M
Droga
z Sewastopola do Bachczysaraju. Najtańszym środkiem -
elektriczką.
Nieprzebrany tłum. Zmęczeni, młodzi, początkujący biznesmeni,
spracowani do cna mężczyźni, baby wiozące na bazar co się tylko
da, grający na harmonii dla kilku kopiejek romscy chłopcy i wojenni
inwalidzi.
J.
zasnęła.
Strudzona
kilkugodzinnym rajdem po wybrzeżu i oczekiwaniem.
A
naprzeciwko - ta kobieta. Była idealnie zamknięta, była
nie-stąd. Zaplątała się w sieci czasu. Głębokie rysy na
wiekowej twarzy, zamiast otwierać historie, stawały się mosiężnymi
zasuwami. Kurtyny powiek podnosiły się z rzadka. A wówczas
ujmowała w kościste, obciągnięte cienistą skórą palce
stalinowską (autorstwo ojca narodu z trudem odszyfrowałem z
pożółkłej i zabrudzonej okładki) broszurę o zwycięstwie nad
faszystowskimi i kapitalistycznymi najeźdźcami.
Staruszka
nie poruszała w ogóle głową, jej sowie oczy komunikowały
właściwie jedno: jestem nieprzejrzysta. Nie jestem jak
kamień. Ja jestem kamieniem. Jej zgarbiona, przybrana w kolorowe
chusty postać odpłynęła w niebyt już w chwili, w której ją,
jak mi się podówczas wydawało, odkryłem. Nic podobnego.
Napotkałem, zobaczyłem tylko prawdziwą nicość, która przez
swoje szczeliny próbowała wessać mnie na drugą stronę.
*
Droga
na Czufut-Kale. Wiodąca w górę pośród niekończących się
straganów. Do kupienia wszystkie krymskie i tatarskie specjały:
gorące czjeburieki
i pirożki,
rozmaite wina, zanurzone w owocowej masie orzechy nerkowca, lawenda.
Skarby i owoce morza na targowych
ławkach
sąsiadują z kiszonymi ogórkami, suszonymi morelami, pestkami dyni
i słonecznika. Ludowe medykamenty ze specjałami tutejszej kuchni.
Wszędzie słychać głosy babuszek
wrzeszczących na mężczyzn, którzy z nieodłączną gorzałką w
ręku grają całymi godzinami w szachy, warcaby i karty.
Spotykamy
nagle człowieka z rozwichrzonymi, siwiutkimi włosami, który na
dźwięk naszej łamanej polszczyzną rosyjskiej mowy nieomal rzuca
nam się w ramiona. Przedstawia się jako rzekomy autor przewodnika
po Krymie dla Polaków. Wywieziony z Polski za Bieruta. Z babką,
jedną krową i zegarkiem po ojcu.
W
natłoku nieposkładanych emocji, szczerego zachwytu dla naszego
tutaj zabłąkania i kilkudziesięcioletniej tęsknoty, z jego
przedziwnej, zupełnie niesłychanej opowieści wyłania się obraz
samotności, upartego nieprzystosowania i oczekiwania na ślad
polskości. Prawdziwego, romantycznego tułacza.
Kupujemy
od niego owoc zwany jabłkiem Adama, z którego można ponoć
przyrządzić cudowne lekarstwo na reumatyczne bóle (a przy okazji
spirytusową nalewkę). Przedziwny: jakby jabłko, na które
naciągnięto ludzką skórę (chociaż zieleń owocu temu wrażeniu
nieco przeczy), z widocznymi porami i drobnymi włoskami.
Położone
teraz na stole w pracowni tajemniczo zachęca, pękającymi porami,
do odkrycia swojej zawartości. Nie wiem, co począć z egzotycznym
owocem, a ów powoli, niepostrzeżenie i nieodwracalnie kurczy się,
nabywając wciąż nowe, otwierające się zmarszczki. Może z czasem
upodobni się do oblicza owej starej kobiety z sewastopolskiego
pociągu?
*
Nigdy
przedtem lepki miąższ melona nie bryzgał mocniej:
"Jouissance,
jouissance", powtarzałem. W białej pestce owocu, złożonej w
Twojej otwartej, drżącej dłoni był krymski smak czarnej ciszy i
Twoich ust, pełnych niczym pękające z niecierpliwej dojrzałości
winogrona. Zmierzch niewinności.
Owo
ziarenko przewieźliśmy bezwiednie do domu. W kieszeni letniej
sukienki. Zapodziało się we wnętrzu, przypominając o sobie
podczas Twojego snu.
*
Co
nam kazało pójść na ten mały cmentarzyk z licznymi grobami
Ślązaków o dziwnych nazwiskach i imionach? Co nam kazało stroić
gołymi rękami grób bezimiennego dziecka, zapomniany, tuż przy
betonowym płocie? Co nam kazało zająć się nieistniejącym
ciałem, śmiercią, w czasie, w którym oczekiwaliśmy M.?
J.
była w 4. lub w 5. miesiącu ciąży, kiedy kilka razy w tygodniu
zachodziliśmy na ów podmiejski cmentarz i własnoręcznie
porządkowaliśmy grób nieznanej nam istoty. Najpierw ustawiliśmy
drewniany krzyż, oczyściliśmy ziemię z chwastów i plastykowych
kwiatów i usłaliśmy "grobik" gałązkami świerczyny.
Kiedy
o tym sobie przypominamy, nie potrafimy wyjaśnić naszej motywacji.
Powodowani byliśmy jakąś kosmiczną siłą, dla której splot
życia i śmierci stanowi esencję. W Reymontowskich Chłopach
opis umierającego Boryny sąsiaduje z - pozoru nieistotną -informacją, że oto w Lipcach urodziło się kolejne dziecko
(już nieważne - gospodarz to czy parobek z niego będzie).
Spojrzenie z oddali. Natury? Boskiego punktu widzenia? Zabezpieczanie
ciągłości. O to troszczy się Ziemia? Ożywiająca istnienie
miłość i witalność, to więcej aniżeli przygody osobowej jaźni?
Więc
czemu ulegliśmy? Atawizmowi (co tłumaczy stary odruch po
przodkach)? Naiwnej wierze w opatrzność (złóżmy hołd śmierci,
to być może w chwili, która nas czeka, Tanatos nie splecie się z
Erosem)? Ale przecież sam przed sobą ujawniam takie możliwości
tłumaczenia zaszyfrowanego znaczenia. W każdym razie mimo takiej
świadomości coś/To (może jedno i to samo) gnało mnie z J., kiedy
nadeszły pierwsze, ciepłe, wiosenne dni z powrotem na "nasz"
grób.
*
Przed
wyjściem J. ze szpitala miałem małą ideę fiksata. Robić M.
zdjęcia. Każdego dnia o stałej porze. Przed zaśnięciem albo nad
ranem. Jak dokumentację czasu Opałki. Zmiana twarzy. Ustawić
później (kiedy?) te zdjęcia jedno po drugim. Niech tworzą
historię.
W
szpitalu po zrobieniu w rodzicielskim amoku 10. z kolei zdjęcia:
skąd ta naiwna wiara, że tylko chronologia ma dać prawdziwy obraz
porządku?
*
Śpi?
Nie śpi? Nie wiem. Nie wiesz? Ma otwarte oczy, otwiera, otworzy,
może zamknie. Biorę więc małego i spaceruję. Jak tata Dulski.
Kilometry dookoła stoła.
*
Ćwiczenia
z rytmiki. Podczas usypiania. Kiedy redukujemy się do ciała.
Wdech
- "ło" - pierś się podnosi. "Si" - wydech, opada.
"Ło" - "Si". Nasza mała mistyczno-organiczna dialektyka.
Nie ma tutaj czasu. A właściwiej - jest nieważny. Jest
wszechświat gry. W doprowadzenie do sennego zatracenia.
Na
nic tu słowne perswazje, kołysanki, zasłyszane w zamierzchłej
przeszłości wierszyki. Tylko rytm. "ŁoSi".
*
Drobne
olśnienia mogę zapisywać tylko w chwilach, w których potrzeba M.
zostaje zaspokojona. A przecież słowo pojawia się tuż przy
rzeczy. Musi być silne, żeby się uleżeć. Zdjąwszy małego z
rąk, ułożywszy w łóżeczku, mogę zająć ręce długopisem.
Wtedy - uda się lub nie. Wywołać słowo, które było wcześniej.
Słowo do-rzeczne. Na nic tu warsztat, pamięć, mnemotechnika.
Cierpliwość
i pogodzenie.
*
Napisałem
kiedyś: "zaskrobane w szczelinie papieru / pióro / zajmuje dłoń".
Krzyk mojego dziecka uzmysławia mi dramatyczną różnicę. Pismo.
A. Rzeczywistość. Pragnienie litery romantyków, która przemienia
się w ciało. Jakaż ogromna tęsknota za jednością. Jakaż
ogromna fikcja. Nietożsamość. Pisanie musi być oparte o brak. Tak
jak teraz - dalszego ciągu.
Dobrze,
idę, synku, już idę -