Maczuga. nr 130 - Michał Salwin

-
Proszę czekać

Powrót na kontynent

Słynny obóz w Alder­shot pod Lon­dy­nem -?rejon eta­powy dla wszyst­kich dywi­zji wcho­dzą­cych w skład 21 Grupy Armii mar­szałka Mont­go­mery'ego przed ich prze­rzu­ce­niem do Nor­man­dii -?opusz­cza­li­śmy z uczu­ciem ulgi. Nie dla­tego, by w ciągu tych czte­rech lat, od czerwca 1940 roku, źle nam się działo na ziemi bry­tyj­skiej. Wszy­scy byli­śmy jed­nak zda­nia, że po kolej­nych zmia­nach orga­ni­za­cyj­nych, po inten­syw­nym szko­le­niu i przy­go­to­wa­niach czas już naj­wyż­szy, aby pol­ska 1 Dywi­zja Pan­cerna wyka­zała na polu walki, w bez­po­śred­nim star­ciu z wro­giem, swoje umie­jęt­no­ści bojowe.

Był 26 lipca 1944 roku...

Omi­ja­jąc sze­ro­kim łukiem cen­trum Lon­dynu, pilo­to­wani przez angiel­skich poli­cjan­tów na moto­cy­klach, podą­ża­li­śmy pery­fe­riami mia­sta w stronę portu Til­bury u ujścia Tamizy.

Następ­nego dnia rano zna­la­złem się na pokła­dzie trans­por­towca "Robert-Henry", jed­nego z tzw. liberty ships -?stat­ków o pry­mi­tyw­nej kon­struk­cji, budo­wa­nych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych bły­ska­wicz­nie, ale za to masowo, i prze­zna­czo­nych na krót­ko­trwały uży­tek w cza­sie jed­nej kam­pa­nii wojen­nej.

W chwili zaokrę­to­wa­nia nikomu nie przy­szłoby do głowy, że ponow­nie na lądzie sta­nie dopiero równo trzy dni póź­niej, ran­kiem 30 lipca. Droga nie była prze­cież daleka -?w naj­węż­szym miej­scu, pomię­dzy Dover a Calais, oby­dwa brzegi są od sie­bie odda­lone o nie­spełna dwa­dzie­ścia mil mor­skich. W sło­neczny dzień wzrok ludzki z łatwo­ścią sięga na drugą stronę kanału, a kur­su­jący tu w latach pokoju prom poko­nuje tę odle­głość w cza­sie nie dłuż­szym niż godzina.

My pły­nę­li­śmy jed­nak okrężną trasą, a ponadto prze­prawę znacz­nie prze­dłu­żały postoje na redzie zarówno w por­cie Til­bury, jak i u wybrzeża Nor­man­dii. Takich drob­nych prze­ciw­no­ści nikt już jed­nak nie brał w rachubę wobec rado­snego dla nas faktu, że oto wresz­cie po latach idziemy znowu do boju, i to do boju z prze­ciw­ni­kiem, z któ­rym prze­gra­li­śmy już dwie kam­pa­nie -?we wrze­śniu 1939 roku i potem we Fran­cji, dokąd losy rzu­ciły znaczną część naszej 10 Bry­gady Kawa­le­rii.

Jak wypad­nie kolejna próba sił? Czy prze­rwiemy wresz­cie złą passę? Jakie będzie pierw­sze spo­tka­nie z wro­giem?

Mimo woli cisnęły się do głowy wrze­śniowe wspo­minki. Noc, jed­no­stajne koły­sa­nie statku, szum fal, nastrój chwili -?wszystko to uspo­sa­biało do roz­my­ślań. W wyobraźni dawne już zda­rze­nia jawiły się tak wyra­zi­ście, jakby to były fakty dopiero co prze­żyte. A prze­cież już piąty rok mijał...

Przy­szło mi na myśl moje pierw­sze bez­po­śred­nie zetknię­cie z wro­giem, które jakoś naj­moc­niej utkwiło mi w pamięci.

Pamię­tam dokład­nie -?było to 4 wrze­śnia 1939 roku...

Sta­cjo­nu­jąca stale w Rze­szo­wie, Łań­cu­cie i Kra­śniku 10 Bry­gada Kawa­le­rii, dowo­dzona przez puł­kow­nika dyplo­mo­wa­nego Sta­ni­sława Maczka, przed dwoma z górą tygo­dniami oddana została do dys­po­zy­cji gene­rała Szyl­linga, dowódcy Armii "Kra­ków". Wybuch wojny zasko­czył ją zakwa­te­ro­waną w rejo­nie Ska­wina -?Liszki -?Bro­no­wice -?Wola Justow­ska. Zasko­czył jak wszyst­kich, choć tyle się o woj­nie mówiło. Jej dowódz­two - prze­jęte swą rolą odwodu ope­ra­cyj­nego i wyni­ka­ją­cymi stąd prze­wi­dy­wa­niami, że bry­gada może wejść do dzia­łań dopiero w kilka dni po roz­po­czę­ciu wojny -?nie przy­pusz­czało, że już w pierw­szym dniu otrzyma kon­kretne bojowe zada­nie.

-?Nie­przy­ja­ciel prze­wa­ża­ją­cymi siłami ude­rzył na całym fron­cie armii - gło­sił roz­kaz. -?Silne zgru­po­wa­nie moto­rowo-pan­cerne, wycho­dzące ze Sło­wa­cji, prze­kro­czyło Tatry i naciera po dwóch osiach: na Cha­bówkę i na Nowy Targ. Po zepchnię­ciu wysu­nię­tych nad gra­nicę kom­pa­nii KOP zgru­po­wa­nie to prze na Rabkę -?Sko­mielną Białą -?Jor­da­nów, zagra­ża­jąc tyłom armii.

Zada­nie 10 Bry­gady Kawa­le­rii: nie dopu­ścić, by nie­przy­ja­ciel wyszedł z wąwo­zów gór­skich. W tym celu opóź­niać go jak naj­dłu­żej na kie­run­kach Myśle­nice i Dobczyce, nie pozwa­la­jąc mu na wyj­ście na pół­noc od linii Myśle­nice, od któ­rej to linii nie­przy­ja­cielskie związki pan­cerne uzy­skują swo­bodę dzia­ła­nia na Kra­ków...

Kiedy w następ­stwie tego roz­kazu opusz­cza­li­śmy swoje kwa­tery pod Kra­ko­wem, nikt nie domy­ślał się, jak bar­dzo daleką i trudną drogę przyj­dzie nam prze­być do wol­nej Pol­ski. Na razie miała to być, nie­stety, droga odwrotu.

Konna 10 Bry­gada Kawa­le­rii, prze­mia­no­wana wio­sną 1937 roku roz­ka­zem mini­stra spraw woj­sko­wych na bry­gadę zmo­to­ry­zo­waną, z zacho­wa­niem daw­nej "kon­nej" nazwy, była nie­wiel­kim, ale zna­ko­mi­cie wyszko­lo­nym i nie­źle uzbro­jo­nym związ­kiem tak­tycz­nym. Nie mogła ona jed­nak nie podzie­lić we wrze­śniu losów całej armii. Zanim to wszakże nastą­piło, upły­nęło wiele dni cięż­kich, zacię­tych zma­gań z prze­wa­ża­ją­cymi siłami nie­przy­ja­ciela. Zma­gań, które dla nas, bez­po­śred­nich uczest­ni­ków wyda­rzeń, skła­dały się z całego łań­cu­cha spraw wiel­kich i małych, cza­sem bar­dzo oso­bi­stych, nie liczą­cych się w skali ogól­nej, jak tamto wła­śnie, z 4 wrze­śnia...

Wie­czo­rem owego dnia, około godziny dwu­dzie­stej, wezwał mnie do sie­bie kwa­ter­mistrz dywi­zjonu roz­po­znaw­czego, rot­mistrz Sie­wicz.

-?Dywi­zjon okrą­żony przez nie­przy­ja­ciela w rejo­nie Skrzy­dl­nej -?oznaj­mił krótko. -?Nie mają amu­ni­cji. Za wszelką cenę dostar­czyć przed świ­tem! Jasne?

Masz babo pla­cek! Tego tylko bra­ko­wało! Na dobrą sprawę, odkąd się to wszystko zaczęło, nie mie­li­śmy ani razu przy­zwo­itego wypo­czynku. Po wyda­rze­niach ostat­niego dnia zmę­czeni ludzie sła­niali się dosłow­nie na nogach. Cóż, służba nie drużba! Roz­kaz rzecz święta, trzeba wyko­nać. Mimo nie­we­so­łych reflek­sji, które mi w jed­nej sekun­dzie prze­mknęły przez głowę, stuk­ną­łem obca­sami i zamel­do­wa­łem służ­bi­ście:

-?Roz­kaz, panie rot­mi­strzu!

-?Amu­ni­cję zała­duj­cie na samo­chód cię­ża­rowy -?wyja­śniał zada­nie Sie­wicz. -?Zabierz­cie też te nowe kara­biny prze­ciw­pan­cerne. Nie zapo­mnij­cie tylko instruk­cji obsługi. Dia­bli wie­dzą, jak się z tego strzela. Zała­do­wa­nie i odjazd natych­miast. Po wyko­na­niu zada­nia wra­cać po order.

Powie­dziaw­szy to, rot­mistrz odwró­cił się, zamie­rza­jąc odejść. Spoj­rza­łem zdzi­wiony.

-?Panie rot­mi­strzu, kto ma ze mną jechać jako ubez­pie­cze­nie?

-?Nikt! -?padła krótka, zde­cy­do­wana odpo­wiedź.

W sto­dole, wypeł­nio­nej żoł­nie­rzami, zro­biło się nagle cicho. Mijały sekundy, nikt nawet nie chrząk­nął. Kon­ster­na­cja aż nazbyt zro­zu­miała, zwłasz­cza że misja, jaka została mi powie­rzona, była bądź co bądź nie tylko nie­bez­pieczna, ale -?przede wszyst­kim -?nie­sły­cha­nie ważna i odpo­wie­dzialna.

Przy­stą­pi­łem bez zwłoki do przy­go­to­wań.

W plu­to­nie warsz­ta­to­wym zasta­łem już oży­wioną krzą­ta­ninę, jego dowódca, kapi­tan Pobral­ski, wraz z wach­mi­strzem Kowalko prze­pa­try­wali w mdłym świe­tle latarki długi sze­reg wozów odsta­wio­nych do remontu. Czas upły­wał, a decy­zję trudno było pod­jąć. Po dłuż­szej dopiero chwili kapi­tanowi Pobral­skiemu przy­szła do głowy szczę­śliwa myśl.

-?Gdzie te Ursusy1 z bata­lionu pan­cer­nego? -?zapy­tał.

-?Panie kapi­ta­nie -?wach­mistrz Kowalko był wyraź­nie zakło­po­tany - zała­do­wa­li­śmy na nie nasz sprzęt warsz­ta­towy i maga­zyn czę­ści zamien­nych...

-?Zwa­lać! -?roz­ka­zuje Pobral­ski.

-?Ale, panie kapi­ta­nie, jak oddamy Ursusa, czym będziemy wozili to wszystko? I co to będzie za warsz­tat bez sprzętu i czę­ści?

-?Zwa­lać! Zro­zu­miano? -?wrza­snął poiry­to­wany kapi­tan.

Wach­mistrz rad nie­rad spro­wa­dził warsz­ta­tow­ców. Nim jed­nak zdjęli z wozu istną rupie­ciar­nię, minęła dwu­dzie­sta druga. Zale­cone w roz­ka­zie Sie­wi­cza "natych­miast" sta­wało się coraz bar­dziej nie­re­alne.

Obu­dzono kie­rowcę Ursusa, rosłego chło­paka imie­niem Felek.

-?Poje­dziesz z amu­ni­cją do dywi­zjonu -?powie­dział wach­mistrz Kowalko. - Zapusz­czaj sil­nik. Tam, pod sto­dołą, zała­dują ci wóz.

Gdy Felek uru­cho­mił sil­nik, powstał taki hałas, że wszy­scy zerwali się na równe nogi, a szyby w znaj­du­ją­cej się obok cha­łu­pie grały jak organy. Zaraz jed­nak ustała dia­bel­ska muzyka. Felek zga­sił sil­nik. W ciszy, jaka zapa­no­wała, żoł­nie­rze dźwi­gali skrzynki, przy­go­to­wane do zała­dunku przez maga­zy­niera amu­ni­cyj­nego, wach­mi­strza Burka.

Sta­łem obok, gotowy do wyko­na­nia roz­kazu, ale z nosem spusz­czo­nym na kwintę. Prze­cież jestem wła­ści­wie bez­bronny -?roz­my­śla­łem. -?Cóż zna­czy mój Vis i dwa gra­naty obronne, zatknięte za pasem? Kie­rowca ma wpraw­dzie w kabi­nie kara­bin i pięć­dzie­siąt sztuk amu­ni­cji, ale w wypadku natknię­cia się na Niem­ców nie ura­tuje to prze­cież sytu­acji. Wie­dzia­łem w dodatku, że wda­nie się w jaką­kol­wiek strze­la­ninę narazi na eks­plo­zję cały mój, jakże cenny, ładu­nek. Mogłem liczyć, nie­stety, tylko na szczę­ście, na to, że jakimś cudem zdo­łam prze­mknąć przez linię nie­przy­ja­ciela.

Żebym przy­naj­mniej wie­dział, gdzie jest ten nie­przy­ja­ciel, w jakiej sile i co robi. Mia­łem o tym jed­nak tylko mgli­ste wyobra­że­nie. Po pro­stu nie zna­łem roz­miesz­cze­nia ani oddzia­łów wła­snych bry­gady, ani oddzia­łów nie­przy­ja­ciela. Zna­łem tylko z mapy miej­sce postoju dywi­zjonu -?rejon Skrzy­dl­nej, i cel swo­jej wyprawy: "Za wszelką cenę dostar­czyć amu­ni­cję przed świ­tem!".

Ogar­nęło mnie na moment nie­przy­jemne uczu­cie. Czyżby lęk? Tam do licha! Bab­skie cere­giele, kiedy tam cały dywi­zjon czeka na amu­ni­cję!

-?No co, Felek? Ruszamy! -?zawo­ła­łem raź­nie, loku­jąc się w kabi­nie obok kie­rowcy. W duchu jed­nak żegna­łem się w tym cza­sie z naj­bliż­szymi.

Felek pocią­gnął za star­ter -?sil­nik zasko­czył od razu. Dobry znak! Włą­czył pierw­szy bieg, odpu­ścił tro­chę pedał sprzę­gła, dodał gazu, póź­niej całe sprzę­gło... Ursus drgnął. Więk­szy gaz i samo­chód, obcią­żony amu­ni­cją do gra­nic moż­li­wo­ści, poto­czył się z tru­dem do przodu. Rycząc i stę­ka­jąc ciężko, wyje­chał z opłot­ków za kamienny mostek i sta­nął. Wyszli­śmy z Fel­kiem i przy­świe­ca­jąc sobie latarką, "obwą­chi­wa­li­śmy" nasz pojazd.

-?Co on tak ryczy jak smok? -?padło za moimi ple­cami pyta­nie. To wach­mistrz Pigła nie wytrzy­mał ner­wowo i pod­biegł, aby zapy­tać kie­rowcę o przy­czynę tak nie­sa­mo­wi­tego ryku.

-?A bo to sil­niki czoł­gowe wmon­to­wali i dla­tego -?wyja­śnił Felek.

Być może -?pomy­śla­łem. -?Ale ten hałas mnie nie cie­szy. Raczej należy wąt­pić, by Niemcy, na któ­rych możemy się prze­cież natknąć po dro­dze, prze­ra­zili się tego i ucie­kli.

Spoj­rza­łem na zega­rek. Wska­zówki pokry­wały się ze sobą -?była pół­noc.

Ruszamy. Gaz do dechy. Do poko­na­nia mamy wpraw­dzie tylko około dwu­dzie­stu pię­ciu kilo­me­trów drogi -?nie wia­domo jed­nak, jaka to droga i jakimi naje­żona nie­bez­pie­czeń­stwami, a dzień na początku wrze­śnia wstaje jesz­cze wcze­śnie.

Nie­zbyt ciemna noc pozwala pro­wa­dzić samo­chód przy zga­szo­nych świa­tłach; wstęga szosy widoczna była przed nami na dosyć znacz­nej odle­gło­ści.

Sil­nik ryczy, tylne koła-bliź­niaki na masy­wach dud­nią po szo­sie jak gąsie­nice praw­dzi­wego czołgu.

Wytę­żamy wzrok obaj z Fel­kiem. On przed sie­bie, ja na boki -?taka umowa.

-?Feluś, przed tym laskiem na prawo -?instru­uję, zer­k­nąw­szy na szkic.

Jeste­śmy na skrzy­żo­wa­niu. Wysa­dzam głowę przez otwartą szybę w drzwiach, usi­łuję prze­nik­nąć mrok, który im dalej, tym jest gęściej­szy. Niczego podej­rza­nego nie dostrze­głem. Nie taki widać dia­beł straszny...

Droga bie­gnie teraz pod górkę. Sil­nik stęka, krztusi się na pierw­szym biegu, znowu pełny gaz...

Nagle widzimy coś czar­nego w poprzek szosy. Sta­jemy. Wyska­kuję i po skar­pie zbli­żam się do prze­szkody.

Dwa ścięte grube drzewa tara­sują drogę. Świeże jesz­cze liście świad­czą, że nie­dawno wznie­siono tę bary­kadę. Zapewne z tego wła­śnie kie­runku spo­dzie­wano się czoł­gów nie­miec­kich. Chyba dotych­czas nie prze­szły, skoro bary­kada cała...

Trzeba minąć prze­szkodę. Nie bar­dzo to pro­ste, zwłasz­cza z takim ładun­kiem.

Wcho­dzę w rów, przy­świe­cam sobie latarką. Szu­kam śla­dów. Są! Bar­dzo słabo odci­śnięte gumy Fiata 508 lub 518.

Pochy­lony idę śla­dem -?badam szanse. Na ziemi zama­ja­czył ciemny kształt. Świecę -?pies. Zabity, krew roz­lała się po ziemi. Kto go zabił? Za co?

Przy­kła­dam rękę do grzbietu. O zgrozo! Jesz­cze cie­pły! Pew­nie to sprawka nie­przy­ja­ciel­skich patroli, które gdzieś się tu muszą krę­cić. Nie­do­brze.

Patrzę na zega­rek. Wpół do dru­giej. Jak ten czas leci!

Wołam Felka.

-?Chyba tędy -?mówię, wska­zu­jąc rów. -?Zje­dziesz uko­sem, ale wiesz, z czu­ciem, tak żeby nie wywró­cić wozu i nie zaryć nosem w prze­ciw­le­głą ścianę rowu, bo wtedy umarł w butach.

Wie­dzia­łem, że łatwiej to powie­dzieć, niż wyko­nać.

Kie­rowca chył­kiem prze­szedł trasę zapla­no­wa­nego objazdu.

-?No jak, pój­dzie?

-?Zrobi się! -?odpo­wiada Felek. -?Nie takie rowy prze­jeż­dża­łem tym gra­tem.

Gdyby mnie, kawa­le­rzy­ście, konia z rzę­dem ktoś obie­cał, nie ucie­szył­bym się bar­dziej niż tym oświad­cze­niem Felka. Pod­niósł mnie na duchu tak dalece, że na moment zapo­mnia­łem i o woj­nie, i o swoim bar­dzo odpo­wie­dzial­nym i ryzy­kow­nym zada­niu. Musia­łem zapo­mnieć, skoro kaza­łem poko­nać prze­szkodę na zapa­lo­nych świa­tłach, co w naszej sytu­acji było bar­dzo lek­ko­myślne.

Felek, jak przy­stało na wytraw­nego kie­rowcę, zje­chał do rowu na małym gazie, ład­nie, uko­sem. I tu z tyłu zauwa­ży­łem w pew­nym momen­cie, że Ursus zawisł w samym środku rowu na dwóch kołach: pra­wym tyl­nym na jed­nej skar­pie, a lewym przed­nim na skar­pie prze­ciw­le­głej. Aż się przy tym zabu­jał. Była to chwila naj­bar­dziej kry­tyczna. Stru­chla­łem cały i nogi się pode mną ugięły, jakby były z gumy. Już wyobra­zi­łem sobie rzecz naj­strasz­niej­szą -?wóz wywró­cony do góry kołami, zada­nie nie­wy­ko­nane, amu­ni­cja nie­do­star­czona na czas, cały dywi­zjon roz­po­znaw­czy 10 Bry­gady ska­zany na rzeź, a ja, zamiast słów uzna­nia, kto wie, może nawet orderu...

Jed­nym susem zna­la­złem się przed samo­cho­dem.

Kosz­marne myśli prze­ciął basowy ryk sil­nika. Felek musiał znowu dać gaz do dechy, bo Ursus aż pod­sko­czył, wyrzu­cił spod kół fon­tanny ziemi i wypadł na szosę tak nie­spo­dzie­wa­nie, że led­wie zdą­ży­łem czmych­nąć w bok.

No, naresz­cie! Wszystko w porządku. Nie­stety, nie wszystko. Do dale­kich odgło­sów ognia arty­le­ryj­skiego doszły teraz strzały kara­bi­nowe i serie z broni maszy­no­wej w pobli­skim lesie. Nad naszymi gło­wami prze­szył ze świ­stem powie­trze pocisk arty­le­ryj­ski i rąb­nął nie­opo­dal za szosą. Jeden, potem drugi, trzeci, czwarty... Nie było na co cze­kać, wsko­czy­li­śmy do kabiny i nie­oce­niony Felek naci­snął znowu gaz. Trzy kilo­me­try dalej mija­li­śmy drugą podobną bary­kadę na szo­sie, póź­niej lej po bom­bie.

Docho­dziła druga. Gwiazdy na nie­bie zaczy­nały bled­nąć. Prze­szedł mnie dreszcz. Przy­mkną­łem okno. Pew­nie zimno. Ale gdzie tam! W kabi­nie było gorąco od roz­grza­nego sil­nika. Więc chyba nerwy...

Nagle roz­legł się sko­wyt hamul­ców. Wyrzuca mnie z sie­dze­nia, ude­rzam o meta­lową ramę. Na szczę­ście głowa cała, tylko hełm zadra­snęło. Co za licho znowu? Aha, bary­kada! To już trze­cia. Niech to dia­bli! Nic chyba z naszej eska­pady nie wyj­dzie.

-?Dla­czego tak bli­sko sta­ną­łeś? -?pytam Felka, widząc, że tym razem sie­dzimy pra­wie na drze­wie. -?Możeś się zdrzem­nął?

-?A czy ja wiem? Może...

-?No to cof­nij tro­chę i pocze­kaj, a ja spraw­dzę dla pew­no­ści ten rów.

Oszo­ło­miony tro­chę ude­rze­niem i zły na Felka, zapo­mnia­łem o wła­snym bez­pie­czeń­stwie. Mój Vis tkwił sobie spo­koj­nie w kabu­rze, a gra­naty - jak zwy­kle zabez­pie­czone -?sie­działy zatknięte łyż­kami za pasem.

Od pierw­szego wej­rze­nia oce­ni­łem sytu­ację. Dosze­dłem do wnio­sku, że lepiej będzie obje­chać kawa­łek lasem, niż nara­żać wie­ziony ładu­nek na wywró­ce­nie. Żeby spraw­dzić drogę, zagłę­bi­łem się nieco pomię­dzy drzewa. Nie usze­dłem wię­cej niż jakieś pięt­na­ście-dwa­dzie­ścia metrów, gdy nagle dobie­gło mnie krót­kie, ostre:

-?Halt!

W ułamku sekundy zda­łem sobie sprawę ze wszyst­kiego. Jestem na muszce, próba uży­cia Visa czy gra­natu byłaby sza­leń­stwem. Jeden nie­roz­ważny ruch i tam­ten położy mnie tru­pem. Sta­ną­łem. Zza pobli­skiej sosny wyszedł ze Schme­is­se­rem goto­wym do strzału rosły drab w mun­du­rze feld­grau.

-?Polak?

-?Polak -?odpo­wia­dam, zasko­czony dziw­nie swoj­skim brzmie­niem pyta­nia.

-?Wiela was?

-?Ja sam i kie­rowca.

-?Nie łgaj.

-?Mówię prawdę.

-?A w tanku wiela was tam?

-?To nie tank, to samo­chód.

-?Gdzie mos myca?

-?W samo­cho­dzie.

-?Co wie­zies?

-?Żyw­ność.

-?To jadź dalij, ino nie godoj nikumu, żeś mnie tu widzioł.

Powie­dziaw­szy to, cof­nął się tyłem za sosnę, trzy­ma­jąc cią­gle na bio­drze swego Schme­is­sera.

Zro­bi­łem prze­pi­sowo w tył zwrot i w paru susach zna­la­złem się przy samo­cho­dzie. Wsko­czy­łem do kabiny. Patrzę, mój Felek śpi sobie w naj­lep­sze na kie­row­nicy. Szar­pię go za ramię, z tru­dem budzę.

-?Felek! Zapusz­czaj sil­nik! Szybko! Już widno się robi!

Rezy­gnu­jemy, rzecz jasna, z objazdu lasem. Felek jak poprzed­nio mija prze­szkodę rowem, potem skręca w prawo na szosę.

Niebo na wscho­dzie jaśniało, arty­le­ria się uci­szyła. Pędzimy co sił, aż sil­nik zaczyna strze­lać. Docie­ramy do roz­wi­dle­nia dróg. Kon­fron­tuję miej­sce ze szki­cem. Tak, to chyba już tu.

Skrę­camy w prawo. Nie­opo­dal stoi dobrze zama­sko­wana armata prze­ciw­pan­cerna. Poznaję od razu: "trzy­dziest­ka­sió­demka" z naszego dywi­zjonu roz­po­znaw­czego. Ode­tchną­łem z ulgą, zatrzy­mu­jąc się.

Na szosę wycho­dzi plu­to­nowy Szat­kow­ski, zastępca dowódcy plu­tonu armat prze­ciw­pan­cer­nych. Kilku kano­nie­rów spo­gląda cie­ka­wie w naszą stronę.

-?Gdzie major Świę­cicki? -?pytam.

-?Nie­da­leko, zaraz za tym zakrę­tem -?odpo­wiada pod­ofi­cer, wska­zu­jąc ręką.

Było już cał­kiem widno.

Dojeż­dżam do sta­no­wi­ska majora. Felek zatrzy­muje wóz. Wyska­kuję z kabiny, mel­duję wyko­na­nie roz­kazu. Nastę­puje zro­zu­miała radość. Tra­cili już nadzieję.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki