***
- Musi pan tu przyjechać, mamy samobójstwo.
- Sami sobie poradzicie z samobójstwem - odparł niechętnie młody prokurator, poirytowany tym, że znowu wzywają go do standardowych spraw.
- Musi pan przyjechać to zobaczyć.
- Dobrze, niech dyżurny oficer po mnie przyjedzie - westchnął prokurator.
Prokurator odłożył słuchawkę, spojrzał za okno. Był zimny, wietrzny, listopadowy dzień. Liście już dawno opadły z drzew, które sterczały z ziemi jak powykręcane artretyzmem czarne dłonie, błagające niebiosa o litość. Nie znosił tego przenikliwego wiatru połączonego z mżawką i mrozem. W listopadzie dni są krótkie, a słońce niby świeci, ale niezbyt jasno i do tego zimnym, nieprzyjemnym światłem, które nie jest w stanie rozproszyć wszechogarniającego półmroku i szarości. Słońce przypomina raczej księżyc, a dzień trochę jaśniejszą noc.
- Co za upiorna aura - pomyślał nim usłyszał dzwonek.
Dyżurny oficer już przybył. Prokurator ubrał prochowiec i czapkę. Wsiedli do policyjnego jeepa i odjechali. Jechali w milczeniu, słuchając warkotu silnika. Minęli centrum i przedmieścia, kierując się w stronę wsi Głogów. Jechali jakieś czterdzieści minut monotonną, jednopasmową drogą. Za wsią skręcili w lewo. Tu kończył się asfalt. Jechali wyboistą drogą jeszcze kwadrans. W końcu oficer zatrzymał samochód.
- To tu.
Wysiedli z samochodu. Uderzenie zimnego wiatru nie wprowadziło prokuratora w dobry nastrój.
- Co za upiorna aura - pomyślał raz jeszcze.
- Widzi pan te zarośla? To tam - powiedział dyżurny.
- W tych chaszczach? - zdziwił się prokurator.
Okolica wyglądała tak, jakby człowiek nie postawił tu stopy od czasów Mieszka I. Wysokie do pasa dzikie trawy i sitowie porastały okolicę. Wierzby i zdziczałe jesiony rosły chaotycznie. Niektóre drzewa były spalone od pioruna, inne uschnięte i połamane.
- Prowadź - powiedział do dyżurnego.
Ruszyli przez gąszcz. Szli pochyleni, odgarniając trawy, mrużąc od wiatru oczy, chowając twarze w kołnierzach. Na tym pustkowiu wiatr dął coraz mocniej, smagając ich bezlitosnymi cięgami.