Macierewicz. Jak to się stało - Tomasz Piątek

-
Proszę czekać

Zawarte w niniejszej książce informacje i dokumenty mogą wstrząsnąć wieloma czytelnikami. Zaskoczą nawet tych, którzy przeczytali książkę Macierewicz i jego tajemnice1. Na dalszych stronach przedstawiam bowiem nieznaną prawdę o Antonim Macierewiczu, ukrytą dotąd w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej (IPN). Znajdują się tam akta komunistycznej Służby Bezpieczeństwa (SB), które dotyczą Macierewicza. Wynika z nich, że liczne koincydencje, które łączą byłego ministra obrony z ludźmi Kremla, nie powstały ot tak. Nie są wynikiem przelotnego uwikłania. Nie chodzi też o doraźny, taktyczny sojusz między przeciwnikami. Nieuniknione jest przypuszczenie, że rosyjskie i PRL-owskie koneksje Antoniego Macierewicza mają znamiona głębokiej zależności, która trwa od niemal pół wieku.

Najważniejsze jest to, co Antoni Macierewicz robi Polsce dzisiaj. W najbliższych miesiącach zamierzam znowu się przyjrzeć jego poczynaniom w latach 1989-2018 (tym bardziej że docierają do mnie nowe, godne uwagi informacje o jego koneksjach w różnych krajach Europy). Nie da się jednak zrozumieć działalności Macierewicza, jej istoty i przyczyn, jeśli nie zbada się jej od początku. Aby pojąć to, co się dzieje dzisiaj, musimy sięgnąć w przeszłość. Z przeszłości bowiem, z lat 80. ubiegłego wieku, pochodzą dokumenty, które dosłownie krzyczą. Jeden z nich niedwuznacznie daje do zrozumienia, że komuniści roztoczyli nad Macierewiczem specjalny parasol ochronny. I to komuniści wysokiej rangi - członkowie tzw. Biura Studiów, czyli elitarnej jednostki SB. Był to zespół wybitnych, choć fanatycznych policjantów politycznych. Pracowali oni nad rozbiciem opozycyjnego związku zawodowego "Solidarność", gdy ten działał w podziemiu. Mieli też bliskie związki ze służbami kremlowskimi. Jeden z opiekunów Macierewicza dostał medal od KGB (sowieckie cywilne służby specjalne, przekształcone później w FSB i SWR).

O tym jest ta książka. Przedstawione w niej informacje i dokumenty z przeszłości pomagają odpowiedzieć na pytania, które nas dręczą. Dotyczą one spraw najważniejszych, podstawowego bezpieczeństwa państwa.

Jak to się stało, że jesteśmy bezbronni? Dlaczego polska armia nie ma śmigłowców, flota - okrętów podwodnych, a sztab - planów obronnych? Dlaczego setki doświadczonych generałów i wyższych oficerów odeszły do cywila? Dlaczego zastąpili ich młodzieńcy bez autorytetu, za jednym zamachem awansowani o kilka stopni? A z drugiej strony - dlaczego Ministerstwo Obrony Narodowej wydawało i wciąż wydaje gigantyczne pieniądze na tzw. Wojska Obrony Terytorialnej (WOT)? Były szef Sztabu Generalnego w latach 2013-2017 gen. Mieczysław Gocuł bije na alarm, że ukryte wydatki idą w miliardy2. Dlaczego przepuszczamy te miliardy na amatorską formację, która przed niczym nas nie obroni? Dlaczego do WOT werbowano jawnych zwolenników Władimira Putina z prokremlowskiej partii Zmiana? Dlaczego tworzenie WOT powierzono pułkownikowi Krzysztofowi Gajowi - jawnemu zwolennikowi Putina, ekspertowi prywatnej organizacji Narodowe Centrum Studiów Strategicznych (NCSS), której prezes Jacek Kotas jest powiązany ze współpracownikami rosyjskiej mafii3?

Za tymi wszystkimi decyzjami stoi Antoni Macierewicz, minister obrony w latach 2015-2018. W tych samych latach zostały ujawnione jego pośrednie, ale liczne i istotne koneksje z Kremlem, kremlowskimi służbami specjalnymi i kremlowską przestępczością zorganizowaną. To nie tylko pułkownik Gaj i prezes Kotas. To także Robert Luśnia, Konrad Rękas, Grzegorz Kwaśniak, Marek Zieliński, Andrzej Zapałowski, Tomasz Szatkowski, Robert Szustkowski, Alfonse D'Amato, Dana Rohrabacher, Luis Moreno Ocampo, Irina Obuchowa, Andriej Iłłarionow, Andriej Skocz, Lew Kwietnoj, Aliszer Usmanow, Siemion Mogilewicz. Coraz więcej Polaków i Polek wie, kim są ci ludzie i co ich łączy z ministrem niszczycielem.

O tych niebezpiecznych znajomościach ministra pisałem w książce Macierewicz i jego tajemnice. Ale wołali o nich głośno także inni dziennikarze i aktywiści: Radosław Gruca, Grzegorz Rzeczkowski, Jan Śpiewak, Eliza Michalik, Jacek Żakowski, Mariusz Ziomecki, Łukasz Maziewski. Za granicą alarmowali Christian Davies z "The Guardian", Konrad Schuller z "Frankfurter Allgemeine Zeitung", Aude Massiot z "Libération", Jesper-Thobo Carlsen z "Politiken", Josephine Huetlin z "The Daily Beast". (Przepraszam, jeśli kogoś pominąłem). Po tych publikacjach Macierewicz został zdymisjonowany. A razem z nim odwołano niemal wszystkich jego współpracowników - oprócz wiceministra Tomasza Szatkowskiego. Była to jednak dymisja szczególnego rodzaju. Głośna, zbiorowa, dotkliwa - a zarazem aksamitna. Po utracie stanowiska Macierewicz przez długie miesiące wciąż urzędował w budynku ministerstwa i jeździł ministerialną limuzyną. Nadal jest wiceprzewodniczącym rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość (PiS). Jego główny medialny sojusznik, oligarcha Tadeusz Rydzyk, popiera go jeszcze usilniej niż przedtem. Całkiem jasno daje do zrozumienia, że w razie odejścia Macierewicza z PiS nie zagłosuje na tę partię4.

Czy Antoni Macierewicz to niezatapialny niszczyciel? Tak, i to nie od dziś. W latach 70. był pomysłodawcą i współzałożycielem opozycyjnego Komitetu Obrony Robotników. Organizacja ta broniła najsłabszych i najbiedniejszych przed prześladowaniem ze strony komunistów. Była też jawnym znakiem oporu, światełkiem w tunelu dla poddanych komunistycznej tyranii. Stała się zalążkiem późniejszych Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych "Solidarność" - wielkiej centrali związkowej, największej organizacji opozycyjnej w historii komunizmu, która powstała w 1980 r. i do grudnia 1981 r. istniała legalnie (pod groźbą strajków i powszechnego buntu władze PRL wbrew sobie musiały ją zalegalizować). Założenie KOR jawiłoby się jako wielka i czysta zasługa Antoniego Macierewicza, gdyby nie to, że już w rok po jego powstaniu Macierewicz zaczął KOR rozbijać. Podobnie rozbijał władze Regionu Mazowsze (najpotężniejsza organizacja regionalna "Solidarności" w latach 80.). Zwalczał wtedy swoich byłych kolegów z KOR. Próbował nawet w tym celu sprzymierzyć się ze związkowymi antysemitami. A w drugiej połowie 1981 r., gdy "Solidarność" coraz ostrzej zderzała się z komunistycznym reżimem, Antoni Macierewicz usiłował pomóc komunistom. Opisuję to dokładnie w tej książce.

W grudniu 1981 r. generał Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny i opozycja zeszła do podziemia. Macierewicz próbował ją rozmiękczać. W latach 1982-1985 lansował ideę dogadania się z Jaruzelskim. Miał to być sojusz "patriotycznego" komunistycznego wojska z Kościołem katolickim i nacjonalistyczną częścią opozycji. Tezy te nie znalazły poklasku nawet wśród wieloletnich przyjaciół Macierewicza. Wybitny reżyser Janusz Kijowski zerwał z nim kontakty. Wyszedł od niego, trzaskając drzwiami.

Minęło kilka lat. W 1989 r. komuniści stali się skłonni do rzeczywistych ustępstw na rzecz opozycji i demokracji. Wobec tego "Solidarność" postanowiła się dogadać z Jaruzelskim i zasiadła z jego ludźmi przy Okrągłym Stole. Macierewicz jednak przy nim nie obradował, a nawet zbojkotował kompromisowe, częściowo wolne wybory, które odbyły się w tym samym roku i były najważniejszym owocem Okrągłego Stołu. Zapewne dlatego, że kompromis zawierano w duchu liberalnej demokracji, nie zaś narodowego katolicyzmu...

Czas Antoniego Macierewicza nastał w 1991 r. Powstał wówczas pierwszy rząd radykalnej prawicy pod kierownictwem jego dobrego znajomego, Jana Olszewskiego. Macierewicz został ministrem spraw wewnętrznych. Jego zwolennicy twierdzą, że uchronił nas wtedy przed rosyjską infiltracją gospodarczą. Miał zablokować międzyrządową umowę przekazującą rosyjskim firmom byłe sowieckie koszary na terenie Polski. Ci, którzy wówczas uczestniczyli w polsko-rosyjskich negocjacjach, pamiętają, że Macierewicz i jego akolici odegrali zupełnie inną rolę. Wybitny dyplomata Andrzej Ananicz w 2015 r. oświadczył publicznie, że to Piotr Naimski storpedował porozumienie, które pozwalało naszym władzom kontrolować rosyjskie spółki działające w Polsce. Według Ananicza Naimski forsował taką interpretację prawa, według której firmy z Rosji miały działać swobodnie, podobnie jak inne podmioty gospodarcze5. Tu pojawia się pytanie, kim był Piotr Naimski. Wówczas szefem Urzędu Ochrony Państwa (UOP), czyli cywilnych służb specjalnych. Bezpośrednio podlegał więc ministrowi spraw wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi. Co więcej, od końca lat 60. Naimski jest "prawą ręką" Macierewicza. Poznali się w 1967 r., razem działali w harcerstwie. Od pół wieku łączy ich najbliższa przyjaźń i współpraca. Sprawę rosyjskich spółek zamierzam badać w najbliższych miesiącach.

Jako zaciekły antykomunista minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz miał też dokonać lustracji, czyli ujawnić byłych agentów SB w parlamencie i innych organach władzy państwowej. Jednak to, co zrobił w roku 1992, skompromitowało samą ideę lustracji. Otóż Macierewicz przekazał parlamentarzystom listę, na której znalazły się zarówno osoby winne, jak i te niemające nic na sumieniu. W tym jego główni rywale o rząd dusz na prawicy i w kręgach niepodległościowych - Wiesław Chrzanowski i Leszek Moczulski. Gdy lista trafiła do Sejmu, posłowie o mało się nie pobili, rząd upadł, a kwestia niedokończonej lustracji ciągnie się za nami do dziś. Warto przy tej okazji wspomnieć, że przyjacielem, sponsorem i wieloletnim współpracownikiem Macierewicza był Robert Luśnia - były płatny agent SB powiązany z sowieckim wywiadem wojskowym GRU, obecnie milioner.

Podobny destrukcyjny manewr Antoni Macierewicz wykonał w latach 2006-2007. Rządził wtedy PiS, który uczynił Macierewicza likwidatorem Wojskowych Służb Informacyjnych (wywiad i kontrwywiad polskiej armii) oraz założycielem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Przy tej okazji Macierewicz stworzył słynny Raport o WSI. Podał w nim nazwiska polskich agentów działających w Rosji, w innych krajach postsowieckich, w Azji Środkowej i na Bliskim Wschodzie. Były minister obrony narodowej Bogdan Klich (skądinąd krytyczny wobec WSI) mówi, że opublikowanie raportu zaszkodziło polskim żołnierzom w Afganistanie i Iraku, ujawniło zasady funkcjonowania naszych służb i zdekonspirowało oficerów służących za granicą.

Co więcej, Macierewicz kazał przetłumaczyć swój raport jak najszybciej na rosyjski. Tłumaczką była Irina Obuchowa - Rosjanka, która w czasach sowieckich najprawdopodobniej współdziałała z KGB. Według wiarygodnych źródeł i jednego z najbardziej renomowanych polskich tygodników Obuchowej pozwolono swobodnie krążyć po budynku SKW6. Wcześniej nie poddano jej odpowiedniemu sprawdzeniu kontrwywiadowczemu7.

Po katastrofie smoleńskiej zaczął się jeden z najbardziej niezwykłych i dwuznacznych okresów działalności Antoniego Macierewicza. Człowiek otoczony ludźmi związanymi i powiązanymi z Kremlem zarzucił Rosji spowodowanie katastrofy polskiego samolotu prezydenckiego w Smoleńsku. Innymi słowy, zarzucił rosyjskiemu dyktatorowi Władimirowi Putinowi zabicie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego żony Marii Kaczyńskiej oraz 94 innych osób. Tymczasem żadne badania katastrofy przeprowadzone zgodnie z naukową metodologią nie dostarczyły dowodów na zamach czy spisek.

Jak sprawić, żeby zbrodniarz zaczął wyglądać na ofiarę? Zarzucić mu zbrodnię, której nie popełnił. Co więcej, Macierewicz i jego "specjaliści" oskarżali Rosję o zamach w sposób, który byłby dla niej pomocny, nawet gdyby faktycznie go dokonała. Posiedzenia tak zwanych ekspertów smoleńskich budziły śmiech, gdy wybuch w samolocie objaśniano za pomocą pękających parówek... Wychodząc z takim oskarżeniem i takimi "dowodami" na arenę międzynarodową, Antoni Macierewicz przyprawiał Polakom gębę oszalałych rusofobów. Każdy z nas, kto próbował racjonalnie ostrzegać Zachód przed poczynaniami Kremla, mógł się zderzyć z tym stereotypem, do którego zaistnienia Macierewicz się przyczynił. Zresztą podobne reakcje spotykałem również w Polsce. Gdy w 2013 r. zacząłem pisać o rosyjskich wpływach w naszym kraju, nieraz słyszałem w odpowiedzi: "Daj spokój, chyba nie chcesz iść w ślady Antka?".

Głównym jednak efektem spiskowej teorii smoleńskiej było rozbicie narodu polskiego na dwa nieprzyjazne plemiona. Ci, co wierzą w "zamach smoleński", mają wszystkich innych za wspólników mordu lub otępiałych głupców, za "lemingi". Ci, co w niego nie wierzą, mają wyznawców teorii za niebezpiecznych szaleńców. Jaka wspólnota, jaki dialog może połączyć współsprawców morderstwa i tępe lemingi z groźnymi wariatami? Oto kolejny szczebel w karierze niszczyciela. Ten, który rozbijał KOR i "Solidarność", zaczął rozbijać jeszcze większą społeczność.

Gdy w 2015 r. PiS po raz kolejny doszedł do władzy, Antoni Macierewicz osiągnął apogeum swojej potęgi. Tkana latami sieć kontaktów zaczęła przynosić owoce. Wiceministrem obrony został Bartosz Kownacki, były współpracownik Mateusza Piskorskiego (założyciela jawnie prokremlowskiej partii Zmiana, aresztowanego w 2016 r. w związku z podejrzeniem o szpiegostwo na rzecz Rosji i innych państw). Stanowisko wiceministra objął też Tomasz Szatkowski, prezes wspomnianej organizacji NCSS. Organizacją tą kierował również Jacek Kotas, nazywany w mediach "rosyjskim łącznikiem Macierewicza". Skąd ten przydomek? Kotas to wieloletni prezes spółek deweloperskiej Grupy Radius, której współzałożycielem jest Robert Szustkowski, przyjaciel i współpracownik kremlowskich oligarchów - Lwa Kwietnoja i Andrieja Skocza - członków tak zwanej sołncewskiej mafii (jednej z największych rosyjskich, postsowieckich i światowych organizacji przestępczych, która ściśle współdziała ze służbami specjalnymi Rosji). Według jego byłej wspólniczki, Ewy Domżały, to Kwietnoj i Skocz przekazali Szustkowskiemu pieniądze, dzięki którym mógł wziąć udział w założeniu Grupy Radius8. Mimo to prezes jej spółek, Jacek Kotas, w 2007 r. uzyskał prawo dostępu do tajemnic polskiej armii. Przyznał mu je kontrwywiad wojskowy kierowany przez Antoniego Macierewicza, który osobiście monitorował tę sprawę w latach 2006-20079. Dodajmy, że Macierewicz od lat kontaktuje się z kongresmenem Daną Rohrabacherem - największym zwolennikiem Putina w Waszyngtonie. Między innymi to on zapoznał Rohrabachera z Jarosławem Kaczyńskim. Ponadto Macierewicz jako minister obrony wynajął Argentyńczyka Luisa Moreno Ocampo, prorosyjskiego międzynarodowego prawnika znanego m.in. z publicznych zachwytów nad rosyjskim "doświadczeniem w stosowaniu prawa międzynarodowego" [sic!], wyrażonych w rozmowie z przedstawicielami kremlowskiego portalu Sputnik10. Mimo to Moreno Ocampo w imieniu naszego kraju miał negocjować z Kremlem w sprawie wraku polskiego prezydenckiego tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku. Pieniądze od Macierewicza i podległych mu spółek Skarbu Państwa dostawał także były senator USA, lobbysta Alfonse D'Amato11. D'Amato obsługuje wielkie korporacje UTC i ARH/GenCorp, które uzależniły amerykański wywiad kosmiczny od rosyjskich silników rakietowych używanych w satelitach szpiegowskich12. Nawet człowiek Macierewicza, były wiceminister Dominik Smyrgała, przyznaje, że to fatalna zależność. Według Smyrgały powstrzymuje ona Waszyngton od zastosowania skutecznych sankcji wobec Rosji13. Dodajmy, że D'Amato od dziesięcioleci współdziała z mafijnymi rodzinami Gambino, Genovese i Lucchese. Dwie pierwsze z tych rodzin wprowadziły do Nowego Jorku przedstawicieli tej samej rosyjskiej mafii, z którą w Polsce powiązani są... Grupa Radius i Jacek Kotas.

Skąd u Macierewicza taka wieloletnia konsekwencja? Skąd te niebezpieczne kontakty, niszczycielskie zdolności i zadziwiająca niezatapialność? Skąd się to wszystko wzięło i jak się zaczęło? Odpowiedzi na te pytania poszukałem w archiwach IPN. Antoni Macierewicz został zarejestrowany przez SB pod kryptonimem "Macek". Nie jako TW (tajny współpracownik), ale jako "figurant": osoba śledzona i rozpracowywana przez komunistyczne służby. Jednak funkcjonariusze SB zniszczyli główne dokumenty dotyczące Macierewicza (zgromadzone w tak zwanym kwestionariuszu ewidencyjnym "Macek"). Zrobili to 9 stycznia 1990 r.14, w tym samym czasie, kiedy pospiesznie niszczyli lub ukrywali w prywatnych schowkach akta swoich najważniejszych agentów. Mimo to w IPN zachowały się liczne raporty, meldunki i notatki, dzięki którym wychodzi na jaw zadziwiająca rola, jaką Macierewicz odegrał w dziejach służb komunistycznych. Rolę tę przedstawiam w niniejszej książce.

Nietrudno jest znaleźć życiorys Antoniego Macierewicza. W publikacjach książkowych, prasowych i internetowych natrafimy na różne, ale zbliżone do siebie wersje. Publikują je współpracownicy i zwolennicy Macierewicza. Jeśli im wierzyć, od zawsze był on płomiennym katolikiem, nieprzejednanym antykomunistą i zaciekłym wrogiem Kremla. Te malownicze życiorysy mają podstawową wadę. Nie są prawdziwe. Zawierają liczne fałszywe lub wątpliwe informacje, zdementowane lub niepotwierdzone przez niezależne źródła. Oto jeden z najbardziej wyrazistych przykładów.

KŁOPOTY Z DZIADKIEM

W 2018 r. małe wydawnictwo LTW z Łomianek wydało księgę pamiątkową zatytułowaną Niepodległość ma jeden kształt: Antoniemu Macierewiczowi w 70. rocznicę urodzin. Na stronie 17 znajdujemy tekst historyczki Justyny Błażejowskiej, zatytułowany Antoni Macierewicz a Trzecia Niepodległość (w przypisie autorka wyjaśnia, że pod pojęciem "Trzeciej Niepodległości" rozumie okres, który w historii Polski rozpoczął się po 1989 r.). Od czego zaczyna Błażejowska? Od przedstawienia rodowodu Macierewicza. W drugim zdaniu artykułu czytamy: "[...] dziadek Adam współpracował z Romanem Dmowskim, współtwórcą Ligi Narodowej". Najwyraźniej czytelnicy wymagają zapewnienia, że jest on rasowym politykiem i polskim narodowcem z dziada pradziada.

