MACIUSIOWE CHRZCINY
Chłopak urodził się w końcu lutego, na świętego Macieja. A że to mówią:
"Na święty Maciej lody
wróżą długie chłody,
a gdy płyną już strugą,
to i zimy niedługo"
- więc dość było tego dnia wyjść przed chatę a popatrzeć dookoła, aby zmiarkować, czy prędko wiosna nadciągnie.
Ano, chyba już niedługo, bo niebo miało w sobie modrzystość ciemną, a słonko dogrzewało tęgo.
Po polach śniegi sczerniały. Tu, tam czarne płaty roli, tu, tam ruń oziminy wyzierała już ku słonku. A po bruzdach, po ścieżkach, po koleinach przemykały migotliwe smużki wody.
Popatrzył na niebo Wojciech Skowronek, popatrzył na pola, a potem wcisnął na głowę baranicę i poszedł prosić w kumy - na chrzestnych dla swego chłopaka - kowala i Grosikową, wdowę po sołtysie.
Na drugi dzień Wojciech wytoczył z szopy półkoszek, wymościł go nieskąpo grochowinami, nakrył pasiastym kilimkiem, założył kasztany i pojechali do parafii dzieciaka ochrzcić.
Chłopak darł się przy chrzcie jak opętaniec, z czego Grosikowa nieomylnie wywróżyła, że będzie z niego parobek na schwał.
Ochrzczono go na Macieja, skoro już sobie takie imię przyniósł.
Zaraz też z kościoła zajechano do gospody, a to według Grosikowej dlatego, aby chłopak przez całe życie był wesół.
W gospodzie było rojno i gwarno.
Wojciech Skowronek wszystkich ugaszczał, częstował, zapraszał, że to za zdrowie syna.
Mijały chwile.
Kasztany niecierpliwie biły kopytami w ziemię, pilno im było do stajni, ale rozochocona Grosikowa przyśpiewywała, aż przez otwarte okno niosło się szeroko, daleko!...
"Oj, rozum woła, kumeczku,
oj, jedźmy już do domeczku!
A woreczek nam szeleszcze:
zabawmy się, kumciu, jeszcze.
Hej - ha!"
Tymczasem w chacie Skowronków szykowano poczęstunek.
Upieczono kukiełkę chrzestną - piękną struclę z białej mąki. Wyniesiono z komory wianki kiełbasy. Rozłożono na stole bochny razowca. Postawiono jedną miskę twarogu. drugą miodu, a w trzeciej kopę jaj na twardo. Na kominie bulgotała w ogromniastym garnku kawa.
Jakoż mało przed zachodem już od końca wsi posłyszano kumów. Kompania chrzestna wracała wesoło. Kowal grubym głosem huczał na swoją nutę:
"Idzie woda
od ogroda
około Zwierzyńca.
Czarne buty
do roboty,
czerwone do tańca!"
Grosikowa ciągnęła na swoją nutkę cieniutko a piskliwie:
"Idzie woda
od ogroda,
od samego Śląska.
Chciał tańcować
pan starosta,
nie miał ni selązka!"
Zaturkotał półkoszek na mostku, stanął przed chatą Skowronków.
Wysiedli. Kowal wziął lekuchno poduszkę z Maciusiem, poszedł pierwszy, a przestąpiwszy próg chaty, przed Skowronkową się pokłonił:
- Powieźliśmy poganina, przywozimy wam chrześcijanina.
Skowronkowa zapłakała z rozrzewnienia.
Zaraz też Grosikowa rozścieliła na ziemi płachtę, położyła na niej poduszkę z Maciusiem, rozwiązała ją i przewróciła chłopaka nosem do ziemi. A chrzestny naszykowaną już na stole rózeczką po trzykroć lekuchno Maciusia chłostnął.
- Żebyś był karny!
Żebyś słuchał ojca!
Żebyś słuchał matki!
Po czym wrzeszczącego chłopaka podjęli z ziemi i oddali matce.
Wnetki też poczęli się schodzić zaproszeni sąsiedzi. Gdy się już izba wypełniła po brzegi, zastukały kubki, zapachniała kiełbasa, zaskrzypiały łyżki o wręby misek.
Skowronkowa zaprasza do jadła. Wojciech z pełnego serca i z pełnych misek gości częstuje.
A Teofilka Skowronczanka nalewa kawę, roznosi kubki, podsyca ogień, wynosi jadło z komory, uprząta puste miski, nakłada, zmywa, wyciera, a wszystko prędko, bo wszystko pilne.
Laboga rety! Aż jej się w głowie mąci, a koszula na grzbiecie spotniała do ostatniej nitki!
Dobrze już tak z godzinę się raczyli, kiedy kum kowal podniósł się z ławy, przepchnął przez ciżbę na środek izby, a popatrując ku kominowi, gdzie na stołku siedział Jantolek muzykant i kiełbasę z chlebem pogryzał, huknął:
"A cóż to za wesołuch,
co go tu nie słychać?
Wczoraj nie jadł, dzisiaj nie jadł,
nie może oddychać.
Dać mu jeść, dać mu pić
i skibeczkę chleba,
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.