- Elso, co właściwie trzyma cię w Nowym Jorku? Pojedź ze mną do Paryża, to miasto stworzone dla ludzi takich jak ty. Takich, którzy pragną nowego życia - zaproponowała Blanche i dodała: - Nie martw się kosztami, bilety biorę na siebie.
"Mamy duży dom, a ty jesteś w nim zawsze mile widziana. Poza tym na pewno znajdziesz tu specjalistę, który pomoże twojej córce" - napisała w liście Gabrielle.
Poznały się przed sześcioma laty, wiosną 1916 roku, podczas wernisażu na Manhattanie. Elsa pochodziła z Rzymu, ale mieszkała w Nowym Jorku. Urodzona w Paryżu Blanche przybyła tu na ślub swojej siostry. A Gabrielle, na zlecenie francuskiego magazynu o sztuce, zbierała w Stanach materiały o amerykańskich fotografkach. To przypadkowe spotkanie stało się początkiem wieloletniej przyjaźni.
Myśl o opuszczeniu Nowego Jorku i powrocie do Europy kiełkowała w głowie Elsy od czasu, gdy rozstała się z mężem - unikającym pracy krętaczem, który zdradził ją z tancerką zmieniającą kochanków jak rękawiczki. Życie w mieście położonym między rzeką Hudson a cieśniną East River stawało się dla rozwiedzionej kobiety, w dodatku bez wyuczonego zawodu, coraz droższe i trudniejsze. Mimo że pracowała jako ekspedientka w sklepie z modą, Elsa dysponowała zbyt skromnymi funduszami, aby się utrzymać i opłacić leczenie córki.
Mogła więc bez wyrzutów sumienia przyjąć hojną propozycję złożoną przez Blanche. Przyjaciółka niedawno rozwiodła się ze swoim szalenie zamożnym mężem, adwokatem, i otrzymała pokaźną sumę pieniędzy. Obecnie wraz z pięcioletnią córką Lorą przebywała w odwiedzinach u siostry na Brooklynie. Podróż powrotną do Francji zaplanowała na początek czerwca.
Parę dni przed rejsem Elsa spostrzegła, że skóra Gogo pokryta jest czerwonymi krostami. Dziewczynka kaszlała, gorączkowała i leżała skulona na łóżku, trzymając się za brzuch.
"Musimy przełożyć wyjazd. Gogo ma odrę" - napisała Elsa w telegramie do Blanche. Kilka razy dziennie podawała córce łyżeczką herbatę rumiankową i aby zbić gorączkę, robiła jej okłady na nogi i ręce. Po dziesięciu długich dniach ryzyko zarażenia innych minęło i kobiety ze swoimi dziećmi weszły na pokład statku. Gogo wyglądała jak ugotowany homar. Nieustannie wieszała się matce na szyi, płakała za nianią i nawet dziecięce piosenki, które tak bardzo lubiła, nie przynosiły jej ulgi ani pocieszenia. Dopiero gdy Elsa wyjęła z otchłani największego bagażu jej zabawkę, pluszową żyrafę, mała uspokoiła się, bez słowa sprzeciwu pozwoliła zaprowadzić się do łóżka i od razu zapadła w głęboki sen.
W czasie ośmiodniowego rejsu Gogo dała się poznać jako radosna dziewczynka. Lora chętnie się z nią bawiła, zaplatała jej warkoczyki i - przy wykorzystaniu najróżniejszych szali i naszyjników - przebierała ją to za księżniczkę, to za ducha. Zanosząc się od śmiechu, dziewczynki uczyły się śpiewać Panie Janie po francusku i angielsku.
- Dlaczego właściwie Gogo nazywa się Gogo? - zapytała pewnego wieczoru Lora, gdy ubierała małą do snu.
- Sama wybrała sobie to imię. Gdy zaczynała mówić, naciskała palcem na klatkę piersiową... o tak, zobacz... - Elsa zaprezentowała nieporadny gest swojej córeczki i mimo woli się roześmiała. - Potem wytrzeszczała oczy i sylabizowała: "Go-go... Go-go". No i tak zostało, tak ją nazywamy.
- Zabawne. - Lora delikatnie pogłaskała Gogo po włosach i włożyła jej żyrafę w ramiona.
Elsa i Blanche rozkoszowały się luksusem kajuty, jej mahoniowymi meblami, gęsto tkanym dywanem i przestronną łazienką z dwoma bulajami. Wieczorami na wygodnych leżakach podziwiały mieniące się kolorami zachody słońca, podczas gdy młodzi stewardzi obsypywali je pochlebstwami.
Wczesnym rankiem 20 czerwca 1922 roku statek Abraham Lincoln zacumował w porcie w Hawrze. Stamtąd Elsa i Blanche wraz z dziećmi udały się pociągiem do Paryża. Z nastaniem południa Elsa z całym swoim dobytkiem, spakowanym w trzy walizki, stanęła na peronie Gare du Nord, chłonąc zapach spalanego węgla i oleju. Z sąsiednich torów dobiegało sapanie przyjeżdżających i odjeżdżających pociągów, a kominy lokomotyw wyrzucały w jasne letnie niebo obłoki pary wodnej.
Ile czasu minęło, odkąd pierwszy raz stanęła na paryskiej ziemi? Musiało to być przed rozpoczęciem wojny, wiosną 1912 roku, a więc dobre dziesięć lat temu. Uciekała wtedy z rodzinnego Rzymu przed natrętnym zalotnikiem i w drodze do Londynu, gdzie miała zatrudnić się jako opiekunka dzieci, zatrzymała się w Paryżu. Zaledwie dwa tygodnie wystarczyły, by zakochała się w tym tętniącym życiem mieście nad Sekwaną. Z uśmiechem wróciła wspomnieniami do studenckiej Dzielnicy Łacińskiej i balu, podczas którego odważyła się zatańczyć dzikie, nieprzyzwoite tango i wywołać tym samym skandal obyczajowy.
- Gdzie niania?
Jękliwe pytanie córki sprowadziło Elsę z powrotem na ziemię. Mała stała przed nią chwiejnie i trzymała się jej spódnicy, aż w końcu osunęła się na ziemię. Płacz przeszedł w pełen bezdennego zwątpienia krzyk, typowy dla dwuletniego dziecka. Elsa podniosła dziewczynkę, wzięła na ręce i starała się ją uspokoić, szepcząc do ucha czułe słowa i głaszcząc potargane włosy.
Poczuła ukłucie spowodowane nagłymi wyrzutami sumienia. Czy aby na pewno postąpiła słusznie, wyrywając tak małe dziecko z bezpiecznego środowiska? Czy jako matka nie zachowała się zbyt egoistycznie, przedkładając własne dobro nad dobro córki? Po wątpliwościach odezwał się jednak rozsądek i przypomniała sobie, że przecież zmusiły ją do tego okoliczności. I tak zbyt późno zdała sobie sprawę, że przez oszusta, którego poślubiła pod wpływem głupiego zauroczenia, straciła cały swój posag.
Poprzysięgła sobie, że nigdy już nie będzie zależna od żadnego mężczyzny - ani emocjonalnie, ani finansowo. W końcu nadejdzie dzień, kiedy będzie zarabiać tyle, by zapewnić córce najlepszą możliwą opiekę medyczną.
- Niania, chcę do niani - lamentowała Gogo, a jej gorzkie łzy wsiąkały w kołnierz matki.
Elsa westchnęła, spoglądając w stronę przyjaciółki, na której twarzy malowało się pełne zrozumienie.
- Dzieci szybko wrastają w nowe środowisko. Zobaczysz, za kilka dni Gogo będzie miała nową opiekunkę i zapomni o Nowym Jorku.
Blanche dała znak tragarzowi, który błyskawicznie pojawił się ze swoim wózkiem. Młody, silny mężczyzna pewnymi ruchami poukładał walizki i pudła z kapeluszami jedne na drugich i przedzierając się przez tłum podróżnych i innych bagażowych, wprawnie skierował wózek w kierunku wyjścia.
Skryte za okularami słonecznymi oczy Elsy powędrowały w stronę nieba. Poczuła ulgę, że nie pada, deszcz byłby bowiem złym znakiem. Ruch i hałas uliczny przywiodły jej na myśl zgiełk panujący na Piątej Alei albo Park Avenue. Terkoczące wokół automobile zręcznie wymijały powolniejsze od nich furmanki, a jadący pomiędzy nimi rowerzyści torowali sobie drogę, natarczywie używając dzwonków i wydając z siebie głośne okrzyki. Delikatne letnie powietrze przenikała woń benzyny, oleju silnikowego i końskich odchodów.
Na ulicach miasta dało się wyróżnić dwa typy paryżanek. Młodsze, z krótko obciętymi włosami i wąskimi sukienkami do kolan. Te nie różniły się wiele od nowoczesnych Amerykanek z dużych miast. I starsze, z których większość nosiła się jak przed wojną, w spódnicach do kostek z wąską talią i uwydatnionymi biodrami. Do tego dochodził żałosny widok mężczyzn, nierzadko bardzo młodych, bez ręki lub nogi, z opaską na oku, którzy patrząc tępo przed siebie, przemykali wzdłuż budynków. Nie ma się co dziwić, w końcu Europa stała się areną wojny, której zgubne skutki widoczne były na ulicach metropolii nawet cztery lata po jej zakończeniu.
Tragarz włożył dwa palce do ust i wydobył z siebie przenikliwy gwizd, by przywołać taksówkę.
- Czas się pożegnać. Blanche, dziękuję za wszystko. A tobie, Loro, za to, że na statku tak bardzo troszczyłaś się o Gogo. - Elsa zdjęła córkę ze stosu bagaży, objęła przyjaciółkę i z czułością pocałowała ją w policzek. - Zrewanżuję ci się, przysięgam.
Potem schyliła się do Lory i dała jej całusa w jasne kręcone włosy, które ta odziedziczyła po matce.
- Będziemy za wami tęsknić.
- Do widzenia, ciociu, do widzenia, Gogo - powiedziała Lora i z niecierpliwością pociągnęła matkę za rękaw. - Chcę już do domu.
Blanche nachyliła się do Gogo i opuszkiem palca musnęła jej nos.
- Musicie nas wkrótce odwiedzić. Mieszkamy nieopodal Lasku Bulońskiego. Zrobimy sobie piknik i będziemy karmić kaczki.
W jednej chwili z oczu Gogo popłynął strumień łez. Dziewczynka wyciągnęła ręce w stronę matki, szukając w ten sposób ratunku. Elsa pocieszała córeczkę, a przyjaciółka w tym czasie rozdzielała bagaże do dwóch pojazdów. Blanche z Lorą zajęła tylne siedzenie, wyciągnęła wykończoną koronką chusteczkę i przez otwarte okno pomachała wesoło na pożegnanie.
- Au revoir, mes amies. Pozdrów ode mnie Gabrielle. Cudownie, że wszystkie trzy będziemy mieszkały w tym samym mieście. Będziemy mogły się częściej widywać.
Drugi kierowca załadował pozostałe bagaże, uchylił czapki i zapytał:
- Dokąd zawieźć szanowne demoiselles?
Elsa aż zapowietrzyła się z oburzenia. Uznała za niestosowne nazywanie kobiety z dzieckiem na ręku, które, co więcej, jest do niej podobne, demoiselle, czyli panienką. Choć może ten starszy mężczyzna z ubytkami w zębach i dziurawą marynarką nie miał złych intencji i chciał je po prostu skomplementować? Ta myśl skłoniła ją ostatecznie do przybrania uprzejmego tonu.
- Poproszę na rue des Petits Champs.
Patrząc podczas jazdy przez okno, Elsa wyobraziła sobie przyszłe przejażdżki z Gogo omnibusem po szerokich bulwarach. Po mniej więcej dwudziestu minutach dojechały na miejsce, do Jardin du Palais Royal. Dzielnica mieszkaniowa wyglądała na mieszczańską i zadbaną. Znajdowały się tam cztero- i pięciopiętrowe kamienice z piaskowymi fasadami nadającymi miastu oryginalny charakter, pośród których przycupnęły niższe budynki, w których mieściły się sklepiki i luksusowe hotele.
Gabrielle Pasquier powiedziała niegdyś Elzie, że Henri, jej mąż malarz, kupił ten dom ze względu na niewielką odległość do Sekwany. Godzinami przesiadywał na ławce nad jej brzegiem i oddawał się malowaniu. Choć tak naprawdę najczęściej nawiązywał rozmowy ze spacerującymi tamtędy młodymi kobietami i namawiał je, żeby mu pozowały.
Na widok przyjaciółki, ubranej w letnią przewiewną sukienkę i stojącej w drzwiach z szeroko rozłożonymi ramionami, Elsa wydała westchnienie ulgi, jakby z jej barków spadł ogromny ciężar. Nie wiedziała, jakie plany ma wobec niej los, ale czuła podskórnie, że czeka ją dobra i ekscytująca przyszłość. Jej nowym domem stawał się właśnie Paryż, miasto, w którym Gogo nauczy się skakać przez kałuże i wyrośnie na przepiękną młodą kobietę przykuwającą uwagę mężczyzn. A ona będzie dumna, że jest jej matką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki