M [małe prozy] - Adrian Gleń

Kup ebooka

21.00 zł
16.80 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

M

Droga z Sewastopola do Bachczysaraju. Najtańszym środkiem - elektriczką. Nieprzebrany tłum. Zmęczeni, młodzi, początkujący biznesmeni, spracowani do cna mężczyźni, baby wiozące na bazar co się tylko da, grający na harmonii dla kilku kopiejek romscy chłopcy i wojenni inwalidzi.

J. zasnęła.

Strudzona kilkugodzinnym rajdem po wybrzeżu i oczekiwaniem.

A naprzeciwko - ta kobieta. Była idealnie zamknięta, była nie-stąd. Zaplątała się w sieci czasu. Głębokie rysy na wiekowej twarzy, zamiast otwierać historie, stawały się mosiężnymi zasuwami. Kurtyny powiek podnosiły się z rzadka. A wówczas ujmowała w kościste, obciągnięte cienistą skórą palce stalinowską (autorstwo ojca narodu z trudem odszyfrowałem z pożółkłej i zabrudzonej okładki) broszurę o zwycięstwie nad faszystowskimi i kapitalistycznymi najeźdźcami.

Staruszka nie poruszała w ogóle głową, jej sowie oczy komunikowały właściwie jedno: jestem nieprzejrzysta. Nie jestem jak kamień. Ja jestem kamieniem. Jej zgarbiona, przybrana w kolorowe chusty postać odpłynęła w niebyt już w chwili, w której ją, jak mi się podówczas wydawało, odkryłem. Nic podobnego. Napotkałem, zobaczyłem tylko prawdziwą nicość, która przez swoje szczeliny próbowała wessać mnie na drugą stronę.

*

Droga na Czufut-Kale. Wiodąca w górę pośród niekończących się straganów. Do kupienia wszystkie krymskie i tatarskie specjały: gorące czjeburieki i pirożki, rozmaite wina, zanurzone w owocowej masie orzechy nerkowca, lawenda. Skarby i owoce morza na targowych ławkach sąsiadują z kiszonymi ogórkami, suszonymi morelami, pestkami dyni i słonecznika. Ludowe medykamenty ze specjałami tutejszej kuchni. Wszędzie słychać głosy babuszek wrzeszczących na mężczyzn, którzy z nieodłączną gorzałką w ręku grają całymi godzinami w szachy, warcaby i karty.

Spotykamy nagle człowieka z rozwichrzonymi, siwiutkimi włosami, który na dźwięk naszej łamanej polszczyzną rosyjskiej mowy nieomal rzuca nam się w ramiona. Przedstawia się jako rzekomy autor przewodnika po Krymie dla Polaków. Wywieziony z Polski za Bieruta. Z babką, jedną krową i zegarkiem po ojcu.

W natłoku nieposkładanych emocji, szczerego zachwytu dla naszego tutaj zabłąkania i kilkudziesięcioletniej tęsknoty, z jego przedziwnej, zupełnie niesłychanej opowieści wyłania się obraz samotności, upartego nieprzystosowania i oczekiwania na ślad polskości. Prawdziwego, romantycznego tułacza.

Kupujemy od niego owoc zwany jabłkiem Adama, z którego można ponoć przyrządzić cudowne lekarstwo na reumatyczne bóle (a przy okazji spirytusową nalewkę). Przedziwny: jakby jabłko, na które naciągnięto ludzką skórę (chociaż zieleń owocu temu wrażeniu nieco przeczy), z widocznymi porami i drobnymi włoskami.

Położone teraz na stole w pracowni tajemniczo zachęca, pękającymi porami, do odkrycia swojej zawartości. Nie wiem, co począć z egzotycznym owocem, a ów powoli, niepostrzeżenie i nieodwracalnie kurczy się, nabywając wciąż nowe, otwierające się zmarszczki. Może z czasem upodobni się do oblicza owej starej kobiety z sewastopolskiego pociągu?

*

Nigdy przedtem lepki miąższ melona nie bryzgał mocniej: "Jouissance, jouissance", powtarzałem. W białej pestce owocu, złożonej w Twojej otwartej, drżącej dłoni był krymski smak czarnej ciszy i Twoich ust, pełnych niczym pękające z niecierpliwej dojrzałości winogrona. Zmierzch niewinności.

Owo ziarenko przewieźliśmy bezwiednie do domu. W kieszeni letniej sukienki. Zapodziało się we wnętrzu, przypominając o sobie podczas Twojego snu.

*

Co nam kazało pójść na ten mały cmentarzyk z licznymi grobami Ślązaków o dziwnych nazwiskach i imionach? Co nam kazało stroić gołymi rękami grób bezimiennego dziecka, zapomniany, tuż przy betonowym płocie? Co nam kazało zająć się nieistniejącym ciałem, śmiercią, w czasie, w którym oczekiwaliśmy M.?

J. była w 4. lub w 5. miesiącu ciąży, kiedy kilka razy w tygodniu zachodziliśmy na ów podmiejski cmentarz i własnoręcznie porządkowaliśmy grób nieznanej nam istoty. Najpierw ustawiliśmy drewniany krzyż, oczyściliśmy ziemię z chwastów i plastykowych kwiatów i usłaliśmy "grobik" gałązkami świerczyny.

Kiedy o tym sobie przypominamy, nie potrafimy wyjaśnić naszej motywacji. Powodowani byliśmy jakąś kosmiczną siłą, dla której splot życia i śmierci stanowi esencję. W Reymontowskich Chłopach opis umierającego Boryny sąsiaduje z - pozoru nieistotną -informacją, że oto w Lipcach urodziło się kolejne dziecko (już nieważne - gospodarz to czy parobek z niego będzie). Spojrzenie z oddali. Natury? Boskiego punktu widzenia? Zabezpieczanie ciągłości. O to troszczy się Ziemia? Ożywiająca istnienie miłość i witalność, to więcej aniżeli przygody osobowej jaźni?

Więc czemu ulegliśmy? Atawizmowi (co tłumaczy stary odruch po przodkach)? Naiwnej wierze w opatrzność (złóżmy hołd śmierci, to być może w chwili, która nas czeka, Tanatos nie splecie się z Erosem)? Ale przecież sam przed sobą ujawniam takie możliwości tłumaczenia zaszyfrowanego znaczenia. W każdym razie mimo takiej świadomości coś/To (może jedno i to samo) gnało mnie z J., kiedy nadeszły pierwsze, ciepłe, wiosenne dni z powrotem na "nasz" grób.

*

Przed wyjściem J. ze szpitala miałem małą ideę fiksata. Robić M. zdjęcia. Każdego dnia o stałej porze. Przed zaśnięciem albo nad ranem. Jak dokumentację czasu Opałki. Zmiana twarzy. Ustawić później (kiedy?) te zdjęcia jedno po drugim. Niech tworzą historię.

W szpitalu po zrobieniu w rodzicielskim amoku 10. z kolei zdjęcia: skąd ta naiwna wiara, że tylko chronologia ma dać prawdziwy obraz porządku?

*

Śpi? Nie śpi? Nie wiem. Nie wiesz? Ma otwarte oczy, otwiera, otworzy, może zamknie. Biorę więc małego i spaceruję. Jak tata Dulski. Kilometry dookoła stoła.

*

Ćwiczenia z rytmiki. Podczas usypiania. Kiedy redukujemy się do ciała.

Wdech - "ło" - pierś się podnosi. "Si" - wydech, opada. "Ło" - "Si". Nasza mała mistyczno-organiczna dialektyka. Nie ma tutaj czasu. A właściwiej - jest nieważny. Jest wszechświat gry. W doprowadzenie do sennego zatracenia.

Na nic tu słowne perswazje, kołysanki, zasłyszane w zamierzchłej przeszłości wierszyki. Tylko rytm. "ŁoSi".

*

Drobne olśnienia mogę zapisywać tylko w chwilach, w których potrzeba M. zostaje zaspokojona. A przecież słowo pojawia się tuż przy rzeczy. Musi być silne, żeby się uleżeć. Zdjąwszy małego z rąk, ułożywszy w łóżeczku, mogę zająć ręce długopisem. Wtedy - uda się lub nie. Wywołać słowo, które było wcześniej. Słowo do-rzeczne. Na nic tu warsztat, pamięć, mnemotechnika.

Cierpliwość i pogodzenie.

*

Napisałem kiedyś: "zaskrobane w szczelinie papieru / pióro / zajmuje dłoń". Krzyk mojego dziecka uzmysławia mi dramatyczną różnicę. Pismo. A. Rzeczywistość. Pragnienie litery romantyków, która przemienia się w ciało. Jakaż ogromna tęsknota za jednością. Jakaż ogromna fikcja. Nietożsamość. Pisanie musi być oparte o brak. Tak jak teraz - dalszego ciągu.

Dobrze, idę, synku, już idę -