cem, żeby ci uwie­rzyć.

- A ponie­waż żadne z nas nie jest głu­pie... ogra­niczmy się do: być może.

- Ależ prze­ciw­nie, wszy­scy jeste­śmy głupi. Ale raduje mnie dobre "być może" - odparł Pike, nie oka­zu­jąc cie­nia rado­ści. Ani niczego innego. - Stwier­dze­nia kate­go­ryczne nie są wia­ry­godne.

Vick przy­pusz­czała, że dwoje przy­wód­ców Wiel­kiej Zmiany, któ­rzy wyje­chali im naprze­ciw na tra­wia­stym zbo­czu, nie podziela opi­nii Pike'a.

- Brat Pike! - zawo­łał Risi­nau, wyma­chu­jąc pulchną ręką na powi­ta­nie. - I sio­stra Vic­ta­rine!

Risi­nau ją mar­twił. Dawny supe­rior Val­becku ucho­dził za wiel­kiego myśli­ciela, ale jej zda­niem ide­al­nie wpi­sy­wał się w wyobra­że­nie idioty na temat geniu­sza. Jego idee two­rzyły labi­rynt, w któ­rego środku ziała pustka: dużo tam było gada­nia o spra­wie­dli­wym spo­łe­czeń­stwie przy­szło­ści, bar­dzo nie­wiele zaś o tym, jaką drogą do niego dojść. Jego kie­sze­nie pękały w szwach od papie­rzysk zapeł­nio­nych teo­riami, mani­fe­stami, pro­kla­ma­cjami i prze­mo­wami, które wygła­szał publicz­nie tym swoim jękli­wym gło­sem, za każ­dym razem, gdy Armia Ludowa zatrzy­mała się na odpo­czy­nek. Vick nie podo­bała się reak­cja słu­cha­czy na jego kwie­ci­ste wezwa­nia do zacho­wa­nia umiaru: wyma­chi­wali bro­nią i gło­śnym wrza­skiem wyra­żali swoją apro­batę. Z doświad­cze­nia wie­działa, że naj­więk­szych szkód zawsze doko­nuje tłusz­cza kie­ru­jąca się szla­chet­nymi moty­wami.

Ale o wiele bar­dziej mar­twiła ją Sędzia. Nosiła stary, zardze­wiały, podzwa­nia­jący kra­dzio­nymi łań­cu­chami napier­śnik. Pod spodem miała suk­nię balową oble­pioną potrza­ska­nymi krysz­tał­kami, ale sie­działa na koniu po męsku, przez co chmura obszar­pa­nych halek pod­jeż­dżała jej do połowy uda. Ubło­cone bose stopy wkła­dała w sfa­ty­go­wane kawa­le­ryj­skie strze­miona. Jej twarz przy­wo­dziła na myśl worek noży: zaci­śnięta w gniew­nym gry­ma­sie chuda szczęka, zmru­żone ze zło­ścią czarne oczy, włosy - na co dzień ogni­ście rude, teraz zbrą­zo­wiałe od desz­czu - kle­jące się z jed­nej strony do czaszki. Dla niej wszel­kie zasady były tylko uspra­wie­dli­wie­niem dla rzezi. Kiedy jej Pod­pa­la­cze objęli we wła­da­nie gmach sądu w Val­becku, zło­żona z nich ława przy­się­głych nikogo nie unie­win­niła, a ona sama wyda­wała wyłącz­nie wyroki śmierci. Jeżeli Risi­nau stale spo­glą­dał w przy­szłość, nie bacząc na zglisz­cza, wśród któ­rych przy­cho­dzi mu brnąć, to Sędzia patrzyła pod nogi, gotowa stra­to­wać wszystko, co się da.

A Pike? Z popa­rzo­nej, masko­wa­tej twa­rzy byłego arcy­lek­tora nie spo­sób było cokol­wiek wyczy­tać. Kto mógł wie­dzieć, jaki cel przy­świeca bratu Pike'owi?

Vick ruchem głowy wska­zała zara­sta­jącą bru­dem Aduę. Otu­la­jący mia­sto całun dymu nie­uchron­nie się przy­bli­żał.

- Co nas czeka, kiedy już tam dotrzemy? - zapy­tała.

- Wielka Zmiana - odparł zado­wo­lony z sie­bie Risi­nau.

- Z czego na co?

- Nie zosta­łem pobło­go­sła­wiony darem dłu­giego oka, sio­stro Vic­ta­rine. - Risi­nau zachi­cho­tał na tę myśl. - Widząc poczwarkę, trudno orzec, jaki motyl wylę­gnie się z niej o świ­cie. - Pogro­ził jej ser­del­ko­wa­tym pal­cem. - Ale zmiana jest pewna. Na fun­da­men­cie wznio­słych ide­ałów powsta­nie nowa Unia!

- Świata nie trzeba wcale zmie­niać - burk­nęła Sędzia, wpa­tru­jąc się w sto­licę. - Trzeba go spa­lić.

Vick nie dałaby żad­nemu z tych dwojga nawet świń pasać, nie mówiąc o prze­ku­wa­niu marzeń milio­nów w nową przy­szłość. Oczy­wi­ście zacho­wała dosko­nale obo­jętny wyraz twa­rzy, ale Pike musiał wychwy­cić jakieś echo jej praw­dzi­wych odczuć.

- Czyż­byś miała wąt­pli­wo­ści? - zagad­nął.

- Ni­gdy jesz­cze nie widzia­łam, żeby świat szybko się zmie­nił - odparła. - Wła­ści­wie nie widzia­łam, żeby zmie­nił się w ogóle.

- Zaczy­nam docho­dzić do wnio­sku, że spodo­ba­łaś się Sibal­towi przez to, że byłaś jego prze­ci­wień­stwem. - Risi­nau poło­żył jej dłoń ramie­niu. - Jesteś taka cyniczna, sio­stro...

Wzru­sze­niem ramion zrzu­ciła jego rękę.

- Mam swoje powody.

- Po tym, jak w obo­zach skra­dziono ci dzie­ciń­stwo, a potem nauczy­łaś się zawie­rać nowe przy­jaź­nie tylko po to, by wyda­wać swo­ich przy­ja­ciół arcy­lek­to­rowi Glok­cie, nie możesz być inna - rzekł Pike. - Z cyni­zmem można jed­nak prze­sa­dzić. Prze­ko­nasz się.

Prawdę mówiąc, Vick spo­dzie­wała się, że Wielka Zmiana znacz­nie wcze­śniej runie z wiel­kim hukiem, Sędzia z Risi­nauem wezmą się za łby, kru­cha koali­cja Destruk­to­rów i Pod­pa­la­czy, dzia­ła­czy umiar­ko­wa­nych i eks­tre­mi­stów roz­pad­nie się na frak­cje i kote­rie, a deter­mi­na­cja Armii Ludo­wej roz­pły­nie się w desz­czu. Spo­dzie­wała się rów­nież, że kawa­le­ria lorda mar­szałka Ruck­steda zje­dzie ze wszyst­kich oko­licz­nych wzgórz i roz­sma­ruje tę zbie­ra­ninę na papkę.

Tym­cza­sem Risi­nau i Sędzia w dal­szym ciągu jakoś się tole­ro­wali, a gwar­dii kró­lew­skiej ni­gdzie nie było widać - nawet teraz, gdy w słab­ną­cym desz­czu wkra­czali w głąb mar­nie roz­pla­no­wa­nego, kiep­sko odwad­nia­nego i paskud­nie cuch­ną­cego labi­ryntu sza­ła­sów na przed­mu­rzu sto­licy. Dziu­rawe rynny prze­cie­kały, woda ciur­kała na błot­ni­ste uliczki. Może armia Orso była wciąż wyczer­pana wojo­wa­niem z Leo dan Broc­kiem. Może musiała tłu­mić inne bunty, w innych miej­scach. A może w tych nie­zwy­kłych cza­sach sko­ło­wani żoł­nie­rze zatra­cili poczu­cie lojal­no­ści i nie wie­dzieli już, dla kogo mają wal­czyć. Zro­zu­miała, co muszą czuć, gdy słońce wyj­rzało zza chmur i zoba­czyła bramę Adui.

Przez moment zasta­na­wiała się, czy Łój jest w mie­ście i czy nie grozi mu nie­bez­pie­czeń­stwo, dopóki nie zdała sobie sprawy, że w obec­nej sytu­acji głu­potą byłoby przej­mo­wa­nie się losem jed­nostki. Jak mia­łaby mu pomóc? Jak kto­kol­wiek miałby pomóc komu­kol­wiek?

Risi­nau obrzu­cił ocie­ka­jące mury ner­wo­wym spoj­rze­niem.

- Ostroż­ność nie zawa­dzi - powie­dział. - Może wytoczmy działa i... hmm... no...

Sędzia prych­nęła z nie­sma­kiem, bosymi pię­tami dźgnęła konia w boki i wysfo­ro­wała się naprzód.

- Odwagi nie można jej odmó­wić - zauwa­żył Pike.

- Co naj­wy­żej rozumu - przy­znała Vick.

Miała cichą nadzieję na grad strzał, który jed­nak nie spadł. W upior­nej ciszy Sędzia zbli­żała się stępa do muru, zadarł­szy aro­gancko głowę.

- Ej, wy tam! - zawo­łała, wstrzy­maw­szy konia przed bramą. - W środku! Żoł­nie­rze Unii! Miesz­kańcy Adui! - Sta­nęła w strze­mio­nach, wska­zu­jąc brnącą grzą­skim trak­tem hordę obdar­tu­sów. - Oto Armia Ludowa, która przy­była tu, żeby wyzwo­lić lud! Chcemy usły­szeć od was odpo­wiedź na jedno pyta­nie. - Unio­sła dłoń z wypro­sto­wa­nym pal­cem. - Jeste­ście z ludem... czy prze­ciwko niemu?

Jej koń się spło­szył. Szarp­nęła wodze i zato­czyła cia­sny krąg w miej­scu, trzy­ma­jąc dłoń w górze. Tupot tysięcy stóp nara­stał.

Vick wzdry­gnęła się na dźwięk głu­chego tur­kotu po dru­giej stro­nie muru. Chwilę potem pomię­dzy skrzy­dłami bramy zaja­śniała wąziutka kre­ska świa­tła, skrzyp­nęły dawno nie­oli­wione zawiasy i brama powoli się otwo­rzyła.

- Jeste­śmy z ludem! - zawo­łał z blan­ków żoł­nierz, szcze­rząc zęby w uśmie­chu i wyma­chu­jąc czapką. - Wielka Zmiana!

Sędzia zarzu­ciła głową, zje­chała na pobo­cze traktu i znie­cier­pli­wio­nym gestem pona­gliła for­pocztę Armii Ludo­wej, ustą­piw­szy jej miej­sca.

- Jebać króla! - wykrzyk­nął ten sam żoł­nierz, czym wzbu­dził wybu­chy śmie­chu wśród nad­cią­ga­ją­cych Destruk­to­rów.

Ryzy­ku­jąc życie, wspiął się na mokry od desz­czu maszt ponad bramą i zerwał powie­wa­jącą na nim cho­rą­giew - pro­po­rzec Naj­wyż­szego Króla, od stu­leci powie­wa­jący nad Aduą, złote słońce Unii, które sam Bayaz wrę­czył Haro­dowi Wiel­kiemu jako nowe godło. Sztan­dar, przed któ­rym ludzie klę­kali, do któ­rego się modlili i na który przy­się­gali wier­ność kró­lowi, sfru­nął na dół, na upstrzoną kału­żami drogę przed bramą.

- Świat naprawdę może się zmie­nić, sio­stro Vic­ta­rine - powie­dział Pike, uno­sząc jedną bez­włosą brew. - Patrz.

Zacmo­kał na konia i ruszył w stronę otwar­tej bramy.

Tak oto Armia Ludowa wma­sze­ro­wała do Adui, wdep­taw­szy sztan­dar prze­szło­ści w błoto w przy­cięż­kim od sym­bo­li­zmu geście.

Pro­ści ludzie

- Są tutaj! - Głos Jakiba drżał i łamał się z pod­nie­ce­nia. - Destruk­to­rzy! Są tutaj!

Tyle dni, tygo­dni, mie­sięcy wycze­ki­wa­nia, a teraz toczył dzi­kim wzro­kiem po skrom­nym pokoju dzien­nym, na prze­mian zaci­skał i roz­luź­niał pię­ści i nie bar­dzo wie­dział, co powi­nien zro­bić.

Petree nie podzie­lała jego eks­cy­ta­cji, spra­wiała raczej wra­że­nie zatro­ska­nej, może nawet roz­go­ry­czo­nej. Chło­paki go ostrze­gali, że bie­rze sobie zgorzk­niałą babę za żonę, ale wtedy tego nie widział. Zawsze wolał żyć nadzieją.

- Ty i te twoje nadzieje - mówili mu.

A teraz z każ­dym dniem robiła się coraz bar­dziej zgorzk­niała.

Tyle że to nie był czas na roz­pa­mię­ty­wa­nie złych i dobrych stron mał­żeń­stwa.

- Są tutaj, do dia­bła!

Porwał płaszcz i roz­rzu­cił leżące na stole ulotki. Pospa­dały na pod­łogę. Nie czy­tał ich - tak po praw­dzie to nie umiał czy­tać - ale samo ich posia­da­nie było jak krok uczy­niony ku wol­no­ści. A kto potrze­buje pam­fle­tów, kiedy Destruk­to­rzy są na miej­scu?

Poszedł po dziad­kową sza­blę, zawie­szoną na haku nad komin­kiem. Przy oka­zji sklął pod nosem Petree, która kazała mu ją powie­sić poza zasię­giem rąk - teraz musiał się wspiąć na palce i omal nie zrzu­cił sobie tego drań­stwa na głowę.

Widok jej miny mącił jego dobre samo­po­czu­cie. Może była nie tyle zgorzk­niała, ile po pro­stu wystra­szona? Tego wła­śnie chciały te łotry, ta cała inkwi­zy­cja i Zamknięta Rada. Żeby ludzie się bali.

Zła­pał ją za ramię, potrzą­snął, żeby dodać jej otu­chy.

- Teraz chleb sta­nieje - powie­dział. - Zoba­czysz. Wystar­czy go dla wszyst­kich.

- Naprawdę tak myślisz?

- Ja tak nie myślę. Ja to wiem.

- Zostaw sza­blę. - Dotknęła sfa­ty­go­wa­nej pochwy. - Jeśli weź­miesz ją ze sobą, będzie cię kor­ciło, żeby jej użyć, a nie potra­fisz wal­czyć.

- Wła­śnie, że potra­fię - żach­nął się, cho­ciaż oboje wie­dzieli, że to nie­prawda. Szarp­nął pochwę w swoją stronę, obró­cił ją nie­wła­ściwą stroną do dołu i sza­bla na wpół się z niej wysmyk­nęła, zanim zdą­żył ją zła­pać i wepchnąć z powro­tem. - W dniu Wiel­kiej Zmiany męż­czy­zna powi­nien mieć przy sobie broń! Jeśli dosta­tecz­nie dużo z nas się uzbroi, nie będziemy musieli wal­czyć.

Zanim Petree zdą­żyła ponow­nie zapro­te­sto­wać, wybiegł i trza­snął drzwiami, aż zakle­ko­tały w futry­nie.

Po nie­daw­nym desz­czu ulice błysz­czały jak nowe. Wszę­dzie było pełno ludzi - pano­wała atmos­fera gdzieś pomię­dzy festy­nem i zamiesz­kami. Ktoś biegł, ktoś krzy­czał. Tro­chę zna­jo­mych twa­rzy, więk­szość obcych. Jakaś kobieta rzu­ciła mu się na szyję i cmok­nęła go w poli­czek. Pro­sty­tutka stała na rusz­to­wa­niu przy jed­nym z domów: jedną ręką opie­rała się o ścianę, drugą zadzie­rała sukienkę, żeby wszy­scy mogli się napa­trzeć.

- Za pół ceny! - krzy­czała. - Przez cały dzień!

Był gotowy wal­czyć, gotowy szar­żo­wać na zje­żone włócz­niami sze­regi roja­li­stów odziany w pan­cerz wol­no­ści i rów­no­ści. Petree nie była prze­ko­nana do tego pomy­słu, prawdę mówiąc, z upły­wem dnia on też nabie­rał coraz więk­szych wąt­pli­wo­ści, widział jed­nak zale­d­wie paru żoł­nie­rzy, uśmiech­nię­tych, w roz­pię­tych mun­du­rach, któ­rzy pod­ska­ki­wali, wiwa­to­wali i świę­to­wali jak wszy­scy.

Ktoś śpie­wał. Ktoś pła­kał. Ktoś tań­czył w kału­żach, ochla­pu­jąc wszyst­kich dookoła. Ktoś leżał w drzwiach. Czyżby pijak? Nie, Jakib dostrzegł krew na jego twa­rzy. Może trzeba mu pomóc? Ale porwała go rzeka bie­gną­cych ludzi. Nie wie­dział, dokąd bie­gną. Nic już nie wie­dział.

Wypa­dli na ulicę Drożną, która prze­rzy­nała fabryki Trzech Farm i pro­wa­dziła do cen­trum. Tam zoba­czył zbroj­nych: wypo­le­ro­wane pan­ce­rze, nowiut­kie, lśniące. Zamarł za węgłem, serce pode­szło mu do gar­dła, sza­blę scho­wał za ple­cami. Na pewno gwar­dia kró­lew­ska, pomy­ślał, ale wtedy zoba­czył ich bro­date twa­rze, zawa­diacki krok i cho­rą­gwie, które nie­śli, z topor­nie wyha­fto­wa­nymi zerwa­nymi oko­wami. To Armia Ludowa masze­ro­wała ku wol­no­ści.

Robot­nicy sze­ro­kimi stru­mie­niami wyle­wali się z zakła­dów i dołą­czali do tłumu. Prze­py­chał się wśród nich, śmiał się, pokrzy­ki­wał, zdzie­rał gar­dło. Obszedł dookoła armatę, naj­praw­dziw­szą, psia­krew, armatę, popy­chaną przez roze­śmiane far­biarki, któ­rych przed­ra­miona miały prze­dziwne kolory. Ludzie śpie­wali, obej­mo­wali się i pła­kali i Jakib nie był już szew­cem, tylko bojow­ni­kiem o wol­ność, dum­nym bra­tem Destruk­to­rów uczest­ni­czą­cym w naj­więk­szym wyda­rze­niu epoki.

Na czele tłumu dostrzegł kobietę na bia­łym koniu, w żoł­nier­skim napier­śniku. Sędzia! To musiała być Sędzia, pięk­niej­sza, szla­chet­niej­sza i roz­pie­rana słusz­niej­szym gnie­wem, niż śmiał mieć nadzieję. Była duchem, ucie­le­śnie­niem idei, bogi­nią pro­wa­dzącą lud na spo­tka­nie prze­zna­cze­nia.

- Bra­cia! Sio­stry! Do Agriontu! - zawo­łała, wska­zu­jąc im drogę do wol­no­ści. - Mam ochotę oso­bi­ście powi­tać Jego Pier­do­loną Kró­lew­ską Wyso­kość!

Odpo­wie­działa jej kolejna fala grom­kiego śmie­chu. Tłum był zachwy­cony. W głębi bocz­nej uliczki Jakib dostrzegł grupkę męż­czyzn, któ­rzy kopali kogoś leżą­cego, raz po raz. Wyjął z pochwy zardze­wiałą sza­blę po dziadku, pod­niósł ją wysoko i dołą­czył do chó­ral­nych śpie­wów.

***

- Są tutaj - wyszep­tał Grey.

Kapi­tan Leeb dobył mie­cza. Pomy­ślał, że tak trzeba.

- Zdaję sobie z tego sprawę, kapralu - odparł, usi­łu­jąc ema­no­wać pew­no­ścią sie­bie. Pew­ność sie­bie to naj­waż­niej­sza cecha ofi­cera, tak mu powta­rzał brat. - Sły­szę ich.

Sądząc po tym, jaki hałas czy­nili, musiało ich być sporo, naprawdę sporo i szybko się zbli­żali. Leeb pomy­ślał o kibi­cach na Tur­nieju. Setki zachwy­co­nych, pod­nie­co­nych gło­sów. Nie, nie setki: tysiące. Tym razem jed­nak wyraź­nie sły­szał nutkę obłędu we wrza­skach tłumu, szczyptę furii. Od czasu do czasu towa­rzy­szył im brzęk tłu­czo­nego szkła i trzask łama­nego drewna.

Naj­chęt­niej by uciekł. Nie chciał mieć niczy­jej krwi na rękach, zwłasz­cza wła­snej. Zresztą z tam­tymi nawet tro­chę sym­pa­ty­zo­wał. Ponie­kąd. Wol­ność, spra­wie­dli­wość i w ogóle. Czego tu nie lubić, prawda? Ale on przy­siągł wier­ność kró­lowi. Nie bez­po­śred­nio kró­lowi, ma się rozu­mieć, ale... no... przy­sięga to przy­sięga. Zło­żył ją z przy­jem­no­ścią, kiedy wszystko się ukła­dało, i chyba nie bar­dzo mógł ją cof­nąć, kiedy sprawy się skom­pli­ko­wały. Co by to była za przy­sięga?

Puł­kow­nik go zapew­niał, że pomoc jest w dro­dze. Że wes­prze ich gwar­dia kró­lew­ska. Potem, że żoł­nie­rze z Zachod­niego Portu. Potem, że ze Sta­ri­klandu i innych, coraz mniej praw­do­po­dob­nych kie­run­ków. Osta­tecz­nie nikt nie przy­szedł.

Powiódł wzro­kiem po swo­ich ludziach roz­sta­wio­nych w poprzek Droż­nej. Two­rzyli wątłą czer­woną linię: ze czter­dzie­stu kusz­ni­ków, osiem­dzie­się­ciu włócz­ni­ków. Połowa kom­pa­nii nie sta­wiła się na wezwa­nie. Trak­to­wali przy­sięgę luź­niej niż on. Zawsze uwa­żał, że słow­ność jest naj­szla­chet­niej­szą z cnót. Lojal­ność to naj­waż­niej­sza cecha ofi­cera, ojciec czę­sto mu to powta­rzał. Leeb zaczy­nał jed­nak docho­dzić do wnio­sku, że pewna ela­stycz­ność w tej kwe­stii byłaby nie od rze­czy.

- Są tutaj - powtó­rzył Grey.

- Zdaję sobie z tego sprawę, kapralu. - Leebowi zaschło w gar­dle. Wiatr prze­rze­dził wyziewy z huty. - Widzę ich.

Tłum gęst­niał. Wiele osób - wśród nich kobiety i dzieci - wyglą­dało jak zwy­czajni porządni oby­wa­tele, tyle że uzbro­jeni w nogi od krze­seł, młotki, noże i dzidy zro­bione z mio­teł. Inni pre­zen­to­wali się jak zawo­dowcy, ich broń i pan­ce­rze lśniły w pro­mie­niach prze­zie­ra­ją­cego zza chmur słońca. Leeb coraz sze­rzej roz­dzia­wiał usta, sza­cu­jąc ich fak­tyczną liczbę. Widocz­nie coraz bar­dziej dra­ma­tyczne pro­kla­ma­cje, groźby, godziny poli­cyjne i przy­kładne kary nie przy­nio­sły pożą­da­nego skutku. Wprost prze­ciw­nie.

- Na miłość losu - mruk­nął ktoś.

- Spo­koj­nie - chciał powie­dzieć Leeb, ale zapisz­czał tak prze­raź­li­wie, że nikogo nie uspo­koił. Ba, mógł nawet zanie­po­koić tych, któ­rzy dotych­czas byli spo­kojni.

Było bole­śnie oczy­wi­ste, że wątlutki sze­reg żoł­nie­rzy nie ma szans na powstrzy­ma­nie tej wzbu­rzo­nej nawały. Żad­nych szans.

Na widok Leeba i jego ludzi tłum zafa­lo­wał i przy­sta­nął. Śpiewy i wiwaty zamarły bun­tow­ni­kom na ustach. Zapa­dło wybit­nie nie­zręczne mil­cze­nie, a w gło­wie Leeba obu­dziło się zdoła nie­sto­sowne wspo­mnie­nie: podob­nie nie­zręczne mil­cze­nie zapa­dło, kiedy po pijaku pró­bo­wał na potań­cówce poca­ło­wać swoją kuzynkę Sith­rin; odsko­czyła ze zgrozą i skoń­czyło się na tym, że poca­ło­wał jej ucho. Tak jakby. To mil­cze­nie było bar­dzo podobne, tylko o wiele bar­dziej prze­ra­ża­jące.

Co robić? Na miłość losu, co robić?! Prze­pu­ścić ich? Przy­łą­czyć się do nich? Wal­czyć z nimi? Rzu­cić się do ucieczki i się nie zatrzy­my­wać? Same złe pomy­sły. Jego dolna warga zadrżała głup­ko­wato, ale z ust nie dobył się żaden dźwięk. Nie umiał się zde­cy­do­wać, wybrać żad­nej opcji, nawet naj­mniej złej. Deter­mi­na­cja jest naj­waż­niej­szą cechą ofi­cera, ale jego szko­le­nie nie prze­wi­dy­wało takiego obrotu spraw. Nikt nie szkoli ludzi do sytu­acji, w któ­rej cały świat roz­pada się na kawałki.

Jeź­dziec wysfo­ro­wał się na czoło pochodu: kobieta z burzą zmierz­wio­nych rudych wło­sów i gniew­nym, szy­der­czym uśmie­chem na ustach. Miało się wra­że­nie, że jej wście­kłość jest zaraź­liwa; że bły­ska­wicz­nie roz­lewa się w tłu­mie. Wykrzy­wione twa­rze, wznie­siona broń, krzyki i drwiny.

I nagle oka­zało się, że Leeb nie ma wyboru.

- Przy­go­to­wać kusze do strzału! - wypa­lił, tak jakby z braku czasu na wymy­śle­nie lep­szego kon­ceptu posta­no­wił poprze­stać na tym abso­lut­nie naj­gor­szym.

Jego ludzie spoj­rzeli po sobie, zaszem­rali, prze­stą­pili z nogi na nogę.

- Przy­go­to­wać kusze! - zagrzmiał kapral Grey.

Żyły nabrzmiały mu na gru­bej szyi. Spoj­rzał na Leeba z despe­ra­cją wypi­saną na twa­rzy - niczym pilot statku osia­dłego na mie­liź­nie, który zerka na swo­jego kapi­tana, jakby chciał go bez słów zapy­tać, czy na pewno zamie­rzają pójść na dno razem ze stat­kiem. Może wła­śnie dla­tego kapi­ta­no­wie do końca nie scho­dzą z mostku. Z braku lep­szych pomy­słów.

- Strze­lać! - zakwi­lił Leeb, tnąc sza­blą powie­trze.

Nie był pewny, ilu fak­tycz­nie strze­liło. Mniej niż połowa. Bali się ostrze­li­wać tak licz­nego wroga? Nie chcieli strze­lać do ludzi, któ­rzy mogli być ich ojcami, braćmi, synami? Do kobiet, które mogły być ich mat­kami, sio­strami, cór­kami? Paru strze­liło ponad gło­wami tłumu, trudno powie­dzieć, czy celowo, czy z pośpie­chu. Ktoś krzyk­nął. Czy na czele tłumu dwie, trzy osoby osu­nęły się na zie­mię? Niczego to nie zmie­niło. Niczego nie mogło zmie­nić.

Prze­ra­ża­jąca dia­blica na koniu wyce­lo­wała sękaty palec w Leeba.

- Zabić skur­wieli!

Rzu­cili się na nich set­kami.

Leeb był czło­wie­kiem w miarę odważ­nym i w miarę hono­ro­wym, a przy tym roz­sąd­nym monar­chi­stą, który bar­dzo poważ­nie trak­to­wał przy­sięgę zło­żoną kró­lowi - ale nie był głup­cem. Odwró­cił się i razem ze swo­imi ludźmi wziął nogi za pas. Nie two­rzyli już oddziału, tylko stado kwi­czą­cych, posztur­chu­ją­cych się, skam­lą­cych świń.

Ktoś go popchnął. Leeb prze­wró­cił się, prze­tur­lał po ziemi, wstał. Przy­szło mu do głowy, że to pew­nie kapral Grey, niech go szlag. Jego żoł­nie­rze poszli w roz­sypkę, porzu­ciw­szy broń. Czmych­nął w stronę naj­bliż­szego zaułka, potrą­cił po dro­dze zasko­czo­nego żebraka, potknął się, omal nie upadł. Jak jeden czło­wiek miał docho­wać przy­sięgi, kiedy wszy­scy inni ją zła­mali? Istotą armii jest wspól­nota celu.

Bie­giem do Agriontu: nie był w sta­nie myśleć o niczym innym. Pędził krę­tymi ulicz­kami, włos jeżył mu się na karku ze stra­chu, oddech rzę­ził w piersi. Prze­klęte płuca, zawsze były słabe, prze­kli­nał je przez całe życie.

- Znasz jakie­goś lorda mar­szałka, który by miał słabe płuca? - pytał go brat. - Mocne płuca to naj­waż­niej­sza cecha ofi­cera!

Ohydne adu­eń­skie mia­zmaty na pewno mu nie poma­gały. Dopadł do jakichś drzwi i oparł się o nie ciężko, pró­bu­jąc stłu­mić atak kaszlu. Zgu­bił sza­blę. A może wyrzu­cił?

- Niech to wszy­scy dia­bli...

Spoj­rzał na swoją mun­du­rową kurtkę. Jaskrawo czer­wona, nie mogła być czer­wień­sza. Cho­dziło prze­cież o to, żeby się wyróż­niał. Jak śro­dek tar­czy strzel­ni­czej.

Zata­cza­jąc się, odsu­nął się od drzwi i zaczął się szar­pać z mosięż­nymi guzi­kami. Pra­wie wpadł na bandę krzep­kich męż­czyzn - zapewne robot­ni­ków z któ­rejś z oko­licz­nych hut. Mieli dzi­kie oczy, białka łyskały dra­pież­nie w umo­ru­sa­nych sma­rem twa­rzach.

Patrzyli na niego, a on na nich.

- Zacze­kaj­cie - powie­dział, wątłym gestem uno­sząc dłoń. - Ja tylko wyko­ny­wa­łem...

Nie byli zain­te­re­so­wani jego roz­ka­zami, obo­wiąz­kami, przy­sięgą, zro­zu­mie­niem dla ich sprawy ani roz­sąd­nym monar­chi­zmem. Nie był to dzień ani na roz­są­dek, ani - tym bar­dziej - na naj­waż­niej­sze cechy ofi­cera. Jeden z nich opu­ścił głowę i rzu­cił się na niego. Leeb zdą­żył wymie­rzyć mu jeden cios pię­ścią, zupeł­nie nie­szko­dliwy, bo prak­tycz­nie chy­biony: ześli­znął się po czole tam­tego, nie czy­niąc mu naj­mniej­szej krzywdy.

Brat kie­dyś mu mówił, jak należy bok­so­wać, ale Leeb nie bar­dzo go słu­chał - i teraz tego żało­wał. Ale tak po praw­dzie jego brat też guzik wie­dział o bok­so­wa­niu.

Tam­ten tra­fił go bar­kiem w żebra. Leebowi zaparło dech w piersi, gdy uniósł się lekko w powie­trze i z prze­raź­li­wym trza­skiem runął na mokry bruk.

Wtedy dopa­dli go wszy­scy naraz, kopali i prze­kli­nali. Obśli­nieni sza­leńcy. Roz­ju­szone zwie­rzęta. Kulił się, jak mógł, poję­ku­jąc po każ­dym cio­sie. Któ­reś kolejne ude­rze­nie w plecy było tak silne, że zwy­mio­to­wał.

Ze zgrozą zoba­czył, że jeden z napast­ni­ków wyciąga nóż.

***

Drzwiarz był wstrzą­śnięty, kiedy Cal wycią­gnął nóż. Cho­ciaż chyba nie powi­nien być, wie­dział prze­cież, że Cal go ma. Zaga­pił się na broń i prze­stał kopać ofi­cera. Prze­szło mu przez myśl, żeby Cala powstrzy­mać, powie­dzieć mu, żeby tego nie robił, ale wtedy Cal już dźgał.

- Oż kurwa... - szep­nął Drzwiarz.

Nie pla­no­wał żad­nego zabi­ja­nia, kiedy, porzu­ciw­szy robotę w mły­nie, wybiegł na Drożną, żeby dołą­czyć do Destruk­to­rów. Wła­ści­wie nie był pewien, o co dokład­nie mu cho­dziło - może o wyrów­na­nie rachun­ków, może o to, żeby choć raz został uczci­wie potrak­to­wany, ale na pewno nie o coś takiego. Wszy­scy wyglą­dali na zaszo­ko­wa­nych. Cal naj­bar­dziej.

- Tak trzeba - powie­dział, patrząc na leżą­cego nie­szczę­śnika, który rzę­ził, pluł krwi­stą pianą i wykrwa­wiał się na ulicę. - Tak trzeba.

Drzwiarz nie rozu­miał dla­czego, prze­cież to nie ten gość usta­lał ich stawki. Mogli go sko­pać, dać mu nauczkę i zosta­wić. Ale obo­jętne, czy tak trzeba, czy nie, stało się. A co się stało, to się nie odsta­nie.

Odwró­cił się.

- Chodź­cie - powie­dział.

Zosta­wili umie­ra­ją­cego ofi­cera za sobą i pośpiesz­nie ruszyli w stronę Droż­nej i Agriontu. Nie wie­dzieli, co będzie, kiedy tam dotrą, tak jak nie wie­dzieli, co będzie, kiedy zaczęli kopać tego ofi­cera.

Żale mogły zacze­kać do jutra.

***

- Są tutaj - powie­dział Shaw­ley.

Uliczką w dole bie­gła grupa ludzi, tupot kro­ków odbi­jał się echem od wąskich fasad domów. Shaw­ley dopił wino i zesko­czył z półki pod oknem.

- Kto? - wybeł­ko­tała Struga ze wzro­kiem przy­mglo­nym ple­wami.

- Destruk­to­rzy, kre­tynko.

Poło­żył jej dłoń na twa­rzy i pchnął ją z powro­tem na łóżko. Ude­rzyła poty­licą o wez­gło­wie. Dotknęła głowy: palce miała zakrwa­wione. Shaw­ley wybuch­nął śmie­chem. Zawsze był z niego nie­zły kawa­larz.

Wziął leżącą na stole sie­kierę i ukrył ją w ręka­wie, obu­chem w dół.

- To chyba dobry moment, żeby wyrów­nać pewne rachunki - dodał.

Nało­żył kape­lusz, popra­wił go przed lustrem, by leżał ide­al­nie, wyrów­nał koł­nie­rzyk, wcią­gnął ostat­nią szczyptę per­ło­wego proszku i żwa­wym kro­kiem zbiegł po scho­dach.

Na uli­cach pano­wała wybu­chowa atmos­fera, miało się wra­że­nie, że świat roz­pada się na czę­ści, z któ­rych będzie można poskła­dać go na nowo w inny spo­sób. Jakaś kobieta prze­bie­gła obok niego z krzy­kiem - a może ze śmie­chem? Tak czy ina­czej, uchy­lił przed nią kape­lu­sza. Bo Shaw­ley sły­nął z dobrych manier.

Zszedł z drogi kolej­nej gru­pie bie­gną­cych męż­czyzn, dys­kret­nie zaci­ska­jąc dłoń na obu­chu sie­kiery. Na wszelki wypa­dek, rozu­mie­cie. Nie on jeden zamie­rzał wyrów­nać rachunki, a miał wielu wro­gów. Zawsze umiał ich sobie naro­bić. Miał talent.

Wymi­nął parę sta­rych obszar­pań­ców zaję­tych roz­bie­ra­niem zabi­tego ofi­cera leżą­cego w kałuży krwi i swo­bod­nym kro­kiem szedł dalej. Głowę trzy­mał spusz­czoną, sta­rał się prze­my­kać bocz­nymi ulicz­kami, wyszu­ki­wać skróty. Tro­chę się oba­wiał, że może mieć kło­pot z poko­na­niem Muru Arnaulta; myślał o tym, żeby przejść kana­łami, cho­ciaż znisz­czyłby wtedy te śliczne nowe buty, które ukradł tam­temu kup­cowi. Ale Czarna Brama była otwarta na oścież. Musiała się tu roze­grać jakaś bitwa, tłum wcią­gał wła­śnie na blanki zakrwa­wione trupy kró­lew­skich gwar­dzi­stów. Jed­nemu bebe­chy wyle­wały się z brzu­cha, inny nie miał głowy... Shaw­ley nie miał poję­cia, do czego to wszystko zmie­rza, ale nie­uprzej­mie byłoby się dopy­ty­wać. Uchy­lił kape­lu­sza przed odra­ża­jącą kobietą mającą nie wię­cej niż cztery zęby w obu szczę­kach i wśli­znął się za bramę.

Z daleka dobie­gały odgłosy walki, obłą­kań­czy zgiełk niósł się po bogat­szej dziel­nicy za murem. Może i nazy­wali się Armią Ludową i mieli gęby pełne wznio­słych fra­ze­sów, ale zda­niem Shaw­leya zna­la­zło się wśród nich mnó­stwo zwy­kłych ban­dy­tów, któ­rzy dołą­czyli pod takim czy innym szla­chet­nym pre­tek­stem, oraz wcale nie­mało takich, któ­rzy - nasta­wieni tylko na to, żeby jak naj­szyb­ciej się nacha­pać w tym cha­osie - nie zawra­cali sobie głowy szu­ka­niem pre­tek­stów. Ślady ich dzia­ła­nia spo­ty­kało się na każ­dym kroku. Przy­sta­nął i schy­lił się po ład­niutki pier­ścio­nek, który aż się pro­sił, żeby go ścią­gnąć z palca trupa. Zawsze miał bystry wzrok.

W końcu zoba­czył ten dom. Ile razy stał nie­opo­dal i ukryty w cie­niu pla­no­wał zemstę? A teraz szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści oka­zja sama pchała mu się w ręce; wystar­czyło ją pochwy­cić.

Furtka była zamknięta. Zdjął płaszcz, pocze­kał na dogodną chwilę i zarzu­cił go na pręty ster­czące z kra­wę­dzi muru, a potem wziął roz­bieg i wsko­czył na górę. Prze­mknął przez mokry po desz­czu ogród, w któ­rym krzewy przy­cięto na kształt pta­ków i innych cudactw. Wyrzu­cone pie­nią­dze, gdyby ktoś zapy­tał Shaw­leya o zda­nie. Pie­nią­dze, które nale­żały się jemu.

Okno jadalni wciąż nie zamy­kało się, jak należy. Uchy­lił się, wspiął się na para­pet i wśli­znął do ciem­nego pokoju. Zawsze umiał cicho cho­dzić, miał do tego dryg.

W środku nie­wiele się zmie­niło. Ciemny stół, krze­sła, ciemny kre­dens, sre­bra. Sre­bra, które powinny nale­żeć do niego.

Usły­szał śmiech, roz­mowę, znowu śmiech. Dwa głosy, wyda­wało mu się: kobiecy, młody, i męski, dużo star­szy. Sądząc po tych odgło­sach, na razie nie mieli poję­cia, co się dzieje w mie­ście. Dziwne, że zale­d­wie pięć­dzie­siąt kro­ków od powszech­nego obłędu mógł trwać taki zwy­czajny dzień.

Prze­kradł się kory­ta­rzem i przez otwarte drzwi zaj­rzał do pokoju. Bio­rąc pod uwagę krwawe jatki na uli­cach, scena, którą zoba­czył, była wyjąt­kowo oso­bliwa. Dwu­dzie­sto­let­nia dziew­czyna z bujną szopą blond wło­sów wdzię­czyła się do lustra z vis­se­ryń­skiego szkła, które musiało kosz­to­wać wię­cej niż dom Shaw­leya. Miała na sobie na wpół gotową suk­nię z poły­skli­wego mate­riału, przy któ­rej uwi­jały się dwie szwaczki: młoda, trzy­ma­jąca w war­gach mnó­stwo szpi­lek, i star­sza, na klęcz­kach, zajęta fastry­go­wa­niem rąbka. Fur­ne­velt sie­dział w kącie, z kie­lisz­kiem wina w ręce. Był zwró­cony ple­cami do Shaw­leya, ale w lustrze odbi­jał się uśmiech, z któ­rym śle­dził zabiegi szwa­czek. Shaw­ley zdał sobie sprawę, że blon­dynka musi być córką Fur­ne­velta. Naprawdę długo cze­kał ze swoją zemstą.

Powi­nien był zabić Fur­ne­velta tam, gdzie sie­dział, ale Shaw­ley chciał, żeby drań wie­dział. Wszedł więc do pokoju i uchy­lił kape­lu­sza.

- Witam panie - powie­dział i uśmiech­nął się do lustra.

Odwró­cili się do niego, na razie tylko zasko­czeni. Nie prze­stra­szyli się, strach przyj­dzie póź­niej.

Shaw­ley nie pamię­tał, jak ma na imię córka Fur­ne­velta, ale wyro­sła na piękną kobietę. Tak to jest, kiedy dora­sta się wśród wygód. Wygód, które powinny być jego udzia­łem.

- Shaw­ley? - Fur­ne­velt zerwał się z fotela. Na jego twa­rzy malo­wał się cudowny wstrząs. - Powie­dzia­łem ci, żebyś nie ważył się tu wię­cej przy­cho­dzić!

- Powie­dzia­łeś mi dużo róż­nych rze­czy. - Shaw­ley puścił sie­kierę, która zsu­nęła mu się z rękawa w dłoń. Ści­snął trzo­nek. - Ty zadu­fany w sobie gnoju.

I ude­rzył Fur­ne­velta w skroń.

Fur­ne­velt zdą­żył się zasło­nić ręką i czę­ściowo odbić cios, ale obuch i tak zaha­czył o głowę. Krew bry­znęła na pokój. Fur­ne­velt stęk­nął zabaw­nie, zachwiał się i wypu­ścił z ręki kie­li­szek, który roz­trza­skał się na pod­ło­dze.

Jedna ze szwa­czek wrza­snęła; szpilki wypa­dły jej z ust. Córka Fur­ne­velta patrzyła z nie­do­wie­rza­niem. Była boso, ścię­gna wyraź­nie ryso­wały się pod bladą skórą jej stóp.

Za dru­gim razem tra­fił Fur­ne­velta pro­sto mię­dzy oczy: sie­kiera z gło­śnym łosko­tem wgry­zła się w czaszkę.

Szwaczka znowu krzyk­nęła. Miała kurew­sko iry­tu­jący głos.

Córka Fur­ne­velta bie­giem wypa­dła z pokoju, szybka jak fretka, zwłasz­cza jeśli wziąć pod uwagę, że miała na sobie nie­wy­koń­czoną sukienkę.

- Do dia­bła! - wark­nął. Ją też musiał dopaść, ina­czej nie wyrówna rachun­ków. Tym­cza­sem sie­kiera na dobre utknęła w czaszce Fur­ne­velta i nijak nie był w sta­nie jej wyszarp­nąć. - Wra­caj tu, suko!

***

Lilott puściła się bie­giem. Nie zasta­na­wiała się, po pro­stu bie­gła. Wypa­dła na kory­tarz pona­glana krzy­kami szwa­czek. Dosko­czyła do drzwi, chwilę moco­wała się z zam­kiem, prze­mknęła przez ogród, szarp­nęła furtkę i zna­la­zła się na ulicy. Bie­gła, pod­trzy­mu­jąc zwiewny dół swo­jej nie­do­koń­czo­nej sukni wesel­nej. Jej bose stopy pla­skały gło­śno na mokrym bruku.

Wypa­dła na plac. Wszę­dzie ludzie - poru­szeni, roz­ra­do­wani, zacie­ka­wieni, wście­kli. Obcy ludzie, któ­rym nie­zwy­kłe natę­że­nie emo­cji wykrzy­wiało twa­rze na kształt zwie­rzę­cych masek. Skąd oni się tu wzięli?

Jakiś męż­czy­zna stał na skrzyni trans­por­to­wej i krzy­czał coś o gło­so­wa­niu. Zgro­ma­dzeni dookoła robot­nicy coś mu odkrzy­ki­wali, łypiąc nań chy­trze. Kobieta z roz­wi­chrzo­nymi wło­sami pod­ska­ki­wała na ramio­nach innego męż­czy­zny, wyso­kiego, wyma­chu­jąc przy tym sza­blą i prze­kli­na­jąc nie­biosa. Lilott już miała zawo­łać o pomoc, gdy instynkt kazał jej ugryźć się w język. Zady­szana przy­pa­dła do ściany, gwał­tow­nie chwy­ta­jąc powie­trze. Nie miała poję­cia, co się dzieje. Może to Destruk­to­rzy? - pomy­ślała. Tak, na pewno.

Kie­dyś słu­chała, jak jeden z nich prze­ma­wiał; stała daleko od niego, na tyłach tłumu, zaku­tana w poży­czony od słu­żą­cej obszerny szal. Wyda­wało jej się to wtedy takie śmiałe, spo­dzie­wała się ognia, furii... no, ogól­nie spo­dzie­wała się, że będzie nie­bez­piecz­nie. Tym­cza­sem gość mówił cał­kiem roz­sąd­nie. Godna płaca. Uczciwy czas pracy. Przy­zwo­ite trak­to­wa­nie. Nie rozu­miała, dla­czego wszy­scy tak się ich boją. Póź­niej, zaru­mie­niona z emo­cji, z zapa­łem powtó­rzyła wszyst­kie ich argu­menty ojcu. Odparł, że nie ma zie­lo­nego poję­cia o zarzą­dza­niu ryn­kiem pracy; że to, co jej wydaje się prze­ja­wem zdro­wego roz­sądku, w uszach kogoś innego może zabrzmieć jak zdrada stanu; i że sza­nu­jąca się dama, na jaką stara się ją wycho­wać, ni­gdy nie będzie musiała się mar­twić takimi spra­wami.

Pomi­ja­jąc inne kwe­stie, w tej ostat­niej okrut­nie się pomy­lił.

Pokuś­ty­kała przed sie­bie zatło­czoną ulicą. Słońce zaszło, zimny wiatr przy­niósł świeży opad mżawki. Ktoś grał na skrzyp­cach (o wiele za szybko) i ludzie tań­czyli, kla­skali i pohu­ki­wali jak goście na wyjąt­kowo sza­lo­nym przy­ję­ciu, i to cał­kiem nie­da­leko od miej­sca, w któ­rym ele­gancko odziany trup zwie­szał się z porę­czy bal­konu; krew z jego roz­trza­ska­nej głowy ska­py­wała na zie­mię i ście­kała do rynsz­toka. Czy jej ojciec też został zabity? Zdła­wiony jęk wyrwał jej się z piersi, musiała zagryźć knyk­cie, żeby nie zacząć krzy­czeć.

Były sygnały ostrze­gaw­cze. Sły­szała od kucharki, że chleb i mięso cały czas dro­żeją. Z kolei Har­bin mówił, że morale w armii sys­te­ma­tycz­nie spada. Potem, kiedy wybu­chło to powsta­nie w Val­becku, poja­wiły się obawy, że będzie takich nie­po­ko­jów wię­cej, gdy bun­tow­nicy wylą­dują w Mid­der­lan­dzie. Wieść o zwy­cię­stwie króla przy­jęto z ulgą, ale nie­długo potem zaczęły krą­żyć plotki o Destruk­to­rach masze­ru­ją­cych na Aduę. Póź­niej przy­szła godzina poli­cyjna, wraz z pro­wa­dzo­nymi przez inkwi­zy­cję aresz­to­wa­niami i egze­ku­cjami na zle­ce­nie Zamknię­tej Rady.

Suge­ro­wała, żeby prze­ło­żyć ślub, ale ojciec pozo­stał głu­chy na jej słowa, tak samo jak wcze­śniej na argu­menty Destruk­to­rów. Nie chciał sły­szeć o odwle­ka­niu szczę­ścia swo­jego jedy­nego dziecka przez wzgląd na jakąś bandę zbi­rów. Har­bin wyśmiał pomysł, że sto­lica mia­łaby paść pod napo­rem chłop­skiej armii, więc i Lilott zmu­siła się do śmie­chu; nie wypa­dało prze­cież, żeby młoda dama nie zga­dzała się z przy­szłym mał­żon­kiem. Przy­naj­mniej przed ślu­bem. Wszy­scy razem wmó­wili sobie nawza­jem, że nic złego się nie sta­nie.

I rów­nież okrut­nie się pomy­lili.

Led­wie pozna­wała ulice, na któ­rych się wycho­wała - zalane rzeką obłą­ka­nych ludzi, poru­szaną nie­wi­dzial­nymi prą­dami rado­ści i gniewu. Było jej okrop­nie zimno. Nie pła­kała, ści­śle rzecz bio­rąc, ale nie­ustan­nie kapało jej z oczu i nosa, odsło­nięte ramiona miała mokre od mżawki, a bose stopy poka­le­czone na okrut­nym bruku. Posa­py­wała ze stra­chem przy każ­dym odde­chu, skóra mro­wiła ją pod obszy­tym per­łami nie­wy­koń­czo­nym sta­ni­kiem.

Jesz­cze rano naj­waż­niej­sze wyda­wało się roze­sła­nie zapro­szeń do wszyst­kich odpo­wied­nich gości, ide­alne sfor­mu­ło­wa­nie przy­sięgi mał­żeń­skiej i per­fek­cyjne pod­szy­cie rąbka sukni. Teraz rąbek był czarny od ulicz­nego brudu i - na miłość losu! - zachla­pany na brą­zowo krwią jej ojca, a cały świat wywró­cił się na nice i do góry nogami jed­no­cze­śnie. Kuś­ty­kała przed sie­bie, nie wie­dząc, gdzie jest ani dokąd zmie­rza. Zbyt luźna fal­bana sukni zacze­piła o mijane ogro­dze­nie i nie­wiele bra­ko­wało, a Lilott upa­dłaby jak długa. Ktoś się z niej zaśmiał, ktoś zakla­skał. W każdy inny dzień bosa, zroz­pa­czona dziew­czyna w zakrwa­wio­nej sukni ślub­nej na pewno zwra­ca­łaby uwagę, ale dzi­siaj? Dzi­siaj taki widok nie był niczym nad­zwy­czaj­nym. Mia­sto osza­lało. Cały świat osza­lał.

Nad dachami domów mignął jej szczyt Wieży Łań­cu­chów, naj­wyż­szej wieży w Agrion­cie. Jęk­nęła z ulgą. Kiedy jed­nak wybie­gła na bru­ko­wany brzeg fosy, ulga prze­szła w zgrozę.

W szczę­śliwe let­nie dni prze­cho­dziła nie­śpiesz­nie po tym moście wśród zamoż­nych spa­ce­ro­wi­czów, kie­ru­jąc się do parku w Agrion­cie, by zoba­czyć, kogo trzeba, samej się poka­zać i okla­ski­wać szer­mie­rzy pod­czas Tur­nieju. Pamię­tała, jak z uśmie­chem obser­wo­wała kaczątka pły­nące za matką w kar­nym poje­dyn­czym szyku. I jak z Har­bi­nem liczyli zie­lone, czer­wone i fio­le­towe liście lilii wod­nych w dniu, w któ­rym się jej oświad­czył. Jakież to wszystko było malow­ni­cze.

Brama była zamknięta. Gęsty tłum napie­rał na nią, ludzie despe­racko wyma­chi­wali rękami, lamen­to­wali, żeby ich wpu­ścić. Star­sza kobieta w pięk­nej sukni dra­pała paznok­ciami drew­niane skrzy­dło wrót.

Poty­ka­jąc się, Lilott weszła na most i dołą­czyła do zroz­pa­czo­nego chóru; nie wie­działa, co innego mogłaby zro­bić.

- Pomocy! - wołała chra­pli­wie. - Pomocy!

Widząc, jak blady na twa­rzy męż­czy­zna w czer­wo­nym sza­liku spo­gląda gdzieś ponad jej ramie­niem, odwró­ciła się i spoj­rzała w tym samym kie­runku. Sze­roką Drogą Środ­kową cią­gnął tłum: poły­ski­wały pan­ce­rze, lśniły groty włóczni, powie­wały pro­porce.

- Och, nie... - szep­nęła.

Nie była w sta­nie dalej ucie­kać, zresztą i tak nie było dokąd uciec. Nie­opo­dal pło­nął dom, dym z okien na pię­trze buchał wprost w desz­czowe niebo.

Tłum na moście zaczął się roz­pra­szać, ludzie popy­chali się, prze­wra­cali, tra­to­wali w bez­ro­zum­nym pędzie. Lilott dostała łok­ciem w twarz i aż się zachwiała. Poczuła w ustach smak krwi. Zaplą­tała się we wła­sną roz­dartą suk­nię, ude­rzyła kola­nami w murek obrze­ża­jący most, zdą­żyła jesz­cze roz­pacz­li­wie stęk­nąć i spa­dła.

Most nie był wysoki, ale mimo to zde­rze­nie z wodą w fosie oka­zało się bole­sne. Zaparło jej dech w piersi i w kłę­bach bąbel­ków poszła pod wodę. Cudow­nie roz­dy­ma­jąca się suk­nia w oka­mgnie­niu stała się bala­stem, mate­riał oble­pił ciało Lilott i pocią­gnął ją w dół. Prze­kro­czyła gra­nice zwy­kłego wyczer­pa­nia i zgrozy i jakaś jej cząstka chciała po pro­stu uto­nąć, ale inna nie zamie­rzała na to pozwo­lić i Lilott mio­tała się, wierz­gała, wal­czyła.

Wypły­nęła na powierzch­nię, wykrztu­siła brudną wodę i szar­piąc się z oplą­tu­ją­cymi ją liliami wod­nymi (które widziane z bar­dzo bli­ska oka­zy­wały się znacz­nie mniej malow­ni­cze), ukryła się w mroku pod mostem, przy­lgnęła do śli­skich od śluzu kamieni z wło­sami kle­ją­cymi się do twa­rzy i głową wypeł­nioną odo­rem roślin­nej zgni­li­zny.

Nie­da­leko od niej na wodzie uno­sił się trup: twarz zanu­rzona, mokre ubra­nie, splą­tane włosy... Patrzyła, jak obraca się powoli, zde­rza z omszałą ścianą fosy, odpływa. Zasta­na­wiała się, kim był i kim ona sama teraz jest. I czy prze­żyje naj­bliż­szą godzinę. Wszystko się zmie­niło.

Nad­cią­gała Armia Ludowa. Ale czy ona też nie była ludem? Kiedy to stała się ich wro­giem? Zaci­snęła powieki, drżąc z zimna w lodo­wa­tej wodzie. Nie pró­bo­wała już powstrzy­my­wać szlo­chu, i tak nikt by jej nie usły­szał, tak ogłu­sza­jąca wrzawa dobie­gała z góry. Tupot butów, szczęk metalu, trzask tłu­czo­nego szkła, tur­kot kół wozów. Demon o wielu gło­sach.

- Chleba! Chcemy chleba!

- Przy­ślij­cie tu Zamkniętą Radę!

- Nade­szła Wielka Zmiana!

- Wpuść­cie nas, skur­wy­syny!

- Wpuść­cie nas albo sami wej­dziemy!

I naj­gło­śniej­szy, naj­bar­dziej prze­ni­kliwy, obłą­kany wrzask:

- Przy­pro­wadź­cie Jego Pier­do­loną Kró­lew­ską Wyso­kość!

***

- Dawać go tutaj! - wydarła się Matka Prze­ważna, prze­py­cha­jąc się naprzód.

Dotarli do Agriontu. Przy­szli po wła­sną spra­wie­dli­wość i nie zamie­rzali dać się stłam­sić tej kró­lew­skiej, ale na razie się zawa­hali - z resz­tek sza­cunku dla swo­ich daw­nych panów albo przy­naj­mniej ze stra­chu przed nimi. Przy­sta­nęli przed mostem.

- Tam są ludzie! - wykrzyk­nął ktoś. - To kró­lew­scy! Mają łuki!

Matka Prze­ważna miała za słaby wzrok, żeby z tej odle­gło­ści wypa­trzyć jakichś kró­lew­skich: cała brama ze straż­nicą na pię­trze była jedną wielką plamą maja­czącą ponad gło­wami zbi­tego tłumu. Kró­lew­scy nie mogli zabić wszyst­kich, z pew­no­ścią jed­nak mogli zabić kilku - i nikt nie chciał być tym pierw­szym.

Ale Matka Prze­ważna nie zamie­rzała dać się zastra­szyć. Co to, to nie. Kiedy ojciec pró­bo­wał ją ter­ro­ry­zo­wać, była wtedy dziew­czynką, dźgnęła go szy­deł­kiem i ucie­kła z domu. Pierw­szy mąż też pró­bo­wał: dziab­nęła go nożem rzeź­nic­kim i wrzu­ciła ciało do kanału. Potem pró­bo­wali Sty­ryj­czycy, kiedy przy­byli wziąć pod but całe Łuki. Przy­szli po pie­nią­dze. Kazała im się odpier­do­lić. Pobili ją, ale doszła do sie­bie. Obcięli jej dwa palce - a ona jesz­cze tego samego dnia wró­ciła do pracy i nurzała ręce w mydli­nach. Wywa­żyli jej drzwi, poła­mali okien­nice, roz­trza­skali balie. Kupiła nowe. Wresz­cie zja­wił się ich szef. Myślała, że przy­szedł ją zabić, ale on tylko ukło­nił się z sza­cun­kiem i powie­dział, że nie musi nic pła­cić. Ona jedna.

Takie były fakty, po pro­stu. Wszy­scy w Łukach wie­dzieli, że Matki Prze­waż­nej nie da się zastra­szyć. Nie udało się Sty­ryj­czy­kom, nie uda się kró­lew­skim. Nikomu się nie uda.

Dla­tego zebrała spód­nicę w garść, zatknęła ją za pasek, tak jak to robiła przy pracy, i prze­py­chała się przez tłum. Dotarła na sam przód, co w taki czy inny spo­sób robiła przez całe życie, roz­py­cha­jąc się łok­ciami, zaci­ska­jąc zęby i tubal­nym gło­sem pona­gla­jąc opor­nych:

- Z drogi!

Uto­ro­wała sobie drogę wśród więk­szych od niej męż­czyzn, uzbro­jo­nych, opan­ce­rzo­nych, któ­rzy wciąż zwle­kali. Może i zgry­wali twar­dych, ale tam, gdzie się to naprawdę liczyło, byli miękcy. Matka Prze­ważna od uro­dze­nia nie­wiele miała w sobie mięk­ko­ści, a życie praczki odarło ją nawet z tych resz­tek i teraz była rów­nie miękka jak kłąb drutu.

Weszła na pusty most i zmie­rzyła bramę, straż­nicę, zęby blan­ków i wąskie otwory strzel­ni­cze tym samym spoj­rze­niem spode łba, które rezer­wo­wała dla ludzi zale­ga­ją­cych ze spłatą dłu­gów.

- Jestem kobietą z Unii! - wykrzyk­nęła. - Mam pięć­dzie­siąt lat, każdy rok z tych pięć­dzie­się­ciu sumien­nie prze­pra­co­wa­łam i nie dam się zastra­szyć! Sły­szy­cie?!

Zza jej ple­ców dobie­gły wiwaty i drwiny, gwizdy i pohu­ki­wa­nia, jakby ludzie oglą­dali tań­czące dzi­wo­lągi na jar­marku.

- Przy­pro­wadź­cie tę sty­ryj­ską pizdę! - wydarła się w stronę murów, wygra­ża­jąc im nożem. - Matkę króla!

- Jej tu nie ma - odpo­wie­dział ktoś z tyłu. - Dawno już spie­przyła do Sty­rii.

Matka Prze­ważna łyp­nęła na straż­nicę, która w dal­szym ciągu maja­czyła przed nią nie­wy­raźną plamą. Wie­działa, że gdzieś tam muszą znaj­do­wać się jacyś ludzie. Nie zamie­rzała dać się im zastra­szyć. Zro­biła jesz­cze jeden krok naprzód.

- W takim razie przy­pro­wadź­cie tego piź­dzielca, jej syna. Dawać tu króla!

***

Rithin­ghorm przy­tknął usta do otworu strzel­ni­czego i ryk­nął ile sił w płu­cach:

- Stać! Stać, w imię Jego Kró­lew­skiej Mości!

Odchy­lił się i wyj­rzał, żeby oce­nić sku­tek swo­ich słów. Wcze­śniej za każ­dym razem dzia­łały jak magiczna różdżka, wycza­ro­wy­wały posłu­szeń­stwo z powie­trza. Teraz jed­nak zaklę­cie nie podzia­łało.

- Stać, do dia­ska! Roz­ka­zuję wam!

Na dole pano­wał taki zgiełk, że nie sądził, by tłum go sły­szał. Sam led­wie sły­szał swój głos, tak gło­śno łomo­tało mu serce.

Wcze­śniej w tym tygo­dniu lord mar­sza­łek Ruck­sted wygło­sił prze­mowę skie­ro­waną do ich pułku. Powie­dział im, że sta­no­wią ostat­nią linię obrony; że porażka nie wcho­dzi w grę, a odwrót będzie nie­moż­liwy. Rithin­ghorm zawsze podzi­wiał mar­szałka Ruck­steda: pełen werwy, z wypie­lę­gno­waną brodą - ide­alny ofi­cer, sam chciałby takim być - ale pod­czas tego prze­mó­wie­nia wyglą­dał wyjąt­kowo nie­chluj­nie, roz­mem­łany, z brodą w nie­ła­dzie... Teraz Rithin­ghorm rozu­miał dla­czego.

Ludzie cały czas wysy­py­wali się z budyn­ków po dru­giej stro­nie fosy, tłum przy krańcu mostu gęst­niał. Destruk­to­rzy! Zdrajcy! Tutaj, pod samą bramą Agriontu! I to ilu... Nie wie­rzył wła­snym oczom.

Powoli wcho­dzili na most, pro­wa­dziła ich jakaś prze­klęta brudna wie­śniaczka w pod­ka­sa­nej spód­nicy odsła­nia­ją­cej blade, żyla­ste nogi. Wyma­chi­wała nożem i coś wykrzy­ki­wała, ale pra­wie jej nie sły­szał. Coś o czy­imś synu.

- Nie­po­jęte - wyszep­tał.

Gdyby prze­czy­tał coś takiego w jed­nej z ksią­żek sio­stry, zbyłby to jako wytwór fan­ta­zji.

Nale­żało ich powstrzy­mać, zanim dotrą pod bramę. Nale­żało zmieść ich z mostu. Nale­żało dać im nauczkę.

Wska­zał wrzesz­czącą babę na moście.

- Zastrze­lić ją!

***

- Kapi­ta­nie? - zdzi­wił się Parry. Ależ mu zaschło w ustach! Musiał co rusz obli­zy­wać wargi.

Kapi­tan Rithin­ghorm pod­szedł i wska­zał coś przez otwór strzel­ni­czy. Zna­lazł się tak bli­sko, że Parry wyraź­nie sły­szał jego oddech, nio­sący się echem w wąskim pomiesz­cze­niu nad bramą. Czuł jego zapach. Rithin­ghorm musiał się czymś wyper­fu­mo­wać, czymś z wyraźną nutą lawendy.

Pobla­dły ze zło­ści wska­zy­wał w dół, na tę praczkę.

- Powie­dzia­łem: zastrze­lić ją!

Parry znów obli­zał wargi. Łuk miał gotowy do strzału, dopil­no­wał tego. A wła­ści­wie jego ręce same tego dopil­no­wały, posłuszne wyćwi­czo­nym odru­chom. Wyce­lo­wał sta­ran­nie, ele­gancko...

Dziwna rzecz. Praczka przy­po­mi­nała mu matkę. Ona też w podobny spo­sób pod­ka­sy­wała spód­nicę, kiedy zmy­wała pod­łogę.

- Strze­lajże!

Parry chciał wyko­nać roz­kaz, wcze­śniej zawsze wyko­ny­wał roz­kazy, ale tym razem jego ręka nie chciała wypu­ścić strzały. Kobieta pod­cho­dziła coraz bli­żej, drąc się w naj­lep­sze; w tym też przy­po­mi­nała mu matkę. Inni ludzie szli za jej przy­kła­dem, ostroż­nie wkra­czali na most i zaczy­nali się prze­su­wać ku bra­mie.

Obli­zał wargi. Znowu. Strze­la­nie do tej kobiety wydało mu się nie w porządku.

Powoli opu­ścił łuk.

- Co ty wyra­biasz?!

Zdjął strzałę z cię­ciwy, a ponie­waż nie bar­dzo wie­dział, co z nią zro­bić, scho­wał ją za ple­cami.

- To nie w porządku - powie­dział.

Rithin­ghorm zła­pał go za klapy mun­duru.

- Wyda­łem ci roz­kaz!

- Wiem. - Wszy­scy na nich patrzyli. - Prze­pra­szam, kapi­ta­nie.

Rithin­ghorm zaczął nim potrzą­sać.

- A ty co, do dia­bła, jesteś zdrajcą?!

Parry z wysił­kiem prze­łknął ślinę, zamru­gał i pokrę­cił głową. Strzałę mocno ści­skał w dłoni za ple­cami.

- Raczej... nie - wykrztu­sił. Naprawdę nie był pewien. - Po pro­stu... to nie w porządku.

Rithin­ghorm pchnął go na ścianę. Mię­śnie żuchwy zagrały mu pod skórą kości­stej twa­rzy.

- Sier­żan­cie Hope!

- Tak, kapi­ta­nie?

Rithin­ghorm oskar­ży­ciel­skim gestem wska­zał Parry'ego.

- Zabić go!

***

Sier­żant Hope gapił się w dół, na swój obna­żony krótki miecz. Ostrze zalśniło w pół­mroku, gdy padł na nie długi snop świa­tła z otworu strzel­ni­czego. Za swoim sta­rym kapi­ta­nem poszedłby choćby do pie­kła. Ba, kie­dyś naprawdę to zro­bił. W Sty­rii. Ale nie za tym skur­wie­lem, małym łaj­da­kiem z tym jego fiku­śnym akcen­tem, bladą gębą, chu­dymi pal­cami i prze­klę­tymi per­fu­mami, każą­cym mor­do­wać porząd­nych ludzi i strze­lać do miesz­kań­ców Adui. Nagle Hope zdał sobie sprawę, że wię­cej łączy go z burzą­cymi się na moście Destruk­to­rami niż z Rithin­ghor­mem. Tamci byli po pro­stu ludźmi - ludźmi, któ­rzy chcieli, żeby ktoś ich wysłu­chał; któ­rzy chcieli zara­biać dość, by móc z tego wyżyć, kiedy inni mają znacz­nie wię­cej, niż kie­dy­kol­wiek będą potrze­bo­wać.

Od dwu­dzie­stu lat robił, co mu kazano. Nie wie­dział, że można ina­czej. I nagle, jakby ktoś pstryk­nął mu pal­cami przed nosem, posta­no­wił, że ma dość.

- Nie - powie­dział.

Rithin­ghorm wydał z sie­bie jakiś dziwny sko­wyt, z nie­do­wie­rza­niem wyba­łu­szył oczy i roz­dzia­wił usta, kiedy miecz prze­szył jego odpra­so­wany mun­dur. Hope wyszarp­nął ostrze. Rithin­ghorm ucze­pił się wątłą ręką jego ramie­nia i odął policzki, a wtedy Hope ode­pchnął go, zamach­nął się i ciął go w głowę. Chlap­nęła krew. To jest zawsze takie zaska­ku­jące, kiedy widać, ile się jej w czło­wieku mie­ści.

Przez chwilę wpa­try­wał się w zwłoki dowódcy. Zakrę­ciło mu się w gło­wie, nagle poczuł się bar­dzo lekki, jakby ktoś ścią­gnął mu z grzbietu wyła­do­wany ple­cak.

Wyj­rzał przez otwór strzel­ni­czy: na moście stło­czyła się zbita ludzka masa. Brama trzesz­czała pod jej napo­rem.

Odwró­cił się do swo­ich ludzi. Wpa­try­wali się w niego sze­roko otwar­tymi oczami. Byli tacy mło­dzi... Dobre chło­paki. Czy on też wyglą­dał tak młodo, kiedy się zacią­gnął? Nie wie­dzieli, co powie­dzieć; nie wie­dzieli, co robić. On też nie wie­dział, ale coś trzeba było zro­bić.

Wska­zał na schody.

- Chyba powin­ni­śmy otwo­rzyć bramę.

***

Śmie­szek usły­szał szczęk zdej­mo­wa­nej sztaby, zgrzyt rygli, a potem brama ustą­piła pod napo­rem tłumu, który runął naprzód jak rzeka przez prze­ła­maną tamę. Ścisk był pie­kielny, Śmie­szek musiał bar­dzo uwa­żać, żeby nie nadziać kogoś na szpi­ku­lec ster­czący z tyłu obu­cha jego młota bojo­wego.

Była wśród nich dziew­czyna w prze­krzy­wio­nym czepku. Był męż­czy­zna - koło­dziej, a może bed­narz. Był czło­wiek, który wyglą­dał jak żebrak. To był dzień miesz­kań­ców Adui, dzień wszyst­kich oby­wa­teli Unii, któ­rzy zebrali się pod­czas mar­szu przez cały Mid­der­land i prze­mie­szali z pierw­szym puł­kiem Destruk­to­rów - ludzi takich jak on, któ­rzy wal­czyli na woj­nie w Sty­rii, brali udział w zamiesz­kach w Kel­nie, bili się w val­bec­kich fabry­kach, aż w końcu, uzbro­jeni w anglandzką stal, ruszyli uwol­nić się od tyra­nii. A teraz cała ta walka i poświę­ce­nie przy­nio­sły owoce. Nade­szła Wielka Zmiana. Naresz­cie.

Z zapa­łem pędzili tune­lem bramy wprost do zgni­łego serca sta­rego porządku, do Agriontu z jego pię­trzą­cymi się ze wszyst­kich stron pięk­nymi gma­chami, na Plac Mar­szał­ków, gdzie dawno temu, będąc jesz­cze dzie­cia­kiem, Śmie­szek oglą­dał Tur­niej i zdzie­rał płuca, kiedy w finale Jezal dan Luthar poko­ny­wał Bre­mera dan Gor­sta.

Dzi­siaj rów­nież były tu mie­cze: podwójny kor­don żoł­nie­rzy prze­ci­nał plac na pół - koślawy, usta­wiony w pośpie­chu, każdy z woja­ków celo­wał mie­czem w inną stronę i ina­czej usta­wiał tar­czę. Ofi­cer pokrzy­ki­wał coś łamią­cym się gło­sem.

Destruk­to­rzy zaata­ko­wali. Nie potrze­bo­wali roz­kazu, nie mogliby się zatrzy­mać, nawet gdyby chcieli, tak ostro napie­rał z tyłu tłum: cała Armia Ludowa, wszy­scy stłam­szeni robot­nicy zebrani z całej Unii. Ale Śmie­szek wcale nie chciał się zatrzy­my­wać, chciał zdru­zgo­tać to sie­dli­sko zepsu­cia, znisz­czyć zachłan­nych drani, któ­rzy posy­łali jego przy­ja­ciół na śmierć w Sty­rii, w fabry­kach, w lochach. Chciał wypa­lić zgni­li­znę i oddać kraj w ręce jego miesz­kań­ców.

Wybrał sobie kon­kret­nego prze­ciw­nika, któ­rego spa­ni­ko­wane oczy łyskały spo­nad tar­czy. Wydał ryk nie­na­wi­ści, rado­ści i triumfu. Bruk prze­my­kał pod jego pędzą­cymi sto­pami, wszę­dzie wokół jego bra­cia też bie­gli na spo­tka­nie wol­no­ści.

Zde­rzyli się tar­czami, zaczęli się prze­py­chać, moco­wać. Śmiesz­kowi mignęły wyszcze­rzone zęby i wycho­dzące z orbit oczy tam­tego, a potem nagle opór znik­nął, Śmie­szek potknął się i pole­ciał do przodu. To Roys mach­nął hala­bardą i zmiaż­dżył hełm prze­ciw­nika.

To była rzeź, naprawdę. Szyk prze­ciw­nika pękł, roja­li­ści rzu­cili się do ucieczki pod osłonę wiel­kich posą­gów na dru­gim końcu placu, a Destruk­to­rzy pognali za nimi, wyjąc i wrzesz­cząc. Śmie­szek został sam na sam z żoł­nie­rzem w zmiaż­dżo­nym heł­mie.

Nagle zdał sobie sprawę, jak nie­wiele bra­ko­wało, żeby sam stał w tym kor­do­nie - gdyby jego życie poto­czyło się nieco ina­czej, gdyby po powro­cie ze Sty­rii został w woj­sku, zamiast z nie­sma­kiem odejść ze służby... Zwy­kły rzut monetą oddzie­lał go od tych tru­pów.

- Jesteś boha­te­rem! - Kobieta z wyra­zi­stym pod­bród­kiem i wło­sami prze­wią­za­nymi czer­woną wstążką wspięła się na palce i poca­ło­wała go w szczękę. - Wszy­scy jeste­ście boha­te­rami, psia­krew!

***

Żoł­nierz w prze­krzy­wio­nym heł­mie zamru­gał, patrząc na nią. Wyglą­dał raczej na zasko­czo­nego niż roz­cza­ro­wa­nego, ale Adnes tak dawno nie cało­wała się z face­tem, że trudno jej było mieć pew­ność. Tyle że w tym wypadku nie cho­dziło o żaden romans, a o odzy­skaną nadzieję. A może jed­nak cho­dziło o romans, zwa­żyw­szy na to, jak poło­żył jej dłoń na poty­licy i poca­ło­wał ją w usta, i jak wtedy do niego przy­warła (to aku­rat było dość nie­wy­godne, bo miał twardy napier­śnik), i jak oblała ją fala gorąca, i jak zaczęła ssać jego język, który sma­ko­wał cebulą. Bar­dzo przy­jemny smak. Bar­dzo.

Kie­dyś do głowy by jej nie przy­szło, żeby, ot tak, poca­ło­wać obcego męż­czy­znę, ale to był nowy dzień, kró­lew­scy zostali poko­nani, stare zasady ode­szły w prze­szłość, wyszło słońce, zalśniło na zbro­jach żoł­nie­rzy i w małych kału­żach. Czy tak wygląda wol­ność?

Rzeka wiwa­tu­ją­cych ludzi roz­dzie­liła ich, a potem pchnęła znów ku sobie i ponio­sła przez Plac Mar­szał­ków, w górę, po scho­dach Rotundy Lor­dów, i przez intar­sjo­wane wrota do środka. Adnes z zadartą głową patrzyła na kopułę, wysoką, bar­dzo wysoką. Wokół niej setki ludzi, któ­rzy ni­gdy się nie spo­dzie­wali, że przejdą przez te wrota, robiły to samo. Zapa­dła ciężka, wszech­ogar­nia­jąca cisza.

Adnes patrzyła na zło­ce­nia, róż­no­barwne mar­mury, rzad­kie gatunki drewna, słońca wyha­fto­wane na rzu­co­nych na ławy podusz­kach, witraże przed­sta­wia­jące sceny, któ­rych nie rozu­miała. Łysy męż­czy­zna trzy­ma­jący w wycią­gnię­tych rękach koronę. Bro­dacz z mie­czem sto­jący nad dwoma innymi męż­czy­znami. Młody czło­wiek wyróż­niony z tłumu pada­ją­cym nań pro­mie­niem słońca. Całe to miej­sce było cudowne, nie­ska­zi­telne, wspa­niałe, skraj­nie różne od farmy, którą opu­ściła, by dołą­czyć do Armii Ludo­wej. Spali tam na sło­mie na kle­pi­sku w szo­pie, przy pracy zdzie­rali sobie ręce do żywego mięsa, a miej­scowy pani­czyk trak­to­wał ich gorzej niż śmieci.

A teraz - pro­szę bar­dzo. Teraz to oni stali się panami.

Wno­sili do sali Risi­naua na zło­co­nym fotelu, który musieli wywlec z jakiejś kom­naty, gabi­netu albo salonu. Adnes chwy­ciła nogę fotela, jej ręka była jedną z wielu two­rzą­cych istny las. Pły­nący nad ludźmi Risi­nau śmiał się, oni też się śmiali, roz­ra­do­wany tłum wiwa­to­wał. Prze­nie­śli kole­biący się fotel przej­ściem wśród bie­gną­cych łukiem ław i posta­wili na wiel­kim stole.

Gapie zdą­żyli się tym­cza­sem wspiąć na gale­rię dla publicz­no­ści, tań­czyli i kla­skali, a echo ich weso­ło­ści nio­sło się po obszer­nym wnę­trzu, oży­wia­jąc je jak ni­gdy przed­tem od czasu wybu­do­wa­nia Rotundy. Jakaś dziew­czyna sypała z gale­rii kwiaty, płatki spły­wały w dół jak motyle w sno­pach kolo­ro­wego świa­tła i osia­dały kobier­cem na wyka­fel­ko­wa­nej pod­ło­dze. To był naj­pięk­niej­szy widok w życiu Adnes. Przy­wo­dził jej na myśl grób męża i groby synów - w lesie, wśród dzi­kich kwia­tów. Łzy napły­nęły jej do oczu. Odczu­wała tak wielką radość i zara­zem tak ogromny ból, jakby pierś miała jej od nich eks­plo­do­wać.

- Dzięki wam sen się ziścił, przy­ja­ciele! - wykrzyk­nął Risi­nau.

Odpo­wie­dział mu aplauz tak gło­śny, że Adnes zagrze­cho­tały zęby, zadzwo­niło w uszach, serce zadud­niło w piersi.

- Risi­nau! - krzy­czeli ludzie. - Risi­nau!

Ona też wycią­gnęła ku niemu ręce. Z jej piersi wyrwał się potężny, nie­ar­ty­ku­ło­wany szloch.

- Rów­ność, bra­cia! Jed­ność, sio­stry! Nowy począ­tek! Kraj rzą­dzony przez wszyst­kich, dla wszyst­kich! Na łożu śmierci będzie­cie z uśmie­chem powta­rzać, że tu byli­ście! Że byli­ście obecni przy tym, jak Rotunda Lor­dów stała się Rotundą Gminu! Oto dzień Wiel­kiej Zmiany!

Pła­kała. Wszę­dzie dookoła niej męż­czyźni i kobiety pła­kali i śmiali się. To był dzień, w któ­rym speł­niły się ich marze­nia, dzień, w któ­rym naro­dziła się nowa Unia.

Żoł­nierz, któ­rego wcze­śniej poca­ło­wała, zła­pał ją za rękę. Jemu też łzy pły­nęły po twa­rzy, ale jed­no­cze­śnie się uśmie­chał. Ma ładny uśmiech, pomy­ślała.

- Nie znam cię - powie­dział.

- A kogo to obcho­dzi?

Ścią­gnęła mu hełm, wplo­tła palce w jego spo­cone włosy i znów zaczęli się cało­wać.

***

Etten­beck wymknął się z Rotundy Lor­dów bocz­nym wyj­ściem na wąską uliczkę na tyłach gma­chu. Miał nadzieję, że w Rotun­dzie będzie bez­pieczny - czyż mogło ist­nieć bez­piecz­niej­sze miej­sce niż samo serce Unii? Ale teraz Destruk­to­rzy byli w środku, sły­szał ich trium­falne okrzyki, sły­szał, jak ich fala prze­wala się przez wszyst­kie oko­liczne budynki.

Może tak to wła­śnie wyglą­dało pod­czas gur­khul­skiej inwa­zji, gdy żercy wdarli się do Agriontu? Kiedy stryj mu o tym opo­wia­dał, wzrok miał szkli­sty, wpa­try­wał się w dal, jakby miał przed oczyma nie­wy­obra­żalne potwor­no­ści. Ale Destruk­to­rzy nie byli cza­row­ni­kami-kani­ba­lami ani nie­ludz­kimi demo­nami, nie wła­dali żadną zaka­zaną mocą. Byli zwy­kłymi ludźmi.

Z budynku Komi­sji Ziemi i Rol­nic­twa dobiegł trzask tłu­czo­nego szkła, biurko wyle­ciało przez okno i z hukiem wylą­do­wało na bruku. Zimny pot oblał Etten­becka, wycie­kał z niego jak z wyci­ska­nej gąbki. Musiał przy­wo­łać na pomoc całą swoją silną wolę, żeby nie zacząć ucie­kać w panice. Mury kom­pleksu pała­co­wego na pewno jesz­cze stoją, może gdyby zdo­łał się tam dostać...

- Tam jest jakiś! - Tupot stóp ze wszyst­kich stron. - Łapać go!

Teraz Etten­beck już puścił się bie­giem, ale nie dotarł daleko: ktoś zła­pał go wpół i powa­lił na zie­mię. Mignęła mu bro­data twarz, bły­snął pan­cerz, który wyglą­dał na świeżo wykuty. Ktoś chwy­cił go pod łokieć i posta­wił na nogi. Dziwna banda, zwy­czajni ludzie, jakich można spo­tkać na każ­dym z tanich baza­rów. Tyle że ci tutaj byli wście­kli.

Etten­beck nagle zdał sobie sprawę, że zwy­kli ludzie mogą być prze­ra­ża­jący.

- A ty dokąd, kuta­sino? - burk­nął męż­czy­zna z bli­zną na pod­bródku.

- Nikt nie ujdzie ludo­wej spra­wie­dli­wo­ści! - zapisz­czała kobieta i spo­licz­ko­wała Etten­becka.

- Teraz my tu rzą­dzimy!

Led­wie rozu­miał, co mówią, tak bar­dzo zgrzy­tliwy mieli akcent. Nie wie­dział, czego chcą, nie miał poję­cia, co mógłby im dać.

- Nazy­wam się Etten­beck - powie­dział bez żad­nego sen­sow­nego powodu.

Popchnęli go, żeby szedł przo­dem. Poli­czek palił go z bólu.

W tłu­mie było wię­cej więź­niów: admi­ni­stra­to­rzy, biu­ro­kraci, urzęd­nicy, paru żoł­nie­rzy. Spę­dzili ich w gro­madę jak zwie­rzęta. Posztur­chi­wali włócz­niami. Szcze­rzący zęby w uśmie­chu woź­nica strze­lał im z bata nad głową, a oni kulili się i poję­ki­wali. Etten­beck roz­po­znał jedną zakrwa­wioną twarz, ale nazwi­sko gdzieś ule­ciało. Wszyst­kie ich nazwi­ska ule­ciały.

- Afe­rzy­ści! - darł się ktoś łamią­cym się gło­sem. - Spe­ku­lanci!

Tłum kopał jakie­goś ciem­no­skó­rego męż­czy­znę, który szedł, poty­kał się, upa­dał pod kop­nia­kami, pod­no­sił się z ziemi, obry­wał kolejny raz, padał, wsta­wał i tak przez cały czas. Etten­bec­kowi wyda­wało się, że to któ­ryś z amba­sa­do­rów... Może z Kadiru? Uro­czy, kul­tu­ralny czło­wiek, Etten­beck sły­szał jego poru­sza­jące wystą­pie­nie na forum Towa­rzy­stwa Sło­necz­nego, kiedy mówił o zacie­śnie­niu współ­pracy w base­nie Krę­go­mo­rza.

Tłum strą­cił mu czapkę z głowy i pluł na niego.

- Łaj­dak! - wark­nął męż­czy­zna w ubra­niu żoł­nie­rza, ale bez kurtki mun­du­ro­wej. Koszulę miał pochla­paną krwią. - Łaj­dak!

I nadep­nął amba­sa­do­rowi na głowę.

Coś ude­rzyło Etten­becka w poli­czek. Upadł. Bole­śnie ude­rzył o zie­mię, dźwi­gnął się na czwo­raki. Szczęka tęt­niła mu bólem.

- O rety - sap­nął. Krew kapała na bruk. - O rety.

Ząb wypadł mu z odrę­twia­łych ust.

Znów ktoś chwy­cił go pod ramię, szarp­nął do pozy­cji sto­ją­cej. Ból prze­szył mu pachę. Poty­ka­jąc się, ruszył przed sie­bie.

- Afe­rzy­ści! - wrza­snęła jakaś kobieta, wyma­chu­jąc wał­kiem. Par­skała śliną, oczy wycho­dziły jej z orbit. - Spe­ku­lanci!

- To jeden z tych skur­wieli z Zamknię­tej Rady!

- Jestem zwy­kłym urzęd­ni­kiem! - Głos Etten­becka prze­szedł w roz­pacz­liwy jęk.

Kła­mał. Był jed­nym ze star­szych pod­se­kre­ta­rzy w Wydziale Podatku Rol­nego. Ach, z jaką dumą recy­to­wał pod nosem ten tytuł po tym, jak dostał awans! Sio­stra wresz­cie będzie musiała zacząć go trak­to­wać poważ­nie!

Teraz żało­wał, że przy­je­chał do Adui, a tym bar­dziej do Agriontu. Ale, jak lubiła powta­rzać jego matka, za żale niczego się nie kupi.

Wierz­gał i szar­pał się, gdy wle­kli go przez skwer przed gma­chem Reje­stru Grun­tów w stronę fon­tanny. Fon­tanna była wybit­nie paskudna: wysoka do pasa kamienna misa, z któ­rej w samym środku wynu­rzała się splą­tana masa plu­ją­cych wodą ryb. Prze­rzu­cone przez skraj misy zwłoki - z wypię­tym do góry tył­kiem, zamia­ta­jące bruk czub­kami pal­ców u stóp - by­naj­mniej nie popra­wiały ogól­nego wra­że­nia.

Etten­beck zdał sobie sprawę, że zamie­rzają go wrzu­cić do wody obok trupa.

- Cze­kaj­cie! - zaskom­lał.

Zła­pał rękoma za kra­wędź fon­tanny. Woda chla­pała mu w twarz, a on mio­tał się roz­pacz­li­wie, ale zewsząd ota­czały go cze­pia­jące się ręce, ktoś pod­niósł mu jedną nogę, stopa dru­giej zaszu­rała o zie­mię, zgu­bił but. Ktoś oparł mu dłoń na poty­licy.

- Ostatni drink na koszt ludu, panie radco!

Wepchnęli mu głowę pod wodę. Ponad bul­go­ta­nie fon­tanny wznio­sły się pokrzy­ki­wa­nia. Śpiewy. Śmiech. Wal­czył, szar­pał się, udało mu się na chwilę wynu­rzyć i zaczerp­nąć tchu, a wtedy zoba­czył obłą­kaną dzicz sztur­mu­jącą bramy Domu Pytań. Potrzą­sali w powie­trzu mie­czami i włócz­niami. Czy­jaś odcięta głowa, nabita na jedno z drzewc, podry­gi­wała gro­te­skowo nad tłu­mem. Wyglą­dała nie­do­rzecz­nie, jak tani rekwi­zyt do mar­nej sztuki teatral­nej - tyle że była praw­dziwa.

Znów wci­snęli mu głowę do fon­tanny. Oto­czyła go chmara bąbel­ków powie­trza.

Ni­gdy wię­cej kło­po­tów

Ple­czy­sty robił to samo, co przez cały czas, odkąd go tu zamknęli: cho­dził po celi w tę i z powro­tem, w tę i z powro­tem, w tę i z powro­tem. Mie­rzyła rap­tem pięć kro­ków od ściany do ściany, i to bar­dzo małych kro­ków, ale mimo to cho­dził po niej w tę i z powro­tem, a cho­dząc, obra­cał w myślach wszyst­kie popeł­nione głup­stwa, które go tu wpa­ko­wały. Od czasu do czasu kopał w ścianę, wci­skał obo­lałą pięść w drugą dłoń albo policz­ko­wał się z taką siłą, żeby zabo­lało. Wyglą­dało na to, że nie potrafi prze­stać krzyw­dzić ludzi - a nie mając pod ręką nikogo innego, krzyw­dził sam sie­bie.

Naj­pierw obie­cy­wał, że będzie uni­kał kło­po­tów, po czym i tak dawał im się wcią­gnąć. Oskarżą go o zdradę stanu, a że był winny jak wszy­scy dia­bli, kara mogła być tylko jedna. Tym razem Savine go nie ura­tuje. Ją też gdzieś tu trzy­mali, w tym labi­ryn­cie. Nie ocali nawet samej sie­bie.

I wtedy coś sobie obie­cał: jeżeli jakimś nie­za­słu­żo­nym zrzą­dze­niem losu wyka­ra­ska się z obec­nych tara­pa­tów, będzie żył już wyłącz­nie dla Liddy i May.

- Ni­gdy wię­cej kło­po­tów - wyszep­tał, przy­ci­ska­jąc czoło do szorst­kiej kamien­nej ściany. - Ni­gdy wię­cej.

Przy­siągł. Kolejny raz.

Zza masyw­nych drzwi dobiegł odgłos kro­ków. Przy­szli po niego. Zabiorą go na prze­słu­cha­nie? Czy od razu na szu­bie­nicę? Zaci­snął pię­ści, cho­ciaż wie­dział, że wszelka prze­moc będzie daremna. Prze­cież to wła­śnie z jej powodu się tu zna­lazł.

Zgrzyt­nął klucz w zamku. Ple­czy­sty zaci­snął zęby i z szyb­szym biciem serca patrzył, jak drzwi się uchy­lają.

Ktoś zaj­rzał do celi - wbrew ocze­ki­wa­niom Ple­czy­stego nie był to jed­nak prak­tyk w czar­nej masce, tylko drobna kobieta o twa­rzy pocię­tej sia­teczką popę­ka­nych naczy­nek. Spra­wiała wra­że­nie pode­ner­wo­wa­nej, jakby nie wie­działa, czego się spo­dzie­wać, ale na jego widok roz­pro­mie­niła się w uśmie­chu.

- Bra­cie! Jesteś wolny!

Wytrzesz­czył oczy.

- Jaki jestem?

- Wolny! - Potrzą­snęła trzy­ma­nym w ręce pękiem klu­czy. - Wszy­scy jeste­śmy wolni! - I znik­nęła, nie zamy­ka­jąc drzwi.

Usły­szał śmiech. Wiwaty. Śpiewy. A to co, czyżby ktoś grał na fle­ciku? Zupeł­nie jak w zgieł­kliwy dzień tar­gowy w jego rodzin­nej wio­sce, kiedy był dziec­kiem. Popra­wił oku­lary na nosie, zebrał się na odwagę i pod­szedł do drzwi.

- Bra­cie! - Męż­czy­zna w zachla­pa­nej krwią nowiu­teń­kiej zbroi wycią­gnął go na zala­tu­jący stę­chli­zną kory­tarz, ale trak­to­wał go raczej jak dawno nie­wi­dzia­nego towa­rzy­sza broni niż jak ska­zańca, któ­rego za chwilę popro­wa­dzi na sza­fot. - Jesteś wolny!

Otwie­rali celę po celi. Każde otwarte drzwi witali okrzy­kami rado­ści, podob­nie jak każ­dego wycią­gnię­tego zza nich więź­nia. Męż­czyźni w pan­cer­zach wyści­skali kobietę, która musiała spę­dzić całe mie­siące w ciem­nicy: blada, pomarsz­czona, mru­żyła oczy przed świa­tłem, jakby spra­wiało jej ból.

- Jak się nazy­wasz, sio­stro?

Osu­nęła się przy ścia­nie na pod­łogę, bez­władna jak szma­ciana lalka.

- To ty... Grise? - wyszep­tała.

Jedną dłoń miała zma­sa­kro­waną, palce wyko­śla­wione i obrzmiałe jak ser­delki.

Ktoś zła­pał Ple­czy­stego za przód koszuli; zapła­kany stary czło­wiek o dzi­kim spoj­rze­niu.

- Widzia­łeś mojego syna? Wiesz, gdzie jest mój syn?

Ple­czy­sty go odtrą­cił.

- Ja nic nie wiem.

Ktoś objął go od tyłu. Ple­czy­sty w ostat­niej chwili stłu­mił odruch, który kazał mu ude­rzyć łok­ciem na oślep w tył.

- Czy to nie cudowne? - Młoda, naj­wy­żej szes­na­sto­let­nia dziew­czyna w narzu­co­nym na ramiona poła­ta­nym szalu jed­no­cze­śnie śmiała się i pła­kała. - Czy to nie cudowne?

Zła­pała kogoś innego, razem ruszyli w wariac­kie tany i wpa­dli na star­szą kobietę uzbro­joną w kij od mio­tły z przy­wią­za­nym na końcu nożem, która, upa­da­jąc, omal nie dźgnęła tym nożem Ple­czy­stego.

Może i jego powi­nien ogar­nąć zwa­rio­wany nastrój w obli­czu tego nie­spo­dzie­wa­nego smaku wol­no­ści, ale on już wcze­śniej, pod­czas powsta­nia w Val­becku, widział tę oso­bliwą mie­szankę sza­lo­nej rado­ści i sza­lo­nego gniewu. Świa­do­mość tego, jak to się wtedy skoń­czyło, odbie­rała mu wszelką ochotę do tańca. Prawdę mówiąc, wolałby wró­cić do celi i zamknąć się w niej na cztery spu­sty.

Roz­po­zna­wał w tłu­mie Destruk­to­rów, wete­ra­nów w nowiut­kich, lśnią­cych pan­cer­zach, z błysz­czącą bro­nią, które na roz­kaz Savine spro­wa­dził z Osten­hormu i prze­ka­zał Sędzi w zamian za ich popar­cie. Wyglą­dało na to, że jed­nak posta­no­wili się zbun­to­wać, tyle że sami wybrali naj­do­god­niej­szy do tego moment.

Prze­pchnął się pod prąd roz­en­tu­zja­zmo­wa­nej ludz­kiej rzeki i po scho­dach wszedł na par­ter, do dużej, jasnej sali. Minął go bie­gnący męż­czy­zna w skó­rza­nym far­tu­chu: śmiał się gło­śno, przy­ci­ska­jąc do piersi plik papie­rów, które poje­dyn­czo wyśli­zgi­wały mu się i sfru­wały na pod­łogę. Inny męż­czy­zna cięż­kim dzba­nem na piwo walił w kłódkę. To z tego pomiesz­cze­nia pły­nęła muzyka, którą wcze­śniej sły­szał Ple­czy­sty: kobieta w urzęd­ni­czym kape­lu­szu nacią­gnię­tym nisko na czoło sie­działa ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na pod­ło­dze i z zamknię­tymi oczami wygry­wała skoczną melo­dię na fle­cie.

Wśród tego sza­leń­stwa dostrzegł swo­ich nie­gdy­siej­szych pra­co­daw­ców: guber­na­tora i guber­na­to­rową Anglandu, rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie jak on uwol­nio­nych z lochów. Nawet w oku­la­rach nie od razu ich roz­po­znał. Młody Lew pra­wym ramie­niem obej­mo­wał żonę. Jego ścią­gniętą, upstrzoną stru­pami twarz wykrzy­wiał gry­mas bólu, gdy poru­szał się chwiej­nymi sko­kami. Jedna nogawka spodni, wysoko pod­ka­sana, odsła­niała kikut nogi, lewa ręka zwi­sała mu bez­u­ży­tecz­nie wzdłuż ciała. Savine jedną ręką pod­trzy­my­wała męża, a drugą swój pękaty brzuch. Brnęła powoli naprzód, przy­gar­biona, z obna­żo­nymi zębami i głową zaku­taną w ban­daże, spo­mię­dzy któ­rych wyzie­rały kępki ciem­nych wło­sów.

Kie­dyś mieli u stóp cały świat. A teraz?

- Ple­czy­sty! - Savine z całej siły ucze­piła się jego ręki, aż zabo­lało. Jej pokryta pla­mami twarz lśniła od potu. - Losowi niech będą dzięki, że tu jesteś!

Jej drżący głos przy­po­mi­nał mu tamto porzu­cone dziecko, które bła­gało go o pomoc na bary­ka­dzie w Val­becku.

- Co się dzieje, do dia­ska? - spy­tał Brock, wcze­piony paznok­ciami w ścianę, żeby nie upaść.

- Nie wiem dokład­nie, ale ich uzbro­je­nie... - Ple­czy­sty ski­nął głową na jed­nego ze zbroj­nych i zni­żył głos - ...pocho­dzi z waszej zbro­jowni w Osten­hor­mie.

Savine w mgnie­niu oka zło­żyła w całość ukła­dankę, któ­rej ele­menty Ple­czy­sty z mozo­łem odkry­wał jeden po dru­gim.

- Destruk­to­rzy zaata­ko­wali Agriont?

- Że co?! - zaskrzy­piał jej mąż.

- Wyno­śmy się stąd, póki możemy - zasu­ge­ro­wał Ple­czy­sty. - Musimy zna­leźć bez­pieczną kry­jówkę.

Ogromne, prze­ra­żone i prze­krwione oczy Savine bły­snęły w pół­mroku.

- A ist­nieje w ogóle taka?

Na to pyta­nie Ple­czy­sty nie znał odpo­wie­dzi. Podał Broc­kowi wolną rękę, tę z tatu­ażem na wierz­chu dłoni. Było widać, jak wiele kosz­tuje Brocka przy­ję­cie takiej pomocy, ale to nie był dobry moment na uno­sze­nie się dumą.

Nie­ła­two było prze­pro­wa­dzić cię­żarną i jed­no­no­giego przez gęsty, falu­jący tłum wyzwo­li­cieli i sza­brow­ni­ków. Za wyła­ma­nymi dwu­skrzy­dło­wymi drzwiami ludzie wywra­cali ze śmie­chem meble, nisz­czyli sprzęty i roz­rzu­cali narę­cza doku­men­tów.

- To był gabi­net mojego ojca - szep­nęła Savine, kiedy kuś­ty­kali obok drzwi.

To stąd wszech­po­tężny arcy­lek­tor Glokta jed­nym ruchem pióra roz­strzy­gał losy ludz­kie, decy­do­wał o tym, kto umrze, a kto będzie żył. O tak, czasy naprawdę się zmie­niły.

- Lor­dzie mar­szałku Brint! - zawo­łał Brock. - Pan żyje!

- Led­wie...

Siwo­włosy męż­czy­zna przy­warł do ściany. Gdyby zmru­żyć oczy i dobrze mu się przyj­rzeć, można by jesz­cze dostrzec ślad woj­sko­wej postury pod brudną kurtką mun­du­rową z oddar­tymi insy­gniami rangi. Brock wycią­gnął rękę na powi­ta­nie. Nie był to łatwy zabieg, ponie­waż miał tylko jedną sprawną rękę, a Brint - tylko jedną w ogóle.

- Uwię­zili mnie, zanim przy­by­li­ście. Lord Heu­gen, niech go dia­bli wezmą, ze wszyst­kiego się wyga­dał, led­wie nas zła­pali.

Brock pokrę­cił głową.

- Zamknięta Rada oka­zała się bandą bez­u­ży­tecz­nych łaj­da­ków.

- Kto by pomy­ślał... - wyce­dziła przez zęby Savine.

Krok za kro­kiem mozol­nie wynu­rzyli się na świa­tło dzienne i mru­żąc oczy, zeszli po scho­dach Domu Pytań. Wiatr chło­dził twarz Ple­czy­stego - powinno mu to przy­nieść ulgę, ale tłum na zewnątrz był jesz­cze dzik­szy niż ten w środku, wszy­scy śpie­wali, wiwa­to­wali, wyma­chi­wali pło­ną­cymi pochod­niami, bro­nią i kawał­kami mebli. Ponie­wie­ra­jące się wszę­dzie papiery potwo­rzyły głę­bo­kie do kostek zaspy, ludzie wyrzu­cali je gar­ściami z okien, wiatr roz­no­sił je po oko­licy: wczo­raj­sze tajem­nice, które nagle stały się bez­war­to­ściowe. Śmier­działo dymem. Jakiś roze­śmiany łotr miał ręce całe we krwi. Ple­czy­sty zmar­twiał na widok zado­wo­lo­nego z sie­bie skur­czy­byka, który nie­opo­dal obno­sił się z czy­jąś odciętą głową zatkniętą na czubku włóczni. Był odwró­cony ple­cami, więc Ple­czy­sty nie widział jego twa­rzy, ale przy­po­mi­nała mu się Mus­se­lia. Cały wór paskud­nych wspo­mnień, któ­rego wolał nie otwie­rać.

- Młody Lew! - zawo­łał ktoś.

Ciżba wokół nich zgęst­niała. Ludzie wycią­gali ręce do Leo.

- Patrz­cie, to Leo dan Brock!

- To nie może być on!

- Widzia­łem, jak zwy­cię­żał!

- Co mu się stało w nogę?

- Stra­cił ją, wal­cząc w imię wol­no­ści.

- Młody Lew.

- Pro­szę... - Leo z wysił­kiem powstrzy­my­wał ich jedyną sprawną ręką. - Daj­cie mi...

- To praw­dziwy boha­ter! - wykrzyk­nął jakiś dry­blas, który znie­nacka wyrósł za jego ple­cami i zanim kto­kol­wiek zdą­żył zare­ago­wać, wziął go na ręce i pod­niósł wysoko w powie­trze.

Ktoś zagrał woj­sko­wego mar­sza na sta­rych skrzyp­cach; Ple­czy­sty pamię­tał go ze Sty­rii. Ludzie zaczęli tań­czyć, salu­to­wać, pokle­py­wać Mło­dego Lwa po kiku­cie niczym maskotkę. Nie miało to może więk­szego sensu, ale wyglą­dało na to, że ich udana rebe­lia i zakoń­czony nie­po­wo­dze­niem bunt Brocka połą­czyły się w jedno.

- A ty co, dalej się kła­niasz ary­sto­kra­tom? - Facet z brwiami zro­śnię­tymi w jedną u nasady nosa patrzył na nich spode łba. - Gdzie twoja god­ność, do kurwy nędzy? - burk­nął do męż­czy­zny nio­są­cego Brocka na barana. - Wystar­czy, że przez całe życie nosi­li­śmy skur­wieli na naszych bar­kach. Teraz ponoć wszy­scy jeste­śmy równi, nie?

Ple­czy­sty wyczuł zmianę nastro­jów w tłu­mie. Ludzie popa­try­wali z powąt­pie­wa­niem na niego, na Savine. Gdyby się dowie­dzieli, że jest córką czło­wieka, który w budynku za ich ple­cami tor­tu­ro­wał tysiące oby­wa­teli...

- Potrzy­maj.

Ple­czy­sty podał Brin­towi swoje oku­lary, po czym zdał sobie sprawę, że Brint nie może jed­no­cze­śnie trzy­mać Savine i jego szkieł, zatem wło­żył mu je do kie­szeni. Odwró­cił się do tłumu, który prze­obra­ził się w nie­wy­raźną wie­lo­ko­lo­rową masę.

- Byłem w Stof­fen­becku - wark­nął ten z jedną długą brwią. - On nie wal­czył w imie­niu ludu, tylko...

Pięść Ple­czy­stego wylą­do­wała na jego roz­ma­za­nej twa­rzy. Zanim zdą­żył upaść, Ple­czy­sty zła­pał go drugą ręką za koł­nierz i przy­ło­żył mu jesz­cze raz.

- Ja też tam byłem - mówił, bijąc go dalej. - I twier­dzę, że łżesz. Młody Lew jest boha­te­rem. Boha­te­rem, kurwa! - Oso­bi­ście dawno stra­cił wiarę w boha­te­rów, ale wyglą­dało na to, że nie­któ­rym ta idea w dal­szym ciągu wydaje się atrak­cyjna. - Oddał rękę i nogę za swój lud!

Pchnął awan­tur­nika na ścianę Domu Pytań z takim impe­tem, że tam­ten odbił się od niej i upadł, trzy­ma­jąc się za twarz.

- Hip, hip, hurra dla Mło­dego Lwa! - zakrzyk­nął Brint, wystę­pu­jąc naprzód z unie­sioną pię­ścią.

I jak za sprawą cza­ro­dziej­skiej różdżki nastrój ponow­nie się odmie­nił i znów roz­le­gły się wiwaty. Leo dan Brock podry­gi­wał na ramio­nach nio­są­cego go męż­czy­zny, kikut jego nogi ster­czał w powie­trzu, nie­sprawna ręka bujała się bez­wład­nie.

- Chęt­nie bym go ścią­gnął z powro­tem na dół - przy­znał Ple­czy­sty.

Savine pokrę­ciła głową.

- Mam wra­że­nie, że dla nas wszyst­kich będzie bez­piecz­niej, jeśli na razie zosta­nie tam, na górze.

- Piękny pokaz... szyb­ko­ści reak­cji - mruk­nął Brint, wci­ska­jąc oku­lary w obitą dłoń Ple­czy­stego. - I deter­mi­na­cji. Byłeś sztur­mow­cem?

Ple­czy­sty łyp­nął na swój tatuaż. Pomię­dzy dwoma pobliź­nio­nymi knyk­ciami utkwił odła­many kawa­łek zęba.

- Byłem - potwier­dził. Skrzy­wił się, wydłu­bał ząb i go wyrzu­cił.

Brint patrzył, jak roz­en­tu­zja­zmo­wany tłum obnosi Brocka na ramio­nach.

- W nad­cho­dzą­cych dnia Unia będzie potrze­bo­wała takich jak ty. Ktoś będzie musiał przy­wró­cić porzą­dek.

- Moja rodzina mnie potrze­buje. To jest naj­waż­niej­sze.

- Natu­ral­nie - zgo­dził się Brint. - Ale... może się oka­zać, że naj­le­piej przy­słu­żysz się im wła­śnie tutaj.

Ple­czy­sty bez pośpie­chu nało­żył oku­lary, zaha­czył je o uszy i sta­ran­nie osa­dził w zna­jo­mym rowku na grzbie­cie nosa. Wes­tchnął ciężko. Obie­cał, że będzie uni­kał kło­po­tów. Pro­blem pole­gał na tym, że kło­poty nie zamie­rzały uni­kać jego.

Dawać króla

Orso spo­glą­dał z pała­co­wej straż­nicy w dół i nie wie­rzył wła­snym oczom.

Coś, czego nie dało się opi­sać ina­czej niż jako dziką hordę, prze­lało się z Drogi Kró­lew­skiej w głąb parku, minąw­szy posąg jego ojca, podo­bi­znę Pierw­szego Wśród Magów i (wciąż jesz­cze nie­ukoń­czony) wize­ru­nek arcy­lek­tora Glokty, i nie­ma­jącą końca falą sunęło pod bramy pałacu.

- Skąd oni się wzięli? - mruk­nął.

Głu­pie pyta­nie, na które prze­cież znał odpo­wiedź. Przy­szli z Val­becku, Kelnu, Adui, ze wszyst­kich zakąt­ków Mid­der­landu. To byli oby­wa­tele Unii, jego pod­dani... No, może dziś już nie­ko­niecz­nie, ale jesz­cze nie­dawno - z pew­no­ścią. Wyglą­dało na to, że pla­no­wany przez niego wielki objazd kraju nie będzie potrzebny. Kraj przy­szedł do niego.

Oszo­ło­miony i zdjęty zgrozą patrzył, jak tłum zdziera flagi Unii, a wan­dale tań­czą na dachach tańce zwy­cię­stwa. Nie­liczne budynki na­dal były w rękach roja­li­stów, ale - oblę­żone bez nadziei na oca­le­nie - trwały jak samotne wyspy na wzbu­rzo­nym morzu. Tu i ówdzie roz­gry­wały się małe krwawe dra­maty. Małe syl­wetki ści­gane po uli­cach. Małe syl­wetki wypa­da­jące przez okna. Małe syl­wetki wiszące na drze­wach.

Pałac sam w sobie był dobrze strze­żoną twier­dzą w obrę­bie ufor­ty­fi­ko­wa­nego Agriontu, ale Destruk­to­rzy napie­rali już na jego bramy. Przy­by­wało ich z każ­dym cichym, lekko świsz­czą­cym odde­chem Orso.

- Panie Sul­fur, czy byłoby moż­liwe...?

Był prze­ko­nany, że mag stoi tuż obok niego, kiedy jed­nak się odwró­cił, Sul­fura ni­gdzie nie było widać. Zano­siło się więc na to, że tym razem nie będzie spek­ta­ku­lar­nej cza­ro­dziej­skiej akcji ratun­ko­wej. Oca­lić króla z rąk tuzina Destruk­to­rów to jedno, ale ura­to­wać go przed nie­zli­czo­nymi tysią­cami - to zupeł­nie co innego. Nad­cho­dzi taki czas, pomy­ślał Orso, kiedy nawet naj­po­tęż­niejsi kre­dy­to­dawcy, tacy jak Valint i Balk, są zmu­szeni ogra­ni­czać straty.

- Dawać tu króla! - wrza­snął ktoś, kogo głos jakimś cudem wzniósł się ponad ogólny zgiełk.

Tłum zafa­lo­wał, ktoś krzyk­nął prze­raź­li­wie, upadł i został stra­to­wany.

Czy ten dźwięk to skrzy­pie­nie bramy pod napo­rem ludz­kiej masy? Coś trza­snęło o mur, gdzieś cał­kiem bli­sko. Orso odru­chowo się uchy­lił.

- Wasza Kró­lew­ska Mość? - zagad­nął jeden z ofi­ce­rów. Twarz miał bar­dzo bladą w porów­na­niu ze szkar­łat­nym koł­nie­rzem mun­duru. - Mamy do nich strze­lać?

- Nie! - Orso z wysił­kiem sta­rał się nadać swo­jemu gło­sowi wład­czy ton. - Niech nikt nie strzela, nie zamie­rzam zabi­jać swo­ich pod­wład­nych. W każ­dym razie... już nie - dodał bez prze­ko­na­nia, gdy obraz maso­wych gro­bów pod Stof­fen­bec­kiem nie­pro­szony napły­nął mu przed oczy.

Lord kanc­lerz Goro­dets wypro­sto­wał się na całą wyso­kość - nie była ona szcze­gól­nie impo­nu­jąca, ale Orso doce­nił wysi­łek.

- Każdy z obec­nych tu męż­czyzn jest gotowy umrzeć za Waszą Wyso­kość.

Na blan­kach z pew­no­ścią nie bra­ko­wało zaci­śnię­tych z deter­mi­na­cją szczęk: kor­pus rycer­ski, ryce­rze herol­dzi, elita elit. A jed­nak pod tą boha­ter­ską fasadą dawało się wyczuć nara­sta­jące wąt­pli­wo­ści. Per­spek­tywa odda­nia życia za króla brzmi zasad­ni­czo bar­dzo dobrze, ale kiedy przy­cho­dzi co do czego i czło­wiek zdaje sobie sprawę, że ma tylko jedno takie życie, jego entu­zjazm - co zro­zu­miałe - słab­nie.

- Wolał­bym, żeby nie musieli tego robić - odparł Orso. - Poza tym w pałacu jest rów­nież mnó­stwo kobiet. - Zer­k­nął na Hildi, która robiła, co mogła, żeby nie oka­zać stra­chu. Uśmiech­nął się do niej. - Nad­zwy­czaj nie­ry­cer­sko byłoby pro­sić je o podobne poświę­ce­nie. Zresztą eska­la­cja prze­mocy i tak nic nam nie da. - Znowu pomy­ślał o uro­czym zakątku kraju, który oso­bi­ście prze­ro­bił na masowy grób. Zadrżał. - Wąt­pię, by kie­dy­kol­wiek dawała.

- Nie popa­dajmy w roz­pacz, Wasza Kró­lew­ska Mość - powie­dział lord Hoff, zała­mu­jąc ręce. - Trzy­dzie­ści lat temu, wkrótce po koro­na­cji ojca Waszej Wyso­ko­ści, mia­sto wpa­dło w ręce Gur­khul­czy­ków.

- Wroga znacz­nie bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego niż ta żało­sna zbie­ra­nina! - pod­chwy­cił chry­pli­wym gło­sem lord mar­sza­łek Ruck­sted. W jego wize­runku zamiast arty­stycz­nego nie­ładu domi­no­wało teraz zwy­kłe nie­chluj­stwo.

- Żercy, Wasza Wyso­kość! Żercy w Agrion­cie! Ba, w pałacu kró­lew­skim!

- Pamię­tam, jak ojciec mi o tym opo­wia­dał - przy­znał Orso. Pamię­tał rów­nież, że ojcow­skie opo­wie­ści śmier­tel­nie nudziły matkę.

- Ni­gdy się nie pod­dał! - Ruck­sted ude­rzył pię­ścią w otwartą dłoń. - Gur­khul­czycy zostali wyparci z mia­sta, a żercy poko­nani! Na­dal możemy...

- Gur­khul­czy­ków pobił mój dzia­dek, wielki książę Orso, przy wspar­ciu lorda mar­szałka Westa i jego wier­nych żoł­nie­rzy świeżo przy­by­łych z Anglandu. - Orso uniósł brew. - Dzia­dek zgi­nął dawno temu zabity przez Żmiję z Talinsu, Angland­czycy zbun­to­wali się prze­ciwko nam, a lord mar­sza­łek Forest wyco­fuje się pod napo­rem wroga na wschód, pro­wa­dząc nie­do­bitki wier­nego mu woj­ska. Poko­na­li­śmy Gur­khul­czy­ków, ow­szem, ale... - Bez­rad­nym mach­nię­ciem ręki wska­zał tłum za murem. - Jak Unia ma poko­nać samą sie­bie?

Hoff z roz­dzia­wio­nymi ustami wodził wzro­kiem dookoła, jakby w poszu­ki­wa­niu kontr­ar­gu­mentu. Orso pokle­pał go po oble­czo­nym w futra ramie­niu. Wła­ści­wie nawet nie­zbyt go lubił, ale teraz zro­biło mu się go żal. Hoff kochał monar­chię ponad wszystko. Orso ni­gdy za nią nie prze­pa­dał.

- A wra­ca­jąc do żer­ców, to roz­pra­wił się z nimi Pierw­szy Wśród Magów, nisz­cząc przy oka­zji połowę Agriontu - kon­ty­nu­ował. - Dzi­siaj nie­obec­ność Bay­aza bar­dzo się rzuca w oczy. Nawet pana Sul­fura, zdaje się, zatrzy­mały gdzieś jakieś inne, nie­cier­piące zwłoki sprawy. - Spoj­rzał na Dom Stwórcy, który wzno­sił się czarny, posępny i zde­cy­do­wa­nie nie­po­mocny za murem Agriontu. - Oba­wiam się, że epoka cza­ro­dzie­jów nie­odwo­łal­nie dobie­gła końca. Aż się czło­wiek zasta­na­wia, czy naprawdę warto było pła­cić cenę, jakiej żądali.

- Wobec tego... - Goro­dets z waha­niem obli­zał wargi. - Co dalej?

Pyta­nie "co dalej" pozo­sta­wało nad­zwy­czaj aktu­alne od chwili, gdy Orso wró­cił do sto­licy i dowie­dział się, że zmie­rza ku niej nie­prze­brane mro­wie Destruk­to­rów.

Wła­śnie. Co dalej?

Wci­snął palec pod koł­nie­rzyk, pró­bu­jąc go roz­luź­nić bez roz­pi­na­nia haftki. Nie udało mu się, rzecz jasna, nie po to wszyto weń haftkę, żeby dało się to zro­bić.

Chęt­nie zapy­tałby Tunny'ego o zda­nie, nikt nie miał takiego instynktu samo­za­cho­waw­czego jak on - tyle że Tunny, posłuszny rze­czo­nemu instynk­towi, zmył się i gdzieś znik­nął, gdy tylko nie­po­koje w mie­ście się nasi­liły. Obyło się bez łza­wych poże­gnań - ot, po pro­stu pew­nego ranka Tunny się nie zja­wił. "Jaki król? Pierw­sze sły­szę". Na tę myśl Orso zdła­wił zgoła nie­sto­sowne par­sk­nię­cie śmie­chem. Kapral ni­gdy nie uda­wał, że jest winien lojal­ność komu­kol­wiek poza sobą samym.

Poza tym prawda była taka, że Orso dosko­nale wie­dział, co musi zro­bić. Cho­ciaż miło by było usły­szeć, jak ktoś pró­buje go od tego odwieść. Dobie­ga­jące z dołu wojow­ni­cze "Dawać króla!" było naj­roz­sąd­niej­szym z dostęp­nych roz­wią­zań.

- Lor­dzie Hoff... - zaczął z wes­tchnie­niem. - Oba­wiam się, że muszę się oddać w ręce Destruk­to­rów.

- Ależ Wasza Wyso­kość! - Lord szam­be­lan zbladł tak bar­dzo, że upodob­nił się do wła­snego zdję­tego zgrozą ducha. - Nie mówi Wasza Wyso­kość poważ­nie...

- Tym razem mówię jak naj­bar­dziej poważ­nie. - Orso obej­rzał się na pie­kło za murami pałacu. - Przy­szedł taki moment, że ktoś musi doko­nać szla­chet­nego aktu poświę­ce­nia i z braku innych, bar­dziej pre­de­sty­no­wa­nych ku temu osób... padło na mnie.

Zacni człon­ko­wie Zamknię­tej Rady zeszli za nim po scho­dach, szu­ra­jąc nogami: sied­miu sta­rych ludzi przy­gię­tych cię­ża­rem urzę­do­wych szat, łań­cu­chów, odpo­wie­dzial­no­ści. Przy­wo­dzili na myśl gro­madkę pod­sta­rza­łych eme­ry­tów wypro­wa­dza­nych przez pie­lę­gnia­rza na krótki spa­cer.

Wysoki, prze­ni­kliwy wrzask:

- Dawać króla!

I zaraz potem basowy pomruk:

- Dawać go tu!

- Prze­cież idę, kurna - burk­nął Orso. - Idę.

Pała­cowy ogród pęcz­niał od wspo­mnień. To tutaj, wśród tych rzeźb, bawił się w cho­wa­nego z sio­strami - figlarną małą Car­lot i poważną małą Cathil. A tam ojciec uczył go trzy­mać miecz. Tam z kolei matka uczyła go, jak wyra­żać skrajne nie­za­do­wo­le­nie, nie prze­sta­jąc się przy tym uśmie­chać. Ni­gdy nie byli naj­szczę­śliw­szą z rodzin, ale - na miłość losu! - jakże mu ich teraz bra­ko­wało, gdy został sam.

- Hildi? - Odwró­cił się do swo­jej zausz­niczki. - Kiedy brama zosta­nie otwarta, musisz znik­nąć.

Zmie­rzyła go tym samym har­dym spoj­rze­niem dzie­się­cio­latki, co przy ich pierw­szym spo­tka­niu.

- Mówi­łeś, zdaje się, że epoka cza­ro­dzie­jów się skoń­czyła?

Uśmiech­nął się. Miło było widzieć, że jak zwy­kle nie da mu się wykpić byle czym.

- Usma­ruj te piegi błoc­kiem, obcią­gnij niżej czapkę i wtop się w tłum - dora­dził jej. - Kie­dyś zmy­wa­łaś pod­łogi w bur­delu, dasz radę.

- Nie zosta­wię cię.

- Oczy­wi­ście, że nie! To tak­tyczny odwrót. Jeżeli ujdę z tego z życiem, tra­fię do wię­zie­nia, a wtedy będę potrze­bo­wał lojal­nych pod­da­nych, któ­rzy pomogą mi uciec. No wiesz, trzeba będzie zapiec wytrych w chle­bie i tak dalej...

- Marna ze mnie pie­karka.

- Za to na pewno będziesz umiała zna­leźć lep­szą.

- Pew­nie tak.

Otarła poli­czek wierz­chem dłoni. Orso zasta­na­wiał się, czy wie, że on kła­mie. Zapewne wie­działa. Tylko naj­bar­dziej zawzięty opty­mi­sta mógł sobie wyobra­żać, że król prze­żyje naj­bliż­szą godzinę, a żadne z nich nie było takim opty­mi­stą.

- Jesteś mi winny kasę - burk­nęła jesz­cze.

- Kiedy indziej cię spłacę. - Pokle­pał ją po ramie­niu. - Zapo­mnia­łem port­fela.

Gdyby zwle­kał jesz­cze choćby chwilę dłu­żej, nabrałby wąt­pli­wo­ści, a w tej chwili musiał wszyst­kim zapre­zen­to­wać praw­dzi­wie kró­lew­ską zimną krew. Zwłasz­cza że to dla niego praw­do­po­dob­nie ostat­nia oka­zja, by się nią wyka­zać; szkoda byłoby ją zmar­no­wać. Obcią­gnął kurtkę i ruszył przed sie­bie. Pod butami chrzę­ścił mu żwir par­ko­wych ale­jek, tak ide­al­nie wygra­bio­nych, jakby ni­gdy przed­tem nikt po nich nie prze­szedł. Miło było widzieć, że na­dal dba się tu o zacho­wa­nie pew­nych stan­dar­dów.

Spły­nął na niego dziwny spo­kój. Podob­nie czuł się w Stof­fen­becku, kiedy dookoła spa­dały kamienne poci­ski armat­nie.

Dobie­ga­jące zza bramy krzyki prze­szły w ryt­miczny zaśpiew:

- Dawać króla! Dawać króla! - Rytm był pod­kre­ślany trza­skiem metalu o metal, okrzy­kami, śmie­chem i tupa­niem stóp tak licz­nych i tak cięż­kich, że zie­mia zda­wała się od niego drżeć. - Dawać króla!

Zasta­na­wiał się, czy jakaś jego decy­zja dopro­wa­dziła do obec­nej sytu­acji; albo może brak jakiejś decy­zji. Czy mógł coś zro­bić, żeby tego unik­nąć? Nawet jeśli doko­nał jakie­goś wyboru, to w ogóle tego nie zauwa­żył - pew­nie mar­twił się wtedy o los matki, dener­wo­wał się haftką przy koł­nie­rzyku albo zasta­na­wiał się, co myślą o nim inni. Żało­wał teraz, że zabra­kło mu deter­mi­na­cji, ale ludzie są, jacy są.

Odął policzki.

- Puł­kow­niku Gorst? Pro­szę otwo­rzyć bramę.

Gorst tylko patrzył na niego sze­roko otwar­tymi oczami.

- Rozu­miem - zapew­nił go łagodny tonem Orso. - I niniej­szym zwal­niam cię ze wszyst­kich przy­siąg. Nie jesteś już moim dowódcą straży.

Oczy Gor­sta przy­brały oso­bli­wie zagu­biony wyraz.

- Kim wobec tego jestem?

- To chyba... będzie zale­żało od cie­bie. - Przy­naj­mniej przez te kilka krót­kich chwil, zanim tłusz­cza ich roz­szar­pie. - Już czas.

Gorst z wysił­kiem prze­łknął ślinę, odwró­cił się i krzyk­nął piskli­wie:

- Otwo­rzyć bramę!

Bez względu na to, ile razy czło­wiek sły­szał ten głos, nie spo­sób było do niego przy­wyk­nąć.

Krata się unio­sła, zgrzyt­nęły rygle i pomię­dzy skrzy­dłami bramy zaja­śniała wąska kre­ska świa­tła. Ryt­miczne pokrzy­ki­wa­nie uci­chło i oczom Orso uka­zał się sze­reg twa­rzy z wyba­łu­szo­nymi oczami. Ludzie chwiali się i poty­kali popy­chani przez napie­ra­jący z tyłu tłum.

Wyszedł im na spo­tka­nie sam: z dum­nie unie­sioną głową i ozdob­nym mie­czem przy boku, w zło­tym dia­de­mie i płasz­czu z wyha­fto­wa­nym zło­tym słoń­cem Unii pre­zen­to­wał się iście po kró­lew­sku.

Bun­tow­nicy opu­ścili broń, dwaj albo trzej scho­wali ją nawet za ple­cami, jakby zakło­po­tani jej posia­da­niem. W upior­nej ciszy Orso szedł naprzód. Serce tłu­kło mu się w piersi, za to jego twarz miała sta­ran­nie pie­lę­gno­wany non­sza­lancki wyraz. Zatrzy­mał się dokład­nie pod zewnętrzną kra­wę­dzią łuku bramy, dosta­tecz­nie bli­sko, by naj­bli­żej sto­jący mogli go dotknąć.

- Pro­szę bar­dzo - powie­dział tonem sta­now­czym, może nawet odro­binę suro­wym. Tonem roz­cza­ro­wa­nego ojca. Takiego tonu cza­sem musiał uży­wać jego ojciec. - Oto jestem. - Jego wzrok spo­czął na star­sza­wej kobie­cie w poła­ta­nej sukience i popla­mio­nym far­tu­chu. Mimo chłodu pod­wi­nęła rękawy, odsła­nia­jąc zaró­żo­wione przed­ra­miona. - Pozwoli pani, że zapy­tam, o co cho­dzi?

Zamknęła usta i cof­nęła się, nie wypo­wie­dziaw­szy ani słowa.

Orso uniósł brew i spoj­rzał na łysie­ją­cego męż­czy­znę z twa­rzą pociętą popę­ka­nymi naczyn­kami i starą sie­kierą w ręce.

- A pana co do mnie spro­wa­dza?

Męż­czy­zna zer­k­nął w lewo, w prawo, jego dolna warga zadrżała, a z pokry­tego szcze­ci­nia­stym zaro­stem gar­dła dobyło się led­wie sły­szalne chryp­nię­cie, ale to było wszystko.

Orso postą­pił krok naprzód. Tłum się cof­nął, szu­ra­jąc nogami. Kie­dyś na spo­tka­niu Towa­rzy­stwa Sło­necz­nego, na które przy­był namó­wiony przez Savine, widział, jak siły magne­tyczne odpy­chają opiłki żelaza. Tutaj wyglą­dało to cał­kiem podob­nie.

Ści­ska­jące go za gar­dło napię­cie nara­stało. Poru­szył ramio­nami, żeby je roz­luź­nić, nagle zde­ner­wo­wany - kto by pomy­ślał?! - bez­czyn­no­ścią tłumu.

- No dalej - powie­dział. - Miejmy to z głowy.

Zamiast jed­nak opaść go ze wszyst­kich stron jak sfora wygłod­nia­łych wil­ków, mil­czący tłum roz­stą­pił się, robiąc miej­sce łysemu męż­czyź­nie w pro­stym czar­nym ubra­niu, z maka­brycz­nie popa­rzoną twa­rzą. Towa­rzy­szyła mu harda kobieta o har­dym spoj­rze­niu.

Orso wyba­łu­szył z nie­do­wie­rza­niem oczy.

- Arcy­lek­tor Pike? - wyszep­tał.

- Powin­ni­śmy chyba uznać, że niniej­szym skła­dam dymi­sję, Wasza Kró­lew­ska Mość. Cho­ciaż, co teraz powinno być oczy­wi­ste, ni­gdy nie byłem sługą Waszej Wyso­ko­ści.

Pike nie był by­naj­mniej jeń­cem bun­tow­ni­ków, wyglą­dało raczej na to, że go sza­nują. Ba, że go słu­chają. Na miłość losu, on był ich przy­wódcą!

Orso przy­jął to olśnie­nie nie­mal z ulgą: teraz nie miał już wąt­pli­wo­ści, że nic nie mógł zro­bić. Od początku miał przy sobie zdrajcę.

- To ty jesteś Tka­czem? - zapy­tał szep­tem.

- Zda­rzało mi się uży­wać tego imie­nia.

- Nie mia­łem poję­cia... - Orso uniósł brew, prze­no­sząc wzrok na Teu­fel. - A pani wie­działa? Zawsze mia­łem panią za kobietę, która wie wszystko o wszyst­kim. O ile ktoś taki w ogóle ist­nieje.

Teu­fel zer­k­nęła na Pike'a.

- Nie - przy­znała bez ogró­dek. Jak zwy­kle, trudno było orzec, co naprawdę myśli.

- No dobrze. Pod­daję pałac. Pro­szę, byście oszczę­dzili moich straż­ni­ków i dwo­rzan. Jedy­nie usi­ło­wali mi słu­żyć.

- Wystar­czy roz­lewu krwi - powie­dział Pike, po czym dodał cokol­wiek zło­wiesz­czo: - Na dziś.

Zapa­dła cisza, którą mąciły tylko odle­głe wiwaty na Placu Mar­szał­ków i bar­dziej gniewne pokrzy­ki­wa­nia w oko­licy Domu Pytań. Nikt jed­nak nie zamie­rzał posie­kać Orso na kawałki.

- Wobec tego... - Odkaszl­nął skrę­po­wany. - Co teraz?

- O tym zde­cy­duje lud - odparł Pike.

Orso rozej­rzał się. Popa­trzył na ten cały "lud".

- Serio? - Uśmiech­nął się ze zdu­mie­niem. - A będzie potra­fił?

Wszyst­kie atuty

Zimny wiatr zawie­wał przez wyso­kie okna Dworu Skar­linga, niósł mgłę znad rzeki, koły­sał drze­wami w całej doli­nie i tar­mo­sił zawie­szoną nad ogrom­nym komin­kiem ozdobną cho­rą­giew z wyha­fto­wa­nym sym­bo­lem dłu­giego oka. Rikke otu­liła się pele­ryną, narzu­ciła kap­tur i patrząc na burzącą się daleko w dole szarą wodę, zasta­na­wiała się, co dalej.

Czło­wiek musiał być twardy, żeby zasiąść na tro­nie Skar­linga. Po pro­stu musiał. Czy tego chciał, czy nie.

- Myślisz o tym, żeby sko­czyć? - zapy­tała Isern.

- To tam spadł Krwawa Dzie­wiątka. Tak przy­naj­mniej mówią.

- Jaka z tego nauka? Że czło­wiek, który po wła­dzę wspina się na górę tru­pów, spada potem daleko w dół?

Rikke spoj­rzała na tę długą drogę w dół, po czym ostroż­nie cof­nęła się od okna.

- Ta nauka nie­zbyt mi się podoba.

Isern uśmiech­nęła się sze­roko, maca­jąc języ­kiem szczerbę w zębach.

- Jeżeli będziesz słu­chać tylko tych nauk, które ci się podo­bają, niczego się nie nauczysz. Fajne masz to futerko.

- Prawda? - Rikke pogła­dziła futro dło­nią. Było takie deli­katne, mięk­kie, białe... Kiedy kazała nim obszyć czer­wony jedwab od Savine dan Brock, powstała pele­ryna godna legen­dar­nej kró­lo­wej. - Dar od miesz­kań­ców Car­le­onu.

- Zaczy­nają cię lubić, co?

- Mnie trudno nie lubić.

- Zwłasz­cza kiedy masz pod ręką kil­ku­set zbroj­nych.

- Prze­ko­na­łam się, że im lepiej są uzbro­jeni, tym bar­dziej ludzie mnie lubią. Tak sobie myślę... Chyba są mi wdzięczni, że jesz­cze nie kaza­łam spa­lić mia­sta. Czyli miło­sier­dzie jed­nak popłaca.

- Ow­szem, zda­rza się - przy­znała Isern. - A ludzie z pew­no­ścią za nim tęsk­nią, po Sto­urze z tymi jego ponu­rymi humo­rami i wred­nym cha­rak­te­rem. Ale nie choj­ra­kuj, dziew­czyno, wdzięcz­ność jest jak wio­senne kwiaty: pięk­nie pach­nąca, ale nie­trwała. Na twoim miej­scu trzy­ma­ła­bym gdzieś na widoku pło­nącą pochod­nię, rozu­miesz, w jakimś miej­scu, które przy­wo­dzi­łoby na myśl pożary miast. Żeby ta wdzięcz­ność w nich nie wyga­sła.

- Może tobie też by mogli uszyć futro.

- Mnie nie­po­trzebne. - Isern prych­nęła wynio­śle i prze­rzu­ciła przez ramię koniec wystrzę­pio­nego szala. - Ide­ału nie da się ulep­szyć.

Skrzy­dło wiel­gach­nych wrót otwo­rzyło się z łosko­tem i do sali wpa­ro­wała Cor­leth. Potknęła się o przy­dłu­gie drzewce przy­pa­sa­nego topora, nie­mal się prze­wró­ciła, prze­czła­pała pośpiesz­nie dwa, trzy kroki, zła­pała rów­no­wagę, po czym wresz­cie sta­nęła pro­sto i wzięła się pod boki. Dyszała ciężko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki