Macice i płacz ptaków - Agnieszka Toczko

Kup ebooka

18.00 zł
14.76 zł (8,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

macice

KAWA

kawa

skapuje kroplami jak krwią czarną

paznokcie u nóg rosną

gdy czytam Palacza zwłok

i przeglądam wiadomości w smartfonie

w Omanie wycięto łechtaczkę kobiecie

w Gdańsku przykleili psa do asfaltu

w Krakowie narodowcy pobili gejów

siedząc na miękkiej kanapie

zaklnę raz "skurwysyny"

dopiję zimną kawę, wezmę do ręki nożyczki

kosmiczne śmieci zawirują

a Bóg nie pójdzie ze mną na układ

brzydzi się

łechtaczkami,

rozjechanymi psami

gejami

i obciętymi paznokciami?

IMIENINY (21 STYCZNIA)

kurz wzleciał z kąta, machnął potrójny piruet

silnik odkurzacza zaskowyczał

głodny wtorek, wszyscy wokół głodni

otworzyłam puszkę z kuskusem i warzywami

ale nikt nie chciał; woleliby tort czekoladowy

nad stołem, na którym kiedyś dziadek Józef oprawiał kurę

drgało jej ciało, a pióra po polaniu wrzątkiem

odchodziły z łatwością

- Agniesiu - mówił - podstaw miednicę.

(Byłam jego ulubioną wnuczką).

zabił kiedyś psa, Ciapka, płakałam, właśnie w imieniny

choć mi nie powiedzieli, ale ja czułam:

liznęłam powietrze i zapach krwi

został mi na języku

tłucze mi się serce po trzecim Red Bullu i drżą ręce, wtorek czerwonosuchy, dotrzymałam, a oni odeszli, choć śnią się z siekierami i psami, bez kuskusów, z warzywami (w ziemiance), czarnymi paznokciami, niewniebowzięci, czarno-czerwono-szarzy, jak to płótno, które namalowałam, a do tego czerwony grzebień kury, kura z odciętą głową, matka obgryza szyję z rosołu i oblizuje palce, na szyi zawsze mało mięsa, ale smaczna, kości rzuci się Ciapkowi, o, przepraszam, kochanie, nie Ciapkowi, jakiemuś psu, wieczneodpoczywanie i zdrowaśmario, komu?!, zwierzętom?!, się opamiętaj!, kurze?!, psu?!, czy w tym garnku wczoraj gotowałaś pranie (pralka się zepsuła i nie pierze w dziewięćdziesięciu stopniach), zapach gotowanych majtek, gotowanej kury, gotowanego psa, gotowanego dziadka, gotowanej matki

(tort czekoladowy jest bezmięsny)

MÓJ SZTETL

został hen, daleko:

najpierw długa podróż pociągiem,

drugim pociągiem,

wozem z ciągnikiem

potem ćwierćwiecze

(bez Dawida i Racheli)

doiliśmy krowy

parowaliśmy ziemniaki dla świń

mirabelki w sadzie psuły się

bo nikt nie miał czasu ich zbierać

(wypatrywałam Esterki, ale nie przyszła)

w sklepie kupowaliśmy

żelazne wiadro

szare mydło

i "Trybunę Ludu"

(Mordechaj już nie obsługiwał)

Dziadek wieczorem

przy świetle lampy

czytał na głos Cichy Don

(przysłany przez Chaimka Joszego)

Babcia modliła się

za żyjących i zmarłych

Polaków

(nie lubiła cebuli ani czosnku)

ja natomiast każdym świtem

stałam obok studni

z wąsami po mleku

a Abraham

szedł do mnie drogą

z pięknymi pejsami

i wodą

na obmycie

brudnych nóg