O dziadku Adamie podobnie pisze sam Antoni Macierewicz. 15 grudnia 2016 r. w czasopiśmie "WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka" ukazał się jego tekst pod tytułem Trzy kobiety mojego życia. Cytuję Macierewicza: "Przywołam tu jeszcze kilka nazwisk kluczowych dla biografii mojej i mojego pokolenia, oraz tych wszystkich, którzy podejmują dziś wysiłki na rzecz narodu polskiego. W moim życiu osobistym ważne jest także nazwisko mojego dziadka - Adama Macierewicza. Był współpracownikiem Romana Dmowskiego, współtwórcy Ligi Narodowej a potem Stronnictwa Narodowo Demokratycznego [pisownia oryginalna - red.]. [...] Adam Macierewicz, jego dorobek, myśli, praca i wysiłek patronowały mojemu życiu zawsze". Pięć dni po publikacji tego artykułu, z "Gazetą Wyborczą" skontaktował się historyk Szymon Rudnicki, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Wysłał do redakcji list, którego fragmenty podaję: "Dziś rano [...] przeczytałem nowy życiorys Macierewicza. Okazuje się, że pradziad Antka walczył w kolejnym powstaniu, a dziad był w Lidze Narodowej. Podano jego imię. Nie pamiętam, Adam czy Antoni, ale nazwisko Macierewicz. Otóż [...] w spisie członków LN nie ma żadnego Macierewicza". Liga Narodowa (LN) to organizacja matka polskiego nacjonalizmu. Istniała w latach 1893-1928. Jednym z jej liderów był Roman Dmowski, uważany za pierwszego polskiego nacjonalistę. Nie można mu odmówić pewnych zasług w kwestii odzyskania przez Polskę niepodległości. Mimo to jego prorosyjskie poglądy i działania (w 1907 r. został posłem do rosyjskiej Dumy) były oczywiste - doprowadziły zresztą do rozłamów w Lidze. Dmowski wyznawał też antysemityzm. Z dzisiejszej perspektywy współpraca z Dmowskim byłaby więc co najmniej dyskusyjnym powodem do chwały (jeśli wręcz nie do potępienia). Inaczej jednak mogą myśleć dzisiejsi młodzi nacjonaliści i neofaszyści z Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR), Młodzieży Wszechpolskiej (MW) czy Narodowego Odrodzenia Polski (NOP). Wielu z nich bezrefleksyjnie czci Dmowskiego. Opowiadając o dziadku Adamie, Antoni Macierewicz wysyła oczywisty komunikat do narodowców. Można go streścić tak: "Szukacie przywódcy? Ja się nadaję, nacjonalizm mam w genach". Oczywiście, to nie pierwszy taki sygnał. Macierewicz zaleca się do narodowców od 40 lat. Tyle że przed 2016 r. na scenę polityczną nie wprowadzał z fanfarami swego świętej pamięci dziadka.

Profesor Szymon Rudnicki to jeden z największych autorytetów w dziedzinie historii polskiego nacjonalizmu i Ligi Narodowej. Napisałem do niego, prosząc o więcej informacji. Odpisał tak: "Posyłam [...] dwa spisy członków LN. Jeden jest [...] raczej pełny. Drugi spis, odnoszący się do grupy lwowskiej, zamieściłem w swoim artykule o jej protokołach. Jestem jedynym historykiem, które je miał w ręku (zrobiłem kopię). O ile mam dobre informacje, oryginał potem został wywieziony z Polski [...]". Spisy członków Ligi Narodowej, które otrzymałem od profesora, uporządkowane są alfabetycznie. Teoretycznie powinienem więc szukać tylko pod literą "M" - zwłaszcza że pierwszy ze spisów jest bardzo obszerny. Niemniej przeczytałem je w całości po kilka razy. Za sprawą błędu redaktorskiego lub zecerskiego Adam Macierewicz mógł przecież trafić do spisów jako "Adam Nacierewicz" czy "Adam Wacierewicz"... Ale żadnego Nacierewicza ani Wacierewicza nie znalazłem. Nie znalazłem też żadnego Macierewicza. Wliczając formy oboczne tego nazwiska, takie jak "Maciarewicz", "Maciurewicz" czy "Maciorewicz", na które również nie natrafiłem. Był jeden Majorowicz, ale Feliks. Był też jeden Maciejewicz, ale Stanisław, i to ksiądz.

SZALEŃSTWO I METODY

Zderzając się z tak rozbieżnymi wersjami, łatwo zwątpić we wszystko. Nie tylko w rodowód Antoniego Macierewicza, lecz także w jego tożsamość. Można by zacząć dociekać, czy dziadek Adam naprawdę istniał... Przestrzegam jednak przed takimi uproszczeniami. Adam Macierewicz żył, działał, robił interesy, mieszkał w Warszawie, wcześniej zaś w Lublinie, gdzie w 1923 r. założył Towarzystwo Ziem Wschodnich Rzeczypospolitej Polskiej15. Jego istnienie można potwierdzić w licznych źródłach, np. w oficjalnym przedwojennym wykazie mierniczych przysięgłych, który dostępny jest w internecie16. Natomiast co do rzekomych związków dziadka z Romanem Dmowskim, pierwotnym źródłem informacji na ich temat jest Antoni Macierewicz i jego rodzina.

Powinniśmy więc starannie oddzielać to, co niepotwierdzone i niewiarygodne, od tego, co da się potwierdzić. Musimy pamiętać, że nawet ktoś, kto kłamie często, nie kłamie zawsze. Kłamstwo zaś kłamstwu nierówne, a w szaleństwie różne bywają metody. Politycy często mijają się z prawdą po to, żeby lepiej się zaprezentować wyborcom lub innym politykom (w tym wypadku byliby to młodzi działacze ONR-u i ich zwolennicy). Za takim kamuflażem zwykle kryją się wstydliwe tajemnice, ale niekoniecznie zdrada lub wroga infiltracja. Polityk może się obawiać, że ktoś mu wytknie niekonsekwencję, niesprawiedliwość lub podejrzane powiązania - przy czym "podejrzane" nie zawsze znaczy "agenturalne".

Nie wolno o tym zapomnieć przy badaniu licznych i niepokojących niejasności, które dotyczą Antoniego Macierewicza. Niektóre z nich mogą wynikać z banalnych prób upiększania własnego wizerunku politycznego (lub tuszowania spraw nieładnych, jednak nie hańbiących). Niektóre mogą być efektem upływu czasu. Z biegiem lat pamięć przeszłych zdarzeń się zaciera. Różni ludzie różnie pamiętają wydarzenia, co nie znaczy, że ktoś z nich kłamie. Dlatego przejrzyjmy teraz anomalie, w które obfituje życiorys Antoniego Macierewicza. Przejrzyjmy i przesiejmy. Oddzielmy te nieprawdy i niejasności, które można jakoś racjonalnie wytłumaczyć, od tych, które wytłumaczyć jest trudniej. Ustalmy, jak się to wszystko zaczęło - czyli kiedy pojawił się osobliwy parasol ochronny nad Macierewiczem. Wśród dziwnych zdarzeń w jego życiu wyszukajmy niewątpliwe oznaki tego parasola.

PIERWSZA PRZEMIANA

Antoni Macierewicz urodził się 3 sierpnia 1948 r. jako dziecko dwojga naukowców - chemika Zdzisława Macierewicza i biolożki Marii Strączyńskiej-Macierewicz. Oboje mieszkali wówczas w Gmachu Chemii Uniwersytetu Warszawskiego przy ulicy Wawelskiej 17 (dziś Pasteura 1), gdzie docent Zdzisław Macierewicz miał swoją pracownię. 11 listopada 1949 r. - gdy mały Antoni liczył sobie 15 miesięcy i jeden tydzień - w tej właśnie pracowni docent Macierewicz zginął tajemniczą śmiercią. Do tragedii, którą dokładnie opiszę w dalszej części książki, doszło za sprawą Urzędu Bezpieczeństwa (UB, cywilnych służb specjalnych stalinowskiej Polski zastąpionych po 1956 r. przez Służbę Bezpieczeństwa, SB). Owdowiała Maria Macierewicz i osierocone dzieci w lutym 1952 r. otrzymały mieszkanie komunalne przy ulicy Ogrodowej. Rodzina przeniosła się tam z prowizorycznych pomieszczeń, które zajmowała w Gmachu Chemii.

Sześć lat później dziesięcioletni Antek trafił do domu dziecka prowadzonego przez Towarzystwo Salezjańskie w kaszubskiej Rumi pod Trójmiastem. Świadczą o tym nie tylko dokumenty i wspomnienia członków rodziny. Dotarłem również do świadectwa osoby, która pod koniec lat 50. mieszkała nieopodal zakładu i pamięta stamtąd małego Antoniego. Jednak przy okazji tego pobytu pojawiają się pierwsze niejasności. Według zachowanej listy wychowanków 10-letni Antek miał trafić do domu dziecka we wrześniu 1958 r. i pozostać tam do 1960 r.17. Jedno ze źródeł waha się co do daty zamieszkania chłopca w zakładzie. Nie wyklucza, że trafił on do Rumi w znacznie młodszym wieku, nawet cztery lata wcześniej. Jednak inne źródła nie wspominają o takiej wątpliwości. Zakładamy więc, że data zapisana w liście wychowanków jest prawdziwa.

Kolejna niejasność: dlaczego Maria Macierewicz wysłała Antoniego do domu dziecka? Podobnie jak jego starszego brata Wojciecha, który trafił do Rumi wcześniej, w roku 1957? Rodzina Macierewiczów dysponowała wtedy mieszkaniem przy Ogrodowej. Rodzina była czteroosobowa: Maria, jej troje dzieci, czyli Barbara, Wojciech i Antoni. Do tej czwórki dołączyła ciotka Marii, Jadwiga Winczakiewiczowa. Pięć osób w jednym komunalnym mieszkaniu mogło odczuwać rozmaite niedogodności. Ale nawet dzisiaj takie zagęszczenie nie tłumaczyłoby decyzji matki o wysłaniu synów do domu dziecka. A przecież w zrujnowanej Warszawie lat 50. lokali mieszkalnych rozpaczliwie brakowało i bardziej tolerowano ciasnotę. Janusz Kijowski wspomina, że mieszkanie przy Ogrodowej, choć bez luksusów, mogło być nawet trzypokojowe. Warszawiacy marzyli wówczas o takim metrażu. Krewni wyjaśniają surowe postępowanie Marii niesfornym charakterem dorastających synów. W 1949 r., po śmierci męża, matka została sama z trójką dzieci. Według wielu źródeł starsza siostra Barbara robiła, co mogła, żeby pomóc w wychowywaniu chłopców. Chwali ją za to sam Macierewicz w artykule Trzy kobiety mojego życia. Zapewne jakoś też pomagała ciotka babka Winczakiewiczowa, gdy zamieszkała z Macierewiczami.

Tymczasem Barbara osiąga wiek akademicki - w 1957 r. kończy 19 lat. Od dziecka chce zostać chemiczką, tak jak ojciec. Teraz wreszcie może pójść w jego ślady. Czekają ją wymagające studia. Zapewne nie może już dłużej niańczyć braci. Oni zaś wkraczają w wiek nieposłuszeństwa, nie chcą uchodzić za maminsynków i braciszków starszej siostry. Prawdopodobnie więc Maria stwierdza: czas na męskie wychowanie. To tłumaczyłoby, dlaczego wysyła chłopców do Rumi, gdzie dom dziecka prowadzą księża salezjanie. Dodatkowy argument na rzecz takiego rozwiązania: rodzina jest katolicka i prawicowa. Nieżyjący ojciec, Zdzisław Macierewicz, był endekiem, przedwojennym narodowcem.

Tak to można tłumaczyć. Jednak wciąż trudno nam zrozumieć kogoś, kto po stracie męża pozbywa się synów. Tym bardziej że znajomi zapamiętali Marię jako osobę szczególnie ciepłą i rodzinną. Co więcej, zakład salezjanów w Rumi mieści się 400 km od Warszawy. Zatem matka ma znikome możliwości kontroli nad tym, co się dzieje z synami. Powinna zaś się przejmować: w 1953 r. w zakładzie doszło do molestowania chłopców przez jednego z kleryków. W tym samym czasie trzech wychowanków domu dziecka zginęło z powodu niedostatecznego nadzoru (wymknęli się ze szkoły i poszli na pobliskie wzgórze pobawić się niewypałami)18. W 1960 r. zakład zamknięto.

Przejdźmy do następnej zagadki. Wychowankowie salezjanów codziennie się modlili i uczestniczyli we mszy. Sam Macierewicz tak wspomina księży wychowawców: "Wzięli nas w garść, nauczyli modlitwy"19. Jednak czy faktycznie nauczyli? W 2018 r. reporter śledczy Radosław Gruca dotarł do współwięźniów, którzy przebywali razem z Macierewiczem w ośrodkach internowania. Jeden z nich, rzeszowski opozycjonista Janusz Szkutnik, znał Antoniego Macierewicza z ośrodka w Załężu20. Utrzymywał też bliskie kontakty z innym internowanym, nieżyjącym już Waldemarem Mikołowiczem. Mikołowicz zaprzyjaźnił się wówczas z Macierewiczem. Siedział z nim w dwóch ośrodkach: nie tylko w Załężu, lecz także w Nowym Łupkowie21. Później opowiadał Szkutnikowi, że Macierewicz nie znał katolickich "pacierzy", których miał się nauczyć dopiero podczas internowania (właśnie od Mikołowicza). Brzmi to niezwykle, ale inni współwięźniowie potwierdzili Grucy, że też o tym słyszeli. Na uwagę zasługuje jeszcze jeden fakt: Antoni Macierewicz ochrzcił swoją córkę Aleksandrę, dopiero gdy miała 6 lat. Stało się to w ośrodku internowania, w Nowym Łupkowie, 26 września 1982 r. Wzbudziło to wówczas konsternację wśród współwięźniów. W PRL, tak jak w dzisiejszej Polsce, katolickie dzieci chrzczono krótko po narodzinach. Robili to nawet członkowie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), czyli komunistycznej partii rządzącej, w której obowiązywał ateizm. Komuniści chrzcili potomstwo po cichu, ale równie prędko jak prawowierni katolicy. Najwyraźniej Antoni Macierewicz, mimo deklarowanego katolicyzmu, trzymał się z dala od elementarnych dla tego wyznania praktyk religijnych. Dlaczego? Co mogło wywołać taki dystans? Co sprawiło, że wychowanek salezjanów wymazał z pamięci podstawowe katolickie modlitwy? Być może chodzi o odrazę i wyparcie. Jeżeli pobyt w zakładzie był dla kilkunastoletniego chłopca trudny i bolesny, jeżeli spotkało go tam coś strasznego - młody Macierewicz mógł unikać katolickich obrzędów. Mógł nawet wymazać ze swej pamięci tekst i rytuał modlitw. Rzecz jasna, pozostajemy tu w sferze hipotez. Przyjrzyjmy się jednak atmosferze, jaka panowała w salezjańskim zakładzie. Utarło się, że Kościół katolicki zawsze praktykował antykomunizm, ale prawda była daleko bardziej skomplikowana. Księża z Rumi znajdowali się w trudnym położeniu. Komunistyczne władze chciały doprowadzić do zamknięcia zakładu. Mobilizowało to salezjanów do usilnej walki o zachowanie placówki. Ksiądz Jarosław Wąsowicz, który opiekuje się archiwum zakładu, przypisuje im postawę "lisa". Znaczy to, że przyświecała im zasada "przystosuj się, a przetrwasz". Uczynili więc ze swej placówki miejsce indoktrynacji nie tylko katolickiej, lecz także... komunistycznej. Założyli w niej oddział Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (TPPR). Podejmowali też wiele innych działań, których opis brzmi dzisiaj szokująco.

Ksiądz Wąsowicz - skądinąd człowiek ideowo bliski Macierewiczowi, duszpasterz ultraprawicowych kibiców piłkarskich22 - opowiada obszernie o uwikłaniu salezjanów z Rumi: "Personel salezjański w swej pracy nie tylko dbał o utrzymanie w porządku spraw gospodarczych placówek, spraw bytowych wychowanków, lecz także starał się dokumentować wychowanie młodzieży w myśl ideałów Polski Ludowej, co wymagało eksponowania postaw politycznych opartych na wzorach wyniesionych z doświadczeń sowieckich. W "Kronice Zakładowej" i "Księdze Protokołów Rady Pedagogicznej Domu Dziecka" w Rumi znajdujemy wiele notatek, które dokumentują udział salezjańskich wychowanków w ideologicznych imprezach, takich jak czyny i pochody pierwszomajowe: "Na dzień święta pracy postanowiono przygotować się w następujący sposób: a) wykonać czyny pierwszomajowe [...] b) przygotować na ten dzień świetlicę przez ozdobienie [...] c) w sam dzień 1 maja: rzucić myśl chłopcom i dopilnować, by urządzili masówkę w celu zaznajomienia się z przodownikami pracy, dopilnować, by wychowankowie wysłuchali audycji radiowych z obchodów pierwszomajowych, rozdać nagrody chłopcom najpilniejszym". Przeprowadzano prace społeczne, masówki popierające Kongres Pokojowy w Warszawie, prace przy organizacji wyborów: "Piękny był wkład w kampanię wyborczą. Prócz akcji propagandowej (prasa, radio itp.) służono pomocą Gminnej Radzie Narodowej, dekorowano lokale wyborcze, a także uświadamiano społeczeństwo drogą ulotek i afiszów [...]. O wyborach wszyscy zostali uświadomieni przez słówka, instrukcje, ogłoszenia i audycje radiowe. Dzień wyborów 5 XI (1952) naznaczał się głębokim zrozumieniem obowiązku obywatelskiego i praw naszej konstytucji. Każdy świadomy obywatel zdaje sobie dokładnie sprawę z tych wyborów. Do urn wyborczych udadzą się razem wychowawcy i wychowankowie między godz. 9.00 a 10.00 rano"23". Czytelnikom, którzy nie pamiętają czasów komunizmu, pozwolę sobie przypomnieć, że wybory w PRL były rytualnym wyrazem poparcia dla reżimu. Wyborcy mogli zagłosować tylko na koalicję utworzoną przez komunistyczną PZPR. Ks. Wąsowicz pisze dalej: "Wychowankowie przygotowywali w zakładzie stosowne gazetki i programy artystyczne: "Dwie gazetki: pt. Wolna Warszawa i Wykonanie planu sześcioletniego [totalitarnego planu ekonomicznego zakładającego m.in. całkowite przejęcie kontroli nad gospodarką przez komunistów - wszystkie informacje w nawiasach kwadratowych, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od autora.] wykonano nadzwyczajnie - wykonywali je wychowankowie [...]. Wieczór świetlicowy odbył się w radosnym nastroju. Słowo wstępne wygłosił ks. radca, wskazując na obowiązek radosnego i ochotnego brania udziału wszystkich obywateli w pracach społecznych [...]. Dalszy program stanowił referat jednego z wychowanków, śpiewy o treści narodowej i robotniczej, deklamacje zachęcające do wyścigu w pracy nad odbudową kraju oraz humorystyczne felietony". Pamiętano o przyjaźni polsko-sowieckiej: "Z okazji miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej zrobiono dla szkoły kilka gazetek, napis na sali własnej, chłopcy byli na filmach radzieckich, brali udział w obchodach urządzonych przez szkołę. Zaplanowano także w świetlicy kącik o ZSRR [...]. Z okazji miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej postanowiono urządzić masówkę czy akademię oraz dać szereg audycji radiowych na ten temat, łącząc się duchem z naszymi sąsiadami ze wschodu poprzez prasę, książki i filmy""24.

A co na ten temat ma do powiedzenia nasz bohater? "Te dwa lata wspominam jako jeden z najlepszych okresów mojego życia" - tak mówi dziś Antoni Macierewicz25. Czy to też jakaś forma wyparcia? Jeśli nie, jeśli młody Macierewicz naprawdę dobrze się czuł u salezjanów, to co mu się u nich podobało? Katolicyzm czy komunizm? Może nie musiał później wypierać modlitw, bo wcale się ich tam nie uczył? Może je bojkotował, machając czerwoną chorągiewką? W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że po 1956 r. skończył się stalinizm, wskutek czego zmalał nacisk władz na Kościoły. Można by więc przypuścić, że pod koniec lat 50. ubiegłego stulecia księża darowali sobie komunistyczną indoktrynację wychowanków. Jednak lata 1958-1960, gdy w zakładzie przebywał Macierewicz, dla salezjanów musiały być okresem najgorszej presji. Ostatecznie ważyły się wówczas losy domu dziecka. Należy więc podejrzewać, że księża z Rumi jeszcze usilniej próbowali przekonać do siebie władze. Chociaż mogło się to odbywać inaczej niż kilka lat wcześniej - w sposób bardziej stonowany, który mniej kłóciłby się z wizerunkiem katolickiego zakładu wychowawczego, albowiem razem ze stalinizmem skończył się czas nieustannej ostentacji. Nowe władze wolały mniej krzykliwe formy współpracy i mniej widoczne formy kontroli nad człowiekiem. Chłopcy zapewne już nie musieli rozlepiać PZPR-owskich plakatów na ulicach z "robotniczymi" pieśniami na ustach. Jeśli księża wciąż wpajali miłość do komunistycznego państwa, to prawdopodobnie uczyli też dyskretniejszego okazywania tej miłości. Nie poprzez machanie czerwoną chorągiewką, tylko poprzez współdziałanie z przedstawicielami tego państwa. Jedno zaś jest pewne. Gdyby, hipotetycznie, młody Antoni chciał kontestować katolickie wychowanie w duchu oficjalnego komunistycznego ateizmu, salezjanie obawialiby się go powstrzymywać lub karać. Wychowanek mógłby się przecież odwołać do władz. Skarga chłopca na "księży prześladujących młodego ateistę" stanowiłaby gwóźdź do trumny domu dziecka.

Te przypuszczenia wiodą do kolejnego pytania. Czy nastoletni Macierewicz w katolickim zakładzie zapisał się do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej?

Gdyby tak było, tłumaczyłoby to kolejny intrygujący fakt z wczesnej młodości. Otóż dwa lata po opuszczeniu salezjanów Antoni Macierewicz trafia do Liceum im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Warszawie. Później jednak z niego odchodzi. Dlaczego? Za sprawą słabych ocen oraz konfliktu z nauczycielką rosyjskiego Mirosławą Kurlandską - mówią koledzy Macierewicza z liceum. Po latach na portalu Nasza-Klasa będą wspominać, że młody Antoni Macierewicz chciał objąć funkcję przewodniczącego szkolnego oddziału Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Profesor Kurlandska miała go hamować: jej zdaniem uczeń zbyt słabo znał rosyjski, by mógł pełnić taką funkcję26. W 2018 r. wspomnienia te zaczęły się cieszyć coraz większym zainteresowaniem w internecie. Zaraz potem jednak - jak stwierdził Radosław Gruca - zniknęły one z Naszej-Klasy. Nie byłby to jedyny przypadek, w którym informacje niewygodne dla Macierewicza tajemniczo wyparowały z sieci (w dalszej części tej książki opiszę podobny).

Zwolennicy Antoniego Macierewicza inaczej tłumaczą jego odejście z liceum. Twierdzą, że wyrzucono go z tej szkoły za publiczne wyrażenie poparcia dla polskich biskupów katolickich, którzy pod koniec 1965 r. wystąpili z pojednawczym orędziem wobec biskupów niemieckich. Wzywali w nim do wzajemnego polsko-niemieckiego odpuszczenia win i grzechów z czasów drugiej wojny światowej. Padły słynne słowa: "Udzielamy wybaczenia i prosimy o nie". Wywołało to wściekłość komunistów (ówcześni władcy Polski za jednego ze swoich głównych wrogów traktowali Republikę Federalną Niemiec). O szkolnym sprzeciwie Macierewicza wobec komunistycznej nagonki na biskupów pisze Justyna Błażejowska, zarówno w internecie (na portalu Niezależna związanym z popierającą Macierewicza "Gazetą Polską"27), jak również we wspomnianej księdze pamiątkowej. Czytamy w niej, że Macierewicz jako przewodniczący samorządu uczniowskiego dostał polecenie, aby na szkolnym wiecu czy też akademii "skrytykować "Orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich"". Nie wywiązał się jednak z tego zadania: "Wystąpił, ale z przemówieniem "w formie gloryfikacji polityki Watykanu wobec Polski, począwszy od Zjazdu Gnieźnieńskiego""28. To kolejna niepotwierdzona informacja - niepotwierdzona lub groteskowo wyolbrzymiona. Koledzy szkolni Macierewicza nie przypominają sobie, żeby wygłosił on wówczas jakieś przemówienie o biskupach i Watykanie. Jedna z koleżanek pamięta natomiast, że w tamtym okresie Antoni pokłócił się z nauczycielką na lekcji polskiego. Miał jej zarzucić nadmierną krytykę Kościoła katolickiego, czym wywołał podziw koleżanki29. Być może ten incydent stał się "wystąpieniem" bądź "przemówieniem" w ustach kogoś, kto opowiadał o nim po wielu latach? Sprawdźmy więc, czyja to mogła być opowieść. Błażejowska jako źródło podaje swą własną książkę30. Nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby książka opierała się na niezależnych świadectwach. Kto jednak opowiada w niej o szkolnym przemówieniu Macierewicza i jego "gloryfikacji polityki Watykanu"? Sam Macierewicz. Co więcej, na drugiej stronie karty tytułowej czytamy, że książkę wydano w 2016 r. za pieniądze Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Polska Grupa Zbrojeniowa (PGZ) to państwowy koncern przemysłowy, w 2016 r. nadzorowany przez... ministra obrony Antoniego Macierewicza. Zatem źródłem Błażejowskiej jest Błażejowska cytująca Macierewicza za pieniądze Macierewicza.

Z niezależnych źródeł wiemy, że Antoni Macierewicz w tamtych latach wyznawał poglądy ekstremalnie lewicowe, okazywał też antyklerykalizm. Janusz Kijowski, z którym wielokrotnie rozmawiałem, wspomina to tak: "Macierewicza poznałem 1 października 1966 r., kiedy rozpocząłem studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Byliśmy w jednej grupie. To nas zbliżyło. A żeby było śmieszniej, jak relegowano Adama Michnika z uniwersytetu i on po roku wrócił na drugi rok, to trafił do jednej grupy ze mną, Macierewiczem, Wiesiem Władyką [późniejszy wybitny dziennikarz, komentator tygodnika "Polityka"] i Hanią Zaremską [później wybitną mediewistka]. Toczyły się dyskusje na ostro. Pasją Antoniego była Ameryka Południowa i tamtejsza partyzantka miejska. Potem pisał o tym pracę u profesora Tadeusza Łepkowskiego [znawca Ameryki Łacińskiej i problemów Trzeciego Świata, antykomunistyczny lewicowiec, krytyk neokolonialnej globalizacji]. Nad łóżkiem Macierewicza wisiała flaga kubańska z podobizną Ernesta Che Guevary [Argentyńczyk, który był jednym z przywódców rewolucji kubańskiej, następnie zginął jako komunistyczny dowódca partyzancki w Boliwii; wspominana jest jego ideowość, ale istnieją też świadectwa popełnionych przez niego zbrodni terrorystycznych i wojennych; informację o fladze z Che Guevarą u Macierewicza potwierdzają liczne źródła, m.in. Tomasz Wołek]. Byliśmy blisko dzięki temu, że z nim i Hanią Zaremską (późniejszą partnerką profesora Geremka) uczyliśmy się we trójkę do egzaminów. On próbował się zbliżyć do Hani Zaremskiej. Spotykaliśmy się głównie u Antka na Ogrodowej. Antek miał wspaniałą mamę, która robiła nam kanapki i herbatę. Przemiła, skromna osoba o dużej wiedzy. U nich w domu było mnóstwo książek. Bardzo ją lubiłem. My wkuwaliśmy, ona robiła kanapki. Wiosną 1967 r. nasza trójka uczyła się do egzaminu. Spaliśmy pokotem na jakichś materacach. Zastał nas niedzielny poranek. Mówię, że idę do kościoła. Hania Zaremska w śmiech. Antek chichrał się w niebogłosy, że ja taki zacofany, do kościółka idę! A teraz widzę, jak klepie pacierze u Rydzyka".

Czy to znaczy, że Macierewicz kłamie w sprawie swego rzekomego poparcia dla biskupów? Czy musiał ich zwalczać w każdej sprawie ze względu na swój lewicowy antyklerykalizm? Niekoniecznie. W latach 1965-1966 orędzie polskich biskupów zyskało poparcie wielu osób o poglądach zupełnie niekatolickich, a liczni katoliccy narodowcy z trudem je przełknęli. Oczywiście, stanowisko biskupów najbardziej rozwścieczyło komunistów. Ich reżim straszył przecież Polaków hitlerowskimi "odwetowcami" z Niemiec Zachodnich i coraz częściej odwoływał się do polsko-słowiańskich sentymentów etnicznych (w partii komunistycznej rosła w siłę antysemicka frakcja generała Mieczysława Moczara). Jednak zbuntowani lewicowcy, jak opozycjonista Jacek Kuroń, popierali orędzie biskupów. Nic dziwnego: ogólnoludzka, ponadnarodowa solidarność to ideowy fundament nie tylko chrześcijaństwa, lecz także lewicy. Młody i lewicowy Antoni Macierewicz mógł w jakiejś mierze (np. na lekcji polskiego) poprzeć orędzie biskupów z tych samych powodów co przykładowo Kuroń. Pytanie na marginesie: czy dzisiaj Macierewicz poparłby tak "proniemiecki" manifest?

Co ciekawe, ówczesna przyjaciółka Macierewicza podaje, że w rozmowach z jej matką, starszą osobą, wychwalał on Kościół katolicki. Można zatem pomyśleć, że pobudki jego ideowych wyborów były znacznie prostsze, niż przypuszczamy. Czyżby Antoni bronił biskupów wtedy, gdy taka obrona mogła mu zjednać podziw atrakcyjnych koleżanek lub życzliwość ich matek? Czy wyśmiewał praktyki religijne Janusza Kijowskiego tylko dlatego, że inna atrakcyjna koleżanka zaczęła się z nich śmiać? Jednak taka wizja młodego Macierewicza - wizja cynicznego Don Giovanniego, który najpierw uwodzi, a potem ma przekonania - nie zgadza się ze wszystkimi dostępnymi nam świadectwami. Znajomi mówią, że Antoni Macierewicz faktycznie bywał kochliwy. W różnych okresach życia miewał liczne krótkie romanse. Jednak od wczesnej młodości na pierwszym miejscu stawiał jedną pasję - politykę.

Zakładamy więc, że młody Antoni Macierewicz na poważnie szarpał się między swym katolickim wychowaniem a lewicowym antyklerykalnym buntem. Rozterka ta prawdopodobnie wynikała z jego doświadczeń u księży salezjanów. One zapewne też tłumaczą, dlaczego wstąpił lub chciał wstąpić do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

HARCERSTWO SZCZEGÓLNEGO RYZYKA

Macierewicz zaprzecza, jakoby kiedykolwiek był członkiem TPPR. Chwali się za to, że podczas pobytu u salezjanów wstąpił do harcerstwa: "Przez dwa lata byłem wychowankiem salezjanów w Rumi pod Gdynią. Właśnie tam w jedenastym roku życia wstąpiłem do drużyny. Krzyż harcerski otrzymałem na obozie w Wildze. Księża salezjanie bardzo poważnie podchodzili do harcerstwa, w związku z tym pełniliśmy nocne warty wyposażeni w wiatrówki"31.

Wieloletnia działalność Antoniego Macierewicza w harcerstwie bywa obiektem żartów. Tymczasem wypadałoby zająć się nią na poważnie. Co mówi o niej sam zainteresowany? W znanej nam już książce Harcerską drogą do niepodległości Justyna Błażejowska zamieściła obszerne wspomnienia Macierewicza o tzw. "Czarnej Jedynce". Chodzi o 1 Warszawską Drużynę Harcerzy (1 WDH), z którą Macierewicz związał się w drugiej połowie lat 60. Przy tej drużynie od 1969 r. działała tak zwana Gromada Włóczęgów - krąg starszych harcerzy przygotowujących się do roli instruktorów. Krąg ten pełnił również funkcję klubu dyskusyjnego. Inicjatorami i członkami Gromady Włóczęgów były osoby bliskie wówczas Macierewiczowi - Janusz Kijowski, Andrzej Celiński, Wojciech Onyszkiewicz oraz Piotr Naimski, z którym Macierewicz zaprzyjaźnił się wtedy na dobre i na złe. Wspomnienia Antoniego Macierewicza o "Czarnej Jedynce" są więcej niż interesujące. Macierewicz opowiada, że zaczął współpracować z drużyną w 1966 r. i od razu wykorzystał ją do czegoś w rodzaju... śledztwa. Chodziło o odszukanie antykomunistycznego partyzanta o pseudonimie "Janeczek", który od lat 40. ukrywał się na Białostocczyźnie. Macierewicz chwali się Błażejowskiej, że odnalazł wtedy kogoś takiego. Nie mówi, jakie były dalsze losy odnalezionego32. Przedstawia za to program szkoleniowy zastosowany przez niego wobec młodszych harcerzy, którymi się opiekował (w 1966 r. miał 18 lat). Bez ogródek przyznaje, że jego harcerscy podopieczni musieli wykonywać zadania o charakterze wywiadowczym. Cytuję: "...młody człowiek musiał wykazać się umiejętnością radzenia sobie w skrajnych sytuacjach: bez pieniędzy, bez dokumentów, rzucony trzysta kilometrów od miejsca zamieszkania. Równocześnie jego podstawowym zadaniem było [...] uzyskanie jakichś informacji na temat mniejszości narodowych. Albo miał przejść przez granicę ze Słowacją [strzeżoną wówczas przez uzbrojonych żołnierzy!] i przeprowadzić na słowackim terenie wywiad środowiskowy. Czy też rozpoznać kształt społeczny miejscowości na Dolnym Śląsku i zorientować się, z jakich środowisk, grup, regionów i po jakich doświadczeniach ludzie tam przyjechali i w jaki sposób ułożyli tam po wojnie swoje życie"33. Jeden z jego ówczesnych podopiecznych, Paweł Barański, powiedział mi, że niektóre zadania zlecane harcerzom przez druha Macierewicza miały charakter miejski i szczególnie osobliwy. Można je wręcz określić mianem "operacji". Oto przykład: w większych polskich miastach co jakiś czas odbywał się wtedy przegląd filmowy "Konfrontacje". Pokazywano na nim te zachodnie filmy, których komuniści nie dopuszczali do szerokiej dystrybucji. Aby zdobyć upragnione bilety, widzowie stali w całodobowych (dosłownie) kolejkach. Jak mówi Barański, Macierewicz kazał swoim uczniom "opanowywać" te kolejki i przejmować bilety.

Z trzech niezależnych od siebie źródeł wynika, że warszawscy harcerze dysponowali jachtem. Żeglowali nim po Mazurach (później również po morzu). Musiał być całkiem sporych rozmiarów, skoro w warunkach śródlądowych zabierał na pokład nawet 10 osób. Dwa źródła mówią o niezwykłej interwencji związanej z działalnością Antoniego Macierewicza na jachcie. Otóż pewnego razu druh Macierewicz popłynął w rejs z grupą młodzieży - zaraz potem jednak zebrało się w Warszawie harcerskie dowództwo, które w pośpiechu wysłało kogoś na łódź. Wysłannik miał poprosić Antoniego Macierewicza o zejście na ląd, aby odebrać mu nadzór nad jachtem i jego młodą załogą. Chodziło o natychmiastowe odsunięcie Macierewicza od pracy z młodszymi harcerzami. Uzyskałem tę informację z dwóch źródeł. Jednym z nich jest Paweł Barański, który wyklucza, żeby interwencja dowództwa miała powody natury obyczajowej. Nie zna jednak jej przyczyn. Drugi z informatorów, wieloletni funkcjonariusz służb specjalnych, który interesował się Antonim Macierewiczem, wie, jak się wydaje, nieco więcej. "Zabrali go od młodzieży za trockizm czy coś takiego" - mówi dzisiaj. Trockizm to szczególnie radykalna odmiana komunizmu potępiana przez Sowietów. Jej twórcą był Lew Trocki, towarzysz Lenina i dowódca Armii Czerwonej, w latach 20. wyklęty i wygnany ze Związku Sowieckiego przez Stalina. Trocki uważał, że najpierw należy opanować cały świat, dopiero potem można wprowadzać komunizm. O ile wiem, Macierewicz nigdy nie wyznawał trockizmu. Jednak w latach 60. i 70. ortodoksyjni komuniści często określali tak wszystkich "lewaków" bardziej lewicowych niż Sowieci. Szczególnie tych, którzy chcieli wzniecać na świecie rewolucje bez udziału Związku Sowieckiego. Macierewicz zaś gorąco sympatyzował z takimi "lewakami". Przede wszystkim z Tupamaros, komunistyczną partyzantką miejską z Urugwaju (którą zresztą popierali niektórzy z tamtejszych trockistów). Zatem w wypadku odwołania druha Macierewicza z łódki musiało chodzić o coś związanego bardziej z latynoskimi lewakami niż z Lwem Trockim. Najpewniej właśnie o Tupamaros. Tak się składa, że fascynacja Tupamaros to jedyny element lewicowej przeszłości, którego Antoni Macierewicz do dzisiaj się nie wyparł. Wszystkim innym jej elementom obecnie zaprzecza. Wbrew licznym świadectwom twierdzi, że nigdy nie wielbił Che Guevary i ultralewicowych partyzantów z Peru. Upiera się, że informacje o tym uwielbieniu to złośliwa plotka rozsiewana przez Adama Michnika. Przyznaje jednak, że interesował się Tupamaros. Ale tylko ich metodami walki, nie ideologią - zastrzega.

Nie do końca to uspokaja, jeśli weźmie się pod uwagę, że mimo szczytnych celów organizacja Tupamaros uprawiała terroryzm. Dodatkowej pikanterii dodaje tej sprawie pewien historycznie potwierdzony fakt. Otóż partyzanckie i terrorystyczne grupy lewicowe w Ameryce Łacińskiej były szkolone przez komunistyczne służby. Przede wszystkim - kubańskie, ale w szkoleniach tych uczestniczył nieraz sowiecki wywiad wojskowy GRU. Zasadnie jest więc pytanie: skąd naprawdę pochodziły te strategie i taktyki, którymi zachwycał się Macierewicz? Najpierw jednak wypadałoby zapytać, jak one wyglądały. Odpowiedź brzmi: interesująco. Otóż Tupamaros, którzy działali w latach 1962-1989, prowadzili równocześnie działalność terrorystyczną i humanitarną. Porywali polityków, napadali na banki i arsenały broni, stosowali podpalenia, a zarazem rozdzielali żywność i pieniądze wśród biednych. Być może ten ostatni aspekt ich działalności podsunął Antoniemu Macierewiczowi trafny pomysł w roku 1976. Uczestnicy czerwcowych buntów robotniczych w Ursusie i Radomiu byli wówczas prześladowani przez komunistyczną władzę. Opozycja zastanawiała się, jak wyrazić swe oburzenie. Macierewicz zaproponował, żeby zrobiła coś więcej i zorganizowała pomoc finansowo-prawną dla ofiar. Ten pomysł przyczynił się decydująco do powstania Komitetu Obrony Robotników.

Czy to znaczy, że Antoni Macierewicz na jachcie wykładał harcerzom podstawy dobroczynności? Za to raczej nie zdjęto by go z łodzi, i to w takim pośpiechu. Macierewicz mógł więc uczyć skautów czegoś groźniejszego. Z drugiej strony raczej nie wdrażał ich do walki zbrojnej. Coś na ten temat może powiedzieć Bronisław Komorowski, późniejszy prezydent Rzeczpospolitej Polskiej. Kontaktował się on z Macierewiczem w latach 70. Z lat 1971-1972 pamięta dobrze jego fascynację Tupamaros. We wspomnieniach Komorowskiego Antoni Macierewicz - jak się zdawało - kładł nacisk raczej na metody walki urugwajskich partyzantów, nie na ideologię. Nie było to jednak do końca jasne. Najciekawsze zaś jest to, co Macierewicz zrobił, gdy jego słuchacze i potencjalni "partyzanci" zdobyli broń. Prezydent Komorowski, z którym spotkałem się w czerwcu 2018 r., opowiedział mi o tym tak: "Macierewicz nas fascynował, bo chętnie opowiadał o Tupamaros. To był jego konik, a nam to odpowiadało, bo fascynował nas radykalizm, wizje akcji bezpośredniej, czynu zbrojnego. A u mnie w domu i u wielu kolegów żywe były tradycje AK-owskie. Leżałem kiedyś w łóżku, chory na anginę. Przyszedł kolega i mówi: "Szefie, kupiliśmy pistolet!". I rzeczywiście. To był mały, damski browning, odkupiony od jakiegoś złodzieja. Nietypowy kaliber, więc nie mogliśmy zdobyć do niego amunicji. Ale skoro już mieliśmy broń, przystąpiliśmy do planowania akcji zbrojnej w stylu miejskiej partyzantki. Miałem zastrzelić milicjanta [członka Milicji Obywatelskiej, czyli komunistycznej policji]. Wypatrzyliśmy, że patrol regularnie pojawia się w pobliżu Cmentarza Ewangelickiego na Młynowie, u zbiegu Młynarskiej i Tatarskiej. Miałem go zastrzelić, zostawić kartkę z informacją, że to zemsta za robotników Wybrzeża [czyli za krwawo stłumiony przez komunistów protest robotniczy z grudnia 1970 r.], uciec przez cmentarz, pistolet wrzucić do dziury w grobowcu i opłotkami wrócić do domu, na Koło. Wszystko było dopracowane, ale brakowało amunicji. Wcześniej poinformowałem Macierewicza, że mamy broń i planujemy zamach. Jego reakcja po raz pierwszy spowodowała u mnie wątpliwości wobec Antoniego. Gdy się o tym dowiedział, to zerwał z nami wszelkie kontakty. Zostawił nas z tą bronią, głupim i dramatycznym pomysłem zabicia człowieka. 10 lat później, na przystanku tramwajowym - może 300 metrów od miejsca, gdzie planowaliśmy akcję - grupa takich samych szczeniaków jak my zastrzeliła sierżanta milicji Zdzisława Karosa [zabójstwa dokonało dwóch nastoletnich członków podziemnej organizacji określającej się jako Powstańcza Armia Krajowa]. Potem gnili w więzieniu, zostali zmarginalizowani w życiu osobistym, myślę, że żyli z poczuciem odpowiedzialności za straszną rzecz. Szczęśliwie uniknęliśmy tego losu, pomimo podatności na legendę czynu zbrojnego i kontaktów z Macierewiczem, który nas epatował Tupamaros. Nie wiem, czy podzielał ich lewicową ideologię. Tego nie wiem. Moim zdaniem fascynowała go raczej metoda niż ideologia. Ale nosił się trochę na Che Guevarę..."34.

Fascynowała go metoda? Czy raczej wiedział, że może zafascynować słuchających go chłopców? Pytam, ponieważ relacja Bronisława Komorowskiego pozwala postawić dwie hipotezy.

Według pierwszej Macierewicz był strachliwy i nieodpowiedzialny. Otóż młody mężczyzna rozpalił wyobraźnię chłopców opowieściami o walce zbrojnej. Kiedy jednak chłopcy zaczęli się zbroić i postanowili zgładzić pierwszego "wroga" - zapomniał o swej odpowiedzialności inspiratora i potencjalnego dowódcy. Zamiast przemówić im do rozsądku, odebrać broń, zakazać zbrodniczych działań wolał czmychnąć. Komorowski, jak się wydaje, jest tej hipotezy zwolennikiem. Według drugiej hipotezy Antoni Macierewicz nie był strachliwy ani niekonsekwentny, tylko przemyślny. Od samego początku nie chciał mieć nic wspólnego z walką zbrojną. Opowieści o niej traktował instrumentalnie, podobnie jak swoich słuchaczy. Opowiadał im o zamachach i zabójstwach dokonywanych przez Tupamaros, bo wiedział, że budzi tym zainteresowanie młodych ludzi. Posługiwał się bojową retoryką, aby podporządkować sobie grupę chłopców i zmobilizować ją do wykonywania zadań. Jednak docelowo nie miały to być zadania partyzanckie czy terrorystyczne. Macierewicz nie pragnął żadnej strzelaniny, nie chciał dowodzić uzbrojoną grupą. Jego podwładni byli przeznaczeni do innych celów. Jakich? Pole do domysłów mogłyby otworzyć zadania wywiadowczo-śledcze, które Antoni Macierewicz zlecał harcerzom z "Czarnej Jedynki".

ZACZĘŁO SIĘ W RUMI?

Co w tym wszystkim najbardziej zdumiewa? Otóż Antoni Macierewicz opowiada o wymienionych zadaniach jak o normalnych harcerskich praktykach. Potajemne przekroczenie granicy strzeżonej przez żołnierzy z karabinami? Tajemniczy "wywiad środowiskowy na Słowacji"? Zdaniem Macierewicza to tylko element "biegów, będących w harcerstwie głównym narzędziem kształtowania młodzieży"35. Podobnie mówił 28 stycznia 2018 r. w programie Wywiad z chuliganem, wyemitowanym na antenie TV Republika: "Klasyczne biegi harcerskie [...], na których się zdobywa sprawności, były u nas nakierowane na to, aby taki młody człowiek samodzielnie, bez pieniędzy, tylko pracując, dotarł do jakiejś wsi oddalonej [...] o jakieś pięć dni drogi [...] i poznał na przykład strukturę społeczną danej wsi, a potem nam ją zrelacjonował. To się często kończyło aresztowaniem przez milicję tego młodego człowieka i musiał sobie z tym poradzić". Pięć dni marszu to około 200 kilometrów. Zatem wychwalany przez Macierewicza "bieg" to swoisty ultrabiathlon, w którym to nie uczestnik strzela, ale może zostać postrzelony (lub odprowadzony pod bronią do aresztu). W książce Błażejewskiej druh Macierewicz dodaje jeszcze: "Taka to była formuła i - powtarzam - do dzisiaj nie trafiłem na lepszy sposób wychowywania młodego człowieka"36. Gdzie i kiedy zrodziło się u niego takie rozumienie harcerskiego wychowania? W Rumi? Przypomnijmy: "Przez dwa lata byłem wychowankiem salezjanów w Rumi pod Gdynią. Właśnie tam w jedenastym roku życia wstąpiłem do drużyny. Krzyż harcerski otrzymałem na obozie w Wildze. Księża salezjanie bardzo poważnie podchodzili do harcerstwa, w związku z tym pełniliśmy nocne warty wyposażeni w wiatrówki"37.

Jak wiemy, księża salezjanie bardzo poważnie podchodzili też do uczenia dzieci "przyjaźni polsko-radzieckiej". Czy na obozie w Wildze pojawił się jakiś "polsko-radziecki" instruktor, który szkolił harcerzy w zakresie "wywiadów środowiskowych"? Dzisiaj brzmi to fantastycznie. Jednak jest potwierdzonym faktem, że komunistyczne służby traktowały domy dziecka jak łowisko przyszłych funkcjonariuszy i agentów. Oderwane od rodziny dzieci - spragnione bezpieczeństwa, poszukujące silnych autorytetów, wychowywane w kolektywnej społeczności - były obiecującym narybkiem. Sowiecka policja polityczna NKWD przez całe dziesięciolecia werbowała młodych ludzi w zakładach wychowawczych38. Jeśli komuniści zwracali szczególną uwagę na salezjański zakład w Rumi - a wiemy, że zwracali - mógł ich zainteresować chłopiec z katolickiej rodziny, który ma żal do księży. A gdyby jeszcze chłopiec ten wstąpił do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej... Oczywiście młody wiek salezjańskiego wychowanka - 12 lub 13 lat - czyni mniej prawdopodobnym ewentualne zainteresowanie komunistów jego osobą. Jednak tylko niewiele mniej: w każdej epoce, włącznie z naszą, nastolatkowie są wykorzystywani politycznie, nieraz w sposób bardzo brzydki. A co dopiero w roku 1958 czy 1959, gdy PRL oscylował między bezwzględnym totalitaryzmem i przewrotnym autorytaryzmem. Jeszcze kilka lat wcześniej nastolatków jawnie i masowo werbowano do organizacji takich jak osławiony Związek Młodzieży Polskiej, aby w swoim otoczeniu tropili wrogów komunizmu.

PO SZARPANINIE - KOMPROMIS

Między 1968 a 1970 r. jeden przynajmniej konflikt udaje się załagodzić - Macierewicz przestaje się szarpać między lewicowością a katolicyzmem. Wybiera kompromis, staje się lewicowym katolikiem. "Antoni często deklarował się jako katolik, choć w stylu latynoamerykańskim. Powoływał się w rozmowach ze mną na Camila Torresa i na jego książkę Stuła i karabin opublikowaną po polsku w wydawnictwie PAX" - powiedział mi Adam Michnik, odnosząc się do swojej bliskiej znajomości z Macierewiczem na początku lat 70. Kim był Camilo Torres? Katolickim księdzem i lewicowcem. Powszechnie uważano go za jednego z ojców teologii wyzwolenia (odłamu teologii katolickiej, który wywodził się z Ameryki Łacińskiej, głosił oswobodzenie człowieka z nędzy duchowo-materialnej i bywał oskarżany o zbytnie zbliżenie do marksizmu). W latach 60. Camilo Torres zaciągnął się do partyzanckiej Armii Wyzwolenia Narodowego, która walczyła o prawa kolumbijskiej biedoty przy wsparciu kubańskich komunistów. W 1966 r. duchowny zginął podczas swego pierwszego starcia zbrojnego. Stowarzyszenie PAX, które wydało książkę Torresa w Polsce, popierało komunizm, a równocześnie było organizacją katolicką (składało się głównie z byłych narodowców). Stuła i karabin w niektórych swych partiach zakrawała na manifest polityczny. Polityczne cechy, jak się zdaje, nosił również ówczesny katolicyzm Antoniego Macierewicza. Znamienne jest to, że jego katolicyzm w pierwszej połowie lat 70. zauważa inny opozycjonista, Adam Michnik. Ich ówczesna przyjaźń ma przede wszystkim wymiar polityczny. Bliżsi przyjaciele nie wspominają o "nawróceniu" Macierewicza w tamtym okresie. Janusz Kijowski odkrywa jego katolicyzm dopiero w latach 80. (i to ze sporym zdumieniem). Świadectwa zebrane przez Radosława Grucę sugerują, że Macierewicz aż do internowania w 1981 r. nie okazywał swojej religijności.

Kiedy Macierewicz podpisał ten polityczny pakt z samym sobą? Zapewne po wiośnie 1967 r., kiedy to jeszcze wyśmiewał się z religijności Kijowskiego. Co mogło spowodować tę decyzję? Otóż w latach 1967-1969 trwała w Polsce antysemicka czystka związana z emigracją tysięcy polskich Żydów (którzy wyjechali na Zachód lub do Izraela). Nie był to dobry czas. Komuniści zgnębili, oszkalowali i wygnali z kraju tysiące niewinnych ludzi. Co gorsza, spotkało się to z aprobatą dużej części polskiego społeczeństwa. Dlaczego? Dlatego, że wygnańcy wywodzili się z innej narodowości i innego wyznania - nawet jeśli ten rodowód miał charakter czysto historyczny. W większości byli niewierzący, jednak jeszcze ich ojcowie i dziadkowie modlili się w synagodze. Prapradziadkowie zaś "zamordowali Pana Jezusa" - jak wówczas wierzyli liczni katolicy. W 1968 r. Antoni Macierewicz mógł się zderzyć z tą "wiarą". Uczestniczył w marcowym proteście studentów, brutalnie zdławionym przez policję i SB ministra Mieczysława Moczara. Komunistyczne media przedstawiały ten protest jako intrygę "syjonistów". W ówczesnej propagandzie znaczyło to: "Żydów, którzy są obcy polskiemu ludowi". Macierewicza aresztowano. Gdy zaś wyszedł z aresztu, mógł usłyszeć nieprzyjemne rzeczy od znajomych, sąsiadów, ludzi na ulicy. Przykładowo, że wziął udział w rozróbie "Żydków, co zabili Jezusa i chcą zabić Polskę"... Od razu zaznaczmy, że tego rodzaju przesądy nie były i nie są domeną wyłącznie "prostego ludu", niewykształconych i biednych ludzi. Jednak często to oni wyrażają je bardziej otwarcie. Byłoby zatem naturalne, gdyby skumulowane doświadczenia lat 1967-1969 doprowadziły Macierewicza do przeświadczenia, że lud i uprzedzenia religijno-etniczne to jedno, a radykalna ateistyczna lewica się myli. Kto mówi do ludu, musi mówić językiem nacjonalizmu lub religii, bo innego lud przecież nie zrozumie! Tak mógł pomyśleć młody działacz. Tak mógł pomyśleć i stąd wybrać religię (na nacjonalizm przyszedł czas później, dopiero w następnym dziesięcioleciu).

Aresztowanie Antoniego Macierewicza w 1968 r. budzi dzisiaj zainteresowanie badaczy i mediów. Z prostej przyczyny: aresztant "sypał" podczas przesłuchań. Albo, mówiąc grzeczniej: nazbyt wylewnie rozmawiał ze śledczymi, przez co mógł obciążać kolegów. Przede wszystkim swego przyjaciela Wojciecha Onyszkiewicza, z którym przygotowywał nielegalne ulotki. Onyszkiewicz później bronił Macierewicza, dziś jednak nie zaprzecza, że przyjaciel zachował się wobec niego co najmniej nierozsądnie. Sprawa została opisana m.in. przez profesora Andrzeja Friszkego39.

Od razu powiedzmy, że w aktach tego śledztwa nie ma śladów niczego, co zasługiwałoby na miano zdrady czy podłości ze strony Antoniego Macierewicza. W dokumentach z 1968 r. nie ma też nic, co sugerowałoby, że mógł on już wcześniej uwikłać się we współpracę z komunistycznymi służbami. Wszystko wygląda i brzmi tak, jakby młody człowiek po raz pierwszy w życiu zamknięty w areszcie bardziej się zagubił, niż załamał pod presją śledczych. Ostatecznie nie stanął przed sądem. Skończyło się na tak zwanym kolegium do spraw wykroczeń [coś w rodzaju minisądu bez sędziów, w którym starannie wybrani obywatele osądzali innych obywateli]. Kolegium wymierzyło Antoniemu Macierewiczowi tysiączłotową grzywnę. Stało się tak, gdyż nie znaleziono dowodów na to, że ulotki zostały rozkolportowane. Można się zastanawiać, czy śledczy zrezygnowali z głębszego drążenia tej sprawy ze względu na miękką postawę Antoniego Macierewicza. Nie da się jednak o niczym przesądzić.

Najciekawszym elementem sprawy jest podwójne oblicze aresztanta Macierewicza. Miękki podczas przesłuchań, ostentacyjnie rozrabia w celi, łamie przepisy. Wylewa wodę z sedesu, żeby komunikować się z aresztantem, który siedział piętro niżej [Aleksandrem Smolarem, dzisiaj prezesem Fundacji Stefana Batorego]. Przez okno próbuje rozmawiać z Adamem Michnikiem, który znajduje się w innej celi. Nie wstaje podczas pobudki, ostentacyjnie lekceważy strażników. Karany jest tak zwanym "twardym łożem", czyli pozbawieniem materaca. Czy w ten sposób rekompensuje sobie "miękkość" podczas śledztwa? Czy buduje sobie legendę twardego opozycjonisty? Może tak rozrabia, bo dzięki swym zeznaniom ma teraz jakieś "plecy"? Plecy zapewne ma obolałe od spania bez materaca.

W sprawie z 1968 r. można postawić kilka znaków zapytania. Intryguje dwoistość aresztanta, jego zdolność do odgrywania bohatera, którym nie był. Nic jednak nie wskazuje na to, że chodziło o coś gorszego niż rozchwianie.

EL COMPA?ERO MACIEREWICZ

Podkreślmy, że wybór katolicyzmu nie stanowił przemiany politycznej. W latach 60. Antoni Macierewicz, rozdarty między religijnością i antyreligijnością, w innych kwestiach prezentuje postawę lewicową. W pierwszej połowie następnego dziesięciolecia czyni to jeszcze bardziej wyraziście. Choć dzisiaj brzmi to nieprawdopodobnie, w latach 70. "katolik polityczny" Macierewicz - jak się zdaje - jeszcze bardziej przesuwa się na lewo. Świadczy o tym m.in. relacja, którą przedstawił mi wybitny opozycjonista Seweryn Blumsztajn, późniejszy redaktor naczelny "Biuletynu Informacyjnego KOR": "Gdy poznałem Antoniego, mógł to być 1974 lub 1975 rok. Był wtedy bardzo lewicowy. Guevarysta. Chodził na seminarium profesora Łepkowskiego, który zajmował się Ameryką Łacińską i, zdaje się, uważał, że prawdziwa rewolucja jest właśnie tam. Macierewicz pracował na iberystyce. Wtedy robił na mnie jak najlepsze wrażenie. Świetny rozmówca. Choć muszę przyznać, że traktowałem go nieco protekcjonalnie. Bo on był rewolucjonistą, a ja już znajdowałem się na innym etapie i ta cała lewacka frazeologia nie bardzo do mnie trafiała. W tym środowisku byli też Andrzej Celiński, Wojtek Onyszkiewicz, Piotrek Naimski. Antek był trochę marudny, dzielił włos na czworo. Wtedy bardzo przylepiony do Jacka [Kuronia]. To był rodzaj wzajemnej fascynacji. Bo Jacek zawsze zwracał się do kolejnego, młodszego pokolenia".

W 1972 r. do Polski przyleciał prawicowy prezydent USA Richard Nixon. Krótko po nim podobną wizytę odbył komunistyczny dyktator Kuby Fidel Castro. Macierewicz na ulicach Warszawy protestował przeciw przyjazdowi pierwszego i wiwatował na cześć drugiego40. Żywo interesował się też lewicą z Chile. Janusz Kijowski pamięta to tak: "Na początku lat 70. pracowałem w Rozgłośni Harcerskiej. Byłem jeszcze studentem. Biegałem na Konopnickiej, robiłem jakieś reportaże, wywiady. Podobała mi się ta robota. Pamiętam, że kiedyś do kwatery głównej, gdzie się mieściła rozgłośnia, przybiega Antek, aż pąsowy. Mówi - słuchaj, do Polski przyjeżdża Hortensia Bussi, żona Salvadora Allendego [zamordowany przez prawicowego dyktatora Augusto Pinocheta lewicowy prezydent Chile]. To była wiosna 1974 r. Po zamordowaniu męża wdowa przeniosła się do Paryża i stamtąd przyleciała do PRL. Witano ją z honorami. Antek mówił, że musimy z nią koniecznie zrobić wywiad i porozmawiać. Strasznie chciał ją poznać, dowiedzieć się, jaki ma pogląd na świat. Wziąłem magnetofon, pojechaliśmy na Okęcie. Był niesamowicie podniecony. Nie pamiętam, czy udało mi się z nią porozmawiać choć na tyle, żeby puścić to na antenie. Chyba nie zrobiłem z tego audycji. Ale jemu udało się zamienić z Bussi kilka słów i umówić się na następny dzień w hotelu. Chyba się z nią spotkał, przeprowadził rozmowę. Zamordowanie Allendego było dla nas wielkim szokiem. Co tu dużo gadać! Wchodzi junta wojskowa, ukatrupiają prawowitego prezydenta w jego gabinecie. Straszne to było. Ale żeby się emocjonować jego żoną... Choć z drugiej strony on się interesował Ameryką Południową. Może to wynikało z jego normalnych, naukowych zainteresowań. Po napisaniu magisterki o Świetlistym Szlaku [ultralewicowe ugrupowanie partyzanckie w Peru] oraz partyzantce miejskiej w Boliwii szykował się do doktoratu. Namawiał go do tego profesor Łepkowski".

Jednak amerykański politolog David Ost podaje, że istniała w Chile lewica, która frapowała Macierewicza jeszcze bardziej niż ta spod znaku prezydenta Allendego i jego żony: "Uważnie obserwował wydarzenia w Chile i zdecydowanie popierał maoistowską partię MIR, która wzywała rząd Allendego do uzbrojenia robotników, aby mogli przejąć władzę. Gdy władzę przejął jednak Pinochet, Macierewicz pomógł niektórym działaczom MIR uzyskać azyl w Polsce"41. Maoizm to chińska wersja stalinizmu, która w latach 60. i 70. stała się modna w Trzecim Świecie oraz na zachodnich uniwersytetach. Trzeba jednak odnotować, że MIR (Movimiento de Izquierda Revolucionaria, Ruch Lewicy Rewolucyjnej) w drugiej połowie lat 60. zaczął się określać jako ortodoksyjnie marksistowsko-leninowski, nie maoistowski. Niekiedy wprost się odcinał od chińskiego maoizmu (jak również od trockizmu, albowiem początkowo w MIR byli też trockiści). Ten ortodoksyjny marksizm-leninizm po części zbliżał chilijskie ugrupowanie do sowieckich komunistów. Przeszkodę stanowiło zajęcie Czechosłowacji w 1968 r. przez wojska Sowietów (i ich sojuszników włącznie z PRL), skrytykowane przez MIR. Jednak dawało się to ominąć. Głównym politycznym sojusznikiem partii była związana z Sowietami komunistyczna Kuba. Przywódca MIR Miguel Enríquez współpracował z kubańskimi służbami specjalnymi42. Zatem wśród latynoskich towarzyszy Antoniego Macierewicza mogli się znaleźć bardzo interesujący ludzie. Intuicję tę potwierdza jedno z moich źródeł, osoba z kręgów dyplomatycznych. Wyjawiła ona, że niektórzy z południowoamerykańskich znajomych Macierewicza wysoko zaszli na swoim kontynencie, w tamtejszych lewicowych partiach politycznych (gdy przeszły one od partyzantki i terroryzmu do sprawowania władzy). Informacje o karierze jednego z tych znajomych potwierdzają również inne źródła. W latach 70. Antoni Macierewicz zaznajomił się z Ladislauem Dowborem, który później został doradcą prezydenta Brazylii43. Prezydenta szczególnego formatu - był nim Luiz Inácio Lula da Silva, słynny lewicowy reformator, który wyrwał z nędzy miliony ludzi, ale pobrudził sobie przy tym ręce (obecnie odsiaduje 12-letni wyrok za korupcję).

Nie znaczy to oczywiście, że el compa?ero Macierewicz został zwerbowany przez Kubańczyków - lub przez Sowietów za pośrednictwem Kubańczyków. Tego nie wiemy. Możemy jednak przyjąć, że w latach 60. i 70. ewentualni latynoscy werbownicy napotkaliby mniej trudności niż inni. Zapewne rozmówca wysłuchałby ich grzecznie i uważnie, jeśli nie przyjaźnie.

DRUGA PRZEMIANA

Do połowy lat 70. Antoni Macierewicz jest "lewakiem" czy też "katolewakiem". W latach 1977-1979 coś się jednak zmienia. Nasz bohater działa wówczas w opozycyjnym Komitecie Obrony Robotników. Założył tę organizację razem z Jackiem Kuroniem. Jej członkiem jest również bliski przyjaciel Macierewicza Piotr Naimski. Organizacja odnosi sukces, staje się rozpoznawalna, rodacy zaczynają darzyć ją zaufaniem. W 1977 r. KOR poszerza formułę. Już nie zajmuje się tylko prześladowanymi robotnikami. Walczy z wszelkimi nadużyciami władzy i przekształca się w Komitet Samoobrony Społecznej "KOR" [KSS "KOR", który dla uproszczenia nadal będę określać poprzednią, krótszą nazwą]. Wtedy Macierewicz i Naimski przystępują do rozbijania organizacji. Odcinają się od tzw. "lewicy laickiej", czyli tych działaczy KOR, którzy wyznają poglądy lewicowe lub liberalne. W 1977 r. organizacja zaczyna wydawać nielegalne pismo "Głos". Redaguje je Antoni Macierewicz. Inni członkowie KOR, w tym Adam Michnik, mieli ten tytuł wspierać, ale ze względu na ciągłe spory, zostawiają "Głos" w rękach Macierewicza. W ocenie funkcjonariuszy SB Antoni Macierewicz z Piotrem Naimskim próbują przeobrazić pismo w zalążek ich własnej grupy opozycyjnej, niezależnej od KOR44.

Czy jednak funkcjonariusze SB nie mogli mieć skrzywionego spojrzenia? Esbecy - jak ich nazywano - byli przecież profesjonalnymi intrygantami. Tacy zaś doszukują się intryg również tam, gdzie ich nie ma... Aby odpowiedzieć na to zastrzeżenie, posłuchajmy opozycjonisty, który przebywał wówczas w środku całego zamieszania. Oto, co mówi mi Seweryn Blumsztajn: "Ta słynna awantura o "Głos" to też jest znaczące. Sama próba powołania wspólnego, środowiskowego biuletynu ponad podziałami już jest dowodem, że coś się rozjeżdżało. Antoniemu ciągle coś się nie podobało. Raz to, raz tamto. Obrażał się, że ktoś coś powiedział. Był strasznie marudny. Zawsze musiał zaznaczyć swoją obecność i odrębną opinię. Uważałem, że on nic nie wymyśla, że bieży z rozmówcą - żeby być inteligentnym, musi mieć przy sobie kogoś inteligentnego. Kiedy już zostałem członkiem KOR i zacząłem uczestniczyć w zebraniach, było nieznośnie. Antoni i Piotr [Naimski - red.] byli przeciwko wszystkim. Zawsze mieli inne zdanie. Gdyby nie Jacek [Kuroń - red.], to nie dałoby się osiągnąć żadnego kompromisu. Antoni ciągle wnosił poprawki. Próbował rozbijać KOR [...] Antek i jego koledzy polemizowali w "Głosie" z jakimiś tekstami Jacka [Kuronia - przyp. red.] czy Adama [Michnika - przyp. red.]. To były już dwa osobne światy. Spotykaliśmy się w KOR albo jak był duży bankiet, ale towarzysko już ze sobą nie żyliśmy".

W publicystyce Macierewicza pojawiają się wtedy prawicowe nuty. Zaczyna chwalić Romana Dmowskiego, ideowego protoplastę wszystkich polskich narodowców. Tak rodzi się Antoni Macierewicz, którego znamy - katolicki prawicowiec i nacjonalista. Świeżo upieczony działacz narodowy chce przenieść swój nowy, prawicowy radykalizm na ulice. W tym celu próbuje wykorzystać katolickie obrzędy, których według Janusza Kijowskiego nie traktował wcześniej poważnie. W poświęconej Macierewiczowi księdze pamiątkowej Niepodległość ma jeden kształt... Justyna Błażejowska opisuje to w sposób następujący: "Pod koniec 1979 r. grupa "Głosu" porozumiała się z ludźmi niezależnego wydawnictwa Biblioteka Historyczna i Literacka oraz członkami redakcji "Opinii" - pisma Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela [ROPCiO, opozycyjna organizacja, bardziej prawicowa niż KOR]. Wszyscy razem przygotowali obchody z okazji dziewiątej rocznicy masakry na Wybrzeżu. Miały polegać na udziale we mszy św. w intencji ofiar, zamówionej w kościele Przemienienia Pańskiego ojców kapucynów, a następnie - przejściu pod pomnik Jana Kilińskiego przy ulicy Podwale" [s. 86]. Jednak SB dowiedziała się o planach Macierewicza i jego ludzi. "W przeddzień uroczystości Służba Bezpieczeństwa przeprowadziła zakrojoną na szeroką skalę akcję zatrzymań - na tzw. dołek [areszt przy komisariacie milicji lub policji] trafiło około 200 osób. Wybrani, w tym Macierewicz i Naimski - dostali sankcje prokuratorskie na trzy miesiące [...]" - pisze Błażejowska na stronach 86-87. To ostatnie zdanie oznacza, że prokurator zezwolił na trzymiesięczny areszt w przypadku obu działaczy. Jednak siedzieli znacznie krócej: "[...] (ostatecznie zostali zwolnieni 19 grudnia). Z uwagi na rozwój wypadków i obawę przed prowokacją już po zakończeniu nabożeństwa jeden z uczestników ogłosił przez megafon jeszcze przed wyjściem z kościoła, że przemarsz jest odwołany [...]. Sytuacja wywołała gwałtowną reakcję ze strony lewicy laickiej [...] zespół redakcyjny "Biuletynu Informacyjnego" [głównego pisma wydawanego przez KOR] zarzucał organizatorom brak odpowiedzialności i... uczciwości" [s. 87].

Błażejowska dziwi się tym zarzutom (lub udaje, że się dziwi). Bliskiej Macierewiczowi historyczce należy jednak oddać sprawiedliwość. Ma odwagę zacytować najważniejszy argument innych członków KOR skierowany przeciwko Macierewiczowi: "Zaskakiwanie demonstracją uliczną ludzi, którzy udali się np. na mszę św. do kościoła, jest postępowaniem nieuczciwym. Jest marnotrawieniem zaufania, które środowiska opozycji demokratycznej uzyskały w społeczeństwie dzięki swej prawdomówności" [s. 87-88]. KOR-owcy dodają też, że "w trakcie warszawskich obchodów rocznicy masakry grudniowej nadużyto zaufania Kościoła" [s. 88].

KOR-owcy, jak się zdaje, mieli rację. Świadkowie tamtych zdarzeń, z którymi rozmawialiśmy, są zgodni. Ani KOR, ani odpowiedzialny za diecezję biskup katolicki nie mieli o niczym pojęcia. Podobnie jak wierni, którzy przyszli na nabożeństwo. Nie wiedzieli, że po mszy pod kościołem miał czekać na nich Macierewicz z transparentami i megafonem, by poprowadzić ich wprost na milicyjne pałki. Seweryn Blumsztajn mówi, że Macierewicz usiłował wówczas manipulować starszymi i bardziej konserwatywnymi członkami KOR, np. Józefem Rybickim - bohaterem AK, więźniem czasów stalinizmu, jednym z pierwszych członków KOR: "Próbował podrywać różnych starców, na przykład Rybickiego, który nie lubił Kuronia. Antek próbował to wykorzystać, ale potem okazało się, że okłamał Rybickiego i tamten go znienawidził. Środowiska prawicowe, głównie ROPCiO, zrobiły manifestację. Antek i Piotrek [Naimski - red.] wplątali w to KOR, który jeszcze nie był gotowy. Straszna awantura. Po raz pierwszy usłyszałem krzyczącego księdza Zieję [Jan Zieja, katolicki duchowny, działacz, publicysta i pisarz, podczas wojny - konspirator, który z narażeniem życia pomagał ukrywać Żydów przed hitlerowcami]".

Przy tej okazji ludzie Macierewicza oszukali też prawicowców z Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Tak to wspomina Bronisław Komorowski, były działacz tej organizacji: "Apogeum naszej współpracy z Antkiem to grudzień 1979 r. Była to próba zorganizowania wspólnej demonstracji poświęconej pamięci robotników pomordowanych w grudniu 1970 r. Już wcześniej organizowaliśmy demonstracje o charakterze patriotyczno-religijnym. Ta jednak miała być wspólną akcją Ruchu Praw Obrony Człowieka i Obywatela oraz innych środowisk. Wydawało nam się, że dogadując się z Macierewiczem i Naimskim, dogrywamy współpracę z KOR. Ale okazało się, że oni już się trochę dystansowali od tego środowiska. Wyszło tak, że to była demonstracja "Opinii", Biblioteki Historyczno-Literackiej i grupy "Głos". Nie udała się. Wszyscy zostali aresztowani, co najmniej kilkadziesiąt osób, jeśli nie setka. Wyłapano ludzi z grupy "Głos", między innymi też Andrzeja Czumę, mnie, ale również osoby zupełnie w to niezaangażowane... chyba nawet Adama Michnika. W każdym razie aresztowano osoby z tej drugiej strony KOR, zupełnie niezaangażowane w demonstrację. Do tego pomagaliśmy Macierewiczowi i Naimskiemu w drukowaniu "Głosu". Byłem przekonany, że w ten sposób pomagam radykalnej, ale KOR-owskiej grupie. Potem się okazało, że oni byli już na etapie wychodzenia, o czym nie wiedziałem. Kiedy z Marianem Piłką drukowaliśmy drugi numer "Głosu", to myśleliśmy, że działamy ekumenicznie w obrębie KOR. A tam już dojrzewały ostre podziały"45.

Radosław Gruca zwraca uwagę, że ówczesne działania Macierewicza mogą przywodzić na myśl relację Janusza Molki - byłego esbeka, który po latach zwierzył się prawicowemu dziennikarzowi Bohdanowi Rymanowskiemu. Molka zaczynał jako opozycjonista, został zwerbowany przez Służbę Bezpieczeństwa, w końcu go "ukadrowiono": z agenta został pełnoetatowym funkcjonariuszem SB. Zmienił też nazwisko (poprzednio brzmiało ono Molke). Specjalizował się w rozbijaniu opozycyjnych organizacji46. "Radykalne nastroje podsycają tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa" - tak w rozmowach z Rymanowskim pan Molke-Molka wspominał sytuację z lat 80., której sam był uczestnikiem47. Dodał przy tym, że SB kontrolowała skrajne grupy o narodowej ideologii. Co ciekawe, według Rymanowskiego esbecy złamali Molkę podczas werbunku, szantażując go ujawnieniem wstydliwej rodzinnej tajemnicy. Gdy już jednak Molke-Molka zaczął współpracować z nimi jako agent, wrodzona ambicja kazała mu zostać agentem wybitnym, wreszcie funkcjonariuszem. Czy można szukać analogii między Molką a Macierewiczem? Całe życie tego drugiego świadczy o tym, że jest człowiekiem bardzo ambitnym. Miał też rodzinną tajemnicę, której mógł się wstydzić (opowiem o niej w dalszej części tej książki).

POLSKI KIM PHILBY?

Jednak ci, co podejrzewają Macierewicza o związki z obcymi służbami specjalnymi, nie do Molki najczęściej go porównują. Na początku 2018 r. rozmawiałem ze znanym politykiem, byłym premierem Rzeczpospolitej Polskiej. Przekonywał, że przemiana Antoniego Macierewicza z lewicowca w prawicowca przypomina początek kariery słynnego sowieckiego szpiega, Brytyjczyka Kima Philby'ego. O podobieństwie tym wspominają też biografowie Macierewicza. Cytują przy tym bliżej niezidentyfikowanego informatora z kontrwywiadu, który wskazuje na analogię między Macierewiczem a Philbym48. Przypadek Kima Philby'ego faktycznie daje do myślenia, tym bardziej że Brytyjczyka łączyło z Macierewiczem nie tylko podobieństwo. Istniały też liczne, choć pośrednie powiązania personalne (wrócę do nich pod koniec tej książki).

Jak można zdefiniować rolę Philby'ego? Był modelowym "kretem". Określa się tak doskonale zakamuflowanego agenta, któremu udaje się zostać funkcjonariuszem służb przeciwnika lub urzędnikiem jego instytucji. Kret robi w nich karierę, w czym zwykle pomagają mu jego mocodawcy (podrzucają mu informacje, za których pomocą może błyszczeć w spenetrowanej służbie lub instytucji). Ze względu na swój dostęp do poufnych i tajnych gabinetów władzy, kret bywa źródłem najcenniejszych informacji. Może też czynnie sabotować poczynania nieprzyjaciela, gdy ostrożnie i dyskretnie dezorientuje lub paraliżuje go od wewnątrz. Tak też wyglądała droga Kima Philby'ego. Brytyjczyk wywodził się z kolonialnych średnio-wyższych sfer. Jego ojciec działał w brytyjskim wywiadzie, pisał również książki, w 1930 r. przeszedł na islam. Nieco później Kim Philby na swój sposób też się nawrócił. Podczas studiów zainteresował się ideologią komunizmu. Po ich ukończeniu, na przełomie lat 1933-1934 znalazł się w Austrii, gdzie pomagał uchodźcom z hitlerowskich Niemiec jako działacz organizacji humanitarnej infiltrowanej przez Sowietów. W Wiedniu poznał węgierską komunistyczną aktywistkę Litzi Friedmann. Poślubił ją, a wtedy dopełniła się jego przemiana w wojującego komunistę.

Okazało się jednak, że to nawrócenie wymaga kolejnego nawrócenia czy też odwrócenia. Panna Friedmann była agentką sowieckich cywilnych służb specjalnych NKWD. W 1934 r. pomogła im zwerbować swego świeżo poślubionego męża. NKWD zaś nakazało Philby'emu, aby pozornie wyrzekł się komunizmu. Miał na nowo stać się typowym Brytyjczykiem z klas wyższych, prawicowym konserwatystą, klasycznym torysem. Co więcej w 1935 r. Philby wstąpił do prohitlerowskiego Towarzystwa Anglo-Niemieckiego (Anglo-German Fellowship). Dzięki temu kamuflażowi w 1937 r. rozpoczął współpracę z brytyjskimi służbami. Podczas drugiej wojny światowej zaczął w nich służyć. Tak się zrodziła jego misja jako kreta. Przez ponad 20 lat niszczył brytyjski wywiad od środka, a jego działania uderzały także w bezpieczeństwo USA i całego Zachodu. Wpływały też na losy osób żyjących pod sowieckim jarzmem. Jak się przekonamy, mogły wpłynąć na los rodziny Macierewiczów.

W 1963 r. Philby został zdemaskowany przez Brytyjczyków (podejrzenia ciążyły na nim już wcześniej) i uciekł do Związku Sowieckiego. Według niektórych brytyjskich źródeł marnie tam wegetował - przerażony sowiecką rzeczywistością i nieufnie traktowany przez kremlowskich mocodawców... Nie wiemy, do jakiego stopnia odpowiada to prawdzie. Wiemy natomiast, że Philby wygłaszał wykłady dla następców NKWD, czyli funkcjonariuszy KGB. Mógł mieć pewien wpływ - oczywiście tylko doradczy - na niektóre działania sowieckiego wywiadu w latach 60. i 70.49.

Aby zostać kretem, Kim Philby musiał zmienić swój język, zachowania, po części też sposób myślenia. W jakiejś mierze musiał zabić w sobie wszystko, w co wierzył i co pozytywnie kojarzyło mu się z komunizmem: bohaterskie protesty robotników walczących z kapitalistycznym wyzyskiem, posępny heroizm nielicznych antyfaszystowskich konspiratorów w hitlerowskich Niemczech, podziw dla potęgi Armii Czerwonej, opowieść o wspólnym trudzie robotników i chłopów, którzy bez niczyjej pomocy zdobywają chleb i wykształcenie, stawiają wielkie miasta wśród stepów, tworzą nową kulturę... Precz z tym wszystkim: Philby musiał znowu się uznać za poddanego królowej brytyjskiej, znowu uwierzyć w wyższość Brytanii nad resztą świata i "germańskiej Anglii" nad celtycką resztą Brytanii, znowu pokochać herbatkę w ogrodzie, kanapki z ogórkiem i twórczość piewcy kolonializmu, pisarza Rudyarda Kiplinga. To ostatnie mogło być o tyle łatwe, że jednym z bohaterów Kiplinga był młodociany łobuz wywiadowca Kim, któremu Philby zawdzięczał swój przydomek (jego prawdziwe imiona to Harold Adrian Russell).

Czy możliwe jest, że tak samo Macierewicz pokochał polski naród, polski katolicyzm i polską krew przelaną za Ojczyznę?

Oczywiście, podobieństwo przemiany ideologicznej Philby'ego i Macierewicza to za mało, by osądzić tego drugiego. Co więcej, przemianę Macierewicza można łatwo wytłumaczyć innymi przyczynami. Zapytałem Seweryna Blumsztajna, kiedy Macierewicz schował flagę z Che Guevarą do szuflady i zostawił lewicowość dla prawicowego konserwatyzmu. Oto, co odpowiedział redaktor Blumsztajn: "To nastąpiło, gdy Antek zorientował się, że nie będzie rządził w KOR. Trochę przez Jacka [Kuronia - przyp. red.], ale głównie przez to, że Adam [Michnik - przyp. red.] wrócił z Zachodu w 1977 r. Antek nie chciał być numerem drugim. Chciał rządzić, manipulować". Inne źródła, które widziały tę sytuację na własne oczy, potwierdzają relację Blumsztajna. Jacek Kuroń z Antonim Macierewiczem założyli KOR w 1976 r. Adam Michnik - wieloletni przyjaciel Kuronia i jego polityczny wychowanek - przebywał wówczas za granicą, a Kuroń i Macierewicz zbliżyli się do siebie. Jednak w 1977 r. Michnik wrócił do kraju i zaczął konkurować z Macierewiczem o pierwszeństwo w KOR. Kuroń stanął wtedy po stronie Michnika. Antoni Macierewicz musiał to odebrać jako zdradę. Przez następne lata uważał, że Kuroń z Michnikiem ukradli mu organizację, której był współtwórcą. W swych późniejszych wypowiedziach i artykułach atakował Kuronia konsekwentnie, wręcz uporczywie. Także po jego śmierci.

Zatem tak można by tłumaczyć przemianę Antoniego Macierewicza w prawicowca. Po powrocie Michnika i "zdradzie" Kuronia Macierewicz szuka ideologii, za której pomocą mógłby ich atakować. Gdyby za jego atakami nie stało jakieś ideologiczne uzasadnienie, ich prawdziwa natura byłaby zbyt oczywista. Nikt nie wątpiłby, że stanowią one jedynie owoc urażonej ambicji. Niestety Antoni Macierewicz nie miał wówczas wielu możliwości wyboru. Do 1977 r. stał na lewo od Kuronia i Michnika. Jednak dla wielu opozycyjnie nastawionych Polaków już Kuroń i Michnik byli zbytnio lewicowi. Atakowanie obu liderów KOR za niedostateczną lewicowość nie dałoby Macierewiczowi sukcesu, uczyniłoby z niego marginalnego ekstremistę. Młody polityk musiał więc dokonać zaskakującego zwrotu na prawo. Czysto koniunkturalnego. Brzmi to prawdopodobnie. Co więcej, KOR-owskie doświadczenia Macierewicza mogły mu tę przemianę ułatwić. Albowiem za sprawą KOR Antoni Macierewicz przeżył kolejne bliskie spotkanie z "ludem".

Przypomnę, jak to wyglądało. Organizacja powstaje w 1976 r., aby nieść pomoc finansową i prawną prześladowanym uczestnikom protestów robotniczych w Ursusie i Radomiu. Antoni Macierewicz jeździ do robotników. Odwiedza ich ciasne mieszkanka w starych, zapuszczonych kamienicach. Coraz bardziej przekonuje się, że ich mieszkańcy nie chcą walczyć z komunistyczną tyranią w imię prawdziwego socjalizmu i ludowładztwa. Nikt tam nie czyta Marksa. Jeśli na półce w ogóle stoją jakieś książki, są to tomy Sienkiewicza. Na ścianie nie wisi podobizna Che Guevary. Nie wisi też zdjęcie księdza Torresa, który zginął za lud pracujący Kolumbii. Ich miejsce zajmuje "święty obrazek" z Częstochowy - obrazek "Matki Boskiej, Królowej Polski". Tak myśli i czuje polski lud katolicki. Jeśli lewicowiec chce być prawdziwym lewicowcem, jeśli chce myśleć i czuć jak lud, musi się stać prawicowcem... Urażona ambicja i bliższy kontakt z przedstawicielami "mas ludowych" - te dwa czynniki dostatecznie wyjaśniają przemianę Macierewicza. Nie trzeba zatem się uciekać do przykładu Kima Philby'ego.

Nie znaczy to jednak, że całkowicie zapominamy o tej analogii. Albowiem w 1976 r. zaczynają się mnożyć znaki zapytania, które znów mogą przywodzić ją na myśl. W tym właśnie roku dzieje się coś, co pozornie nie ma związku z Macierewiczem. Pewien stary, doświadczony esbek wraca do sprawy sprzed niemal 20 lat. Chodzi o niewyjaśnione porwanie i morderstwo na tle politycznym. Esbek nie chce znaleźć sprawców zbrodni. Wykorzystuje szeroko zakrojone śledztwo, aby tropić opozycjonistów z otoczenia Macierewicza. Funkcjonariusz jest jednym z najlepszych w SB specjalistów od ideologii narodowej, do tego synem narodowca. Gdyby ktoś wpływowy miał wprowadzać Macierewicza w odgrywanie roli narodowego radykała, byłby to zapewne nasz "narodowy esbek". Zaznajomimy się z nim bliżej w następnej części książki. Teraz zaś przyjrzymy się innej intrygującej kwestii (którą obecność esbeckiego opiekuna skądinąd mogłaby wyjaśniać). Chodzi o łagodność SB wobec Antoniego Macierewicza w latach 70. Łagodność, jak się zdaje, dobrze zakamuflowaną. Bo Macierewicz był represjonowany. Był represjonowany, ale...

CZŁOWIEK PRZEŚLADOWANY INACZEJ

Jak Antoni Macierewicz zachowywał się wobec esbeków podczas swej działalności w KOR? Tak jak wobec strażników w 1968 r., gdy siedział w areszcie, mianowicie brawurowo. Jeździł do domów osób prześladowanych. Przewoził i przechowywał znaczne sumy pieniędzy. W aktach sprawy "Kuroń i inni" dotyczącej członków KOR czytamy, że w grudniu 1976 r. znaleziono u niego 75 100 zł (około 17,5 średnich miesięcznych pensji, dzisiaj byłoby to ok. 87 tys. zł), 561 dolarów, 40 marek RFN, 75 guldenów holenderskich, 100 franków francuskich i 500 franków belgijskich50 (wielkie sumy ze względu na niebotyczny kurs zachodnich walut w PRL).

Jego brawura nie ograniczała się do wożenia kasy. W aktach sprawy "Kuroń i inni" możemy też przeczytać, że 15 kwietnia 1977 r. "wejście funkcjonariuszy MO [Milicji Obywatelskiej, której autonomiczną częścią była SB] do mieszkania W. i N. Łuczywo wywołało zamieszanie wśród uczestników zebrania. Antoni Macierewicz wybiegł na balkon i podpalił dwie karty maszynopisu o nieustalonej treści [...], zaczęto otaczać przybyłych funkcjonariuszy, starając się uniemożliwić im podjęcie dalszych czynności. Wyrażano przy tym protesty wobec działań MO, nawoływano do oporu i niewykonywania poleceń. Szczególną aktywność w tych prowokacyjnych postawach okazali M. Chojecki i A. Macierewicz, a także Jacek Kuroń"51.

Jak w opisanej sytuacji powinni byli zareagować funkcjonariusze SB? Nie lubili przecież takich zachowań i zwalczali je, jak tylko mogli. Podpalenie przez Macierewicza maszynopisu mogło zostać zinterpretowane jako niszczenie dowodów przestępstwa, stworzenie zagrożenia pożarowego, a nawet próba zastraszenia czy poparzenia funkcjonariuszy. Jednak Antoniego Macierewicza potraktowano z nieoczekiwaną łagodnością. Wojciech Ostrowski podczas tej samej akcji odmówił pokazania esbekom dowodu osobistego. Dwa tygodnie później Milicja Obywatelska wnioskowała o postawienie go za tę odmowę przed kolegium do spraw wykroczeń52. W aktach nic nie wskazuje, żeby ktoś próbował ukarać Macierewicza za jego "akcję ogniową" na balkonie.

W aktach sprawy "Kuroń i inni" znajduje się również pismo profesora Edwarda Lipińskiego, jednego z seniorów KOR, wysłane 24 sierpnia 1974 r. do prokuratora generalnego PRL, Lucjana Czubińskiego53. W piśmie tym profesor wylicza bezprawne prześladowania, którym poddawano członków KOR. Co do Macierewicza, to czytamy, że jesienią 1976 r. odmówiono mu zatrudnienia na Uniwersytecie Warszawskim. Wezwano go też na komisję poborową mimo zwolnienia z obowiązku służby wojskowej ze względu na stan zdrowia (podobnie jak innych członków KOR). Wytoczono mu postępowanie przed kolegium do spraw wykroczeń o rzekome uchylanie się od służby wojskowej. Między wrześniem 1976 r. a kwietniem 1977 r. został pięciokrotnie zatrzymany. Podobnie jak innym członkom KOR skonfiskowano mu maszynę do pisania. W styczniu 1977 r. poinformowano go, że skierowane do niego pocztowe przesyłki pieniężne także będą konfiskowane. W dniach 14-24 maja 1977 r. zastosowano wobec niego areszt śledczy (podobnie jak wobec ośmiu innych członków KOR). Na pierwszy rzut oka wygląda to poważnie. Nawet gdy pamiętamy, że obywatele PRL, którym zarzucano uchylanie się od służby wojskowej, zwykle musieli liczyć się z gorszymi konsekwencjami niż wezwanie przed kolegium. Poczytajmy jednak, co profesor Lipiński pisze o innych członkach i współpracownikach KOR oraz ich bliskich:

niepełnoletnie córki górnika Władysława Suleckiego zmuszano do składania donosów na ojca; samego Suleckiego bito i ciągnięto za włosy; wybitną aktorkę Halinę Mikołajską zatrzymano pod pretekstem rzekomej kradzieży;

Mirosława Chojeckiego zatrzymano jako podejrzanego o włamanie; dwukrotnie go pobito, raz napadnięto i zaciągnięto na podwórko, gdzie straszono pobiciem, kilkakrotnie dostał groźby śmierci;

groźby śmierci dostali także Kuroń, Mikołajska, Andrzej Balcerek, Bogusław Bek, Mieczysław Godyń i Bronisław Wildstein; esbecy przeprowadzili długotrwałą okupację mieszkania Anny Kowalskiej pod pretekstem handlu walutą, jaki rzekomo miała uprawiać; bliskiego współpracownika Macierewicza, Ludwika Dorna, w dniu 16 września 1976 r. bito po żebrach i duszono w budynku komendy MO; tydzień później unieruchomiono go tam, zdjęto mu buty i skarpety, po czym walono go pałką po bosych piętach; tego samego dnia na tej samej komendzie bito Marka Tomczyka; brutalnie wykręcano ramiona Bogusławie Blajfer i Janowi Józefowi Lipskiemu; w maju 1977 r. pobito Dariusza Kupieckiego i Eugeniusza Kloca; w Łodzi uderzono w twarz Józefa Śreniowskiego; w Radomiu uderzono w twarz Jacka Kuronia; 29 maja 1977 r. czterech funkcjonariuszy bestialsko pobiło na ulicy Andrzeja Zdziarskiego (kantem dłoni w nasadę szyi i podstawę czaszki - zapewne sprawcy trenowali karate), ciągnąc go przy tym za włosy i krzycząc do przechodniów, że ofiara jest gwałcicielem; 8 października 1976 r. esbecy uprowadzili Zdziarskiego do lasu, w odludne miejsce, gdzie straszyli, że go zabiją, a zwłoki wrzucą do Wisły; 30 czerwca 1977 r. milicjanci zabawiali się, zmuszając Jakuba Bułata i Michała Werwąga do stania na baczność; gdy ofiary odmówiły, zostały zabrane do ciężarówki, gdzie katowano je, bijąc pięściami i pałkami, również po twarzy; 9 października 1976 r. sprzed domu porwano Grażynę Kowalczyk; porywacze wywieźli kobietę do ośrodka wypoczynkowego w lesie, gdzie straszyli ją m.in. utratą pracy; Sergiusza Kowalskiego dwóch esbeków próbowało wepchnąć na jezdnię, po której przejeżdżały samochody; grozili mu przy tym, że znajdzie się pod kołami auta.

W księdze pamiątkowej Niepodległość ma jeden kształt... historyczka Justyna Błażejowska pisze, że podczas swej działalności w KOR "Macierewicz był jednym z najbardziej represjonowanych uczestników opozycji"54. Brakuje słów, by skomentować to ewidentnie nieprawdziwe twierdzenie. Błażejowska rozwija je krótkim wyliczeniem: "aresztowany, skazywany przez kolegia do spraw wykroczeń, zatrzymywany". Czy porównała je kiedykolwiek z innym wyliczeniem, tym przedstawionym przez profesora Lipińskiego? Dodajmy, że na stronie 21 tej samej książki historyczka pisze o Macierewiczu: "Marzec '68 zaprowadził go wprost do więzienia". Sprecyzujmy, że Antoni Macierewicz w PRL nigdy nie został skazany na uwięzienie. Bywał zatrzymywany, aresztowany, w 1981 r. był internowany (zresztą w bardzo niejasnych okolicznościach, które omówię w tej książce). Jednak kary więzienia nigdy mu nie wymierzono.

Biografowie Macierewicza próbują tłumaczyć pobłażliwość SB wobec niego "korzystnymi" dla przyszłego ministra obrony zeznaniami Marka Skuzy, działacza ROPCiO55. Skuza był przesłuchiwany przez SB oraz komunistycznego podprokuratora Tadeusza Gonciarza. Podczas jednego z przesłuchań Skuza powiedział: "Działalność KSS KOR uważam za wrogą wobec Narodu Polskiego [...] (Moje rozeznanie celów KSS KOR opiera się na spotkaniach z osobami działającymi w KSS KOR, a zwłaszcza na spotkaniu w mieszkaniu Urszuli Doroszewskiej) [...]. Rozmowa ta toczyła się w gronie kilkunastu osób, byli tam m.in. Kuroń, Michnik, Maciarewicz [sic!], Lipski. Te poglądy, które są mi znane ze spotkań zamkniętych członków KSS KOR, nie są publicznie lansowane. Na zewnątrz przyjmują oni postawę naprawiania obecnego systemu, zdają sobie sprawę, że nie mogliby znaleźć poparcia idei powrotu do systemu kapitalistycznego". Trudno tu doszukiwać się czegokolwiek, co mogłoby nastawić przychylnie SB do Macierewicza. Sytuacja zmienia się przy następnym przesłuchaniu Skuzy, które odbyło się trzy dni później: "Antoni Maciarewicz [sic!] i jego zespół aprobują stosunki panujące w PRL, pod warunkiem dokonania korekty w samym systemie społeczno-politycznym. Wyraża się to w żądaniu wprowadzenia zasady równoprawności w stosunkach politycznych i gospodarczych pomiędzy Polską a ZSRR, bez podważania panujących zasad ustrojowych i istniejących sojuszów"56. Znaczyłoby to, że Macierewicz chciał przyjaźni ze Związkiem Sowieckim, ale na nowych, sprawiedliwszych zasadach.

To skądinąd interesujące, jednak w żaden sposób nie tłumaczy łaskawości SB wobec Antoniego Macierewicza. Bardzo jest wątpliwe, żeby jedno przesłuchanie jednego działacza (i to takiego, który miał z Macierewiczem urywany kontakt, gdyż należał do innej organizacji) mogło zmienić nastawienie esbeków do naszego bohatera. Co więcej, zacytowane przesłuchania Marka Skuzy odbyły się 17 i 20 listopada 1980 r. Tymczasem z pisma profesora Lipińskiego wynika, że Macierewicz był "uprzywilejowany" już w 1977 r. Zatem słowa Skuzy nie mogły spowodować owego uprzywilejowania.

Przy okazji odnotujmy, że w latach 90. John Skuza, Polak z USA, został wspólnikiem Macierewicza w jego firmie Dziedzictwo Polskie. Spółka ta dostawała wówczas pieniądze od Roberta Luśni, byłego konfidenta SB powiązanego z GRU. Następnie głównym wspólnikiem w Dziedzictwie Polskim został Janusz Subczyński, lider polonijnej organizacji POMOST. W latach 80. POMOST współpracował z amerykańskim senatorem Alfonsem D'Amato - późniejszym lobbystą powiązanym z Kremlem i rosyjską mafią57.

Niestety, nie udało mi się ustalić, czy Marka Skuzę z Johnem Skuzą łączy coś więcej niż tylko identyczne nazwisko.

ZWIĄZKOWY SUPERBOHATER

Dostępne w IPN dokumenty SB dotyczące tak zwanej sprawy "Mazowsze" stanowią niezwykłą lekturę dla badacza losów Macierewicza. Można odnieść wrażenie, że Antonich Macierewiczów było dwóch. Jeden to prężny działacz opozycji - radykalny, a zarazem pomysłowy i przemyślny. Drugi Macierewicz popiera komunistów i sojusz PRL ze Związkiem Sowieckim. Przyjrzyjmy się zatem tym dokumentom.

Jak sama nazwa wskazuje, sprawa "Mazowsze" dotyczy Regionu Mazowsze, czyli najpotężniejszej organizacji regionalnej Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych "Solidarność". "Solidarność" zaś to najpotężniejsza organizacja opozycyjna w historii PRL i całego komunistycznego świata. Należą do niej miliony ludzi. Co więcej, w latach 1980-1981 "Solidarność" działa legalnie. Sprzeciwia się to podstawowym zasadom sowieckiego komunizmu. Praktyka Sowietów i ich sojuszników jest taka, że partia komunistyczna musi zgnieść każdą opozycję. Nie może też opozycji legalizować. Zorganizowany sprzeciw wobec partii oznacza zbrodnię, bywa traktowany jak zdrada. Jednak 31 sierpnia 1980 r. polscy komuniści uginają się pod falą robotniczych strajków i podpisują gdańskie porozumienie sierpniowe, które pozwala "Solidarności" istnieć. A 10 listopada 1980 r. jej istnienie legalizuje komunistyczny sąd.

Organizacja narodziła się jako związek zawodowy. Jednak w następnych latach pełniła również inne funkcje. Broniła nie tylko praw pracowniczych i socjalnych, lecz także podstawowych praw człowieka i obywatela. Patrzyła na ręce władzy i piętnowała jej nadużycia. Stała się ruchem społecznym, niemal partią polityczną, wreszcie czymś w rodzaju sejmu, gdyż ścierały się w niej różne opcje. Stanowiła wolną trybunę Polek i Polaków, była oazą swobodnej dyskusji, publikowała prasę niezależną - ale przy tym ściśle współpracowała ze znaczną częścią kleru katolickiego, a w jej szeregach działali agresywni narodowcy i antysemici. Z nimi współpracować chciał Macierewicz.

Zacznijmy jednak od początku.

Gdy tylko władze godzą się na istnienie "Solidarności", Antoni Macierewicz i jego ludzie rzucają się w wir pracy. W jednej z teczek sprawy "Mazowsze" (IPN BU 0999/171/7, s. 426) czytamy, że 4 września 1980 r. najbliżsi współpracownicy Macierewicza - Piotr Naimski i Ludwik Dorn - zjawiają się w Zakładach Mechanicznych "Ursus" (wielka fabryka traktorów w dzielnicy Ursus na zachodnim pograniczu Warszawy). Są tam znani ze względu na swoją pomoc niesioną prześladowanym robotnikom przed czterema laty. Zdaniem esbeków to Naimski, Dorn i katolicki opozycjonista Henryk Wujec inspirują założenie "Solidarności" w "Ursusie". Ursuska "Solidarność" staje się jedną z największych i najradykalniejszych komórek związku na Mazowszu.

Co wówczas robi Antoni Macierewicz? Po raz kolejny wpada na świetny pomysł. W 1976 r. wymyślił, że opozycja powinna prowadzić działalność humanitarno-charytatywną (dzięki temu stał się akuszerem KOR). Teraz zakłada punkt konsultacyjno-informacyjny dla wszystkich mieszkańców Mazowsza, którzy chcą założyć komórkę "Solidarności" w swoim miejscu pracy. Biuro Macierewicza mieści się w Warszawie przy ulicy Bednarskiej 9. W ten sposób Antoni Macierewicz tworzy sobie sieć kontaktów w Warszawie i szeroko pojętych okolicach. Dociera do licznych osób i miejsc, do których inaczej nigdy by nie dotarł. Zdobywa wielką liczbę konkretnych i szczegółowych informacji o sytuacji robotników z całego Mazowsza. Poznaje mazowieckie zakłady pracy i ich najodważniejszych pracowników gotowych współtworzyć opozycyjną organizację. Oni zaś czują wdzięczność: energiczny działacz ze stolicy pomógł im dokonać niemożliwego, założyć niezależny związek zawodowy! Pamiętajmy, że w małych miejscowościach jest to trudniejsze niż w Warszawie. Prowincjonalni komunistyczni dygnitarze mają większe poczucie wszechwładzy, esbecy są bardziej bezczelni, ludność - bardziej zastraszona. Jednak Antoni Macierewicz i jego współpracownicy pomagają, interweniują, doradzają, wysyłają formularze, usuwają prawne (i bezprawne) bariery... Wiele osób musiało uważać Macierewicza za superbohatera. Działacze związkowi "Ursusa" traktowali go tak przez następne 20 lat.

Superbohater Macierewicz odnosi sukces. Mieszkańcy Mazowsza tworzą lokalne organizacje związku wszędzie, gdzie tylko się da. Podczas I Krajowego Zjazdu "Solidarności" na przełomie września i października 1981 r. region reprezentowany jest przez 90 delegatów. Jeden delegat przypada na 10 tys. członków58. Zatem przez rok niemal milion ludzi przystąpiło do mazowieckiej "Solidarności". To daje średnio 75 tys. osób miesięcznie. W pierwszych miesiącach pełnych entuzjazmu - zapewne więcej.

Jednak taki wzlot oznacza rychłe zderzenie się z niebem. Załoga Macierewicza z Bednarskiej musi wiedzieć, że prędzej czy później - raczej prędzej - osiągnie "pułap rekrutacji członków". Co będzie, gdy wszyscy Mazowszanie, którzy chcą i mogą się zapisać do "Solidarności", już się zapiszą? Co będzie robić Antoni Macierewicz, gdy dotrze do granic możliwej ekspansji na Mazowszu? Lokalne organizacje wciąż będą potrzebowały porad. Punkt konsultacyjny Macierewicza nadal będzie potrzebny. Ale przestanie odgrywać kluczową rolę i odnosić spektakularne sukcesy. Antoni Macierewicz straci na ważności, co osłabi go w ciągłej konfrontacji z Kuroniem i Michnikiem. A rwący potok nowych informacji przeobrazi się w wątły strumyczek.

THINK TANK WOBEC CZOŁGÓW

Jednak Antoni Macierewicz od razu ma w zanadrzu następny z serii świetnych pomysłów. Razem ze swoimi współpracownikami przekształca punkt konsultacyjny w Ośrodek Badań Społecznych (OBS) Regionu Mazowsze NSZZ "Solidarność". Ośrodek ten rozsyła ankiety, nieraz niezwykle szczegółowe, do komórek związku rozsianych po całym Mazowszu. W ten sposób Macierewicz pozyskuje kolejne kontakty. Przede wszystkim zaś informacje, morze informacji. To daje mu siłę w "Solidarności". Albowiem kierownictwo Regionu Mazowsze i całej "Solidarności" stoi na rozdrożu. Związek odniósł ogromny sukces rekrutacyjny również w innych regionach. Mówi się, że w całej Polsce ma 10 mln członków. Liczbę tę później kwestionowano. Jednak w pierwszej z teczek sprawy "Mazowsze" znajdują się esbeckie szacunki dotyczące liczebności związkowców ogólnopolskiej "Solidarności". Wynika z nich, że należało do niej około 9,9 mln pracowników. Nawet gdyby uznać, że szacunek jest podwójnie zawyżony za sprawą chociażby tzw. martwych członkostw (osób, które zapisały się do związku, ale potem w nim nie działały), to wciąż zostaje prawie 5 mln ludzi. Zatem znacznie więcej niż liczyła sobie wtedy komunistyczna PZPR (co najwyżej 3,150 mln członków). Dodajmy, że wielu członków tej partii sprzyja "Solidarności", niektórzy z niej występują, inni próbują ją demokratyzować. Tworzą w niej tak zwane "struktury poziome". W ich ramach poszczególne komórki partyjne koordynowały działania między sobą bez zgody kierownictwa PZPR. "Struktury poziome" często sympatyzowały z "Solidarnością".

Wobec tego "Solidarność" powinna przejąć władzę, tym bardziej że coraz gorsza sytuacja gospodarcza skrajnie kompromituje rządzących komunistów. Ale to nie takie proste. Oto główne przeszkody:

przejęcie władzy przez "Solidarność" grozi interwencją zbrojną Związku Sowieckiego (Kreml przecież nie zgodzi się na to, żeby w komunistycznym kraju rządziła antykomunistyczna organizacja); nawet jeśli Kreml nie zainterweniuje zbrojnie, może odciąć dostawy paliw, przez co PRL-owski kryzys gospodarczy przeobrazi się w katastrofę humanitarną; sytuacja ekonomiczna pogarsza się nawet bez "pomocy" Kremla, zatem po przejęciu władzy frustracja obywateli szybko może się skierować przeciw nowym rządzącym z "Solidarności".

Co zatem robić? Mało kto chce ryzykować Polską. Mało kto chciałby ją wystawiać na najazd sowieckich czołgów (albo na mroźną zimę bez gazu, prądu i ciepłej wody w kaloryferach). Może trzeba dogadać się z Sowietami ponad głowami polskich komunistów? Jednak ambasada sowiecka w Warszawie względem "Solidarności" jest nieprzejednana. Uważa, że polscy komuniści powinni zlikwidować niezależny związek.

W styczniu 1981 r. delegacja "Solidarności" leci do Rzymu, aby spotkać się z papieżem Janem Pawłem II. Wśród jej członków jest katolicki ekonomista i socjolog Romuald Kukołowicz, znajomy Antoniego Macierewicza z władz Regionu Mazowsze. Podczas wizyty w Rzymie Kukołowicz zgłasza się do tamtejszej ambasady ZSRR. Pragnie nawiązać kontakt z sowiecką dyplomacją i służbami. Liczy na to, że rzymscy przedstawiciele Sowietów będą mniej zajadli wobec "Solidarności" niż ci warszawscy. Kukołowicz jednak - o ile wiemy - zostaje odesłany do ambasady sowieckiej w Warszawie. Tylko ona jest kompetentna w sprawach polskich, mówią Sowieci w Rzymie. Najwyraźniej nie chcą żadnych paktów z "Solidarnością". Rzymskie doświadczenie Kukołowicza w następnych miesiącach potwierdza się w całej rozciągłości. Widać to po tym, jak Sowieci traktują władze PRL.

Pierwszym sekretarzem partii komunistycznej jest Stanisław Kania. Jednak faktyczną władzę sprawuje generał Jaruzelski, który od lutego 1981 r. pełni funkcję premiera. W lipcu tego samego roku ministrem spraw wewnętrznych zostaje jego przyboczny Czesław Kiszczak. Obaj towarzysze mają za sobą długą historię współpracy w armii PRL i jej służbach specjalnych. Wielu znawców epoki uważa, że Kiszczak wręcz rządził Jaruzelskim. Jednak Andrzej Gdula (wiceminister spraw wewnętrznych w latach 1984-1986) powiedział mi, że nie do końca tak było. Jaruzelski opierał się na Kiszczaku, ale nie zawsze i nie do końca mu ufał, czasem sprawdzał jego poczynania. Tak czy inaczej tandem Jaruzelski-Kiszczak rządzi Polską od drugiej połowy 1980 r. Gdy w październiku 1981 r. Jaruzelski zasiądzie na najwyższym tronie - czyli na stołku pierwszego sekretarza PZPR - jego wszechwładza wydaje się zupełna. Jednak przez cały czas jest pod presją. Po objęciu władzy przez Jaruzelskiego Sowieci domagają się od niego zmiażdżenia wszelkiej opozycji. Nie ograniczają się do poufnych gabinetowych rozmów. Również publicznie wzywają do "aktywnego przeciwdziałania wzrostowi antysowietyzmu" w Polsce.

W tej sytuacji krajowi, mazowieccy i warszawscy liderzy "Solidarności" nie wiedzą, co wybrać i w którą stronę zmierzać. Przerzucają się mglistymi koncepcjami. Tymczasem konkretna wiedza jest bezcenna. Co myślą robotnicy, pracownicy, członkowie związku? Czego chcą? Jak się czują? Jak długo jeszcze będą popierać związkowych liderów? Czy są gotowi bronić się przed akcją zbrojną ze strony polskich komunistów lub Sowietów? Jak w praktyce wyglądają komórki związkowe w fabrykach? Jakie jest zaangażowanie członków? Czy pracownicy są gotowi do strajku? Czy wierzą komunistycznej propagandzie, która obwinia "Solidarność" i jej strajki o pogłębianie trudności gospodarczych? Których zakładów ewentualnie dałoby się bronić, gdyby doszło do walki?

Osobą, która posiada takie informacje, jest Antoni Macierewicz - szef Ośrodka Badań Społecznych Regionu Mazowsze.

Z esbeckich dokumentów zgromadzonych w teczce "Mazowsze" wyłania się obraz Macierewicza jako osoby bardzo wpływowej. Esbecy nie znają pojęcia think tanku, ale opisuję OBS właśnie jako zaplecze eksperckie, i to bardzo sprawne. Jego szef ma duży, choć nieoczywisty wpływ na kierownictwo mazowieckiej i stołecznej "Solidarności". Liderzy związku zamawiają ekspertyzy w OBS. Macierewicz i jego ludzie te ekspertyzy piszą. Zawierają w nich swoje sugestie. A liderzy się do nich stosują, gdyż nie traktują ich jako sugestii Macierewicza, lecz jako wynik bezstronnej analizy opartej na "twardych" danych statystycznych. W jakiejś mierze mają rację. OBS pilnie zbiera takie dane. Sugestie Macierewicza mogą być stronnicze, ale nie brakuje im pokrycia w faktach.

WAŻNY CZŁOWIEK Z MAZOWSZA

Esbecy od samego początku istnienia "Solidarności" odnotowują, że Antoni Macierewicz odgrywa w niej istotną rolę. Już 18 października 1980 r. porucznik SB Remigiusz Reszczyński pisze: "Analizę SOR [Sprawy Operacyjnego Rozpracowania] kryptonim "Mazowsze" nr. ew. 30315"59. Czytamy w niej: "W większości przypadków poszczególne organizacje NSZZ powstały w wyniku inspiracji i wydatnej pomocy ze strony działaczy KSS KOR i ROPCziO [pisownia oryginalna - przyp. red.] tj. Antoniego Macierewicza, Piotra Naimskiego, Macieja Dybowskiego, Andrzeja Czumy, Ludwika Dorna, Henryka Wujca, Janusza Onyszkiewicza [...]. Z materiałów uzyskanych z techniki operacyjnej [podsłuchy] oraz z Wydz. III-2 KSMO [Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej] wynika, że Antoni Macierewicz w swojej działalności dąży do maksymalnego uniezależnienia się od aktualnych przywódców KOR. Wspólnie z P. Naimskim, L. Dornem wyłamuje się spod doktryny J. Kuronia i A. Michnika. Współpracując z A. Wojciechowskim i A. Czumą, przechwycił kierownictwo w NSZZ "Solidarność" region Mazowsze. Wspólnie z A. Czumą i P. Naimskim prowadzi dyskusje z przedstawicielami NSZZ z terenu Wrocławia i Szczecina. Z inicjatywy A. Macierewicza ukazał się informator "Niezależność" oraz dąży się do stworzenia własnej bazy poligraficznej. Ponadto A. Macierewicz planuje w przyszłości z ramienia NSZZ wspólnie z KSS KOR wysunąć żądania i rozpocząć kampanię propagandową zmierzającą do zmiany ordynacji wyborczej do Rad Narodowych [...], na ul. Bednarskiej działa sztab, z którego wychodzą dyrektywy i plany działania Związku. Ekipa sztabu nieoficjalnie wchodzi w skład Tymczasowego Zarządu Mazowsza, lecz bez podawania ich nazwisk w oficjalnych komunikatach. W każdy wtorek i piątek (w różnych lokalach) odbywają się wspólne zebrania Tymczasowego Zarządu i ekipy z ul. Bednarskiej. NSZZ "Solidarność" region Mazowsze wydało drukiem legitymacje członkowskie "Solidarność". Jako wystawca legitymacji figuruje A. Macierewicz, który podpisuje je jako kierownik Związku [...]. W skład sztabu wchodzą: Antoni Macierewicz - faktyczny przywódca i kierownik NSZZ "Solidarność" Region Mazowsze. Od niego wypływają wszystkie pomysły i on akceptuje lub odrzuca pomysły innych. Akceptuje wszystkie publikacje, które mają się ukazać oficjalnie. Inne oficjalne pisma do władz za niego podpisuje Bujak [Zbigniew Bujak, przywódca robotników z Ursusa i Regionu "Mazowsze", późniejszy bohater podziemnej "Solidarności"], ale wyłącznie na polecenie Macierewicza. On też nadzoruje sprawy finansowe, którymi kieruje Piotr Naimski. Piotr Naimski - drugi przywódca po Macierewiczu. Skarbnik związku. [...] Ludwik Dorn - kierownik komórki socjologicznej. Na podstawie jego badań będą opracowane kierunki działań propagandowych na członków związku. [...] Tymczasowy Zarząd jest jedynie oficjalnym reprezentantem Związku wobec władz administracyjno-politycznych. Faktyczne kierownictwo NSZZ "S" - region Mazowsze sprawują działacze grup antysocjalistycznych w osobach - A. Macierewicz, P. Naimski i L. Dorn. [...] Zastosować PP [podsłuch pokojowy - przyp. aut] na adres Bednarska 9".

Oczywiście analizę porucznika Reszczyńskiego należy czytać rozważnie. Trzeba wiedzieć, że był on kimś w rodzaju esbeckiego specjalisty od Macierewicza. Im ważniejszy stawał się Macierewicz w "Solidarności", tym cenniejszy stawał się Reszczyński w SB. Zatem esbek mógł rozdmuchiwać dokonania swego "figuranta" (przypomnę: tym słowem SB określało osoby, które "rozpracowywało", czyli obserwowało, tropiło i próbowało zastraszyć, zmanipulować lub osłabić). Trzeba też pamiętać, że porucznik bezpieki opisuje niecałe dwa pierwsze miesiące istnienia Regionu Mazowsze. Panował wówczas radosny i zarazem niespokojny chaos. W tej atmosferze energiczny Macierewicz mógł uzyskać decydujący wpływ na działania niektórych liderów. Jednak według wszystkich dostępnych mi źródeł w następnych miesiącach Zbigniew Bujak nie słuchał Macierewicza. Wypadałoby zatem podzielić przez dwa dokonania Antoniego Macierewicza opiewane przez Remigiusza Reszczyńskiego. Nawet jednak po takiej redukcji pozostaje nam imponujący obraz Macierewicza jako człowieka energicznego, który nie boi się sięgać po władzę.

Miesiąc później, 18 listopada 1980 r., Służba Bezpieczeństwa tworzy "Plan przedsięwzięć operacyjnych w zakresie ochrony operacyjnej NSZZ "Solidarność" przed działalnością grup antysocjalistycznych". W dokumencie tym czytamy, że Region Mazowsze został utworzony m.in. przez Naimskiego, a następnie "włączyli się dalsi działacze grup antysocjalistycznych z Antonim Macierewiczem na czele, którzy aktualnie stanowią nieoficjalny sztab kierujący praktycznie działalnością Tymczasowego Zarządu NSZZ "Solidarność" - region Mazowsze"60.

Esbecy rozrysowują sobie schemat organizacyjny władz Regionu Mazowsze, tworząc dokładną mapę powiązań i zależności służbowych. Na tej mapie poczesne miejsce zajmuje duże kółko, w którym znajduje się napis "OBS Macierewicz A.". Do kółka tego doczepiono kilka innych kółek, w których czytamy kolejno: "Doroszewska" (chodzi o wspomnianą już wieloletnią współpracownicę Macierewicza, Urszulę Doroszewską), "Dorn", "Czuma", "Naimski", "Blumsztajn". Ostatnie kółko, co ciekawe, jest puste. Czyżby kogoś chciano tam wpisać, jednak w końcu tego zaniechano? Tak czy inaczej kółko "OBS Macierewicz A." bezpośrednio podczepione jest pod jedno z największych i najważniejszych kółek o treści: "Ścisłe PREZYDIUM REGIONU NSZZ "SOLIDARNOŚĆ" MAZOWSZA / Bujak, Wujec". Zatem Macierewicz znalazł się blisko władz Regionu Mazowsze, bo w odpowiednich momentach miał odpowiednie pomysły. Jak wszystkie te pomysły Macierewicza - utworzenie OBS, a wcześniej punktu konsultacyjnego, jeszcze wcześniej wymyślenie opozycyjno-humanitarnej formuły działania KOR - mają się do tego, co powiedział Blumsztajn? Powtórzmy jego słowa: "Uważałem, że on nic nie wymyśla, że bieży z rozmówcą - żeby być inteligentnym, musi mieć przy sobie kogoś inteligentnego".

Cóż, być może Naimski i Dorn byli świetnymi doradcami. Pamiętajmy jednak, że Macierewicz czerpał natchnienie z różnych źródeł. Nawet od Tupamaros.

GDY SOWIECI TUPALI NAD GRANICĄ

Jak już wiemy, liderów "Solidarności" dręczyły liczne pytania. Wśród nich dwa najważniejsze brzmiały: "Sięgać po władzę czy nie sięgać?" oraz "Wejdą, czy nie wejdą?". To drugie dotyczyło oczywiście Sowietów.

Spory na temat drugiego pytania trwają do dziś: planowali wejść zbrojnie do Polski czy też nie? 10 grudnia 1981 r. w Moskwie zebrało się Biuro Polityczne Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (KPZR), czyli najwyższe i najwęższe gremium absolutnych władców ZSRR. Dysponujemy roboczym zapisem tego posiedzenia. Rzetelność tego zapisu bywała niekiedy kwestionowana, jednak historycy traktują go jako tekst źródłowy. Uczestnicy posiedzenia mówią wyraźnie: żadnej zbrojnej interwencji w Polsce nie będzie. "Nie zamierzamy wprowadzać wojsk do Polski" - mówi Jurij Andropow, szef KGB. "Żadnego wprowadzenia wojsk do Polski być nie może" - mówi minister spraw zagranicznych Andriej Gromyko. "W żadnym wypadku nie może być mowy o wprowadzaniu wojsk" - mówi z kolei główny stróż czystości ideologicznej Michaił Susłow. Pamiętajmy jednak, że towarzysze mówią to w zaufaniu, w zamkniętym gronie. Kierownictwo PRL i PZPR dostaje od nich zupełnie inaczej brzmiące komunikaty. Sowieci nie grożą wprost interwencją zbrojną. Sugerują jednak, że może do niej dojść. Domagają się natychmiastowej rozprawy z "Solidarnością", przyjmują ton coraz bardziej lodowaty, a także rozpoczynają manewry wojskowe przy polskiej granicy... Najwyraźniej im mniej chcieli do Polski wejść, tym bardziej straszyli interwencją. Groźby miały zmobilizować kierownictwo PRL do drastycznego rozprawienia się z opozycją własnymi siłami. Na to ostatnie Sowieci liczyli najbardziej. Nie przeliczyli się zresztą: generał Jaruzelski w końcu to właśnie zrobił, gdy 13 grudnia 1981 r. wprowadził stan wojenny.

W archiwach IPN znajduje się teczka pt. "Informacje do MON [Ministerstwa Obrony Narodowej] stanu wojennego" (IPN BU 00291/27). W teczce tej, na stronie 461 znajduje się notatka z 31 stycznia 1982 r. zaadresowana do szefostwa WSW [Wojskowa Służba Wewnętrzna, kontrwywiad armii PRL]. Stanowi ona tłumaczenie dokumentu amerykańskiego Departamentu Stanu zatytułowanego: "KRONIKA PUBLIKACJI RADZIECKICH I RADZIECKIEGO ZAANGAŻOWANIA W ZWIĄZKU Z POLSKIM KRYZYSEM W OKRESIE LIPIEC 1980 R. - LISTOPAD 1981 R.". Amerykanie, jak to Amerykanie, podsumowali sowieckie naciski na PRL w sposób krótki i skondensowany. Pośpiesznie przetłumaczony przez komunistów dokument tak przedstawia sierpień 1981 r.:

"13.08. ZSRR ogłasza, że w dn. 4-12.09 przeprowadzone zostaną wielkie lądowe i morskie manewry [wojskowe] w zachodnich okręgach RSFRR [rosyjska część Związku Sowieckiego, włącznie z obwodem kaliningradzkim, który graniczy z Polską]. 14-15.08. Polscy przywódcy Kania [Stanisław Kania, pierwszy sekretarz PZPR] i Jaruzelski lecą na Krym na krótką roboczą wizytę z Breżniewem [Leonid Breżniew, najwyższy przywódca Sowietów, pierwszy sekretarz KPZR] i innymi przywódcami ZSRR.

4-12.08. Na terenie RSFRR trwają manewry "Zachód 81".

10.08. PAP [Polska Agencja Prasowa] podaje, że Kania przyjął radzieckiego ambasadora, który, jak się spekuluje, przedstawił Kani list ostrzegawczy z Kremla [...]

17.08. W nawiązaniu do informacji, że ambasador Aristow [Boris Aristow, ambasador ZSRR w PRL] został przyjęty przez Kanię i Jaruzelskiego, PAP ujawnia, że radzieckie kierownictwo przypomina w liście, że "wzrost antysowietyzmu w Polsce osiągnął niebezpieczne rozmiary" i wzywa do aktywnego przeciwdziałania temu zjawisku.

22.08. Radziecki gen. Gribkow, szef sztabu Zjednoczonych Sił Układu Warszawskiego [komunistycznego paktu militarnego skierowanego przeciwko NATO i podległego Sowietom, do którego należała PRL]. spotkał się z gen. Jaruzelskim w sprawie ćwiczeń i gotowości bojowej wydzielonych (polskich oddziałów) do dyspozycji Zjednoczonego Dowództwa UW [Układu Warszawskiego]. [...]

23.08. W przededniu drugiej części zjazdu "Solidarności" TASS [sowiecka agencja informacyjna, najważniejsza tuba Kremla] krytykuje polskie kierownictwo, że nie podejmuje żadnych przedsięwzięć przeciwko kierownictwu związku oraz zatrzymaniu - o czym się mówi - przygotowań do przejęcia władzy siłą [przez "Solidarność"]".

Co w tej sytuacji proponuje kierownictwu "Solidarności" i Regionu Mazowsze jego przebojowy doradca Antoni Macierewicz? Coś zupełnie nieoczekiwanego.

MACIEREWICZ Z TOWARZYSZEM RAKOWSKIM

W aktach sprawy "Mazowsze" znajduje się protokół obrad zarządu Regionu Mazowsze z dnia 21 sierpnia 1981 r. Co w tym protokole znajdujemy? Otóż Macierewicz zdecydowanie krytykuje kolegów, którzy chcą przejąć władzę. Jego zdaniem "Solidarność" na razie nie powinna myśleć o władzy, tylko tworzyć program gospodarczy dla Polski. Zaraz potem Antoni Macierewicz oznajmia, że jego Ośrodek Badań Społecznych stworzył taki program we współpracy z... komunistą Mieczysławem Rakowskim [ówczesnym członkiem Komitetu Centralnego PZPR, wicepremierem w rządzie Jaruzelskiego, przewodniczącym rządowej komisji do spraw dialogu ze związkami zawodowymi]. Tu trzeba wspomnieć, że Rakowski był komunistą wybitnie inteligentnym i względnie liberalnym - ale wciąż komunistą! Mimo to ludzie Macierewicza razem z Rakowskim tworzą program dla Polski, a Macierewicz go lansuje. I czyni to agresywnie. Gdy koledzy z "Solidarności" okazują zrozumiały brak zainteresowania programem współautorstwa Mieczysława Rakowskiego, Macierewicz ich atakuje. W protokole czytamy: "A. Macierewicz stwierdził, że nie jest usatysfakcjonowany dyskusją, gdyż tok jej skupia się na problemach władzy i jej zdobycia. Na dziś problemem nie jest stwarzanie nowych instytucji lub zdobywanie władzy, lecz zapewnienie codziennego bytu ludzi, czym Związek ["Solidarność"] do tej pory zupełnie się nie zajmował. Jest to więc problem polityki gospodarczej, a nie reformy gospodarczej. Konieczne jest przyjęcie programu prowadzenia polityki gospodarczej, i to już. Taki program na zlecenie OBS opracował S. Kurowski [katolicki ekonomista i opozycjonista, doradca "Solidarności"] we współpracy z M. Rakowskim"61.

Po tej wypowiedzi na Macierewicza spada krytyka. Wtedy zaczyna się tłumaczyć. Twierdzi, jakoby też był zwolennikiem przejęcia władzy przez "Solidarność", tyle że w bliżej nieokreślonej przyszłości. Przede wszystkim, nadal usilnie lansuje program gospodarczy swego ośrodka. Teraz jednak już nie wspomina o Rakowskim, mówi tylko o Kurowskim: "A. Macierewicz podkreślił, że zaszło nieporozumienie. Zdaje sobie sprawę, że w pewnym momencie dojdzie do tego, że nasz program gospodarczy trzeba będzie narzucić władzom i wtedy pojawi się problem władzy. Ale naprzód jest konieczne opracowanie programu gospodarczego. Taki program opracował S. Kurowski i jest kompromitacją, że Związek nie podejmuje na ten temat dyskusji"62.

Krytycznie występuje m.in. Henryk Wujec, który najwyraźniej nie rozumie, dlaczego Antoni Macierewicz wmusza przywódcom "Solidarności" program gospodarczy stworzony przy udziale komunisty: "Podejmując polemikę z A. Macierewiczem, H. Wujec podkreślił, że rozdał obecnym program opracowany przez M. Rakowskiego, takich programów jest w Związku wiele"63. Wujec dodaje jeszcze, że problem leży w samej możliwości realizowania tych lub innych programów "i tu pojawia się problem władzy"64.

Zwróćmy uwagę na chronologię. 22 sierpnia 1981 r. sowiecki generał Anatolij Gribkow grozi Jaruzelskiemu oddaniem części PRL-owskich wojsk pod "sojuszniczą" (czytaj: sowiecką) komendę. 23 sierpnia sowiecka agencja TASS straszy polskich komunistów "Solidarnością", która rzekomo przygotowuje się do przejęcia władzy siłą. W tym samym czasie - a nawet chwilę wcześniej, bo 21 sierpnia - Macierewicz występuje podczas obrad zarządu jednej z najważniejszych kierowniczych komórek "Solidarności". Głośno woła, że nie ma mowy o żadnym przejmowaniu władzy. Próbuje zmusić uczestników posiedzenia, aby zamiast myśleć o władzy, konstruktywnie ratowali polską gospodarkę razem z komunistą Rakowskim.

Komu to mogło być na rękę?

Na pewno nie kierownictwu "Solidarności" i Regionu Mazowsze, które nie uprawiało kapitulanctwa. Wystąpienie Antoniego Macierewicza - gdyby udało mu się przekonać do swoich racji Region Mazowsze - byłoby natomiast korzystne dla kierownictwa PRL i PZPR. Polscy komuniści przecież wzywali "Solidarność" do rozwagi, powściągnięcia ambicji i wspólnego rozwiązywania problemów gospodarczych. Słowa Macierewicza idealnie wpisują się w ówczesną propagandę rządu PRL. Co do sowieckich komunistów, to ewentualne zwycięstwo Antoniego Macierewicza w Regionie Mazowsze zapewne przyjęliby z niechęcią. Sowieci chcieli, żeby "Solidarność" zachowywała się agresywnie. W ten sposób odstraszyłaby od siebie spokojniejszych obywateli i zmusiłaby polskich komunistów, aby ją zlikwidowali. Jednak przy ówczesnych nastrojach nikt nie mógł liczyć, że Macierewicz porwie za sobą "Solidarność", gdy wezwie do konstruktywnej współpracy z Rakowskim. Nawet polscy komuniści, nawet Rakowski, nawet sam Macierewicz nie mogli się tak łudzić. Wystąpienie Macierewicza miałoby sens, gdyby dążyło do rozbicia "Solidarności". Gdyby jego celem było stworzenie frakcji "konstruktywnie lękliwej", która osłabiłaby wspólny solidarnościowy front przeciw komunistom.

Nie można wykluczyć takiej interpretacji - również dlatego, że Macierewicz miał spore osiągnięcia w rozbijaniu organizacji, zarówno przedtem, jak i potem.

Zatem jego wystąpienie mogło być korzystne dla wszystkich komunistów, zarówno polskich, jak i sowieckich. Nie tylko dla tych, którzy chcieli ugłaskać "Solidarność". Przede wszystkim dla tych, którzy chcieli ją osłabić.

MACIEREWICZ Z GENERAŁEM GRIBKOWEM?

Bez wątpienia takim osłabieniem najbardziej interesowała się sowiecka armia i jej służby. Sowieci nie chcieli zbrojnie interweniować w Polsce, ale najbardziej nie chciało tego sowieckie wojsko. Jego kierownictwo mogło się obawiać, że jeśli "Solidarność" okaże się zbyt silna, to wprowadzenie stanu wojennego przez Jaruzelskiego zaowocuje prawdziwą wojną domową. Wtedy mimo całej niechęci Kremla do interwencji, mógłby on posłać swoich żołnierzy, aby opanowali sytuację. Nazwano by to wówczas interwencją pokojową, nie zbrojną. Jednak i tak byłaby to katastrofa dla wizerunku i morale sowieckich żołnierzy zmuszonych walczyć z ludnością cywilną. Tym bardziej że armia ZSRR dopiero co dźwigała brzemię jednej brudnej wojny - w Afganistanie. W wojnie tej sowiecki gigant militarny na skutek swego niedowładu zaliczał kompromitujące wpadki. Groziłyby mu one zatem i w Polsce, gdzie dochodziłoby do nich na oczach całej Europy (w odległym od niej Afganistanie wpadki były mniej widoczne).

Jak zatem rozumieć pogróżki generała Gribkowa, który zdaje się mówić Jaruzelskiemu: "rozwal tę "Solidarność", bo jak ona zacznie zabierać ci władzę, to ja zabiorę ci żołnierzy". Czy generał ostrzega generała przed swoimi posunięciami? Czy raczej straszy po to, żeby nie trzeba było ich zastosować? Chyba to drugie. Zazwyczaj celem groźby nie jest jej urzeczywistnienie, tylko zastraszenie przeciwnika. Tym bardziej daje do myślenia zbieżność między sowieckimi naciskami militarnymi a "konstruktywnym" wystąpieniem Antoniego Macierewicza. W tym samym czasie Gribkow pcha Jaruzelskiego do rozbicia "Solidarności", Macierewicz zaś sieje w niej zwątpienie co do sensu walki o władzę. Do namysłu nad tą koincydencją skłaniają również inne dokumenty i świadectwa. Między innymi wywiad, którego Antoni Macierewicz udzielił wcześniej biuletynowi "Inprecor", wydawanemu na Zachodzie przez międzynarodówkę... trockistów. Czyżby w głębi duszy wciąż pozostawał lewakiem? Niekoniecznie. Zachodni trockiści bardzo się angażowali w pomoc dla "Solidarności", dlatego nawet jej prawe skrzydło traktowało ich przyjaźnie.

Co Macierewicz mówi w tym wywiadzie? Otóż znowu występuje jako gołąb, nie jastrząb: "Robotnicy czują się teraz mocni w swych fabrykach. Nie zawsze widzą oni ewentualne skutki swego działania. Działają oni bardziej radykalnie niż ich przywódcy, którzy są bardziej w stanie ocenić niebezpieczeństwo grożące ruchowi w przypadku poważniejszego konfliktu [...]. Jest jeszcze za wcześnie na tworzenie partii politycznych [...]. Chcemy radykalnie zmienić sytuację, co może tylko oznaczać obalenie aktualnej władzy. Nie wolno nam jednak iść za daleko, jeżeli chcemy odnieść sukces. W takim sensie jestem ewolucjonistą, nie rewolucjonistą"65. Ostatnie trzy zdania to jednak wyraźna sprzeczność. Uwaga, władzo, obalimy cię, ale powolutku (i jak widać, z uprzednim ostrzeżeniem).

Najciekawsze jest jednak to, co Antoni Macierewicz ma do powiedzenia o Związku Sowieckim: "Osobiście sądzę - ale to są tylko wyłącznie [sic!] moje spekulacje - że nie będzie interwencji militarnej tak długo, jak długo pozostaniemy w Pakcie Warszawskim [Układzie Warszawskim - przyp. red.]". Macierewicz mówi: moją "ewolucyjną" metodą powoli zmienimy w Polsce wszystko oprócz przynależności do Układu Warszawskiego, bo to byłoby zbyt niebezpieczne. Zatem optuje za pozostaniem Polski w sojuszu wojskowym z Sowietami nawet po obaleniu komunizmu. Proponuje kompromis nieakceptowalny dla komunistów z Kremla, jednak odrobinę mniej nieakceptowalny dla dowództwa sowieckiej armii (szczególnie, gdy nie chce ono wojny). Ktoś mógłby powiedzieć, że słowa Macierewicza stanowiły tylko kamuflaż, pod którym kryły się bardziej patriotyczne intencje. Wielu opozycjonistów nie chciało wówczas głośno mówić o ewentualnym wyjściu Polski z Układu Warszawskiego. Uważali to za odległy cel, do którego można powoli dążyć - a zarazem za temat, którego lepiej nie poruszać publicznie, żeby nie doprowadzić Sowietów do szału. Jednak Macierewicz w latach 1980-1981 również poufnie, w wąskim opozycyjnym gronie podkreślał, że Polska musi pozostać w sowieckiej wojskowej strefie wpływów. Świadczą o tym zeznania Marka Skuzy. Jego świadectwo w połączeniu z wywiadem Macierewicza dla biuletynu "Inprecor" daje jasny obraz postawy głównego bohatera tej książki. Publicznie i prywatnie Macierewicz optował za sojuszem Polski z ZSRR.

JASTRZĄB I "RYWAL"

To wcielenie Macierewicza, o którym właśnie czytaliśmy, gołąb, nijak nie pasuje do innych dokumentów i świadectw, w których Antoni Macierewicz jawi się jako jastrząb "Solidarności" - radykalny, nieprzejednany i skrajnie niebezpieczny (przynajmniej dla komunistów).

Głos zabierze teraz Tadeusz Kensy - wieloletni działacz opozycji antykomunistycznej. Zaczynał w 1977 r. w Studenckim Komitecie Solidarności (powstałym po tajemniczej śmierci studenta Stanisława Pyjasa, najprawdopodobniej zamordowanego przez SB). W latach 1980-1981 Kensy działał w rolniczej i robotniczej "Solidarności", gdzie wszedł do jej najwyższych władz (Komisji Krajowej). Był wówczas jednym z oponentów Lecha Wałęsy (popierał jego radykalnego konkurenta Andrzeja Gwiazdę). Po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany. W ośrodkach internowania przebywał razem z Macierewiczem, którego znał już wcześniej z "Solidarności". Konsekwentnie odmawiał rozmów z esbekami, którzy próbowali go przesłuchiwać. Gdy wyszedł na wolność, wyrzucono go z pracy i mieszkania. W 1985 r. współpracował z rzeszowskimi bernardynami. Po upadku komunizmu wspierał spółdzielczość, organizował pomoc dla polskiej wsi i zdobywał dla niej zagraniczne fundusze rozwojowe. W 2007 r. wstąpił do PiS. Z wykształcenia jest prawnikiem.

Dotarłem do nieopublikowanego listu, który Tadeusz Kensy w listopadzie 2017 r. wysłał do redakcji "Biuletynu IPN". List dotyczy licznych niejasności w życiorysie Macierewicza. Między innymi Kensy opisuje jego "jastrzębie" poczynania: "Jak pamiętam, Antoni Macierewicz w czasie pierwszej "Solidarności" formułował często poglądy radykalne [...], choć jego głównym celem było zbudowanie alternatywy wobec wpływów Kuronia i Michnika. Próbował blokować możliwość szukania kompromisu z władzami. Jeszcze w listopadzie 1980 r. podpowiadał zrewoltowanym związkowcom z "Ursusa" postulaty bezwzględnego rozliczenia osób z kręgu władzy winnych zbrodniczym zdarzeniom z roku 1970, a także z roku 1976 - co stało się w końcu także jednym z żądań Uchwały Programowej I Zjazdu [Solidarności - przyp. red.]". List Tadeusza Kensego stanowi niezwykle interesujący dokument. Jego autor również widzi dysonans między "jastrzębimi" a "gołębimi" działaniami Macierewicza w latach 80. Jednak Kensy odnosi się głównie do późniejszych zdarzeń z okresu stanu wojennego. Dlatego do relacji tego działacza wrócę w dalszej części książki.

Równie interesującym dokumentem jest meldunek operacyjny esbeckiego pułkownika Jerzego Okraja z grudnia 1981 r. Wynika z niego, że Antoni Macierewicz założył sobie w "Solidarności" swoją własną Służbę Bezpieczeństwa. Swoją własną i katolicką - jeśli Okraj słusznie podaje, że maczał w tym palce pewien duchowny. Cytuję: "Wydział III "A" Komendy Stołecznej MO uzyskał w br. szereg informacji wskazujących na istnienie przy Zarządzie NSZZ "Solidarność" - Reg. Mazowsze związkowej służby bezpieczeństwa.

TW [tajny współpracownik, konfident SB - przyp. red.] "Organizator" przekazał kilkakrotnie informacje o istnieniu "służby bezpieczeństwa" jako nieformalnej agendy Zarządu Regionalnego, utworzonej przez ks. Orszulika [Alojzy Orszulik, ówczesny członek sekretarz Komisji Wspólnej Przedstawicieli Episkopatu i Rządu PRL, później biskup - przyp. red.], a kierowanej przez A. Macierewicza.

Komórka ta miałaby się zajmować:

kontrolą i sprawdzaniem pracowników Zarządu; zabezpieczaniem ich przed inwigilacją ze strony SB; ustalaniem pracowników resortu spraw wewnętrznych [esbeków i milicjantów] rozpracowujących NSZZ "Solidarność" i grupy antysocjalistyczne.

Współpracownikiem "sb" miałby być Ireneusz K. - działacz związkowy w PKS, który udziela i organizuje instruktaże nt. zabezpieczenia przed inwigilacją SB. Innymi współpracownikami mieliby być C.H. i W.K.

Z informacji źródłowych wynika, że siedziba Zarządu Regionu, a także wszelkie imprezy związkowe ochraniane są przez grupę stale tych samych osób, które prowadzą obserwacje i wykonują dokumentację fotograficzną. KO [kontakt operacyjny, czyli konfident luźniej związany z SB] "MC" poinformował, że pracownik WZT "Warszawskich Zakładów Telewizyjnych" - R.G. wynajmuje swoje mieszkanie działaczom związkowym na zasadach analogicznych do wykorzystywania LK "lokali kontaktowych - przyp. red." przez SB. W/w posługuje się w rozmowach z działaczami pseudonimem. Z informacji TW Józef wynika, że R.R. - pracownik Hotelu "Grand" jest dowódcą plutonu ochrony. Informacja Departamentu III "A" potwierdza istnienie "sb" i wskazuje na osobę Mirosława S. jako jej szefa (w/w nie figuruje w kartotekach ewidencji ludności i resortowych). W oparciu o tę informację ustalono, że "sb" może mieć swoją siedzibę przy ul. Mokotowskiej 16/20 [siedziba władz Regionu Mazowsze - przyp. red.] w p. 37. Po przeanalizowaniu powyższych informacji założono sprawę operacyjnego sprawdzenia krypt. "RYWAL", której celem jest potwierdzenie informacji o istnieniu "związkowej służby bezpieczeństwa", ustalenie charakteru jej działalności oraz organizatorów i współpracowników. Ustalenia dokumentowane będą dla celów procesowych"66.

Pułkownik Okraj podaje w pełnym brzmieniu nazwiska osób, które miałyby należeć do tej "związkowej służby bezpieczeństwa". Uznałem jednak, że ograniczę się do inicjałów. Ewentualna przynależność do "służby bezpieczeństwa" kierowanej przez Macierewicza i prześwietlanej przez prawdziwą SB wydaje się się co najmniej dwuznaczna, a tymczasem wymienione przez Okraja osoby mogły służyć w dobrej wierze (albo nawet nie mieć nic wspólnego z Macierewiczem i jego służbą, jeśli esbek w swoim meldunku przedstawił nieprawdziwe doniesienia). Oczywiście próbowałem dotrzeć do tych osób, szczególnie do zagadkowego Mirosława S. Okazało się, że również w wolnej Polsce osoba o tym imieniu i nazwisku nie figuruje w żadnych katalogach i zbiorach - ani biznesowych, ani zawodowych, ani tzw. społecznościowych, ani w IPN.

Mamy zatem do czynienia z czymś bardzo tajemniczym. Solidarnościowo-kościelne tajne służby? Kierowane przez Macierewicza oraz nieuchwytnego Mirosława S., człowieka widmo? Czyżby pułkownik Okraj przesadził z podejrzliwością i fantazją? Jednak gdzie indziej znajdujemy potwierdzenie, że sprawa "Rywal" istniała, a kwestię "służby bezpieczeństwa Macierewicza" traktowano poważnie. Istnieje dokument z czasów stanu wojennego zatytułowany "Analiza sytuacji operacyjnej w zawieszonym NSZZ "S" - Region Mazowsze" i datowany na 1 czerwca 1982 r.67 Jego autorem jest znany nam już Remigiusz Reszczyński (ten sam, który rok wcześniej opisał Macierewicza jako szarą eminencję mazowieckiej "Solidarności"). W swej analizie Reszczyński podaje, że prowadzone są 22 sprawy operacyjne dotyczące Regionu Mazowsze. Jedna z nich to znana nam już Sprawa Operacyjnego Sprawdzenia krypt. "Rywal", która dotyczy "związkowej służby bezpieczeństwa". Przy okazji odnotujmy, że 10 z wymienionych spraw to sprawy indywidualne, dotyczące konkretnych osób. Żadną z tych osób nie jest Antoni Macierewicz.

W stanie wojennym esbecy robili wszystko, żeby zaciągnąć przed sąd liderów mazowieckiej "Solidarności" i zniszczyć to, co zostało z jej struktur. Jednak dziwnym trafem w związku z Regionem Mazowsze nie prowadzili indywidualnej sprawy dotyczącej jego głównego eksperta i domniemanej szarej eminencji, przypuszczalnego zwierzchnika "związkowej służby bezpieczeństwa".