Macocha - Xavier-Henry Aymon de Montépin

Kup ebooka

14.00 zł
12.04 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III.

 

Ksiądz Dubreuil dał znak Caronowi, ażeby zabrał krucyfiks i puszkę z olejami świętemi, następnie wszyscy opuścili chatkę. Caron zamknął drzwi na klucz i wszyscy troje udali się drogą wiodącą do Rosiers.

Folwark ten, jakeśmy już wyżej wspomnieli, leżał w czystem polu, otoczony tylko plantacjami róż, które właściciel tej miejscowości, Piotr Madoux, uprawiał na dość wielkiej przestrzeni. Na ogromnem podwórzu, otoczonem murem, znajdowały się dwa duże budynki, oddzielone od siebie szopami, gdzie składano narzędzia rolnicze, ziemię potrzebną do inspektów, słomianki i doniczki, w których na żądanie przesyłano róże kupującym. W jednym budynku mieściła się stajnia; obora i śpichrz, w drugim zaś mieszkanie Piotra Madoux.

Z przeciwnej strony podwórza znajdowały się cieplarnie i mały pawilonik, w którym mieszkał ogrodnik, wyłącznie zajmujący się niemi.

Mieszkanie właściciela znajdowało się na dole i składało się z pięciu pokojów, na górze zaś mieściły się izdebki i składy. Pierwszy pokój był pokojem jadalnym, w którym gospodarz wraz z czeladzią zasiadał do stołu, dalej zasiadał do stołu, dalej znajdowała się kuchnia, we wzorowym utrzymana porządku. Przez środek budynku przechodziła sień, w której były troje drzwi; pierwsze prowadziły do pokoju sypialnego, drugie do gościnnego, trzecie zaś do niewielkiego pokoiku, służącego za kancelarję.

Weronika zajmowała izdebkę na poddaszu, reszta stała pustkami. Ze służby stałej mieszkali na folwarku tylko ogrodnik, służąca i parobek, innych zastępowano najemnikami.

W chwili kiedy wprowadzamy czytelnika do folwarku Rosiers, ogrodnik i parobek z rozkazu pani udali się na spoczynek, pomimo, iż ich pan dogorywał.

Zegar w pokoju jadalnym wybił godzinę dziesiątą.

Joanna Madoux siedziała przy łóżku umierającego męża, i wpatrując się w twarz jego, słabo oświetloną małą lampką, płakała w milczeniu.

Joanna była jeszcze kobietą młodą, silnie zbudowaną, miała nie więcej nad lat trzydzieści, lecz zmartwienie i trudy około chorego, uczyniły ją starszą przynajmniej o lat dziesięć.

Piotr Madoux dogorywał na chorobę piersiową, i był już opuszczonym przez doktorów. Nic już nie mogło przedłużyć jego życia, dni jego były policzone. Dziewięć lat żyli z sobą, a miłość ich wzrastała coraz bardziej, to też rozłączenie nieuniknione przejmowało okropną boleścią. Biedna kobieta siedziała pogrążona w rozpaczy, wszelkich sił dokładając, by przytłumić łkania. Nagle chory lekko się poruszył, co widząc Joanna, żywo się nad nim pochyliła i drżącym ze wzruszenia, zapytała:

- Czy czego żądasz Piotrze?

Umierający wyszeptał kilka wyrazów, lecz Joanna zrozumiała je.

- Ksiądz proboszcz nie przychodzi...

- Przyjdzie, drogi mężu.

- Ażeby się tylko nie spóźnił...

- Jestem pewna, że już w drodze, ale ta okropna burza mogła go wstrzymać na chwilę; zresztą może był do jakiego chorego wzywany i Weronika go czeka na probostwie.

- Nie chciałbym zejść z tego świata, nie zobaczywszy się z księdzem - z trudnością wymówił chory - powinien się spieszyć, bo czas uchodzi, a śmierć na nikogo nie czeka.

Słysząc te słowa, Joanna nie była już w stanie nad sobą zapanować i wybuchnęła głośnym płaczem.

- Ach! - zawołała z ruchem, jak gdyby buntując się przeciwko przeznaczeniu - dla czego mówisz o zejściu z tego świata? Czyż ja bym mogła być bez ciebie? Ty nie umrzesz, ja nie chcę, żebyś ty umarł!

- Ale Bóg tego żąda, moja biedna żono - wyjąkał umierający, wznosząc oczy ku niebu - a jednak ciężko z tobą się rozstawać, ja ciebie tak kochałem!., i gruba łza stoczyła się po jego wychudłych policzkach.

W tej chwili Joanna usłyszała otwieranie drzwi w jadalnym pokoju.

- To pewno ksiądz idzie - zawołała.

- Idź zobacz.

Joanna pobiegła do drugiego pokoju i zapytała:

- Czy to ty, Weroniko?

- Tak, pani - odpowiedziała służąca - przychodzę z księdzem.

Mówiąc to, Weronika ułożyła na dużym fotelu dziecko znalezione w chatce nadzorcy. Dziewczynka ciągle spała.

Joann" wyszła do sieni na spotkanie księdza Dubreuil i spostrzegłszy go, na nowo wybuchnęła płaczem.

- Ach, księże proboszczu, jakaż ja nieszczęśliwa - wymówiła z trudnością... mój mąż...

Ksiądz wziął ją za rękę.

- Odwagi, Joanno! - powiedział głosem łagodnym i poważnym zarazem.

- Wiem, jak wiele tracisz, ale ufaj Bogu. On, który ci zsyła krzyż tak ciężki, da ci siłę wytrwać pod jego ciężarem.

Joanna schyliła głowę.

- Czy Piotr mnie oczekuje? - mówił dalej ksiądz.

- W tej chwili pytał się o księdza proboszcza i był w obawie nawet, żeby przybycie księdza nie nastąpiło za późno.

- Zaprowadź mnie do niego.

Joanna weszła z księdzem do pokoju umierającego, Madoux zwrócił na niego wzrok już prawie przyćmiony, i głosem, któremu daremnie chciał nadać trochę pewności, wymówił i trudnością te kilka wyrazów:

- Witaj, księże proboszczu; czekałem cię z niecierpliwością... chciałam, byś mnie godnie na tamten świat wyprawił... pragnę się wyspowiadać.

- Gotów jestem, mój synu.

Ksiądz Dubreuil dał znak Joannie, która z Weroniką i Caronem oddaliła się do drugiego pokoju.

Rozpacz biednej kobiety nie miała granic. Zakrystjan i służąca nie starali się nawet jej pocieszać gdyż wiedzieli, że to by było daremne. O dziecku nie wspominano zupełnie.

Ksiądz został sam z chorym. Spowiedź trwała krótko, gdyż żaden grzech większy nie ciążył na sumieniu uczciwego człowieka. Udzieliwszy rozgrzeszenie, ksiądz otworzył drzwi i zawołał Cerona. Zakrystjan nadbiegł a za nim Joanna i Weronika.

Miano udzielić umierającemu Sakramenta święte.

Chory leżał spokojnie, prawie wesoły i uśmiechał się do żony.

Ta smutna i uroczysta ceremonja, trwała zaledwie kilka minut; po jej ukończeniu Piotr wyciągnął rękę do księdza, mówiąc:

- Dziękuję, księże proboszczu - podpisałeś mi już mój paszport - jestem w porządku, jestem zadowolony.

W czasie, kiedy chory wymawiał ostatnie wyrazy, słaby płacz dziecka dał się słyszeć z przyległego pokoju.

Umierający ze dziwieniem począł się posłuchiwać, Joanna zwróciła oczy ku dzwiom.

- Co to fest? - zapytała, zapominając na chwilę o swojem zmartwieniu.

Ksiądz Dubreuil zamienił spojrzenie1 z Weroniką i odpowiedział.

- Pytasz się, co to jest Joanno? - jest on płacz małej dziewczynki.

- Małej dziewczynki? - powtórzyła Joanna ze wzrastającem zdziwieniem.

- Tak.

- Skąd że to? - Jakim sposobem się tu do stała?

- Znaleźliśmy ją, idąc tutaj.

Na dany znak księdza, Weronika wyszła i wkrótce wróciła wraz z dzieckiem. Maleństwo płakać przestało, i małe różowe rączki swoje, wyciągało do służącej.

- To Bóg nam zesłał tego aniołka, proszę pani - mówiła Weronika, podając maleńką istotkę Joannie.

Zdawało się, że niespodziane przybycie tego dziecka przyniosło ulgę Joannie, twarz jej cokolwiek się wyjaśniła., wzięła je na ręce i całując, zaczęła pieścić.

- Aniołku mój śliczny, moja ty pieszczotko malutka. - Poczem zwracając się do męża, dodała: - Mój najdroższy, czemuż ja nie mam dziecka, któreby mi choć w części zastąpiło ciebie., łatwiej by mi było pogodzić się z wolą Bożą.

Umierający zrobił wysiłek, ażeby się podnieść.

- Więc to jest dziecko... księże proboszczu?...

- Tak, mała dziewczynka.

- Czyście ją znaleźli idąc tutaj?

- Tak - odpowiedział ksiądz - znaleźliśmy ją w chatce Carona, gdzie matka ją porzuciła.

- Jakto! matka swe dziecko porzuciła! - zawołała Joanna - ach nieszczęsna... jak mogła podobny popełnić występek? - Cóż ksiądz proboszcz zamyśla uczynić z tem dzieckiem?... - zapytał umierający coraz więcej słabnącym głosem.

- Mam zamiar zabrać je z sobą na probostwo i zawiadomić władzę, jakim sposobem dziewczynka została znalezioną, następnie postaram się wychować ją po chrześćjańsku, i choć po części zastąpić jej rodziców.

- W takim razie, książę proboszczu - mówił dalej Piotr - nic nie stoi na przeszkodzie, ażeby zawiadomić władzę, lecz zarazem oświadcz, że dziecko powierzone zostanie Joannie Madoux, mojej kochanej żonie, która ją będzie kochać i wychowywać jak własną córkę.

Promień radości przemknął po zapłakanej twarzy Joanny.

- Ach Piotrze - zawołała - więc ty byś chciał?

- Tak, chciałbym słyszeć, jeszcze przed śmiercią, że będziesz matką dla tego dziecięcia.

- Przysięgam ci to, Piotrze, ale czy ksiądz proboszcz zechce mi je powierzyć?

- Powierzę ci tę dziewczynkę bez obawy, Joanno, bo wiem, że będzie w dobrych rękach - odpowiedział proboszcz - za dobry uczynek, który ci Piotr doradza, Bóg go wynagrodzi.

- Już jestem wynagrodzony - odpowiedział umierający - choć by dla tego tylko, że moja kochana Joanna nie zostanie samą na świecie. Podajcie di dziecko, niech ją ucałuję.

Joanna przyłożyła twarzyczkę dziecka do drżących ust swego męża, który ją dwukrotnie ucałował.

- Ona jest dzieckiem przybranem folwarku Rosiers - mówił już głosem gasnącym - nazwijcie ją Różą.

Głowa umierającego osunęła się na poduszkę.

Joanna z przerażeniem nachyliła się nad nim, myśląc, iż osłabienie to jest oznaką zbliżającej się śmierci.

- Niech odpocznie trochę - powiedział ksiądz Dubreuil - to tylko zmęczenie, chwila rozstania dla was jeszcze nie nastąpiła. Chodź Joanno, mam z tobą do pomówienia.

Joanna oddała uśpione dziecko Weronice, i wyszła z księdzem do wspólnej sali.

- Chcę z tobą o tem dziecku pomówić i wyjaśnić ci niektóre szczegóły - mówił proboszcz.

- Jakie mianowicie? - zapytała Joanna.

- Caron, Weronika i ja znamy matkę twojej przybranej córki.

- Ksiądz proboszcz ją zna! - zapytała z niepokojem - ale w każdym razie, ona może przyjść i dziecko odebrać.

- Nie obawiaj się, nie uczyni tego. - Lecz czy ksiądz proboszcz tego pewien?

- Najzupełniej.

- Jak się ta kobieta nazywa?

- Nie mogę ci tego powiedzieć.

- Dla czego?

- Bo przysięgliśmy z ręką na krzyżu, że nigdy jej nazwiska nie wydamy.

- Jeżeli tak, to już się więcej pytać nie będę.

- Mała dziewczynka należy do ciebie w zupełności - ciągnął dalej ksiądz Dubreuil - możesz ją kochać i wychowywać jak swą własną córkę, nie mówiąc jej jednak nigdy, że jest dzieckiem przybranem; dopiero gdy dojdzie pełnoletności, będzie twoim obowiązkiem powiedzieć jej prawdę.

- A jeżeli się zapyta o swoją matkę?

- Odpowiedz, że jej nie znasz. Caron, Weronika i ja dochowamy przysięgi, ale ty powinnaś mi przysiądz, że nic jej nie powiesz, póki nie skończ; dwadzieścia i jeden lat.

- Przysięgam, księże proboszczu.

- Dziękuje ci, Joanno - odpowiedział ksiądz - i obracając się do małej dziewczynki, która spokojnie spała na kolanach Weroniki, powiedział: - Błogosławię cię w imię Boga, który ci nie dał zginąć, ale oddał w dobre ręce, gdzie znajdziesz przytułek i miłość macierzyńską; rośnij w bojaźni Boskiej, bądź uczciwą, bądź szczęśliwą.

Po chwili milczenia, zwracając się do Joanny, rzekł:

- Wróć teraz do męża, a ja z Caronem i Weroniką przedsięweźmiemy pewne kroki, tyczące się przyszłości dziecka.

Joanna ucałowała małą dziewczynkę, mówiąc: - drogie dziecię, będę cię kochać nadewszystko, bo ty mi tylko pozostaniesz, i ty jedno możesz mi ulgę przynieść w mojem strasznem cierpieniu. Ja ci zastąpię najlepszą matkę. - Po tych słowach opuściła salę, i udała się do męża.

Ksiądz, Caron i Weronika zostali sami. Ksiądz zażądał papieru i pióra, i usiadłszy przy stole zaczął pisać pospiesznie; ukończywszy, przeczytał co następuje:

"My niżej podpisani zaświadczamy, iż odebraliśmy dziecko płci żeńskiej, z rąk Eugenji Daumont, która miała zamiar porzucić je na drodze. Dziecię to zanieśliśmy do folwarku Rosiers, gdzie adoptowane zostało przez Joannę Madoux w merostwie d'Orry-la-Ville, pod imieniem Pauliny Dauberive, jako zrodzone z ojca Gastona Dauberive i matki niewiadomej, w rzeczywistości jednak dziecię jest córką Gastona Dauberive i Teresy Daumont, młodszej córki Eugenji Daumont. Dziecku temu nadaliśmy imię Róża.

Potwierdzamy i podpisujemy tę deklarację, ażeby dziecko mogło być kiedyś oddane ojcu i żeby zabezpieczyć jego przyszłość, jeżeli okaże się tego potrzeba, w nieprzewidzianych wypadkach. Działo się na folwarku Rosiers, w gminie Sucy-en-brie, w nocy s d. 16-go na d. 17 listopada r. 1867-go".

- Czy potwierdzacie to, moje dzieci? zapytał się ksiądz.

- Potwierdzamy w zupełności - odpowiedzieli razem Caron i Weronika.

- Trudno przewidzieć przyszłość, ale należy pamiętać, by w razie śmierci pani Madoux, dziewczynka mogła inne zająć stanowisko, aniżeli dziecka znalezionego.

- Może za mąż wyjść zechce - przerwała Weronika...

- Nawet nic nie przewidując - mówił dalej proboszcz - jest rzeczą pewną, że wypadek podobny może się zdarzyć, i na nas ciąży obowiązek, wyjawić w przyszłości Róży, prawdziwe jej pochodzenie. Dla tego poczyniłem odpowiednie kroki. Podpiszemy wszyscy tę deklarację, następnie przyłożę na niej pieczęć parafjalną i przechowam starannie na probostwie. W razie mojej śmierci dokument ten przejdzie w ręce Weroniki. Znajdziecie go między mojemi papierami w kopercie do niej zaadresowanej. Pamiętajcie jednak o tem, ażeby Róża nigdy się nie dowiedziała od was albo z waszej przyczyny nazwiska swej matki. Przyrzekłem to tej kobiecie, a i wy także związani jesteście przysięgą.

- Przysięgę tę dotrzymamy, księże proboszczu.

- Podpiszcie się więc.

Caron podpisał dokument, następnie podał pióro Weronice, które dużemi, nieforemnemi literami wypisała swoje nazwisko.

- No, skończyłam - powiedziała - a teraz zagrzeję trochę mleka, ażeby to biedactwo małe napoić.

W tej chwili krzyk przerażający dał się słyszeć, i Joanna Madoux wpadła do sali.

- Nie żyje! już nie żyje mój Piotr - jęczała przez łzy - Boże mój, daj i mnie umrzeć i odejść z nim razem.

- Joanno, córka moja - pocieszał ją ksiądz - zabierz odwagi, zostaje ci przecież jeszcze dziecko przybrane, które wychować i kochać będziesz, dla niego żyć powinnaś. I zaprowadził biedną kobietę do pokoju nieboszczyka. Caron i Weronika pospieszyli za nimi.

Ksiądz przybliżył się do łóżka zmarłego i przymknął mu powieki, następnie obrócił się do zebranych i powiedział:

- Uklęknijmy i módlmy się za tego poczciwego człowieka, który był tak pracowitym, prawym i dobroczynnym. - Wszyscy uklękli, a ksiądz zaczął odmawiać modlitwy za umarłych.

Na trzeci dzień odbył się pogrzeb Piotra Madou

x z udziałem wszystkich mieszkańców wioski. Po ukończeniu ceremonji żałobnej, ksiądz oddał Joannie dokument, przyznający jej w zupełności małą dziewczynkę, i protokół znalezienia jej, spisany w merostwie i podpisany przez niego, Carona i Weroniką z zaświadczeniem podpisów przez mera. Odtąd mała Róża została córką Joanny Madoux właścicielki folwarku Rosiers.

 

* * *

 

Cofnijmy się teraz o dwa lata wstecz, a ponieważ nic nas nie obowiązuje do zachowania tajemnicy Eugenji Daumont, opowiemy więc naszym czytelnikom wypadki, poprzedzające tę noc okropną.

Była to po południu w październiku r. 1865-go Młody człowiek, mający najwyżej dwadzieścia pięć lat wieku, wdzierał się po spadzistej ulicy Martirs, korując się ku alei Trudaine. Szedł ze spuszczoną głową, a w jego wyrazistych rysach malowało się głębokie zamyślenie. Czarna broda, starannie utrzymaną, okalała twarz jego, miał na sobie paltot, zapięty pod szyję, a na głowie mały filcowy kapelusz, zawadjacko usunięty na prawe ucho.

Przy końcu Alei Trudaine obrócił się w prawo i wszedł na ulicę Bochard-de-Saron. Uszedłszy kilkadziesiąt kroków, zatrzymał się przed pięknym, nowo zbudowanym domem, następnie wszedł do sieni w głębi której znajdowało się mieszkanie odźwiernego. Uchyliwszy drzwi, zapytał:

- Panie Ribot, ozy Gaston Dauberive jest u siebie?

- Jest, Panie Pawle - może pan iść na górę.

Młody człowiek zamknął drzwi, i po schodach froterowanych dostał się na trzecie piętro. Na drzwiach przy których się zatrzymał, przybita była tablica z czarnego drzewa, na której wpisane było złotemi literami "Pracownia " Tutaj, nie dzwoniąc, przycisną! klamkę i wszedł do niewielkiego przedpokoju skromnie umeblowanego. Z przeciwnej strony znajdowały się drugie drzwi, zasłonięte ciężką portjerą, uchylił ją i wszedł do obszernej pracowni artysty.

Ściany ciemno-czerwone były prawie zupełnie zakryte gipsowemi i glinianemi biustami i figurami, rysunkami, wzorami, wschodniemi materjami i starą zniszczoną, zardzewiałą bronią.

Było to wszystko oryginalne, nawet zajmujące, ale nie wielkiej wartości.

Umeblowanie składało się z szaf spróchniałych, wytartych sof, kilku krzeseł, stoików i innych sprzętów przydatnych tylko w pracowni rzeźbiarza.

Młody człowiek, ubrany w szare spodnie, w czerwonej flanelowej bluzie i w białym berecie na głowie, stał przed niskim stołkiem i, trzymając w rękach glinę, nadawał jej kształty kobiety.

Tym młodym człowiekiem był Gustaw Dauberive, uczeń szkoły sztuk pięknych. Wysoki i dobrze zbudowany, blondyn, z różową cerą i jasnym wąsikiem, przytem elegancki, uchodził powszechnie za ładnego chłopca, o czem aż nadto dobrze sam był przekonany.

Paweł, wchodząc do pracowni, podniósł ręce w górę, udając ogromne zdziwienie.

- Co ci się stało? - zapytał Gaston - czegoś taki zdziwiony?

- Jak to, ty pracujesz? Gaston pracuje! Oczom swoim wierzyć nie chcę, a może to chwilowe tylko złudzenie, zresztą możeś ty chory? - Artysta zrobił ruch nakazujący milczenie przybyłemu, i powiedział:

- Nie rób hałasu i nie krzycz tak. Usiądź lepiej przy mnie, i tymczasem kiedy ja pracował, pogawędzimy trochę.

 

II.

 

Domek ten zbudowany z ciosowego kamienia, pokryty darniną, obejmował przestrzeń mającą około czterech metrów kwadratowych. Wnętrze jego zapełniały taczki, miotły, szpadle, motyki i dwie duże konewki do polewania, w kącie zaś było posłanie z liści i słomy, na którem w czasie wielkich upałów odpoczywał nadzorca.

Wszyscy troje przestąpili próg z odzienia woda lała się strumieniami. Błyskawice nieustannie się powtarzały, uderzenia piorunów wzmagały się coraz i więcej.

Ksiądz popchnął drzwi i rzucił się na kolai, mówiąc głośno:

- Módlmy się, moje dzieci, módlmy się za tego biedaka, który tam zrozpaczony, może już umiera... Nie doczekawszy się pociechy, może myśli, i go Bóg opuścił; módlmy się gorąco, by Bóg zlitował się nad umierającym.

Weronika i Caron uklękli przy księdzu i powtarzali za nim głośno słowa modlitwy.

Wycie wiatru, plusk deszczu i nieustająca grzmoty, wtórowały pogrążonym w modłach.

Nagle ksiądz przerwał modlitwę i zaczął s:ę czemuś przysłuchiwać; zdawało mu się, iż słyszy szmer na drodze, co mogło być tylko złudzeniem wyobraźni. Za chwilę jednak przekonał się, iż się nie mylił, gdyż najwyraźniej dały się słyszeć kroki i od głos jęków, czy narzekań niesionych wiatrem. Weronika i Caron modlili się ciągle, nie zwracali więc: żadnej uwagi na to, co się około nich działo.

Kroki coraz więcej się zbliżały l jęki stawał; się wyraźniejsze. Tym razem nie uszło to już uwaga Weroniki. Głosem drżącym z przerażenia zawołała:

- Księże proboszczu, czy ksiądz słyszy?

- Cóż takiego? - zapytał się dozorca.

- Cicho! - przerwał im ksiądz.

Stąpanie dało się słyszeć tuż przy domku.

- Widocznie, przy drzwiach ktoś się zatrzymał - pomyślał ksiądz. I na nowo zaczął się przysłuchiwać.

Słowa niewyraźne, urywane dochodziły jego uszu, lecz znaczenia ich niepodobna było zrozumieć. Zdawało się chwilami, iż to tylko wycie wciskającego się wiatru, przez szpary niedomkniętych drzwi. A jednak były to słowa.

Caron i Weronika drżeli, przewidując coś nadzwyczajnego. Wyraźnie już dochodziły ich wyrazy wymawiane stłumionym głosem.

- Przekleństwo Boże ciąży nademną, w powietrzu, którem oddycham, na ziemi, po której stąpam, na dziecku, które niosę...

Było coś tak przerażającego w tych słowach, że słuchających dreszcz przeszedł.

- Cicho! - powtarzał ksiądz cicho, słuchajmy.

Na raz wiatr zawył gwałtownie, zdawało się, że domek runie, i w tejże chwili przy świetle błyskawicy ujrzeli kobietę stojącą na progu, okrytą długim płaszczem, z dzieckiem na ręku. Ksiądz Dubreuil, Caron i Weronika podnieśli się z osłupieniem, które łatwiej można zrozumieć, aniżeli opisać.

Dziwne zjawisko, ze schyloną głową, wsunęło się do wnętrza chatki, w której grobowa zapanowała cisza.

Burza zaczynało się już uspokajać, a grzmoty coraz słabiej dawały się słyszeć w oddaleniu.

Nieznajoma podniosła głowę, ale ciemność otaczająca ją, nie pozwoliła jej ujrzeć cośkolwiek, była przekonaną, że jest samą; bezwiednie prawie wypowiadała swe myśli głośno, które przez obecnych były jak najwyraźniej słyszane.

- Nie pójdę dalej, siły moje zupełnie już wyczerpane, odwaga mnie opuściła. Złożę tutaj to dziecko przeklęte, ażeby je nigdy już nie zobaczyć, żeby mi nie przypominało więcej wstydu mego i hańby. Pozwoliłam ci żyć, ale wolałabym, żeby cię śmierć jak najprędzej zabrała i żeby można tajemnice przeszłości razem z tobą zamknąć w grobie.

Wypowiedziawszy te słowa, pochyliła się i położyła dziecko na ziemi, które wydało słaby okrzyk.

Tymczasem ksiądz już o tyle oswoił się z ciemnością, że mógł rozeznać otaczające przedmioty.

Przybliżył się do kobiety, i położywszy rękę na jej ramieniu, powiedział surowo:

- Nieszczęśliwa istoto, jakiż straszny występek chcesz popełnić!

Usłyszawszy te słowa i uczuwszy dłoń na ramieniu, kobieta ta, z przerażenia nie miała nawet siły krzyknąć i oniemiała z przestrachu. Ksiądz czuł, iż całem ciałem drżała.

- Zapal latarkę, Caronie - odezwał się ksiądz do zakrystjana - trzeba nam się koniecznie dowiedzieć, co to za jedna ta niegodziwa matka, która chce swoje dziecko porzucić, życząc mu śmierci.

Caron wyciągnął blaszane pudełko z kieszeni, dzięki któremu zapałki nie przemokły, i za chwilę wnętrze chaty zostało oświetlone.

Ksiądz spojrzawszy na twarz kotlety, nie mógł się wstrzymać od okrzyku zdziwienia i zgorszenia zarazem.

- Eugenja Daumont! - zawołał - cofając się ze zgrozą, jak to?... więc to ty?

To poruszenie oswobodziło kobietę, nie skorzystała jednak z tej chwilowej wolności, ażeby uciec. Stała blada jak widmo, z drżącemi ustami, lecz nagle poruszeniem szybkiem jak błyskawica, sięgnęła za stanik i, wyciągając stamtąd mały sztylecik, skierowała go do serca.

Lecz ksiądz odgadł jej zamiar, i w chwili gdy koniec sztyletu dotykał się już ciała, uchwycił ją za rękę.

- Nie dodawaj nowej zbrodni do tej, którąś już popełniła! - zawołał tonem nakazującym.

Weronika nachyliła się ku dziecku, które leżało na ziemi i wzięła je na ręce.

- Na miłość Boską, pozwólcie mi umrzeć! - zawołała Eugenja z najwyższą rozpaczą, może zanadto teatralną. Ja nie chcę żyć! Nie mogę już żyć dłużej!

Ksiądz Dubreuil wyrwał jej broń z zaciśniętej dłoni i odpowiedział:

- Podwójna zbrodnia! W imię tego Boga, którego sługą jestem, rozkazuję ci żyć!...

- Nie gub mnie, księże proboszczu, nie gub mnie! - zawołała Eugenja prawie z szałem, jeżeli nie prawdziwym, to przynajmniej doskonale udanym.

- Przysiąż mi, księże, ze mnie nie wydasz, gdyż inaczej stracę honor, będę zgubioną... wolę sobie głowę rozbić o te kamienie, aniżeli żyć z takim wstydem.

- Cudzołożnico i zabójczym dziecka własnego! - zawołał ksiądz, - chcesz dzieło twoje uwieńczyć jeszcze samobójstwem!...

- Księże, nie nazywaj mnie tym strasznym wyrazem - przerwała Eugenja, - nie potępiaj mnie niewinnie... to dziecko... nie moje!

- Czemuż więc na wzmiankę o niem, mówisz o wstydzie?

- Ponieważ ono przynosi wstyd nazwisku, które noszę, nazwisku mego męża...

- Więc któż jest winnym?

- Teresa... to ona nieszczęsna zapomniała o swych obowiązkach...

- Jakkolwiek błąd jest wielki, małżeństw? może go naprawić...

- Nigdy! - zawołała Eugenja z uczuciem najwyższej zgrozy - nigdy! To rzecz niemożliwa!

- Dla czego?

Eugenia milczała.

- Jest w tem coś dla mnie niezrozumiałego - rzekł ksiądz głosem poważnym. - Ale to coś musi być wyjaśnione...

- Ja chcę, powinienem to wiedzieć... Mów!...

- Za nic!...

- Musisz powiedzieć!...

- Nigdy!...

- Musisz powiedzieć... rozkazuję ci jako kapłan... Nie zwierzenia, ale spowiedzi żądam od ciebie. Powiedz mi prawdę zupełną. Być może, że zdołam oszczędzić ci ciężkiej boleści i wyrzutów sumienia. Nie zapominaj, że jestem przyjacielem wszystkich twoich, że twój ojciec i matka mają we mnie zaufanie, że ja błogosławiłem ich związek małżeński. Pamiętaj, że Bóg mi dał władzę przebaczenia, jeżeli na nie zasługujesz, ale żeby zasłużyć, potrzeba szczerości i żalu.

- Tak... - szeptała Eugenja ze łkaniem w głosie - widocznie złamana i przekonana, powiem... wszystko - lecz...

- Lecz co? - zapytał ksiądz.

- Nie jesteśmy sami - i wzrok jej skierował się ku Caronowi i Weronice.

Burza ustała, a przynajmniej oddaliła się, błyskawice powtarzały się mniej często, deszcz padał coraz mniejszy.

Ksiądz dał znak zakrystjanowł i służącej z Rosiers i oboje wyszli z chaty dróżnika. Poczem zamknął za nimi drzwi i usiadł na taczce obok kobiety klęczącej.

- Otwórz mi swoją duszę, moje dziecko - powiedział półgłosem - słucham cię i Bóg nas słyszy. Lecz przedewszystkiem pomódlmy się.

Eugenja pomimo widocznego wzburzenia, wypowiedziała kilka słów modlitwy, poczem podniosła głowę i głosem z początku drżącym, który jednak coraz więcej nabierał pewności, rozpoczęła swą spowiedź, a raczej opowiadanie.

Nie czas wyjawić je czytelnikom, następne wypadki wyjaśnią je lepiej od nas. Rozmowa księdza Dubreuil z penitentką trwała około dwudziestu minut a jednak czas ten, stosunkowo krótki, Weronice i za krystjanowi wydał się nieskończonym. Oboje niecierpliwili się niezmiernie.

- Ależ to się nigdy nie skończy - mruczała służąca z Rosiers, kołysząc na rękach uśpione dziecko. - Noc upływa i mój biedny pan może umrze - nie doczekawszy się rozgrzeszenia. Lepiej byłoby zaćjąć się nim, niż tą kobietą, której nic nie grozi.

W tej chwili drzwi chaty uchyliły się i proboszcz wezwał Weronikę i Carona. Eugenja Daumont stała, zakrywszy twarz rękami. Ksiądz wziął krzyż leżący na puszce ze świętemi olejami, i zwróciwszy go L obecnym, rzekł głosem poważnym.

- Na imię Chrystusa przysięgnijcie zapomni o tem wszystkiem, co tu się stało tej nocy. Przysięgnijcie, że nie będziecie nawet pamiętać imienia, które wymówiłem, spostrzegłszy tę oto osobę. Przysięgnijcie, że nikomu w życiu swojem nie powtórzycie tego, coście tu widzieli i słyszeli, przynajmniej dopóki nie uwolnię was od przysięgi.

Zakrystjan i służąca podnieśli prawe ręce i odpowiedzieli:

- Przysięgamy, księże proboszczu.

- Przysięgnijcie, że nie odkryjecie nikomu, w jaki sposób to dziecię, które ty Weroniko trzymasz w tej chwili, przeszło z rąk pani do twoich.

- Więc ]a je mam zatrzymać? - zapytała służąca z Rosiers.

- Zobaczymy jeszcze... Żądałem od was, byście milczeli o wszystkiem, coście tutaj widzieli... teraz żądam od was drugiego zobowiązania.

- Przysięgamy, że będziemy milczeć, księże proboszczu! - zawołali razem Weronika i Caron.

- Jeżeliby kiedykolwiek zapytywano was o to dziecię, które odtąd pozostanie z nami, nie powinniście udzielać najmniejszej nawet wskazówki.

- W jakichkolwiek okolicznościach zapytywano by mnie o to, nie powiem ani słowa - odpowiedział Caron.

- A ja, prędzej pozwolę sobie uciąć język, niż powiedzieć cokolwiek - odrzekła Weronika.

- Dobrze - rzekł ksiądz - jestem spokojny wierzę w przysięgę, którą wykonaliście przed Bogiem.

Poczem zwróciwszy się do Eugenji Daumont, której pochylone czoło i cała postawa wyrażały zgnębienie moralne i fizyczne - dodał:

- Czy słyszałaś, moja córko?

- Słyszałam, ojcze - odrzekła głosem drżącym Możesz się więc oddalić już bez obawy.

- Lecz czy będę wiedzieć co stanie się z tem dzieckiem? - zapytała Eugenja.

- I po cóż? - odrzekł ksiądz z pewną goryczą. - Czyn, który chciałaś popełnić, opuszczając tutaj to biedne dziecię, nie dowodzi, by obchodziła jego przyszłość. Przecież pragnęłaś jego śmierci!

- Niestety, prawda, księże proboszczu, lecz dzięki Bogu, słowa twoje wykazały mi całą niegodziwość mego postępowania natchnęły mię żalem...

- Oddal się, moja córko - powtórzył ksiądz Dubreuil - postąpię, jak mi nakazuje sumienie.

Eugenja Daumont skłoniła się w milczeniu i postąpiła ku drzwiom chatki, lecz zamiast się oddalić wróciła się jeszcze do księdza, błagalnie do niego, wyciągając ręce i tym samym tonem teatralnym za wołała:

- Ojcze mój, nie powiedziałeś mi, czy wina moja została zmazaną.

- Wzywałem dla ciebie miłosierdzia Boskiego - odpowiedział ksiądz Dubreuil - idź w pokoju.

Zagadkowa istota nie spodziewała się podobnej odpowiedzi. Oddaliła się z szybkością w stronę Varenne-Saint-Hilaire, i w kilka sekund zniknęła w ciemności. Zaledwie jednak przebiegła z pięćdziesiąt kroków, obróciła się na nowo w stronę chatki, i wygrażając pięścią, zawołała głosem syczącym:

- Przeklęte dziecko, tajemnica twego pochodzenia, będzie dobrze przechowaną, niczego nadto nie żądam. Nie istniej nigdy dla twojej matki, jak również i ona dla ciebie nie istnieje.

Następnie pobiegła dalej, zatrzymując się dopiero na dworcu kolei w La Veren.

 

V.

 

Dowiedzieliśmy się, że przyjaciel Gastona Dauberive, miał na imię Paweł, nazwisko zaś jego było Gaussin.

Opuściwszy mieszkanie rzeźbiarza, udał się na ulicę św. Marka, gdzie na piątem piętrze zajmował mały pokoik, jak najskromniej umeblowany. Zaopatrzywszy się w potrzebne papiery, poszedł do lombardu zastawić zegarek rzeźbiarza. Otrzymawszy zań sto pięć franków, wyjechał tego jeszcze wieczoru do Joigny.

Ale wróćmy do Gastona Dauberive. Młody artysta niezaprzeczenie wielki miał talent, był pełen zapału i oryginalności, ale zbyt wielka liczba pracowników na tem polu, większa, aniżeli na jakiemkolwiek bądź inniem, utrudniała bardzo zbyt prac, nawet po cenie najumiarkowańszej.

Stąd też pochodziła skłonność jego do lenistwa.

- Po cóż ja mam pracować - myślał - kiedy prócz wydatków i zmęczenia, innej nie mam korzyści? - I zamiast brać się do pracy, siadał z krótką fajeczką na sofie i marzył, albo z papierosem w ustach wychodząc na spacer, ścigał ładne dziewczęta.

Będąc wybitnym uczniem szkoły sztuk pięknych, marzył o sławie i zaszczytach; zdawało mu się, iż wkrótce zyska rozgłośne nazwisko, a z niem i majątek. Rzeczywistość jednak przyniosła mu rozczarowanie.

Zamówienia korzystne dostawały się nie początkującym artystom, ale tym, co już głośnie nosili nazwiska. A tu potrzeba było żyć. Mająteczek, który młody artysta posiadał, był zbyt mały, ażeby mu wystarczał, zmuszonym był więc przyjmować roboty, nie mogące dać mu rozgłosu. Zarabiał tylko tyle, że mu wystarczało na opłacenie komornego i na bardzo skromne utrzymanie. Życie hałaśliwe, nużące niektórych jego kolegów, nie nęciło go. Wstrętne były dla niego awantury i nocne orgje, z których się wychodzi zniszczonym fizycznie i moralnie. Jak wszyscy młodzi ludzie, miewał wiele miłostek przelotnych, nigdy w nich przecież nie doszedł aż do utraty poczucia własnej godności. Jego usposobienie artystyczne i dusza przejęta ideałem, domagały się miłości rzeczywistej, czystej a wyobraźnia oddawna utworzyła idealny typ kobiety, mogący jedynie zawładnąć w całości jego sercem. Otóż ten typ wymarzony, znalazł teraz w postaci młodej blondynki z niebieskiemi oczyma, podpatrywanej od trzech dni w oknie przy ulicy Bochard-de-Saron. Pokochał też ją całą siłą swej duszy i całą namiętnością, w której się pogrążył i którą się upajał z rozkoszą.

Zaledwie Paweł Gaussin opuścił pracownię, Gaston gorączkowo wziął się do pracy, czerpiąc natchnienie w widoku postaci, która znowu ukazała się w oknie. Ale kilka słów przyjaciela utkwiły w jego umyśle, i pomimo zajęcia wywoływały oderwane uwagi.

- Paweł ma rację - mówił do siebie - powinienem zasięgnąć o niej wiadomości... Na cóż się przyda kochać, jeżeli miłość moja nie może mieć widoków... jeżeli ma napotkać przeszkody nie do przebycia? Przeszkody! - dodał po chwili milczenia - czyż są takie, których by nie można zwyciężyć? Człowiek kochający prawdziwie, łamie je... jeżeli je spotkam, czuję w sobie dość siły do walki. Ale potrzeba najprzód upewnić się, że mogę mieć nadzieję wzajemności,.. Lecz kto ona jest? muszę się dowiedzieć i to niezwłocznie... nie potrzebuję do tego pomocy Pawła... zapytam się sam i to natychmiast.

I młody rzeźbiarz wstając od stołu, spojrzał w okno, w którem jego ubóstwiony model pozował mu bezwiednie, lecz ze zdziwieniem spostrzegł po raz pierwszy tuż obok swego ideału kobietę drugą, mogącą mieć około lat czterdziestu.

- Kto to może być? - szeptał, wpatrując się jej z uwagą. - Nie obca, która przyszła z wizytą, bo niema na głowie żadnego ubrania. A więc chyba matka... rzeczywiście nawet podobna... ale znowu wygląda tak młodo, że może być nawet starszą siostrą. Dlaczego ja przedtem nigdy jej nie widziałem? Ach, młodsza podnosi się i obie oddalają się od okna.., wychodzą z pokoju. Ta matka czy siostra starsza, jakkolwiek jest piękną, jednak mi się nie podoba... twarz surowa, postawa dumna, oczy jakieś złośliwe.

Gaston wpatrywał się jeszcze w okno, gdy spostrzegł znowu młodszą blondynkę w kapeluszu na głowie i ubraną do wyjścia.

- Wychodzi i zdaje się sama... A gdybym poszedł za nią?...

I rozmawiając z samym sobą, Gaston odszedł od okna i skierował się do pokoju sypialnego, by zmienić ubranie. W tej chwili dźwięk dzwonka u drzwi przedpokoju wstrzymał go u progu.

- Żeby go djabli wzięli - powiedział ze złością - w czas wybrał się ktoś z wizytą!

Poszedł jednak otworzyć.

Gościem, który tak niespodziewanie przeszkodził mu spełnić powzięte postanowienie, był mężczyzna lat niezdecydowanych, bliższy przecież drugiej niż pierwszej młodości, ubrany bardzo starannie lecz czarno, ogolony skrupulatnie, w białym krawacie i z wstążeczką legji honorowej. Artysta wziął go za urzędnika sądowego.

- Musiał zapewne omylić się - myślał, witając go - nie mam przecież żadnych stosunków z sądem.

- Czy z panem Gastonem Dauberive mam przyjemność mówić? - zapytał przybyły.

- Tak jest...

- Może mi pan udzielić kilka chwil rozmowy?

- Raczy pan wejść - odpowiedział Gaston, usuwając się i wprowadzając gościa do przedpokoju. - Służę panu.

- Przyszedłem prosić pana o podjęcie się pewnej pracy.

- Czy rzeźbiarskiej?

- Tak jest.

- W takim razie raczy pan wejść do pracowni - odrzekł artysta, podnosząc portjerę, zasłaniającą wejście do drugiego pokoju.

Przybyły przestąpił próg, i ciekawem okien zaczął rozglądać się po pracowni. Gaston pospiesznie zbliżył się do rozpoczętego biustu i nakrył go płótnem.

- Raczy pan spocząć - rzekł, wskazując fotel.

- Wiem - rzekł nieznajomy - jak drogi jest czas dla artysty, nie będę też go panu zabierać i przystępuję do rzeczy. Ale nim wypowiem cel mego przybycia, pragnąłbym uczynić jedno pytanie.

- Owszem.

- Czy to pan robił biust hrabiny de Preval Beaulieu?

- Tak, ja go robiłem.

- Szczerze więc panu winszuję. Posiada pan wielki talent. Podobieństwo bardzo dokładne i wykonanie zasługuje na największe pochwały. Masz pan przed sobą przyszłość świetną.

- Pan zbyt pochlebnie sądzi - przerwał Gaston, przyjemnie połechtany temi pochwałami.

- Jestem tylko sprawiedliwym. A teraz przystępuję do celu mojej wizyty. Zresztą pan już zapewne domyśla się, o jakiego rodzaju pracę chcę prosić.

- Zapewne o biust? - odrzekł Gaston.

- Tak, a raczej o posąg w połowie wielkości naturalnej.

- Osoby pańskiej?

- Nie, osoby, która mi była bardzo drogą, a którą utraciłem - odpowiedział przybyły ze wzruszeniem.

- Czy mam przez to rozumieć, że osoba ta nie żyje? - zapytał rzeźbiarz.

- Tak jakby nie istniała...

- W takim razie jakież wskazówki mieć będą w mojej pracy?

- Sądziłem, że fotografja i obraz olejny będę dostateczne.

- Zapewne, że będą wielką pomocą, niełatwo jednak przyjdzie przezwyciężyć trudności.

- Musimy je zwalczyć.

- Będę się starać, ale nie mogę być pewnym zupełnego powodzenia tak, jak byłbym nim, widząc model przed sobą.

- To zbyt wielka skromność. Talent tak wielki jak pański, przezwycięża wszelkie przeszkody.

- Pan ma zbyt pochlebne o mnie przekonanie... zresztą uczynię niegodnym pańskiego zaufania.

Nieznajomy sięgnął ręką do kieszeni i wyjął teczkę, w której okazał fotografję formatu gabinetowego.

- Oto jest portret osoby, której pragnąłbym mieć posąg.

- Odbitka doskonała - rzekł Gaston - i zdaje się, powinna być podobną.

- Najzupełniej... jak żywa! Otóż, ona dla pana wskazówką dostateczną?

- Lepszą, niż przypuszczałem.

- Zresztą, jeżeli to panu nie wystarczy, mogę przysłać portret olejny wielkości naturalnej.

- Być może że się przyda.

- Czy mam go przysłać do pana?

- Pragnąłbym najprzód zobaczyć go.

- Bardzo łatwo, zechce pan tylko przybyć do mnie. Oto moja karta.

I nieznajomy wręczył swój bilet wizytowy, na którym artysta wyczytał napis: René de Lorbac. Profesor medycyny uniwersytetu paryskiego. Ulica Linné nr. 15-ty.

Gaston, przeczytawszy adres, rzekł:

- Będę miał zaszczyt złożyć moje uszanowanie.

- Będzie mi bardzo przyjemnie... Więc pan przyjmuje pracę, o którą pana proszę?

- Tak, przyjmuję.

- Kiedyż pan rozpocznie?

- Od jutra.

- A kiedy może pan ją ukończyć?

- To zależy od okoliczności. Czy ma pan termin oznaczony?

- Muszę pana objaśnić, że na cmentarzu Montparnasse kazałem budować grób familijny. Posąg postawiony będzie na piedestale, którego rysunek panu wręczę. A ponieważ odkrycie pomnika odbędzie się w styczniu, pragnąłbym, ażeby i statua była gotową w tym czasie.

- Zaledwie trzy miesiące! - zawołał Gaston przestraszony.

- Będziesz pan pracować bez przerwy.

- Zapewne, że niema czasu do stracenia.

- A więc przyrzeka mi pan stanowczo?

- Ha... przyrzekam.

- I dotrzyma pan słowa?

- Nigdy nie chybiłem danego zobowiązania.

- Dziękuję więc i rachuję na pana. Pozostaje nam tylko porozumieć się o wynagrodzenie.

- Nic pilnego... Możemy uczynić to później.

- Nie, panie, lepiej teraz, proszę o to.

- Czy wiadomo jest panu, ile hrabia de Preval-Beaulieu zapłacił mi za biust swojej żony?

- Sumę śmiesznie małą, wiem o tem.

- Rzeczywiście, biust wart był o wiele więcej; ale wtedy rozpoczynałem mój zawód i potrzebowałem pieniędzy, z wdzięcznością więc przyjąłem co mi ofiarowano.

- Lecz dzisiaj dałeś pan już dowód swego talentu, a nazwisko pańskie przedstawia pewność poważną. Czy dziesięć tysięcy franków będzie dostatecznem wynagrodzeniem?

- Najzupełniej, więcej nawet, niż dostatecznem!

Gość wyjął z kieszeni pugilares, i odliczywszy pięć biletów, każdy po tysiąc franków, złożył je na stole.

- Oto jest zaliczenie na pańską prace...

- Ależ panie, ja nie żądam wcale zaliczki - zawołał Gaston rumieniąc się.

- Odmowa pańska sprawiłaby mi wielką przykrość - odrzekł profesor. I ja byłem młodym, byłem studentem... i znam egzystencję młodych, początkujących artystów, a pan właśnie dopiero rozpoczynasz swój zawód, jakkolwiek z wielkiem powodzeniem. Przyjmując zamówienie na popiersie hrabiny de Preal-Beaulieu, potrzebowałeś pan pieniędzy, sameś mi to powiedział przed chwilą. Więc nie posiadasz pan majątku osobistego, nie masz zapasów. Dojdziesz pan zapewne do tego, ale później, tymczasem potrzeba żyć. Otóż, ponieważ praca, której się teraz podjąłeś, zajmie panu wszystek czas, nie będziesz więc mógł zająć się czem innem. Pomyśl pan nad tem i schowaj te pięć tysięcy franków.

- Po tem co pan powiedział, nie śmiem odmówić - odrzekł Gaston. - W tej chwili dam panu rewers.

- A to na co?... - Nie jesteśmy kupcami... rewers nam niepotrzebny wcale. Kiedy pan przybędzie do mnie dla obejrzenia portretu, którym mówiliśmy?

- Jutro, jeżeli to dla pana dogodne.

- Owszem, proszę.

- O której godzinie?

- W południe.

I pan de Lorbac powstawszy z fotelu, pożegna? młodego rzeźbiarza i opuścił pracownię.

 

IV.

 

Paweł umieścił się. Gastonem? z ciekawością zaczął się przypatrywać, jak z pod rak artysty, wychodziły kształty coraz więcej do twarzy ludzkiej podobne.

- Czy ty biust robisz? - zapytał się Paweł.

- Tak - odpowiedział Gaston - który obrabiał glinę z niezaprzeczonym mistrzostwem. - Tak, to jest biust.

- Biust kobiety?

- Kobiety.

- Czy robisz z modelu? - Czy jest to tylko Utwór fantazji?

- Nie.

- Więc robisz to może z rysunku?

- Także nie.

- To może z pamięci.

- I to nie.

- Jakto nie! - powiedział Paweł - oglądając się po pracowni zupełnie pustej, gdzież jest twój model?

- Poszukaj. - Odpowiadając, obrócił się w stronę okna wychodzącego na ulicę.

- Szukam i szukani, ale nic znaleźć nie mogę.

- No, więc ci tę zagadkę muszę wyjaśnić. Czy widzisz co przez okno na drugiej stronie ulicy?

- Widzę tylko ulicę Bochard-de-Saron.

- Dobrze! spojrzyj teraz naprzeciwko na jedno z okien trzeciego piętra. Schowaj się jednak za firankę, żeby cię rajski ptak nie zobaczył i nie uleciała.

- Więc ona bezwiednie służy ci za model?

- Naturalnie. Nigdy nie widziałem tak pięknej twarzy, tak delikatnych rysów. Chciałbym z niej. utworzyć arcydzieło.

- I w dodatku w niej się zakochać - dorzucił Paweł.

- Mówiąc między nami, może to się już nawet stało.

- Co to za jedna.

- Nie wiem.

- Ale znasz przyjemniej jej nazwisko.

- Nic zupełnie o niej nie wiem. Przed paru dniami, zjawiła się po raz pierwszy tam w oknie.

Paweł poszedł za wskazówką przyjaciela, i wzrok jego zatrzymał się na wskazanem miejscu.

Nagle wydał okrzyk zdziwienia i z zachwytem zawołał.

- Ach, jakaż ładna dziewczyna!

- Prawda? - powiedział Gaston od wzruszenia głosem.

drżałem na jej widok, i miłość owładnęła mną od pierwszej chwili. Może to przyjdzie z czasem, ale jak na teraz, kocham ją bardzo, dla tego też robię jej biust, ażeby ją zawsze mieć przed oczami.

- Lepiej by było oglądać ją żywą.

- Ach, gdyby można! - zawołał namiętnie artysta.

- Widzę żeś w niej zakochany, ale czy nigdy nie starałeś się dowiedzieć, kto jest ta młoda kobieta czy dziewczyna?

- Nigdy.

- Ależ to największa niedorzeczność.

- Cóż więc mam uczynić?

- To co się czyni w podobnych razach. Dom, w którym się znajduje twoja ukochana, posiada odźwiernego, ci bywają często bardzo gadatliwi, tem bardziej jeżeli zobaczą piękną pięcio lub dwudziestofrankówkę, wtedy możesz się o wszystkiem dowiedzieć.

- Nie mam odwagi tego uczynić.

- Nie miałem cię za tak nieśmiałego - zawołał śmiejąc się Paweł.

- Nie byłem nim nigdy, ale obcując najczęściej z kobietami wątpliwego prowadzenia, gdy spotykam inne, czuję się nieśmiałym, jakby nieswoim i nie mogę się na nic odważyć.

- Czegóż się więc obawiasz?

- Że tamten odźwierny może właśnie stanowić wyjątek i odmówić mi wyjaśnienia, a co gorsze, może jeszcze przestrzedz rodziców, którzy ją zaczną pilnować i nie pozwolą jej nawet siedzieć w oknie. Cożby się wtedy ze mną stało, gdybym nie mógł oglądać więcej tej twarzy idealnej? - byłoby to śmiercią dla mnie. - Wymawiając ostatnie słowa, spojrzał znów w okno, westchnął i zrobił ruch człowieka zawiedzionego.

- Już jej niema - wyszeptał.

- Bądź spokojnym, niedługo powróci, - zapewniał Paweł.

- Obawiam się bardzo, by nie spostrzegła, że jej się bezustannie przypatruję.

- Czy nie spostrzegła? Nie obawiaj się; są one wszystkie córkami Ewy, i choćby najskromniejsze posiadają zawsze trochę kokieterji, to już w ich krwi leży, Ewie wąż pochlebstwami zawrócił głowę, dla czegożby jej wnuczki miały pozostać nieczułemi dla ładnego chłopca, który je uwielbia. A wszak ty nim jesteś.

- Ty zawsze żartujesz...

- O nie, teraz wyjątkowo jestem poważny. Twoja młoda sąsiadka, zasługuje w zupełności na to, ażeby się nie zajmować, i gdybym był na twojem miejscu, oddawna wiedziałbym już co za jedna. Jeżeli sobie tylko tego życzysz, pójdę i zaraz się dowiem o wszystkiem.

- Jeszcze byś głupstw narobił.

- Gdybym na mój rachunek coś robił, to może, ale pracując w twoim interesie, będę takim dyplomaci, jak pan de Talleyrand. A kto wie, czy twoja znajoma nie jest bogatą.

- W takim razie byłoby najlepiej zapomnieć o niej...

- A to dlaczego?

- Dla tego, że nie mógłbym nigdy się starać o rękę bogatej panny.

- A jakaż by w tem była przeszkoda?

- Jestem bez rodziny i majątku; rodzice jej mogliby drzwi mi pokazać.

- Nie masz majątku, to prawda, ale mógłbyś go sobie zdobyć. Jesteś przecież artystą, masz talent.

- Talent mój nie wyżywiłby mnie, nie mógłbym nawet wynająć sobie pracowni, gdyby nie mająteczek zostawiony mi przez mojego poczciwego wuja, jedynego mego krewnego.

- Ależ masz przyszłość przed sobą.

- Wszyscy co w ręku obracają pędzel lub narzędzie rzeźbiarskie, myślą, iż przyszłość do nich należy, a jednak większą część życia w niedostatku albo w nędzy przepędzają. Pomimo walki, przeszkody są tak wielkie, że rzadko w młodym wieku można sobie utorować drogę.

U nas dopiero wtedy dochodzi się do pieniędzy, kiedy już broda osiwieje. A na to jeszcze długo trzeba czekać.

- Więc ty już zupełnie tracisz odwagę?

- Nie śmiem już nawet mieć nadziei.

- Nawet zdobycia serca twojej ubóstwianej?

- Nawet tego.

- Czyś nie przeprowadził przypadkiem telegrafu do domu nieznajomej, żeś tak doskonale poinformowany, co do jej uczuć? Ja się dowiem i powiem ci, co to za jedna ta piękna blondynka z niebieskiemi oczami, podobna do madonny z obrazów Rafaela. Teraz jednak chcę pomówić z tobą o moich interesach, które mnie tu sprowadziły.

- Spodziewam się coś dobrego od ciebie usłyszeć, pewnieś już dostał tę obiecaną posadę inżyniera kopalni.

- Próżna to była obietnica.

- Jak to, więc nie otrzymałeś tej posady?

- Inny, szczęśliwszy odemnie ją otrzymał, musiał mieć większą protekcję.

- A przecież i ty masz zdolności, byłeś przecież jednym z najlepszych uczniów w szkole górniczej. Masz prawo wymagać jakiegoś stanowiska.

- Tak jak i ty, prawda? Jeszcze to nie racja ażeby mi dla tego miało się szczęścić. Ale nie o to mi chodzi.

- O cóż więc?

- Otrzymałem list z Joigny.

- Czy od twojej ciotki?

- Nie, od jej doktora, który mi pisze, bym jak najspieszniej przyjechał, gdyż ciotka bardzo jest chorą, a w jej wieku nie posiada się tyle sił, ażeby walczyć z ciężką chorobą. Doktór był zawsze przyjacielem naszej rodziny, radzi mi więc, - ażebym swoich interesów nie zaniedbał.

- Czy te interesa tyczą się spadku?

- Naturalnie, że nie czego innego.

- To ciotka twoja zamyśla cię wydziedziczyć?

- Może to z łatwością uczynić, nie mając nawet nic przeciwko mojej osobie. Jest ona dobrą kobietą, ale słabego charakteru, skutkiem czego, często podlega różnym wpływom. Teraz naprzykład namawiają ją, ażeby swój majątek, z moją szkodą, zapisała na cele dobroczynne.

- Czy ciotka twoja bardzo jest bogatą?

- Przeciwnie, majątek jej jest dość skromny, najwyżej daje dochodu za dwa tysiące franków, ale dla mnie co nic nie posiadam, byłoby to bardzo dużo. Przytem miałbym wszystkie potrzeby materjalne zaspokojone, i nie troszcząc się o chleb powszedni, nabrałbym więcej sił dla wywalczenia jakiego stanowiska.

- Idź więc za radę doktora i jedź jak najprędzej do Joigny.

- Łatwo to bardzo powiedzieć, ale trudniej wykonać.

- Cóż ci stoi na przeszkodzie?

- Brak pieniędzy, bez których nic uczynić nie można. Gdyby tak ten poczciwy doktór był mi cokolwiek przysłał, niewymownie byłbym mu wdzięczny; ale on mi po prostu pisze "przyjeżdżaj". Uczyniłbym to chętnie, ale skąd wziąść na to pieniędzy?

- Trzeba więc koniecznie temu zaradzić.

- A trzeba, dla tego też na ciebie liczę.

- Na mnie?

- Tak, chcę cię poprosić o pożyczeniu mi stu franków.

 Sto franków! - zawołał Gaston Dauberive - ty chcesz odemnie sto franków?

- A cóż w tem tak dziwnego! gdybyś był w potrzebie, a ja w możności dopomódz tobie, oddałbym wszystko na twoje żądanie. Ale może ty nie masz pieniędzy?

Młody rzeźbiarz otworzył szufladę, wyjął z niej portmonetkę i wysypawszy jej zawartość na stół, powiedział:

- Oto jest wszystko, co w obecnej chwili posiadam. Mam siedem franków i sześćdziesiąt centymów, jeżeli chcesz połowę, dam ci ją z całego serca.

Paweł chwycił się za głowę.

- Ależ to okropne! - zawołał. - Myślałem że posiadając mały majątek, będziesz w stanie mnie poratować. A ja muszę jechać koniecznie. Słowo honoru daję, nie wiem już do kogo się udać. Nasi koledzy bez grosza, zegarek mój i nawet część garderoby w lombardzie.

- W lombardzie! - zawołał śmiejąc się Gaston - ach to dobra myśl, nic więc łatwiejszego, jak przyjść ci z pomocą - i mówiąc to zdjął ze ściany zegarek złoty z łańcuszkiem i podał go przyjacielowi.

- Jakto więc ty byś chciał?... - pytał się Paweł.

- Naturalnie, że chcę ci przyjść z pomocą. Jesteśmy tak dobrymi przyjaciółmi, iż powinniśmy wszelkiemi możliwemi sposobami dopomagać sobie. Byłoby to największą niedorzecznością nie korzystać ze spadku, który ci może zapewnić przyszłość. Wiem zresztą, że gdybym ja był w potrzebie, zrobiłbyś to samo.

- Oddałbym wszystko, ażeby ci się tylko wywzajemnić.

- Idź teraz i zastaw zegarek, pożyczą ci przecież tyle pieniędzy, że na podróż wystarczy. Później jeżeli ci się fortuna uśmiechnie, to go wykupisz jeśli ja przedtem nie będę w stanie tego uczynić.

- Przyjmuję twoją ofiarę - rzeki Paweł, ściskając rękę przyjaciela - wierz mi, że nigdy nie zapomną tego, coś dla mnie uczynił.

- Ani słowa więcej o tem - przerwał Gaston. - Kiedy masz zamiar jechać?

- Dziś wieczorem; im wcześniej tem lepiej.

- Kiedyż spodziewasz się wrócić?

- Nie wiem; pobyt mój zależeć będzie od różnych okoliczności, ale z Joigny napiszę do ciebie.

- Liczę więc na pewno na list od ciebie, a teraz do widzenia. Życzę ci z całego serca powodzenia. - W tej chwili spojrzenie jego zatrzymało się na przeciwległem oknie.

- Idź już, mój kochany, pozwól mi korzystać z tej krótkiej może chwilki, którą mi mój piękny model łaskawie, choć bezwiednie, przeznacza.

- Czy znowu się zjawiła?

- Tak, przypatrz się jej.

- Jest ona rzeczywiście bardzo ładną - mówił Paweł - pojmuję więc twój zachwyt. Jak tylko wrócę postaram się przynieść ci wiadomości o twoim ideale, i tym sposobem wywdzięczyć się przysługą za przysługę.

- Dziękuję ci; jednak nie będę czekał twego powrotu, i korzystając ż twojej rady, sam się dowiem wszystkiego.

- Tak to dobrze, lubię w tobie tę energję; nieśmiałość do niczego nie prowadzi. Idź naprzód a zwyciężysz.

I dwaj przyjaciele pożegnali się, serdecznem uściśnieniem ręki.

 

VI.

 

Gaston Dauberive odprowadziwszy gościa aż do schodów, wrócił do pracowni i podbiegł do okna.Ale spotkał go zawód, roleta bowiem była spuszczona.

- Wyszła - rzekł z westchnieniem - zobaczę ją dopiero jutro. Przeklęta wizyta, byłbym poszedł za nią i może znalazł sposobność zapoznać się. Lecz cóż ja mówię? to bluźnierstwo!... Nazywam przeklętą wizytę człowieka, przyjaciela sztuki, który dał mi zarobić dziesięć tysięcy franków, i napełnił kieszeń moją w chwili, gdy była pustą aż do dna... Niech go Bóg błogosławi, dał mi przynajmniej możność posmarować łapę odźwiernego z przeciwka i rozwiązać mu język o mojej nieznajomej... Nie trzeba tracić czasu, pójdę natychmiast, tylko należy się trochę przebrać... Otóż jestem bogaty! Paweł ma słuszność, gdy mówi, że kto ma pugilares pełny, może wszystkiego próbować i mieć nadzieję...

- Dziwna rzecz, słowo honoru - mówił dalej do siebie - ile to powagi i ile śmiałości dodaje człowiekowi kieszeń pełna... Zdaje mi się, żem niepodobny wcale do tego, jakim byłem jeszcze przed godziną, i tek się zmieniłem, że nie poznaję sam siebie.

Ubrawszy się, włożył do portmonetki jeden z pięciu biletów i opuścił mieszkanie.

- Trzeba na drobniejsze zmienić - myślał dalej, znalazłszy się na ulicy - a przedewszystkiem zapłacić dług memu restauratorowi, który, prawdę posiedziawszy, żywi mię bardzo źle, ale bądź co bądź żywi... a potem do odźwiernego.

Gaston stołował się w restauracji przy ulicy des Martyrs, gdzie zbierali się artyści pozostający bez pracy, literaci nie mogący znaleźć wydawców, autorzy dramatyczni, których sztuk teatry nie przyjmowały i tym podobni ludzie niepewnych dochodów. Cena obiadów była tam bardzo skromna, ale też i pożywienie było jeszcze skromniejsze.

Gaston zapłacił za miesiąc zaległy i bieżący i wprost z restauracji udał się na ulicę Trudaine.

Dom zamieszkiwany przez piękną blondynkę, o której chciał zasięgnąć wiadomości, był narożnym przy zbiegu dwóch ulic Bochard-de-Saron i alei. Gmach ogromny, świeżej budowy i z powierzchowności wspaniały, jak prawie wszystkie domy tej dzielnicy, która w przeciągu dwóch lat nabrała cechy arystokratycznej. Ale fizjonomja to mylna, mieszkania tam bowiem poszukiwane są głównie przez kapitalistów żyjących z procentu, przez kupców, którzy się wycofali z interesów, wyższych urzędników, przez kobiety z półświatka i nakoniec przez artystów.

Gaston podszedł do drzwi i zawahał się. W chwili stanowczej zabrakło mu odwagi, wreszcie przyszła mu myśl, że postępowanie jego jest niedelikatne. Badać odźwiernego o jedną z lokatorek, przekupywać go, płacić za jego niedyskrecję i uchybienie obowiązkom, wydało mu się niezbyt szlachetne i ryzykowne. A jeżeli wypadkiem rodzice jej dowiedzą się o tem, w takim razie potrzeba raz na zawsze utracić nadzieję poznania jej. Lecz z drugiej strony, jeżeli się nie zapyta, pozostanie w dotychczasowej niepewności, w której dłużej już żyć nie zdoła.

Ważył się z myślami, lecz w końcu, jak łatwo było do przewidzenia, miłość odniosła zwycięstwo nad radami rozumu.

Wszedł.

Odźwierna, której mąż był woźnym w pewnej instytucji administracyjnej, tylko co zapaliła gaz na schodach i schodziła do swej loży. Spostrzegłszy młodego człowieka, zatrzymała się na ostatnim stopniu i zapytała:

- Czego pan sobie życzy?

Gaston uczuł krew występującą mu na twarz, nie wiedział od czego rozpocząć rozmowę i jak wy tłómaczyć cel swego przybycia.

- Mam parę słów powiedzieć pani - odrzekł zmieszany.

- Słucham, niech pan mówi.

- Wolałbym pomówić w loży, niż na schodach.

- Więc to jakiś sekret?

Młody rzeźbiarz nic nie odpowiedział, wszedł za odźwierną do loży, wyjął z kieszeni zawczasu przygotowany bilet pięćdziesięciofrankowy i podając go, rzekł nieśmiało.

- Przedewszystkiem proszę przyjąć to odemnie jako małe wynagrodzenie za subjekcję, jaką pani sprawiam.

Odźwierna przygryzła usta i zapytała sucho:

- Co takiego? Zapytanie to zmieszało jeszcze więcej młodego człowieka i było to tak widocznem, a zarazem komicznem, iż odźwierna aż się roześmiała.

- No cóż? śmiało! - rzekła dodając mu odwagi. - Czegóż pan się wstydzisz? Nie dzisiejszą jestem i wiem co pan chcesz powiedzieć, nawet gdybyś nic nie mówił. Dwadzieścia lat jestem już odźwierną i napatrzyłam się wielu rzeczy. Znamy się na tem. Chcesz się pan dowiedzieć odemnie o kimś lub o czemś i myślisz, że bilet pięćdziesięciofrankowy rozwiąże mi język... Otóż nie znasz mnie pan! Rozalja Michaud jest uczciwą kobietą i nie miesza się w żadne matactwa, schowaj więc do kieszeni swoje pieniądze i powiedz śmiało o co chodzi i co chcesz wiedzieć. Jeżeli będę mogła objaśnić, nie uchybiając moim obowiązkom odźwiernej, i bez narażenia kogokolwiek na jaką szkodę, nie widzę powodu, dla czego nie miałabym uczynić tego darmo. Ale jeżeli przeciwnie, chcesz mi pan powiedzieć coś takiego, co się nie powinno mówić i żądać rzeczy niemożliwych, w takim razie strzeż się... Za pierwszym słowem przerwę panu, a za drugiem wskażę drzwi. Więc o co chcesz mię pan zapytać?

Po takiej przemowie wahać się dłużej było niepodobieństwem; należało albo wypowiedzieć cel przybycia, albo odejść. Gaston rzekł po cichu:

- Chciałem zapytać się o rodzinę mieszkającą na trzeciem piętrze...

- O tem mogę mówić - odrzekła odźwierna. - Rodzina ta składa się z ojca, matki i córki...

- Młodej, lat siedemnastu lub ośmnastu - zawołały Gaston - blondynki z niebieskimi oczyma... bardzo pięknej, wszak tak?

- Tak - odpowiedziała Rozalja, śmiejąc się. - Ona to właśnie pana obchodzi, i nie dziwię się temu. Rzeczywiście piękna... Spostrzegłeś ją pan ze swego okna i rozgorzałeś ku niej jak zapałka... Ot co jest! No, zakochać się wolno każdemu, ale na ten raz nie doprowadzi to do niczego. Ola tego też mogę w dodatku dać panu radę: napróżno zaprzątasz sobie nią głowę, ponieważ jej ojciec Robert Daumont nie zna się na żartach, a jej matka jeszcze mniej... Oboje są bardzo surowi i ostrożni pod tym względem i słusznie!... Pilnują córki, bo wiedzą, że wielu jest takich jak pan myśliwych, co tylko krążą i podpatrują, i gdy dostrzegą jakiego rzadkiego ptaszka, zaraz zastawiają sidła... Weź więc pan swoje pieniądze. Zresztą, jeżeli pan potrzebujesz innych objaśnień, idź na trzecie piętro, pan Daumont jest właśnie w domu...

- Ależ przecie, kochana pani - zaczął Gaston.

- Dość już tego, mój panie - przerwała Rozalja Michaud - widzę, że powinnam zawiadomić panią Daumont o pańskiej wizycie.

- Nie czyń pani tego, błagam cię - zawołał młody człowiek - daję pani słowo honoru, że przyszedłem w jaknajczystszych zamiarach. Uczucie moje dla pięknej lokatorki pani, jest najszlachetniejsze... Zobaczywszy ją, pokochałem i...

- Tiu, tiu, tiu! - przerwała odźwierna - cóż mnie to obchodzi? to rzecz rodziców. Jeżeli chcesz się pan żenić, idź i oświadcz się o jej rękę. Żegnam pana!

I powiedziawszy to, usunęła go lekko ku drzwiom loży.

Gaston pojął, że dalsze naleganie byłoby bezskuteczne. Odźwierna była widocznie niezachwianą i niemożliwą do zdobycia. Pozostało wycofać się, co też uczynił.

- Głupia! - mówił półgłosem, idąc ulicą - obraziła się, jakbym żądał od niej czegoś, ubliżającego jej godności!... A jednak muszę dowiedzieć się, czy mogę kochać to śliczne dziewczę i mieć nadzieję, że zostanie moją żoną... Muszę poznać tę rodzinę... nie mogę jednak, nie wiedząc co są za jedni, iść do nich i wprost powiedzieć: kocham waszą córkę, czy chcecie mi ją oddać? Jakże przyjęliby podobne oświadczenie nieznanego im człowieka i do tego tak niespodzianie? Czyż nie mieliby racji przypuszczać, że jestem pomieszany? Przypuściwszy nawet, że postąpienie moje wzięliby na serjo, to przecież, za nim by dali odpowiedź, pragnęliby poznać moją pozycję i moje widoki na przyszłość.

"Tymczasem moja sytaucja obecna wcale nie jest świetne. Pieniądze posiadam zaledwie od czterech godzin, wprawdzie mam talent i jak mówi mój przyjaciel Paweł Gaussin, czeka mnie przyszłość świetna... Zresztą, czyż ci Daumontowie są bogaci i czy mają prawo być wymagającymi? Jakim sposobem dowiedzieć się o tem wszystkiem, skoro ta głupia odźwierna odmówiła objaśnień?"

Zamyślony, ze zwieszoną głową, szedł przed siebie machinalnie. Nagle zatrzymał się, jakaś myśl przyszła mu do głowy.

- Wiem co zrobię! - rzekł do siebie, uderzając się ręką w czoło. Przyspieszył kroku, skierował się na ulicę Saint Lazare i wszedł do domu oznaczone go nr. 9.

- Czy tutaj mieszka pan Bouley? - zapytał odźwiernego.

- Tutaj.

- Na którem piętrze?

- Na drugiem, drzwi wprost.

Młody człowiek wszedł na schody, dostał się na drugie piętro i zatrzymał się przed drzwiami, na których przy świetle gazu spostrzegł metalową tabliczkę z napisem:

 

J. BOULEY

Ajent Biura informacji handlowych i innych.

Sprawy sądowe. Spory. Obrona w sądach pokoju.

Dyskrecja. Pośpiech.

 

Gaston zadzwonił.

Chłopak lat piętnastu otworzył drzwi i wprowadził go do gabinetu. Pan Bouley, człowiek niskiego wzrostu, szczupły i szpakowaty, siedział przed wielkiem biurkiem założonem papierami i pisał. Spostrzegłszy Gastona, powstał i wskazując ręką fotel, zapytał.

- Co pan rozkaże?

- Przyszedłem prosić o informacje.

- Czy o jakiej firmie handlowej?

- Nie jestem kupcem.

- Więc jakaś sprawa poufna!

- Tak, panie.

- Osoba, o którą panu chodzi, mieszka w Paryżu, czy na prowincji?

- W Paryżu.

- Nazwisko?

- Robert Daumont.

- Mieszkanie?

- Ulica Trudaine nr 28.

- Stanowisko społeczne? Zajęcie?

- Właśnie nie wiem tego.

- I chcesz się pan dowiedzieć... bardzo dobrze - rzekł Bouley, notując odpowiedzi Gastona w księdze. - Za dwa dni będziesz pan mieć najdokładniejszą informację. Ale pod jakim względem jednak pragniesz pan mieć wyjaśnienia bardziej szczegółowe?

- Pod względem przeszłości, sytuacji obecnej, stosunków i stanu majątkowego; nadto pragnąłbym szczegółów o rodzinie, to jest o pani Daumont i jej córce.

- Ach, więc tam jest córka... - rzekł ajent, uśmiechając się - i założyłbym się, że piękna.

- Wygrałbyś pan napewno... prześliczna.

 

TOM PIERWSZY 

 

I.

 

Historia miłości.

Noc od dwóch godzin już zapadła, choć była to dopiero godzina ósma wieczorem, ale w listopadzie zmierzcha się wcześnie. W tym to właśnie miesiącu r. 1867-go rozpoczyna się nasze opowiadanie.

Rano szron biały pokrywał ziemię, po południu jednak powietrze stało się ciężkie, przesiąknięte elektrycznością.

Człowiek przeszło sześćdziesięcioletni, w ubraniu duchownego, siedział w szerokim, staroświeckim fotelu. Nogi obute w skórzane trzewiki z posrebrzanemi niegdyś klamrami, trzymał oparte na kominku. Łagodne światło lampy, przyćmione zieloną umbrelką, oświetlało niewielki pokój, który, o ile można było sądzić z umeblowania, służył zarazem za pokój jadalny i gabinet. W łagodnym półcieniu ksiądz czytał swój brewiarz. 

Dom, do którego wprowadziliśmy czytelnika, wyglądał bardzo skromnie jak zewnątrz jak i wewnątrz, jak zwykle małe probostwo, a ksiądz czytający brewjarz, byt administratorem parafji. Plebania położona była na jednym ze szczytów górskich, ciągnących się od Chennevieres aż do Brie-Comte-Robert. Proboszcz nazywał się Leon Dubreuil, ale przez swoich parafjan nazywany był powszechnie "dobrym księdzem Dobreuil". Silnie zbudowany, cieszący się dobrem zdrowiem, wyglądał jeszcze bardzo czerstwo, pomimo swoich lat sześćdziesięciu czterech. Dwadzieścia z nich blisko, zamieszkiwał w probostwie Sucy-en-Brie, i tam spodziewał się także zakończyć życie i odpocząć na tym cmentarzu, gdzie tyle grobów poświęcił własną ręką.

Będąc bardzo dobroczynnym i chcąc przyjść w pomoc nieszczęśliwym, wiele sobie odmawiał, co zjednało mu szczery szacunek, przywieranie i miłość wszystkich, małych i starszych, słabych i silnych.

Plebanja łączyła się z kościołem Kościół był tak skromny jak i jego proboszcz, była to jednak budowa ciekawa, gdyż sięgała czasów najodleglejszych ery chrześcjańskiej. Przysionek kościoła w stylu romańskim, wychodził na plac ocieniony stuletniemi lipami. Dzwonnica, na której szczycie osadzony był kogut galijski, nie o wiele przewyższała wierzchołki drzew.

W czasie kiedy się nasze opowiadanie zaczyna, kolej żelazna nie była jeszcze przeprowadzona aż do Sucy-en-Brie, i linja kolei Vincennes zatrzymywała się w Varenne-Saint-Hilaire, gdzie w każdą niedzielę tłumy wesołych i hałaśliwych paryżan krążyły po okolicy, nie znając jednak tej tak skromnej i pięknej wioski, choć była ona od Paryża zaledwie o dwadzieścia kilometrów oddalona.

Tego właśnie wieczoru, kiedy ksiądz Dubreuil, siedział przy kominku, zatopiony w czytaniu a raczej odmawianiu modlitw, które już znał na pamięć, oczy jego machinalnie tylko przesuwały się po kartach książki, której modlitwy po cichu szeptał.

Noc była bardzo ciemna. Wiatr gwałtowny wiał od zachodu i obrywał resztki zeschłych i zmarzniętych liści, burza zdawała się być nieuniknioną. Ani jednego przechodnia nie można było spotkać na małych uliczkach w Sucy i gdyby nie światełka błyszczące w niektórych oknach, można byłoby myśleć iż cała wieś w głębokim śnie pogrążona. Słychać tylko było szmer gałęzi i ponury zgrzyt chorągiewki na wieży. Nagle ksiądz Dubreil położył książkę na stole i począł pilnie nadsłuchiwać, zdawało mu się, iż słyszy dźwięk dzwonka. Po chwili przekonał się, że się nie mylił, gdyż dzwonienie dało się słyszeć po raz drugi, wstał więc pospiesznie, chcąc drzwi otworzyć, ale w tej chwili niemłoda już kobieta ukazała się na progu. Była to Magdalena Lody, służąca księdza, którą powszechnie w Sucy-en-Brie nazywano matką Lody. Tam urodzona, nigdy się stamtąd nie wydalała.

- Księże proboszczu, - powiedziała - ktoś do naszych drzwi zadzwonił.

- Otwórz więc, Magdaleno - odpowiedział ksiądz, - nie trzeba nadużywać cierpliwości czekającego.

- Z pewnością jest to znowu jaki obcy włóczęga, który przyszedł żądać pomocy.

- A cóż to szkodzi, że jest włóczęgą lub obcym? jeżeli głodny, damy mu kawałek chleba, a jeżeli bez dachu, ofiarujemy mu na noc przytułek.

Magdalena miała już odpowiedzieć, że dawać przytułek obcym żebrakom jest rzeczą bardzo niebezpieczną, ale czasu jej zabrakło, gdyż zadzwoniono po raz trzeci.

- Prędzej, prędzej! - zawołał ksiądz - tak za długo pozwoliliśmy mu czekać. - - Służąca wyszła pospiesznie.

Ksiądz zamknął swój brewiarz i położył go na kominku. Po upływie zaledwie dwóch minut, ukazała się służąca już nie sama, lecz w towarzystwie drugiej kobiety.

Nowoprzybyła mogła mieć około lat trzydziestu. Spostrzegłszy ją ksiądz, zrobił ruch niespokojny.

- Więc to wy, Weroniko? - powiedział - cóż słychać na folwarku w Rosiers?

- Niestety, nie lepiej, księże proboszczu - odpowiedziała wieśniaczka. - Zdawało nam się wczoraj, że nasz biedny pan uszedł już niebezpieczeństwa, dziś jednak stan jego znacznie się pogorszył.

- Czy był doktór?

- Natychmiast po niego posłano.

- A więc?

- Wzruszył ramionami i wyglądał, jak człowieś, który już za nic nie ręczy. Łatwo było zrozumieć, że znajdował naszego pana jak najgorzej, i że ratunek już był niemożliwym. Kiedy odchodził, zaczęłam go badać - odpowiedział mi, że pan nasz może i nocy nie przeżyje. Powtórzyłam to pani, która mnie też niezwłocznie po księdza proboszcza posłała.

- Biedny Madoux! - wyszeptał ksiądz. - Czy żądał mego przybycia?

- Tak, księże proboszczu, chce się wyspowiadać i przyjąć sakramenta święte! Ale ksiądz proboszcz mu nie odmówi, wszak prawda?

- Z pewnością nie! - żywo zawołał ksiądz Dubreuil. - pójdę z wami. A Lody niech idzie zawiadomić Carona, mego zakrystjana.

- Ja pójdę, księże proboszczu - powiedziała Weronika - wiem gdzie Caron mieszka. Zdaje mi się, że on jest nadzorcą dróg.

- Tak, moja córko.

- A więc biegnę, Czekając na was, przygotuję oleje święte. Znajdziecie mnie w zakrystji.

Weronika odprowadzona przez Magdalenę aż do drzwi wchodowych, opuściła plebanję. Tymczasem ksiądz Dubreuil zapalił małą latarkę.

Za chwilę wróciła Lody, trzymając w ręku okrycie watowane, było ono już bardzo stare i wypłowiałe, ale starannie utrzymywane.

- Okropny czas - rzekła poczciwa kobieta, wiatr wieje tak silnie jak gdyby koguta chciał z wieły strącić. Zdaje się, że wkrótce deszcz zacznie padać. Niech się ksiądz proboszcz dobrze okryje i parasola nie zapomni.

Ksiądz włożył na siebie okrycie, w prawą rękę wziął od służącej parasol, a w lewą latarkę i udał się do kościoła, którego małe drzwi nigdy nie były zamykane.

W owym czasie nie obawiano się jeszcze złodziei kościelnych, sama nawet myśl kradzieży, przejmowała zgrozą chłopów, nawet najmniej skrupulatnych, gdy chodziło o wzięcie podatku zakazanego ze zbiorów swego bliźniego.

Ksiądz doszedłszy do zakrystii, otworzył ją za pomocą ogromnego klucza, następnie przygotował wszystko, co było potrzebne do świętego obrządku.

Caron, nadzorca, piastował od przeszło lat dziesięciu trzy urzędy: zakrystjana, sługi kościelnego i dzwonnika, mieszkał zaś w domku, położonym w środku wsi.

Weronika poszła pośpiesznie do dobrze znanego sobie domu i zapukała do drzwi.

- Proszę wejść - zawołał nadzorca - który siedząc przy kominie, palił fajkę i miał właśnie zamiar udać się na spoczynek. Caron, człowiek bardzo poczciwy, liczący około lat pięćdziesięciu kilku, był wdowcem, bezdzietnym, wielce szanowanym i kochanym w okolicy.

- Ach, to wy Weroniko! - was co sprowadza o tej porze?

Wieśniaczka wytłómaczyła cel swego przybycia.

- Dobrze - powiedział nadzorca - jestem gotów. Naciągnął na siebie bluzę, na głowę nałożył stary nieokreślonego koloru kapelusz filcowy, i udał się do zakrystji, gdzie ksiądz na niego już oczekiwał.

Tymczasem chmury gwałtownie pchane przez wiatr, gromadziły się coraz więcej i uformowały jak gdyby kopułę czarną na pochyłości góry.

Kilka błyskawic oświetliło na chwilę horyzont, w oddaleniu dały się słyszeć grzmoty, a wiatr przechodził już prawie w huragan.

- Dobry wieczór księże proboszczu - powiedział Caron, wchodząc do zakrystji - będziemy mieli ogromną burzę.

- Trudno, mój przyjacielu, zwalczymy niepogodę. Zabierzcie wszystko co potrzeba i nie traćmy ani chwilki czasu.

Zakrystjan zabrał krucyfiks i dzwonek, a ksiądz małą puszkę, zawierającą oleje święte. Pod dobrze zapiętym płaszczem miał komżę i wszystkie przybory potrzebne przy umierającym.

Weronika wzięła latarkę, ksiądz zamknął drzwi od zakrystji, i wszyscy troje opuścili kościół.

Folwark Róż zawdzięczał swoją nazwę uprawie tego krzewu, który w wielkiej ilości hodowany był w Brie. Był on położony na równinie, między wsiami Sucy i Queue-en-Brie, oddalony od pierwszej o trzy kilometry i niedaleko lasu obfitującego w zwierzynę. Ażeby się tam dostać, trzeba było przejść półtora kilometra głównym traktem prowadzącym do Queue, potem zwracając się na prawo, wychodziło się na drogę boczną przecinającą ugory, zarośla leśne i pola uprawne.

Zaledwie wędrowcy nocni uszli kilkaset metrów, gdy burza rozszalała z całą gwałtownością. Prze? kilka sekund dwóch mężczyzn i Weronika nie mógł się oprzeć gwałtowności wiatru.

- Nigdy nie dojdziemy! - mruknął zakrystjan. Ksiądz Dubreuil usłyszawszy jego słowa, odpowiedział:

- Dojdziemy, gdyż to jest naszą powinnością, walczmy z całej siły, a Bóg nam dopomoże. I chcąc dać przykład dobry, schylił się i z największą trudnością postąpił kilka kroków. Towarzysze jego podążali za nim. Światło w latarce migało się, grożąc co chwila zagaśnięciem.

- Jeżeli nam wiatr zagasi świecę - powiedziała Weronika - nie podobna będzie iść dalej, ciemno bowiem jak w kominie.

Burza nie zmniejszała się. Wiatr wył złowrogo, potrząsając konarami drzew, jak gdyby je chciał wyrwać z korzeniami, deszcz kroplisty zaczął padać, a grzmoty coraz więcej się zbliżały.

- Tam do licha! - zawołał Caron - teraz na dobre już się zaczyna.

- Deszcz może uspokoi gwałtowność wiatru, a wtedy i my będziemy mogli iść prędzej - odpowiedział ksiądz Dubreuil.

Zaledwie jednak wymówił te słowa, gdy błyskawica rozdarła ciemności, i jednocześnie prawie ogłuszeni zostali hukiem piorunu, który w odległości kilku kroków uderzył w wyniosłe drzewo.

Był to jak gdyby sygnał. Współcześnie deszcz prawdziwie potopowy spuścił się z czarnych chmur, jak gdyby wszystko naokoło siebie chciał zalać.

- Święta Marjo, o słodki Jezusie! zmiłujcie się nad nami! - szeptała przerażona Weronika.

- Nie obawiaj się, moja córko, niebezpieczeństwo już minęło - odezwał się ksiądz Dubreuil - idźmy naprzód.

- Ależ do kości przemokniemy - zawołał Caron - zresztą deszcz jest tak zimny, iż ksiądz proboszcz może się zapalenia płuc nabawić.

- Więc cóż z tego? - czyż żołnierz idący do szturmu, myśli o kulach, które go mogą dosięgnąć? Trzeba iść, dokąd nas woła obowiązek.

- Zapewne, księże proboszczu, ale mnie się zdaje, że pół godziny zwłoki, nikomu szkody nie przyniesie, możnaby więc schronić się gdziekolwiek, ażeby burzę przeczekać.

- Ale gdzie? mój przyjacielu, nigdzie nie widać schronienia.

- Owszem, jest i to niedaleko - zawołał żywo Caron, oglądając się po okolicy, którą przy świetle błyskawicy mógł doskonale rozeznać, - jesteśmy właśnie na drogach rozstajnych, prowadzących do Boissy i do Queue-en-Brie, a chatka moja dróżnicza znajduje się najdalej o dwa kroki; mam nawet klucz w kieszeni.

W tej chwili wiatr zawiał z taką siłą, te świeca w latarce zgasła.

- Boże miłosierny! - jęczała Weronika - teraz nie będziemy nawet wiedzieć, gdzie się znajdujemy; jeszcze się w rów gdzie stoczymy.

- Chodźmy, księże proboszczu, chodźmy! - nalegał nadzorca.

Mówiąc to, Caron pochwycił księdza za rękę. I brnąc po wodzie, pociągnął go za sobą ku chacie której kontury niewyraźnie odznaczały się w ciemności. Czcigodny proboszcz w 5ucy zrozumiał, iż byłoby niedorzecznością dłużej się opierać, nie rzekłszy więc słowa, pozwolił się prowadzić. Weronika postępowała za nimi. Caron wyciągnął klucz z kieszeni, o którym przed chwilą wspominał i otworzył drzwi chatki. Przechowywał on tam wszystkie swoje narzędzia i znajdował schronienie w czasie większych deszczów.