Jak król
- Wiesz co, Tunny?
Lekko przekrwione oczy kaprala zwróciły się w stronę Orso.
- Tak, Wasza Królewska Mość?
- Muszę przyznać, że jestem raczej zadowolony z siebie.
Niezłomny Sztandar - biały koń wspięty na tle lśniącego złotego słońca -
łopotał na wietrze. Niedawno do listy wyhaftowanych na nim miejsc
sławnych wiktorii, których był świadkiem, dołączył Stoffenbeck. Ilu to
już Najwyższych Królów paradowało triumfalnie pod tym błyszczącym
kawałkiem materiału? A teraz - choć dysponujący mniej liczną armią,
powszechnie wyśmiewany i skazywany na porażkę - dołączył do nich Orso,
człowiek, który przeobraził się z wykpiwanego w pamfletach Księcia
Prostytutek w nowego Casamira niczym cudowny motyl wynurzający się z cuchnącej poczwarki. Życie dziwnie się plecie, bez dwóch zdań. Zwłaszcza
życie królów.
- Wasza Królewska Mość ma pełne prawo, do diaska, żeby czuć się
zadowolonym z siebie! - pośpieszył z zapewnieniem lord marszałek
Rucksted. Mało kto tak dobrze jak on rozumiał istotę samozadowolenia. -
Wasza Wysokość przechytrzył nieprzyjaciela jeszcze przed rozpoczęciem
bitwy, a potem wziął do niewoli najgorszego z tych zdrajców!
I z zadowoleniem obejrzał się przez ramię.
Leo dan Brock, wielki bohater, dla którego zaledwie parę dni wcześniej
świat wydawał się za mały, teraz mieścił się w nędznym wozie z okratowanymi oknami kolebiącym się na trakcie za plecami Orso. Inna
sprawa, że mniej go było do zmieszczenia niż dawniej: jedną jego
zmasakrowaną nogę pochowali na polu bitwy razem z jego zniszczoną
reputacją.
- Wasza Królewska Mość zatriumfował - zapiszczał Bremer dan Gorst i zaraz się zamknął, wodząc posępnym wzrokiem po coraz bliższych wieżach i kominach Adui.
- Rzeczywiście, zatriumfowałem. - Niewymuszony uśmiech sam z siebie
wypłynął na twarz króla. Orso nie pamiętał, kiedy ostatnio zdarzyło mu
się coś takiego. - Młody Lew pobity przez Młode Jagnię. - Nawet ubranie
leżało na nim lepiej niż przed bitwą. Podrapał się po podbródku: w ogólnym podnieceniu od paru dni się nie golił. - Może powinienem
zapuścić brodę?
Hildi zsunęła przydużą czapkę na tył głowy i z powątpiewaniem przyjrzała
się szczecinie na jego policzkach.
- A dasz radę? - zapytała.
- Przyznaję, w przeszłości kilkakrotnie mi się to nie udało, ale to samo
można powiedzieć o wielu innych rzeczach, Hildi. Przyszłość to zupełnie
co innego!
Chyba po raz pierwszy w życiu z niecierpliwością czekał na to, co
przyniesie mu przyszłość - ba, był wręcz gotowy wziąć się z tą suką za
bary i narzucić jej pożądany kształt. Zostawił więc lorda marszałka
Foresta zajętego nadawaniem jako takiego szyku poobijanej Dywizji
Następcy Tronu i na czele setki zbrojnych ruszył przodem do Adui. Musiał
wrócić do stolicy i przywrócić państwową nawę na właściwy kurs.
Buntownicy zostali zmiażdżeni, mógł więc wreszcie wyruszyć w dawno
planowany wielki objazd Unii i pokazać się poddanym jako zwycięski
monarcha. Dowie się, co może dla nich zrobić; jak poprawić ich los.
Zastanawiał się z rozmarzeniem, jaki przydomek nada mu
rozentuzjazmowany, wielbiący go tłum. Orso Niezłomny? Orso
Nieustraszony? Niewzruszony Mur Stoffenbecku?
Siedział w siodle, kołysząc się lekko, i rozkoszował się rześkim
jesiennym powietrzem. Północny wiatr zwiewał adueńskie wyziewy nad
morze, więc głęboki wdech nie kończył się natychmiastowym atakiem
kaszlu.
- Nareszcie rozumiem, co ma na myśli ktoś, kto mówi, że czuje się jak
król.
- Nie przejmuj się tym - uspokoił go Tunny. - Jestem przekonany, że ani
się obejrzysz, jak znów poczujesz się zagubiony i bezradny.
- Z pewnością.
Orso nie mógł się powstrzymać: jeszcze raz obejrzał się na tyły kolumny.
Ranny lord gubernator Anglandu nie był ich jedynym ważnym jeńcem. Za
więźniarką Młodego Lwa turkotał pilnie strzeżony powóz, którym
podróżowała jego ciężarna małżonka Savine. Czy to jej blada dłoń
zaciskała się na półeczce pod oknem? Skrzywił się na samo wspomnienie
jej imienia. Kiedy jedyna kobieta, jaką w życiu pokochał, wyszła za
innego, a potem go zdradziła, lubił sobie wyobrażać, że gorzej już się
poczuć nie może. A potem się dowiedział, że jest jego przyrodnią
siostrą.
Smród bijący ze stłoczonych na przedmurzu Adui slumsów raczej wzmógł,
niż osłabił, wzbierające mu w gardle mdłości. Wyobrażał sobie
uśmiechniętych obywateli, piegowate dzieci wymachujące chorągiewkami
Unii, deszcz pachnących płatków kwiatów sypany przez stojące na
balkonach piękności. Zawsze kręcił nosem na tego typu patriotyczne
bzdury, gdy honory odbierali inni zwycięzcy, teraz jednak chciał zostać
jednym z nich. Tymczasem przyczajone w półmroku ciemne postaci łypały na
niego spode łba, ogryzająca kurzą nóżkę ladacznica stała w oknie i śmiała się z niego, a wybitnie paskudny żebrak bezczelnie splunął pod
kopyta królewskiego konia.
- Malkontenci zawsze się znajdą, Wasza Królewska Mość - mruknął Yoru
Sulfur. - Wystarczy zapytać mojego mistrza, któremu nikt nigdy nie
dziękuje za wytężoną pracę.
- Mhm - przytaknął Orso, chociaż, o ile go pamięć nie myliła, to akurat
Bayaza wszyscy traktowali ze służalczym wręcz szacunkiem. - I jakie
lekarstwo ma na to twój mistrz?
- Ignorować ich. - Sulfur z beznamiętnym wyrazem twarzy obserwował
mieszkańców slumsów. - Jak mrówki.
- Słusznie. Nie pozwólmy, by popsuli nam triumfalny nastrój.
Na to było już jednak ciut za późno. Wiatr nagle wydał się zimniejszy, a Orso poczuł znajome niepokojące mrowienie na karku.
***
W pojeździe zrobiło się ciemniej, turkot kół poniósł się głuchym echem.
Przez zakratowane okienko Leo zobaczył bloki kutego kamienia i domyślił
się, że wjeżdżają do Adui przez jedną z bram. Marzył mu się wjazd do
stolicy na czele triumfalnego pochodu, tymczasem wracał zamknięty w więźniarce cuchnącej zleżałą słomą, krwią z ran i wstydem.
Wozem szarpnęło, ból przeszył kikut nogi Leo i wycisnął mu łzy z zaczerwienionych oczu. Pomyślał o tym, ilu atutów sam się pozbawił, jak
wielką przewagę roztrwonił, w jakie pułapki się wpakował... Był
skończonym głupcem.
Gdy tylko paplanina Ishera zaczęła trącić buntem, trzeba było powiedzieć
temu zdradliwemu tchórzowi, żeby się odpierdolił. Albo jeszcze lepiej:
pójść z tym prosto do Kulasa i o wszystkim mu powiedzieć. Wtedy dalej
byłby najsłynniejszym bohaterem w dziejach Unii, wodzem, który pobił
Wielkiego Wilka! A nie błaznem pokonanym przez Młode Jagnię.
Trzeba było schować dumę w kieszeń w rozmowie z królem Jappo, schlebiać
mu, flirtować, zgrywać dyplomatę, z uśmiechem zaoferować mu Zachodni
Port, wymienić ten bezwartościowy zrzynek Unii na całą resztę i lądować
w Midderlandzie w asyście styryjskiego korpusu.
Trzeba było wziąć matkę ze sobą. Na wspomnienie jej błagań w porcie miał
ochotę rwać włosy z głowy. Narzuciłaby dyscyplinę tej zbieraninie na
plaży, ogarnęła mapę chłodnym spojrzeniem i skierowała wojsko na
południe - wtedy pierwsza dotarłaby do Stoffenbecku i wciągnęła
nieprzyjaciela w bitwę, której nie mógłby wygrać.
Trzeba było posłać odpowiedź na zaproszenie Orso na czubku lancy,
zaatakować wszystkimi siłami przed zachodem słońca, zmieść kłamliwego
skurwiela z dogodnej pozycji na wzniesieniu i rozbić posiłki, które
przyszły mu z pomocą.
Nawet kiedy lewe skrzydło jego szyku zawiodło, a prawe się załamało,
wciąż mógł jeszcze odwołać tę ostatnią szarżę. Przynajmniej nie
straciłby Antaupa i Jina. Nie straciłby ręki i nogi. Może Savine
zdołałaby wynegocjować jakiś układ; była przecież dawną królewską
kochanką - a sądząc po tym, co widział podczas swojej egzekucji,
prawdopodobnie także obecną. Nawet nie mógł mieć o to do niej pretensji.
Uratowała mu przecież życie, prawda? Cokolwiek było teraz warte...
Był więźniem. Zdrajcą. Kaleką.
Wóz zwolnił i ledwie posuwał się naprzód, telepiąc się na wszystkie
strony. Skądś z przodu dobiegły głosy, śpiewy, wyzwiska... Wierni
poddani króla Orso wylegli na ulice, żeby świętować zwycięstwo? Nie
brzmiało to jak uroczyste powitanie.
Dawniej krąg szermierczy był dla Leo dan Brocka parkietem tanecznym -
teraz męczarnią stało się choćby wyprostowanie i obciążenie ocalałej
nogi, żeby mógł zdrową ręką złapać się krat w oknie i podciągnąć do
pozycji stojącej. Zanim poczuł na twarzy chłodny podmuch wiatru i,
mrużąc oczy, wyjrzał na ulicę zasłaną kłębami dymu z huty, więźniarka
znieruchomiała.
Uderzyły go osobliwe szczegóły: potrzaskane sklepowe żaluzje, wyłamane
drzwi zwieszające się koślawo z zawiasów, śmieci na ulicy. W pierwszym
momencie wziął stertę szmat we wnęce drzwi za śpiącego włóczęgę, by
chwilę potem, z uczuciem narastającego niepokoju, przy którym zbladł
nawet ból, dojść do wniosku, że ten człowiek chyba nie żyje.
- Na pamięć poległych... - wyszeptał.
Zobaczył spalony magazyn, którego zwęglone krokwie sterczały jak żebra
truchła objedzonego z mięsa. Wymalowane na osmolonej fasadzie wysokie na
trzy kroki litery obwieszczały: Czas nadszedł.
Przycisnął twarz do prętów, próbując zerknąć w głąb ulicy. Za oficerami,
dworzanami i dosiadającymi podenerwowanych koni żołnierzami korpusu
rycerskiego zobaczył tłum stłoczony przed najeżonym kolcami murem.
Transparenty powiewały nad głowami jak sztandary nad pułkiem wojska:
Uczciwa praca, godna płaca; Precz z Zamkniętą Radą; Powstańcie! Tłum już
kierował się ku królewskiej kolumnie, tętnił posępnym gniewem, buczał,
szydził... Czy to Destruktorzy?
- Na pamięć poległych - powtórzył szeptem.
Dostrzegł ludzi także w głębi bocznej uliczki, nosili robotnicze ubrania
i zaciskali pięści. Biegli. Gonili kogoś. Dopadli go, zaczęli bić i kopać.
- Z drogi! - dobiegło z przodu donośne wezwanie. Pewnie Rucksted. - Z drogi, w imieniu Jego Królewskiej Mości!
- Wal się! - warknął mężczyzna bez szyi, za to z gęstą brodą. - Sam
zejdź nam z drogi!
Ludzie przesączali się na ulicę z zaułków i podwórek. Nasilało się
niepokojące wrażenie, że królewski oddział znajduje się w okrążeniu.
- To Młody Lew! - zawołał ktoś.
Rozległy się cherlawe wiwaty. Zdrowa noga Leo (która zaledwie parę dni
wcześniej była jego chorą nogą) paliła go żywym ogniem, ale kurczowo
trzymał się kraty. Ciżba wokół więźniarki gęstniała, ludzie wyciągali ku
niemu ręce.
- Młody Lew!
***
Bezradna Savine patrzyła przez okno powozu, jak zbiry tłoczą się wokół
więźniarki Leo niczym świnie przy korycie. Jedną ręką podtrzymywała
nabrzmiałe brzuszysko, w drugiej ściskała dłoń Zuri. Nie umiałaby
powiedzieć, czy chcą go uwolnić, czy zamordować. Najprawdopodobniej oni
też tego nie wiedzieli.
Zdała sobie sprawę, że nie pamięta już, jak to jest nie czuć strachu.
Zaczęło się prawdopodobnie od strajku. Znała wszystkie fabryki w Adui -
to była papiernia Fossa dan Harbera, w którą zainwestowania dwukrotnie
odmówiła. Perspektywy zysków były wprawdzie kuszące, ale Harber miał
fatalną reputację; był okrutnikiem i wyzyskiwaczem, przez którego inni
fabrykanci nie mogli należycie wykorzystywać swojej siły roboczej.
Zaczęło się prawdopodobnie od strajku, który - jak to często bywa ze
strajkami - bardzo szybko przerodził się w coś znacznie paskudniejszego.
- Cofnąć się! - wykrzyknął młody oficer, smagając robotników szpicrutą.
Konny strażnik złapał jednego mężczyznę za rękę i odciągnął, drugiego
zdzielił tarczą w głowę. Ten drugi upadł, zalśniła krew.
Savine zaparło dech w piersi. Oczy jej się rozszerzyły.
Oficer, uderzony przez kogoś kijem, zachwiał się w siodle.
- Czekajcie! - zawołał ktoś. Być może Orso, pomyślała Savine. -
Czekajcie!
To jednak niczego nie zmieniło. Najwyższy Król Unii nagle stał się tak
samo bezradny jak ona. Tłum napierał ze wszystkich stron, morze
wściekłych twarzy, transparentów i zaciśniętych pięści. Zgiełk przywiódł
jej na myśl Valbeck i tamtejsze powstanie, ale okropna teraźniejszość
była wystarczająco przerażająca i bez sięgania w straszną przeszłość.
W ulicę wjechali kolejni żołnierze. Ktoś krzyknął, stratowany przez
konia.
- Łajdaki!
Cichy szczęk: ktoś dobył broni.
- Chronić króla! - rozległ się piskliwy krzyk Gorsta.
Jeden ze strażników najpierw uderzył głowicą miecza, a potem płazem
ostrza zrzucił robotnikowi czapkę z głowy i powalił go na bruk. Inny -
żołnierz korpusu rycerskiego - nie był taki delikatny: błysk stali,
wysoki krzyk. Tym razem Savine widziała, jak miecz opadł i wyrąbał
ziejącą ranę w barku cywila.
Podskoczyła, gdy coś uderzyło z impetem o ścianę powozu.
- Boże, dopomóż - mruknęła Zuri.
- Serio? - Savine spojrzała na nią z niedowierzaniem. - Pomógł ci
kiedyś?
- Nie tracę nadziei. - Zuri objęła ją opiekuńczym gestem. - Odsuń się od
okna...
- I dokąd mam pójść? - szepnęła Savine, oparłszy się o nią.
Po drugiej stronie szyby zapanował chaos. Strażnik na koniu i kobieta o zaczerwienionej twarzy wyrywali sobie z rąk jeden koniec transparentu z napisem Wszyscy równi, którego druga końcówka ginęła w splątanej masie
kończyn i twarzy. Żołnierz korpusu rycerskiego, ściągnięty z siodła,
przepadł w tłumie jak marynarz w odmętach wzburzonego morza. Robotnicy
byli wszędzie, rozpychali się, wciskali pomiędzy konie, łapali,
wrzeszczeli.
Trzasnęło rozbite okno powozu i obsypana odłamkami szkła Savine
odskoczyła w tył.
- Zdrajcy! - krzyknął ktoś.
To o niej? O Leo? Czyjaś zgięta w łokciu ręka sięgnęła do środka, brudna
dłoń po omacku szukała zasuwki. Savine nieporadnie uderzyła w nią bokiem
zaciśniętej pięści. Nie była pewna, czy lepiej zostać wywleczonym z powozu przez tłum, czy czekać, aż inkwizycja zaciągnie ją do Domu Pytań.
Zuri próbowała stanąć na nogi, kiedy za oknem coś błysnęło. Krople na
policzku Savine. Czerwone kropki na sukni. Pchająca się do powozu ręka
ześliznęła się z powrotem.
Ulica eksplodowała ogniem. Savine skuliła się, oburącz obejmując brzuch.
Ból przeszył jej trzewia.
" Boże, dopomóż" - poruszyła bezgłośnie ustami. Czyżby miała zacząć
rodzić tu i teraz, w środku zamieszek, na zasłanej szkłem podłodze
powozu?
- Wy skurwysyny!
Olbrzym w fartuchu złapał wodze konia tej blondynki, którą Orso
zatrudniał w roli osobistej służącej, tej samej, która - tysiąc lat temu
- przenosiła liściki od niego do Savine i z powrotem. Trzymał ją za
nogę, a ona wierzgała, kopała, pluła i warczała. Orso zawrócił konia i zaczął tłuc olbrzyma pięścią po łysiejącej głowie. Ten go złapał i spróbował ściągnąć z siodła.
- Wy...
Jego czaszka rozpękła się na dwoje. Bluznęła czerwień. Savine
wytrzeszczyła oczy. Mogłaby przysiąc, że ten cały Sulfur plasnął
mężczyznę otwartą dłonią w skroń i prawie oderwał mu głowę.
Przed oknem przejechał Gorst, szczerząc zęby i siekąc wściekle mieczem
na obie strony.
- Król! - wołał piskliwie. - Król!
- Do Agriontu! - krzyknął ktoś. - Nie zatrzymujcie się!
Powóz ruszył z szarpnięciem. Savine byłaby spadła z siedzenia, gdyby
Zuri jej nie złapała. Kurczowo uczepiła się pustej ramy okiennej i przygryzła wargę, czując kolejny spazm bólu w napęczniałym brzuchu.
Patrzyła, jak tłum rozprasza się przed powozem, słyszała krzyki zgrozy.
Jakieś ciało zatoczyło się w bok zahaczone rogiem pojazdu, odbiło od
drzwi i wpadło pod kopyta konia rycerza herolda. Pasmo blond włosów
zahaczyło o sterczące z okiennej ramy resztki szkła.
Koła podskoczyły na stratowanym transparencie, przeturkotały po
klejących się do wilgotnej nawierzchni pamfletach. Więźniarka pędziła
przodem, krzesząc iskry z bruku. Wszędzie było pełno obłąkanych ze
strachu koni, powiewających grzyw, trzepoczących uprzęży. Coś uderzyło
metalicznie w drugą ścianę powozu i zaraz zostało z tyłu wraz z papiernią Harbera i jej burzącymi się pracownikami.
Przez wybite okno zawiewał zimny wiatr. Serce Savine waliło jak młotem,
dłoń znieruchomiała na półeczce, twarz płonęła rumieńcem, jakby ją
spoliczkowano. Jak Zuri była w stanie zachować spokój? Jej twarz niczego
nie wyrażała, jednym ramieniem obejmowała Savine. Dziecko kopało
niespokojnie, czułe na szarpnięcia i podskoki powozu. Przynajmniej żyło.
Żyło.
Za oknem lord szambelan Hoff kurczowo trzymał wodze, urzędowy łańcuch
zaplątał mu się i zacisnął wokół szyi. Podstarzały siwowłosy królewski
chorąży ściskał drzewce sztandaru, słońce Unii płynęło nad nimi w górze.
Na złotogłowiu widniała tłusta plama.
Ulice przemykały w tył, tak bardzo znajome, tak bardzo obce. Kiedyś
miała miasto u swoich stóp. Nikogo innego tak nie podziwiano, nikomu tak
nie zazdroszczono, nikogo też tak nie nienawidzono - co zresztą zawsze
traktowała jako jedyny naprawdę szczery komplement. Mijali w pędzie
budynki: niektóre z nich znała, niektóre nawet były jej własnością.
Dawniej.
Bo teraz wszystko przepadło.
Zacisnęła kurczowo powieki. Nie pamiętała już, jak to jest nie czuć
strachu.
Pamiętała, jak przyjęła od Leo pierścionek zaręczynowy; w dole
rozpościerał się cały Agriont wraz ze wszystkimi swoimi małymi
mieszkańcami. Przyszłość należała do nich dwojga. Jak to możliwe, że tak
całkowicie się unicestwili? Jego lekkomyślność ani jej ambicja z osobna
by nie wystarczyły, ale jak dwa związki chemiczne, które w pojedynkę są
zaledwie lekko trujące, po połączeniu wytworzyli niestabilny środek
wybuchowy, który zmiótł ich życie i życie tysięcy ludzi prosto do
piekła.
Zabandażowane rozcięcie na ogolonej głowie swędziało bez przerwy. Byłoby
chyba lepiej, gdyby kawał metalu, który ją drasnął, przeleciał odrobinę
niżej i po prostu rozłupał czaszkę.
- Zwolnić! - Piskliwy okrzyk Gorsta. - Zwolnić!
Wjeżdżali do Agriontu po jednym z mostów, przed nimi majaczyły potężne
mury. Kiedyś czuła się wśród nich bezpiecznie jak w objęciach rodziców,
teraz wyglądały jak mury więzienia. Nie, nie wyglądały: naprawdę nimi
były. Pętla ze sznura wciąż zaciskała się zarówno na jej szyi, jak i na
szyi Leo.
Po tym, jak sprowadzili go z szafotu, zmieniła mu opatrunek na nodze;
wydawało się, że to właściwe, coś, co żona może zrobić dla rannego męża
- zwłaszcza gdy walnie przyczyniła się do jego zranienia. Myślała, że
jest silna, słynęła przecież ze swojej bezduszności, ale kiedy odwijała
bandaże, jakby dokonywała czegoś w rodzaju obrzydliwego striptizu,
zmieniały kolor: z upstrzonych brunatnymi plamami stały się najpierw
różowe, potem czarne. W końcu odsłoniła kikut: nieporadne, kostropate
szwy, koszmar każdej krawcowej, fioletowo-czerwone i płaczące ropą;
makabryczna, upiorna, nierzeczywista pustka w miejscu, w którym powinna
być noga; i ten smród jak z jatki, podlany wonią taniego alkoholu.
Zakryła dłonią usta. Nie zamienili ani słowa, ale kiedy spojrzała mu w oczy, dostrzegła odbitą w nich własną zgrozę.
Zaraz potem strażnicy ją stamtąd zabrali. Poddała im się z wdzięcznością. Na wspomnienie tamtej chwili robiło jej się niedobrze -
niedobrze od wyrzutów sumienia i z niesmaku, a także z powodu wyrzutów
sumienia, że ten niesmak odczuwa.
Zdała sobie sprawę, że drży. Zuri ścisnęła jej dłoń.
- Będzie dobrze - powiedziała.
Savine spojrzała w jej ciemne oczy.
- Jakim cudem? - spytała szeptem.
Powóz zadygotał i stanął. Kiedy oficer otworzył drzwi, z okna osypały
się resztki szkła. Savine potrzebowała dłuższej chwili, żeby rozluźnić
palce; musiała rozwierać je siłą, niczym kurczowo zaciśniętą dłoń trupa.
Otumaniona zeszła chwiejnie po schodkach. Przy każdym kroku bała się, że
zaraz się posika. A może już się posikała?
Plac Marszałków. Raz w miesiącu przewoziła tędy swojego ojca w fotelu na
kółkach, śmiejąc się z cudzych nieszczęść. Brała udział w spotkaniach
Otwartej Rady w Rotundzie Lordów, odcedzając z paplaniny jej członków
okazje do ubicia interesu. Dyskutowała ze wspólnikami o finansach, o tym, kogo wywyższyć, kogo zgnieść, kogo przekupić i czyimi pieniędzmi.
Znała na pamięć wszystkie punkty charakterystyczne sterczące znad
osmolonych dachów: smukły palec Wieży Łańcuchów, posępną sylwetę Domu
Stwórcy - ale ich miejsce było w innym świecie. Innym życiu.
Otaczający ją mężczyźni - z poranionymi twarzami, w podartych pięknych
mundurach, z obnażoną bronią czerwoną od krwi - wybałuszali z niedowierzaniem oczy.
- Twoja ręka - podszepnęła jej Zuri.
Ręka Savine była cała we krwi. Spojrzała na nią tępo i odwróciła dłonią
do góry. W samym jej środku tkwił odłamek szkła; musiał się wbić, kiedy
ściskała ramę okna. Niczego nie poczuła.
Podniosła wzrok i napotkała spojrzenie Orso: był poruszony, blady, złoty
diadem przekrzywił mu się nad czołem. Usta miał półotwarte, jakby
zamierzał coś powiedzieć, ona również, jakby chciała mu odpowiedzieć,
ale przez chwilę oboje milczeli.
- Znajdźcie jakieś lokum dla lady Savine i jej małżonka - wychrypiał w końcu król. - W Domu Pytań.
Z wysiłkiem przełknęła ślinę i odprowadziła go wzrokiem.
Nie pamiętała, jak to jest nie czuć strachu.
***
Orso zamaszystym krokiem szedł przez Plac Marszałków, w przybliżeniu w stronę pałacu. Zaciskał pięści. Nie wiadomo dlaczego widok Savine wciąż
zapierał mu dech w piersi, ale miał pilniejsze sprawy na głowie niż
dymiące zgliszcza swojego życia uczuciowego - chociażby taką, że jego
triumfalny powrót do stolicy od początku wypadł blado, a ostatecznie
zamienił się w krwawą jatkę.
- Oni mnie nienawidzą - mruknął.
Oczywiście był przyzwyczajony do powszechnej niechęci, obelżywych
pamfletów, zniesławiających plotek i szyderstw Otwartej Rady. Fakt, że
poddani uprzejmie i dyskretnie pogardzają królem za jego plecami, był
czymś absolutnie normalnym - co innego jednak, kiedy tłuszcza próbuje
owego króla fizycznie sponiewierać: to zakrawało na otwarty bunt. I to
już drugi w tym miesiącu. Adua - pępek świata, zenit cywilizacji,
latarnia postępu i dobrobytu - pogrążała się w zamęcie i bezprawiu.
Rozczarowanie było wstrząsające - jakby włożył do ust przepyszny słodki
przysmak, po czym, przeżuwając go, odkrył, że to kawałek zwykłego gówna.
Cóż, takie już było życie króla: miska gówna na śniadanie, obiad i kolację.
Hoffowi świszczało w piersi, kiedy desperacko usiłował dotrzymać mu
kroku.
- Ludzie stale się... skarżą... - wysapał.
- Oni mnie nienawidzą, kurwa! Nienawidzą! Słyszałeś, jak wiwatowali na
cześć Młodego Lwa? Od kiedy to ten łajdak z tytułem szlacheckim jest
takim herosem ludowym?
Przed niedawnym triumfem Orso wszyscy uważali go za godnego pogardy
tchórza, Brocka zaś za wspaniałego bohatera. Naturalnie po ostatnich
wydarzeniach te poglądy powinny ulec odwróceniu, tymczasem jego uważano
dziś za godnego pogardy tyrana, a Młody Lew budził powszechną litość
jako ten słabszy i przegrany. Gdyby Brock zaczął publicznie walić
gruchę, publika przyjęłaby to wiwatami.
- Przeklęci zdrajcy! - warknął Rucksted, wgniatając opancerzoną pięść w opancerzoną drugą dłoń. - Należałoby ich powiesić!
- Nie możemy powiesić wszystkich - zauważył Orso.
- Jeśli Wasza Wysokość pozwoli, rad wrócę do miasta i przynajmniej
spróbuję.
- Obawiam się, że nasz błąd polegał raczej na przeprowadzeniu zbyt
wielkiej liczby egzekucji niż zbyt małej...
- Wasza Królewska Mość! - Wyróżniający się przerażająco wysokim wzrostem
rycerz herold czekał na Drodze Królów pod posągiem Haroda Wielkiego, ze
skrzydlatym hełmem pod pachą. - Zamknięta Rada pilnie oczekuje przybycia
Waszej Królewskiej Mości do Białej Sali. - Zrównał się z Orso i dotrzymywał mu kroku, mówiąc dalej: - Za pozwoleniem, chciałbym
pogratulować Waszej Wysokości zwycięstwa pod Stoffenbeckiem.
- Mam wrażenie, jakby to było bardzo dawno temu - odparł Orso, nie
zatrzymując się. Bał się, że jeśli to zrobi, runie na ziemię jak
dziecięca wieża z klocków. - Odebrałem już gratulacje od pokaźnej grupy
wichrzycieli na Drodze Królów.
Spojrzał spode łba na Casamira Niezłomnego. Ciekawe, pomyślał, czy on
też musiał kiedyś uciekać ulicami stolicy przed własnymi poddanymi. W książkach historycznych nie było o tym ani słowa.
- Pod nieobecność Waszej Królewskiej Mości sytuacja stała się...
niestabilna.
Orso nie był zachwycony tym, w jaki sposób herold wymówił słowo
"niestabilna": brzmiało jak eufemizm użyty do opisania czegoś znacznie
gorszego.
- Niedługo po wyjeździe Waszej Wysokości wybuchły niepokoje w związku z rosnącą ceną chleba. Wskutek buntu i niesprzyjającej pogody do miasta
docierało za mało mąki. Tłumy kobiet wdarły się do niektórych piekarń.
Właściciele zostali pobici, a jeden z nich uznany za spekulanta i...
zamordowany.
- To niepokojące - wtrącił Sulfur, prawdziwy mistrz niedopowiedzeń.
Orso zwrócił uwagę, że pieczołowicie wyciera chusteczką krew z krawędzi
dłoni. Z uśmieszku satysfakcji, który udało mu się zachować przez cały
czas trwania egzekucji dwustu ludzi pod Valbeckiem, nie został nawet
ślad.
- Następnego dnia rozpoczął się strajk w odlewni przy Podgórnej, dzień
później wybuchły trzy kolejne. Część strażników odmówiła wyjścia na
patrol, inni starli się z protestującymi. - Rycerz herold poruszył niemo
ustami. Posmutniał. - Kilkanaście ofiar śmiertelnych.
Zamykający pochód unieśmiertelnionych monarchów ojciec Orso patrzył na
pusty park z miną znamionującą determinację i władczość, które za życia
nigdy nie malowały się na jego twarzy. Naprzeciwko niego, przedstawieni
w nieco mniej monumentalnej skali, stali sławny bohater wojenny lord
marszałek West, sławny oprawca arcylektor Glokta oraz Pierwszy Wśród
Magów, który piorunował przechodniów wzrokiem i krzywił się z niesmakiem, jakby ludzie byli dla niego uprzykrzonymi mrówkami, niczym
więcej. Orso nieraz się zastanawiał, którzy z jego dworzan zajmą w przyszłości miejsce naprzeciw jego posągu. Teraz pierwszy raz przeszło
mu przez myśl, że jego podobizna może się tu w ogóle nie pojawić.
- Teraz zaprowadzimy porządek! - To Hoff rozpaczliwie usiłował
rozproszyć grobowe nastroje. - Zobaczycie!
- Mam taką szczerą nadzieję, Wasza Łaskawość - odparł rycerz herold. -
Grupa Destruktorów zajęła część fabryk. W Trzech Farmach demonstrują już
całkiem otwarcie, domagając się... no... domagając się ustąpienia
Zamkniętej Rady Jego Królewskiej Mości.
Orso nie był zachwycony tym, w jaki sposób herold wymówił słowo
"ustąpienie": brzmiało jak eufemizm użyty dla opisania czegoś znacznie
bardziej ostatecznego.
- Ludzie są wzburzeni, Wasza Wysokość. Żądni krwi.
- Mojej? - mruknął Orso, bezskutecznie usiłując poluzować sobie
kołnierzyk.
- Ehm... - Rycerz herold wykonał wątły salut pożegnalny. - Krwi. Po
prostu. Nie wiem, czy to ważne, czyja będzie.
Mizernie prezentowała się przetrzebiona Zamknięta Rada, która na widok
Orso wkraczającego do Białej Sali z wysiłkiem dźwignęła się na starcze
nogi. Lord marszałek Forest został w Stoffenbecku razem z niedobitkami
armii. Arcylektor Pike miał zastraszyć wiecznie niespokojnych
mieszkańców Valbecku i ponownie zmusić ich do uległości. Nie znaleziono
jeszcze następcy najwyższego sędziego Bruckela po tym, jak stracił głowę
podczas poprzedniego zamachu na życie Orso. Miejsce Bayaza u stóp stołu
było - jak zwykle przez ostatnie dwa stulecia - puste. Co zaś tyczy się
naczelnika wydziału podatkowego, należało domniemywać, że znowu wyszedł
za potrzebą.
- Chciałbym złożyć Waszej Królewskiej Mości gratulacje z okazji wielkiej
wiktorii w Stoffenbecku... - zabrzmiał podniesiony, nieprzyjemny głos
lorda kanclerza Gorodetsa.
- Zapomnij. - Orso opadł na swoje niewygodne krzesło. - Ja już tak
zrobiłem.
- Zostaliśmy napadnięci! - Wzburzony Rucksted przemaszerował na swoje
miejsce, podzwaniając ostrogami. - My, orszak królewski!
- Zamieszki na ulicach Adui! - wysapał Hoff. Osunął się na krzesło i rękawem szaty zaczął wycierać zroszone potem czoło.
- W rzeczy samej - mruknął Orso. Przesunął palcami po policzku, odsunął
je od twarzy i obejrzał. Opuszki miał umazane krwią. To po tym, jak
Gorst wyrzynał buntowników. - Są jakieś wieści od arcylektora Pike'a?
- Wasza Wysokość nie słyszał? - Gorodets przeszedł od tradycyjnego
stroszenia i rozczesywania brody do nerwowego wykręcania jej w zakrzywionych szponiasto palcach. - W Valbecku trwa regularne powstanie!
Miasto padło!
Głośne glug, z jakim Orso przełknął ślinę, poniosło się donośnym echem
wśród śnieżnobiałych ścian.
- Padło? - powtórzył.
- Znowu? - zakwilił Hoff.
- Nie mamy żadnych wiadomości od Jego Eminencji - ciągnął Gorodets. -
Obawiamy się, że mógł wpaść w ręce Destruktorów. Dostać się do niewoli.
- Do niewoli? - wymamrotał Orso. W sali było duszniej niż zazwyczaj.
- Z całego Midderlandu napływają wieści o szerzącym się chaosie! -
wypalił najwyższy konsul. Był blisko paniki. - Straciliśmy kontakt z władzami Kelnu. W Holsthormie źle się dzieje. Rabunki. Lincze. Czystki.
- Czystki? - szepnął Orso. Najwyraźniej był skazany na powtarzanie
pojedynczych słów tonem, w którym niepokój mieszał się ze zgrozą.
- Chodzą słuchy, że bandy Destruktorów grabią wsie!
- Ogromne bandy zmierzają do stolicy ze wszystkich stron - wtrącił lord
admirał Krepskin. - Łajdacy mają czelność nazywać się "Armią Ludową".
- Zdrada szerzy się jak zaraza - wyrzęził Hoff ze wzrokiem utkwionym w puste krzesło naprzeciw Orso. - Możemy powiadomić lorda Bayaza?
Odrętwiały Orso pokręcił głową.
- Nie dość szybko, żeby to coś zmieniło - odparł.
Prawdę mówiąc, spodziewał się raczej, że Pierwszy Wśród Magów i tak
wolałby dyskretnie trzymać się na dystans i spokojnie szacować, jakie
korzyści przyniesie mu takie czy inne rozstrzygnięcie konfliktu.
- Robimy, co w naszej mocy, żeby te wiadomości nie przedostały się do
publicznej wiadomości...
- Chodzi o zapobieżenie panice, Wasza Królewska Mość, ale...
- Za parę dni mogą stanąć u naszych bram!
Milczenie, które zapadło po tych słowach, przeciągało się. Uczucie
triumfu, z jakim Orso jechał do Adui, wyblakło jak ledwie pamiętany
sen.
Jeżeli istniało dokładne przeciwieństwo czucia się jak król, to właśnie
je poznał.
Zmiana
- Imponujące - powiedział Pike. - Sama przyznasz.
- Owszem - zgodziła się z nim Vick, której niełatwo było zaimponować.
Armii Ludowej mogło brakować dyscypliny, wyposażenia i żywności, ale z jej ogromem nie sposób było dyskutować. Całkowicie zablokowała trakt
biegnący dnem doliny, rozlewała się na zbocza, a jej koniec ginął w przesiąkniętej mżawką dali. Kiedy wyruszali z Valbecku, mogło ich być
dziesięć tysięcy. Z początku dwa pułki byłych żołnierzy tworzyły dumną
awangardę, połyskującą bronią i pancerzami świeżo wykutymi w hutach
Savine dan Brock, ale porządek szybko ustąpił przed bałaganem. Hutnicy i odlewnicy, farbiarki i praczki, brukarze i ślusarze, rzeźnicy i lokaje
raczej tańczyli, niż maszerowali, do wtóru starych pieśni robotniczych i wybijanego na garnkach rytmu. Jeśli byli to buntownicy, to nadzwyczaj
poczciwi.
Vick po części spodziewała się, a po części żywiła wręcz nadzieję, że
armia rozproszy się, brnąc przez błotnisty kraj przy pogarszającej się
pogodzie, tymczasem rebelianckie szeregi pęczniały z każdym dniem.
Dołączali do nich robotnicy, drobni właściciele ziemscy i farmerzy
niosący kosy i widły (które wzbudzały lekki niepokój), a także mąkę i szynki (których widok przyjmowano z kolei z wielkim entuzjazmem).
Dołączały bandy żebraków i gangi sierot. Dołączali dezerterzy z nie
wiadomo jakich batalionów. Dołączali handlarze, dziwki i demagodzy
sprzedający - odpowiednio - plewy, ciała i teorie polityczne w namiotach
na poboczach dróg stratowanych tak bardzo, że upodabniały się do
mokradeł.
Nikt też nie podałby w wątpliwość entuzjazmu buntowników. Palone nocami
ogniska ciągnęły się całymi milami. Ludzie chronili się przy nich przed
jesiennym chłodem, zawijali się w okroplone rosą koce, dzielili się
plewowymi snami i z błyskiem w oku rozprawiali o zmianie, Wielkiej
Zmianie, która w końcu nadeszła.
Vick nie miała już teraz pojęcia, jak daleko ciągnie się ta gęsta ciżba
przemoczonych ludzi, nie wiedziała też, ilu jest wśród nich Destruktorów
i Podpalaczy. Całe mile mężczyzn, kobiet i dzieci brnęły w błocie w stronę Adui. W stronę lepszego jutra. Ona sama miała, rzecz jasna,
wątpliwości, ale ileż w tym wszystkim było nadziei... Niezmierzone
pokłady. Nikt, nawet najbardziej zblazowany cynik, nie mógł pozostać na
nią obojętny. A może po prostu nie była wcale aż tak zblazowana, jak
lubiła to sobie wmawiać.
W obozach nauczyła się zawsze trzymać ze zwycięzcami i od tamtej pory
niezłomnie stosowała się do tej zasady. Tyle że ani w obozach, ani przez
te wszystkie lata, które upłynęły od ich opuszczenia, nigdy nie miała
wątpliwości, kto jest zwycięzcą. Rządzący. Inkwizycja. Zamknięta Rada.
Arcylektor. Patrząc z góry na tę niezdyscyplinowaną ludzką masę, która
uparła się, żeby zmienić świat, nie była wcale pewna, kto ostatecznie
okaże się zwycięzcą. Ba, nie była nawet pewna, którędy przebiega granica
pomiędzy stronami konfliktu. Gdyby Leo dan Brock pokonał Orso, może
mieliby nowego króla na tronie, nowe twarze w Zamkniętej Radzie i nowe
tyłki na wielgachnych krzesłach, ale w gruncie rzeczy wszystko zostałoby
po staremu. Ale gdyby to ci tutaj pobili Orso, któż mógł przewidzieć, co
z tego wyniknie? Wszystkie stare pewniki kruszyły się w proch, a ona
zaczynała powątpiewać, czy kiedykolwiek były pewnikami - czy może tylko
domniemaniami głupców.
Podczas rebelii w Stariklandzie przeżyła trzęsienie ziemi: podłoga
drżała, książki spadały z półek, komin jednego z domów zwalił się na
ulicę. Nie trwało to długo - ale zarazem dostatecznie długo, żeby
poczuła strach na myśl o tym, że wszystko, co brała za trwałe i solidne,
może w każdej chwili rozpaść się na kawałki.
Teraz czuła to samo, a zarazem miała świadomość, że trzęsienie ziemi
dopiero się zaczyna. Jak długo świat będzie drżał? I co ocaleje, gdy
wstrząsy ustaną?
- Widzę, że nadal jesteś z nami, siostro Victarine. - Pike zacmokał na
konia, dźgnął go piętami i ruszył w dół zbocza, w stronę czoła
przemoczonej kolumny.
Instynkt odradzał Vick podążenie za nim, ale go nie posłuchała.
- Nadal jestem z wami - potwierdziła.
- Zatem nawróciłaś się na naszą sprawę?
Jakaś optymistyczna cząstka jej istoty chciała wierzyć, że oto spełnia
się marzenie Sibalta o lepszym świecie, i desperacko chciała być tego
świadkiem. Inna, bardziej nerwowa cząstka, węszyła w powietrzu przelaną
krew, chciała jeszcze tej nocy zerwać się z uwięzi i uciec do Dalekiej
Krainy. A jeszcze inna, wyrachowana, doszła do wniosku, że narowistym
koniem nie da się pokierować inaczej niż z siodła i że bezpieczniej
będzie do końca ściskać wodze w garści niż je puścić.
Spojrzała z ukosa na Pike'a. Prawdę mówiąc, wciąż jeszcze nie rozgryzła,
czym dokładnie jest "ich sprawa" i na razie była zdania, że każdy z niezliczonych punkcików składających się na Armię Ludową walczy
wyłącznie we własnej sprawie - to jednak nie był dobry moment na
mówienie prawdy. A który jest?
- Byłabym głupia, twierdząc, że nie jestem do końca przekonana.
- Gdybyś zaś powiedziała, że jesteś całkowicie przekonana, ja musiałbym
być głupcem, żeby ci uwierzyć.
- A ponieważ żadne z nas nie jest głupie... ograniczmy się do: być może.
- Ależ przeciwnie, wszyscy jesteśmy głupi. Ale raduje mnie dobre "być
może" - odparł Pike, nie okazując cienia radości. Ani niczego innego. -
Stwierdzenia kategoryczne nie są wiarygodne.
Vick przypuszczała, że dwoje przywódców Wielkiej Zmiany, którzy
wyjechali im naprzeciw na trawiastym zboczu, nie podziela opinii Pike'a.
- Brat Pike! - zawołał Risinau, wymachując pulchną ręką na powitanie. -
I siostra Victarine!
Risinau ją martwił. Dawny superior Valbecku uchodził za wielkiego
myśliciela, ale jej zdaniem idealnie wpisywał się w wyobrażenie idioty
na temat geniusza. Jego idee tworzyły labirynt, w którego środku ziała
pustka: dużo tam było gadania o sprawiedliwym społeczeństwie
przyszłości, bardzo niewiele zaś o tym, jaką drogą do niego dojść. Jego
kieszenie pękały w szwach od papierzysk zapełnionych teoriami,
manifestami, proklamacjami i przemowami, które wygłaszał publicznie tym
swoim jękliwym głosem, za każdym razem, gdy Armia Ludowa zatrzymała się
na odpoczynek. Vick nie podobała się reakcja słuchaczy na jego kwieciste
wezwania do zachowania umiaru: wymachiwali bronią i głośnym wrzaskiem
wyrażali swoją aprobatę. Z doświadczenia wiedziała, że największych
szkód zawsze dokonuje tłuszcza kierująca się szlachetnymi motywami.
Ale o wiele bardziej martwiła ją Sędzia. Nosiła stary, zardzewiały,
podzwaniający kradzionymi łańcuchami napierśnik. Pod spodem miała suknię
balową oblepioną potrzaskanymi kryształkami, ale siedziała na koniu po
męsku, przez co chmura obszarpanych halek podjeżdżała jej do połowy uda.
Ubłocone bose stopy wkładała w sfatygowane kawaleryjskie strzemiona. Jej
twarz przywodziła na myśl worek noży: zaciśnięta w gniewnym grymasie
chuda szczęka, zmrużone ze złością czarne oczy, włosy - na co dzień
ogniście rude, teraz zbrązowiałe od deszczu - klejące się z jednej
strony do czaszki. Dla niej wszelkie zasady były tylko
usprawiedliwieniem dla rzezi. Kiedy jej Podpalacze objęli we władanie
gmach sądu w Valbecku, złożona z nich ława przysięgłych nikogo nie
uniewinniła, a ona sama wydawała wyłącznie wyroki śmierci. Jeżeli
Risinau stale spoglądał w przyszłość, nie bacząc na zgliszcza, wśród
których przychodzi mu brnąć, to Sędzia patrzyła pod nogi, gotowa
stratować wszystko, co się da.
A Pike? Z poparzonej, maskowatej twarzy byłego arcylektora nie sposób
było cokolwiek wyczytać. Kto mógł wiedzieć, jaki cel przyświeca bratu
Pike'owi?
Vick ruchem głowy wskazała zarastającą brudem Aduę. Otulający miasto
całun dymu nieuchronnie się przybliżał.
- Co nas czeka, kiedy już tam dotrzemy? - zapytała.
- Wielka Zmiana - odparł zadowolony z siebie Risinau.
- Z czego na co?
- Nie zostałem pobłogosławiony darem długiego oka, siostro Victarine. -
Risinau zachichotał na tę myśl. - Widząc poczwarkę, trudno orzec, jaki
motyl wylęgnie się z niej o świcie. - Pogroził jej serdelkowatym palcem.
- Ale zmiana jest pewna. Na fundamencie wzniosłych ideałów powstanie
nowa Unia!
- Świata nie trzeba wcale zmieniać - burknęła Sędzia, wpatrując się w stolicę. - Trzeba go spalić.
Vick nie dałaby żadnemu z tych dwojga nawet świń pasać, nie mówiąc o przekuwaniu marzeń milionów w nową przyszłość. Oczywiście zachowała
doskonale obojętny wyraz twarzy, ale Pike musiał wychwycić jakieś echo
jej prawdziwych odczuć.
- Czyżbyś miała wątpliwości? - zagadnął.
- Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby świat szybko się zmienił - odparła.
- Właściwie nie widziałam, żeby zmienił się w ogóle.
- Zaczynam dochodzić do wniosku, że spodobałaś się Sibaltowi przez to,
że byłaś jego przeciwieństwem. - Risinau położył jej dłoń ramieniu. -
Jesteś taka cyniczna, siostro...
Wzruszeniem ramion zrzuciła jego rękę.
- Mam swoje powody.
- Po tym, jak w obozach skradziono ci dzieciństwo, a potem nauczyłaś się
zawierać nowe przyjaźnie tylko po to, by wydawać swoich przyjaciół
arcylektorowi Glokcie, nie możesz być inna - rzekł Pike. - Z cynizmem
można jednak przesadzić. Przekonasz się.
Prawdę mówiąc, Vick spodziewała się, że Wielka Zmiana znacznie wcześniej
runie z wielkim hukiem, Sędzia z Risinauem wezmą się za łby, krucha
koalicja Destruktorów i Podpalaczy, działaczy umiarkowanych i ekstremistów rozpadnie się na frakcje i koterie, a determinacja Armii
Ludowej rozpłynie się w deszczu. Spodziewała się również, że kawaleria
lorda marszałka Rucksteda zjedzie ze wszystkich okolicznych wzgórz i rozsmaruje tę zbieraninę na papkę.
Tymczasem Risinau i Sędzia w dalszym ciągu jakoś się tolerowali, a gwardii królewskiej nigdzie nie było widać - nawet teraz, gdy w słabnącym deszczu wkraczali w głąb marnie rozplanowanego, kiepsko
odwadnianego i paskudnie cuchnącego labiryntu szałasów na przedmurzu
stolicy. Dziurawe rynny przeciekały, woda ciurkała na błotniste uliczki.
Może armia Orso była wciąż wyczerpana wojowaniem z Leo dan Brockiem.
Może musiała tłumić inne bunty, w innych miejscach. A może w tych
niezwykłych czasach skołowani żołnierze zatracili poczucie lojalności i nie wiedzieli już, dla kogo mają walczyć. Zrozumiała, co muszą czuć, gdy
słońce wyjrzało zza chmur i zobaczyła bramę Adui.
Przez moment zastanawiała się, czy Łój jest w mieście i czy nie grozi mu
niebezpieczeństwo, dopóki nie zdała sobie sprawy, że w obecnej sytuacji
głupotą byłoby przejmowanie się losem jednostki. Jak miałaby mu pomóc?
Jak ktokolwiek miałby pomóc komukolwiek?
Risinau obrzucił ociekające mury nerwowym spojrzeniem.
- Ostrożność nie zawadzi - powiedział. - Może wytoczmy działa i...
hmm... no...
Sędzia prychnęła z niesmakiem, bosymi piętami dźgnęła konia w boki i wysforowała się naprzód.
- Odwagi nie można jej odmówić - zauważył Pike.
- Co najwyżej rozumu - przyznała Vick.
Miała cichą nadzieję na grad strzał, który jednak nie spadł. W upiornej
ciszy Sędzia zbliżała się stępa do muru, zadarłszy arogancko głowę.
- Ej, wy tam! - zawołała, wstrzymawszy konia przed bramą. - W środku!
Żołnierze Unii! Mieszkańcy Adui! - Stanęła w strzemionach, wskazując
brnącą grząskim traktem hordę obdartusów. - Oto Armia Ludowa, która
przybyła tu, żeby wyzwolić lud! Chcemy usłyszeć od was odpowiedź na
jedno pytanie. - Uniosła dłoń z wyprostowanym palcem. - Jesteście z ludem... czy przeciwko niemu?
Jej koń się spłoszył. Szarpnęła wodze i zatoczyła ciasny krąg w miejscu,
trzymając dłoń w górze. Tupot tysięcy stóp narastał.
Vick wzdrygnęła się na dźwięk głuchego turkotu po drugiej stronie muru.
Chwilę potem pomiędzy skrzydłami bramy zajaśniała wąziutka kreska
światła, skrzypnęły dawno nieoliwione zawiasy i brama powoli się
otworzyła.
- Jesteśmy z ludem! - zawołał z blanków żołnierz, szczerząc zęby w uśmiechu i wymachując czapką. - Wielka Zmiana!
Sędzia zarzuciła głową, zjechała na pobocze traktu i zniecierpliwionym
gestem ponagliła forpocztę Armii Ludowej, ustąpiwszy jej miejsca.
- Jebać króla! - wykrzyknął ten sam żołnierz, czym wzbudził wybuchy
śmiechu wśród nadciągających Destruktorów.
Ryzykując życie, wspiął się na mokry od deszczu maszt ponad bramą i zerwał powiewającą na nim chorągiew - proporzec Najwyższego Króla, od
stuleci powiewający nad Aduą, złote słońce Unii, które sam Bayaz wręczył
Harodowi Wielkiemu jako nowe godło. Sztandar, przed którym ludzie
klękali, do którego się modlili i na który przysięgali wierność królowi,
sfrunął na dół, na upstrzoną kałużami drogę przed bramą.
- Świat naprawdę może się zmienić, siostro Victarine - powiedział Pike,
unosząc jedną bezwłosą brew. - Patrz.
Zacmokał na konia i ruszył w stronę otwartej bramy.
Tak oto Armia Ludowa wmaszerowała do Adui, wdeptawszy sztandar
przeszłości w błoto w przyciężkim od symbolizmu geście.
Prości ludzie
- Są tutaj! - Głos Jakiba drżał i łamał się z podniecenia. -
Destruktorzy! Są tutaj!
Tyle dni, tygodni, miesięcy wyczekiwania, a teraz toczył dzikim wzrokiem
po skromnym pokoju dziennym, na przemian zaciskał i rozluźniał pięści i nie bardzo wiedział, co powinien zrobić.
Petree nie podzielała jego ekscytacji, sprawiała raczej wrażenie
zatroskanej, może nawet rozgoryczonej. Chłopaki go ostrzegali, że bierze
sobie zgorzkniałą babę za żonę, ale wtedy tego nie widział. Zawsze wolał
żyć nadzieją.
- Ty i te twoje nadzieje - mówili mu.
A teraz z każdym dniem robiła się coraz bardziej zgorzkniała.
Tyle że to nie był czas na rozpamiętywanie złych i dobrych stron
małżeństwa.
- Są tutaj, do diabła!
Porwał płaszcz i rozrzucił leżące na stole ulotki. Pospadały na podłogę.
Nie czytał ich - tak po prawdzie to nie umiał czytać - ale samo ich
posiadanie było jak krok uczyniony ku wolności. A kto potrzebuje
pamfletów, kiedy Destruktorzy są na miejscu?
Poszedł po dziadkową szablę, zawieszoną na haku nad kominkiem. Przy
okazji sklął pod nosem Petree, która kazała mu ją powiesić poza
zasięgiem rąk - teraz musiał się wspiąć na palce i omal nie zrzucił
sobie tego draństwa na głowę.
Widok jej miny mącił jego dobre samopoczucie. Może była nie tyle
zgorzkniała, ile po prostu wystraszona? Tego właśnie chciały te łotry,
ta cała inkwizycja i Zamknięta Rada. Żeby ludzie się bali.
Złapał ją za ramię, potrząsnął, żeby dodać jej otuchy.
- Teraz chleb stanieje - powiedział. - Zobaczysz. Wystarczy go dla
wszystkich.
- Naprawdę tak myślisz?
- Ja tak nie myślę. Ja to wiem.
- Zostaw szablę. - Dotknęła sfatygowanej pochwy. - Jeśli weźmiesz ją ze
sobą, będzie cię korciło, żeby jej użyć, a nie potrafisz walczyć.
- Właśnie, że potrafię - żachnął się, chociaż oboje wiedzieli, że to
nieprawda. Szarpnął pochwę w swoją stronę, obrócił ją niewłaściwą stroną
do dołu i szabla na wpół się z niej wysmyknęła, zanim zdążył ją złapać i wepchnąć z powrotem. - W dniu Wielkiej Zmiany mężczyzna powinien mieć
przy sobie broń! Jeśli dostatecznie dużo z nas się uzbroi, nie będziemy
musieli walczyć.
Zanim Petree zdążyła ponownie zaprotestować, wybiegł i trzasnął
drzwiami, aż zaklekotały w futrynie.
Po niedawnym deszczu ulice błyszczały jak nowe. Wszędzie było pełno
ludzi - panowała atmosfera gdzieś pomiędzy festynem i zamieszkami. Ktoś
biegł, ktoś krzyczał. Trochę znajomych twarzy, większość obcych. Jakaś
kobieta rzuciła mu się na szyję i cmoknęła go w policzek. Prostytutka
stała na rusztowaniu przy jednym z domów: jedną ręką opierała się o ścianę, drugą zadzierała sukienkę, żeby wszyscy mogli się napatrzeć.
- Za pół ceny! - krzyczała. - Przez cały dzień!
Był gotowy walczyć, gotowy szarżować na zjeżone włóczniami szeregi
rojalistów odziany w pancerz wolności i równości. Petree nie była
przekonana do tego pomysłu, prawdę mówiąc, z upływem dnia on też
nabierał coraz większych wątpliwości, widział jednak zaledwie paru
żołnierzy, uśmiechniętych, w rozpiętych mundurach, którzy podskakiwali,
wiwatowali i świętowali jak wszyscy.
Ktoś śpiewał. Ktoś płakał. Ktoś tańczył w kałużach, ochlapując
wszystkich dookoła. Ktoś leżał w drzwiach. Czyżby pijak? Nie, Jakib
dostrzegł krew na jego twarzy. Może trzeba mu pomóc? Ale porwała go
rzeka biegnących ludzi. Nie wiedział, dokąd biegną. Nic już nie
wiedział.
Wypadli na ulicę Drożną, która przerzynała fabryki Trzech Farm i prowadziła do centrum. Tam zobaczył zbrojnych: wypolerowane pancerze,
nowiutkie, lśniące. Zamarł za węgłem, serce podeszło mu do gardła,
szablę schował za plecami. Na pewno gwardia królewska, pomyślał, ale
wtedy zobaczył ich brodate twarze, zawadiacki krok i chorągwie, które
nieśli, z topornie wyhaftowanymi zerwanymi okowami. To Armia Ludowa
maszerowała ku wolności.
Robotnicy szerokimi strumieniami wylewali się z zakładów i dołączali do
tłumu. Przepychał się wśród nich, śmiał się, pokrzykiwał, zdzierał
gardło. Obszedł dookoła armatę, najprawdziwszą, psiakrew, armatę,
popychaną przez roześmiane farbiarki, których przedramiona miały
przedziwne kolory. Ludzie śpiewali, obejmowali się i płakali i Jakib nie
był już szewcem, tylko bojownikiem o wolność, dumnym bratem Destruktorów
uczestniczącym w największym wydarzeniu epoki.
Na czele tłumu dostrzegł kobietę na białym koniu, w żołnierskim
napierśniku. Sędzia! To musiała być Sędzia, piękniejsza, szlachetniejsza
i rozpierana słuszniejszym gniewem, niż śmiał mieć nadzieję. Była
duchem, ucieleśnieniem idei, boginią prowadzącą lud na spotkanie
przeznaczenia.
- Bracia! Siostry! Do Agriontu! - zawołała, wskazując im drogę do
wolności. - Mam ochotę osobiście powitać Jego Pierdoloną Królewską
Wysokość!
Odpowiedziała jej kolejna fala gromkiego śmiechu. Tłum był zachwycony. W głębi bocznej uliczki Jakib dostrzegł grupkę mężczyzn, którzy kopali
kogoś leżącego, raz po raz. Wyjął z pochwy zardzewiałą szablę po
dziadku, podniósł ją wysoko i dołączył do chóralnych śpiewów.
***
- Są tutaj - wyszeptał Grey.
Kapitan Leeb dobył miecza. Pomyślał, że tak trzeba.
- Zdaję sobie z tego sprawę, kapralu - odparł, usiłując emanować
pewnością siebie. Pewność siebie to najważniejsza cecha oficera, tak mu
powtarzał brat. - Słyszę ich.
Sądząc po tym, jaki hałas czynili, musiało ich być sporo, naprawdę sporo
i szybko się zbliżali. Leeb pomyślał o kibicach na Turnieju. Setki
zachwyconych, podnieconych głosów. Nie, nie setki: tysiące. Tym razem
jednak wyraźnie słyszał nutkę obłędu we wrzaskach tłumu, szczyptę furii.
Od czasu do czasu towarzyszył im brzęk tłuczonego szkła i trzask
łamanego drewna.
Najchętniej by uciekł. Nie chciał mieć niczyjej krwi na rękach,
zwłaszcza własnej. Zresztą z tamtymi nawet trochę sympatyzował.
Poniekąd. Wolność, sprawiedliwość i w ogóle. Czego tu nie lubić, prawda?
Ale on przysiągł wierność królowi. Nie bezpośrednio królowi, ma się
rozumieć, ale... no... przysięga to przysięga. Złożył ją z przyjemnością, kiedy wszystko się układało, i chyba nie bardzo mógł ją
cofnąć, kiedy sprawy się skomplikowały. Co by to była za przysięga?
Pułkownik go zapewniał, że pomoc jest w drodze. Że wesprze ich gwardia
królewska. Potem, że żołnierze z Zachodniego Portu. Potem, że ze
Stariklandu i innych, coraz mniej prawdopodobnych kierunków. Ostatecznie
nikt nie przyszedł.
Powiódł wzrokiem po swoich ludziach rozstawionych w poprzek Drożnej.
Tworzyli wątłą czerwoną linię: ze czterdziestu kuszników,
osiemdziesięciu włóczników. Połowa kompanii nie stawiła się na wezwanie.
Traktowali przysięgę luźniej niż on. Zawsze uważał, że słowność jest
najszlachetniejszą z cnót. Lojalność to najważniejsza cecha oficera,
ojciec często mu to powtarzał. Leeb zaczynał jednak dochodzić do
wniosku, że pewna elastyczność w tej kwestii byłaby nie od rzeczy.
- Są tutaj - powtórzył Grey.
- Zdaję sobie z tego sprawę, kapralu. - Leebowi zaschło w gardle. Wiatr
przerzedził wyziewy z huty. - Widzę ich.
Tłum gęstniał. Wiele osób - wśród nich kobiety i dzieci - wyglądało jak
zwyczajni porządni obywatele, tyle że uzbrojeni w nogi od krzeseł,
młotki, noże i dzidy zrobione z mioteł. Inni prezentowali się jak
zawodowcy, ich broń i pancerze lśniły w promieniach przezierającego zza
chmur słońca. Leeb coraz szerzej rozdziawiał usta, szacując ich
faktyczną liczbę. Widocznie coraz bardziej dramatyczne proklamacje,
groźby, godziny policyjne i przykładne kary nie przyniosły pożądanego
skutku. Wprost przeciwnie.
- Na miłość losu - mruknął ktoś.
- Spokojnie - chciał powiedzieć Leeb, ale zapiszczał tak przeraźliwie,
że nikogo nie uspokoił. Ba, mógł nawet zaniepokoić tych, którzy
dotychczas byli spokojni.
Było boleśnie oczywiste, że wątlutki szereg żołnierzy nie ma szans na
powstrzymanie tej wzburzonej nawały. Żadnych szans.
Na widok Leeba i jego ludzi tłum zafalował i przystanął. Śpiewy i wiwaty
zamarły buntownikom na ustach. Zapadło wybitnie niezręczne milczenie, a w głowie Leeba obudziło się zdoła niestosowne wspomnienie: podobnie
niezręczne milczenie zapadło, kiedy po pijaku próbował na potańcówce
pocałować swoją kuzynkę Sithrin; odskoczyła ze zgrozą i skończyło się na
tym, że pocałował jej ucho. Tak jakby. To milczenie było bardzo podobne,
tylko o wiele bardziej przerażające.
Co robić? Na miłość losu, co robić?! Przepuścić ich? Przyłączyć się do
nich? Walczyć z nimi? Rzucić się do ucieczki i się nie zatrzymywać? Same
złe pomysły. Jego dolna warga zadrżała głupkowato, ale z ust nie dobył
się żaden dźwięk. Nie umiał się zdecydować, wybrać żadnej opcji, nawet
najmniej złej. Determinacja jest najważniejszą cechą oficera, ale jego
szkolenie nie przewidywało takiego obrotu spraw. Nikt nie szkoli ludzi
do sytuacji, w której cały świat rozpada się na kawałki.
Jeździec wysforował się na czoło pochodu: kobieta z burzą zmierzwionych
rudych włosów i gniewnym, szyderczym uśmiechem na ustach. Miało się
wrażenie, że jej wściekłość jest zaraźliwa; że błyskawicznie rozlewa się
w tłumie. Wykrzywione twarze, wzniesiona broń, krzyki i drwiny.
I nagle okazało się, że Leeb nie ma wyboru.
- Przygotować kusze do strzału! - wypalił, tak jakby z braku czasu na
wymyślenie lepszego konceptu postanowił poprzestać na tym absolutnie
najgorszym.
Jego ludzie spojrzeli po sobie, zaszemrali, przestąpili z nogi na nogę.
- Przygotować kusze! - zagrzmiał kapral Grey.
Żyły nabrzmiały mu na grubej szyi. Spojrzał na Leeba z desperacją
wypisaną na twarzy - niczym pilot statku osiadłego na mieliźnie, który
zerka na swojego kapitana, jakby chciał go bez słów zapytać, czy na
pewno zamierzają pójść na dno razem ze statkiem. Może właśnie dlatego
kapitanowie do końca nie schodzą z mostku. Z braku lepszych pomysłów.
- Strzelać! - zakwilił Leeb, tnąc szablą powietrze.
Nie był pewny, ilu faktycznie strzeliło. Mniej niż połowa. Bali się
ostrzeliwać tak licznego wroga? Nie chcieli strzelać do ludzi, którzy
mogli być ich ojcami, braćmi, synami? Do kobiet, które mogły być ich
matkami, siostrami, córkami? Paru strzeliło ponad głowami tłumu, trudno
powiedzieć, czy celowo, czy z pośpiechu. Ktoś krzyknął. Czy na czele
tłumu dwie, trzy osoby osunęły się na ziemię? Niczego to nie zmieniło.
Niczego nie mogło zmienić.
Przerażająca diablica na koniu wycelowała sękaty palec w Leeba.
- Zabić skurwieli!
Rzucili się na nich setkami.
Leeb był człowiekiem w miarę odważnym i w miarę honorowym, a przy tym
rozsądnym monarchistą, który bardzo poważnie traktował przysięgę złożoną
królowi - ale nie był głupcem. Odwrócił się i razem ze swoimi ludźmi
wziął nogi za pas. Nie tworzyli już oddziału, tylko stado kwiczących,
poszturchujących się, skamlących świń.
Ktoś go popchnął. Leeb przewrócił się, przeturlał po ziemi, wstał.
Przyszło mu do głowy, że to pewnie kapral Grey, niech go szlag. Jego
żołnierze poszli w rozsypkę, porzuciwszy broń. Czmychnął w stronę
najbliższego zaułka, potrącił po drodze zaskoczonego żebraka, potknął
się, omal nie upadł. Jak jeden człowiek miał dochować przysięgi, kiedy
wszyscy inni ją złamali? Istotą armii jest wspólnota celu.
Biegiem do Agriontu: nie był w stanie myśleć o niczym innym. Pędził
krętymi uliczkami, włos jeżył mu się na karku ze strachu, oddech rzęził
w piersi. Przeklęte płuca, zawsze były słabe, przeklinał je przez całe
życie.
- Znasz jakiegoś lorda marszałka, który by miał słabe płuca? - pytał go
brat. - Mocne płuca to najważniejsza cecha oficera!
Ohydne adueńskie miazmaty na pewno mu nie pomagały. Dopadł do jakichś
drzwi i oparł się o nie ciężko, próbując stłumić atak kaszlu. Zgubił
szablę. A może wyrzucił?
- Niech to wszyscy diabli...
Spojrzał na swoją mundurową kurtkę. Jaskrawo czerwona, nie mogła być
czerwieńsza. Chodziło przecież o to, żeby się wyróżniał. Jak środek
tarczy strzelniczej.
Zataczając się, odsunął się od drzwi i zaczął się szarpać z mosiężnymi
guzikami. Prawie wpadł na bandę krzepkich mężczyzn - zapewne robotników
z którejś z okolicznych hut. Mieli dzikie oczy, białka łyskały
drapieżnie w umorusanych smarem twarzach.
Patrzyli na niego, a on na nich.
- Zaczekajcie - powiedział, wątłym gestem unosząc dłoń. - Ja tylko
wykonywałem...
Nie byli zainteresowani jego rozkazami, obowiązkami, przysięgą,
zrozumieniem dla ich sprawy ani rozsądnym monarchizmem. Nie był to dzień
ani na rozsądek, ani - tym bardziej - na najważniejsze cechy oficera.
Jeden z nich opuścił głowę i rzucił się na niego. Leeb zdążył wymierzyć
mu jeden cios pięścią, zupełnie nieszkodliwy, bo praktycznie chybiony:
ześliznął się po czole tamtego, nie czyniąc mu najmniejszej krzywdy.
Brat kiedyś mu mówił, jak należy boksować, ale Leeb nie bardzo go
słuchał - i teraz tego żałował. Ale tak po prawdzie jego brat też guzik
wiedział o boksowaniu.
Tamten trafił go barkiem w żebra. Leebowi zaparło dech w piersi, gdy
uniósł się lekko w powietrze i z przeraźliwym trzaskiem runął na mokry
bruk.
Wtedy dopadli go wszyscy naraz, kopali i przeklinali. Obślinieni
szaleńcy. Rozjuszone zwierzęta. Kulił się, jak mógł, pojękując po każdym
ciosie. Któreś kolejne uderzenie w plecy było tak silne, że zwymiotował.
Ze zgrozą zobaczył, że jeden z napastników wyciąga nóż.
***
Drzwiarz był wstrząśnięty, kiedy Cal wyciągnął nóż. Chociaż chyba nie
powinien być, wiedział przecież, że Cal go ma. Zagapił się na broń i przestał kopać oficera. Przeszło mu przez myśl, żeby Cala powstrzymać,
powiedzieć mu, żeby tego nie robił, ale wtedy Cal już dźgał.
- Oż kurwa... - szepnął Drzwiarz.
Nie planował żadnego zabijania, kiedy, porzuciwszy robotę w młynie,
wybiegł na Drożną, żeby dołączyć do Destruktorów. Właściwie nie był
pewien, o co dokładnie mu chodziło - może o wyrównanie rachunków, może o to, żeby choć raz został uczciwie potraktowany, ale na pewno nie o coś
takiego. Wszyscy wyglądali na zaszokowanych. Cal najbardziej.
- Tak trzeba - powiedział, patrząc na leżącego nieszczęśnika, który
rzęził, pluł krwistą pianą i wykrwawiał się na ulicę. - Tak trzeba.
Drzwiarz nie rozumiał dlaczego, przecież to nie ten gość ustalał ich
stawki. Mogli go skopać, dać mu nauczkę i zostawić. Ale obojętne, czy
tak trzeba, czy nie, stało się. A co się stało, to się nie odstanie.
Odwrócił się.
- Chodźcie - powiedział.
Zostawili umierającego oficera za sobą i pośpiesznie ruszyli w stronę
Drożnej i Agriontu. Nie wiedzieli, co będzie, kiedy tam dotrą, tak jak
nie wiedzieli, co będzie, kiedy zaczęli kopać tego oficera.
Żale mogły zaczekać do jutra.
***
- Są tutaj - powiedział Shawley.
Uliczką w dole biegła grupa ludzi, tupot kroków odbijał się echem od
wąskich fasad domów. Shawley dopił wino i zeskoczył z półki pod oknem.
- Kto? - wybełkotała Struga ze wzrokiem przymglonym plewami.
- Destruktorzy, kretynko.
Położył jej dłoń na twarzy i pchnął ją z powrotem na łóżko. Uderzyła
potylicą o wezgłowie. Dotknęła głowy: palce miała zakrwawione. Shawley
wybuchnął śmiechem. Zawsze był z niego niezły kawalarz.
Wziął leżącą na stole siekierę i ukrył ją w rękawie, obuchem w dół.
- To chyba dobry moment, żeby wyrównać pewne rachunki - dodał.
Nałożył kapelusz, poprawił go przed lustrem, by leżał idealnie, wyrównał
kołnierzyk, wciągnął ostatnią szczyptę perłowego proszku i żwawym
krokiem zbiegł po schodach.
Na ulicach panowała wybuchowa atmosfera, miało się wrażenie, że świat
rozpada się na części, z których będzie można poskładać go na nowo w inny sposób. Jakaś kobieta przebiegła obok niego z krzykiem - a może ze
śmiechem? Tak czy inaczej, uchylił przed nią kapelusza. Bo Shawley
słynął z dobrych manier.
Zszedł z drogi kolejnej grupie biegnących mężczyzn, dyskretnie
zaciskając dłoń na obuchu siekiery. Na wszelki wypadek, rozumiecie. Nie
on jeden zamierzał wyrównać rachunki, a miał wielu wrogów. Zawsze umiał
ich sobie narobić. Miał talent.
Wyminął parę starych obszarpańców zajętych rozbieraniem zabitego oficera
leżącego w kałuży krwi i swobodnym krokiem szedł dalej. Głowę trzymał
spuszczoną, starał się przemykać bocznymi uliczkami, wyszukiwać skróty.
Trochę się obawiał, że może mieć kłopot z pokonaniem Muru Arnaulta;
myślał o tym, żeby przejść kanałami, chociaż zniszczyłby wtedy te
śliczne nowe buty, które ukradł tamtemu kupcowi. Ale Czarna Brama była
otwarta na oścież. Musiała się tu rozegrać jakaś bitwa, tłum wciągał
właśnie na blanki zakrwawione trupy królewskich gwardzistów. Jednemu
bebechy wylewały się z brzucha, inny nie miał głowy... Shawley nie miał
pojęcia, do czego to wszystko zmierza, ale nieuprzejmie byłoby się
dopytywać. Uchylił kapelusza przed odrażającą kobietą mającą nie więcej
niż cztery zęby w obu szczękach i wśliznął się za bramę.
Z daleka dobiegały odgłosy walki, obłąkańczy zgiełk niósł się po
bogatszej dzielnicy za murem. Może i nazywali się Armią Ludową i mieli
gęby pełne wzniosłych frazesów, ale zdaniem Shawleya znalazło się wśród
nich mnóstwo zwykłych bandytów, którzy dołączyli pod takim czy innym
szlachetnym pretekstem, oraz wcale niemało takich, którzy - nastawieni
tylko na to, żeby jak najszybciej się nachapać w tym chaosie - nie
zawracali sobie głowy szukaniem pretekstów. Ślady ich działania
spotykało się na każdym kroku. Przystanął i schylił się po ładniutki
pierścionek, który aż się prosił, żeby go ściągnąć z palca trupa. Zawsze
miał bystry wzrok.
W końcu zobaczył ten dom. Ile razy stał nieopodal i ukryty w cieniu
planował zemstę? A teraz szczęśliwym zbiegiem okoliczności okazja sama
pchała mu się w ręce; wystarczyło ją pochwycić.
Furtka była zamknięta. Zdjął płaszcz, poczekał na dogodną chwilę i zarzucił go na pręty sterczące z krawędzi muru, a potem wziął rozbieg i wskoczył na górę. Przemknął przez mokry po deszczu ogród, w którym
krzewy przycięto na kształt ptaków i innych cudactw. Wyrzucone
pieniądze, gdyby ktoś zapytał Shawleya o zdanie. Pieniądze, które
należały się jemu.
Okno jadalni wciąż nie zamykało się, jak należy. Uchylił się, wspiął się
na parapet i wśliznął do ciemnego pokoju. Zawsze umiał cicho chodzić,
miał do tego dryg.
W środku niewiele się zmieniło. Ciemny stół, krzesła, ciemny kredens,
srebra. Srebra, które powinny należeć do niego.
Usłyszał śmiech, rozmowę, znowu śmiech. Dwa głosy, wydawało mu się:
kobiecy, młody, i męski, dużo starszy. Sądząc po tych odgłosach, na
razie nie mieli pojęcia, co się dzieje w mieście. Dziwne, że zaledwie
pięćdziesiąt kroków od powszechnego obłędu mógł trwać taki zwyczajny
dzień.
Przekradł się korytarzem i przez otwarte drzwi zajrzał do pokoju. Biorąc
pod uwagę krwawe jatki na ulicach, scena, którą zobaczył, była wyjątkowo
osobliwa. Dwudziestoletnia dziewczyna z bujną szopą blond włosów
wdzięczyła się do lustra z visseryńskiego szkła, które musiało kosztować
więcej niż dom Shawleya. Miała na sobie na wpół gotową suknię z połyskliwego materiału, przy której uwijały się dwie szwaczki: młoda,
trzymająca w wargach mnóstwo szpilek, i starsza, na klęczkach, zajęta
fastrygowaniem rąbka. Furnevelt siedział w kącie, z kieliszkiem wina w ręce. Był zwrócony plecami do Shawleya, ale w lustrze odbijał się
uśmiech, z którym śledził zabiegi szwaczek. Shawley zdał sobie sprawę,
że blondynka musi być córką Furnevelta. Naprawdę długo czekał ze swoją
zemstą.
Powinien był zabić Furnevelta tam, gdzie siedział, ale Shawley chciał,
żeby drań wiedział. Wszedł więc do pokoju i uchylił kapelusza.
- Witam panie - powiedział i uśmiechnął się do lustra.
Odwrócili się do niego, na razie tylko zaskoczeni. Nie przestraszyli
się, strach przyjdzie później.
Shawley nie pamiętał, jak ma na imię córka Furnevelta, ale wyrosła na
piękną kobietę. Tak to jest, kiedy dorasta się wśród wygód. Wygód, które
powinny być jego udziałem.
- Shawley? - Furnevelt zerwał się z fotela. Na jego twarzy malował się
cudowny wstrząs. - Powiedziałem ci, żebyś nie ważył się tu więcej
przychodzić!
- Powiedziałeś mi dużo różnych rzeczy. - Shawley puścił siekierę, która
zsunęła mu się z rękawa w dłoń. Ścisnął trzonek. - Ty zadufany w sobie
gnoju.
I uderzył Furnevelta w skroń.
Furnevelt zdążył się zasłonić ręką i częściowo odbić cios, ale obuch i tak zahaczył o głowę. Krew bryznęła na pokój. Furnevelt stęknął
zabawnie, zachwiał się i wypuścił z ręki kieliszek, który roztrzaskał
się na podłodze.
Jedna ze szwaczek wrzasnęła; szpilki wypadły jej z ust. Córka Furnevelta
patrzyła z niedowierzaniem. Była boso, ścięgna wyraźnie rysowały się pod
bladą skórą jej stóp.
Za drugim razem trafił Furnevelta prosto między oczy: siekiera z głośnym
łoskotem wgryzła się w czaszkę.
Szwaczka znowu krzyknęła. Miała kurewsko irytujący głos.
Córka Furnevelta biegiem wypadła z pokoju, szybka jak fretka, zwłaszcza
jeśli wziąć pod uwagę, że miała na sobie niewykończoną sukienkę.
- Do diabła! - warknął. Ją też musiał dopaść, inaczej nie wyrówna
rachunków. Tymczasem siekiera na dobre utknęła w czaszce Furnevelta i nijak nie był w stanie jej wyszarpnąć. - Wracaj tu, suko!
***
Lilott puściła się biegiem. Nie zastanawiała się, po prostu biegła.
Wypadła na korytarz ponaglana krzykami szwaczek. Doskoczyła do drzwi,
chwilę mocowała się z zamkiem, przemknęła przez ogród, szarpnęła furtkę
i znalazła się na ulicy. Biegła, podtrzymując zwiewny dół swojej
niedokończonej sukni weselnej. Jej bose stopy plaskały głośno na mokrym
bruku.
Wypadła na plac. Wszędzie ludzie - poruszeni, rozradowani, zaciekawieni,
wściekli. Obcy ludzie, którym niezwykłe natężenie emocji wykrzywiało
twarze na kształt zwierzęcych masek. Skąd oni się tu wzięli?
Jakiś mężczyzna stał na skrzyni transportowej i krzyczał coś o głosowaniu. Zgromadzeni dookoła robotnicy coś mu odkrzykiwali, łypiąc
nań chytrze. Kobieta z rozwichrzonymi włosami podskakiwała na ramionach
innego mężczyzny, wysokiego, wymachując przy tym szablą i przeklinając
niebiosa. Lilott już miała zawołać o pomoc, gdy instynkt kazał jej
ugryźć się w język. Zadyszana przypadła do ściany, gwałtownie chwytając
powietrze. Nie miała pojęcia, co się dzieje. Może to Destruktorzy? -
pomyślała. Tak, na pewno.
Kiedyś słuchała, jak jeden z nich przemawiał; stała daleko od niego, na
tyłach tłumu, zakutana w pożyczony od służącej obszerny szal. Wydawało
jej się to wtedy takie śmiałe, spodziewała się ognia, furii... no,
ogólnie spodziewała się, że będzie niebezpiecznie. Tymczasem gość mówił
całkiem rozsądnie. Godna płaca. Uczciwy czas pracy. Przyzwoite
traktowanie. Nie rozumiała, dlaczego wszyscy tak się ich boją. Później,
zarumieniona z emocji, z zapałem powtórzyła wszystkie ich argumenty
ojcu. Odparł, że nie ma zielonego pojęcia o zarządzaniu rynkiem pracy;
że to, co jej wydaje się przejawem zdrowego rozsądku, w uszach kogoś
innego może zabrzmieć jak zdrada stanu; i że szanująca się dama, na jaką
stara się ją wychować, nigdy nie będzie musiała się martwić takimi
sprawami.
Pomijając inne kwestie, w tej ostatniej okrutnie się pomylił.
Pokuśtykała przed siebie zatłoczoną ulicą. Słońce zaszło, zimny wiatr
przyniósł świeży opad mżawki. Ktoś grał na skrzypcach (o wiele za
szybko) i ludzie tańczyli, klaskali i pohukiwali jak goście na wyjątkowo
szalonym przyjęciu, i to całkiem niedaleko od miejsca, w którym
elegancko odziany trup zwieszał się z poręczy balkonu; krew z jego
roztrzaskanej głowy skapywała na ziemię i ściekała do rynsztoka. Czy jej
ojciec też został zabity? Zdławiony jęk wyrwał jej się z piersi, musiała
zagryźć knykcie, żeby nie zacząć krzyczeć.
Były sygnały ostrzegawcze. Słyszała od kucharki, że chleb i mięso cały
czas drożeją. Z kolei Harbin mówił, że morale w armii systematycznie
spada. Potem, kiedy wybuchło to powstanie w Valbecku, pojawiły się
obawy, że będzie takich niepokojów więcej, gdy buntownicy wylądują w Midderlandzie. Wieść o zwycięstwie króla przyjęto z ulgą, ale niedługo
potem zaczęły krążyć plotki o Destruktorach maszerujących na Aduę.
Później przyszła godzina policyjna, wraz z prowadzonymi przez inkwizycję
aresztowaniami i egzekucjami na zlecenie Zamkniętej Rady.
Sugerowała, żeby przełożyć ślub, ale ojciec pozostał głuchy na jej
słowa, tak samo jak wcześniej na argumenty Destruktorów. Nie chciał
słyszeć o odwlekaniu szczęścia swojego jedynego dziecka przez wzgląd na
jakąś bandę zbirów. Harbin wyśmiał pomysł, że stolica miałaby paść pod
naporem chłopskiej armii, więc i Lilott zmusiła się do śmiechu; nie
wypadało przecież, żeby młoda dama nie zgadzała się z przyszłym
małżonkiem. Przynajmniej przed ślubem. Wszyscy razem wmówili sobie
nawzajem, że nic złego się nie stanie.
I również okrutnie się pomylili.
Ledwie poznawała ulice, na których się wychowała - zalane rzeką
obłąkanych ludzi, poruszaną niewidzialnymi prądami radości i gniewu.
Było jej okropnie zimno. Nie płakała, ściśle rzecz biorąc, ale
nieustannie kapało jej z oczu i nosa, odsłonięte ramiona miała mokre od
mżawki, a bose stopy pokaleczone na okrutnym bruku. Posapywała ze
strachem przy każdym oddechu, skóra mrowiła ją pod obszytym perłami
niewykończonym stanikiem.
Jeszcze rano najważniejsze wydawało się rozesłanie zaproszeń do
wszystkich odpowiednich gości, idealne sformułowanie przysięgi
małżeńskiej i perfekcyjne podszycie rąbka sukni. Teraz rąbek był czarny
od ulicznego brudu i - na miłość losu! - zachlapany na brązowo krwią jej
ojca, a cały świat wywrócił się na nice i do góry nogami jednocześnie.
Kuśtykała przed siebie, nie wiedząc, gdzie jest ani dokąd zmierza. Zbyt
luźna falbana sukni zaczepiła o mijane ogrodzenie i niewiele brakowało,
a Lilott upadłaby jak długa. Ktoś się z niej zaśmiał, ktoś zaklaskał. W każdy inny dzień bosa, zrozpaczona dziewczyna w zakrwawionej sukni
ślubnej na pewno zwracałaby uwagę, ale dzisiaj? Dzisiaj taki widok nie
był niczym nadzwyczajnym. Miasto oszalało. Cały świat oszalał.
Nad dachami domów mignął jej szczyt Wieży Łańcuchów, najwyższej wieży w Agrioncie. Jęknęła z ulgą. Kiedy jednak wybiegła na brukowany brzeg
fosy, ulga przeszła w zgrozę.
W szczęśliwe letnie dni przechodziła nieśpiesznie po tym moście wśród
zamożnych spacerowiczów, kierując się do parku w Agrioncie, by zobaczyć,
kogo trzeba, samej się pokazać i oklaskiwać szermierzy podczas Turnieju.
Pamiętała, jak z uśmiechem obserwowała kaczątka płynące za matką w karnym pojedynczym szyku. I jak z Harbinem liczyli zielone, czerwone i fioletowe liście lilii wodnych w dniu, w którym się jej oświadczył.
Jakież to wszystko było malownicze.
Brama była zamknięta. Gęsty tłum napierał na nią, ludzie desperacko
wymachiwali rękami, lamentowali, żeby ich wpuścić. Starsza kobieta w pięknej sukni drapała paznokciami drewniane skrzydło wrót.
Potykając się, Lilott weszła na most i dołączyła do zrozpaczonego chóru;
nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić.
- Pomocy! - wołała chrapliwie. - Pomocy!
Widząc, jak blady na twarzy mężczyzna w czerwonym szaliku spogląda
gdzieś ponad jej ramieniem, odwróciła się i spojrzała w tym samym
kierunku. Szeroką Drogą Środkową ciągnął tłum: połyskiwały pancerze,
lśniły groty włóczni, powiewały proporce.
- Och, nie... - szepnęła.
Nie była w stanie dalej uciekać, zresztą i tak nie było dokąd uciec.
Nieopodal płonął dom, dym z okien na piętrze buchał wprost w deszczowe
niebo.
Tłum na moście zaczął się rozpraszać, ludzie popychali się, przewracali,
tratowali w bezrozumnym pędzie. Lilott dostała łokciem w twarz i aż się
zachwiała. Poczuła w ustach smak krwi. Zaplątała się we własną rozdartą
suknię, uderzyła kolanami w murek obrzeżający most, zdążyła jeszcze
rozpaczliwie stęknąć i spadła.
Most nie był wysoki, ale mimo to zderzenie z wodą w fosie okazało się
bolesne. Zaparło jej dech w piersi i w kłębach bąbelków poszła pod wodę.
Cudownie rozdymająca się suknia w okamgnieniu stała się balastem,
materiał oblepił ciało Lilott i pociągnął ją w dół. Przekroczyła granice
zwykłego wyczerpania i zgrozy i jakaś jej cząstka chciała po prostu
utonąć, ale inna nie zamierzała na to pozwolić i Lilott miotała się,
wierzgała, walczyła.
Wypłynęła na powierzchnię, wykrztusiła brudną wodę i szarpiąc się z oplątującymi ją liliami wodnymi (które widziane z bardzo bliska
okazywały się znacznie mniej malownicze), ukryła się w mroku pod mostem,
przylgnęła do śliskich od śluzu kamieni z włosami klejącymi się do
twarzy i głową wypełnioną odorem roślinnej zgnilizny.
Niedaleko od niej na wodzie unosił się trup: twarz zanurzona, mokre
ubranie, splątane włosy... Patrzyła, jak obraca się powoli, zderza z omszałą ścianą fosy, odpływa. Zastanawiała się, kim był i kim ona sama
teraz jest. I czy przeżyje najbliższą godzinę. Wszystko się zmieniło.
Nadciągała Armia Ludowa. Ale czy ona też nie była ludem? Kiedy to stała
się ich wrogiem? Zacisnęła powieki, drżąc z zimna w lodowatej wodzie.
Nie próbowała już powstrzymywać szlochu, i tak nikt by jej nie usłyszał,
tak ogłuszająca wrzawa dobiegała z góry. Tupot butów, szczęk metalu,
trzask tłuczonego szkła, turkot kół wozów. Demon o wielu głosach.
- Chleba! Chcemy chleba!
- Przyślijcie tu Zamkniętą Radę!
- Nadeszła Wielka Zmiana!
- Wpuśćcie nas, skurwysyny!
- Wpuśćcie nas albo sami wejdziemy!
I najgłośniejszy, najbardziej przenikliwy, obłąkany wrzask:
- Przyprowadźcie Jego Pierdoloną Królewską Wysokość!
***
- Dawać go tutaj! - wydarła się Matka Przeważna, przepychając się
naprzód.
Dotarli do Agriontu. Przyszli po własną sprawiedliwość i nie zamierzali
dać się stłamsić tej królewskiej, ale na razie się zawahali - z resztek
szacunku dla swoich dawnych panów albo przynajmniej ze strachu przed
nimi. Przystanęli przed mostem.
- Tam są ludzie! - wykrzyknął ktoś. - To królewscy! Mają łuki!
Matka Przeważna miała za słaby wzrok, żeby z tej odległości wypatrzyć
jakichś królewskich: cała brama ze strażnicą na piętrze była jedną
wielką plamą majaczącą ponad głowami zbitego tłumu. Królewscy nie mogli
zabić wszystkich, z pewnością jednak mogli zabić kilku - i nikt nie
chciał być tym pierwszym.
Ale Matka Przeważna nie zamierzała dać się zastraszyć. Co to, to nie.
Kiedy ojciec próbował ją terroryzować, była wtedy dziewczynką, dźgnęła
go szydełkiem i uciekła z domu. Pierwszy mąż też próbował: dziabnęła go
nożem rzeźnickim i wrzuciła ciało do kanału. Potem próbowali
Styryjczycy, kiedy przybyli wziąć pod but całe Łuki. Przyszli po
pieniądze. Kazała im się odpierdolić. Pobili ją, ale doszła do siebie.
Obcięli jej dwa palce - a ona jeszcze tego samego dnia wróciła do pracy
i nurzała ręce w mydlinach. Wyważyli jej drzwi, połamali okiennice,
roztrzaskali balie. Kupiła nowe. Wreszcie zjawił się ich szef. Myślała,
że przyszedł ją zabić, ale on tylko ukłonił się z szacunkiem i powiedział, że nie musi nic płacić. Ona jedna.
Takie były fakty, po prostu. Wszyscy w Łukach wiedzieli, że Matki
Przeważnej nie da się zastraszyć. Nie udało się Styryjczykom, nie uda
się królewskim. Nikomu się nie uda.
Dlatego zebrała spódnicę w garść, zatknęła ją za pasek, tak jak to
robiła przy pracy, i przepychała się przez tłum. Dotarła na sam przód,
co w taki czy inny sposób robiła przez całe życie, rozpychając się
łokciami, zaciskając zęby i tubalnym głosem ponaglając opornych:
- Z drogi!
Utorowała sobie drogę wśród większych od niej mężczyzn, uzbrojonych,
opancerzonych, którzy wciąż zwlekali. Może i zgrywali twardych, ale tam,
gdzie się to naprawdę liczyło, byli miękcy. Matka Przeważna od urodzenia
niewiele miała w sobie miękkości, a życie praczki odarło ją nawet z tych
resztek i teraz była równie miękka jak kłąb drutu.
Weszła na pusty most i zmierzyła bramę, strażnicę, zęby blanków i wąskie
otwory strzelnicze tym samym spojrzeniem spode łba, które rezerwowała
dla ludzi zalegających ze spłatą długów.
- Jestem kobietą z Unii! - wykrzyknęła. - Mam pięćdziesiąt lat, każdy
rok z tych pięćdziesięciu sumiennie przepracowałam i nie dam się
zastraszyć! Słyszycie?!
Zza jej pleców dobiegły wiwaty i drwiny, gwizdy i pohukiwania, jakby
ludzie oglądali tańczące dziwolągi na jarmarku.
- Przyprowadźcie tę styryjską pizdę! - wydarła się w stronę murów,
wygrażając im nożem. - Matkę króla!
- Jej tu nie ma - odpowiedział ktoś z tyłu. - Dawno już spieprzyła do
Styrii.
Matka Przeważna łypnęła na strażnicę, która w dalszym ciągu majaczyła
przed nią niewyraźną plamą. Wiedziała, że gdzieś tam muszą znajdować się
jacyś ludzie. Nie zamierzała dać się im zastraszyć. Zrobiła jeszcze
jeden krok naprzód.
- W takim razie przyprowadźcie tego piździelca, jej syna. Dawać tu
króla!
***
Rithinghorm przytknął usta do otworu strzelniczego i ryknął ile sił w płucach:
- Stać! Stać, w imię Jego Królewskiej Mości!
Odchylił się i wyjrzał, żeby ocenić skutek swoich słów. Wcześniej za
każdym razem działały jak magiczna różdżka, wyczarowywały posłuszeństwo
z powietrza. Teraz jednak zaklęcie nie podziałało.
- Stać, do diaska! Rozkazuję wam!
Na dole panował taki zgiełk, że nie sądził, by tłum go słyszał. Sam
ledwie słyszał swój głos, tak głośno łomotało mu serce.
Wcześniej w tym tygodniu lord marszałek Rucksted wygłosił przemowę
skierowaną do ich pułku. Powiedział im, że stanowią ostatnią linię
obrony; że porażka nie wchodzi w grę, a odwrót będzie niemożliwy.
Rithinghorm zawsze podziwiał marszałka Rucksteda: pełen werwy, z wypielęgnowaną brodą - idealny oficer, sam chciałby takim być - ale
podczas tego przemówienia wyglądał wyjątkowo niechlujnie, rozmemłany, z brodą w nieładzie... Teraz Rithinghorm rozumiał dlaczego.
Ludzie cały czas wysypywali się z budynków po drugiej stronie fosy, tłum
przy krańcu mostu gęstniał. Destruktorzy! Zdrajcy! Tutaj, pod samą bramą
Agriontu! I to ilu... Nie wierzył własnym oczom.
Powoli wchodzili na most, prowadziła ich jakaś przeklęta brudna
wieśniaczka w podkasanej spódnicy odsłaniającej blade, żylaste nogi.
Wymachiwała nożem i coś wykrzykiwała, ale prawie jej nie słyszał. Coś o czyimś synu.
- Niepojęte - wyszeptał.
Gdyby przeczytał coś takiego w jednej z książek siostry, zbyłby to jako
wytwór fantazji.
Należało ich powstrzymać, zanim dotrą pod bramę. Należało zmieść ich z mostu. Należało dać im nauczkę.
Wskazał wrzeszczącą babę na moście.
- Zastrzelić ją!
***
- Kapitanie? - zdziwił się Parry. Ależ mu zaschło w ustach! Musiał co
rusz oblizywać wargi.
Kapitan Rithinghorm podszedł i wskazał coś przez otwór strzelniczy.
Znalazł się tak blisko, że Parry wyraźnie słyszał jego oddech, niosący
się echem w wąskim pomieszczeniu nad bramą. Czuł jego zapach.
Rithinghorm musiał się czymś wyperfumować, czymś z wyraźną nutą lawendy.
Pobladły ze złości wskazywał w dół, na tę praczkę.
- Powiedziałem: zastrzelić ją!
Parry znów oblizał wargi. Łuk miał gotowy do strzału, dopilnował tego. A właściwie jego ręce same tego dopilnowały, posłuszne wyćwiczonym
odruchom. Wycelował starannie, elegancko...
Dziwna rzecz. Praczka przypominała mu matkę. Ona też w podobny sposób
podkasywała spódnicę, kiedy zmywała podłogę.
- Strzelajże!
Parry chciał wykonać rozkaz, wcześniej zawsze wykonywał rozkazy, ale tym
razem jego ręka nie chciała wypuścić strzały. Kobieta podchodziła coraz
bliżej, drąc się w najlepsze; w tym też przypominała mu matkę. Inni
ludzie szli za jej przykładem, ostrożnie wkraczali na most i zaczynali
się przesuwać ku bramie.
Oblizał wargi. Znowu. Strzelanie do tej kobiety wydało mu się nie w porządku.
Powoli opuścił łuk.
- Co ty wyrabiasz?!
Zdjął strzałę z cięciwy, a ponieważ nie bardzo wiedział, co z nią
zrobić, schował ją za plecami.
- To nie w porządku - powiedział.
Rithinghorm złapał go za klapy munduru.
- Wydałem ci rozkaz!
- Wiem. - Wszyscy na nich patrzyli. - Przepraszam, kapitanie.
Rithinghorm zaczął nim potrząsać.
- A ty co, do diabła, jesteś zdrajcą?!
Parry z wysiłkiem przełknął ślinę, zamrugał i pokręcił głową. Strzałę
mocno ściskał w dłoni za plecami.
- Raczej... nie - wykrztusił. Naprawdę nie był pewien. - Po prostu... to
nie w porządku.
Rithinghorm pchnął go na ścianę. Mięśnie żuchwy zagrały mu pod skórą
kościstej twarzy.
- Sierżancie Hope!
- Tak, kapitanie?
Rithinghorm oskarżycielskim gestem wskazał Parry'ego.
- Zabić go!
***
Sierżant Hope gapił się w dół, na swój obnażony krótki miecz. Ostrze
zalśniło w półmroku, gdy padł na nie długi snop światła z otworu
strzelniczego. Za swoim starym kapitanem poszedłby choćby do piekła. Ba,
kiedyś naprawdę to zrobił. W Styrii. Ale nie za tym skurwielem, małym
łajdakiem z tym jego fikuśnym akcentem, bladą gębą, chudymi palcami i przeklętymi perfumami, każącym mordować porządnych ludzi i strzelać do
mieszkańców Adui. Nagle Hope zdał sobie sprawę, że więcej łączy go z burzącymi się na moście Destruktorami niż z Rithinghormem. Tamci byli po
prostu ludźmi - ludźmi, którzy chcieli, żeby ktoś ich wysłuchał; którzy
chcieli zarabiać dość, by móc z tego wyżyć, kiedy inni mają znacznie
więcej, niż kiedykolwiek będą potrzebować.
Od dwudziestu lat robił, co mu kazano. Nie wiedział, że można inaczej. I nagle, jakby ktoś pstryknął mu palcami przed nosem, postanowił, że ma
dość.
- Nie - powiedział.
Rithinghorm wydał z siebie jakiś dziwny skowyt, z niedowierzaniem
wybałuszył oczy i rozdziawił usta, kiedy miecz przeszył jego odprasowany
mundur. Hope wyszarpnął ostrze. Rithinghorm uczepił się wątłą ręką jego
ramienia i odął policzki, a wtedy Hope odepchnął go, zamachnął się i ciął go w głowę. Chlapnęła krew. To jest zawsze takie zaskakujące, kiedy
widać, ile się jej w człowieku mieści.
Przez chwilę wpatrywał się w zwłoki dowódcy. Zakręciło mu się w głowie,
nagle poczuł się bardzo lekki, jakby ktoś ściągnął mu z grzbietu
wyładowany plecak.
Wyjrzał przez otwór strzelniczy: na moście stłoczyła się zbita ludzka
masa. Brama trzeszczała pod jej naporem.
Odwrócił się do swoich ludzi. Wpatrywali się w niego szeroko otwartymi
oczami. Byli tacy młodzi... Dobre chłopaki. Czy on też wyglądał tak
młodo, kiedy się zaciągnął? Nie wiedzieli, co powiedzieć; nie wiedzieli,
co robić. On też nie wiedział, ale coś trzeba było zrobić.
Wskazał na schody.
- Chyba powinniśmy otworzyć bramę.
***
Śmieszek usłyszał szczęk zdejmowanej sztaby, zgrzyt rygli, a potem brama
ustąpiła pod naporem tłumu, który runął naprzód jak rzeka przez
przełamaną tamę. Ścisk był piekielny, Śmieszek musiał bardzo uważać,
żeby nie nadziać kogoś na szpikulec sterczący z tyłu obucha jego młota
bojowego.
Była wśród nich dziewczyna w przekrzywionym czepku. Był mężczyzna -
kołodziej, a może bednarz. Był człowiek, który wyglądał jak żebrak. To
był dzień mieszkańców Adui, dzień wszystkich obywateli Unii, którzy
zebrali się podczas marszu przez cały Midderland i przemieszali z pierwszym pułkiem Destruktorów - ludzi takich jak on, którzy walczyli na
wojnie w Styrii, brali udział w zamieszkach w Kelnie, bili się w valbeckich fabrykach, aż w końcu, uzbrojeni w anglandzką stal, ruszyli
uwolnić się od tyranii. A teraz cała ta walka i poświęcenie przyniosły
owoce. Nadeszła Wielka Zmiana. Nareszcie.
Z zapałem pędzili tunelem bramy wprost do zgniłego serca starego
porządku, do Agriontu z jego piętrzącymi się ze wszystkich stron
pięknymi gmachami, na Plac Marszałków, gdzie dawno temu, będąc jeszcze
dzieciakiem, Śmieszek oglądał Turniej i zdzierał płuca, kiedy w finale
Jezal dan Luthar pokonywał Bremera dan Gorsta.
Dzisiaj również były tu miecze: podwójny kordon żołnierzy przecinał plac
na pół - koślawy, ustawiony w pośpiechu, każdy z wojaków celował mieczem
w inną stronę i inaczej ustawiał tarczę. Oficer pokrzykiwał coś łamiącym
się głosem.
Destruktorzy zaatakowali. Nie potrzebowali rozkazu, nie mogliby się
zatrzymać, nawet gdyby chcieli, tak ostro napierał z tyłu tłum: cała
Armia Ludowa, wszyscy stłamszeni robotnicy zebrani z całej Unii. Ale
Śmieszek wcale nie chciał się zatrzymywać, chciał zdruzgotać to
siedlisko zepsucia, zniszczyć zachłannych drani, którzy posyłali jego
przyjaciół na śmierć w Styrii, w fabrykach, w lochach. Chciał wypalić
zgniliznę i oddać kraj w ręce jego mieszkańców.
Wybrał sobie konkretnego przeciwnika, którego spanikowane oczy łyskały
sponad tarczy. Wydał ryk nienawiści, radości i triumfu. Bruk przemykał
pod jego pędzącymi stopami, wszędzie wokół jego bracia też biegli na
spotkanie wolności.
Zderzyli się tarczami, zaczęli się przepychać, mocować. Śmieszkowi
mignęły wyszczerzone zęby i wychodzące z orbit oczy tamtego, a potem
nagle opór zniknął, Śmieszek potknął się i poleciał do przodu. To Roys
machnął halabardą i zmiażdżył hełm przeciwnika.
To była rzeź, naprawdę. Szyk przeciwnika pękł, rojaliści rzucili się do
ucieczki pod osłonę wielkich posągów na drugim końcu placu, a Destruktorzy pognali za nimi, wyjąc i wrzeszcząc. Śmieszek został sam na
sam z żołnierzem w zmiażdżonym hełmie.
Nagle zdał sobie sprawę, jak niewiele brakowało, żeby sam stał w tym
kordonie - gdyby jego życie potoczyło się nieco inaczej, gdyby po
powrocie ze Styrii został w wojsku, zamiast z niesmakiem odejść ze
służby... Zwykły rzut monetą oddzielał go od tych trupów.
- Jesteś bohaterem! - Kobieta z wyrazistym podbródkiem i włosami
przewiązanymi czerwoną wstążką wspięła się na palce i pocałowała go w szczękę. - Wszyscy jesteście bohaterami, psiakrew!
***
Żołnierz w przekrzywionym hełmie zamrugał, patrząc na nią. Wyglądał
raczej na zaskoczonego niż rozczarowanego, ale Adnes tak dawno nie
całowała się z facetem, że trudno jej było mieć pewność. Tyle że w tym
wypadku nie chodziło o żaden romans, a o odzyskaną nadzieję. A może
jednak chodziło o romans, zważywszy na to, jak położył jej dłoń na
potylicy i pocałował ją w usta, i jak wtedy do niego przywarła (to
akurat było dość niewygodne, bo miał twardy napierśnik), i jak oblała ją
fala gorąca, i jak zaczęła ssać jego język, który smakował cebulą.
Bardzo przyjemny smak. Bardzo.
Kiedyś do głowy by jej nie przyszło, żeby, ot tak, pocałować obcego
mężczyznę, ale to był nowy dzień, królewscy zostali pokonani, stare
zasady odeszły w przeszłość, wyszło słońce, zalśniło na zbrojach
żołnierzy i w małych kałużach. Czy tak wygląda wolność?
Rzeka wiwatujących ludzi rozdzieliła ich, a potem pchnęła znów ku sobie
i poniosła przez Plac Marszałków, w górę, po schodach Rotundy Lordów, i przez intarsjowane wrota do środka. Adnes z zadartą głową patrzyła na
kopułę, wysoką, bardzo wysoką. Wokół niej setki ludzi, którzy nigdy się
nie spodziewali, że przejdą przez te wrota, robiły to samo. Zapadła
ciężka, wszechogarniająca cisza.
Adnes patrzyła na złocenia, różnobarwne marmury, rzadkie gatunki drewna,
słońca wyhaftowane na rzuconych na ławy poduszkach, witraże
przedstawiające sceny, których nie rozumiała. Łysy mężczyzna trzymający
w wyciągniętych rękach koronę. Brodacz z mieczem stojący nad dwoma
innymi mężczyznami. Młody człowiek wyróżniony z tłumu padającym nań
promieniem słońca. Całe to miejsce było cudowne, nieskazitelne,
wspaniałe, skrajnie różne od farmy, którą opuściła, by dołączyć do Armii
Ludowej. Spali tam na słomie na klepisku w szopie, przy pracy zdzierali
sobie ręce do żywego mięsa, a miejscowy paniczyk traktował ich gorzej
niż śmieci.
A teraz - proszę bardzo. Teraz to oni stali się panami.
Wnosili do sali Risinaua na złoconym fotelu, który musieli wywlec z jakiejś komnaty, gabinetu albo salonu. Adnes chwyciła nogę fotela, jej
ręka była jedną z wielu tworzących istny las. Płynący nad ludźmi Risinau
śmiał się, oni też się śmiali, rozradowany tłum wiwatował. Przenieśli
kolebiący się fotel przejściem wśród biegnących łukiem ław i postawili
na wielkim stole.
Gapie zdążyli się tymczasem wspiąć na galerię dla publiczności, tańczyli
i klaskali, a echo ich wesołości niosło się po obszernym wnętrzu,
ożywiając je jak nigdy przedtem od czasu wybudowania Rotundy. Jakaś
dziewczyna sypała z galerii kwiaty, płatki spływały w dół jak motyle w snopach kolorowego światła i osiadały kobiercem na wykafelkowanej
podłodze. To był najpiękniejszy widok w życiu Adnes. Przywodził jej na
myśl grób męża i groby synów - w lesie, wśród dzikich kwiatów. Łzy
napłynęły jej do oczu. Odczuwała tak wielką radość i zarazem tak ogromny
ból, jakby pierś miała jej od nich eksplodować.
- Dzięki wam sen się ziścił, przyjaciele! - wykrzyknął Risinau.
Odpowiedział mu aplauz tak głośny, że Adnes zagrzechotały zęby,
zadzwoniło w uszach, serce zadudniło w piersi.
- Risinau! - krzyczeli ludzie. - Risinau!
Ona też wyciągnęła ku niemu ręce. Z jej piersi wyrwał się potężny,
nieartykułowany szloch.
- Równość, bracia! Jedność, siostry! Nowy początek! Kraj rządzony przez
wszystkich, dla wszystkich! Na łożu śmierci będziecie z uśmiechem
powtarzać, że tu byliście! Że byliście obecni przy tym, jak Rotunda
Lordów stała się Rotundą Gminu! Oto dzień Wielkiej Zmiany!
Płakała. Wszędzie dookoła niej mężczyźni i kobiety płakali i śmiali się.
To był dzień, w którym spełniły się ich marzenia, dzień, w którym
narodziła się nowa Unia.
Żołnierz, którego wcześniej pocałowała, złapał ją za rękę. Jemu też łzy
płynęły po twarzy, ale jednocześnie się uśmiechał. Ma ładny uśmiech,
pomyślała.
- Nie znam cię - powiedział.
- A kogo to obchodzi?
Ściągnęła mu hełm, wplotła palce w jego spocone włosy i znów zaczęli się
całować.
***
Ettenbeck wymknął się z Rotundy Lordów bocznym wyjściem na wąską uliczkę
na tyłach gmachu. Miał nadzieję, że w Rotundzie będzie bezpieczny - czyż
mogło istnieć bezpieczniejsze miejsce niż samo serce Unii? Ale teraz
Destruktorzy byli w środku, słyszał ich triumfalne okrzyki, słyszał, jak
ich fala przewala się przez wszystkie okoliczne budynki.
Może tak to właśnie wyglądało podczas gurkhulskiej inwazji, gdy żercy
wdarli się do Agriontu? Kiedy stryj mu o tym opowiadał, wzrok miał
szklisty, wpatrywał się w dal, jakby miał przed oczyma niewyobrażalne
potworności. Ale Destruktorzy nie byli czarownikami-kanibalami ani
nieludzkimi demonami, nie władali żadną zakazaną mocą. Byli zwykłymi
ludźmi.
Z budynku Komisji Ziemi i Rolnictwa dobiegł trzask tłuczonego szkła,
biurko wyleciało przez okno i z hukiem wylądowało na bruku. Zimny pot
oblał Ettenbecka, wyciekał z niego jak z wyciskanej gąbki. Musiał
przywołać na pomoc całą swoją silną wolę, żeby nie zacząć uciekać w panice. Mury kompleksu pałacowego na pewno jeszcze stoją, może gdyby
zdołał się tam dostać...
- Tam jest jakiś! - Tupot stóp ze wszystkich stron. - Łapać go!
Teraz Ettenbeck już puścił się biegiem, ale nie dotarł daleko: ktoś
złapał go wpół i powalił na ziemię. Mignęła mu brodata twarz, błysnął
pancerz, który wyglądał na świeżo wykuty. Ktoś chwycił go pod łokieć i postawił na nogi. Dziwna banda, zwyczajni ludzie, jakich można spotkać
na każdym z tanich bazarów. Tyle że ci tutaj byli wściekli.
Ettenbeck nagle zdał sobie sprawę, że zwykli ludzie mogą być
przerażający.
- A ty dokąd, kutasino? - burknął mężczyzna z blizną na podbródku.
- Nikt nie ujdzie ludowej sprawiedliwości! - zapiszczała kobieta i spoliczkowała Ettenbecka.
- Teraz my tu rządzimy!
Ledwie rozumiał, co mówią, tak bardzo zgrzytliwy mieli akcent. Nie
wiedział, czego chcą, nie miał pojęcia, co mógłby im dać.
- Nazywam się Ettenbeck - powiedział bez żadnego sensownego powodu.
Popchnęli go, żeby szedł przodem. Policzek palił go z bólu.
W tłumie było więcej więźniów: administratorzy, biurokraci, urzędnicy,
paru żołnierzy. Spędzili ich w gromadę jak zwierzęta. Poszturchiwali
włóczniami. Szczerzący zęby w uśmiechu woźnica strzelał im z bata nad
głową, a oni kulili się i pojękiwali. Ettenbeck rozpoznał jedną
zakrwawioną twarz, ale nazwisko gdzieś uleciało. Wszystkie ich nazwiska
uleciały.
- Aferzyści! - darł się ktoś łamiącym się głosem. - Spekulanci!
Tłum kopał jakiegoś ciemnoskórego mężczyznę, który szedł, potykał się,
upadał pod kopniakami, podnosił się z ziemi, obrywał kolejny raz, padał,
wstawał i tak przez cały czas. Ettenbeckowi wydawało się, że to któryś z ambasadorów... Może z Kadiru? Uroczy, kulturalny człowiek, Ettenbeck
słyszał jego poruszające wystąpienie na forum Towarzystwa Słonecznego,
kiedy mówił o zacieśnieniu współpracy w basenie Kręgomorza.
Tłum strącił mu czapkę z głowy i pluł na niego.
- Łajdak! - warknął mężczyzna w ubraniu żołnierza, ale bez kurtki
mundurowej. Koszulę miał pochlapaną krwią. - Łajdak!
I nadepnął ambasadorowi na głowę.
Coś uderzyło Ettenbecka w policzek. Upadł. Boleśnie uderzył o ziemię,
dźwignął się na czworaki. Szczęka tętniła mu bólem.
- O rety - sapnął. Krew kapała na bruk. - O rety.
Ząb wypadł mu z odrętwiałych ust.
Znów ktoś chwycił go pod ramię, szarpnął do pozycji stojącej. Ból
przeszył mu pachę. Potykając się, ruszył przed siebie.
- Aferzyści! - wrzasnęła jakaś kobieta, wymachując wałkiem. Parskała
śliną, oczy wychodziły jej z orbit. - Spekulanci!
- To jeden z tych skurwieli z Zamkniętej Rady!
- Jestem zwykłym urzędnikiem! - Głos Ettenbecka przeszedł w rozpaczliwy
jęk.
Kłamał. Był jednym ze starszych podsekretarzy w Wydziale Podatku
Rolnego. Ach, z jaką dumą recytował pod nosem ten tytuł po tym, jak
dostał awans! Siostra wreszcie będzie musiała zacząć go traktować
poważnie!
Teraz żałował, że przyjechał do Adui, a tym bardziej do Agriontu. Ale,
jak lubiła powtarzać jego matka, za żale niczego się nie kupi.
Wierzgał i szarpał się, gdy wlekli go przez skwer przed gmachem Rejestru
Gruntów w stronę fontanny. Fontanna była wybitnie paskudna: wysoka do
pasa kamienna misa, z której w samym środku wynurzała się splątana masa
plujących wodą ryb. Przerzucone przez skraj misy zwłoki - z wypiętym do
góry tyłkiem, zamiatające bruk czubkami palców u stóp - bynajmniej nie
poprawiały ogólnego wrażenia.
Ettenbeck zdał sobie sprawę, że zamierzają go wrzucić do wody obok
trupa.
- Czekajcie! - zaskomlał.
Złapał rękoma za krawędź fontanny. Woda chlapała mu w twarz, a on miotał
się rozpaczliwie, ale zewsząd otaczały go czepiające się ręce, ktoś
podniósł mu jedną nogę, stopa drugiej zaszurała o ziemię, zgubił but.
Ktoś oparł mu dłoń na potylicy.
- Ostatni drink na koszt ludu, panie radco!
Wepchnęli mu głowę pod wodę. Ponad bulgotanie fontanny wzniosły się
pokrzykiwania. Śpiewy. Śmiech. Walczył, szarpał się, udało mu się na
chwilę wynurzyć i zaczerpnąć tchu, a wtedy zobaczył obłąkaną dzicz
szturmującą bramy Domu Pytań. Potrząsali w powietrzu mieczami i włóczniami. Czyjaś odcięta głowa, nabita na jedno z drzewc, podrygiwała
groteskowo nad tłumem. Wyglądała niedorzecznie, jak tani rekwizyt do
marnej sztuki teatralnej - tyle że była prawdziwa.
Znów wcisnęli mu głowę do fontanny. Otoczyła go chmara bąbelków
powietrza.
Nigdy więcej kłopotów
Pleczysty robił to samo, co przez cały czas, odkąd go tu zamknęli:
chodził po celi w tę i z powrotem, w tę i z powrotem, w tę i z powrotem.
Mierzyła raptem pięć kroków od ściany do ściany, i to bardzo małych
kroków, ale mimo to chodził po niej w tę i z powrotem, a chodząc,
obracał w myślach wszystkie popełnione głupstwa, które go tu wpakowały.
Od czasu do czasu kopał w ścianę, wciskał obolałą pięść w drugą dłoń
albo policzkował się z taką siłą, żeby zabolało. Wyglądało na to, że nie
potrafi przestać krzywdzić ludzi - a nie mając pod ręką nikogo innego,
krzywdził sam siebie.
Najpierw obiecywał, że będzie unikał kłopotów, po czym i tak dawał im
się wciągnąć. Oskarżą go o zdradę stanu, a że był winny jak wszyscy
diabli, kara mogła być tylko jedna. Tym razem Savine go nie uratuje. Ją
też gdzieś tu trzymali, w tym labiryncie. Nie ocali nawet samej siebie.
I wtedy coś sobie obiecał: jeżeli jakimś niezasłużonym zrządzeniem losu
wykaraska się z obecnych tarapatów, będzie żył już wyłącznie dla Liddy i May.
- Nigdy więcej kłopotów - wyszeptał, przyciskając czoło do szorstkiej
kamiennej ściany. - Nigdy więcej.
Przysiągł. Kolejny raz.
Zza masywnych drzwi dobiegł odgłos kroków. Przyszli po niego. Zabiorą go
na przesłuchanie? Czy od razu na szubienicę? Zacisnął pięści, chociaż
wiedział, że wszelka przemoc będzie daremna. Przecież to właśnie z jej
powodu się tu znalazł.
Zgrzytnął klucz w zamku. Pleczysty zacisnął zęby i z szybszym biciem
serca patrzył, jak drzwi się uchylają.
Ktoś zajrzał do celi - wbrew oczekiwaniom Pleczystego nie był to jednak
praktyk w czarnej masce, tylko drobna kobieta o twarzy pociętej
siateczką popękanych naczynek. Sprawiała wrażenie podenerwowanej, jakby
nie wiedziała, czego się spodziewać, ale na jego widok rozpromieniła się
w uśmiechu.
- Bracie! Jesteś wolny!
Wytrzeszczył oczy.
- Jaki jestem?
- Wolny! - Potrząsnęła trzymanym w ręce pękiem kluczy. - Wszyscy
jesteśmy wolni! - I zniknęła, nie zamykając drzwi.
Usłyszał śmiech. Wiwaty. Śpiewy. A to co, czyżby ktoś grał na fleciku?
Zupełnie jak w zgiełkliwy dzień targowy w jego rodzinnej wiosce, kiedy
był dzieckiem. Poprawił okulary na nosie, zebrał się na odwagę i podszedł do drzwi.
- Bracie! - Mężczyzna w zachlapanej krwią nowiuteńkiej zbroi wyciągnął
go na zalatujący stęchlizną korytarz, ale traktował go raczej jak dawno
niewidzianego towarzysza broni niż jak skazańca, którego za chwilę
poprowadzi na szafot. - Jesteś wolny!
Otwierali celę po celi. Każde otwarte drzwi witali okrzykami radości,
podobnie jak każdego wyciągniętego zza nich więźnia. Mężczyźni w pancerzach wyściskali kobietę, która musiała spędzić całe miesiące w ciemnicy: blada, pomarszczona, mrużyła oczy przed światłem, jakby
sprawiało jej ból.
- Jak się nazywasz, siostro?
Osunęła się przy ścianie na podłogę, bezwładna jak szmaciana lalka.
- To ty... Grise? - wyszeptała.
Jedną dłoń miała zmasakrowaną, palce wykoślawione i obrzmiałe jak
serdelki.
Ktoś złapał Pleczystego za przód koszuli; zapłakany stary człowiek o dzikim spojrzeniu.
- Widziałeś mojego syna? Wiesz, gdzie jest mój syn?
Pleczysty go odtrącił.
- Ja nic nie wiem.
Ktoś objął go od tyłu. Pleczysty w ostatniej chwili stłumił odruch,
który kazał mu uderzyć łokciem na oślep w tył.
- Czy to nie cudowne? - Młoda, najwyżej szesnastoletnia dziewczyna w narzuconym na ramiona połatanym szalu jednocześnie śmiała się i płakała.
- Czy to nie cudowne?
Złapała kogoś innego, razem ruszyli w wariackie tany i wpadli na starszą
kobietę uzbrojoną w kij od miotły z przywiązanym na końcu nożem, która,
upadając, omal nie dźgnęła tym nożem Pleczystego.
Może i jego powinien ogarnąć zwariowany nastrój w obliczu tego
niespodziewanego smaku wolności, ale on już wcześniej, podczas powstania
w Valbecku, widział tę osobliwą mieszankę szalonej radości i szalonego
gniewu. Świadomość tego, jak to się wtedy skończyło, odbierała mu
wszelką ochotę do tańca. Prawdę mówiąc, wolałby wrócić do celi i zamknąć
się w niej na cztery spusty.
Rozpoznawał w tłumie Destruktorów, weteranów w nowiutkich, lśniących
pancerzach, z błyszczącą bronią, które na rozkaz Savine sprowadził z Ostenhormu i przekazał Sędzi w zamian za ich poparcie. Wyglądało na to,
że jednak postanowili się zbuntować, tyle że sami wybrali
najdogodniejszy do tego moment.
Przepchnął się pod prąd rozentuzjazmowanej ludzkiej rzeki i po schodach
wszedł na parter, do dużej, jasnej sali. Minął go biegnący mężczyzna w skórzanym fartuchu: śmiał się głośno, przyciskając do piersi plik
papierów, które pojedynczo wyślizgiwały mu się i sfruwały na podłogę.
Inny mężczyzna ciężkim dzbanem na piwo walił w kłódkę. To z tego
pomieszczenia płynęła muzyka, którą wcześniej słyszał Pleczysty: kobieta
w urzędniczym kapeluszu naciągniętym nisko na czoło siedziała ze
skrzyżowanymi nogami na podłodze i z zamkniętymi oczami wygrywała
skoczną melodię na flecie.
Wśród tego szaleństwa dostrzegł swoich niegdysiejszych pracodawców:
gubernatora i gubernatorową Anglandu, równie niespodziewanie jak on
uwolnionych z lochów. Nawet w okularach nie od razu ich rozpoznał. Młody
Lew prawym ramieniem obejmował żonę. Jego ściągniętą, upstrzoną strupami
twarz wykrzywiał grymas bólu, gdy poruszał się chwiejnymi skokami. Jedna
nogawka spodni, wysoko podkasana, odsłaniała kikut nogi, lewa ręka
zwisała mu bezużytecznie wzdłuż ciała. Savine jedną ręką podtrzymywała
męża, a drugą swój pękaty brzuch. Brnęła powoli naprzód, przygarbiona, z obnażonymi zębami i głową zakutaną w bandaże, spomiędzy których
wyzierały kępki ciemnych włosów.
Kiedyś mieli u stóp cały świat. A teraz?
- Pleczysty! - Savine z całej siły uczepiła się jego ręki, aż zabolało.
Jej pokryta plamami twarz lśniła od potu. - Losowi niech będą dzięki, że
tu jesteś!
Jej drżący głos przypominał mu tamto porzucone dziecko, które błagało go
o pomoc na barykadzie w Valbecku.
- Co się dzieje, do diaska? - spytał Brock, wczepiony paznokciami w ścianę, żeby nie upaść.
- Nie wiem dokładnie, ale ich uzbrojenie... - Pleczysty skinął głową na
jednego ze zbrojnych i zniżył głos - ...pochodzi z waszej zbrojowni w Ostenhormie.
Savine w mgnieniu oka złożyła w całość układankę, której elementy
Pleczysty z mozołem odkrywał jeden po drugim.
- Destruktorzy zaatakowali Agriont?
- Że co?! - zaskrzypiał jej mąż.
- Wynośmy się stąd, póki możemy - zasugerował Pleczysty. - Musimy
znaleźć bezpieczną kryjówkę.
Ogromne, przerażone i przekrwione oczy Savine błysnęły w półmroku.
- A istnieje w ogóle taka?
Na to pytanie Pleczysty nie znał odpowiedzi. Podał Brockowi wolną rękę,
tę z tatuażem na wierzchu dłoni. Było widać, jak wiele kosztuje Brocka
przyjęcie takiej pomocy, ale to nie był dobry moment na unoszenie się
dumą.
Niełatwo było przeprowadzić ciężarną i jednonogiego przez gęsty,
falujący tłum wyzwolicieli i szabrowników. Za wyłamanymi dwuskrzydłowymi
drzwiami ludzie wywracali ze śmiechem meble, niszczyli sprzęty i rozrzucali naręcza dokumentów.
- To był gabinet mojego ojca - szepnęła Savine, kiedy kuśtykali obok
drzwi.
To stąd wszechpotężny arcylektor Glokta jednym ruchem pióra rozstrzygał
losy ludzkie, decydował o tym, kto umrze, a kto będzie żył. O tak,
czasy naprawdę się zmieniły.
- Lordzie marszałku Brint! - zawołał Brock. - Pan żyje!
- Ledwie...
Siwowłosy mężczyzna przywarł do ściany. Gdyby zmrużyć oczy i dobrze mu
się przyjrzeć, można by jeszcze dostrzec ślad wojskowej postury pod
brudną kurtką mundurową z oddartymi insygniami rangi. Brock wyciągnął
rękę na powitanie. Nie był to łatwy zabieg, ponieważ miał tylko jedną
sprawną rękę, a Brint - tylko jedną w ogóle.
- Uwięzili mnie, zanim przybyliście. Lord Heugen, niech go diabli wezmą,
ze wszystkiego się wygadał, ledwie nas złapali.
Brock pokręcił głową.
- Zamknięta Rada okazała się bandą bezużytecznych łajdaków.
- Kto by pomyślał... - wycedziła przez zęby Savine.
Krok za krokiem mozolnie wynurzyli się na światło dzienne i mrużąc oczy,
zeszli po schodach Domu Pytań. Wiatr chłodził twarz Pleczystego -
powinno mu to przynieść ulgę, ale tłum na zewnątrz był jeszcze dzikszy
niż ten w środku, wszyscy śpiewali, wiwatowali, wymachiwali płonącymi
pochodniami, bronią i kawałkami mebli. Poniewierające się wszędzie
papiery potworzyły głębokie do kostek zaspy, ludzie wyrzucali je
garściami z okien, wiatr roznosił je po okolicy: wczorajsze tajemnice,
które nagle stały się bezwartościowe. Śmierdziało dymem. Jakiś
roześmiany łotr miał ręce całe we krwi. Pleczysty zmartwiał na widok
zadowolonego z siebie skurczybyka, który nieopodal obnosił się z czyjąś
odciętą głową zatkniętą na czubku włóczni. Był odwrócony plecami, więc
Pleczysty nie widział jego twarzy, ale przypominała mu się Musselia.
Cały wór paskudnych wspomnień, którego wolał nie otwierać.
- Młody Lew! - zawołał ktoś.
Ciżba wokół nich zgęstniała. Ludzie wyciągali ręce do Leo.
- Patrzcie, to Leo dan Brock!
- To nie może być on!
- Widziałem, jak zwyciężał!
- Co mu się stało w nogę?
- Stracił ją, walcząc w imię wolności.
- Młody Lew.
- Proszę... - Leo z wysiłkiem powstrzymywał ich jedyną sprawną ręką. -
Dajcie mi...
- To prawdziwy bohater! - wykrzyknął jakiś dryblas, który znienacka
wyrósł za jego plecami i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wziął go na
ręce i podniósł wysoko w powietrze.
Ktoś zagrał wojskowego marsza na starych skrzypcach; Pleczysty pamiętał
go ze Styrii. Ludzie zaczęli tańczyć, salutować, poklepywać Młodego Lwa
po kikucie niczym maskotkę. Nie miało to może większego sensu, ale
wyglądało na to, że ich udana rebelia i zakończony niepowodzeniem bunt
Brocka połączyły się w jedno.
- A ty co, dalej się kłaniasz arystokratom? - Facet z brwiami
zrośniętymi w jedną u nasady nosa patrzył na nich spode łba. - Gdzie
twoja godność, do kurwy nędzy? - burknął do mężczyzny niosącego Brocka
na barana. - Wystarczy, że przez całe życie nosiliśmy skurwieli na
naszych barkach. Teraz ponoć wszyscy jesteśmy równi, nie?
Pleczysty wyczuł zmianę nastrojów w tłumie. Ludzie popatrywali z powątpiewaniem na niego, na Savine. Gdyby się dowiedzieli, że jest córką
człowieka, który w budynku za ich plecami torturował tysiące
obywateli...
- Potrzymaj.
Pleczysty podał Brintowi swoje okulary, po czym zdał sobie sprawę, że
Brint nie może jednocześnie trzymać Savine i jego szkieł, zatem włożył
mu je do kieszeni. Odwrócił się do tłumu, który przeobraził się w niewyraźną wielokolorową masę.
- Byłem w Stoffenbecku - warknął ten z jedną długą brwią. - On nie
walczył w imieniu ludu, tylko...
Pięść Pleczystego wylądowała na jego rozmazanej twarzy. Zanim zdążył
upaść, Pleczysty złapał go drugą ręką za kołnierz i przyłożył mu jeszcze
raz.
- Ja też tam byłem - mówił, bijąc go dalej. - I twierdzę, że łżesz.
Młody Lew jest bohaterem. Bohaterem, kurwa! - Osobiście dawno stracił
wiarę w bohaterów, ale wyglądało na to, że niektórym ta idea w dalszym
ciągu wydaje się atrakcyjna. - Oddał rękę i nogę za swój lud!
Pchnął awanturnika na ścianę Domu Pytań z takim impetem, że tamten odbił
się od niej i upadł, trzymając się za twarz.
- Hip, hip, hurra dla Młodego Lwa! - zakrzyknął Brint, występując
naprzód z uniesioną pięścią.
I jak za sprawą czarodziejskiej różdżki nastrój ponownie się odmienił i znów rozległy się wiwaty. Leo dan Brock podrygiwał na ramionach
niosącego go mężczyzny, kikut jego nogi sterczał w powietrzu, niesprawna
ręka bujała się bezwładnie.
- Chętnie bym go ściągnął z powrotem na dół - przyznał Pleczysty.
Savine pokręciła głową.
- Mam wrażenie, że dla nas wszystkich będzie bezpieczniej, jeśli na
razie zostanie tam, na górze.
- Piękny pokaz... szybkości reakcji - mruknął Brint, wciskając okulary w obitą dłoń Pleczystego. - I determinacji. Byłeś szturmowcem?
Pleczysty łypnął na swój tatuaż. Pomiędzy dwoma pobliźnionymi knykciami
utkwił odłamany kawałek zęba.
- Byłem - potwierdził. Skrzywił się, wydłubał ząb i go wyrzucił.
Brint patrzył, jak rozentuzjazmowany tłum obnosi Brocka na ramionach.
- W nadchodzących dnia Unia będzie potrzebowała takich jak ty. Ktoś
będzie musiał przywrócić porządek.
- Moja rodzina mnie potrzebuje. To jest najważniejsze.
- Naturalnie - zgodził się Brint. - Ale... może się okazać, że najlepiej
przysłużysz się im właśnie tutaj.
Pleczysty bez pośpiechu nałożył okulary, zahaczył je o uszy i starannie
osadził w znajomym rowku na grzbiecie nosa. Westchnął ciężko. Obiecał,
że będzie unikał kłopotów. Problem polegał na tym, że kłopoty nie
zamierzały unikać jego.
Dawać króla
Orso spoglądał z pałacowej strażnicy w dół i nie wierzył własnym oczom.
Coś, czego nie dało się opisać inaczej niż jako dziką hordę, przelało
się z Drogi Królewskiej w głąb parku, minąwszy posąg jego ojca,
podobiznę Pierwszego Wśród Magów i (wciąż jeszcze nieukończony)
wizerunek arcylektora Glokty, i niemającą końca falą sunęło pod bramy
pałacu.
- Skąd oni się wzięli? - mruknął.
Głupie pytanie, na które przecież znał odpowiedź. Przyszli z Valbecku,
Kelnu, Adui, ze wszystkich zakątków Midderlandu. To byli obywatele Unii,
jego poddani... No, może dziś już niekoniecznie, ale jeszcze niedawno -
z pewnością. Wyglądało na to, że planowany przez niego wielki objazd
kraju nie będzie potrzebny. Kraj przyszedł do niego.
Oszołomiony i zdjęty zgrozą patrzył, jak tłum zdziera flagi Unii, a wandale tańczą na dachach tańce zwycięstwa. Nieliczne budynki nadal były
w rękach rojalistów, ale - oblężone bez nadziei na ocalenie - trwały jak
samotne wyspy na wzburzonym morzu. Tu i ówdzie rozgrywały się małe
krwawe dramaty. Małe sylwetki ścigane po ulicach. Małe sylwetki
wypadające przez okna. Małe sylwetki wiszące na drzewach.
Pałac sam w sobie był dobrze strzeżoną twierdzą w obrębie
ufortyfikowanego Agriontu, ale Destruktorzy napierali już na jego bramy.
Przybywało ich z każdym cichym, lekko świszczącym oddechem Orso.
- Panie Sulfur, czy byłoby możliwe...?
Był przekonany, że mag stoi tuż obok niego, kiedy jednak się odwrócił,
Sulfura nigdzie nie było widać. Zanosiło się więc na to, że tym razem
nie będzie spektakularnej czarodziejskiej akcji ratunkowej. Ocalić króla
z rąk tuzina Destruktorów to jedno, ale uratować go przed niezliczonymi
tysiącami - to zupełnie co innego. Nadchodzi taki czas, pomyślał Orso,
kiedy nawet najpotężniejsi kredytodawcy, tacy jak Valint i Balk, są
zmuszeni ograniczać straty.
- Dawać tu króla! - wrzasnął ktoś, kogo głos jakimś cudem wzniósł się
ponad ogólny zgiełk.
Tłum zafalował, ktoś krzyknął przeraźliwie, upadł i został stratowany.
Czy ten dźwięk to skrzypienie bramy pod naporem ludzkiej masy? Coś
trzasnęło o mur, gdzieś całkiem blisko. Orso odruchowo się uchylił.
- Wasza Królewska Mość? - zagadnął jeden z oficerów. Twarz miał bardzo
bladą w porównaniu ze szkarłatnym kołnierzem munduru. - Mamy do nich
strzelać?
- Nie! - Orso z wysiłkiem starał się nadać swojemu głosowi władczy ton.
- Niech nikt nie strzela, nie zamierzam zabijać swoich podwładnych. W każdym razie... już nie - dodał bez przekonania, gdy obraz masowych
grobów pod Stoffenbeckiem nieproszony napłynął mu przed oczy.
Lord kanclerz Gorodets wyprostował się na całą wysokość - nie była ona
szczególnie imponująca, ale Orso docenił wysiłek.
- Każdy z obecnych tu mężczyzn jest gotowy umrzeć za Waszą Wysokość.
Na blankach z pewnością nie brakowało zaciśniętych z determinacją
szczęk: korpus rycerski, rycerze heroldzi, elita elit. A jednak pod tą
bohaterską fasadą dawało się wyczuć narastające wątpliwości. Perspektywa
oddania życia za króla brzmi zasadniczo bardzo dobrze, ale kiedy
przychodzi co do czego i człowiek zdaje sobie sprawę, że ma tylko jedno
takie życie, jego entuzjazm - co zrozumiałe - słabnie.
- Wolałbym, żeby nie musieli tego robić - odparł Orso. - Poza tym w pałacu jest również mnóstwo kobiet. - Zerknął na Hildi, która robiła, co
mogła, żeby nie okazać strachu. Uśmiechnął się do niej. - Nadzwyczaj
nierycersko byłoby prosić je o podobne poświęcenie. Zresztą eskalacja
przemocy i tak nic nam nie da. - Znowu pomyślał o uroczym zakątku kraju,
który osobiście przerobił na masowy grób. Zadrżał. - Wątpię, by
kiedykolwiek dawała.
- Nie popadajmy w rozpacz, Wasza Królewska Mość - powiedział lord Hoff,
załamując ręce. - Trzydzieści lat temu, wkrótce po koronacji ojca Waszej
Wysokości, miasto wpadło w ręce Gurkhulczyków.
- Wroga znacznie bardziej przerażającego niż ta żałosna zbieranina! -
podchwycił chrypliwym głosem lord marszałek Rucksted. W jego wizerunku
zamiast artystycznego nieładu dominowało teraz zwykłe niechlujstwo.
- Żercy, Wasza Wysokość! Żercy w Agrioncie! Ba, w pałacu królewskim!
- Pamiętam, jak ojciec mi o tym opowiadał - przyznał Orso. Pamiętał
również, że ojcowskie opowieści śmiertelnie nudziły matkę.
- Nigdy się nie poddał! - Rucksted uderzył pięścią w otwartą dłoń. -
Gurkhulczycy zostali wyparci z miasta, a żercy pokonani! Nadal możemy...
- Gurkhulczyków pobił mój dziadek, wielki książę Orso, przy wsparciu
lorda marszałka Westa i jego wiernych żołnierzy świeżo przybyłych z Anglandu. - Orso uniósł brew. - Dziadek zginął dawno temu zabity przez
Żmiję z Talinsu, Anglandczycy zbuntowali się przeciwko nam, a lord
marszałek Forest wycofuje się pod naporem wroga na wschód, prowadząc
niedobitki wiernego mu wojska. Pokonaliśmy Gurkhulczyków, owszem, ale...
- Bezradnym machnięciem ręki wskazał tłum za murem. - Jak Unia ma
pokonać samą siebie?
Hoff z rozdziawionymi ustami wodził wzrokiem dookoła, jakby w poszukiwaniu kontrargumentu. Orso poklepał go po obleczonym w futra
ramieniu. Właściwie nawet niezbyt go lubił, ale teraz zrobiło mu się go
żal. Hoff kochał monarchię ponad wszystko. Orso nigdy za nią nie
przepadał.
- A wracając do żerców, to rozprawił się z nimi Pierwszy Wśród Magów,
niszcząc przy okazji połowę Agriontu - kontynuował. - Dzisiaj
nieobecność Bayaza bardzo się rzuca w oczy. Nawet pana Sulfura, zdaje
się, zatrzymały gdzieś jakieś inne, niecierpiące zwłoki sprawy. -
Spojrzał na Dom Stwórcy, który wznosił się czarny, posępny i zdecydowanie niepomocny za murem Agriontu. - Obawiam się, że epoka
czarodziejów nieodwołalnie dobiegła końca. Aż się człowiek zastanawia,
czy naprawdę warto było płacić cenę, jakiej żądali.
- Wobec tego... - Gorodets z wahaniem oblizał wargi. - Co dalej?
Pytanie "co dalej" pozostawało nadzwyczaj aktualne od chwili, gdy Orso
wrócił do stolicy i dowiedział się, że zmierza ku niej nieprzebrane
mrowie Destruktorów.
Właśnie. Co dalej?
Wcisnął palec pod kołnierzyk, próbując go rozluźnić bez rozpinania
haftki. Nie udało mu się, rzecz jasna, nie po to wszyto weń haftkę, żeby
dało się to zrobić.
Chętnie zapytałby Tunny'ego o zdanie, nikt nie miał takiego instynktu
samozachowawczego jak on - tyle że Tunny, posłuszny rzeczonemu
instynktowi, zmył się i gdzieś zniknął, gdy tylko niepokoje w mieście
się nasiliły. Obyło się bez łzawych pożegnań - ot, po prostu pewnego
ranka Tunny się nie zjawił. "Jaki król? Pierwsze słyszę". Na tę myśl
Orso zdławił zgoła niestosowne parsknięcie śmiechem. Kapral nigdy nie
udawał, że jest winien lojalność komukolwiek poza sobą samym.
Poza tym prawda była taka, że Orso doskonale wiedział, co musi zrobić.
Chociaż miło by było usłyszeć, jak ktoś próbuje go od tego odwieść.
Dobiegające z dołu wojownicze "Dawać króla!" było najrozsądniejszym z dostępnych rozwiązań.
- Lordzie Hoff... - zaczął z westchnieniem. - Obawiam się, że muszę się
oddać w ręce Destruktorów.
- Ależ Wasza Wysokość! - Lord szambelan zbladł tak bardzo, że upodobnił
się do własnego zdjętego zgrozą ducha. - Nie mówi Wasza Wysokość
poważnie...
- Tym razem mówię jak najbardziej poważnie. - Orso obejrzał się na
piekło za murami pałacu. - Przyszedł taki moment, że ktoś musi dokonać
szlachetnego aktu poświęcenia i z braku innych, bardziej
predestynowanych ku temu osób... padło na mnie.
Zacni członkowie Zamkniętej Rady zeszli za nim po schodach, szurając
nogami: siedmiu starych ludzi przygiętych ciężarem urzędowych szat,
łańcuchów, odpowiedzialności. Przywodzili na myśl gromadkę podstarzałych
emerytów wyprowadzanych przez pielęgniarza na krótki spacer.
Wysoki, przenikliwy wrzask:
- Dawać króla!
I zaraz potem basowy pomruk:
- Dawać go tu!
- Przecież idę, kurna - burknął Orso. - Idę.
Pałacowy ogród pęczniał od wspomnień. To tutaj, wśród tych rzeźb, bawił
się w chowanego z siostrami - figlarną małą Carlot i poważną małą
Cathil. A tam ojciec uczył go trzymać miecz. Tam z kolei matka uczyła
go, jak wyrażać skrajne niezadowolenie, nie przestając się przy tym
uśmiechać. Nigdy nie byli najszczęśliwszą z rodzin, ale - na miłość
losu! - jakże mu ich teraz brakowało, gdy został sam.
- Hildi? - Odwrócił się do swojej zauszniczki. - Kiedy brama zostanie
otwarta, musisz zniknąć.
Zmierzyła go tym samym hardym spojrzeniem dziesięciolatki, co przy ich
pierwszym spotkaniu.
- Mówiłeś, zdaje się, że epoka czarodziejów się skończyła?
Uśmiechnął się. Miło było widzieć, że jak zwykle nie da mu się wykpić
byle czym.
- Usmaruj te piegi błockiem, obciągnij niżej czapkę i wtop się w tłum -
doradził jej. - Kiedyś zmywałaś podłogi w burdelu, dasz radę.
- Nie zostawię cię.
- Oczywiście, że nie! To taktyczny odwrót. Jeżeli ujdę z tego z życiem,
trafię do więzienia, a wtedy będę potrzebował lojalnych poddanych,
którzy pomogą mi uciec. No wiesz, trzeba będzie zapiec wytrych w chlebie
i tak dalej...
- Marna ze mnie piekarka.
- Za to na pewno będziesz umiała znaleźć lepszą.
- Pewnie tak.
Otarła policzek wierzchem dłoni. Orso zastanawiał się, czy wie, że on
kłamie. Zapewne wiedziała. Tylko najbardziej zawzięty optymista mógł
sobie wyobrażać, że król przeżyje najbliższą godzinę, a żadne z nich nie
było takim optymistą.
- Jesteś mi winny kasę - burknęła jeszcze.
- Kiedy indziej cię spłacę. - Poklepał ją po ramieniu. - Zapomniałem
portfela.
Gdyby zwlekał jeszcze choćby chwilę dłużej, nabrałby wątpliwości, a w tej chwili musiał wszystkim zaprezentować prawdziwie królewską zimną
krew. Zwłaszcza że to dla niego prawdopodobnie ostatnia okazja, by się
nią wykazać; szkoda byłoby ją zmarnować. Obciągnął kurtkę i ruszył przed
siebie. Pod butami chrzęścił mu żwir parkowych alejek, tak idealnie
wygrabionych, jakby nigdy przedtem nikt po nich nie przeszedł. Miło było
widzieć, że nadal dba się tu o zachowanie pewnych standardów.
Spłynął na niego dziwny spokój. Podobnie czuł się w Stoffenbecku, kiedy
dookoła spadały kamienne pociski armatnie.
Dobiegające zza bramy krzyki przeszły w rytmiczny zaśpiew:
- Dawać króla! Dawać króla! - Rytm był podkreślany trzaskiem metalu o metal, okrzykami, śmiechem i tupaniem stóp tak licznych i tak ciężkich,
że ziemia zdawała się od niego drżeć. - Dawać króla!
Zastanawiał się, czy jakaś jego decyzja doprowadziła do obecnej
sytuacji; albo może brak jakiejś decyzji. Czy mógł coś zrobić, żeby tego
uniknąć? Nawet jeśli dokonał jakiegoś wyboru, to w ogóle tego nie
zauważył - pewnie martwił się wtedy o los matki, denerwował się haftką
przy kołnierzyku albo zastanawiał się, co myślą o nim inni. Żałował
teraz, że zabrakło mu determinacji, ale ludzie są, jacy są.
Odął policzki.
- Pułkowniku Gorst? Proszę otworzyć bramę.
Gorst tylko patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
- Rozumiem - zapewnił go łagodny tonem Orso. - I niniejszym zwalniam cię
ze wszystkich przysiąg. Nie jesteś już moim dowódcą straży.
Oczy Gorsta przybrały osobliwie zagubiony wyraz.
- Kim wobec tego jestem?
- To chyba... będzie zależało od ciebie. - Przynajmniej przez te kilka
krótkich chwil, zanim tłuszcza ich rozszarpie. - Już czas.
Gorst z wysiłkiem przełknął ślinę, odwrócił się i krzyknął piskliwie:
- Otworzyć bramę!
Bez względu na to, ile razy człowiek słyszał ten głos, nie sposób było
do niego przywyknąć.
Krata się uniosła, zgrzytnęły rygle i pomiędzy skrzydłami bramy
zajaśniała wąska kreska światła. Rytmiczne pokrzykiwanie ucichło i oczom
Orso ukazał się szereg twarzy z wybałuszonymi oczami. Ludzie chwiali się
i potykali popychani przez napierający z tyłu tłum.
Wyszedł im na spotkanie sam: z dumnie uniesioną głową i ozdobnym mieczem
przy boku, w złotym diademie i płaszczu z wyhaftowanym złotym słońcem
Unii prezentował się iście po królewsku.
Buntownicy opuścili broń, dwaj albo trzej schowali ją nawet za plecami,
jakby zakłopotani jej posiadaniem. W upiornej ciszy Orso szedł naprzód.
Serce tłukło mu się w piersi, za to jego twarz miała starannie
pielęgnowany nonszalancki wyraz. Zatrzymał się dokładnie pod zewnętrzną
krawędzią łuku bramy, dostatecznie blisko, by najbliżej stojący mogli go
dotknąć.
- Proszę bardzo - powiedział tonem stanowczym, może nawet odrobinę
surowym. Tonem rozczarowanego ojca. Takiego tonu czasem musiał używać
jego ojciec. - Oto jestem. - Jego wzrok spoczął na starszawej kobiecie w połatanej sukience i poplamionym fartuchu. Mimo chłodu podwinęła rękawy,
odsłaniając zaróżowione przedramiona. - Pozwoli pani, że zapytam, o co
chodzi?
Zamknęła usta i cofnęła się, nie wypowiedziawszy ani słowa.
Orso uniósł brew i spojrzał na łysiejącego mężczyznę z twarzą pociętą
popękanymi naczynkami i starą siekierą w ręce.
- A pana co do mnie sprowadza?
Mężczyzna zerknął w lewo, w prawo, jego dolna warga zadrżała, a z pokrytego szczeciniastym zarostem gardła dobyło się ledwie słyszalne
chrypnięcie, ale to było wszystko.
Orso postąpił krok naprzód. Tłum się cofnął, szurając nogami. Kiedyś na
spotkaniu Towarzystwa Słonecznego, na które przybył namówiony przez
Savine, widział, jak siły magnetyczne odpychają opiłki żelaza. Tutaj
wyglądało to całkiem podobnie.
Ściskające go za gardło napięcie narastało. Poruszył ramionami, żeby je
rozluźnić, nagle zdenerwowany - kto by pomyślał?! - bezczynnością tłumu.
- No dalej - powiedział. - Miejmy to z głowy.
Zamiast jednak opaść go ze wszystkich stron jak sfora wygłodniałych
wilków, milczący tłum rozstąpił się, robiąc miejsce łysemu mężczyźnie w prostym czarnym ubraniu, z makabrycznie poparzoną twarzą. Towarzyszyła
mu harda kobieta o hardym spojrzeniu.
Orso wybałuszył z niedowierzaniem oczy.
- Arcylektor Pike? - wyszeptał.
- Powinniśmy chyba uznać, że niniejszym składam dymisję, Wasza Królewska
Mość. Chociaż, co teraz powinno być oczywiste, nigdy nie byłem sługą
Waszej Wysokości.
Pike nie był bynajmniej jeńcem buntowników, wyglądało raczej na to, że
go szanują. Ba, że go słuchają. Na miłość losu, on był ich przywódcą!
Orso przyjął to olśnienie niemal z ulgą: teraz nie miał już wątpliwości,
że nic nie mógł zrobić. Od początku miał przy sobie zdrajcę.
- To ty jesteś Tkaczem? - zapytał szeptem.
- Zdarzało mi się używać tego imienia.
- Nie miałem pojęcia... - Orso uniósł brew, przenosząc wzrok na Teufel.
- A pani wiedziała? Zawsze miałem panią za kobietę, która wie wszystko o wszystkim. O ile ktoś taki w ogóle istnieje.
Teufel zerknęła na Pike'a.
- Nie - przyznała bez ogródek. Jak zwykle, trudno było orzec, co
naprawdę myśli.
- No dobrze. Poddaję pałac. Proszę, byście oszczędzili moich strażników
i dworzan. Jedynie usiłowali mi służyć.
- Wystarczy rozlewu krwi - powiedział Pike, po czym dodał cokolwiek
złowieszczo: - Na dziś.
Zapadła cisza, którą mąciły tylko odległe wiwaty na Placu Marszałków i bardziej gniewne pokrzykiwania w okolicy Domu Pytań. Nikt jednak nie
zamierzał posiekać Orso na kawałki.
- Wobec tego... - Odkaszlnął skrępowany. - Co teraz?
- O tym zdecyduje lud - odparł Pike.
Orso rozejrzał się. Popatrzył na ten cały "lud".
- Serio? - Uśmiechnął się ze zdumieniem. - A będzie potrafił?
Wszystkie atuty
Zimny wiatr zawiewał przez wysokie okna Dworu Skarlinga, niósł mgłę znad
rzeki, kołysał drzewami w całej dolinie i tarmosił zawieszoną nad
ogromnym kominkiem ozdobną chorągiew z wyhaftowanym symbolem długiego
oka. Rikke otuliła się peleryną, narzuciła kaptur i patrząc na burzącą
się daleko w dole szarą wodę, zastanawiała się, co dalej.
Człowiek musiał być twardy, żeby zasiąść na tronie Skarlinga. Po prostu
musiał. Czy tego chciał, czy nie.
- Myślisz o tym, żeby skoczyć? - zapytała Isern.
- To tam spadł Krwawa Dziewiątka. Tak przynajmniej mówią.
- Jaka z tego nauka? Że człowiek, który po władzę wspina się na górę
trupów, spada potem daleko w dół?
Rikke spojrzała na tę długą drogę w dół, po czym ostrożnie cofnęła się
od okna.
- Ta nauka niezbyt mi się podoba.
Isern uśmiechnęła się szeroko, macając językiem szczerbę w zębach.
- Jeżeli będziesz słuchać tylko tych nauk, które ci się podobają,
niczego się nie nauczysz. Fajne masz to futerko.
- Prawda? - Rikke pogładziła futro dłonią. Było takie delikatne,
miękkie, białe... Kiedy kazała nim obszyć czerwony jedwab od Savine dan
Brock, powstała peleryna godna legendarnej królowej. - Dar od
mieszkańców Carleonu.
- Zaczynają cię lubić, co?
- Mnie trudno nie lubić.
- Zwłaszcza kiedy masz pod ręką kilkuset zbrojnych.
- Przekonałam się, że im lepiej są uzbrojeni, tym bardziej ludzie mnie
lubią. Tak sobie myślę... Chyba są mi wdzięczni, że jeszcze nie kazałam
spalić miasta. Czyli miłosierdzie jednak popłaca.
- Owszem, zdarza się - przyznała Isern. - A ludzie z pewnością za nim
tęsknią, po Stourze z tymi jego ponurymi humorami i wrednym charakterem.
Ale nie chojrakuj, dziewczyno, wdzięczność jest jak wiosenne kwiaty:
pięknie pachnąca, ale nietrwała. Na twoim miejscu trzymałabym gdzieś na
widoku płonącą pochodnię, rozumiesz, w jakimś miejscu, które
przywodziłoby na myśl pożary miast. Żeby ta wdzięczność w nich nie
wygasła.
- Może tobie też by mogli uszyć futro.
- Mnie niepotrzebne. - Isern prychnęła wyniośle i przerzuciła przez
ramię koniec wystrzępionego szala. - Ideału nie da się ulepszyć.
Skrzydło wielgachnych wrót otworzyło się z łoskotem i do sali wparowała
Corleth. Potknęła się o przydługie drzewce przypasanego topora, niemal
się przewróciła, przeczłapała pośpiesznie dwa, trzy kroki, złapała
równowagę, po czym wreszcie stanęła prosto i wzięła się pod boki.
Dyszała ciężko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki