Maciejka - Natalia Rogińska

-
Proszę czekać

Maciejka

Dzwonek do drzwi.

- Otworzę! - powiedziałam, odrywając się na moment od półnagiego Wacka, przed którym właśnie klęczałam od kilkunastu minut i starałam się ze wszystkich sił rozpracować, jak działa jego nowy sprzęt. - Już otwieram! - krzyknęłam po kilku niecierpliwych dzwonkach. - Idę, już idę... - mamrotałam pod nosem, ni to do siebie, ni to do stojącego za drzwiami ktosia.

Niedawno w tych drzwiach zastałam świadka Jehowy, wcześniej dziewczynę zaangażowaną w projekt "Diagnoza społeczna", a ostatnio dostawcę pizzy, który pomylił adresy. Tym razem to był kurier.

- Przesyłka dla pana Wacława! - powiedział niczego sobie gość stojący za drzwiami. - Pani chyba nie jest panem Wacławem, prawda?

- Nie da się ukryć! - powiedziałam z wdziękiem, jakim z przyzwyczajenia czaruję każdego faceta bez obrączki.

- Słoneczko, podpisz za mnie! - dobiegł z salonu głos Wacka.

Ostatni udar odebrał mu moc w prawej ręce, czemu Wacek uparcie zaprzeczał. Od tamtej pory nie widział sensu używania równocześnie noża i widelca, unikał jak ognia sytuacji, które wymagały ruchów dominującą kończyną. Tłumaczył, że jest leniwy, dlatego nie podnosi ręki, że jest sprytny, dlatego potrafi zjeść schabowego samym widelcem, że jest bogaty i dlatego nie musi się fatygować, żeby własnoręcznie podpisywać dokumenty i kwitować przesyłki. Ma od tego ludzi. A ja jestem właśnie takim "jego człowiekiem". Prawą ręką.

- Oczywiście! Skoro pan sobie życzy... Niech się pan nie fatyguje, podpiszę za pana! - zgodziłam się potulnie, pozwalając mu tkwić w iluzji, która widocznie była mu do czegoś potrzebna. - W takim razie... - powiedziałam cicho, kierując do kuriera najładniejszy uśmiech, na jaki było mnie stać o tej porze dnia, po tylu godzinach spędzonych na zaspokajaniu potrzeb bardzo chorego starca. - W takim razie... Jestem panem Wacławem! Gdzie mam podpisać?

- Tutaj! Trochę mokry ten karton, bo...

- Ciągle leje?- westchnęłam, wyglądając przez uchylone drzwi na Stary Mokotów w deszczu.

- Tak. Ciągle leje... Ale ma być ładniej. Od jutra!

- Miało być ładniej od wczoraj! Jak widać, meteorolodzy mogą się mylić...

- Nie mogą! Mam zaplanowaną majówkę... Na żaglach.

- Pan żegluje?

- Tak, od zawsze. A pani?

- Nie. Ale marzę o tym!

- To proszę przestać marzyć, tylko popłynąć ze mną! To może być przygoda pani życia!

Spojrzałam w jego oczy pod daszkiem żółtej czapeczki. Był naprawdę niezły. Gdyby nie ta czapeczka, nie ten czerwony polar, nie ta krzywa jedynka... W dodatku żeglował, jak Maciej, więc nie przerywałam tego flirtu, ewidentnie zmierzającego do czegoś... Nie wiedziałam do czego.

- Co pani na to? Chciałaby pani popłynąć ze mną? - pytał, podczas gdy ja podpisywałam się imieniem i nazwiskiem. Swoim, cholera! Błąd!

Zmieniłam "Karolina" na "Wacław". Wyszło niezbyt czytelnie, ale to nic.

- To nic! - powiedział kurier. - Skoro już pani trzyma... - powiedział chwilę po tym, jak skończyłam kwitować odbiór przesyłki. - Trzymasz. Yyy... Długopis...

Nieśmiało przeszedł na "ty", nieco śmielej na mnie spojrzał, a ja poczułam, że tym czymś, ku czego zmierzaliśmy, będzie seks. Z jakąś błyskawiczną randką po drodze. Niekoniecznie od razu wspólny rejs.

- Może mi zapiszesz swój numer? O tu. Na ręce! Żebym nie zgubił...

Zapisałam. A co mi tam! Najwyższy czas na kolejną pierwszą randkę!

- Karolina! - niecierpliwił się Wacek. - Choć już tutaj z tą przesyłką!

- Karolina?

- Właśnie tak - powiedziałam, uśmiechając się szeroko. - Muszę lecieć! Jestem w pracy...

- Ja też jestem w pracy! Jakieś plany na przyszły piątek? - spytał, a ja, zgodnie z prawdą, powiedziałam, że w piątki zwykle pracuję. - Zadzwonię do ciebie po powrocie z rejsu! Na bank!

Pan Wacław, zupełnie rozbudzony i podniecony, kazał mi natychmiast rozpakować przesyłkę. Oczywiście, zrobiłby to sam, ale po co, skoro ma się od tego ludzi, którym się płaci. Postanowił się nie trudzić.

- Otwórz! - zażądał.

- Co to jest? - spytałam, zdzierając szary karton z całkiem sporej, choć niezbyt ciężkiej paczki.

- W pewnym sensie - powiedział - jest to prezent!

Zaintrygował mnie, więc z jeszcze większym zapałem zabrałam się do rozpakowywania przesyłki.

- Tylko nie wiem, czy bardziej ucieszy ciebie, to znaczy was, czy mnie... - dodał.

Gdy już przebrnęłam przez wszystkie szare warstwy, oklejone szczelnie taśmą w kolorze khaki, moim oczom ukazało się mnóstwo zapinanych na napy śnieżnobiałych mundurków z kiepskiego gniotącego się materiału. Były przy tym tak kuse, że zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno Wacław zakupił je w firmie z odzieżą ochronną dla personelu medycznego, czy może raczej w sex shopie... Gdy wyciągałam ubranka z paczki, na podłogę posypało się mnóstwo gratisów. Żelowych, koronkowych i różowych, więc wątpliwości rozwiały się same.

- Zmierz! Chcę zobaczyć, czy wybrałem dobry rozmiar - powiedział Wacek i pewnie zatarłby ręce, gdyby miał je sprawne. A tak tylko się uśmiechał, w dodatku asymetrycznie. Przez ten udar nieszczęsny...

- Krótkie... - zauważyłam, przykładając do siebie jeden uniform. - Obawiam się, że w szpitalu raczej nie powinno się nosić takich fartuszków... Profesjonalne pielęgniarki nie mogą zakładać do pracy takich prowokacyjnych strojów! - dodałam, na co Wacław roześmiał się w głos.

- Karolinko... Moja droga! - powiedział. - To jest mundurek, w którym od dziś będziecie się wszystkie kręcić po moim domu! Nie musisz tego nosić w szpitalu... Tylko u mnie! - zrobił zadziorną minę. - Ubieraj się!

Patrzyłam na niego z politowaniem. A figę!

- Ani myślę! - powiedziałam.

- Ubieraj się! - rozkazał, a widząc brak szans na pożądany efekt, złagodniał. - Proszę cię, Karolciu...

Westchnęłam głośno. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie leży granica, której nie powinnam przekraczać za dwadzieścia złotych na godzinę...

- Panie Wacławie. Z całym szacunkiem, ale nie będę w tym chodzić po pana mieszkaniu. Czułabym się... dość... dziwnie. Niekomfortowo. Jak z filmu porno!

- I o to chodzi! O to chodzi! - powiedział Wacek.

Na jego twarzy malowało się podniecenie (i zaznaczało między nogami), ale dla mnie to żaden komplement. Miałam wrażenie, że do wzwodu doprowadza go nawet klaśnięcie w dłonie.

- Karolinko... Staremu schorowanemu Wackowi nie zrobisz tej malutkiej przyjemności? - zrobił maślane oczy.

Kiwałam głową przecząco i skrzyżowałam ręce na piersiach, na znak, że przekroczył granicę, że mnie obraził tym prezentem i że nie włożę tego na siebie za żadne skarby! Ani nawet za ekstra pięć złotych na godzinę, które zaproponował po moim kategorycznym sprzeciwie. Ale za dziesięć złotych?

Za dziesięć złotych już tak.

- Nie planowałem podwyżek, bo i tak mnie kosztujecie majątek, ale dla twojego ciałka w tym fartuszku zrobię wyjątek. Już się nie mogę doczekać, aż cię w tym zobaczę! - powiedział, a ja po krótkim namyśle, nie zważając na swe samopoczucie sprzed chwili, poszłam się przebrać.

Za żadne skarby, czyli za dziesięć złotych ekstra na godzinę zgodziłam się spełnić fantazję starego erotomana.

- Dopłacę, jeśli przebierzesz się przy mnie! - krzyknął, ale tej granicy postanowiłam nie przekraczać. - A jeśli do tego włożysz te różowe podwiązki, które dołączyli do przesyłki, dam ci stówę!

- Nie! Za nic! - odwrzasnęłam z sąsiedniego pokoju.

Dopięłam fartuszek, poprawiłam stójkę. Prezentowałam się bardzo nieprofesjonalnie, ale nieźle. Przynajmniej tak mówiło lustro w przedpokoju, w zdobnej ramie, w którym się przejrzałam, przechodząc z jednego pokoju do drugiego.

Odkryłam, że moje nogi są blade i niespecjalnie gładkie, ale podnieconemu Wacławowi nie zrobi to zapewne większej różnicy. Zresztą... Wzrok miał nieostry. Bez skrępowania zaprezentowałam się w moim nowym służbowym stroju.

Ja, Karolinka, siostrzyczka do wynajęcia. Za dwadzieścia złotych plus dycha na godzinę.

Potem poszłam do kuchni przyszykować mu w plastikowym dozowniku leki na następny tydzień. Kołysałam biodrami mocniej niż zwykle, bo kobieta w takim stroju od razu inaczej się porusza. Jakby dostosowywała swoje zachowanie do wyglądu.

Czułam na swoich bladych nogach lubieżny wzrok Wacka, który pozwalał sobie na niewybredne komentarze pod moim adresem...

- Niegrzeczna siostrzyczka - mówił. - Dasz mi zastrzyk? Jeśli rozepniesz jeszcze jeden guziczek, ten na samej górze, dam ci napiwek! Nie? Dlaczego nie? Chętnie zapłacę...

Zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdybym kiedyś przyszła na oddział w takim stroju. Dostałabym podwyżkę? Oho! Na pewno! Dwie podwyżki!

Niestety, dyrektor szpitala, choć sprawiał wrażenie mężczyzny wyjątkowo wrażliwego na kobiece wdzięki, nie był tak hojny jak Wacek. Ponadto nie dysponował takimi środkami finansowymi.

A Minister Zdrowia? Ciekawe, jak taki strój zadziałałby na Macieja Kownackiego? Czy armia sióstr w białych fartuszkach z sex shopu, z gołą nóżką i odsłoniętym dekoltem, skłoniłaby go do podwyżek?

Wieczorem ponownie uklękłam przed Wackiem i skończyłam to, co przerwała nam wizyta kuriera. Rozprawiłam się z jego nowym sprzętem - nowym systemem worków stomijnych, które zaopatrywały jego sztuczny odbyt wyłoniony poniżej pępka.

*

- Halo? Karola? Jesteś? To słuchaj! - usłyszałam po drugiej stronie Justynę.

Potem dodała ściszonym głosem "no już", "zaśpiewajcie cioci", "razem" i "trzy-czte-i-ry!".

Rozbrzmiało Sto lat w wykonaniu jej wesołej gromadki, której nigdy nie planowała tak licznej. Usłyszałam piskliwy sopran Ani, sepleniący głos Wojtka, "gaga-gu" Halinki i płacz Ilonki.

Z każdym mijającym rokiem życia coraz mniej wierzyłam, że kiedyś uda mi się założyć własną rodzinę, że będę słyszeć podobne dźwięki...

Zanim Justyna przejęła słuchawkę, musiała uciszyć bliźniaczki i dać Wojtusiowi na chipsy i basen. Przyznała, że ma urwanie głowy, bo jej opiekunka się wczasuje, Dominik od tygodnia non stop na dyżurze, a ona jest bliska sprzedania swoich dzieci na targu!

- A oddam nawet za darmo! - dodała.

Potem złożyła mi życzenia i spytała, jak się czuję jako trzydziestosiedmioletnia kobieta.

- Właściwie... - powiedziałam, wpatrując się w taflę szkła w plastikowej ramie. - Doszłam dziś do wniosku, że ja i te moje trzydzieści siedem lat trochę do siebie nie pasujemy!

Trochę? To za mało powiedziane!

Gdy patrzę w lustro, od kilkunastu lat niezmiennie widzę dwudziestolatkę, z którą czas obchodzi się nadzwyczaj łaskawie, za to los niezwykle okrutnie. Co z tego, że nie mam zmarszczek ani siwych włosów, skoro prawdziwa miłość omija mnie wielkim łukiem albo szybko okazuje się nieprawdziwa? Skoro z moich młodzieńczych marzeń nie udało mi się zrealizować żadnego? Skoro, w pewnym sensie, czas się dla mnie zatrzymał, ale niekoniecznie w tym momencie, w którym bym sobie tego życzyła.

Trzydzieści siedem lat - żaden przełom. Ani to okrągła liczba, ani parzysta, ani półmetek. Dzień jak co dzień!

Boże... Nigdy nie przypuszczałam, że w tym wieku będę tu, gdzie jestem...

Dzieci, miłość, szczęście, pieniądze i wszystkiego dużo - tak właśnie miało być. Tak właśnie myślałam, patrząc w chmury z perspektywy kwiecistej łąki. One przesuwały się wtedy po niebie w odcieniu mojego świadectwa maturalnego, a ja - z twarzą skierowaną ku słońcu - wierzyłam w swoją świetlaną przyszłość. Justyna leżała wtedy tuż obok mnie i wpatrywała się w to samo niebo, marząc dokładnie o tym samym. W jej marzeniach było tylko znacznie mniej dzieci, ale nic dziwnego. Podczas gdy ja całe życie cierpiałam z powodu jedynactwa, ona dzieliła pokój z trójką młodszego rodzeństwa. Miała też trzech starszych braci, którzy mimo zaawansowanej pełnoletności ciągle siedzieli na domowym garnuszku. Obiecała sobie, że będzie miała większą kontrolę nad rozmnażaniem niż jej rodzice, a właściwie niż jej matka, bo ojciec nie miał kontroli zupełnie nad niczym...

Był czerwiec, a my, dumne absolwentki liceum w Nowej Dębie, wylegiwałyśmy się na łące i wierzyłyśmy, że wszystko jest możliwe.

Przed nami nowi ludzie, nowe wyzwania, nowa era i Nowy Świat! Snułyśmy wizje na przyszłość, myślałyśmy o tym, co nowe... A w międzyczasie niebo pokryły gwiazdy. Byłam przekonana, że wszystkie nam sprzyjają i każda migocze z nieba właśnie dla nas!

Wkrótce musiałam zmodyfikować swój wymarzony scenariusz. Niestety. Nie wszystkie marzenia się spełniają, zwłaszcza jeśli do ich realizacji wymagana jest znajomość fizyki. Na nieszczęsnym egzaminie, który miał być przepustką do moich marzeń, doszczętnie zagubiłam się w tych wszystkich stałych i zmiennych, których w przyrodzie niemało...

- Ale za to zobacz, z jaką sporą nadwyżką dostałaś się na pielęgniarstwo! - mówiła wówczas Justyna, która zamiast koncentrować się na swoim sukcesie, usilnie starała się mnie pocieszać.

I jej się udało. Może nie pocieszyć, ale dostać na wybrane studia... Załapała się na mój wymarzony kierunek. Na nasz wymarzony kierunek. Wygrała pięcioma punktami.

Nie jednym, żeby można było pomyśleć, że to fart. Nie dwudziestoma, żeby można było stwierdzić, że egzamin to zwykła formalność.

Pięć punktów.

Pięć punktów... Dokładnie tyle, ile mi zabrakło.

Nie jeden czy dwa, żebym mogła to zwalić na brak szczęścia. Nie dziesięć czy piętnaście, co mogłoby wskazywać na mój brak talentu.

Zabrakło mi pięciu punktów, co lokowało mnie na sześćdziesiątej siódmej pozycji pod kreską.

- Tak bardzo chciałam, żebyśmy dostały się obie... - wzdychała Justyna, szczerze przejęta. - Nie martw się, Karola... Może uda się za rok? A może powinnaś napisać odwołanie? Albo zadzwońmy tam i zażądajmy, żeby jeszcze raz sprawdzili, czy na pewno się nie pomylili!

Trawa na naszej łące na krótko przybrała odcień soczystej zazdrości. Naszła mnie myśl, że gdybyśmy nie dostały się obie, zniosłabym to lepiej. A tak, za kilka lat, ja będę robić zastrzyki, a ona będzie mi to zlecać. Ja będę podcierać starców, a ona będzie leczyć chore dzieci. Ja będę pielęgniarką, a ona lekarzem.

W dodatku na medycynę dostał się też nasz kolega z klasy, leser totalny, Dominik, którego nikt nie podejrzewał, że w ogóle zda maturę i dostanie się na jakiekolwiek studia. Nie mówiąc już o medycynie...

Zacisnęłam wtedy zęby. Nie powinnam tak myśleć! Obiecałam sobie, że sukces Justyny nie nadszarpnie naszej przyjaźni ani trochę, bo to oznaczałoby tylko tyle, że nie jest prawdziwa. A przecież jest. Od kołyski. Na zawsze!

Może tak miało być? Może Pan Bóg miał dla mnie właśnie taki plan? Może przewidział dla mnie bogacza w białym mercedesie, z romantyczną duszą i miłym usposobieniem? Może wynagrodzi mi to w dzieciach?

Figa. Nie wynagrodził.

- Ja tylko na chwilę! - powiedziała Eleonora, pojawiając się w progu mojego mieszkania.

Bez zapowiedzi, bez pukania, za to z nowym kolczykiem. Zdobił? Szpecił? Zastanowię się później, co tak naprawdę robił, tkwiąc w prawym skrzydełku jej zgrabnego noska. W każdym razie od razu rzucił mi się w oczy, więc niewątpliwie przykuwał uwagę.

- Przyszłam sprawdzić, jak się miewa moja ulubiona ciocia!

- Tylko nie ciocia! - puściłam jej karcące spojrzenie.

- Przepraszam! A przy okazji... - powiedziała, wyciągając zza pleców prezent. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Mam coś dla cioci... To znaczy: dla ciebie.

- Dzięki! - odparłam, przyjmując gerberę koloru koralowego i talon rabatowy na tatuaż w profesjonalnym studiu tatuażu. - Kwiatek śliczny, ale z talonu pewnie nie skorzystam... - powiedziałam, bo przecież nie upadłam jeszcze na głowę, żeby z pielęgniarskim wykształceniem i książeczką honorowego dawcy krwi dziargać sobie na skórze jakieś głupoty i ryzykować infekcję. - Siadaj! Zrobię ci herbaty! - zaprosiłam ją do mojego wielofunkcyjnego jedynego pokoju. - Mam cynamonową! Taką, jak lubisz!

- Właściwie... - powiedziała Eleonora, ściągając ze stóp masywne koturny. - Właściwie nie mam zbyt wiele czasu! I chciałabym... Umówiłam się na wieczór i potrzebuję czegoś wystrzałowego!

- Rozumiem... - oznajmiłam trochę rozczarowana. - Znasz drogę do mojej szafy - powiedziałam zapraszająco.

Wczytywałam się w mój talon, z którego w dalszym ciągu nie zamierzałam skorzystać. Dowiedziałam się, że talonu nie można wymienić na gotówkę. Znalazłam za to informację, że rabat nie dotyczy tatuaży kolorowych, rozległych i intymnych.

Eleonora, a właściwie Nora, bo nikt oprócz Justyny nie artykułował jej pełnego imienia w obawie przed przypadkowym zawiązaniem języka w supeł, nie tylko wiedziała, gdzie jest moja szafa, ale też perfekcyjnie znała jej topografię i wszelkie zakamarki. Od razu zabrała się do szukania "czegoś wystrzałowego". Ja wstawiłam wodę na herbatę i miałam nadzieję, że chociaż tym razem zdążymy ją razem wypić. Ale przerzucała wieszaki w tak ekspresowym tempie, że nie byłam pewna, czy woda w ogóle zdąży się zagotować...

Mogłaby zostać dłużej...

Zawsze lubiłam ją u siebie gościć, a zwłaszcza w dni, które uświadamiały mi, że czas płynie i lat przybywa. Choć w jej towarzystwie czułam, że mentalnie już nie przynależę do pokolenia dwudziestolatek, status właścicielki "najlepszej garderoby w mieście, zdaniem Eleonory Makowskiej" bardzo mi schlebiał. Wielokrotnie powtarzała, że takiej kolekcji sukienek, jaką skompletowałam przez lata, buszując po warszawskich second-handach nie powstydziłaby się nawet Carry Bradshaw!

- Ile tu nowych rzeczy! - powiedziała Eleonora, zagrzebując się w moich ubraniach, niekoniecznie nowych. - Jak to dobrze, że z wiekiem się nie roztyłaś jak moja siostra i że nosimy ten sam rozmiar! Justyna ma po tej ostatniej ciąży tyłek dwa razy większy od mojego! I od twojego też!

Rzeczywiście - rozmiar ubrań, stan cywilny i status materialny nie zmienił się u mnie od kilkunastu lat. Zwalniającą przemianę materii równoważę przyśpieszonym tempem życia i w efekcie bilans energii wychodzi na zero. Od czasów dojrzewania nie było we mnie żadnej hormonalnej burzy, która zostawiłaby po sobie ślady w postaci rozstępów, cellulitu czy nadprogramowego tłuszczu; ani tu, ani tam, ani nigdzie. Nie tyję, nie chudnę i mam tyłek w rozmiarze nastolatki. Tyłek w rozmiarze Nory. I właśnie dlatego tym razem postanowiła pożyczyć moje spodnie.

- A ten tatuaż... Powinnaś go zrobić! - powiedziała. Wciągała właśnie na pośladki moje różowe rurki. - Dobrze leżą? - spytała, przeglądając się w lustrze, w którym wszystko wygląda dobrze. A przynajmniej moja twarz, każdego dnia.

- Leżą dokładnie jak na mnie! Czyli fantastycznie! - powiedziałam, patrząc na nią kątem oka.

Równocześnie szukałam czegoś w lodówce, czym mogłabym ją poczęstować, ale nic tam nie było. Oprócz leków, kosmetyków i cytryn.

Nic dziwnego, że jestem szczupła, skoro nie mam w domu żadnego jedzenia!

- Mówię ci! Powinnaś skorzystać z tego talonu! - oznajmiła ponownie Nora. Przeszukiwała moją imponującą kolekcję pasków w poszukiwaniu dodatków do spodni. - Taki tatuaż może okazać się przełomem w twoim życiu. I pozwoli ci wyrazić siebie!

- Zapewne... - powiedziałam, przypinając talon do lodówki.

Mimo że podjęłam w swoim życiu tysiące spontanicznych decyzji, stanowczo stwierdzam, że bardziej niż jakikolwiek tatuaż wyraża mnie jego brak.

Cóż. Nora była specjalistką od szukania sposobów na wyrażenie siebie. Z chwilą osiągnięcia pełnoletności zintensyfikowała te poszukiwania. Najczęściej znajdowała wyrażającą ją rzecz w mojej szafie, pożyczała na chwilę, a potem przez długi czas nosiła się z zamiarem, żeby mi ją oddać. Chyba najbardziej wyrażają ją moja kurtka od Diesla i torebka od D&G, bo trzyma je u siebie już ponad rok.

- Na pewno jakoś wykorzystam ten kupon!

Zawsze przecież mogę nim obdarować kogoś innego!

Nora nie miała żadnych oporów przed poddawaniem swego ciała poważnym ingerencjom. To chyba jej ulubiona forma autoekspresji.

Pierwszej dokonała tuż przed wyjazdem na studia - zoperowała sobie uszy, tak żeby przylegały do głowy i nie odstawały jak u słonika Dumbo. Uszy Nory były niegdyś nie tylko odstające, ale i nieproporcjonalnie duże. Zupełnie jakby ktoś się pomylił i do jej wyjątkowo kształtnej czaszki, wysklepionej w niezwykle harmonijny sposób, przyszył nie te, co trzeba. Na nowe Nora postanowiła zarobić, kelnerując całe lato w katalońskich restauracjach. Rodzice nie popierali ani pomysłu wakacyjnej pracy za granicą (bo latem było dość roboty w gospodarstwie), ani, tym bardziej, operowania zupełnie zdrowych uszu.

- A że kształt brzydki - widocznie taka była wola boża! Każdy niesie swój krzyż! - powtarzali.

Muszę przyznać, że krzyż Nory był wyjątkowo szpetny. Przez lata przekonywałam ją, że odstające uszy są nawet urokliwe, całkiem okej, a w dodatku prawie ich nie widać pod gęstym szalem włosów... Ale ona doskonale wiedziała, że mówię tak, bo przez długi czas na horyzoncie nie było cienia szansy, że odda swój kompleks w ręce chirurga plastyka.

Justyna powiedziała, że nie przyłoży ani ręki, ani złotówki do tego pomysłu i uważała kompleks siostry za fanaberię. Byłam innego zdania.

Niestety! Byłam dobrą ciocią, ale nie na tyle bogatą, żeby ufundować chrześnicy operację. Jedyne, co mogłam zrobić, to pożyczyć jej trochę pieniędzy na bilet do Hiszpanii.

Poleciała i wróciła po dwóch długich miesiącach. Z pęcherzami na stopach, z wyrzeźbionymi mięśniami łydek od dreptania między stolikami, muskularnymi ramionami, od dźwigania ciężkiej tacy, i z mnóstwem kasy. Przywiozła tyle euro, że stać ją było nie tylko na uszy, ale i na bezczelność w stosunku do rodziców, od których na moment zrobiła się finansowo niezależna. Dostawała tyle napiwków od bogatych Europejczyków, że głowa mała!

Większość wydała na studencką wyprawkę: laptop, firmowe dżinsy i, oczywiście, na nowe uszy. Żeby wkroczyć w kolejny etap życia bez kompleksu.

Od tamtej pory chętnie nosiła wysoki kucyk, bejsbolówkę i kolczyki. Najlepiej takie, które przykuwały uwagę.

A to nie był koniec jej eksperymentów z ciałem.

Nie tak dawno temu Nora pozwoliła przytwierdzić do szkliwa swojej górnej prawej trójki niewielką błyskotkę. Początkowo, gdy się nią pochwaliła, pomyślałam, że to wrednie ulokowana próchnica, ale potem pokazała mi pod światło, że próchnica się mieni. Miało mnie to przekonać, że warto było wydać na taki efekt kilkaset złotych.

Później, w połowie trzeciego semestru i na wysokości trzeciego kręgu szyjnego, Nora zrobiła sobie pierwszy tatuaż. Jakiś symetryczny szlaczek, który z daleka wyglądał jak olbrzymie, niepokojące znamię. Pokazała mi go z bliska, a widząc, że nie omdlewam z zachwytu, wytłumaczyła mi, że jest to symbol transcendentności, nieskończoności, który przywraca harmonię, i właśnie dlatego warto mieć coś takiego na karku. W każdym razie tatuaż już jej się znudził. Ostatnio przeczytałam na jej blogu, że intensywnie myśli o przekształceniu go w jakiś bardziej konkretny wzór, ciągnący się wzdłuż kręgosłupa aż po szparę pośladkową. Na szczęście, nie uzbierała jeszcze pieniędzy na ten cel, więc wciąż miałam czas, żeby wybić jej to z głowy.

Skoro już mowa o ekstrawagancjach Nory... Warto wymienić jej nową, oryginalną i asymetryczną, rzeźbę z włosów. Od kilku miesięcy nosiła fryzurę jak pacjentka po kraniotomii. Wszyscy ciężko chorzy ludzie, którzy przeżyli bliższe spotkanie z neurochirurgiem, budzili się z łysym kawałkiem skóry głowy, wdzięczni, że żyją. Nora bez żadnej śmiertelnej przyczyny postanowiła wygolić sobie lewą skroń, ot tak. Na szczęście chorobowo wyglądająca łysina stopniowo porastała kasztanowym jeżem i wyglądała coraz mniej niepokojąco, choć wciąż ekstrawagancko.

Zmiany w wyglądzie były tylko jednym z elementów wielkiej metamorfozy, którą Nora przeszła w trakcie poszukiwań sposobów na wyrażenie siebie.

Dziewczyna jeszcze kilka miesięcy temu była obrażona na cały świat za to, że ją skrzywdził znienawidzonym imieniem, felernymi uszami i biedą, o którą w wielodzietnej wiejskiej rodzinie nietrudno. Jakby tego było mało, rodzice wysłali ją do katolickiego liceum z żeńskim internatem, żeby dać jej szansę na dobrą edukację, ale przede wszystkim - ochronić przed przedwczesną inicjacją seksualną.

Niegdyś nie znosiła swojego życia. Jego rytmu dyktowanego kościelnym kalendarzem, nałożonym na kalendarz rolniczy.

Zdecydowanie bardziej podobało jej się życie w Warszawie zgodne z kalendarzem imprez, nałożonym na kalendarz zajęć na uczelni.

Teraz, gdy na nią patrzę, trudno uwierzyć, że to ta sama osoba. Muszę przyznać: miasto jej służy. Rozkwita, zdaje się być energiczna, radosna, naprawdę szczęśliwa. Upaja się swobodą, samodzielnością i wielkomiejskim studenckim życiem. Staje się coraz bardziej niezależna. Coraz mniej gniewa się na los, odkąd odkryła, że naprawdę można go brać w swoje ręce. Wszystko można!

Nora w nosie ma nie tylko nowy kolczyk, ale i wszelkie zasady wpajane przez lata przez rodziców i siostry zakonne.

Stoi teraz na tyle blisko mnie, że mogę dokładnie ocenić, czy wokół trzeciej, nieanatomicznej dziurki w nosie nie wdało się jakieś zakażenie.

- Co to jest? - pytam, unieruchamiając jej twarz swoją dłonią.

- Podoba ci się?

- Tak... - uśmiechnęłam się, niespójnie z komunikatem. - Mam nadzieję, że zrobiłaś to w sterylnych warunkach i wyjmiesz z nosa, zanim pojedziesz na wakacje do domu i pokażesz się rodzicom!

- Ani mi się śni! - powiedziała z charakterystyczną dla siebie bezczelnością. - Po pierwsze, jeszcze nie wiem, czy pojadę w najbliższym czasie do domu, bo mam inne, ciekawsze plany, a po drugie... Kolczyk zostaje tam, gdzie jest! Wygląda rewelacyjnie i nie zamierzam go nigdy wyciągać! Bo jeszcze mi dziurka zarośnie!

Jako matka chrzestna Nory, jako mieszkanka stolicy, jako formalnie starsza i rzekomo mądrzejsza kobieta dostałam od jej rodziców i od Justyny polecenie pilnowania ich córki i siostry tu, w Warszawie. Chodziło im głównie o to, żeby podczas studiów ich Eleonora nie oddaliła się zanadto od wartości, w których wzrastała. W których obie wzrastałyśmy.

- Nie wiesz, ciociu...

- Tylko nie ciociu!

- Przepraszam! - powiedziała, przekręcając kolczyk o kilka stopni wokół jego osi. - Nie wiesz, że nieużywane dziurki zarastają?

Ach... Muszę przyznać, że chyba niezbyt dobrze wychodziło mi to pilnowanie...

W dniu urodzin dostałam tort, kwiaty, ciasteczka, pączki, cukiereczki i całuski. W niezliczonych ilościach. Wszystkie od moich znajomych, którym portal społecznościowy przypomniał, że przybył mi rok życia. Obdarowali mnie mnóstwem wirtualnych prezentów i wydali na mnie dziesiątki euro gąbek.

Nora uważała, że posiadanie profilu na Naszej Klasie jest obciachowe, ale na Facebooku już nie, z racji tego, że jest to portal międzynarodowy. A nic, co międzynarodowe, nie jest obciachowe, zdaniem Nory.

Nie miałam żadnej rodziny ani przyjaciół za granicą, więc baza ludzi z całego świata nie była mi potrzebna do skompletowania grona znajomych. Magazynowałam ich - na tym bardziej obciachowym portalu - w liczbie osiemdziesięciu i jednej sztuki. Nora mówi, że liczba osiemdziesiąt jeden jest nawet okej.

Ciekawe, czy osiemdziesiąt dwa też będzie okej? Zastanawiałam się, przyjmując do grona swoich znajomych Adę, którą znałam od dawna, ale która dopiero od kilku dni miała swój profil.

Jednym z pierwszych ruchów Ady na Naszej Klasie było złożenie mi życzeń. Zdecydowała się też podzielić ze światem swoimi zdjęciami z Turcji oraz pieskiem miotłokształtnym. Pod zdjęciem Ady, pozującej na tle palmy, w bikini, które ledwie zakrywało sutki i wzgórek łonowy, nie byłam w stanie napisać niczego miłego. Ale, oczywiście, znaleźli się tacy, którzy byli pod wrażeniem i dali wyraz swojemu uznaniu.

"Niezła fotka!".

"Gorąca dziewczyna!".