2
Radosny gwar i bożonarodzeniowy nastrój, którymi Cannes przywitało Gabrielle, sprawiły jej niewypowiedziany ból. Z kawiarń i restauracji dochodziły dźwięki angielskich kolęd, a z nadbrzeżnej promenady - grane z werwą jazzowe szlagiery. Ukłon w stronę turystów, przybyłych tu tłumnie z Wysp Brytyjskich i Stanów Zjednoczonych Ameryki. Podobnie jak liczne papierowe gwiazdy obok wszechobecnych we Francji dzwoneczków, które porozwieszano nawet na palmach ku uciesze zagranicznych gości, chętnie odwiedzających modny nadmorski kurort.
Było ciepło, niemal bezwietrznie. Na bezchmurnym atramentowym niebie nad zatoką migotały gwiazdy niczym pajety naszyte na tiul. La Croisette pyszniła się elegancją. Z drogich automobili zatrzymujących się przed luksusowymi hotelami wysiadali goście ubrani w kosztowne wieczorowe stroje. Był wigilijny wieczór. Wszędzie strzelały korki od szampana. Stoły udekorowano wykwintną porcelaną, kryształami, srebrem oraz gałązkami ostrokrzewu i jemioły. Otwierano ostrygi, a w chłodniach czekały bożonarodzeniowe ciasta, które miano serwować na deser.
Na samą myśl o jedzeniu Gabrielle poczuła mdłości podchodzące aż do gardła. Niemal od dwudziestu godzin byli w drodze. Jednak podróż w najmniejszym stopniu nie wpłynęła na jej oszołomienie, ból i odrętwienie, w jakie zapadła w chwili wyjazdu.
Gdy Joseph zapukał do drzwi jej sypialni, poczuła wszechogarniający strach. Boy z pewnością nie budziłby służącego. Miał przecież własne klucze, z których z pewnością by skorzystał. I naturalnie nie potrzebował też niczyjej pomocy, by przejść do sypialni. Musiało się zatem wydarzyć coś, co zburzyło panujący porządek.
W jej głowie natychmiast zrodziło się podejrzenie, że coś się stało. Ale momentalnie odsunęła od siebie tę myśl. Boya otaczała aura bohatera, mężczyzny, któremu nic złego nie może się przytrafić. Teraz jednak wierny, oddany Joseph zniszczył to przekonanie, zadając jej straszliwy cios. Naturalnie łączył się z nią w cierpieniu ostrożnie i taktownie. Ma się rozumieć, że jej sługa nie stracił ani na moment panowania nad sobą, choć z pewnością był równie poruszony wstrząsającą wiadomością, którą właśnie przywiózł monsieur Balsan. Wiadomością, która zmieniła wszystko. Nagle wszystko wyglądało inaczej. Gabrielle każdą cząstką swego ciała czuła, jak jej życie rozpada się w gruzy.
Gdy zrozumiała, co się stało, poczuła iskierkę nadziei, że to z pewnością jakaś koszmarna pomyłka. Na parę minut uczepiła się tej groteskowej myśli. Ale równie szybko uświadomiła sobie, że Étienne nie gnałby przecież w środku nocy z Royallieu do Saint-Cucufa ot tak sobie, dla żartu czy kaprysu. I Joseph za nic na świecie nie zapukałby z błahego powodu do drzwi jej sypialni o tak niezwykłej porze. Nie, Boya z pewnością nie było już wśród żywych.
Nagle nic już nie było ważne, z wyjątkiem pragnienia, żeby zobaczyć go raz jeszcze. Może po to, żeby ostatecznie do niej dotarło, że naprawdę nie żyje. A może po to, żeby się upewnić, że nie cierpiał. Chciała czuwać przy jego trumnie. Był przecież jej mężem, co prawda nie poślubionym formalnie, ale przecież mężem i zarazem najważniejszą częścią jej życia. Nie, nie częścią - był jej życiem. Jej całym życiem.
Bez Boya nic już nie miało znaczenia.
Od wielu godzin nic nie jadła. Gdy Étienne zatrzymał się przy jednej z oberży, z trudem zmusiła się do wypicia filiżanki kawy, którą jej przyniósł. Więcej nie była w stanie przełknąć. Nawet nie wyszła z samochodu. Siedziała skulona w skórzanym fotelu jak skamieniała, nie mówiąc słowa, podobnie jak wcześniej w La Milanaise. Zdawała sobie doskonale sprawę, że Étienne nie zasłużył na takie traktowanie. Ale równocześnie wiedziała, że nie było o czym mówić. Zupełnie jakby Boy zabrał ze sobą do grobu wszystko, co było do powiedzenia. Zniknął z jej życia. Na zawsze. Na całą niekończącą się wieczność.
Étienne nie skierował samochodu na szeroki podjazd prowadzący do głównego wejścia hotelu Carlton, lecz zatrzymał się w pobliżu. Silnik zgasł. Przez chwilę w samochodzie panowała cisza. Podciągnięte w górę szyby skutecznie tłumiły dochodzące z zewnątrz odgłosy świętowania.
Étienne wziął głęboki oddech, po czym zwrócił się do niej:
- Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć Bertę. Słyszałem, że się tu zatrzymała. Jego siostra będzie najlepiej wiedzieć, co się wydarzyło i gdzie jest teraz ciało Boya.
- Tak - przyznała machinalnie, odruchowo podnosząc szeroki kołnierz płaszcza i otulając się nim szczelnie, by ukryć upiornie bladą twarz.
- Musisz się choć trochę przespać. - Étienne pogłaskał ją po ramieniu niemal ojcowskim gestem. - Z pewnością znajdą się jeszcze jakieś dwa wolne pokoje...
Spać? Co za idiotyczna propozycja. Zupełnie jakby w ten sposób musiała zaakceptować fakt, że jej życie toczy się dalej. Jak mogłaby zasnąć, nie zobaczywszy Boya?
- Nie. - Stanowczo pokręciła głową. - Nie. Proszę, nie. Ale ty powinieneś odpocząć. Zasłużyłeś na wygodne hotelowe łóżko. Poczekam tu na ciebie.
Milczenie.
Gabrielle spojrzała na przyjaciela i zauważyła, jak walczył ze sobą. Jego szczęki poruszały się, jakby mocno zacisnął zęby, próbując zemleć w nich złość skierowaną prawdopodobnie przeciwko niej. To oczywiste, że po długiej jeździe był wykończony. Dwie noce bez snu potrafiły zwalić z nóg nawet tak wytrzymałego salonowca jak Étienne Balsan. Jednak ona nie była w stanie mu pomóc.
- Zaraz wracam - obiecał w końcu.
Zawahał się na moment, po czym wysiadł z samochodu.
Sprężystym krokiem przemierzył podjazd. Jak na Francuza, był niezwykle wysoki. Nawet wyższy od Boya, którego przewyższał o pół głowy. To właśnie wzrost Étienne'a, przepisowy dla gwardzisty, robił na Gabrielle największe wrażenie na początku ich znajomości. Idealnie pasujący do dziarskiego oficera kawalerii, doskonałego gracza w polo i hodowcy koni. Mężczyzna o znakomitej prezencji i doskonałej postawie. Najlepszy przyjaciel, o jakim mogła kiedykolwiek marzyć.
Obserwując Étienne'a, automatycznie sięgnęła do torebki w poszukiwaniu papierośnicy. To był mimowolny odruch. Paliła bez przerwy. Sięgała po papierosa już wtedy, gdy palenie nie uchodziło w przypadku damy za comme il faut. Nikotyna zawsze działała na nią uspokajająco. Żarzący się w dłoni papieros względnie cygarniczka z kości słoniowej dawały jej niezwykłą pewność siebie. Na początku bawiło ją niekonwencjonalne postępowanie i szokowanie apostołów moralności. Ale z czasem papieros stał się jej stałym towarzyszem. Dziś już nikogo nie dziwił ani nie oburzał widok kobiety palącej albo ubranej w spodnie do konnej jazdy. A to za sprawą Coco Chanel, która zapoczątkowała nowe trendy w modzie.
Kieszonkowa zapalniczka również szybko weszła do powszechnego użycia.
Gabrielle uruchomiła mechanizm zapalający i błękitny gazowy płomyk rozświetlił panujący w samochodzie mrok.
Nagle w jej duszy błysnęło niczym zapalona zapałka odległe wspomnienie. Pomyślała o innym maleńkim światełku w szarobłękitnym zmroku letniego wieczoru na wsi. Choć na tarasie było już niemal ciemno, Gabrielle wyraźnie zobaczyła w blasku wątłego płomyka wąską, wypielęgnowaną dłoń z wypolerowanymi paznokciami...
- Kobieta taka jak pani nigdy nie powinna sama zapalać papierosa - rozległ się lekko ochrypły męski głos z ledwie słyszalnym akcentem sprawiającym wrażenie, jakby mówiącemu utknął w gardle korek.
Puściła jego uwagę mimo uszu, zaciągając się głęboko i równocześnie przyglądając szczupłym palcom nieznajomego usiłującego zgasić trzymaną w ręce zapałkę.
- Ma pan dłonie muzyka - zauważyła, wydmuchując po każdym słowie małe kółeczko białego dymu.
- Trochę gram na pianinie. - Choć nie patrzyła na niego, wiedziała, że się uśmiecha. - Ale znacznie lepiej wychodzi mi gra w polo.
- I to polo jest powodem pana wizyty tutaj? - Zadając to pytanie, wykonała szeroki gest, obejmujący zamek Royallieu, stajnie z końmi pełnej krwi i boisko do gry na skraju parku.
- Sądzę, że jestem tu za sprawą losu, który przywiódł mnie w to miejsce, bym mógł panią spotkać, mademoiselle Chanel - odpowiedział, potrząsając głową.
- Doprawdy? - roześmiała się arogancko. Mimo że nie miała zamiaru flirtować z nieznajomym, w jej śmiechu pobrzmiewała ledwie słyszalna nuta kokieterii. - Skoro zna pan moje nazwisko, to chciałabym również poznać pańskie, żeby wiedzieć, z kim mam do czynienia.
- Arthur Capel. Dla przyjaciół Boy.
- Coco?
Drgnęła.
Po dobrej chwili ponownie wróciła do rzeczywistości, z trudem odrywając się od wspomnień owego letniego wieczoru w Royallieu. Poczuła obecność Boya tak dobitnie jak wówczas, podczas ich pierwszego spotkania. Każda sekunda była tak wyrazista, że niemal dotykalna. Z bólem dotarło do niej, że nie siedzi na tarasie pałacu Étienne'a, lecz w jego automobilu, i że to nie początek, lecz koniec jej życia z Boyem.
W milczeniu opuściła szybę i wyrzuciła żarzący się niedopałek na ulicę.
- Rozmawiałem z Bertą. Jest zrozpaczona... - Przerwał, po chwili zaś dodał: - Naturalnie, nie ma się co dziwić.
Lekki podmuch wiatru przyniósł ze sobą szum fal. W pobliżu rozległ się baryton jakiegoś Anglosasa, który śpiewał z zapałem, lekko fałszując, modną piosenkę Jingle Bells:
Dashing through the snow
in a one-horse open sleigh...
Gabrielle ponownie zamknęła okno.
- Gdzie mogę go zobaczyć? - zapytała beznamiętnie.
Étienne westchnął.
- Ty... my... ja... - jąkał się. Gdy spostrzegł, że mówi bez ładu i składu, przerwał na chwilę, po czym przetarł oczy. - Przepraszam, Coco. Chciałem powiedzieć, że powinniśmy się trochę przespać. Przynajmniej do świtu. Berta zaprasza cię do swojego apartamentu...
- Gdzie jest Boy? - przerwała mu niecierpliwie.
Początkowo milczał, po czym niespodziewanie wybuchnął. Sprawiał wrażenie, jakby krzyczał na kogoś. Na kogoś nieobecnego.
- Trumnę już zamknięto i przetransportowano na statek. Dziś przed południem w katedrze w Fréjus odbyło się nabożeństwo żałobne z honorami wojskowymi. Madame Capel bardzo się spieszyło. Mimo to zadbała o obecność całej gminy brytyjskiej na Côte d'Azur. Natomiast żadnemu z francuskich przyjaciół Boya nie dała możliwości pożegnania go. - Na krótką chwilę stracił panowanie nad sobą i z wściekłością uderzył pięścią w kierownicę. Jednak natychmiast znów się opanował. Nie pojmując, jak coś takiego mogło się stać, mruknął: - Przykro mi, Coco. Spóźniliśmy się.
"Diana chciała zapobiec mojemu udziałowi w nabożeństwie żałobnym - przemknęło jej przez myśl. - Za życia Boy należał do mnie, za to teraz, po śmierci, zabrała mi go na zawsze" - uświadomiła sobie, zaszokowana tym, co właśnie usłyszała. Zaczęła drżeć na całym ciele. Silnym dreszczom towarzyszyły zawroty głowy. Nagle obraz za szybą zamglił się, rozmył i pokrył czernią niczym kirem. Ból głowy, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyła, objawił się pulsowaniem w skroniach. Poczuła mdłości. Narastający szum w uszach zagłuszył wszystkie dźwięki. W obronnym geście wyciągnęła rękę, chcąc oprzeć się o deskę rozdzielczą. Jednak palce trafiły w pustkę. Wydawało jej się, że postradała zmysły. Tylko oczy pozostały suche. Nie spłynęła z nich ani jedna łza.
- To, że się załamiesz, nie przywróci Boyowi życia. - Étienne ujął w dłonie jej lodowato zimną rękę. - Coco, chodźmy do hotelu i prześpijmy się choć trochę. Jeśli nie chcesz spać u Berty, wynajmę ci pokój...
Jej mózg przestał funkcjonować.
- Czy Berta wie, gdzie to się stało? - zapytała z trudem.
- Tak. Powiedziała, że na drodze krajowej numer siedem, pomiędzy Saint-Raphaël i Cannes. Gdzieś w okolicy Fréjus, w pobliżu wioski o nazwie Puget-sur-Argens.
- Chcę tam pojechać.
- Jutro - obiecał. W jego głosie wyraźnie dało się słyszeć zwątpienie. - Zawiozę cię tam, jak tylko się rozwidni. Ale teraz proszę, żebyś poszła ze mną do hotelu.
Nie oponowała. Zresztą po co? Opór nie miał sensu. Przecież nie mogła przez najbliższych parę godzin siedzieć w automobilu Étienne'a w centrum Cannes. W którymś momencie z pewnością pojawiłaby się policja. I gdyby się rozeszło, że Coco Chanel spędziła noc w samochodzie zamiast w hotelu, z pewnością wybuchłby skandal. Co prawda czuła nieodpartą potrzebę udania się natychmiast na miejsce wypadku, ale nie mogła wymagać od Étienne'a, żeby ponownie ryzykował nocną jazdę, i to tak niebezpieczną, krętą szosą. Był wobec niej bardzo troskliwy. Niemal jak brat, a nie jak przyjaciel. W pełnił zasłużył na zrozumienie z jej strony i choć odrobinę rozsądku oraz na parę godzin snu. To, że ona nie zmruży oka tej nocy ani nie zazna spokoju, było zupełnie inną kwestią.
Mimo że nogi odmawiały jej posłuszeństwa, zdołała się wreszcie jakoś wygramolić z samochodu. Od długiego siedzenia miała zesztywniałe mięśnie. Czuła każdą kość. Z wysiłkiem zrobiła pierwszy chwiejny krok. Étienne natychmiast złapał ją za ramię i mocno podtrzymał.
Przy wejściu wyjaśnił portierowi, że lady Michelham oczekuje mademoiselle, po czym wynajął dla siebie pokój na tym samym piętrze.
Przez całą drogę do hotelu Gabrielle nie wypowiedziała ani słowa. W milczeniu przecięła również marmurowy hall, kierując się w stronę wind. Goście obrzucali ją nieufnymi spojrzeniami, zdziwieni w tym samym stopniu brakiem stosownej wieczornej garderoby i bagażu, co jej upiornym wyglądem. Jednak ona nie widziała nikogo.
Dlaczego mieliby ją interesować żywi? Teraz, gdy wszystkie jej myśli wypełniał zmarły. Tylko on.
Nie odezwała się ani słowem do chłopca hotelowego, który zaprowadził ją do apartamentu Berty. Gdy u boku Étienne'a w milczeniu przemierzała długi hotelowy korytarz, jej obcasy zapadały się bezgłośnie w gruby dywan.
W przeciwieństwie do Gabrielle siostra Boya nie mogła powstrzymać łez. Pocałowała suche policzki Coco, pozostawiając na jej skórze wilgotny ślad.
- To straszne - załkała. - Wolałabym, żeby nasze spotkanie miało miejsce w innych okolicznościach.
- Tak - przyznała głucho Gabrielle.
- Musisz odpocząć, moja kochana. Kazałam pościelić ci łóżko tuż obok...
- Nie trzeba - wpadła jej w słowo Gabrielle. - Niepotrzebne mi żadne łóżko. - Rozejrzała się po elegancko umeblowanym salonie w stylu ludwikowskim. Jej oczy zatrzymały się na szezlongu przy oknie. - Usiądę tutaj, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
- Chyba nie zamierzasz na tym spać? W łóżku będzie ci przecież o wiele wygodniej. - Zaskoczona Berta spojrzała na drzwi drugiej sypialni. Zatrzepotała rzęsami mokrymi od łez.
W odpowiedzi Gabrielle jedynie potrząsnęła głową, po czym bez słowa skierowała się w stronę tapicerowanego mebla, na którym sztywno usiadła. Była wdzięczna Étienne'owi, że udał się do swego apartamentu, gdyż jego sztuce perswazji trudniej było się oprzeć niż bezradnym namowom Berty.
Nie rozebrała się. Nawet nie zwróciła uwagi na jedwabną koszulę nocną i szlafrok ani na lekki koc przyniesione przed Bertę. Całkowicie ubrana usiadła na wybranym przez siebie miejscu i patrzyła pozbawionym wyrazu wzrokiem w okno, za którym widać było nocne niebo. To było najlepsze miejsce do czuwania przy zmarłym. Po tym, jak uniemożliwiono jej spojrzenie po raz ostatni na ukochanego, ujrzy być może przynajmniej jego duszę unoszącą się do raju.
* * *
Wschodzące słońce oświetlało poszarpane skały purpurowym światłem. Skąpane w brzasku, strzelające w górę nadbrzeżne klify wyglądały niczym czarne lamówki na jasnoniebieskiej sukni porannego nieba. Morze wyłaniające się po lewej stronie zza ostrych zakrętów to opadającej, to znów wznoszącej się szosy błyszczało z oddali niczym platynowy dywan.
Szofer, którego Berta Michelham oddała im do dyspozycji, jechał ostrożnie, zwalniając na niebezpiecznych odcinkach. Był w pełni skoncentrowany na drodze. Powodem jego nadmiernej ostrożności była nie tylko kręta szosa, lecz zapewne także i wypadek, o którym z pewnością myślał, podobnie jak jego pasażerowie, których właśnie wiózł na miejsce tragicznego zdarzenia. Berta zaproponowała, żeby pojechali jej wozem. Było to rozsądne rozwiązanie, gdyż kierowca dokładnie wiedział, gdzie nastąpiła kraksa, dzięki czemu Étienne nie musiał szukać feralnego zakrętu.
Pomimo wolnej i ostrożnej jazdy kierowca przy wyprzedzaniu fury ciągniętej przez muła nagle stracił panowanie nad kierownicą i samochód wpadł w poślizg. Powodem był zając, który wyskoczył na drogę z gęstych krzaków jałowca i którego szofer próbował ominąć.
Siedzącą na tylnym siedzeniu załamaną i odrętwiałą Gabrielle rzuciło nagle na Étienne'a. Mimowolnie wstrzymała oddech. W tym samym momencie przemknęło jej przez myśl, że może to ostatnia chwila jej życia. Byłby to już drugi wypadek na drodze pomiędzy Cannes i Saint-Raphaël w krótkim odstępie czasu. Wielka miłość zakończona w zdradliwym masywie górskim. Prawdopodobnie byłoby to najlepsze rozwiązanie, gdyż wówczas mogłaby podążyć w ślad za Boyem.
- Nic się nie stało - uspokoił ją Étienne i zanim się wyprostowała, przesuwając się na swoje miejsce, pogłaskał ją delikatnie po ramieniu, podczas gdy samochód ponownie sunął spokojnie przez wyludnioną okolicę.
"Nie, moja śmierć wcale nie byłaby najlepszym rozwiązaniem - pomyślała, wyglądając przez okno pozbawionym wyrazu wzrokiem. - Najprostszym, ale nie takim, jakiego chciałby Boy".
Nie miała pojęcia, jak będzie mogła żyć bez niego, ale będzie musiała znaleźć jakiś sposób. Pomyśli o tym później, jak ma żyć dalej bez mężczyzny, przy którym tak naprawdę dopiero zaczęło się jej życie. Życie Coco Chanel. Był dla niej nie tylko kochankiem, lecz także ojcem, bratem i przyjacielem.
- Mademoiselle, monsieur, jesteśmy na miejscu - oznajmił kierowca, hamując i stając na poboczu. Po czym wyłączył silnik i wysiadł z samochodu, by otworzyć im drzwi.
Gabrielle miała wrażenie, jakby patrzyła z oddali na samą siebie. Jakby obserwowała kobietę po trzydziestce, mocno trzymającą kapelusz, który chłodny i silny na tej wysokości wiatr próbował zerwać jej z głowy. Kobietę w wymiętym kostiumie podróżnym, poruszającą się niepewnie, jakby po omacku, powolnymi, niezdarnymi krokami.
Wtem spostrzegła na skraju drogi fragmenty spalonego samochodu, porozrzucane pod krzakami, za którymi była już tylko skalista przepaść. W miejscu, gdzie niedawno koziołkował wóz, widać było połamane eukaliptusy i wrzosy.
Gabrielle stała samotnie na szczycie skały, podczas gdy obaj towarzyszący jej mężczyźni pozostali taktownie z tyłu. Patrząc na siebie z dystansu, ponownie ujrzała kobietę, która teraz stała nad spalonymi, pogiętymi i połamanymi fragmentami blachy, kawałkami drewna i skóry oraz strzępami gumy, jeszcze niedawno tworzącymi drogi kabriolet. Odniosła nierealne wrażenie, że ogląda sekwencję jakiegoś makabrycznego filmu.
Gdy znalazła się tuż obok szczątków wraku, powoli zaczęło do niej docierać, że to żaden film, tylko rzeczywistość. Poczuła ciągle jeszcze unoszący się nad miejscem wypadku ostry swąd benzyny, siarki oraz spalonej gumy. Dziwnym trafem dopiero woń wszechobecnej spalenizny uświadomiła jej daleko wyraźniej niż makabryczny obraz, że to działo się naprawdę. Że ta straszliwa kraksa faktycznie miała miejsce. Nagle na wyciągnięcie ręki miała to, w co aż do tej pory nie mogła uwierzyć.
Wtem długie mroczne cienie zmieniły się w jasne, połyskujące plamy słoneczne, oślepiając kierowcę. Wiejący z przeciwnej strony wilgotny, zimny wiatr lekko szczypał skórę, po czym pod wpływem ciepłego oddechu skraplał się i zaparowywał gogle. Mimo to on nadal nie zwalniał. Wciąż pędził z prędkością, jaką zazwyczaj rozwijał na prostej drodze przy dogodnym oświetleniu. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jedzie zdecydowanie za szybko. Nie należał jednak do ludzi rozsądnych czy też działających powoli i z rozwagą. Wycie silnika na wysokich obrotach brzmiało mu w uszach niczym muzyka. Raz jak scherzo, innym razem jak rondo. Nagle tarcze hamulcowe zacisnęły się z piskiem. Stal zaczęła trzeć o stal, a guma o asfalt. Wtem pędzący wóz oderwał się od drogi i poszybował w powietrzu, łamiąc krzaki i drzewa, by wreszcie uderzyć z impetem o skałę i eksplodować kulą ognia.
Gabrielle wyciągnęła rękę i w obawie, że się poparzy, ostrożnie dotknęła powyginanych resztek rolls-royce'a. Jednak metal był już zimny. Równie zimny jak spoczywające w trumnie ciało Boya.
W tym momencie się załamała. Łzy, które nie chciały popłynąć od czasu pojawienia się Étienne'a, nagle trysnęły obfitym strumieniem. Zupełnie jakby w jej ciele, duszy i sercu puściły wszystkie tamy. Gabrielle zaniosła się gorzkim płaczem. Wreszcie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki