Maczuga. nr 130 - Michał Salwin

Reflow text when sidebars are open.
Słynny obóz w Aldershot pod Londynem -?rejon etapowy dla wszystkich dywizji wchodzących w skład 21 Grupy Armii marszałka Montgomery'ego przed ich przerzuceniem do Normandii -?opuszczaliśmy z uczuciem ulgi. Nie dlatego, by w ciągu tych czterech lat, od czerwca 1940 roku, źle nam się działo na ziemi brytyjskiej. Wszyscy byliśmy jednak zdania, że po kolejnych zmianach organizacyjnych, po intensywnym szkoleniu i przygotowaniach czas już najwyższy, aby polska 1 Dywizja Pancerna wykazała na polu walki, w bezpośrednim starciu z wrogiem, swoje umiejętności bojowe.
Był 26 lipca 1944 roku...
Omijając szerokim łukiem centrum Londynu, pilotowani przez angielskich policjantów na motocyklach, podążaliśmy peryferiami miasta w stronę portu Tilbury u ujścia Tamizy.
Następnego dnia rano znalazłem się na pokładzie transportowca "Robert-Henry", jednego z tzw. liberty ships -?statków o prymitywnej konstrukcji, budowanych w Stanach Zjednoczonych błyskawicznie, ale za to masowo, i przeznaczonych na krótkotrwały użytek w czasie jednej kampanii wojennej.
W chwili zaokrętowania nikomu nie przyszłoby do głowy, że ponownie na lądzie stanie dopiero równo trzy dni później, rankiem 30 lipca. Droga nie była przecież daleka -?w najwęższym miejscu, pomiędzy Dover a Calais, obydwa brzegi są od siebie oddalone o niespełna dwadzieścia mil morskich. W słoneczny dzień wzrok ludzki z łatwością sięga na drugą stronę kanału, a kursujący tu w latach pokoju prom pokonuje tę odległość w czasie nie dłuższym niż godzina.
My płynęliśmy jednak okrężną trasą, a ponadto przeprawę znacznie przedłużały postoje na redzie zarówno w porcie Tilbury, jak i u wybrzeża Normandii. Takich drobnych przeciwności nikt już jednak nie brał w rachubę wobec radosnego dla nas faktu, że oto wreszcie po latach idziemy znowu do boju, i to do boju z przeciwnikiem, z którym przegraliśmy już dwie kampanie -?we wrześniu 1939 roku i potem we Francji, dokąd losy rzuciły znaczną część naszej 10 Brygady Kawalerii.
Jak wypadnie kolejna próba sił? Czy przerwiemy wreszcie złą passę? Jakie będzie pierwsze spotkanie z wrogiem?
Mimo woli cisnęły się do głowy wrześniowe wspominki. Noc, jednostajne kołysanie statku, szum fal, nastrój chwili -?wszystko to usposabiało do rozmyślań. W wyobraźni dawne już zdarzenia jawiły się tak wyraziście, jakby to były fakty dopiero co przeżyte. A przecież już piąty rok mijał...
Przyszło mi na myśl moje pierwsze bezpośrednie zetknięcie z wrogiem, które jakoś najmocniej utkwiło mi w pamięci.
Pamiętam dokładnie -?było to 4 września 1939 roku...
Stacjonująca stale w Rzeszowie, Łańcucie i Kraśniku 10 Brygada Kawalerii, dowodzona przez pułkownika dyplomowanego Stanisława Maczka, przed dwoma z górą tygodniami oddana została do dyspozycji generała Szyllinga, dowódcy Armii "Kraków". Wybuch wojny zaskoczył ją zakwaterowaną w rejonie Skawina -?Liszki -?Bronowice -?Wola Justowska. Zaskoczył jak wszystkich, choć tyle się o wojnie mówiło. Jej dowództwo - przejęte swą rolą odwodu operacyjnego i wynikającymi stąd przewidywaniami, że brygada może wejść do działań dopiero w kilka dni po rozpoczęciu wojny -?nie przypuszczało, że już w pierwszym dniu otrzyma konkretne bojowe zadanie.
-?Nieprzyjaciel przeważającymi siłami uderzył na całym froncie armii - głosił rozkaz. -?Silne zgrupowanie motorowo-pancerne, wychodzące ze Słowacji, przekroczyło Tatry i naciera po dwóch osiach: na Chabówkę i na Nowy Targ. Po zepchnięciu wysuniętych nad granicę kompanii KOP zgrupowanie to prze na Rabkę -?Skomielną Białą -?Jordanów, zagrażając tyłom armii.
Zadanie 10 Brygady Kawalerii: nie dopuścić, by nieprzyjaciel wyszedł z wąwozów górskich. W tym celu opóźniać go jak najdłużej na kierunkach Myślenice i Dobczyce, nie pozwalając mu na wyjście na północ od linii Myślenice, od której to linii nieprzyjacielskie związki pancerne uzyskują swobodę działania na Kraków...
Kiedy w następstwie tego rozkazu opuszczaliśmy swoje kwatery pod Krakowem, nikt nie domyślał się, jak bardzo daleką i trudną drogę przyjdzie nam przebyć do wolnej Polski. Na razie miała to być, niestety, droga odwrotu.
Konna 10 Brygada Kawalerii, przemianowana wiosną 1937 roku rozkazem ministra spraw wojskowych na brygadę zmotoryzowaną, z zachowaniem dawnej "konnej" nazwy, była niewielkim, ale znakomicie wyszkolonym i nieźle uzbrojonym związkiem taktycznym. Nie mogła ona jednak nie podzielić we wrześniu losów całej armii. Zanim to wszakże nastąpiło, upłynęło wiele dni ciężkich, zaciętych zmagań z przeważającymi siłami nieprzyjaciela. Zmagań, które dla nas, bezpośrednich uczestników wydarzeń, składały się z całego łańcucha spraw wielkich i małych, czasem bardzo osobistych, nie liczących się w skali ogólnej, jak tamto właśnie, z 4 września...
Wieczorem owego dnia, około godziny dwudziestej, wezwał mnie do siebie kwatermistrz dywizjonu rozpoznawczego, rotmistrz Siewicz.
-?Dywizjon okrążony przez nieprzyjaciela w rejonie Skrzydlnej -?oznajmił krótko. -?Nie mają amunicji. Za wszelką cenę dostarczyć przed świtem! Jasne?
Masz babo placek! Tego tylko brakowało! Na dobrą sprawę, odkąd się to wszystko zaczęło, nie mieliśmy ani razu przyzwoitego wypoczynku. Po wydarzeniach ostatniego dnia zmęczeni ludzie słaniali się dosłownie na nogach. Cóż, służba nie drużba! Rozkaz rzecz święta, trzeba wykonać. Mimo niewesołych refleksji, które mi w jednej sekundzie przemknęły przez głowę, stuknąłem obcasami i zameldowałem służbiście:
-?Rozkaz, panie rotmistrzu!
-?Amunicję załadujcie na samochód ciężarowy -?wyjaśniał zadanie Siewicz. -?Zabierzcie też te nowe karabiny przeciwpancerne. Nie zapomnijcie tylko instrukcji obsługi. Diabli wiedzą, jak się z tego strzela. Załadowanie i odjazd natychmiast. Po wykonaniu zadania wracać po order.
Powiedziawszy to, rotmistrz odwrócił się, zamierzając odejść. Spojrzałem zdziwiony.
-?Panie rotmistrzu, kto ma ze mną jechać jako ubezpieczenie?
-?Nikt! -?padła krótka, zdecydowana odpowiedź.
W stodole, wypełnionej żołnierzami, zrobiło się nagle cicho. Mijały sekundy, nikt nawet nie chrząknął. Konsternacja aż nazbyt zrozumiała, zwłaszcza że misja, jaka została mi powierzona, była bądź co bądź nie tylko niebezpieczna, ale -?przede wszystkim -?niesłychanie ważna i odpowiedzialna.
Przystąpiłem bez zwłoki do przygotowań.
W plutonie warsztatowym zastałem już ożywioną krzątaninę, jego dowódca, kapitan Pobralski, wraz z wachmistrzem Kowalko przepatrywali w mdłym świetle latarki długi szereg wozów odstawionych do remontu. Czas upływał, a decyzję trudno było podjąć. Po dłuższej dopiero chwili kapitanowi Pobralskiemu przyszła do głowy szczęśliwa myśl.
-?Gdzie te Ursusy1 z batalionu pancernego? -?zapytał.
-?Panie kapitanie -?wachmistrz Kowalko był wyraźnie zakłopotany - załadowaliśmy na nie nasz sprzęt warsztatowy i magazyn części zamiennych...
-?Zwalać! -?rozkazuje Pobralski.
-?Ale, panie kapitanie, jak oddamy Ursusa, czym będziemy wozili to wszystko? I co to będzie za warsztat bez sprzętu i części?
-?Zwalać! Zrozumiano? -?wrzasnął poirytowany kapitan.
Wachmistrz rad nierad sprowadził warsztatowców. Nim jednak zdjęli z wozu istną rupieciarnię, minęła dwudziesta druga. Zalecone w rozkazie Siewicza "natychmiast" stawało się coraz bardziej nierealne.
Obudzono kierowcę Ursusa, rosłego chłopaka imieniem Felek.
-?Pojedziesz z amunicją do dywizjonu -?powiedział wachmistrz Kowalko. - Zapuszczaj silnik. Tam, pod stodołą, załadują ci wóz.
Gdy Felek uruchomił silnik, powstał taki hałas, że wszyscy zerwali się na równe nogi, a szyby w znajdującej się obok chałupie grały jak organy. Zaraz jednak ustała diabelska muzyka. Felek zgasił silnik. W ciszy, jaka zapanowała, żołnierze dźwigali skrzynki, przygotowane do załadunku przez magazyniera amunicyjnego, wachmistrza Burka.
Stałem obok, gotowy do wykonania rozkazu, ale z nosem spuszczonym na kwintę. Przecież jestem właściwie bezbronny -?rozmyślałem. -?Cóż znaczy mój Vis i dwa granaty obronne, zatknięte za pasem? Kierowca ma wprawdzie w kabinie karabin i pięćdziesiąt sztuk amunicji, ale w wypadku natknięcia się na Niemców nie uratuje to przecież sytuacji. Wiedziałem w dodatku, że wdanie się w jakąkolwiek strzelaninę narazi na eksplozję cały mój, jakże cenny, ładunek. Mogłem liczyć, niestety, tylko na szczęście, na to, że jakimś cudem zdołam przemknąć przez linię nieprzyjaciela.
Żebym przynajmniej wiedział, gdzie jest ten nieprzyjaciel, w jakiej sile i co robi. Miałem o tym jednak tylko mgliste wyobrażenie. Po prostu nie znałem rozmieszczenia ani oddziałów własnych brygady, ani oddziałów nieprzyjaciela. Znałem tylko z mapy miejsce postoju dywizjonu -?rejon Skrzydlnej, i cel swojej wyprawy: "Za wszelką cenę dostarczyć amunicję przed świtem!".
Ogarnęło mnie na moment nieprzyjemne uczucie. Czyżby lęk? Tam do licha! Babskie ceregiele, kiedy tam cały dywizjon czeka na amunicję!
-?No co, Felek? Ruszamy! -?zawołałem raźnie, lokując się w kabinie obok kierowcy. W duchu jednak żegnałem się w tym czasie z najbliższymi.
Felek pociągnął za starter -?silnik zaskoczył od razu. Dobry znak! Włączył pierwszy bieg, odpuścił trochę pedał sprzęgła, dodał gazu, później całe sprzęgło... Ursus drgnął. Większy gaz i samochód, obciążony amunicją do granic możliwości, potoczył się z trudem do przodu. Rycząc i stękając ciężko, wyjechał z opłotków za kamienny mostek i stanął. Wyszliśmy z Felkiem i przyświecając sobie latarką, "obwąchiwaliśmy" nasz pojazd.
-?Co on tak ryczy jak smok? -?padło za moimi plecami pytanie. To wachmistrz Pigła nie wytrzymał nerwowo i podbiegł, aby zapytać kierowcę o przyczynę tak niesamowitego ryku.
-?A bo to silniki czołgowe wmontowali i dlatego -?wyjaśnił Felek.
Być może -?pomyślałem. -?Ale ten hałas mnie nie cieszy. Raczej należy wątpić, by Niemcy, na których możemy się przecież natknąć po drodze, przerazili się tego i uciekli.
Spojrzałem na zegarek. Wskazówki pokrywały się ze sobą -?była północ.
Ruszamy. Gaz do dechy. Do pokonania mamy wprawdzie tylko około dwudziestu pięciu kilometrów drogi -?nie wiadomo jednak, jaka to droga i jakimi najeżona niebezpieczeństwami, a dzień na początku września wstaje jeszcze wcześnie.
Niezbyt ciemna noc pozwala prowadzić samochód przy zgaszonych światłach; wstęga szosy widoczna była przed nami na dosyć znacznej odległości.
Silnik ryczy, tylne koła-bliźniaki na masywach dudnią po szosie jak gąsienice prawdziwego czołgu.
Wytężamy wzrok obaj z Felkiem. On przed siebie, ja na boki -?taka umowa.
-?Feluś, przed tym laskiem na prawo -?instruuję, zerknąwszy na szkic.
Jesteśmy na skrzyżowaniu. Wysadzam głowę przez otwartą szybę w drzwiach, usiłuję przeniknąć mrok, który im dalej, tym jest gęściejszy. Niczego podejrzanego nie dostrzegłem. Nie taki widać diabeł straszny...
Droga biegnie teraz pod górkę. Silnik stęka, krztusi się na pierwszym biegu, znowu pełny gaz...
Nagle widzimy coś czarnego w poprzek szosy. Stajemy. Wyskakuję i po skarpie zbliżam się do przeszkody.
Dwa ścięte grube drzewa tarasują drogę. Świeże jeszcze liście świadczą, że niedawno wzniesiono tę barykadę. Zapewne z tego właśnie kierunku spodziewano się czołgów niemieckich. Chyba dotychczas nie przeszły, skoro barykada cała...
Trzeba minąć przeszkodę. Nie bardzo to proste, zwłaszcza z takim ładunkiem.
Wchodzę w rów, przyświecam sobie latarką. Szukam śladów. Są! Bardzo słabo odciśnięte gumy Fiata 508 lub 518.
Pochylony idę śladem -?badam szanse. Na ziemi zamajaczył ciemny kształt. Świecę -?pies. Zabity, krew rozlała się po ziemi. Kto go zabił? Za co?
Przykładam rękę do grzbietu. O zgrozo! Jeszcze ciepły! Pewnie to sprawka nieprzyjacielskich patroli, które gdzieś się tu muszą kręcić. Niedobrze.
Patrzę na zegarek. Wpół do drugiej. Jak ten czas leci!
Wołam Felka.
-?Chyba tędy -?mówię, wskazując rów. -?Zjedziesz ukosem, ale wiesz, z czuciem, tak żeby nie wywrócić wozu i nie zaryć nosem w przeciwległą ścianę rowu, bo wtedy umarł w butach.
Wiedziałem, że łatwiej to powiedzieć, niż wykonać.
Kierowca chyłkiem przeszedł trasę zaplanowanego objazdu.
-?No jak, pójdzie?
-?Zrobi się! -?odpowiada Felek. -?Nie takie rowy przejeżdżałem tym gratem.
Gdyby mnie, kawalerzyście, konia z rzędem ktoś obiecał, nie ucieszyłbym się bardziej niż tym oświadczeniem Felka. Podniósł mnie na duchu tak dalece, że na moment zapomniałem i o wojnie, i o swoim bardzo odpowiedzialnym i ryzykownym zadaniu. Musiałem zapomnieć, skoro kazałem pokonać przeszkodę na zapalonych światłach, co w naszej sytuacji było bardzo lekkomyślne.
Felek, jak przystało na wytrawnego kierowcę, zjechał do rowu na małym gazie, ładnie, ukosem. I tu z tyłu zauważyłem w pewnym momencie, że Ursus zawisł w samym środku rowu na dwóch kołach: prawym tylnym na jednej skarpie, a lewym przednim na skarpie przeciwległej. Aż się przy tym zabujał. Była to chwila najbardziej krytyczna. Struchlałem cały i nogi się pode mną ugięły, jakby były z gumy. Już wyobraziłem sobie rzecz najstraszniejszą -?wóz wywrócony do góry kołami, zadanie niewykonane, amunicja niedostarczona na czas, cały dywizjon rozpoznawczy 10 Brygady skazany na rzeź, a ja, zamiast słów uznania, kto wie, może nawet orderu...
Jednym susem znalazłem się przed samochodem.
Koszmarne myśli przeciął basowy ryk silnika. Felek musiał znowu dać gaz do dechy, bo Ursus aż podskoczył, wyrzucił spod kół fontanny ziemi i wypadł na szosę tak niespodziewanie, że ledwie zdążyłem czmychnąć w bok.
No, nareszcie! Wszystko w porządku. Niestety, nie wszystko. Do dalekich odgłosów ognia artyleryjskiego doszły teraz strzały karabinowe i serie z broni maszynowej w pobliskim lesie. Nad naszymi głowami przeszył ze świstem powietrze pocisk artyleryjski i rąbnął nieopodal za szosą. Jeden, potem drugi, trzeci, czwarty... Nie było na co czekać, wskoczyliśmy do kabiny i nieoceniony Felek nacisnął znowu gaz. Trzy kilometry dalej mijaliśmy drugą podobną barykadę na szosie, później lej po bombie.
Dochodziła druga. Gwiazdy na niebie zaczynały blednąć. Przeszedł mnie dreszcz. Przymknąłem okno. Pewnie zimno. Ale gdzie tam! W kabinie było gorąco od rozgrzanego silnika. Więc chyba nerwy...
Nagle rozległ się skowyt hamulców. Wyrzuca mnie z siedzenia, uderzam o metalową ramę. Na szczęście głowa cała, tylko hełm zadrasnęło. Co za licho znowu? Aha, barykada! To już trzecia. Niech to diabli! Nic chyba z naszej eskapady nie wyjdzie.
-?Dlaczego tak blisko stanąłeś? -?pytam Felka, widząc, że tym razem siedzimy prawie na drzewie. -?Możeś się zdrzemnął?
-?A czy ja wiem? Może...
-?No to cofnij trochę i poczekaj, a ja sprawdzę dla pewności ten rów.
Oszołomiony trochę uderzeniem i zły na Felka, zapomniałem o własnym bezpieczeństwie. Mój Vis tkwił sobie spokojnie w kaburze, a granaty - jak zwykle zabezpieczone -?siedziały zatknięte łyżkami za pasem.
Od pierwszego wejrzenia oceniłem sytuację. Doszedłem do wniosku, że lepiej będzie objechać kawałek lasem, niż narażać wieziony ładunek na wywrócenie. Żeby sprawdzić drogę, zagłębiłem się nieco pomiędzy drzewa. Nie uszedłem więcej niż jakieś piętnaście-dwadzieścia metrów, gdy nagle dobiegło mnie krótkie, ostre:
-?Halt!
W ułamku sekundy zdałem sobie sprawę ze wszystkiego. Jestem na muszce, próba użycia Visa czy granatu byłaby szaleństwem. Jeden nierozważny ruch i tamten położy mnie trupem. Stanąłem. Zza pobliskiej sosny wyszedł ze Schmeisserem gotowym do strzału rosły drab w mundurze feldgrau.
-?Polak?
-?Polak -?odpowiadam, zaskoczony dziwnie swojskim brzmieniem pytania.
-?Wiela was?
-?Ja sam i kierowca.
-?Nie łgaj.
-?Mówię prawdę.
-?A w tanku wiela was tam?
-?To nie tank, to samochód.
-?Gdzie mos myca?
-?W samochodzie.
-?Co wiezies?
-?Żywność.
-?To jadź dalij, ino nie godoj nikumu, żeś mnie tu widzioł.
Powiedziawszy to, cofnął się tyłem za sosnę, trzymając ciągle na biodrze swego Schmeissera.
Zrobiłem przepisowo w tył zwrot i w paru susach znalazłem się przy samochodzie. Wskoczyłem do kabiny. Patrzę, mój Felek śpi sobie w najlepsze na kierownicy. Szarpię go za ramię, z trudem budzę.
-?Felek! Zapuszczaj silnik! Szybko! Już widno się robi!
Rezygnujemy, rzecz jasna, z objazdu lasem. Felek jak poprzednio mija przeszkodę rowem, potem skręca w prawo na szosę.
Niebo na wschodzie jaśniało, artyleria się uciszyła. Pędzimy co sił, aż silnik zaczyna strzelać. Docieramy do rozwidlenia dróg. Konfrontuję miejsce ze szkicem. Tak, to chyba już tu.
Skręcamy w prawo. Nieopodal stoi dobrze zamaskowana armata przeciwpancerna. Poznaję od razu: "trzydziestkasiódemka" z naszego dywizjonu rozpoznawczego. Odetchnąłem z ulgą, zatrzymując się.
Na szosę wychodzi plutonowy Szatkowski, zastępca dowódcy plutonu armat przeciwpancernych. Kilku kanonierów spogląda ciekawie w naszą stronę.
-?Gdzie major Święcicki? -?pytam.
-?Niedaleko, zaraz za tym zakrętem -?odpowiada podoficer, wskazując ręką.
Było już całkiem widno.
Dojeżdżam do stanowiska majora. Felek zatrzymuje wóz. Wyskakuję z kabiny, melduję wykonanie rozkazu. Następuje zrozumiała radość. Tracili już nadzieję.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki