Madmuazelka - Grażyna Plebanek

-
Proszę czekać
 
 

Halinie, Ance Ś., Jaśkowi, Wojtkom i Maćkowi

 
 
Część pierwsza
 
 
MAD:

Podobno go zabiłam. Nikt nigdy nie zapytał: "Dlaczego pani to zrobiła?". A ja zapamiętałam krzyk dziecka. Przestała wołać, ale jej głos we mnie został. Budził mnie potem latami, jak ptasi wrzask: "Mad, Mad!".

Z wydarzeń tamtej nocy jeszcze coś weszło mi w bebechy - te chwile przed - przed moim strachem, przed jej wołaniem. Minuty, godziny, tygodnie, lata, kiedy działa się potworność.

Po wszystkim, gdy sczepione dłońmi gnałyśmy, walcząc o oddech wśród porywów nadbałtyckiego wiatru, wtedy byłyśmy żywe. Ten bieg tkwi w moim ciele, daje mi siłę. Reszta wydarzeń tamtej nocy to gromadzenie "faktów", uporczywa obsesja pragnących dowiedzieć się, "kto zabił", pogoń za sensacją przebrana w kostium sprawiedliwości.

Życie to antykryminał. Od pytania "kto zabił" ważniejsze bywa: "Dlaczego wcześniej nie zrobił tego ktoś inny?".

 

Po latach trafiłam w Paryżu na tylne wejście do starego kościoła. Drewniane wrota wydawały się ostatecznie zatrzaśnięte, okucia wiły się floralnym zawijasem, jakby zacierały ślad po tym, co kiedykolwiek żyło w środku. Górą jaśniał wykuty w murze napis: Cognoscetis Veritatem et Veritas Liberabit Vos - "Poznasz prawdę, a prawda cię wyzwoli".

Jestem specjalistką od słów. Na ich podstawie mogłabym opracować wykres przewidywanych konfliktów, w skali makro i mikro, od wojen między mocarstwami po walki między małżonkami. Słowa to probierze nastrojów i precyzyjne narzędzia do ich kształtowania. Tak zwana prawda jest wytrychem. Pisana przez duże "P", pozwala manipulować milionami. Prawda przez małe "p" to szary budulec codzienności. "Tak to już jest", "Tak przecież zawsze było", "Tak być musi". Ta prawda znosi razy w ciszy. Zakwitnie podbitym okiem, pociemnieje dziurą po wybitym zębie, zaczerwieni się plamą krwi na sukience, krwi ze złamanego nosa.

Pamiętam okucia na tamtych drzwiach kościelnego zaplecza. Wyglądały jak węże, jeden podnosił łeb.

 
 
Antykryminał

15 sierpnia 1986, Ustka

 

W bunkrze rozbrzęczało się jak w ulu. Nieużywany, na wpół przysypany ziemią i piaskiem, nagle ożył. Taśmy ostrzegawcze zafurkotały szarpane podmuchami wiatru, nosze przesunęły się korytarzem prowadzącym do działobitni, czerwony blask świtu splądrował "kieszenie" na amunicję.

Pocisków nigdy tu nie przywieziono. Z bunkra, który miał bronić Ustki przed wrogimi okrętami, nie oddano ani jednego strzału. Od początku swojego istnienia stał cichy, jakby pilnował sekretu. A teraz krążyły nad nim mewy i się darły, jedna się zaśmiała.

To one wszystkich zaalarmowały. Potem to już był głuchy telefon.

- Doktor zmarł.

- Zmarzł? A, to się rozgrzeje!

Nikt nie wiedział, jak skończył. Znaleziono przy nim szpadel. Spekulowano, czy szedł się zakopać. Wykluczono samobójstwo.

Wśród funkcjonariuszy, którzy byli tego ranka na służbie, zabrakło bystrych. Zadeptali ślady, ktoś coś roztrzaskał. Był piątek, Matki Boskiej Zielnej, na horyzoncie majaczyła sobota. Uznali, że to, co spotkało lekarza, to wypadek. Tej nocy temperatura nagle spadła, ot, anomalia pogodowa w połowie sierpnia, to się zdarza. Skoro zimno ścięło kwiaty, wychłodziło i człowieka. Krótko mówiąc, morze zabrało wybitnego obywatela. A z morzem nie ma żartów, wiedziało o tym każde dziecko w Ustce. To dlatego część mieszkańców miasteczka nie umiała pływać. Do morza zbliżali się głównie turyści i pijacy.

O doktorze nikt by oficjalnie nie powiedział, że pił czy bił. Lekarz to lekarz. W dodatku częściowo z Warszawy.

Ktoś puścił plotkę, że znaleziono przy nim czerwony różaniec. Nie wiadomo, kto to powiedział i czy na pewno. A jeśli nawet, to uznano, że gadał głupoty.

 

12 godzin wcześniej

W nocy z czwartku na piątek doktor zrobił żonie awanturę o kury. Rozbił szpadlem nowe klatki, zwyzywał małżonkę od suczy, po czym się na nią zamachnął. Gdyby nie syn, tym razem nie uszłaby z życiem.

Jakub, student medycyny, postawił się ojcu. Szpadel, którym doktor zamierzał uderzyć żonę, drasnął go w ramię. Nie odebrał ojcu narzędzia, bo widział w jego oczach ten rodzaj nieprzytomnego spojrzenia, na które wreszcie znalazł nazwę. Szperał w bibliotece Akademii Medycznej tak długo, aż trafił na określenie biała gorączka, czyli obłęd opilczy.

Ojciec nie zauważył, że roztrzaskał klatki ani że nie zdołał zabić żony. Umknęło mu również, że zranił syna. Nie słyszał gdakania kur ani krzyków kobiety, widział tylko jasny punkt koszuli Jakuba umykający w ciemność. Skoczył za nim.

 

Kiedy ojciec i syn znikli w ciemnościach, matka Jakuba została sama na tyłach domu. Przytrzymywała kurczowo poły podomki, jakby nie wiadomo co mogły ukazać. Kury gdakały rozpaczliwie, może któraś była ranna. W pogiętych drutach siatki brzęczał smętnie wiatr. Połamane deski klatek jaśniały w świetle księżyca, którego pyzata twarz pojawiała się na niebie i chowała.

Tupot kroków umilkł. Matka Jakuba ocknęła się, porzuciła kapcie na koturnach, które ugrzęzły w grudach ziemi, i wybiegła z posesji. Kiedy dopadła bloków na Wilczej, stopy miała poranione. Oparła się o dzwonek, a gdy siostra ze szwagrem otworzyli, wysapała:

- Wiesław, leć tam, zanim on go dorwie... Bunkry Blüchera.

 

W innym domu, zbudowanym z brązowych, częściowo tylko pobielonych desek, Jagna zorientowała się, że dziewczyn nie ma. Ani jej córki, sześcioletniej Linki, ani Mad, którą w Ustce przezywano Madmuazelką. Linka chodziła wszędzie za tą szesnastoletnią letniczką, jej idolką. Mad nauczyła Linkę kilku francuskich słów i jeśli ta bezbłędnie je powtarzała, w nagrodę kupowała jej lody. Linka nie odstępowała Madmuazelki, z jednym wyjątkiem - matka zakazała jej wychodzić z domu w nocy.

Jagna narzuciła kurtkę na sukienkę i wypadła z domu. Jej córka szwendała się po Ustce od małego i znała tu każdy kąt, a matka przekazała jej dawkę ostrożności, która nie podcina skrzydeł. Darowała sobie nonsensy o "morzu, z którym trzeba uważać", a zamiast tego nauczyła córkę pływać. Tego lata również Mad, znakomita pływaczka, dorzuciła swoje do edukacji Linki. Ale przed jednym Jagna uporczywie ostrzegała sześciolatkę - przed bunkrami.

Cofnęła się po latarkę i pobiegła w zakazanym kierunku.

 

Madmuazelka szła szybko w dół Darłowskiej. Zimno nocy odpuszczało, mimo to zaczęła szczękać zębami. Jeszcze chwila, a zaszemrze Słupia, zbudzą się ptaki. Światła widoczne w dole kempingu już pogasły. To była martwa godzina, padły niedobitki po całonocnych imprezach, a małe dzieci jeszcze nie obudziły rodziców.

Ciszę, która zasnuwała rzeczną dolinę, rozdarł sygnał milicyjnej syreny. Radiowóz gnał w stronę Westerplatte. Madmuazelka poprawiła plecak. Wszyscy go jej tu zazdrościli, że kolorowy, odblaskowy, że ma regulowane, mocne uchwyty. Weszła na dworzec w chwili, kiedy inny wóz z napisem "Milicja" jechał w przeciwną stronę. Wydawało jej się, że widzi za kierownicą znajomą twarz Zygmunta, ale auto poruszało się zbyt szybko, żeby można było nabrać pewności.

Stanęła na peronie. Między nią a morzem wyciągały się do nieba ramiona portowych dźwigów. Po lewej siwa mgła wciskała się pod skrzydła namiotów, nasycała wilgocią śpiwory. Pawik, Albert i reszta - Mad nie zdążyła się z nimi pożegnać. Z Jagną ani z Linką też nie; spały jeszcze, kiedy wychodziła. W każdym razie w brązowej części domu panowała cisza.

Odezwał się kościelny dzwon. Na peronie było pusto - nic dziwnego o tej porze, i w święto. Dotknęła policzka. Opuchlizna ciągnęła się od szczęki przez ucho, aż do skroni, za okiem pulsował tępy ból. Syknęła i zsunęła dłoń na szyję. "Różaniec to nie korale, nie nosi się go dla ozdoby", przypomniał jej się głos babki. Dobrze, że jej nie zobaczy. Rodziców też nie. Ani różańca.

Zagwizdał pociąg, po chwili wtoczył się na stację. Sapanie lokomotywy stłumiło wycie karetki.

 

Milicjanci nie mieli o tym wszystkim pojęcia. Jeden z nich przesłuchał Jakuba, który zeznał, że poprzedniego wieczora zabrał ojcu kluczyki do fiata 125 i pojechał przed siebie.

- Przed siebie? - upewnił się przesłuchujący go funkcjonariusz.

- A ty gdzie byś pojechał, Zygmunt? - zapytał przesłuchiwany.

- No, fakt.

 

Wiesław, wuj Jakuba, zeznał, że do bunkrów nie dobiegł, bo miał kłopot z biodrem. Lata pracy w Korabiu, stres związany z wyrzuceniem z pracy za działalność w Solidarności, depresja na bezrobociu, stany lękowe, uzależnienie od pensji żony - wszystko to zrujnowało mu zdrowie.

- Nie dał pan tam rady dojść? - w głosie młodego milicjanta zabrzmiało współczucie.

- Bo i po co, Zygmunt? Szwagier wiele razy tak miał i zawsze się dobrze kończyło.

- Dobrze?

- Szedł spać, a potem trzeźwiał. Tym razem szwagierka się wystraszyła o syna, ale Jakub młody, gdzie by go tam kto dogonił. A szwagier miał już swoje lata, tylko udawał młodzieniaszka. Fiat, pielęgniareczki z Warszawy, muzyka jak dla nastolatków. Ale jak szli z Jakubem, to kobiety oglądały się za synem, i ojciec przez to cierpiał. W imię ojca i syna, świeć Panie nad jego duszą.

 

Jagny nikt nie przesłuchał, bo nie widziano jej w pobliżu bunkrów. Nawet gdyby ktoś ją dostrzegł, i tak by milicjantom nie powiedział, bo kręciła się, gdzie chciała, a wieczorami pływała w morzu jak jakaś wariatka.

Madmuazelka wyjechała pierwszym pociągiem o świcie. Musiała na czas dotrzeć do Warszawy, żeby zdążyć na samolot do Paryża. Zresztą, co tam przyjezdna mogła wiedzieć o Ustce? Nic.

 

Jak większość spraw, i tę umorzono. Niewiedza, jak wyglądały ostatnie chwile doktora, spłynęła na jego postać i uszlachetniła pamięć o nim. Żegnając go, wspominano, jakim był dobrym człowiekiem. Taki zajęty, a jednak przyjechał na pogrzeb Niki, córki degeneratów Wójcików z ulicy Czerwonych Kosynierów, która miała być aktorką. Komu by się chciało jechać szmat drogi, aż z Warszawy! A on przyjechał. Taki porządny człowiek.

Cisza koiła. Cisza, kanwa codzienności, uczyła pokory. Tylko aroganci dopytują się, "kto zabił", "kto to robił" i "czyja to wina". Jakby potrzebowali kozła ofiarnego, kogoś, kto beknie za ich grzechy. Tymczasem niedopowiedzenie, niewypowiedzenie, niedociekanie pozwalają żyć. To była druga z prawd krążących wokół bunkra, obok tej o morzu, z którym nie ma żartów.

 
 
Syrena

Ustka, 1975-1985

I

Niektórzy z dorosłych nie mieli zębów. Jakub też nie, ale on ledwo skończył dziesięć lat, więc spokojnie czekał, aż mu wyrosną. Macał językiem puste przestrzenie w dziąsłach, a kiedy do niego mówili, wyszczerzał jedynki. Wystawały z ust jak kły morsa, to z ich powodu dali mu w szkole przezwisko Królik Bugs.

Siedział w głowach stołu jamnika, ostatniego krzyku mody przywiezionego z Warszawy. Wokół stał zestaw mebli Kontiki, które ojciec zdobył cudem. Jego pacjent miał szwagra w warszawskiej Emilce, ktoś inny pomógł zorganizować żuka i tak udało się załatwić transport mebli do Ustki.

Beżowe poduchy na krzyżakach pyszniły się teraz pośrodku salonu, torturując gości. Nie sposób było sięgnąć po coś ze stołu bez zalania obrusa lub odświętnych ubrań, toteż wszyscy trzymali talerzyki pod brodą, ale nie kwapili się po dokładkę. Tylko ciotka poszła po rozum do głowy, przyniosła sobie z kuchni normalne krzesło i teraz zajadała w najlepsze.

Jakubowi dostał się taboret. Mógł nakładać sobie, ile chciał, bez strachu, że coś zaplami. Ale na własnym komunijnym przyjęciu mało co mu smakowało, chociaż matka wysadziła się na obiad nie z tej ziemi, w każdym razie nie z ich, usteckiej. Zamiast jajek w majonezie i sałatki warzywnej na stół wjechały oliwki z Pewexu i dzwonka czegoś, co tylko z grubsza wyglądało jak śledź. Nie przypominały niczego, co produkował tutejszy zakład przetwórstwa rybnego Korab, zupełnie jakby z Korabia szydziły.

Faszerowana kaczka szybko znikła. Matka zebrała puste talerze i teraz stawiała na stole czekoladki i koniak, które wręczali ojcu pacjenci. Jakub przechylił się i złapał trójkącik toblerone. To był jego przysmak. Matka wiedziała o tym, dlatego nie zganiła go, że wyciągnął rękę po słodkie przed gośćmi.

Obok zaszeleściła przezroczysta foliowa torba wypełniona lekarstwami.

- Raphacholin, terpichol... - Grube palce ciotki gmerały pośród opakowań z tabletkami.

- Nie smakowało ci? - zapytała matka z automatyczną kokieterią dobrej pani domu.

- Przecież wzięłam dwie dokładki faszerowanej kaczki, muszę zrobić miejsce na słodkie - fuknęła ciotka.

Język zablokował jej się między kłem a trzonowcem, przez co z ust wydobył się ni to syk, ni to mlaśnięcie. Mąż, zgarbiony obok nad kieliszkiem, podniósł na nią roztargniony wzrok.

- Helci boli głowa?

- Nie "Helci", tylko "Helcię" - poprawiła szwagra matka Jakuba, krojąc ciasto wielkim nożem.

- A co za różnica? - Wuj wzruszył ramionami. - Nauczycielka się znalazła!

Matka już otworzyła usta, żeby objechać szwagra i powiedzieć, że to nie wschód, a w Ustce się tak nie mówi. Mruknąłby, że przecież matka Jakuba już nie pracuje w szkole, a ciotka dodałaby, że w ogóle nie pracuje, tylko udaje jaśnie panią doktorową. Ciężkie powieki ciotki kryłyby złośliwy błysk w oczach. Miała uciechę, kiedy ludzie skakali sobie do oczu.

Z gramofonu popłynęły dźwięki muzyki. Matka zgarbiła się, zapominając o szwagrze i jego kulawej gramatyce. Goście zamilkli, a dziadek i babcia, rodzice ojca, wstali jak na komendę i zaczęli się żegnać. Ktoś usłużnie podał im palta.

- Co za wspaniała komunia, jakie piękne przyjęcie! - Ubierali się pospiesznie z przylepionymi uśmiechami.

Ojciec Jakuba stał nieruchomo przy gramofonie ze wzrokiem wbitym w obracającą się płytę. Matka chwyciła nóż i zaczęła kroić ciasto, szybko, jakby się spieszyła, błysk ostrza odbijał się w kieliszkach.

"Tylko mnie poproś do tańca,

Jakbyś mnie kochał nad życie.

Ja ci z nadziei różańca odpust dam..."

Ulubiona piosenka ojca. W dobrych chwilach potrafił przewalcować na skos duży pokój, z matką w objęciach, nucąc refren. Ale nie dziś.

Drzwi za babcią i dziadkiem trzasnęły, Jakub drgnął. Inni goście też wysuwali się pospiesznie do przedpokoju.

- Ale jeszcze sernik... - protestowała słabo matka.

- Dziękujemy za przyjęcie. Jadźka, gdzie mój beret?

- Pyszny serniczek, zostańcie.

- Z rękawa ci wypadł, depczesz po nim. I po mojej chustce, ślepoto.

- Posiedźcie jeszcze, proszę.

- Co za komunia, a Jakub jaki grzeczny. Gratulujemy, i panu doktorowi, że...

- Jadźka!

- Oj, zawsze coś palnę! Tego, to do widzenia.

Plecy wychodzących znikały we framudze. W pokoju zostało ich pięcioro. Jakub tkwił sztywno w głowach stołu, wuj męczył się zgięty w kabłąk na fotelu, a ciotka w skupieniu odliczała pigułki na trawienie. Ojciec bujał się miarowo nad gramofonem. Muzyka niemal ogłuszała, ale pokój zdawała się wypełniać cisza.

Matka nałożyła na talerzyk trójkąt ciasta i podała wujowi. Wsuwał, jakby szykował się na front. Ciotka na dwa rzuty połknęła garść różnokolorowych tabletek.

- Kubek! - Wycelowała palcem w pierś siostrzeńca. - Kim zostaniesz, jak dorośniesz? Dyrektorem szpitala w Słupsku, jak tatuś?

Twarz matki się skurczyła.

- Helcia, cicho - szturchnął żonę wuj.

- Co "cicho"? To już porozmawiać nie można u państwa doktorostwa? To jak tam z tobą, Kubek?

Ojciec odwrócił się od gramofonu i wbił wzrok w siostrę żony. Z zaczesanych do tyłu włosów odlepił się gruby kosmyk.

- Jakub. Nie żaden Kubek - powiedział tak cicho, że trzeba się było domyślać słów.

- Wy i wasza dęta genealogia! - Ciotka machnęła ręką. - Panowie doktorzy od pokoleń, widział to kto. Nie to co my, chamy i prostaki.

Rękaw z jasnoróżowej krempliny zahaczył o sosjerkę, mus żurawinowy chlupnął na obrus. Ojciec wpatrzył się w plamę.

Wuj wytarabanił się z pułapki beżowych poduch i chwycił żonę pod ramię.

- Zbieramy się, Helcia.

Nie patrzył na szwagra. Przepraszający uśmiech ukazał ciemność ubytków wokół jedynek. Ciotka od lat namawiała męża na złote korony, ale on powtarzał uparcie: "Nie biorę łapówek jak doktorek. Tyram w Korabiu i stać mnie tylko na dziury".

Ciotka wywinęła się z uścisku, niebieskie oczka błyszczały złośliwie spod nawiśniętych powiek.

- Nie skończyłam jeszcze sernika.

Matka Jakuba mawiała, że jej siostra jest sadystką i dlatego została pielęgniarką. Że dusi ją zazdrość, bo nie wyszła za lekarza jak ona, tylko za pracownika konserwiarni, i teraz musi brać nocne zmiany w sanatorium Szczęście, żeby mogli jakoś przetrwać.

- Zostańcie. Proszę. Wiesław... - szepnęła matka do szwagra.

Wuj spojrzał na jej ściągniętą twarz. Spróbował jeszcze raz złowić grube ramię żony, ale mu się wyślizgnęło.

- "Proszę, Wiesław" - skrzywiła się ciotka. - Teraz to Wiesław, a normalnie ledwo nas poznajesz.

- Helcia, przecież Krysia zaprosiła nas na komunię - mitygował ją mąż.

- Żeby się pokazać! Że niby taka święta rodzina, pochwalić się przed ludźmi chciała. Ale nie ma czym, bo pana doktora nie awansowali na dyrektora szpitala w Słupsku, chociaż tak się szykował. Widać inny partyjniak miał lepsze układy. I teraz mój szwagier do usranej śmierci będzie dostawał mniejsze łapówki.

Wuj podniósł ze stołu wykrochmaloną serwetkę i otarł nią pot z czoła. Jakub poczuł dotyk zimnej ręki matki na ramieniu.

- Pora do łóżka, synku.

Tyle razy słyszał te słowa. To było ich hasło, kod ewakuacyjny. Syn uciekał, matka zostawała. Kiedyś zaprotestował, uparł się, żeby zostać, ale powiedziała, że jest za mały. Tyci Królik Bugs.

Jakub wstał jak automat, przeszedł przez przedpokój i wbiegł schodami na piętro. Zamknął za sobą drzwi na klucz, tak jak przykazywała matka. Położył się w ubraniu i przykrył kołdrą, cały, z głową.

 

Wciskał się w ścianę, jakby deski boazerii mogły się rozchylić, wchłonąć go, zabrać z dala od dźwięków tłuczonego szkła, od krzyku matki, przekleństw wuja i piania ciotki, rodzinnego chóru opiewającego furię ojca. Niepotrzebnie się łudził, że to jego komunia, jego święto, jak wmawiali mu z uśmiechami babcia i dziadek, zanim nie ewakuowali się pospiesznie na widok mroku w oczach ich syna, doktora. Żadna uroczystość nie należała do Jakuba, ani urodziny, ani imieniny. Kiedy ojciec sięgał po alkohol, syn odliczał minuty. Dziś lont palił się krócej niż zwykle.

Jutro matka będzie tłumaczyła Jakubowi, że to przez niedoszły awans. "Tatuś tak liczył na to, że zabierze nas do Słupska. Ale mu się nie udało i dlatego się zdenerwował" - powie. Dziadek z babcią nie zająkną się o zajściu, przykryją temat uśmiechami. Wuj machnie na to ręką i jedynie ciotka, ta gruba prowokatorka, nazwie rzeczy po imieniu.

"Zdenerwował się" - powie matka. "Za dużo wypił" - machnie ręką wuj. "Nadęty skurwysyn" - sarknie ciotka. Dziadek i babcia tylko się uśmiechną.

A reszta? Czyny, z których doktor słynął w okolicy, przykryje wielka cisza. Otoczy ona również Jakuba, jak powłoki balonu wypełnionego gazem rozweselającym. Gdy nazajutrz przejdzie ulicami Ustki, nie dotrze do niego żadne słowo, nie dosięgnie go ani jeden komentarz. Podrepcze korytarzem wstydu i upokorzenia, mając przed sobą tygodnie patrzenia na posiniaczoną twarz matki.

Jakub usiadł na łóżku. Bardzo chciało mu się siku. Rozejrzał się po pokoju, ale matka zapomniała wstawić mu kubełek. Może obawiała się, że ktoś z gości się tu zapuści i zapyta, co robi przedmiot pełniący funkcję nocnika w pokoju dziesięciolatka.

Wstał ostrożnie i przyłożył ucho do szpary pod drzwiami pokoju. Z dołu wciąż dochodził odgłos muzyki. "...z nadziei różańca odpust dam...". Płyta się zacięła i powtarzała uparcie "dam, dam, dam". Jakub położył rękę na klamce, zawahał się, po czym wrócił do łóżka. Usiadł i przykrył biodra kołdrą. Plama na komunijnych spodniach się powiększała. Zrobiło mu się ciepło. A potem bardzo zimno.

II

Szli wiaduktem od dworca. Pociąg, którym ojciec przyjechał z Warszawy przez Słupsk, właśnie ruszał w dalszą drogę do stacji Ustka Uroczysko. Zgrzytnęły tony żelastwa, w powietrzu rozszedł się odór oleju. Przy bezwietrznej pogodzie nie dawał się stłumić przesyconemu solą obłokowi znad Bałtyku, ale dziś sztorm się rozkręcał, morze rugowało ze swojego terytorium obce zapachy.

Jakub poprawił na ramieniu pasek torby ojca. Szedł szybciej, bo miał dłuższe nogi. W ciągu ostatnich lat urósł kilkanaście centymetrów, przeskoczył nie tylko wszystkich w klasie, ale i własnych rodziców. Już nikt nie śmiał wołać go starym przezwiskiem z podstawówki, po Króliku Bugsie zostało tylko wspomnienie na zdjęciach z komunii. Twarz i reszta ciała dorosły wreszcie do okazałych zębów, które przy nowych proporcjach wyglądały normalnie. Za wzrost Jakub płacił pojawianiem się mroczków przed oczami, gdy zbyt gwałtownie wstał. Ale przynajmniej nikt go już nie bił w szatni ani nie wkładał jego kanapek do ręki szkieletu w sali od biologii.

- Jakub, poczekaj - dobiegł go z tyłu zadyszany głos ojca.

Szedł kilka metrów za nim, nie dawał rady dotrzymać piętnastolatkowi kroku. Nie ciężar walizki go hamował, tylko brzuch, który wyhodował na warszawskiej posadzie. Wyglądał teraz nie jak lekarz, ale jak syty dyrektor zjednoczenia.

Jakub zwolnił i przystanął na mostku okraczającym nurt Słupi. Woda pod nimi chlupotała, kilka mew przemknęło nisko nad ciemną strugą. Kręciły głowami, jakby dziwiły się, że Jakub i ojciec stoją w zgodnym milczeniu, otuleni mrokiem bezgwiezdnej nocy. Jakub też się temu dziwił. I cieszył. Myślał o tym, że paradoksalnie pomogła im odległość. Od czasu, jak ojciec dostał awans do Warszawy, do Ustki przyjeżdżał tylko na niektóre soboty i niedziele. Coraz mniejszy, coraz okrąglejszy. Jakub tymczasem rósł i jednocześnie czuł, jakby coś zdejmowało z niego ciężar. Może po prostu zatarły się wspomnienia pokomunijnej nocy i jej podobnych.

Ojciec przystanął na moście i zapatrzył się na rozchybotane wody Słupi.

- Rzeka... A mnie ciągnie do morza. Brakuje mi go w Warszawie - westchnął.

Światła wytyczały mgliste kręgi wokół nóg latarni, ale nic nie mogło oszukać listopadowego mroku. Ciężki, gęsty, pluł kapuśniaczkiem.

- Chodź, pójdziemy nad morze! - powiedział nagle głosem, w którym zabrzmiało chłopięce podekscytowanie.

- Ale to kawał drogi, trzeba iść z bagażami całą Westerplatte - zaprotestował Jakub.

- Kto niesie walizkę, ja czy ty? To czego jęczysz? Chodź, pokażę ci bunkier.

Przeszli na drugą stronę, pnąc się w górę ulicy Westerplatte. Ojciec znów zaczął posapywać, a Jakub zastanawiał się gorączkowo, czy powiedzieć mu, że odkrył już bunkry, pięć lat temu, nazajutrz po komunii. Ukrył się tam wtedy, żeby nie patrzeć w twarze sąsiadów, dzieciaków z klasy, krewnych. Po awanturach w ich domu wszyscy unikali Jakuba, a jednocześnie przyglądali mu się spod oka, pewnie szukając śladów pobicia. Ale ojciec nigdy go nie tknął, bił tylko matkę. O jej siniakach, doskonale widocznych, nikt nic nie mówił, tak jakby ich nie było.

Do bunkrów nikt nie chodził, z wyjątkiem nastolatków, którzy się tam czasem upijali. Matka zabraniała Jakubowi plątać się przy morzu - "z morzem nie ma żartów" - to zdanie znał od małego. Ale po komunii wymknął się z domu, przemknął lasem, omijając wydeptane ścieżki, i zakradł się do bunkrów. Gdy tam dotarł, ogarnęła go ulga. Może i było tu strasznie, ale nie bardziej niż u nich w domu. A na ulicach wszyscy pewnie się domyślali, że znów ze strachu zasikał spodnie.

Od tamtej pory przychodził tu, gdy chciał pobyć sam. Wybrał bunkier położony najbliżej portu, ten, do którego nie docierali młodzi ludzie, buszujący wśród umocnień ciągnących się od Trzeciego Wejścia. Korony sosen kołysały się nad kręgami metalu, a zapach stęchłej wody wydobywał się z jedenastu głębokich na metr "kieszeni", częściowo zasypanych piaskiem. Podmuchy znad wody pchały sól zmieszaną z cierpkością żywicy i wilgocią ziemi.

Słysząc teraz za sobą oddech ojca, Jakub pomyślał, że chciałby móc mu o tym opowiedzieć. Porozmawiać z nim tam, wśród strzelistych drzew, na szczycie tej pełnej skrytek chłopackiej budowli. Kobiety tu nie przychodziły, wolały być bliżej morza. Zwłaszcza jedna spacerowała wzdłuż brzegu w każdą pogodę. Nie słyszała tutejszej mantry, że z morzem nie ma żartów, albo się nią nie przejmowała, a Bałtyk łasił się do niej jak pies. Wskakiwała do wody o każdej porze roku, jesienią i wiosną w wełnianej czapce, latem po wyjściu z fal kładła się na plaży i suszyła brązowe włosy, woda ściekała na jej nagie piersi. Gdyby mógł opowiedzieć o niej ojcu... Może w kręgu bunkra wiatr i chichot mew wygoniłyby z doktora wizje, które brały go w posiadanie po alkoholu.

Na wspomnienie demonów ojca Jakub zwolnił.

- Co, boisz się bunkrów? - usłyszał z tyłu drwiący głos.

Jakub zaśmiał się w duchu. Ludzie w jego rodzinie wiedzieli, jak robić rzeczy bezgłośnie. Matka płakała tak, żeby nikt nic nie usłyszał, rodzice ojca strzegli jego reputacji z przylepionymi do twarzy uśmiechami. A Jakub śmiał się tak, żeby nikt się niczego nie domyślił.

Droga zmieniła się w dukt. Światła ubywało, las wchłaniał resztki dnia, w zamian wyrzucając dźwięki. Szli, wiedzeni szumem sosen i morza, ciągnąc za głosami mew.

- Przed wojną zamiast bunkrów było tu męskie kąpielisko - odezwał się ojciec.

- Męskie?

- Kobiety nie miały tu prawa wstępu - w głosie ojca zabrzmiało politowanie, jak zwykle kiedy syn zadawał pytanie.

Jakub się roześmiał, tym razem na głos.

- Co w tym śmiesznego?

- Nic.

- Odpowiedz, jak pytam.

- A to, że teraz przychodzą tu też kobiety.

- Letniczki! Smażą się w plażowych koszach, liść na nos, stanik z opuszczonymi ramiączkami...

- Albo i bez stanika.

Ojciec przystanął. Kosmyki, które nadmorski wiatr uwolnił z miejskiego zaczesu, zatańczyły jak macki.

- Widziałeś jakąś?

- A ty nie?

- Jestem lekarzem - odparł ojciec. - Niektórych piersi wolałbym nie oglądać. Ale ty masz dopiero piętnaście lat.

- Też widziałem - zapiał Jakub na resztkach mutacji.

- Podglądałeś koleżanki z klasy?

- Nie.

- To czyje to były cycki, letniczki? Młode potrafią mieć niezłe balony. Do dwudziestki, bo potem...

- Potem też.

Jakub popatrzył na ojca z rozbawieniem. Stał przed nim jak mroczny bałwanek, o pół głowy niższy. Jakub ucieszył się, że wzrost dodaje mu odwagi.

- To ile lat miała ta twoja? Dwadzieścia pięć? Trzydzieści? Czterdzieści?! - prychnął ojciec. - W tym wieku to już nie są cycki, tylko torby. Mówię ci to jako lekarz.

Jakub odwrócił się, ruszył w stronę wąskiego wejścia do kręgu, stopy zapadły się w piaszczysty korytarz.

- A ty jakie piersi lubisz? - zapytał.

- Nieprzeterminowane - zaśmiał się sucho ojciec.

Stanęli na środku kręgu. Księżyc błysnął zza chmur, poświata wyłuskała z burości wieczora kolejny owal, uformowany pośrodku większego. Wokół rdzawiły się przysypane piaskiem bolce do mocowania działa przeciwlotniczego. Przed wojną Luftwaffe zbudowało w Ustce bunkry i stanowisko baterii zaporowej, ale nikt stąd nigdy nie strzelał. Jakub rozejrzał się po ciemnych otworach "kieszeni". O bunkry nikt nie dbał, były częściowo przysypane. Kieszenie miały służyć do składowania amunicji, ale nigdy nie wykorzystano ich w tym celu. W drugim otworze po prawej stronie ukrył metalową puszkę po śliwkach w czekoladzie, trzymał w niej zapas radomskich i zapałki. Dużo zapałek, bo nadmorski wiatr gasił płomień.

- Co się tak rozglądasz? Nie bój się, jesteś ze mną.

Nad nimi zachichotała mewa.

- Twój dziadek też mnie tu kiedyś przyprowadził. - Ojciec postawił walizkę na betonie. - A potem zostawił tu samego. Dopiero rano po mnie przyszedł. Zapamiętaj, że pokazałem ci to miejsce. Tak jak mój ojciec mnie.

Wyciągnął z kieszeni paczkę i wystukał z niej papierosa.

