Macierzyństwo i wielojęzyczność. O byciu matką na granicy języków i kultur - Malwina Gudowska

Kup ebooka

59.00 zł
47.20 zł (59,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Uwagi o języku

Nie wszystkie matki rodzą swoje dzieci i nie każdy, kto rodzi dziecko, jest matką. Macierzyństwo nie powinno być definiowane przez płeć i z całą pewnością nie we wszystkich rodzinach jest matka (matki) albo ojciec (ojcowie). Używam jednak słów "matka" i "macierzyństwo" dlatego, że te określenia zazwyczaj bardziej jednoznacznie oznaczają osobę rodzącą dziecko niż "rodzic" czy "rodzicielstwo". Ponadto matki wciąż podlegają wyższym standardom oraz są oceniane i kontrolowane mocniej niż ojcowie. Pomyślmy przez chwilę, jak różnią się słowa "macierzyństwo" i "ojcostwo" lub "matkować" i "ojcować", nie tylko pod względem definicji, ale także społecznych i kulturowych oczekiwań. Użycie określenia "rodzic" lub "główny opiekun" nie zawsze oddaje ciężar oczekiwań kierowanych do matek. Słowo "matka" w określeniu mother tongue ("język rodzimy"), nawiązującym semantycznie do macierzyństwa i płciowych ról opiekuńczych, może wręcz przyczyniać się do utrwalania tego rodzaju stereotypów, co analizuję w części pierwszej. Płeć i rasa to konstrukty społeczne, na które nakładają się język oraz - często - niesprawiedliwość językowa, a także uwarunkowania społeczno-ekonomiczne, klasa, pochodzenie etniczne i wiele innych czynników o skomplikowanym oddziaływaniu, z których część tutaj omawiam. Badania nad rodzinami wielojęzycznymi do tej pory koncentrowały się głównie na heteronormatywnych rodzinach dwuosobowych oraz na efektach językowych. To się jednak zmienia, ponieważ wielu naukowców badających wielojęzyczność w rodzinie apeluje o bardziej zróżnicowane definicje rodziny i wielojęzyczności oraz o przyglądanie się doświadczeniom życiowym rodzin w wielu różnych językach[1]. Tożsamość rodziny kształtowana jest przez jej członków na niezliczone sposoby, w tym poprzez język i praktyki językowe[2].

Język jest wielozmysłowy i ma wiele modalności - może być mówiony, pisany, migowy, mieć postacie wizualne, takie jak gesty czy dotyk, jest język cyfrowy. Jest czymś osobistym i politycznym, nigdy neutralnym. Nasz język lub nasze języki i sposób posługiwania się nimi stanowią fundamentalną część naszej tożsamości. Analogicznie do ogromnej liczby języków mówionych na całym świecie, istnieją setki języków niefonicznych (np. migowych) w różnych odmianach, dialektach i o rozmaitych elementach. Używam tutaj słów "wielojęzyczny" i "wielojęzyczność" do określenia sytuacji regularnego używania dwóch lub większej liczby języków lub odmian języka, choć część badaczy argumentuje, że słowa te podkreślają ideę rozdzielania języków, w duchu myślenia o wielu "jednojęzycznościach" - sposobu rozumowania, który musimy przekroczyć[3]. Zamiast tych ujęć sugerowany jest pluralizm językowy oraz transjęzyczność, koncepcja, którą omawiam w części trzeciej. Niektóre badania dotyczą specyficznie dwujęzyczności, czyli używania dwóch języków, nie zaś wielojęzyczności, ale używam głównie tego drugiego terminu - w odniesieniu do dwóch języków lub ich większej liczby.

Podobną sprzeczność dostrzec można w ideach różnorodności językowej. Wypowiedzi na jej temat mogą de facto zwiększać niesprawiedliwość, kiedy maskują nierówności, a wręcz ją tworzyć, kiedy jakiś język jest uznawany za normalny lub standardowy, a wszystkie inne za odmienne[4]. Chociaż często się mówi, że wielojęzyczność i różnorodność językowa są teraz bardziej rozpowszechnione niż kiedykolwiek, to samo dotyczy nierówności językowych. W książce zajmuję się m.in. tym, komu wolno być wielojęzycznym i dlaczego niektóre osoby i grupy są chwalone za znajomość, używanie i naukę wielu języków, a inne są za to samo krytykowane, zawstydzane, uciskane, a nawet prześladowane.

Terminu "język dziedziczony" używam głównie w odniesieniu do języka, którego uczymy się w domu, a który nie jest językiem większościowym czy językiem kontaktów społecznych w miejscu zamieszkania lub dorastania danej osoby. "Język marginalizowany" zamiast "język mniejszościowy" pojawia się również jako przeciwieństwo języka większościowego lub społecznego, ponieważ marginalizowanie to sposób postrzegania języka, a nie jego prawdziwa wartość. W części trzeciej omawiam, dlaczego określenie "język domowy" może być problematyczne i dlaczego "język dziedziczony" też ma złożone konotacje. W niektórych rodzinach, w tym w mojej, na rozumienie "języka dziedziczonego" ma wpływ czynnik kulturowy.

Istnieje wiele sposobów używania języka, czyli wiele sposobów nieustającego procesu interaktywnego nadawania znaczeń[5], a także bycia w świecie i komunikowania się w nim. Każdy język i każde doświadczenie są ważne i wartościowe. Tytuł, terminologia, zaimek, pseudonim, którego ktoś używa i z którym się identyfikuje, powinny być respektowane i uznawane; każda osoba ma pod tym względem prawo wyboru, a wszyscy inni powinni to uszanować. Język i posługiwanie się nim z szacunkiem i afirmująco to przejawy miłości i troski. Osoby, które sprzeciwiają się nowszym, inkluzywnym terminom, takim jak chest-feeding (karmienie klatką piersiową) czy birthing people (osoba rodząca), podnosząc argument, że określenia te wykluczają matki i kobiety, to często te same osoby, które nie chcą uznać, że they może oznaczać liczbę pojedynczą, ponieważ wydaje im się to tak nowe. Jednakże użycie they w języku angielskim w taki sposób sięga setek lat wstecz.

Język inkluzywny włącza, a zmiany językowe zachodzą nieustannie. Jak mówię moim dzieciom, słowa i język mają znaczenie, a to, co mówimy, i sposób, w jaki komunikujemy się z innymi ludźmi, ma wielką moc i wiąże się z odpowiedzialnością. Szacuje się, że ponad połowa światowej populacji jest wielojęzyczna i mnóstwo osób funkcjonuje w wielu językach, więc wielojęzyczność w żaden sposób nie jest różnorodnością. Mimo to w miejscach takich jak Wielka Brytania, gdzie mieszkam, w prowincji Kanady, w której się wychowałam, oraz w sąsiednich Stanach Zjednoczonych wielojęzyczność jest nadal często postrzegana jako odmienność, co niesie ze sobą wiele następstw, m.in. takich jak nierówności językowe (często przykryte narracją o celebrowaniu wielojęzyczności). Język włączający i optymistyczne poglądy na temat wielojęzyczności i różnorodności językowej nie zapewnią sprawiedliwości i równości, jeśli nie będą im towarzyszyć przemiany strukturalne i społeczne.

A jednak zaczynam od słów, bo gdzieś trzeba zacząć i nie powinniśmy przestawać mówić o tych sprawach. Chciałabym, by przesłanie tej książki o inkluzywności i precyzji wybrzmiało najmocniej, jak się tylko da. Mam nadzieję, że tam, gdzie moje słowa okażą się niewystarczające, inni podejmą tę rozmowę - bo język jest płynny i jego zmiany są czymś niezmiennym.

Wstęp - interfejsy

Morfologia - nauka o wewnętrznej strukturze wyrazów (morph z języka greckiego oznacza "kształt" lub "forma").

"Ty pojawia się później niż to" - powiedział mój profesor językoznawstwa. Zanotowałam to zdanie i nagle poczułam jego przygniatający ciężar. Moduł zatytułowany "Interfejsy w składni" dotyczył wzajemnych powiązań składni, semantycznej interpretacji osoby, związków przyczynowo-skutkowych i struktury informacji. Tamtego dnia wykład dotyczył tego, jak dzieci uczą się zaimków. Moje pierwsze dziecko, wówczas niespełna dwuletnie, uczyło się zaimków w zatłoczonym, kosztownym londyńskim przedszkolu, wypełnionym odgłosami gaworzenia i pierwszych słów innych dzieci. W tym samym czasie ja siedziałam w słabo oświetlonej sali wykładowej bez okien, próbując na nowo zdefiniować swoją karierę. W nauce języka angielskiego jako języka pierwszego you pojawia się później niż it, ponieważ zaimki drugiej osoby są przyswajane po nabyciu zaimków trzeciej osoby. Ale w tamtym momencie, na wykładzie o granicach, interakcjach, przyczynowości, relacjach oraz asymetrycznej koordynacji zdanie to zabrzmiało dla mnie jak idealna analogia do macierzyństwa.

Byłam studentką lingwistyki - nauki o języku - i nowicjuszką w macierzyństwie - sztuce opieki. Zagadnienia, które studiowałam - te, które są wprowadzeniem do kolejnych części tej książki - wykraczały daleko poza ramy zajęć i wdzierały się w moje codzienne obowiązki opiekuńcze. Socjolingwistyka stała się dla mnie nie tylko badaniem języka w odniesieniu do społeczeństwa, ale także powiązaniami macierzyństwa i języka w doświadczeniu moim i mojego dziecka, zwłaszcza w przestrzeni publicznej. Semantyka i pragmatyka wczesnego macierzyństwa mi umykały, a składnia ukazywała, jak drobne fragmenty codzienności, takie jak najmniejsze znaczące jednostki języka, słowa i morfemy, tworzą całość. Ja byłam you, moje dziecko było it, a ja dopiero odkrywałam, czego świat oczekuje od matek i za co je potępia, zarówno w kwestiach opiekuńczych, jak i językowych.

Zaczęłam studia magisterskie z językoznawstwa wkrótce po narodzinach pierwszego syna i nagle stałam się nową studentką, uczącą się o Wugs, znanym eksperymencie dotyczącym nabywania liczby mnogiej w języku angielskim przez dzieci, oraz "Czwartym piętrze" Williama Labova - badaniu z 1966 roku na temat języka i klasy społecznej. Po odstawieniu dziecka do przedszkola studiowałam drzewa składniowe, z trudem zapamiętywałam Międzynarodowy Alfabet Fonetyczny i ledwo zaliczyłam kurs semantyki. Rok wcześniej zostałam mamą rozszyfrowującą język macierzyństwa: smółkę, siarę, osłonki na sutki, rozdarcie czwartego stopnia, niszczące emocje i czystą miłość. Zawsze, zawsze to samo. Ponieważ mój syn urodził się w Londynie, dokąd przeprowadziłam się z partnerem z Kanady dwa lata wcześniej, mój słownik dotyczący niemowląt czerpał z brytyjskiego angielskiego: nappy to diaper (pielucha), dumy to soother (smoczek), a pram/pushchair/buggy to stroller (wózek dziecięcy). Wciąż nie jestem pewna, jaka jest między nimi różnica. Kiedy zadzwoniłam do lekarza w Londynie, żeby umówić się na pierwszą wizytę w sprawie ciąży, miałam krótką wymianę zdań z recepcjonistką: ciągle pytała, czy dzwonię w sprawie wizyty antenatal, a ja upierałam się, że chcę umówić się na wizytę prenatal (po kanadyjsku[6]). Powiedziałam jej, że chociaż ciąża jest niespodzianką, nie chcę jej usuwać i nie potrzebuję wizyty antynatalnej. W końcu zrozumiałam: "ante-", nie "anty-". Czy to dosłownie, czy w przenośni, wszystko w moim nowym świecie kręciło się wokół języka.

Po narodzinach syna nie tylko żyłam równolegle życiem studentki językoznawstwa i młodej matki, ale też rozpoczęłam intensywny kurs wychowania dziecka wielojęzycznego. Polski, mój pierwszy język, w którym się wychowywałam i w którym mówiłam w domu z rodzicami, przez socjalizację w języku angielskim po naszej imigracji do Kanady, gdy miałam pięć lat, stał się moim językiem niedominującym, mimo że wcześniej posługiwałam się nim płynnie. Kiedy zostałam matką, zaczęłam też matkować mojemu pierwszemu językowi[7], nakłaniałam się do tego, a czasami wręcz zmuszałam. Musiałam oddzielić siebie jako matkę polskojęzyczną od użytkowniczki angielskiego, języka, z którym byłam mocno spleciona i który mógł mnie pochłonąć na lata. Macierzyństwo sprawiło, że zaczęłam kwestionować swoją tożsamość kulturową i językową jak nigdy dotąd. Moja tożsamość kobiety niekiedy - zwłaszcza na początku - kłóciła się z moją tożsamością matki. Moje wielojęzyczne i wielokulturowe tożsamości, o których zawsze często myślałam, ale nie bez przerwy, nie w takiej skali ani nie tak intensywnie, dopominały się o uwagę. Na początku macierzyństwa utraciłam język opisujący mnie samą i przez długi czas nie byłam pewna, jak go odnaleźć lub jak stworzyć coś nowego z fragmentów mojego poprzedniego życia w jakimkolwiek języku. Jak pisała Julia Kristeva, nabycie języka przez moje dziecko oznaczało, że ja również musiałam na nowo nauczyć się języka[8] - miejscowego języka macierzyństwa, ale także codziennego języka polskiego, którego nie używałam regularnie od czasu wyprowadzki z domu rodzinnego piętnaście lat wcześniej.

Już przed narodzinami naszego dziecka wiedzieliśmy, mój jednojęzyczny, anglojęzyczny partner i ja, że chcemy, aby było wielojęzyczne. Moje dzieci - córka urodziła się niecałe trzy lata później - oczywiście uczyły się angielskiego, ponieważ w Wielkiej Brytanii jest to język kontaktów społecznych, a do tego język, w którym rozmawiam z ich ojcem. Za naukę polskiego byłam odpowiedzialna tylko ja i obiecałam, że będę o nią dbać bez względu na koszty. Przebywając przez większość życia pomiędzy trzema językami, w nich, a czasem poza nimi (do siedemnastego roku życia chodziłam do szkoły z francuskim programem immersyjnym w Kanadzie), zdawałam sobie sprawę, że wielojęzyczne i wielokulturowe wychowanie dziecka nie będzie prostym zadaniem, ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że jest ono tak wyczerpujące i pełne trudnych emocji.

Podchodzę do tej kwestii zarówno jako dziecko imigrantów, jak i jako imigrantka - są to dwa różne, ale nierozerwalnie powiązane doświadczenia - mając nadzieję, że przekażę moim dzieciom język dziedziczony. Polski łączy mnie z moimi rodzicami, dalszą rodziną, krajem pochodzenia i dzieciństwem. Chociaż jako dziecko zawsze czułam się w środku, a raczej pomiędzy życiem w dwóch językach i kulturach, gdy imigrowałam do Kanady, byłam za mała, by odczuwać stratę lub dotkliwy konflikt między starą a nową tożsamością. Czułam raczej, że to zwyczajnie istnieje, po prostu byłam wielojęzyczna i wielokulturowa. Ale dzięki macierzyństwu odrodziłam się w języku i kulturze, które już znałam albo sądziłam, że znam. Język polski i polska kultura stały mi się bliskie w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam - zaczęłam się o nie troszczyć, pielęgnować je, sprawiając, że stają się czymś moim i moich dzieci. W pewnym sensie wróciłam też do języka francuskiego - nie chciałam uczyć go moich dzieci, ale poczuć, że moje dzieciństwo pokrywa się z ich dzieciństwem. Znów zaczęłam czytać książki po francusku, tak jak w szkole. Ale im częściej moje języki (ponownie) się uruchamiały i im bardziej starałam się (od)tworzyć kulturowe momenty i powiązania, tym bardziej czułam się zagubiona. Szukając odpowiedzi w języku, w pojęciach domu i kultur, które miały być moje, tak naprawdę natrafiałam na kolejne pytania.

Ta książka opowiada o analogiach i paradoksach, kontrastach i sprzecznościach w języku, wielojęzyczności i macierzyństwie. W trakcie analizowania spraw językowych i zdobywania doświadczenia kobiety wychowującej wielojęzyczne dzieci, uświadomiłam sobie, że wiele z naszych, jak sądzimy, spostrzeżeń oraz narzuconych myśli i uczuć kłóci się ze sobą. Adrienne Rich rozpoczyna swoją książkę Zrodzone z kobiety od omówienia dwóch znaczeń macierzyństwa i próby ich rozróżnienia: doświadczenia macierzyństwa jako relacji matki z dziećmi oraz macierzyństwa jako instytucji patriarchalnej. Po urodzeniu dzieci natychmiast zrozumiałam, że instytucja ta jest niesprzyjająca opiece, zwłaszcza w przypadku matek, które starają się mieć wartościowe i twórcze zajęcie wykraczające poza doniosły obowiązek macierzyństwa. Matki mają za zadanie z łatwością poruszać się między językiem matczynym, przeznaczonym dla dzieci i świata widzącego je w roli matek, a językiem postaci, która nie powinna nigdy ujawniać swojego macierzyństwa, a czasem nawet kobiecości. Dwoistość macierzyństwa w moim odczuciu i rozpoznaniu zaczęła być lustrem sprzeczności dotyczących języka i wielojęzyczności, zwłaszcza w doświadczeniu wychowywania dwójki wielojęzycznych dzieci. Zwyczajowo za należące do prywatnej, domowej strefy uznaje się zarówno opiekę, jak i używanie języka mniejszościowego, języka uznawanego za opozycyjny wobec języka większości w danym społeczeństwie lub za mniej wartościowy[I], o ile w ogóle mającego jakąś wartość. To z kolei sprawia, że zarówno opieka, jak i używanie języka dziedziczonego w rodzinie wielojęzycznej stają się niewidoczne, spychane na metaforyczny, ale i prywatny margines[9].

Jako młoda matka jestem uwikłana w rozmaite narracje dotyczące wychowywania wielojęzycznych dzieci, mówiące o korzyściach, strategiach, frustracji, a także spotykam się z wieloma błędnymi przeświadczeniami, które w zadziwiający sposób utrzymują się mimo wielu podejść do ich skorygowania lub wyeliminowania[II]. Słyszę rozmowy i czytam nagłówki wychwalające dar wielojęzyczności, co z jednej strony wzbudza miłe uczucia - kto nie lubi być obdarowany? - ale z drugiej pokazują, że ten dar jest czymś złożonym, mającym drugie dno i jest powiązany z postrzeganiem języka jako towaru. Dar może łatwo stać się ciężarem i trudno samodzielnie rozpoznać, w którym momencie to się dzieje, ponieważ rozróżnienie to jest silnie uwarunkowane przez społeczeństwo i ideę państwa narodowego. Rzadko jednak słyszę, że ktoś rozmawia o tym, że różnorodność językowa towarzyszy nierówności językowej, że języki podlegają hierarchii, albo zastanawia się, dlaczego jedne osoby wielojęzyczne są chwalone, a inne krytykowane, a nawet dyskryminowane. Dlaczego matki wciąż czują, że ponoszą porażkę, lub wmawiają sobie i innym, że są leniwe lub winne, gdy ich dzieci nie uczą się języka dziedziczonego (słyszałam wszystkie te opinie), skoro nie tylko często nie mają wsparcia, ale też na każdym kroku natykają się na przeszkody i ideologię jednojęzyczności?

Słowo "matka" rzadko pojawia się w książkach o wychowaniu dwujęzycznym, chyba że odnosi się do jakiejś konkretnej kobiety. W indeksach słowo "rodzic" widnieje z wieloma podsekcjami, pojawia się "ojciec", ale "matka" nie, z wyjątkiem określenia mother tongue - pisała Toshie Okita w swoim przełomowym badaniu z 2002 roku zatytułowanym Invisible Work: Bilingualism, Language Choice, and Childrearing in Intermarried Families[10]. Dopiero po przeczytaniu prac Okity zaczęłam zauważać i doceniać moje doświadczenie wielojęzycznego wychowania dzieci w jego niewidzialnej formie, czyli bardzo emocjonalnej i rzadko docenianej pracy domowej - wykonywanej głównie przez matkę. Słowa Okity odzwierciedlały moje doświadczenie ciągłego pilnowania, przypominania i dbania o to, by dzieci posługiwały się językiem dziedziczonym - językiem marginalizowanym, będącym w cieniu dominującego języka większościowego w społeczeństwie, ale zarazem ważnym w naszym domu.

Ponad dwadzieścia lat po publikacji badania Okity słowo "matka" już częściej pojawia się w badaniach dotyczących wielojęzycznego wychowania. Niedawno czytałam artykuł badający użycie języka przez każdego z rodziców, wskazujący, że jest ono lepszym predyktorem ekspozycji na język niż strategie językowe rodziny. W artykule Jaka matka, takie dziecko przytoczono badanie, które wykazało, że matki mają co najmniej dwukrotnie większy wpływ na kontakt z językiem niż ojcowie, prawdopodobnie z powodu płciowego charakteru ról opiekuńczych[11]. Mimo że matka znalazła się w tytule tej pracy, mimo że zwrócono uwagę na płciowy podział ról opiekuńczych i mimo że sformułowano cenne informacje, które mogłyby stać się podstawą rekomendacji i polityk, odczuwałam apatię. Matki przekazujące i podtrzymujące język dziedziczony nadal przecież spotykają się z paradoksem krytyki i pochwały: niewidoczne, wykonują niewidzialną pracę, chyba że nadejdzie czas oceny ich sukcesu - a zwłaszcza porażki.

Matki wychowujące wielojęzyczne dzieci często są narażone na oceny, czy aby na pewno są dobrymi matkami[12], niezależnie od tego, czy przekazują dzieciom język dziedziczony. Dobra matka to ta, która przekazuje dar wielojęzyczności, a zła to taka, o której (bezpodstawnie) mówi się, że zakłóca język szkolny lub język kontaktów społecznych. Zła matka może też być obwiniana przez rodzinę mieszkającą w innej części świata, że nie przekazuje dzieciom języka dziedziczonego, a oni przez to nie mogą się z nimi komunikować. Matki, które wierzą, że utrzymanie języka dziedziczonego to ich odpowiedzialność, często też sądzą, że utrata tego języka źle świadczy o ich wyborach i praktykach jako matek[13]. Mimo że niekiedy znają kilka języków, stają się strażniczkami "prawdziwej" dwujęzyczności swoich dzieci[14]. A czasami dorosłe dzieci obwiniają rodziców za to, że nie przekazali im języka dziedziczonego, mimo że same sprzeciwiały się temu w dzieciństwie. Okita w swoim badaniu na temat japońskich matek wychowujących dwujęzyczne dzieci w Ameryce zauważa, że matki, którym nie do końca udaje się praca przekazywania języka, czują, że mają zły wpływ na swoje dzieci, inaczej niż ojcowie, którzy są chwaleni za to, że przynajmniej próbują[15]. Nawet w przypadku języków mniejszościowych, takich jak szkocki gaelicki, walijski, lapoński i bretoński, które przez lata były represjonowane i kolonizowane, a ich użytkownicy prześladowani, uciskani i czasami karani przez władzę państwową i społeczną za posługiwanie się nimi, matki nadal obwiniano o to, że zabijają język, skoro nie używają go w kontaktach z dziećmi[16].

Hannah Irving Torsh w pracy dotyczącej matek przekazujących i podtrzymujących języki dziedziczone w Australii zauważa, że presja na wychowywanie dzieci dwujęzycznych wynika z narracji o intensywnym macierzyństwie, w którym matki miałyby być pośredniczkami kulturowymi dla swoich dzieci. Towarzyszy to rozumieniu języka jako kapitału, inwestycji w przyszłość dziecka, zasobu albo daru. Nie dotyczy to jednak wszystkich języków, jedynie tych uznawanych za lepsze. Gdy język lub odmiana języka nie są postrzegane jako prestiżowe, dar ten może stać się obciążeniem, a wówczas kształtuje się paradoksalny obraz matki, która może budować sukces swojego dziecka, ale jeśli jest to niewłaściwy język lub odmiana - utrudniać. Na przykład w spisie powszechnym z 2021 roku język polski okazał się trzecim pod względem popularności językiem w Wielkiej Brytanii, zaraz po angielskim i walijskim. Moje doświadczenie jest jednak takie, że nie cieszy się on w tym kraju takim prestiżem jak język francuski. Jeśli ktoś nie ma powiązań z tym językiem przez swoją rodzinę lub pochodzenie, jest mało prawdopodobne, by postanowił się go uczyć. W Stanach Zjednoczonych z kolei powszechnie używany jest hiszpański, ale wiele odmian tego języka, takich jak portorykański hiszpański, podlega stałej, niesprawiedliwej stygmatyzacji, do czego wrócę w trzeciej części tej książki.

Wiele badań pokazuje, że matki mają większy wpływ niż ojcowie na przekazywanie języka dziedziczonego, nawet jeśli jest to język partnera, a rodzina chce, aby dzieci się go uczyły. Jeszcze większe obciążenie spoczywa na matkach imigrantkach, które dopiero poznają język i kulturę danego społeczeństwa - one nie tylko chcą, ale wręcz muszą podtrzymywać i przekazywać język dziedziczony, aby utrzymać emocjonalną więź z dziećmi. Muszą być strażniczkami jednej kultury, odbiorczyniami i miłośniczkami drugiej oraz mediatorkami między nimi dwiema, gdy dochodzi do ich zderzenia[17]. A stawka jest wysoka. Kiedy dzieci i rodzice nie posługują się tym samym językiem, obie strony mogą czuć, że tracą swoją tożsamość, kulturę albo emocjonalną więź[18]. Jak wskazuje wiele postów na dowolnym forum dla rodziców wielojęzycznych, a także moje doświadczenie, poczucie winy zalewa matki, kiedy sądzą, że poniosły porażkę, ponieważ ich dzieci nie używają wystarczająco często języka dziedziczonego, albo uważają, że dzieci nie mówią wystarczająco biegle, albo mają do siebie pretensje, że powinny były zacząć wcześniej (np. w ciąży) lub zrobić coś więcej (to ja!). Jeśli ja czuję odpowiedzialność i wyrzuty sumienia, chociaż znam badania nad wielojęzycznością i wiem, co jest potrzebne do biegłego posługiwania się językiem[III] oraz jak wiele różnych czynników wpływa na język, a do tego zdaję sobie sprawę, że nawet przy sprzyjających okolicznościach nie ma żadnej gwarancji - to jak radzą sobie inne matki?

Nawet w kontekstach jednojęzycznych macierzyństwo i język przeplatają się ze sobą na wiele sposobów - matki są oceniane, a czasem zawstydzane za język swoich dzieci. Mówi się im, że mają pilnować rozwoju językowego dzieci, liczyć słowa, unikać deficytów, podczas gdy społeczeństwo wcale nie jest dla nich wspierające, podobnie jak dla rodzin. Winę jednak przypisuje się jednostce - matce - a nie systemowi i wielu powszechnym nierównościom. Jak piszą Allen Ansgar i Sarah Spencer w książce Regimes of Motherhood: Social Class, the Word Gap and the Optimisation of Mothers' Talk, matka jest mocno osadzana w kontekście osobistej odpowiedzialności. Macierzyństwo należy nieustannie optymalizować na uczelniach i poprzez badania naukowe dotyczące rozwoju językowego dzieci, a matki mają być w kieracie nieustającej pracy, to znaczy coraz lepiej, w sposób mierzalny i dostrzegalny dla innych, dbać o rozwój językowy dzieci[19]. Rzadko dostrzega się szersze czynniki społeczno-kulturowe - zauważają Ansgar i Spencer - czy znaczenie, jakie ma zabieg podkreślania kompetencji i sprawczości matek.

Chcę się tu zatrzymać i podziękować ojcom, ponieważ wiem, że niektórzy uznają, że niesprawiedliwie wrzucam ich wszystkich do jednego worka. Żałuję, że muszę to powiedzieć: oczywiście nie wszyscy ojcowie, ale wielu z nich - w tym mój partner, który pod każdym względem jest dla mnie ogromnym wsparciem - odgrywają kluczową rolę w wielojęzycznym wychowaniu swoich dzieci. Badania pokazują jednak, że matki wciąż ponoszą główną odpowiedzialność za wielojęzyczność dzieci[20].

Kiedy zostajesz matką, dopadają cię nagle niczym fale przypływu wybory i dylematy: butelka czy pierś, trening snu czy rodzicielstwo bliskości, pieluchy jedno- czy wielorazowe? Ale te wybory nie dokonują się w próżni. Szybko uświadamiasz sobie, że jesteś częścią szerzej zakrojonej dyskusji, w której każdy ma swoją opinię. Tak samo jest w przypadku decyzji o wychowaniu dzieci wielojęzycznych:

"Dlaczego nie uczysz ich innego języka?";

"Jesteś pewna, że to nie robi im zamieszania?";

"Czy trzy języki to nie za dużo?";

"Jak dostosują się do rówieśników?";

"Drugi język to taki dar";

"Czy liczyłaś, ile słów zna twoje dziecko?";

"Wygląda na to, że jest w tyle";

"Nie wierzę, że odmówiłabyś swojemu dziecku daru wielojęzyczności";

"Nie wierzę, że mogłabyś zestresować swoje dziecko innym językiem";

"Przekaż ten cholerny dar!".

Ideologie i praktyki językowe rodzin oraz diad matka-dziecko nakładają się w życiu codziennym na czynniki społeczno-ekonomiczne, historyczne i polityczne i nie sposób ich od siebie oddzielić. Słyszałam od matek dzieci neuroatypowych i od matek dzieci z opóźnieniami w rozwoju mowy, że wmawiano im, że jeśli używają języka dziedziczonego, w najlepszym razie postępują głupio, a w najgorszym - stresują dziecko i mu szkodzą. Wielojęzyczność nie opóźnia rozwoju mowy i chociaż tempo przyswajania języka przez dzieci wielojęzyczne jest zmienne, rozwój dwóch języków przebiega według tego samego schematu, co rozwój jednego. Opóźnienie w rozwoju mowy będzie widoczne w kilku językach, jeśli dziecko jest wielojęzyczne, lub w jednym, jeśli jest jednojęzyczne. To nie jest tak, że jeden język negatywnie wpływa na drugi czy też opóźnia rozwój mowy.

Kiedy mój syn był malutki, napisałam artykuł dla dużej kanadyjskiej gazety o tym, jak niespodziewanie trudne okazało się dla mnie wychowywanie dwujęzycznego dziecka. W odpowiedzi dostałam dużo wiadomości z wyrazami wsparcia - przez wszystkie te lata, kiedy piszę o tym, jak emocjonalne i trudne może być macierzyństwo wielojęzyczne, dostaję dużo pocieszenia, zwłaszcza od innych matek. Ale jeden komentarz różnił się od pozostałych. Pochodził od mężczyzny, który twierdził, że nie rozumie, dlaczego wychowywanie dzieci dwujęzycznych jest dla mnie takie trudne. "Dwójka moich dzieci jest idealnie dwujęzyczna. Bez trudu posługują się oboma językami i poruszają się między nimi. Nigdy nie było to problemem dla rodziny, a dwujęzyczność nigdy nie stanowiła wyzwania" (podkreślenia moje). W miarę lektury tej wypowiedzi stawało się jasne, że ten mężczyzna był w rzeczywistości jednojęzyczny, a osobą w głównej mierze odpowiedzialną za dwujęzyczność dzieci była jego dwujęzyczna żona.

W podobnym czasie, podczas bilansu mojego malucha, pielęgniarka środowiskowa powiedziała mi, że powinnam mówić do syna wyłącznie po angielsku i dopiero gdy dobrze opanuje ten język, mogę wprowadzać język polski. Spokojnie jej wyjaśniłam, że wielojęzyczność tak nie działa i że powinna przestać udzielać opiekunom tych mylnych rad. A potem pomyślałam o tym, ile matek już musiało posłuchać podobnych zaleceń, przestało używać języka dziedziczonego, co zmieniło ich życie, a być może też relację z dziećmi na zawsze. Kiedy po raz pierwszy opowiadałam tę irytującą historię, nazywałam tę pielęgniarkę "dobrą", ale potem przestałam. Skoro ponad połowa populacji świata jest wielojęzyczna, każdy specjalista pracujący z dziećmi i rodzinami powinien być odpowiednio przeszkolony i znać badania nad wielojęzycznością i nabywaniem umiejętności językowych w wielu językach.

Korzyści poznawcze - wielozadaniowość, obszerna pamięć robocza, świadomość metajęzykowa - wynikające z wielojęzyczności, często nazywanej przewagą poznawczą, są dobrze udokumentowane, choć ostatnio również się je podważa[21]. To główne argumenty za wielojęzycznością, której jestem gorącą zwolenniczką, ale istnieje też tendencja przywoływania badań porównujących dzieci wielojęzyczne z jednojęzycznymi. Takie porównania, nawet w badaniach promujących dwujęzyczność, utrwalają przekonanie, że jedno- i wielojęzyczność są w najgorszym razie czymś przeciwstawnym, a w najlepszym da się je porównać. Jak ujął to językoznawca François Grosjean, który wprowadził to określenie w przełomowym artykule z 1989 roku, osoba wielojęzyczna nie jest dwiema osobami jednojęzycznymi w jednym ciele[22]. Vivian Cook określiła dwujęzyczność mianem multikompetencji, definiując ją jako złożony stan umysłu z dwiema gramatykami[23], a później rozszerzyła tę definicję o element znajomości więcej niż jednego języka w tym samym umyśle. Z kolei Ofelia García nazywa dwujęzyczność dynamiczną bilingualnością (nie: addytywną), podkreślając, że praktyki językowe osób dwujęzycznych są złożone i wzajemnie powiązane - nie pojawiają się liniowo ani nie funkcjonują oddzielnie, ponieważ istnieje tylko jeden system językowy[24].

Innymi słowy, znajomość wielu języków jest wieloaspektowa i złożona i nie jest równoznaczna z podwójną jednojęzycznością. Porównywanie jedno- i wielojęzyczności może być szkodliwe z wielu powodów, a jednym z nich jest to, że w wielu rodzinach wielojęzycznych ta cecha jest chwalona, o ile nie koliduje z językiem szkolnym czy językiem kontaktów społecznych. Dwujęzyczność jest postrzegana jako coś wartościowego tylko wówczas, gdy masz uprzywilejowaną pozycję, gdy posługujesz się angielskim lub innym silnym językiem społecznym, jeśli jesteś biały lub biała, masz wysoki status społeczno-ekonomiczny oraz brzmisz i wyglądasz w określony sposób. Ale w innych sytuacjach jest błędnie postrzegana jako niebezpieczna, szkodliwa lub naruszająca język uważany za ważniejszy niż język dziedziczony, domowy lub zmarginalizowany. Te sposoby rozumienia są powiązane z ideologiami rasistowskimi, klasistowskimi, kolonialnymi i kapitalistycznymi. Wszystkie języki są równe, wszystkie języki są ważne i żaden nie koliduje z drugim. Wielojęzyczność nie powinna udowadniać swojej wartości, aby być uznana za ważną, bo jej wartość wynika po prostu z tego, że daje możliwość komunikacji między pokoleniami w rodzinie. Postrzegana wartość języka, a nawet domniemana wartość jego postrzeganej płynności również może mieć negatywny wpływ na rodzinę, gdy postawy opiekunów, często kształtowane przez społeczeństwo oraz ideologie jednojęzyczności i standardu językowego, wpływają na to, czy przekażą oni dzieciom i zachowają język dziedziczony.

A potem mamy wiele rozpowszechnionych mitów o dwujęzyczności, o których już wspominałam i które są nadal żywe, mimo podważających je badań - wielojęzyczność opóźnia rozwój mowy, wielość języków wprowadza zamieszanie u dzieci, rodzice muszą upewnić się, że jeden język jest wystarczająco silny, zanim wprowadzą kolejny. Utrzymują się one, mimo że zostały zakwestionowane, często powodując nieodwracalne szkody dla rodzin, które słuchają błędnych rad. Moment, w którym rodziny przyjmują taką szkodliwą radę, zazwyczaj jest początkiem końca, od którego nie ma odwrotu. Istnieją też błędne przekonania, które wydają się niewinne, ponieważ nie blokują wielojęzyczności, ale one również mogą siać spustoszenie. Na przykład takie, że osoby dwujęzyczne mają doskonałą lub równoważną znajomość obu języków, że osoby wielojęzyczne nie mają akcentu w żadnym znanym im języku albo że mieszanie języków jest szkodliwe dla wielojęzyczności. "Szczególnie interesujące jest to, w jaki sposób mity służą uzasadnianiu porządku społecznego i zachęcaniu do dobrowolnego uczestnictwa w tym porządku lub wymuszaniu go" - pisze Rosina Lippi-Green w książce English with an Accent. "Mity to magiczne i potężne konstrukcje; mogą motywować zachowania i działania społeczne, które w przeciwnym razie zostałyby uznane za sprzeczne z logiką lub rozumem"[25].

Jest wiele świetnych książek i źródeł na temat rodzicielstwa wielojęzycznego, które w przystępny sposób omawiają wyniki badań i pomagają opiekunom podejmować decyzje dobre dla ich rodzin, bo oparte na dowodach naukowych. Często jednak potrzeba czasu, aby najważniejsze i najnowsze badania dotarły do matek i opiekunów, którzy najbardziej ich potrzebują. A kiedy to już nastąpi, te wartościowe informacje mogą zostać pominięte lub błędnie zinterpretowane przez media (więcej na ten temat piszę w części pierwszej) lub na czasem pomocnych, a często uciążliwych forach rodzicielskich, gdzie każdy ma swoją opinię i poczuwa się do bycia ekspertem (uwaga!). Niekiedy znajomość wszystkich strategii i najbardziej aktualnych danych też jest obciążeniem, a nie tylko darem, a przynajmniej źródłem lęku przed niepowodzeniem w rozwijaniu wielojęzyczności u dzieci.

Jeśli czytając to, myślisz, że wielojęzyczne wychowywanie dzieci jest łatwe, że twoja społeczność wspiera wielojęzyczność, że masz dostęp do wielojęzycznych zasobów lub kształcenia[26], że twój język dziedziczony nie jest represjonowany ani prześladowany, że nikt cię nie dyskryminuje za używanie jednego języka zamiast innego, że nie musisz umierać za swój język[27], to masz ogromne szczęście. Ale jak wszystko w życiu, nie powinno to zależeć od tego, czy ktoś ma farta. Wszyscy powinniśmy się nawzajem wspierać, nie tylko w działaniach na rzecz wielojęzyczności, ale także w eliminowaniu niesprawiedliwości i nierówności językowych.

Mam wyjątkowy przywilej i luksus, mogąc wybierać, jakich języków chcę uczyć moje dzieci i w jakim języku będę z nimi rozmawiać, ponieważ moje dzieci miały możliwość poznać mnie w obu moich językach. Nie wszystkie rodziny mają taki wybór, zwłaszcza te, które dopiero zaczynają używać języka społecznego z powodu migracji lub które są prześladowane za posługiwanie się językiem mniejszościowym. Istnieje wiele wstrząsających - również aktualnych - przykładów kradzieży języka i brutalnego odmawiania dostępu do niego. Możliwość używania wielu języków to wolność, która wcale nie jest oczywistością w czasach, gdy wiele osób nie ma takiego prawa lub boi się używać języka, odmiany czy dialektu z powodu językowych uprzedzeń, dyskryminacji, rasizmu, kolonializmu, białej supremacji, akcentyzmu czy lingwicyzmu. Zróżnicowane doświadczenie matek konfrontujących się z językiem większościowym jako czymś, co może pochłonąć je i ich dzieci, ma jednak pewne podobieństwa. Im częściej te doświadczenia są wydobywane z ukrycia, a matki są wzmacniane w mówieniu swoim głosem i dzielą się historiami o trudnościach i wyzwaniach, tym bardziej uwidaczniają się społeczne skutki różnorodności językowej, a co za tym idzie, możemy zauważyć, że niedogodność językowa jest formą strukturalnej słabości[28]. W książce Linguistic Diversity and Social Justice Ingrid Piller przypomina:

Różnorodność językowa jest zazwyczaj uważana za nowość naszych czasów, podczas gdy tak naprawdę od zawsze była ona naturalnym doświadczeniem ludzkości. Nie dostrzegamy różnorodności językowej w zapisach historycznych nie tylko dlatego, że ideologia zasłania nam oczy, ale także dlatego, że inne języki często były aktywnie usuwane z zapisów historycznych w celu pozbawienia podporządkowanych grup ich legitymizacji[29].

Dzieci uczą się pierwszego języka lub kilku pierwszych języków przez kontakt z nimi od urodzenia. W pewnym momencie jednak, najczęściej gdy idą do przedszkola lub szkoły albo gdy język kontaktów społecznych zaczyna przenikać do domu, może to zacząć oznaczać nauczanie czy raczej podtrzymywanie języka mniejszościowego, ponieważ język społeczny, język szkoły i język grupy rówieśniczej prawdopodobnie staną się dla dziecka dominujące. Wtedy potrzebne są ekspozycja na ten pierwszy język, zapewnienie możliwości zaangażowania się w komunikację i chęć podtrzymywania lub uczenia się języka innego niż ten, który jest używany w szerszym społeczeństwie. Pewna językoznawczyni, którą podziwiam, powiedziała kiedyś, że czuje, jakby podcinała skrzydła swojemu synowi, niezależnie od tego, w jakim języku z nim rozmawia[30]. Jeśli jest to język niemiecki, jej język dziedziczony i ten, który chce przekazać synowi, kontekst lub znaczenie pewnych pojęć się gubią, a rozmowa traci płynność. Jeśli używa angielskiego, dominującego języka swojego i syna, a także języka społeczności, traci możliwość włączenia języka dziedziczonego, istotnego elementu transmisji językowej. Ponadto dziecko, inaczej niż matka, może nie uważać języka dziedziczonego za część swojej tożsamości. Jeśli ktoś nie czuje się związany z językiem, próba jego forsowania jest bezcelowa.

Krajobrazy macierzyństwa i języka mogą być znajome i obce zarazem, jakbyś wiedziała, co to jest macierzyństwo i ujęzykowienie[IV] przez całe swoje życie, ale jednocześnie w obu była początkująca. Język i macierzyństwo to początki każdej historii: złożonej, płynnej, wielowarstwowej i - przede wszystkim - emocjonalnej. Język wydarza się w relacji z kimś, podobnie jak akt macierzyństwa. Płynność w języku i byciu matką może przyjść łatwo lub z wielkim trudem. I w obu, bez ostrzeżenia, możesz mieć załamania. Zarówno język, jak i macierzyństwo są często uważane za typowe i przewidywalne, a określenia takie jak "wrodzony" i "instynkt" są nieustannie używane do ich opisu. Jeśli zatrzymamy się i rozważymy każde z tych zjawisk, wykraczając poza to, co wrodzone w teorii Chomsky'ego[31], okażą się niezwykłe, złożone i wyjątkowe dla różnych osób. Język i sposoby rozumienia macierzyństwa, zwłaszcza gdy rozpatruje się je poza instytucją macierzyństwa i społecznym wyobrażeniem o tym, jaka powinna być matka, mogą przynieść ukojenie - dzieci i język w niewytłumaczalny sposób wiążą nas z przeszłością i przyszłością, zarazem ucząc pokory wobec teraźniejszości, a czasem wręcz wprowadzając nas w konflikt z nią. Gdy zaczynałam wychowywać wielojęzyczne dziecko, najmocniej pragnęłam usłyszeć historie innych matek takich jak ja, zwłaszcza o tym, jak się czują - o ich wzlotach, upadkach, frustracji, radości i wszystkim, co jest pomiędzy. Nie chciałam po raz kolejny słuchać o korzyściach poznawczych, ale raczej o tym, jak język jest nieodzownie powiązany z przynależnością, tożsamością, domem, pochodzeniem etnicznym, dziedzictwem, jak splecione są ze sobą różnorodność językowa i sprawiedliwość społeczna, i o tym, że każdy język jest wartościowy właśnie dlatego, że ktoś go używa do porozumiewania się. Mam nadzieję, że moje słowa przyniosą ukojenie, a zwłaszcza uznanie, każdemu, kto tego potrzebuje, tak jak ja - kiedyś i często również teraz.

Podczas podróży fotografuję wiszące pranie: za oknami, na sznurach, na poręczach. Zwykle robię te zdjęcia w bardzo romantycznych miejscach, z dala od własnych stert brudnych ubrań i innych obowiązków. Reprezentują one sferę domową, są znakiem, że ktoś żyje codziennym życiem w tych miasteczkach ze snów. To, co prywatne, staje się publiczne: ludzie suszą swoje (czyste) pranie na oczach wszystkich, w tym turystów.

W Londynie, kiedy mój syn był noworodkiem, a pranie stało się moim nowym hobby, wieszałam jego maleńkie ubranka na balkonie, żeby wyschły w palącym letnim słońcu. Pewnego dnia ktoś z naszego budynku wsunął pod moje drzwi karteczkę. Trudnym do odczytania pismem skreślił kilka linijek, informując nas, że wieszanie prania na balkonie sprawia, że cały budynek wygląda tandetnie i nieelegancko. Zachodziłam w głowę, kto aż tak nienawidzi widoku uroczych ubranek dla niemowląt. Dopiero później dowiedziałam się, że w budynku obowiązuje zakaz wieszania prania na balkonie. Kilka lat później zauważyłam, że w innym budynku większość lokatorów jednak tak robi, zwłaszcza podczas fal upałów, które nawiedziły Londyn pewnego lata. "Rozsądni mieszkańcy i rozsądna administracja" - pomyślałam. Aż do momentu, gdy wszyscy lokatorzy otrzymali list z informacją, że zostaną podjęte kroki prawne wobec recydywistów wieszających pranie na balkonach. Wyszukałam w internecie, że chodzi o zapobieganie wypadkom spowodowanym spadającymi przedmiotami, a także o to, że widoczne dla wszystkich pranie obniża wartość mieszkań na rynku wtórnym. To, co prywatne, nie może stać się publiczne, a codzienne życie i praca domowa muszą być ukryte za zamkniętymi drzwiami, a przynajmniej za progiem balkonu. Ta ukryta, nieodpłatna praca domowa, najczęściej praca matek, jest analogiczna do ukrytej pracy nauczania języka dziedziczonego. Wychowywanie wielojęzycznych dzieci to praca, często praca matek, która odbywa się w domu. Mówimy, że życie domowe jest dla nas ważne, że dbamy o rodzinę i osoby potrzebujące, ale w istocie społeczeństwo często nie chce, aby praca opiekuńcza była widoczna publicznie i by była opłacana, to znaczy doceniana w sposób wykraczający poza puste deklaracje. To samo dotyczy języków dziedziczonych, zwłaszcza w rodzinach imigrantów. Jeden z najpowszechniejszych, trwałych mitów dotyczących wychowywania dzieci wielojęzycznych głosi, że język dziedziczony używany w domu będzie miał negatywny wpływ na język używany w szkole. Wielojęzyczność nadal jest często źle rozumiana, zwłaszcza w społeczeństwach, w których dominuje jednojęzyczność[32].

Kilka lat po tym, jak na seminarium z językoznawstwa na własnej skórze poczułam, że "ty pojawia się później niż to", wzięłam udział w webinarze na temat rodzicielstwa wielojęzycznego. Prelegentka, wybitna profesorka w tej dziedzinie, której pracę dobrze znałam, zakończyła swoje wystąpienie stwierdzeniem, że najważniejszym aspektem rodzicielstwa wielojęzycznego jest dobro dziecka. Chociaż moje badania nad emocjami matek wychowujących dzieci wielojęzyczne nauczyły mnie czegoś innego, uderzyło mnie, że powszechne przekonanie o tym, że matka i jej dobrostan są czymś drugorzędnym, przeniknęło do lingwistyki. Najważniejszym aspektem rodzicielstwa wielojęzycznego - i macierzyństwa w ogóle - jest dobro matki i dziecka. Moje porównanie do zakazu wieszania prania na widoku to przykład podziału na to, co uznaje się za prywatne i publiczne, zarówno w pracy domowej i macierzyńskiej, jak i w podtrzymywaniu i przekazywaniu języka dziedziczonego. Podział, a czasem konflikt między przestrzenią prywatną, taką jak dom i ciało matki, a przestrzenią publiczną w języku i macierzyństwie, jest powracającym tematem w tej książce. Kiedy dostrzegamy pranie, macierzyństwo i język(i), uznajemy nie tylko pracę, która za tym stoi, ale także codzienne, osobiste życie ludzi na całym świecie, w wielu językach.

Lata przed urodzeniem dzieci napisałam artykuł do czasopisma o wielojęzyczności i wychowywaniu dzieci dwujęzycznych. Przeprowadziłam wywiady z kanadyjskimi rodzinami wychowującymi dzieci w wielu językach oraz z jedną matką, która, choć początkowo to planowała, przestała mówić do swoich dzieci po szwedzku, ponieważ po latach prób przytłaczający opór i brak wsparcia stały się dla niej nie do zniesienia. O spotkaniu z nią napisałam ponownie wiele lat później, gdy sama urodziłam dzieci i przeszłam własne zmagania z wielojęzycznym rodzicielstwem. Zorientowałam się, że kiedyś zbyt surowo oceniałam tę kobietę, myśląc, że zmarnowała szansę i że to smutne, że się poddała. Teraz wiem, że mocno przejmowała się językiem, macierzyństwem, wielojęzycznym wychowywaniem, prawdopodobnie ludźmi, którzy mówili jej, żeby to robiła, żeby nie robiła, żeby robiła to inaczej, w ten sposób albo inny. Postąpiła tak, jak musiała, żeby przetrwać. Czasem, kiedy o niej myślę, zazdroszczę jej tej decyzji. A jednak też żałuję, że musiała się poddać, poddać, dać, dać, dać.

Powszechne mity na temat języka, a zwłaszcza dwujęzyczności, są niemal zawsze powiązane ze złudzeniami i założeniami dotyczącymi macierzyństwa i bycia matką. Gdy zostaje się matką, wszystko się zmienia, a za każdym razem, gdy dokonujemy wyboru - macierzyństwa lub języka - w naturalny sposób coś tracimy. Zarówno język, jak i macierzyństwo mogą odgrywać fundamentalną rolę w kształtowaniu poczucia własnej wartości, a co najważniejsze, dają radykalny potencjał odnajdywania sensu, budowania więzi i wprowadzania zmian. Ale nie zawsze jest to wybór "albo/albo", bo język żyje w nas i wśród nas, w matkach, dzieciach i pomiędzy nimi. Kiedy coś tracimy, możemy to odnaleźć, ale zwykle nie w pierwotnym stanie, a to zjawisko jest zasadniczym aspektem naszej zmieniającej się tożsamości językowej, kulturowej i macierzyńskiej.

Kiedy moje dzieci były bardzo małe, pamiętam, że gdzieś czytałam o matce, która przed snem mówiła do swoich dzieci po angielsku, że kocha je bardziej niż wszystkie gwiazdy na niebie (more than all the stars in the sky). Ogromnie spodobało mi się zobrazowanie tego uczucia i sposób, w jaki można rozciągnąć "wszystko" (alllll), sugerujący, że da się sięgnąć przez całe niebo i wymazać z niego gwiazdy, tak mało znaczące w porównaniu z miłością do dzieci. Próbowałam powiedzieć to samo po polsku, ale brzmiało to chwiejnie i wcale nie było piękne ani romantyczne. Nie mogłam po prostu sobie wziąć i przetłumaczyć tego zdania. Niezależnie od tego, czy jesteśmy matkami w jednym, czy w wielu językach, w końcu, a w zasadzie od samego początku, mamy nadzieję, że nasze dzieci zapamiętają nas poprzez gest, piosenkę, powiedzenie lub znak - drobny lub codzienny moment, który nie będzie miał nic wspólnego z instytucją macierzyństwa, a jedynie z aktem bycia matką, czyli często też - językiem.

Przypisy końcowe

Wstęp - interfejsy

[1] Warto zacząć od książek: Wright, Lyn i Higgins, Christina (red.) (2022). Diversifying family language policy. London, New York: Bloomsbury Publishing oraz Wright, Lyn (2022). Critical perspectives on language and kinship in multilingual families. London: Bloomsbury Publishing. Inne teksty warte polecenia to: King, Kendall i Lanza, Elizabeth (2019). Ideology, agency, and imagination in multilingual families: An introduction. International Journal of Bilingualism, nr 23(3), s. 717-723, a także: Hua, Zhu i Wei, Li (2016). Transnational experience, aspiration and family language policy. Journal of Multilingual and Multicultural Development, nr 37(7), s. 655-666.

[2] Lanza, Elizabeth (2021). The family as a space: Multilingual repertoires, language practices and lived experiences. Journal of Multilingual and Multicultural Development, nr 42(8), s. 765.

[3] Pennycook, Alastair (2010). Language as a local practice. New York: Routledge, s. 12. Koncepcja, że języki są oddzielnymi strukturami (niektórzy językoznawcy nazywają to addytywnością), jest podłożem wielu mitów na temat dwujęzyczności i wielojęzyczności, zwłaszcza w odniesieniu do rozdzielania języków: na przykład stosowania innego w domu, a innego szkole, lub sytuacji, gdy dziecko uczy się kilku języków, a rodzicom błędnie zaleca się używanie tylko jednego języka przed wprowadzeniem następnego.

[4] Piller, Ingrid (2016). Linguistic diversity and social justice: An introduction to applied sociolinguistics. Oxford: Oxford University Press, s. 19.

[5] Zob. omówienie zastosowania terminu "ujęzykowienie" (languaging) w socjolingwistyce w: García, Ofelia i Wei, Li (2014). Translanguaging: Language, bilingualism and education. London: Palgrave Macmillan, s. 9.

[6] O różnicach między amerykańskim angielskim a brytyjskim angielskim polecam: Murphy, Lynne (2018). The prodigal tongue: The love-hate relationship between American and British English. London: One World Publications. Oczywiście jestem Kanadyjką, ale prawie mnie to dotyczy, a poza tym jest to wspaniała książka!

[7] W książce Nancy Huston Nord Perdu (Actes Sud, 1999) jest piękny fragment, w którym autorka pisze, że pierwszy język jest dla nas jak matka, a języki, których uczymy się później w życiu, wymagają od nas macierzyńskiej opieki i opanowywania: "Słowa dobrze to oddają: pierwszy język, maternelle, nabywany we wczesnym dzieciństwie, otula cię i sam staje się twój, natomiast język drugi, język przybrany, musisz otoczyć opieką, opanować go i oswoić" (s. 61).

[8] Kristeva, Julia (2005). Motherhood today. Colloque Gypsy V, Paris, 21-22.10.2005. http://www.kristeva.fr/motherhood.html

[9] W ramach tego, co Elizabeth Lanza (Lanza, Elizabeth ?2021?. The family as a space: Multilingual repertoires, language practices and lived experiences. Journal of Multilingual and Multicultural Development, nr 42?8?, s. 763-771) nazywa klasyczną socjolingwistyką w duchu Joshuy Fishmana, rodzina była postrzegana jako dziedzina prywatna, która ustala własne parametry, w tym ogranicza sposób wybierania i używania języka w kontaktach z członkami rodziny (Fishman, Joshua ?1991?. Reversing language shift. Bristol: Multilingual Matters). Idea domu jako dziedziny prywatnej nie jest nowa, ale odnoszę się tu do niej również pod względem postrzegania domu jako przestrzeni prywatnej w kontekście opieki, rodzicielstwa, a zwłaszcza macierzyństwa.

[10] Okita, Toshie (2002). Invisible work: Bilingualism, language choice and childrearing in intermarried families. Amsterdam: John Benjamins Publishing, s. 36.

[11] Sander-Montant, Andrea, Byers-Heinlein, Krista i Bissonnette, Rébecca (2023). Like mother like child: Differential impact of mothers' and fathers' individual language use on bilingual language exposure. PsyArXiv, 27.09.2023, s. 2.

[12] King, Kendall i Fogle, Lyn (2006). Bilingual parenting as good parenting: Parents' perspectives on family language policy for additive bilingualism. International Journal of Bilingual Education and Bilingualism, nr 9(6), s. 697.

[13] Surrain, Sarah (2018). Spanish at home, English at school: How perceptions of bilingualism shape family language policies among Spanish-speaking parents of preschoolers. International Journal of Bilingual Education and Bilingualism, nr 24(6), s. 14.

[14] Piller, Ingrid i Gerber, Livia (2018). Family language policy between the bilingual advantage and the monolingual mindset. International Journal of Bilingual Education and Bilingualism, s. 632.

[15] Okita, Toshie, Invisible work, op. cit., s. 28.

[16] Romaine, Suzanne, Communicating Gender. London: Psychology Press, s. 180.

[17] Kouritzin, S. (2000). Immigrant Mothers Redefine Access to ESL classes: Contradiction and Ambivalence. Journal of Multilingual and Multicultural Development, nr 21(1), s. 15, gdzie cytowana jest praca: McNerney, M. (1980). Multiculturalism. Myth and Reality. Rikka VII, s. 27-30.

[18] Tseng, Vivian i Fuligni, Andrew J. (2000). Parent-Adolescent language use and relationships among immigrant families with East Asian, Filipino, and Latin American backgrounds. Journal of Marriage and Family, nr 62(2), s. 465-476. W badaniu tym okazało się, że nastolatki i nastolatkowie, którzy rozmawiają z rodzicami w ich natywnym języku, wykazują najwyższe wskaźniki spójności i dialogu.

[19] Allen, Ansgar i Spencer, Sarah (2022). Regimes of motherhood: Social class, the word gap and the optimisation of mothers' talk. The Sociological Review, nr 70(6), s. 1183.

[20] Więcej o doświadczeniu ojców zob.: Gessen, Keith (2018). Why did I teach my son to speak Russian? The New Yorker, 16.06.2018. https://www.newyorker.com/culture/personal-history/why-did-i-teach-my-son-to-speak-russian, a także rozmowę autora z François Grosjeanem, w: Grosjean, François (2021). Life as a bilingual: Knowing and using two or more languages. Cambridge: Cambridge University Press, s. 128-131.

[21] Więcej o badaniach, które zarówno potwierdzają, jak i obalają "przewagę poznawczą", zob: Greve, Werner, Koch, Martin, Rasche, Verena i Kersten, Kristin (2021). Extending the scope of the "cognitive advantage hypothesis": Multilingual individuals show higher flexibility of goal adjustment. Journal of Multilingual and Multicultural Development, s. 1-17, a także Yong, Ed (2016). The bitter fight over the benefits of bilingualism. The Atlantic, 10.02.2016. https://www.theatlantic.com/science/archive/2016/02/the-battle-over-bilingualism/462114

[22] Grosjean, François (1989). Neurolinguists, beware! The bilingual is not two monolinguals in one person. Brain and Language, nr 36(1), s. 3-15.

[23] Cook, Vivian (1992). Evidence for multicompetence. Language Learning, nr 42(4), s. 557-591. Więcej o ostatnich dyskusjach zob. Cook, Vivian i Wei, Li (red.) (2016). The Cambridge handbook of linguistic multi-competence. Cambridge: Cambridge University Press.

[24] García, Ofelia i Wei, Li (2014). Translanguaging: Language, bilingualism and education. London: Palgrave Macmillan, s. 13, gdzie znajduje się przytoczenie pracy: García, Ofelia (2009). Bilingual education in the 21st century: A global perspective. Malden, Oxford: Wiley-Blackwell.

[25] Lippi-Green, Rosina (1997). English with an accent: Language ideology and discrimination in the United States. London, New York: Routledge, s. 41.

[26] Munkhbayar, Undarmaa (2023). How to maintain Mongolian in Australia. Language on the Move, 11.12.2023. https://www.languageonthemove.com/how-to-maintain-mongolian-in-australia

[27] Bulag, Uradyn E. (2020). Dying for the mother tongue: Why have people in Inner Mongolia recently taken their lives? Index on Censorship, nr 49(4), s. 49-51.

[28] Piller, Ingrid (2016). Linguistic diversity and social justice: An introduction to applied sociolinguistics. Oxford: Oxford University Press, s. 3.

[29] Ibidem, s. 30.

[30] Little, Sabine (2021). Children and parents collaborating in home language maintenance. Raising Multilinguals LIVE, 16.06.2021. https://www.youtube.com/watch?v=LE1PBCx7lMQ

[31] Teoria nabywania języka autorstwa Noama Chomsky'ego, czyli Gramatyka Uniwersalna, zakłada, że nabywanie języka jest wrodzone, czyli że rodzimy się z zestawem reguł językowych. Omawialiśmy ją na zajęciach ze wstępu do językoznawstwa jako jedną z pierwszych koncepcji. Jest ona często dyskutowana, czasem uznawana za kontrowersyjną, wielowarstwowa i przez lata wielokrotnie ją omawiano. W tym miejscu potraktuję ją dość powierzchownie i zwrócę tylko uwagę na analogię między wrodzonym charakterem języka a macierzyństwem: co oznacza "wrodzone" i jakie konsekwencje przekonania, że na przykład instynkt macierzyński jest wrodzony, ponoszą matki.

[32] W książce Piller, Ingrid (2016). Linguistic diversity, op. cit., s. 32 autorka zauważa, że określenie "jednojęzyczny sposób myślenia" zostało wprowadzone przez językoznawcę Michaela Clyne'a, który chciał podkreślić dysproporcję między tym, jak powszechna jest wielojęzyczność w Australii, a wyidealizowanym obrazem Australii jako "jednojęzycznego narodu anglojęzycznego". Zob. też Clyne, Michael (2025). Australia's language potential. Sydney: UNSW Press.