- Mam tu teraz sam zostać? Po to mnie tu przyprowadziłeś?

Zapalniczka strzeliła mocnym płomieniem, ogień oświetlił twarz ojca. Śmiał się, ale Jakub nie wiedział, czy do niego, czy z niego. Nigdy tego nie wiedział. Nagle pomyślał, że ojciec jest jak ten bunkier, niby niegroźny, a przecież stworzony po to, by zabijać.

Kłąb dymu poleciał mu w oczy, pod powiekami zakręciły się łzy. Przez te kilka lat miał bunkier tylko dla siebie, sam go odkrył, miał tu swoje skrytki. Ale właśnie go stracił. Teraz będzie się tu kiwał cień ojca, a może i widmo dziadka.

Jakub zerknął w stronę trzeciej kieszeni. Schował tam kiedyś butelkę koniaku, którą wykradł ojcu z barku. Chętnie by z niej pociągnął.

III

Inka tak długo stała w szafce, aż się zestaliła. Jakubowi nie chciało się jej rozkruszać, więc wrzucił bryłę do szklanki i zalał wrzątkiem. Śnieżna zadymka zalepiała okna, biała klaustrofobia zapowiadała nadchodzące święta.

Wziął do ręki pomarańczę, jedną z trzech, które znalazł rano w świątecznej skarpecie. Matka kultywowała zwyczaj wręczania mu drobnych upominków w mikołajki. Podziwiał ją za to, bo w sklepach prawie nic nie było. Czasem do samu rzucano banany. Na skórach niebieszczyły się naklejki z napisem Chiquita. Nikt nie wiedział, jak to wymówić.

Kiedy zobaczył w skarpecie prawdziwe pomarańcze, przyszło mu do głowy, że to ojciec zdobył je w Warszawie. Ale ojca nie było w domu w ten weekend. W zimie przyjeżdżał najwyżej raz w miesiącu, bo pociągi kursowały rzadziej niż w lecie, często się psuły i godzinami stały w polu, nieogrzewane.

Jakub mieszał gęstniejącą brązową ciecz, a drugą ręką podrzucał pomarańczę. Opadała na dłoń z ciężkim plaśnięciem, jakby prosiła: "No, zjedz mnie!". Powstrzymywał się. Owoc pachniał drażniąco, wciskał się w nozdrza ze słodką nachalnością. Jakub pomyślał, że powinien podzielić się nim z matką, ale ślinianki zaczęły już swój taniec.

Wziął nożyk i naciął na skórce dwie krzyżujące się linie. Siknął sok, Jakub starł krople wierzchem dłoni. Cytrusowy obłok wypełnił kuchnię obcą, porywającą wonią. Jakub położył palec na nacięciu i delikatnie wsunął go pod skórkę. Beżowa warstwa w dotyku przypominała irchę. Sunął opuszkiem wzdłuż krągłości pomarańczy, starannie oddzielając skórkę, tak żeby jej nie uszkodzić. Naraz chwycił go nieodparty impuls - rozerwał owoc na pół, rozszarpał na ćwierci, na ósemki. Sok ściekał mu po palcach wielkimi, zdumionymi kroplami. Zlizywał go z ręki, spomiędzy palców, z nadgarstka.

Podskoczył na dźwięk klucza w zamku. Spojrzał na zegar kuchenny, czyżby matka wracała już z kościoła? Jakub stał z lepkimi rękami, wsłuchując się w zbliżające się kroki.

Na progu stanął ojciec. Zdjął przewieszoną na skos przez ramię torbę, odłożył i usiadł na najbliższym taborecie. Nie miał walizki, papacha mu się przekrzywiła, a kiedy zdjął kurtkę, Jakub zauważył, jak bardzo schudł od zeszłego pobytu.

- Pomarańcze? - zapytał swoim drwiącym tonem. - No, no, nieźle wam się powodzi.

- Mama mówiła, że przyjedziesz dopiero na święta.

Wokół ciężkich butów ojca zaczęły tworzyć się małe kręgi wody, tylko na czubku lewego ostała się kupka śniegu.

Jakub wrzucił strzępy pomarańczy do kosza i pospiesznie umył ręce. Ślinianki wciąż pracowały, pochylił się więc nad kranem i wypłukał usta.

Od progu doszedł odgłos wycierania butów o kratkę przed drzwiami. Zazgrzytał klucz. Matka, nie zdejmując kożucha, przyszła prosto do kuchni.

- Zobaczyłam ślady na śniegu, ale myślałam, że to kolega do Jakuba. Mówiłeś, że...

- Ale jestem.

- Szkoda, że nie zdążyłeś na mszę.

- Jestem głęboko wierzącym ateistą - mruknął ojciec. - Jak Einstein.

- ...ksiądz mówił, że...

- Jutro wracam do Warszawy.

Matka zdjęła z haczyka kuchenną ścierkę i uklękła. Obłożyła nią buty ojca, trzymając na nich ręce tak długo, aż materiał nasiąkł wodą.

- Zaprosiłam Helę - zaskrzypiały góralskie kapcie z haftem i przybrudzonym futerkiem - zaraz tu będzie z ciastem. Zrobiła za dużo, a Wiesław nie może tyle jeść, bo ma cukrzycę. Babka według recepty naszej mamy, z rodzynkami, skórką z pomarańczy i z bakaliami...

Matka gadała, a ojciec patrzył na swoje buty obłożone ścierką. Kuchnię wypełniał zapach mokrego futra i tłuszczu, który unosił się z zaśnieżonego kożucha matki. Ojciec podniósł się z taboretu.

- Nie mów nikomu, że przyjechałem - powiedział i ruszył schodami na górę.

- Czym ty się tu właściwie dostałeś? - dogonił go głos matki. - Pociąg z Warszawy przyjeżdża dopiero po południu.

- Podwieźli mnie. Ordynator akurat jechał służbowym samochodem do krewnych w Słupsku.

- W tę zadymkę? Przecież drogi nawet nie widać!

Ojciec zamknął za sobą drzwi pokoju, a matka schyliła się i zaczęła wycierać mokre plamy po jego butach, od kuchni aż na górę schodów. Zaterkotał dzwonek. Przez próg wpadł wir śnieżynek, za nim wtarabaniła się ciotka. Pod paltem widoczny był pokaźnych rozmiarów brzuch.

- Zjadłaś tę babkę, Hela, czy co? - zdziwiła się matka.

- Gruba jestem, nie wiedziałaś? - odburknęła ciotka. - Ale piździ! Szłam prawie po omacku.

Rozpięła guziki. Spod płaszcza jedna po drugiej, majestatycznie, zaczęły wysypywać się zadrukowane kartki. Jakub przekręcił głowę, wzrok padł na kluskowaty napis "Solidarność".

- A gdzie ciasto? - zapytała matka.

- Ocknij się - syknęła ciotka. - Jakoś przecież musiałam wynieść z domu bibułę. Bałam się, że Wieśka aresztują, ktoś na niego nadał. Podejrzewamy politruka z Korabia, Remigiusza Kostkę. Śliska gnida, trzyma się blisko żłobu.

Matka zniecierpliwionym gestem zdjęła z głowy czapkę. Włosy wyglądały jak sprasowana jajecznica, miała ciemne odrosty. Jakub nie pamiętał, żeby matka kiedykolwiek wcześniej zaniedbała farbowanie. Prosiła go czasem o pomoc, kładł farbę posuwistymi maźnięciami płaskiego pędzla. Nie lubił tego, bo w nosie świdrował go zapach chemikaliów.

Teraz patrzyła na stosik kartek rosnących u stóp siostry.

- Zabieraj się z tym - wycedziła.

- Zwariowałaś? A jak Wieśka wsadzą za kolportowanie? Wyrzucą z roboty czy, nie daj Boże, wytoczą proces i dadzą mu wilczy bilet? Jak ja nas utrzymam? Przecież ledwo daję radę na dwie zmiany, już i noce biorę!

- Trzeba było o tym wcześniej pomyśleć. Jak Wiesław chce się bawić w konspirę, to niech nas wszystkich nie naraża!

Ciotka zamilkła. Jakub zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu widzi, jak ciotka myśli nad ripostą. Zwykle waliła bez zastanowienia, jak karabin maszynowy.

- Kryśka - spurpurowiała, nabrała tchu i wypaliła, tym razem na dobre: - Kryśka, czyś ty całkiem zwariowała? "Konspira"?... To mój chłop zdrowie i życie naraża, żeby ten kraj wyczołgał się z gówna, a ty mi pieprzysz o "zabawie"? Jakbyś nie była moją siostrą, tobym cię obiła mocniej, niż cię mąż leje. A ten mój głupi Wiesław jeszcze cię przed nim broni! Wiesz, co ci powiem? Nie zasługujesz na obrońcę, za to należą ci się jeszcze większe baty!

Stały naprzeciwko siebie, matka z kreską zamiast ust, ciotka czerwona, z potem perlącym się pod nosem. Między nimi wybrzuszał się plik zadrukowanych kartek.

Pierwsza poruszyła się ciotka. Schyliła się i zaczęła wpychać sobie bibułę pod sweter.

- Wiesz, dlaczego tu przyszłam? - podjęła rwanym głosem. - Bo jesteś moją siostrą. Bo wyszłaś za doktorka, a on jest miglanc i komuch, nikt go nie będzie podejrzewał. Myślałam, że jak ci pomagaliśmy tyle lat, to... Wiesław cię własną piersią bronił! Myślałam, że nam pomożesz jak człowiek. Bo on ma cukrzycę, Wiesław. Jak go wezmą, jak go zapuszkują...

Matka kucnęła obok ciotki. Podniosła kartkę i obróciła ją w palcach, jakby zamierzała przeczytać, ale zamiast tego nagłym ruchem wepchnęła ją sobie pod bluzkę. Spojrzała na Jakuba i położyła palec na ustach. Ukląkł przy nich, pozbierał resztę papierów i podał je matce. Potem podszedł do poręczy schodów i zerknął na drzwi pokoju ojca - były zamknięte.

- Hela, nie pomogę ci - powiedziała głośno matka. - Nie mogę narażać swoich. Ubieraj się, odprowadzę cię do domu.

Przez chwilę patrzyły na siebie, w końcu ciotka zaczęła głośno zrzędzić:

- Tak to jest, z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach, szkoda gadać...

Jakub nie spuszczał wzroku z drzwi pokoju ojca, dopóki nie usłyszał, jak matka z ciotką wychodzą. Po chwili zadymka połknęła dwie kobiece sylwetki.

Z góry nie dochodził żaden dźwięk. Dopiero kiedy zapadła ciemność, ojciec otworzył drzwi i zszedł na parter, z jego pokoju przypłynęła muzyka. Jakub rozpoznał głos Nalepy. "Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej...".

- Masz. - Ojciec wcisnął mu do ręki płaski pakunek.

- Co to?

- Co to, co to! Mikołajki są. Przecież nie będę ci dawał pomarańczy. I tak je wyrzucasz.

 

W nocy Jakuba obudziły znajome odgłosy. Był półprzytomny, do północy czytał książkę, którą dostał od ojca w prezencie, Następny do raju Marka Hłaski. Usiadł na łóżku i dopiero wtedy poczuł, że trzęsą mu się nogi. Przytrzymał uda dłońmi, ale nie pomogło. Objął rękami kolana i łydki. Wciąż drżały.

- ...przysłał Helkę, bo wie, że mu nie odmówisz! - doszedł go z dołu głos ojca. - Nigdy mu nie odmawiałaś, dlatego cię "bronił", niby to przede mną. A tyś się z nim kurwiła!

- Co ty mówisz, Marek, ja nigdy z Wiesławem...

- Kurwa jesteś, wiesz? Kurwa, po prostu, jak wy wszystkie. Ojciec miał rację, żeby wam nie wierzyć, szmaty jedne.

- Marek, przestań! Dziecko usłyszy.

- A niech słyszy. Niech się uczy, żeby żadnej kurwie nie wierzyć, nie dać się zwieść.

Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, potem krzyk. Jakub jednym susem znalazł się na dole. Matka trzymała się za nadgarstek, na wypastowanej podłodze formowała się kałuża krwi. Pachniało żelaziście.

Jakub skoczył do łazienki po apteczkę, ale ojciec zastawił mu drogę.

- Nie broń jej...

Ciało Jakuba się wygięło. Ojciec, trafiony w splot słoneczny, zatoczył się na kredens. Coś chrupnęło. Upadł.

Jakub podbiegł do matki, zdarł z siebie górę piżamy i zacisnął materiał na jej krwawiącym ramieniu.

- Co z tatą, coś ty mu zrobił... - Matce trząsł się podbródek.

Jakub zatamował krew, zdezynfekował ranę i zabandażował rękę matki tak, jak go uczyli na lekcji przysposobienia obronnego. Podsunął jej fotel, przyniósł szklankę wody i podał tabletkę przeciwbólową.

Ojciec wciąż leżał w tej samej pozycji, nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w sufit, rękę miał zgiętą pod dziwnym kątem.

- Jakub, zabiłeś tatę - rozpłakała się matka. - Zabiłeś Marka...

Z gardła ojca wydobył się ni to skrzek, ni to śmiech.

- Maminsynek - zabełkotał. - Cycki starych bab ogląda... Wiesz dlaczego?

Jakub dopiero teraz poczuł, że jest mu zimno, na nagich przedramionach wykwitła gęsia skórka. Podszedł do telefonu i wykręcił numer.

- Pogotowie? Mój tata spadł ze schodów i złamał sobie rękę.

IV

Wchodziła do wody niczym żołnierz, pewnym krokiem prosto z defilady, jak z kadru ślubowania morzu, który pokazywali w Polskiej Kronice Filmowej przed filmem w kinie Delfin. Miała mocne uda, szerokie biodra przechodziły w wąską talię.

Pięć lat temu, kiedy Jakub podglądał ją jako czternastolatek, miała mały, sterczący biust. Rok później zauważył, że piersi się powiększyły, jakby nosiły dojrzałość mijającego lata. Przyszła jesień, a obfitość objawiła się niżej, talia się zaokrągliła. Zimą już wszyscy wiedzieli, że Jagna jest w ciąży. Kalina urodziła się wiosną. Zgadywano, kto jest ojcem dziecka, ale Jagna nie chciała powiedzieć. Jakuba to nie obchodziło. Nie mógł się doczekać, kiedy znów zobaczy znajomą sylwetkę ruszającą defiladowym krokiem w stronę fal.

Jagna wyprawiła się nad Bałtyk, dopiero gdy zrobiło się ciepło. W maju, cztery lata temu, zobaczył ją, jak idzie plażą. W ramionach trzymała zawiniątko. Wiatr szarpał rogi chusty, w którą owinęła córkę. Brodziła w wodzie, zanurzała stopy, wchodziła głębiej, tak że piana pryskała jej na uda i trójkąt zarysowujący się pod wilgotnym materiałem sukienki. Ale dalej już nie szła, jakby drobny ciężar, który trzymała w ramionach, niewidzialną nicią wiązał ją z lądem. W końcu usiadła na skraju wydm, rozpięła bluzkę i podała dziecku pierś. Jakub po raz pierwszy w życiu widział biust karmiącej kobiety.

Kiedy Kalina, zwana Linką, poszła do przedszkola, jej matka znów zaczęła wyrywać się nad wodę. Morze przybiegało do jej stóp, chwytało w talii i wtańcowywało w fale. Zakrywało po czubek głowy, wypluwało jak korek. Wychodziła, parskając, krople połyskiwały na skórze. Jakub wyobrażał sobie, że je zlizuje, niemal czuł w ustach słoną wilgoć. Badał językiem miejsce pod jej kolanami, gdzie przez skórę przeświecały błękitne żyłki. Sunął wzdłuż krzywizny ud, aż do miejsca, w którym wybrzuszał się pośladek. Wgryzał się w jędrne półdupki, jasne jak półksiężyce, a potem obracał ją przodem i wsysał się we włochaty trójkąt.

- Podglądasz Jagnę?

Podskoczył. Lornetka wyślizgnęła mu się z rąk i wpadła w piasek. Tu dziewczyny nie przychodziły, ale ta stała nad nim z rękoma opartymi o biodra i mrużyła w słońcu oczy.

- Wypatruję mew. - Starał się uspokoić oddech.

- To się minęliście, bo krążą akurat po drugiej stronie plaży.

- Odwal się, Nika!

Roześmiała się i klapnęła koło niego na piasku. Czarne, krótkie włosy przylizała jak Kora, dżinsy zwisały z kościstych bioder. W szkole dogryzali jej, że kupuje ciuchy w dziale dla chłopców, i robili zakłady, czy kiedykolwiek urosną jej piersi.

- Słowo honoru, czy wszystkie chłopaki ją podglądają? Serio, powinni jej w Ustce wystawić pomnik. Syrena zwana Jagną, kto chce, może podejść i pogłaskać jej piersi. Przynajmniej nie odmrażalibyście sobie jaj na zimnym piasku. Pół miejscowości na czatach, wszyscy wyposażeni w lornetki.

Jakub wyobraził sobie szpaler napalonych mężczyzn ukrytych na wydmach i zaczął się śmiać.

- Mylisz się, tylko ja mam lornetkę. Mój stary jest komuchem, stać go na rzeczy z Pewexu.

Teraz Nika się roześmiała.

- Jesteś mewa śmieszka, wiesz? - Objął ją. - I masz takie kruche kosteczki. Czemu nie chcesz ze mną chodzić?

- Popatrz na nią. - Wskazała mewę, która rozgoniła towarzystwo i pochłaniała teraz to, co wyrzuciło wieczorne morze. - Stoi na tych swoich mocarnych nogach, wsuwa jakiś śmieć i celuje w konkurencję dziobem. Zupełnie jak ty z tą lornetką.

- Zaraz ci pokażę, jak wyglądam. - Próbował ją połaskotać, ale wywinęła się z piskiem. - Nie podobam ci się?

- To przez twoje ptasie nogi.

- Dorwę cię, zanim wyjedziesz.

- Masz raptem miesiąc. Jak wszystko dobrze pójdzie. - Skrzyżowała palce.

- Jeśli się na tobie nie poznają, pojadę do tej szkoły teatralnej i powiem im, że jesteś mewą i żeby z tobą nie zadzierali. A jak to ich nie przekona, napuszczę na nich starego.

Nika wytrzepała piach z włosów. Pomalowane na czarno paznokcie błysnęły w zapadającym zmroku. Mewy latały nad nimi i kłóciły się o jedzenie. Chmury rozciągnęły się w wielki garb, jakby do Ustki przyszła góra i przysiadła nad horyzontem.

- "Jestem mewa... Nie, nie to... Jestem aktorka" - głos Niki przebił się przez huk fal.

- Jesteś jednym i drugim! - odkrzyknął Jakub.

Przystanęli na ścieżce prowadzącej na wydmy.

- To tekst Niny w ostatnim akcie Mewy Czechowa. Przygotowałam go na egzaminy.

- Dlaczego akurat to?

Nika wzruszyła ramionami. Wiatr wyczesał jej krótkie włosy, podniosły się wojowniczo.

- Nina jest jak ptak, ma swój własny kompas - powiedziała, rozsuwając suwak czarnej kurtki. - Ciągle wraca w pobliże jeziora przy dworku Sorina. Coś ją tam ciągnie, nie wiadomo co, a ona nie próbuje tego tłumaczyć, po prostu się temu poddaje. Jak ptak, jak mewa.

- Mewy są piękne i straszne. Potrafią zeżreć cudze młode. A jak się pomylą, to i własne.

Nika wyciągnęła z kurtki carmeny. Jakub bliźniaczym gestem wysupłał camele.

- Nie przebiję cię, komuszy synu! - prychnęła.

- Uważaj, są bez filtra.

- Że niby tylko faceci palą mocne szlugi?

- I mewy. Są wszystkożerne, żarłoczne i pozbawione skrupułów.

Nika zaciągnęła się dymem.

- Zostaniesz lekarzem jak twój stary? - zapytała po chwili.

Jakub wzruszył ramionami, ale nie dostrzegła tego w ciemnościach.

- Chciałbym zostać ornitologiem - powiedział.

Parsknęła śmiechem.

- Doktorek dostał już zawału? Dziadek lekarz, ojciec lekarz, rodzinna tradycja, chluba Ustki. A ty, ornitolog? Kukułcze jajo. A nuż papa zacznie podejrzewać, że nie jesteś jego synem.

- Jeszcze mu nie powiedziałem.

Ostatnie promienie słońca rozciągnęły się, zlepiając wodę z niebem. Chmura między nimi wypiętrzyła się jak puchaty górski masyw.

- Aktorka i ornitolog - mruknęła Nika. - Pewny przepis na bezrobocie. Muszę się bogato wydać za mąż.

- Będziesz sławna i bogata, stać cię będzie na młodszych, przystojnych mężów. Takich jak ja, ornitolog ze specjalnością żigolaka.

Przesuwała bezwiednie palcami w piasku. Próbował przykryć jej dłoń swoją, ale ją odsunęła.

- A jak stary zabroni ci iść na biologię? - zapytała.

- To ucieknę z domu. Uciekniesz ze mną?

Nika zdusiła niedopałek w piasku. Wstała i otrzepała spodnie.

- Uciekaj sam. Byle wojsko cię nie złapało.

V

Przyjęli ją na PWST za pierwszym podejściem. Przyjechała do Ustki, żeby się spakować, i wtedy się ze sobą przespali. Jakub był podniecony zapachem kobiety, ale nie ciałem Niki. Miał wrażenie, że tuli wróbla, i cały czas się bał, że coś jej złamie. Czarne włosy łaskotały go w szyję. Kiedy targnął nim spazm, pisnęła pod nim, ale nie wiedział, czy z rozkoszy, czy z bólu.

- Wszystko w porządku? - odturlał się na bok.

- Dobrze, że nie pytasz: "Dobrze ci było?".

Przyciągnęła go i pocałowała w usta. Pachniała papierosami i potem, innym niż ten, który brał się ze zwykłego fizycznego wysiłku.

- Musisz jechać do tej Warszawy? - zapytał.

- A ty musisz tu jeszcze rok kiblować, zanim zdasz maturę? Pomyśleć, że mam młodszego kochanka...

Tego lata często się spotykali. Nika najbardziej lubiła chodzić nad Staw Upiorów, chociaż Jakub nie przepadał za tym miejscem. Odgłosy spółkowania, które żaby wydawały w maju i czerwcu, pochodziły jakby spod ziemi. Bał się tej zwierzęcej ostateczności grającej w nieprzytomnych z pragnienia głosach. Ale Nika chłonęła kumkanie pulsujące w ciemności, wdychała zapachy, w których kwitnienie i bujność mieszały się z rozkładem. Nie przeszkadzało jej, że aby tam dotrzeć, muszą przedzierać się wzdłuż muru, przez krzaki, które czepiały się ubrań. Przeskakiwała lekko przez tory i podchodziła do jeziora Seekenmoor z takim wyrazem twarzy, jaki Jakub widywał u rozmodlonych staruszek w kościele.

- Co ty widzisz w tym miejscu? - zapytał kiedyś.

- Tu się tyle dzieje, a jest cicho - odparła, nie reagując na kpinę. - Nie to co u mnie w domu.

Jakub pokiwał głową. Rodzice Niki, Wójcikowie, byli alkoholikami, gromada ich dzieci wypełniała krzykami stary dom na ulicy Czerwonych Kosynierów. Nie było łazienki, za potrzebą chodziło się do chwiejnej sławojki na podwórku, gdzie co chwila ktoś łomotał do drzwi. W zimie, gdy nie było czym palić w piecu, na szybach wykwitały mroźne kwiaty.

Kiedy Nika wyjechała do Warszawy, Jakub na początku często do niej dzwonił. Ale potem w szkole teatralnej zaczęły się zajęcia, a on musiał wkuwać przed maturą, bo ojciec dzwonił z Warszawy do wychowawczyni i wypytywał o postępy syna.

Gdy ojciec przyjechał do Ustki na Boże Narodzenie, wydawał się jakiś nieobecny. Skubał świąteczne potrawy, a popołudniami zamykał się w swoim pokoju. Jakub wślizgnął się tam kiedyś i przejrzał zawartość bagażu. Koło walizki leżały stalowoniebieskie ciężarki, a obok sprężyna - kilka rozciągliwych drutów pokrytych materiałem, umocowanych między dwoma uchwytami. Kusiło go, żeby zapytać ojca o to nowe hobby, ale nie mógł się przyznać, że bobrował w jego pokoju. Nie chciał psuć atmosfery, to były dobre święta - ojciec ani razu się nie upił.

Jakubowi nie chciało się uczyć, wolał czytać. Wracał czasem do Hłaski, chociaż Następny do raju go nie zachwycił. Nie wiedział, co ojciec widzi w tej książce. Jemu spodobały się tylko opisy odludzia, góry jak gotowe dekoracje do czegoś ostatecznego. Przeczytał ją, bo Nika była w niej zakochana. Na lekcje najchętniej w ogóle by nie chodził, miał dość pytań nauczycieli, kiedy zacznie się wreszcie uczyć do matury, dość kartkówek i klasówek, zakończonych nieodmiennie zdaniem: "Z takim podejściem nie masz szans na studia, a medycynę to już możesz sobie wybić z głowy". Tego właśnie chciał, wybić medycynę z głów nauczycieli, ojca, dziadka. Tylko ptaki go obchodziły, u nich nawet najpaskudniejsze zwyczaje miały sens. W ludzkiej codzienności wszystko było na opak.

Przed próbną maturą nie mógł spać. Dusił się w szkole, w domu, nawet na wydmach brakowało mu tchu. Zapragnął porozmawiać z Niką. Może ona mu powie, czy powinien uprzeć się przy ptakach, czy iść na medycynę. Była starsza, bardziej doświadczona. Nawet jeśli nic mu nie doradzi, posiedzą przytuleni, a Jakub znów poczuje się gigantem, strażnikiem jej ptasio kruchego ciała.

 

Na Dworcu Centralnym w Warszawie z rozbawieniem podzielił ludzi na trzy grupy: kury, gołębie i wrony. Pierwsi nie rozglądali się na boki, jakby tylko to, co przed dziobem, miało znaczenie. Ludzie gołębie nie umieli zejść z drogi, a kiedy próbował ich wyprzedzić, drobili równolegle z rozpaczliwym zapamiętaniem. Wronopodobni lawirowali sprawnie wśród pasażerów i odpuszczali, kiedy cel wydawał się nierealny. Na przykład taki, jak wepchnięcie się do zatłoczonego jelcza w godzinach szczytu.

- Niki nie ma - powiedziała dziewczyna, która otworzyła Jakubowi drzwi do pokoju w akademiku.

Miała na sobie pasiasty trykot, który opinał się na bułowatej sylwetce, w ręku trzymała coś, co wyglądało jak mocno zużyte kręgle.

- Kiedy przyjdzie?

- Ostatnio rzadko tu bywa. Na zajęciach zresztą też.

- Mogę tu na nią poczekać?

- Nie ma jej od trzech dni, to skąd mam wiedzieć, czy dziś się zjawi?

Jakub stał na progu niezdecydowany. Był pewien, że przewaletuje u Niki, a rano wróci do domu. Dziś nie było już żadnych pociągów do Ustki.

- Co się tak gapisz? - przerwała ciszę dziewczyna w trykocie. - Gram jutro cyrkówkę.

- Nie mam gdzie spać - bąknął. - Myślałem, że prześpię się u Niki. Czuję się jak ostatni kretyn.

- Bo może i jesteś kretynem. Przecież cię nie znam. Nie wiem nawet, jak się nazywasz.

Przedstawił się, uruchamiając wdzięk, który jako tako działał na dziewczyny w Ustce. Ale ta była nieprzejednana. Stała w progu, zagradzając sobą wejście, i przyglądała mu się podejrzliwie.

- Czekaj, jak na nazwisko? - powiedziała po chwili, jakby dopiero teraz je usłyszała.

Powtórzył.

- Brzmi znajomo. Byłeś tu już kiedyś? Mogłabym przysiąc, że gdzieś je słyszałam. A nie, widziałam! W rubryce odwiedzających, na portierni. I to całkiem niedawno, z tydzień temu.

Musiał ją zirytować wyraz jego twarzy, bo dodała kwaśnym tonem:

- Portiernia, okienko, które się mija przy wejściu. Siedzi tam cerber i każe się wpisywać.

- Jak wchodziłem, nikogo tam nie było.

- Pewnie była w toalecie. Normalnie nikt się nie prześlizgnie bez wpisu.

Jakub zbiegł na parter i pochylił się do okienka portierni.

- Chciałbym się wpisać.

Kobieta spojrzała na niego jak na wariata i bez słowa podsunęła zeszyt. Jakub przesunął wzrokiem po podpisach wizytujących. A potem jeszcze raz. Cyrkówka miała rację, widniało tam jego nazwisko.

 

Betonowe klocki wyłaniały się z siwizny styczniowego wieczoru. Zmrok osiadał na płaskich dachach i zsuwał się powoli, piętro po piętrze. Autobus przejechał pod mostem w kształcie przyczajonego pająka i przystanął z ciężkim westchnieniem.

Jakub ruszył wąską, odśnieżoną ścieżką idącą wzdłuż altanki śmietnika. Podszedł do trzeciej klatki i otworzył przeszklone drzwi. Przez chwilę stał pod listą lokatorów, policzki odmarzały mu powoli, do zgrabiałych palców stopniowo wracało czucie.

Nazwiska ojca tu nie znalazł, tylko właścicieli, od których szpital wynajmował kawalerkę. Jakub był tu raz, z matką. Odwiedzili ojca latem, kiedy miasto rozprażyło się w upale. Pobieżnie pokazał im wtedy Warszawę i zapakował z powrotem do pociągu.

Jakub już miał się wspiąć po szarych schodach, kiedy usłyszał trzaśnięcie drzwiami na drugim piętrze. Ktoś zbiegał z góry, trącając szczeble barierki, aż się rozbrzęczały.

Coś kazało mu się cofnąć. Bezszelestnie zszedł tam, gdzie ciemniało wejście do piwnicy. Lekkie kroki zbliżały się, a wraz z nimi zapachy. Rybi, nieświeży, i drugi, drażniąco swojski. Naraz zgasło światło i kroki zwolniły, Jakub usłyszał delikatny ślizg ręki na ciemnej ścianie. Kliknął włącznik - w świetle upstrzonej farbą żarówki ukazała się dziewczęca sylwetka w za dużych dżinsach.

Włosy nie były już ulizane jak u Kory, podrosły i jaśniały nową, złocistą barwą. Bluzka miała połysk nie z tego, socjalistycznego świata, i tylko wypełniony śmieciami kubeł, który niosła dziewczyna, należał do blokowej rzeczywistości.

Jakub już miał wyjść na podest parteru, kiedy na górze znów trzasnęły drzwi.

- Łap! - Z drugiego piętra poszybował miękki kożuszek. - Bo zmarzniesz.

- Nie jestem twoją córką. - Dziewczyna nadstawiła ze śmiechem ręce.

- Nawet na pewno nie, Dominiko. - Ojciec jak zwykle zadbał o prawidłową formę wołacza.

Jakub przycisnął plecy do piwnicznej ściany. To nie była Nika, jego mewa. Tu, w Warszawie, była Dominiką, kochanką jego ojca.

Noc spędził w pomieszczeniu, na którym czernił się napis "Wymiennikownia". Było tam ciepło i nie dostrzegł karaluchów, przynajmniej nie wtedy, kiedy zapalił zapałkę. Rano nasikał w kąt pomieszczenia, wziął torbę na ramię i ruszył ciemnym osiedlem z powrotem na dworzec.

VI

W progu domu przywitał Jakuba zapach ciasta i skórki pomarańczy. Z kuchni dochodziły odgłosy sprzeczki, matka upierała się, że dodała już bakalii, ciotka ją ofukiwała, że tyle, co kot napłakał. Wuj siedział w fotelu pod lampą i z lupą w ręku pochylał się nad "Tygodnikiem Mazowsze".

- Niby poprawili druk, a i tak ledwo co go widzę - gderał. - W dodatku znów podrożał, teraz już za piętnaście złotych. A ja na garnuszku żony!

Jakub spojrzał na napis "Solidarność" i zdjęcie Frasyniuka. Wuj Wiesław żył wywiadami z działaczami, cytował je, wplatał we własną opowieść. Wciąż wałkował to, że wyrzucili go z Korabia i nazwali "elementem antysocjalistycznym", a potem przysłali pismo, w którym widniało zdanie: "Zwalnia się obywatela ze służby w zmilitaryzowanym zakładzie pracy". Przypominał, jak grozili mu, że wytoczą proces sądowy, na co nastawał ten gad, Remigiusz Kostka. Ale nie wytoczyli. Wspominał drobne zwycięstwa, jak to, gdy w zeszłym roku jego kolega wypisał hasła antykomunistyczne na blokach Spółdzielni Mieszkaniowej "Korab". Na pomarańczowo, żeby wszyscy widzieli.

Matka wysunęła głowę z kuchni.

- Jakubek? - zawołała.

Czasem wyrywało jej się to zdrobnienie, kompromis między nakazem ojca, żeby nazywać syna dorosłą formą imienia, a dziecinnym "Kubek", od którego nie można było odzwyczaić ciotki Heleny.

- Jak było w Warszawie?

Ciotka wyjrzała zza ramienia siostry.

- A jak tam doktorek? Szykuje cię do objęcia schedy w stolicy?

- Przestań, Hela! - fuknęła matka. - Matura przed chłopakiem, a ty mu głowę zawracasz.

- Lepiej niech zda, bo jak nie, to go wezmą do wojska, a tego najgorszemu wrogowi w tych czasach nie życzę.

- Teraz wszystko to niby wojsko, nawet nasz Korab, chociaż robią tam puszki, a nie czołgi - żachnął się wuj.

Matka zdjęła z haczyka ścierkę, uklękła i położyła ją Jakubowi na butach. Materiał ciemniał, nasiąkając wodą z malutkich kałuż.

- Zrobić ci herbaty? - spytała, podnosząc na niego wzrok.

[...]