Łzy życia - Krzysztof T. Wysocki

Reflow text when sidebars are open.
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2017
? Copyright by Krzysztof Wysocki, 2017
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.
Projekt okładki: Dominika Zakrzewska
Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż
Korekta: Katarzyna Dziagacz, Maciej Szłapka
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Książka wydana
w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-7856-936-7
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
A jednak doczekał w końcu tego dnia. Bena wyselekcjonowano i promowano do młodzieżowej kadry narodowej! Z radości Ralf nie wiedział, co ze sobą zrobić. Uszczęśliwiony, kręcił się po mieszkaniu tu i tam, niecierpliwie wyczekując powrotu Marii z pracy.
Benjamin, mój wspaniały syn, w kadrze juniorów!
Przed kwadransem zadzwonił Willy, trener Bena. Zawsze chłodny i opanowany, tym razem nie zdołał ukryć podekscytowania.
– No, Ralf... wódeczka na stół! Benjamin załapał się do młodzieżowej czołówki!
Jego poczucie szczęścia potęgował fakt, że od około trzech lat, a więc od kiedy chłopakowi szło już na piętnastkę, powoli zaczynał stawiać pod znakiem zapytania ewentualną karierę syna w piłce nożnej. Jak miał się wybić w tej popularnej i konkurencyjnej dyscyplinie sportu, jeśli nie zależało mu na tym choć w połowie tak, jak ojcu czy matce? Ben był utalentowany. Nigdy jednak nie wykazywał zbytniego pociągu do harówki treningowej czy samodyscypliny. I to również było powodem, dla którego zarówno Ralf, jak i Maria coraz częściej wątpili, by Ben zdołał się przedrzeć przez gęste sito rygorystycznej selekcji.
– Kilku z komisji było przeciw, wytykali lenistwo Bena – relacjonował Willy. – Większość jednak postawiła na jego talent. Nie zmienia to faktu, że postawa twojego chłopaka musi ulec radykalnej zmianie. Z kadry może dużo szybciej wylecieć, niż się do niej załapał.
– Musimy z nim wspólnie porozmawiać, Will. Masz na niego większy wpływ ode mnie.
Była to prawda. Od kiedy Benjamin w wieku dwunastu lat zrozumiał, że tata nie za bardzo umie się "kiwać", ten prędziutko przestał być dla niego autorytetem.
"Przestań, tato, przecież ty się na tym nie znasz! To nie boks, który trenowałeś. Boks to sport indywidualny – w nodze liczy się zgrana drużyna. Dwa różne światy. Na boisku decyduje o sukcesie współpraca całego zespołu, a nie to, kto komu pierwszy przypieprzy".
Niczego nie zmienił też fakt, iż Ralf – pojąwszy, że jego naciski przynoszą efekt odmienny od zamierzonego – z czasem zaprzestał uwag na temat słabości technicznych czy motorycznych Bena. Rzucaniem grochu o ścianę były także próby wzbudzenia w chłopcu większego zaangażowania, motywacji, chęci do pracy czy ambicji. Przy tym, co Ralf obiektywnie przyznawał, łagodne perswazje Marii przynosiły wprawdzie skromne, ale jednak bardziej widoczne efekty. Jego – podszyte dostrzegalnymi dla Benjamina emocjami – argumenty i nagabywania działały chłopcu na nerwy i przez to, wchodząc jednym uchem, drugim natychmiast wylatywały.
I tak, oczekując niecierpliwie przyjścia małżonki z pracy, dopuścił bezwolnie, by poprzez radosną euforię przebiły się smutne akcenty. Ralf kochał ich jedynaka bardzo, bardzo mocno, aż do bólu. Na pewno niewiele mniej aniżeli jego żona i matka Benjamina.
Dla Marii Ben był całym światem. Nie przyznałaby się do tego, ale każdy dzień widziała i organizowała poprzez pryzmat latorośli. Skutek był taki, że rozpieszczała go od zawsze. Ralf często stawał na to okoniem, co, również od zawsze, było najczęstszym powodem domowych niesnasek.
Czy jego próby konsekwentnego, acz liberalnego przecież wychowywania Bena mściły się teraz? Miał wrażenie, że tak. Nie potrafił już, jak dawniej, rozmawiać z synem. Nie znajdowali wspólnego języka. Obecnie dorastający nastolatek odzywał się do ojca praktycznie tylko wtedy, gdy musiał. Ralf niezmiernie nad tym ubolewał. Jednocześnie radował się w duchu serdecznym stosunkiem chłopca do Marii. Dręczyła go tutaj sprzeczność uczuć: odczuwał wyraźną ulgę z powodu przyjacielskiej nici porozumienia między synem a matką, zarazem jednak był zazdrosny, iż nie jest to i jego udziałem. Benni, jeśli komuś z czegokolwiek się zwierzał, to mamie. Ralf wiedział, że małżonka cieszy się całkowitym zaufaniem ich jedynaka. Zawsze okazywała mu pełne zrozumienie i jednocześnie... rozpieszczała właśnie. On natomiast starał się być niestrudzony w sprawach wychowawczych i w wymagających tego sytuacjach karał syna. Sporadyczne w gruncie rzeczy kary były z reguły niezbyt dotkliwe, w oczach kochającej matki stawały się jednak "zanadto surowe". Inicjowała wtedy "jedyne rozsądne rozwiązanie" i redukowała ojcowski zakaz grania w najbliższą sobotę w gry komputerowe, do tego samego zakazu, ale jedynie do południa; kara traciła wszelki sens. W soboty i niedziele Ben opuszczał łóżko, tak czy owak – o ile nie miał meczu bądź treningu – nie wcześniej niż o dziesiątej.
Benjamin od dawna doskonale zdawał sobie sprawę, że kary za przewinienia może w domu spodziewać się wyłącznie ze strony ojca. A i to od pewnego czasu nie robiło na nim większego wrażenia – mama, choćby i na drodze kłótni, za każdym razem wyciągała go z "tarapatów".
Zatopiony w myślach mężczyzna stał przed oknem z widokiem na balkon i ogród. Siąpił jesienny deszczyk; było szaro i smutno. Niewesołe refleksje i przygnębiająca wrześniowa panorama stonowały nieco jego entuzjazm, wynikły z sensacyjnej wiadomości przekazanej przez trenera.
Nie dalej jak przedwczoraj kolejny raz poróżnił się ostro z synem.
– Czego się mnie znowu czepiasz? O Boże, że też to akurat ja muszę mieć tak wrogiego ojca. Mama też ma ciebie dosyć! Czasami cię nienawidzę! Najlepiej wyprowadź się z tego domu!
Ralfa zatkało. Ben pozwalał już sobie wprawdzie na podobne, nieco histeryczne wybuchy, tyle że tym razem ponownie posunął się o krok dalej w sprawianiu mu bólu. Im bliżej osiemnastego roku życia, tym bardziej puszczały młodzianowi hamulce. Przez chwilę zastanawiał się nad surowym komentarzem nieprzemyślanej wypowiedzi tego na wpół jeszcze nastolatka, ale i na wpół już mężczyzny. Dał spokój. Popatrzył jedynie bezradnie w oczy dorastającego dziecka, zawierając w tym spojrzeniu całą swoją bezsilność i ból. Przez krótki moment łudził się, iż widzi w oczach chłopca coś nowego – jakby zrozumienie. Ten jednak w następnej chwili dokonał gniewnego zwrotu na pięcie, pobiegł na górę i zamknął się w swoim pokoju.
Otrząsnął się z ponurych rozważań.
"Bądź zadowolony z tego, co jest" – pomyślał. "Chłopak zaczyna robić poważne postępy w sporcie, nauka nie sprawia mu najmniejszych kłopotów (maturę w przyszłym roku zaliczy zapewne bez zająknięcia), ma wielu przyjaciół, cieszy się wzięciem u dziewcząt...".
Zerknął na zegar ścienny. Dochodziła osiemnasta. Ben siedział już w InterCity. W drodze do domu po długim treningu. Za dobrą godzinę on albo Maria pojedzie odebrać syna z dworca.
Marii nie podobało się to dojeżdżanie na treningi pociągiem.
– Czy do ciebie nie dociera, do czego dzisiaj dochodzi w pociągach i na dworcach?! – atakowała. – Chuliganeria, narkomani, kryminaliści! Ja się naprawdę boję o Benjamina.
Ostatecznie ustąpiła.
Wtorkowy trening był bardzo ważny. Poza treningami w klubie ich syn od prawie pół roku uczestniczył w cotygodniowych zajęciach treningowych kadry młodych talentów regionu północnego, a zarówno on, jak i Maria nie mogli – z przyczyn zawodowych – pozwolić sobie, akurat tego dnia tygodnia, na wożenie ich jedynaka do Hamburga. Z trudem zresztą zdołali uregulować tę sprawę ze szkołą. Benni wyjątkowo trzymał stronę ojca.
– Uspokój się, mamo, przecież nie jestem już dzieckiem. Cóż się stanie, jeśli raz w tygodniu będę korzystał z pociągu? Poza tym w październiku zdaję na prawko, więc będę mógł już samodzielnie jeździć na treningi.
W podtekście oznaczało to, że rodzice kupią mu samochód.
Miał rację. Ralf obiecał synowi na początek, po zdaniu egzaminu na prawo jazdy, mały, skromny pojazd: volkswagena lupo.
Dzieckiem to on faktycznie już nie był! Przystojny muskularny blondyn o męskich rysach twarzy. Miał obecnie sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu (czym przerósł o pięć centymetrów ojca) i ważył osiemdziesiąt pięć kilogramów. Niewątpliwie niejeden obcy dawał mu dwadzieścia lub nawet więcej lat.
Mój wspaniały chłopak!
Nagle poczuł silne ukłucie w sercu, nieokreślony lęk. Muszę koniecznie coś zrobić... albo któregoś dnia stracę moje dziecko bezpowrotnie i staniemy się obcymi sobie ludźmi. Koniec z fałszywą dumą i ambicją! Powodowały, że stale obrażał się na chłopca. Również miał jakoś problemy z okazywaniem mu swoich, tak silnych przecież, uczuć.
Ach, do diabła!
Jeśli będzie trzeba, obiecywał sobie, pokajam się przed moim chłopczykiem, uklęknę byle tylko... znowu mnie choć trochę kochał, jak wtedy, gdy był dzieckiem i gdy jeszcze nie katowałem go treningami i dyscypliną.
Określenie "katowałem" wcale nie było przesadzone. Ralf miał licencję trenerską w boksie. Więc dodatkowo, jako medyk, zdołał opracować optymalny system rozwijania motoryki Bena, co po kilku latach prowadzenia młodego sportowca zaowocowało doskonałą, żelazną kondycją piłkarza. Z jednej strony dumny był z osiągnięć ich chłopca, z drugiej świadom, że odebrał mu znaczną część dzieciństwa.
Ucisk w sercu nie ustępował. Ralf zdał sobie sprawę, że ma wilgotne oczy.
Podszedł do barku, nalał pół szklaneczki jacka daniel'sa i jednym haustem wychylił zawartość do dna.
Szczęknął zamek u drzwi wejściowych i do przedpokoju wtoczyła się zasapana Maria obwieszona torbami pełnymi zakupów i otwartą parasolką. Ralf nie zdołał jak dotąd rozszyfrować, czy jego małżonkę istotnie wykańczały zakupy, których dokonywała zwykle w drodze z pracy czy też jej stękanie miało manifestować: "Popatrz no tylko, jak ja się poświęcam dla domu".
Chcąc nie chcąc Ralf miewał w takich sytuacjach wyrzuty sumienia. Jednak załatwiając zakupy samodzielnie, prawie zawsze robił coś nie tak. Za tanio, za drogo, przeterminowana margaryna albo nieświeża kiełbasa.
Zzuwając obuwie, Maria zajrzała do salonu, gdzie Ralf nalewał właśnie do opróżnionej przed chwilą szklanki nową porcję alkoholu.
– A ty co, masz jakiś powód, żeby zalewać robaka? – zawołała żartobliwie.
Lubił, kiedy była w dobrym humorze. Kiedyś, kiedy jeszcze panowała między nimi wielka namiętna miłość, Maria rzadko pozwalała zepsuć sobie pogodny nastrój. Po latach małżeństwa stało się odwrotnie: nieczęsto bywała wesoła.
Podszedł do niej, położył ręce na delikatnych barkach i zajrzawszy ciepło w duże niebieskoszare oczy, uświadomił sobie, jak bardzo ją wciąż jeszcze kocha.
– Noo... co się tak gapisz jak sroka w gnat?
Lubił również tę jej pozorną szorstkość, grane prostactwo, jeśli tylko objawiała tym dobre samopoczucie.
– Stało się coś, o czym powinnam wiedzieć?
– A czy powinnaś wiedzieć o czymś... co dotyczy Benjamina?
– O tak! Mów mi tu zaraz, co się stało!
Nigdy nie wiedział, jak zakwalifikować ten jej niekiedy nawet uroczy brak cierpliwości. Raz widział w tym zaletę, kiedy indziej znowu drażniło go to.
– No zgadnij, co się mogło zdarzyć... dobrego.
– Raaalf! – W tej samej sekundzie zajrzała mu głębiej w oczy, natychmiast odgadując odpowiedź.
– Hurra! Nie, to nie może być prawda, nie wierzę... Ben w kadrze?! Wiedziałam, że stać go na to, zawsze w niego wierzyłam. O Boże, jak ja się cieszę, Ralfi!
Objęła go mocno, przytuliła się, stanęła na palcach i pocałowała w policzek. Odwzajemnił pocałunek, czule poklepując Marię po plecach. I nie miało dla niego teraz znaczenia, że jej odwieczna wiara w szczęśliwą gwiazdę Bena nie całkiem zgodna była z prawdą. Rozkoszował się tą rzadką chwilą bliskości, ciepłego kontaktu z żoną. Tkliwością obdarzała go coraz rzadziej. Kiedyż to po raz ostatni nazwała go pieszczotliwie Ralfi...?
Maria odsunęła męża na długość ramion i otaksowała uważnie od stóp do głów, jakby oglądała po raz pierwszy. Wysoki, szczupły szatyn o interesujących rysach twarzy i szarych oczach przypominał trochę Kevina Costnera; niewiele zmarszczek, zaznaczone w kącikach oczu kurze łapki i mocny rzymski nos, lekko – na skutek lat boksu – przekrzywiony. Złamanie to jakoś bardziej dodawało twarzy Ralfa męskiego uroku niż szpeciło.
"O Boże, ja go przecież wciąż tak bardzo kocham! Jak to możliwe, że tak strasznie się od siebie oddaliliśmy? Czy naprawdę nie możemy już nic poprawić w tym naszym od lat cierpiącym na obojętność związku?".
Jeszcze raz kurczowo przyciągnęła mężczyznę do siebie, czule całując przez materiał koszuli obojczyk małżonka.
Nie miał biedak zielonego pojęcia, kiedy się tak tulili do siebie we wspólnej radości, że przez wiele przyszłych lat będzie wspominał tę intymną scenę jako jeden z najszczęśliwszych momentów w ich związku. Jako w ogóle ostatnią szczęśliwą chwilę z kobietą swojego życia – chwilę, której nigdy więcej nie będzie mu dane zaznać w bezmiarze nadchodzących cierpień.
***
Trzech wyrostków panoszy się hałaśliwie po peronie niewielkiej stacji kolejowej. Są na lekkim rauszu. Widać, że mają ochotę na jakąś rozróbę, tylko nie bardzo jest kogo zaczepić. Czekający na pociąg to w większości starsi ludzie.
Przechodzący zawiadowca przygląda się krótko, ale uważnie agresywnym małolatom. Ich wiek ocenia na piętnaście do osiemnastu lat. Dwóch nastolatków to młode, na łyso wygolone osiłki. Chłopcy są głośni, pewni siebie, wulgarni. Hersztem tej nielicznej bandy zdaje się być jednak jej trzeci członek: wyglądający na najmłodszego – ciemnooki, śniady brunet o normalnym wyglądzie i zwykłej, "grzecznej" fryzurze. Szczupły, nie więcej niż średniego wzrostu, jest znacznie drobniejszy od swoich towarzyszy, za to bardziej ponury. Mniej hałaśliwy, oszczędniejszy w słowach, nie uczestniczy nazbyt aktywnie w obraźliwym molestowaniu wypatrujących pociągu podróżnych. W tej chwili jednak mówi coś, co natychmiast powoduje akceptujący rechot potężnych byczków.
"Nawet ładny chłopiec z tego posępnego młokosa" – przyznaje w duchu pracownik kolei. Wnikliwe, szacujące spojrzenie mijającego ich zawiadowcy wyłapane zostaje właśnie przez smagłego szefa agresywnych chuliganów.
– Co tak strzelasz patrzałami, frajerze?
Zaczepka wypowiedziana zostaje nie za głośno, wszak wystarczająco wyraźnie, zimno i z lekkim obcym akcentem, podkreślającym złowróżbność wyzwania. Twarz mroczna, spojrzenie spode łba, złe i jakby... chore. Dwaj mięśniowcy uśmiechają się złośliwie i wyczekująco. Kolejarz nie jest strachliwym człowiekiem, mimo to rezygnuje z zamierzonej riposty; nie daje się sprowokować i z ulgą, ignorując szydercze rżenie napastliwych łysych gówniarzy, przechodzi do tej część peronu, gdzie grupa ludzi spogląda już w kierunku dającego się słyszeć z oddali InterCity.
Deszcz przybiera na sile.
Ciepła wrześniowa ulewa, bez znaczenia dla ludzi na zadaszonym peronie. Przyjmując wślizgujący się z cichym łoskotem w progi jego dworca kolejowego skład wagonów, będący dobrym obserwatorem zawiadowca rejestruje dwie ładne, młode dziewczyny wchodzące na peron schodami z tunelu. Przystają kilkadziesiąt metrów za podchmielonymi rozrabiakami, czekając już tylko na zatrzymanie się pociągu. Kiedy wsiadają, zostają wypatrzone przez młodych łobuzów, którzy po krótkiej wymianie zdań nie podążą jednak za nimi, wybierając drzwi trzy wagony dalej. Pracownik kolei podejrzewa, że chuligani nie nabyli biletów. Waha się chwilę... ach, to w końcu sprawa konduktora, a i nie jest on jedynym mężczyzną w obsłudze takiego składu. Zawiadowca zapomina więc niebawem o nie pierwszym tego typu incydencie na jego stacji; ma ważniejsze – służbowe – sprawy na głowie.
***
Benjamin siedział samotnie w rogu otwartego wagonu bezprzedziałowego, twarzą w kierunku jazdy, i dawał odpocząć – wyciągniętym na pustym siedzeniu naprzeciw – zmordowanym nogom. Wybrał fotele, które znajdowały się w bezpośrednim sąsiedztwie przejścia do dalszych części składu. W wagonie było raptem kilka osób. Monotonny stukot kół usypiał go, znużonego ponad dwugodzinnym treningiem. Zasnąć jednak nie mógł. Po raz enty przeżuwał w myślach ostatnią kłótnię z ojcem. Zdawał sobie sprawę, że zachował się nie fair. Nie mógł wyjść z podziwu, że przy swojej inteligencji (nie miało to nic wspólnego z zarozumiałością – po prostu wiedział, iż ma nieco oleju w głowie) był tak niesprawiedliwy wobec starego.
"Wobec taty" – poprawił się w duchu. "Jak w ogóle mogłem zacząć nazywać go "stary"?" – poczuł w zawstydzeniu krew uderzającą do twarzy.
A i ta ostatnia ich waśń nie zmieniłaby jego postawy wobec rodziciela, gdyby się wreszcie nie przebudził, widząc całą tę rozpaczliwą miłość do niego, głębię ojcowskich uczuć w smutnych oczach Ralfa. Jedno jedyne pełne cierpiącej miłości spojrzenie ojca, niemo błagające o litość. Zrozpaczone, zmęczone oczy tatusia, z którego jeszcze parę lat temu był taki dumny.
W oczach wezbrały łzy. Miał wyrzuty sumienia, ale łez się wstydził.
"A to już twoja szkoła, tatku" – wyrzucał ojcu w myślach. "To chyba dlatego się od ciebie odwróciłem, ojczulku. Tak bardzo zapatrzyłeś się w moją karierę, że bardziej zważałeś na to, bym był twardy, nieugięty i zdyscyplinowany, niż na moje prawa jako syna. Twojego dziecka, pragnącego o wiele więcej ciepła, aniżeli go od ciebie dostawało. Wszystko jedno! Przecież i tak wiem, jak bardzo mnie kochasz. I ja cię kocham, i powiem ci o tym. Ukocham cię i przytulę się do ciebie jak dawniej".
Czuł, że coraz bardziej się rozkleja, więc w mocnym postanowieniu pojednania z rodzicem (jakże mu go już od kilku lat brakowało; poprzez twarde treningi doszło do tego, że bardziej w nim widział bezwzględnego i wcale nie najlepszego trenera niż ojca) spróbował odwrócić myśli ku czemuś innemu.
Bez powodzenia jednak.
"Przecież on mnie potrzebuje równie mocno, jak ja jego... Widziałem to w twoich oczach, tatusiu". Z trudem wyrwał się z zadumy, obserwując, jak pociąg staje na jedynym z przystanków między Hamburgiem a jego miastem rodzinnym. Rzucił okiem na zegar peronowy. Za około czterdzieści minut ktoś – mama albo tato – odbierze go z dworca.
Zachmurzył się znowu.
Przypomniał sobie, że w czasie jego treningu zapadła prawdopodobnie decyzja, kto zostanie wcielony do kadry młodzieżowej Niemiec. Lista była już właściwie znana. Zostało tylko jedno miejsce i ich trzech: on – Benjamin Storch, następnie Mathias Hagemann oraz ten siedemnastoletni Rosjanin (Ben lubił go) któremu ostatnio przyznano niemieckie obywatelstwo, Sergiej Korolev.
Nie wierzył w swoją nominację.
Jego lenistwo do treningów było znane i nie wypierał się tego; w duchu przyznawał obiektywnie, że nie zasługuje na awans. Od dawna już traktował piłkę na luzie. Na karierze też mu, tak naprawdę, specjalnie nie zależało. Rodzicom za to na pewno: i to jak!
"Wszystko jedno jak brzmi decyzja selekcjonerów. Nasz układ syn–ojciec / ojciec–syn nie ma prawa dalej funkcjonować w tak bezdusznej formie! Nie może być tak, że nasze kontakty sprowadzają się jedynie do boksowania w piwnicy. To musi ulec zmianie. Moja w tym głowa!". Pociąg potoczył się w dalszą drogę.
Do wagonu wkroczyły dwie szczupłe dziewczyny – rok, może dwa lata młodsze od Bena. Szczebiotały wesoło, mijając kolejne szeregi foteli z pojedynczym pasażerem tu i ówdzie. Przemknęły obok piłkarza i były już w przejściu do następnej części składu, kiedy go dostrzegły – rozwalonego wygodnie chłopaka w wiśniowym dresie pumy i widoczną pod rozpiętą bluzą, białą podkoszulką sportową tej samej marki. Był przystojny i patrzył na nie nieobecnym i jakby smutnym wzrokiem.
Chichocząc cicho, poszeptały coś do siebie, po czym zawróciły i trochę nieśmiało – świadome, że ładny chłopiec domyśli się powodu ich decyzji – usiadły naprzeciwko i ukośnie względem niego, przy przeciwległym oknie.
Benjamin wrócił do siebie.
Poczuł wręcz wdzięczność do dziewcząt. Pozwoliły mu uwolnić się od niewesołych myśli. Były ładne, uśmiechnięte i równie spontaniczne w zachowaniu jak – zazwyczaj – on sam.
– A co wam tak wesoło, panienki? – zagaił bez dłuższego namysłu, szczerząc przy tym pełne uzębienie; znał rozbrajające działanie swojego łobuzerskiego uśmiechu. – Dajcie i mnie się pośmiać.
Spojrzały po sobie, by następnie z ulgą zgodnie wybuchnąć śmiechem. Pierwszy kontakt z sympatycznym młodzieńcem został nadzwyczaj łatwo nawiązany.
– Panienki? Podrywasz nas jak jakiś stary ramol?!
– Nie podrywam was, tylko próbuję kulturalnie zawrzeć znajomość.
***
Elvis kipiał wewnętrznie z wściekłości. Nie potrafiłby nawet wyjaśnić dlaczego. Jego łysi żołnierze działali mu dzisiaj wyjątkowo skutecznie na nerwy. Wiedział, że jest niesprawiedliwy. Akurat ci dwaj byli mu szczególnie wierni i godni zaufania.
Gang, któremu przewodził liczył razem z nim dziewięciu ludzi: sześciu chłopaków i trzy dziewczyny. Więzi w grupie scementowało ostatnie pół roku. Zaliczyli w tym okresie parę włamów, rozbojów i kilka rozrób z mniej lub bardziej poważnymi bijatykami. Elvis był bystry i ambitny. Wszystko, co zaplanował, realizowali daleko od ich miejsca zamieszkania. I z tej właśnie przyczyny, jak i dzięki relatywnie logicznemu organizowaniu każdej akcji (łącznie z jej zakończeniem), grupa nie wpadła dotąd w oko stróżom ładu i porządku. I to ją, jak na razie, skonsolidowało. Jako boss, i jednocześnie jako chyba jedyny w gangu rozumiał, że sukces jego bandy, jej przetrwanie, zależy od możliwie najdłuższej bezkarności działania poza marginesem prawa. Ponieważ został przez innych członków grupy zaakceptowany jako przywódca, czuł się odpowiedzialny za los swoich ludzi.
Teraz – napakowany niezrozumiałym gniewem – siedział ponuro pod oknem opuszczającego właśnie stację pociągu. Rozwaleni naprzeciw kompani, wyczuwając jego rozsierdzenie, zachowywali mimo pobudzającego wpływu wypitego alkoholu zgodne milczenie.
Elvis był najmłodszym synem patriarchy zawiadującego rodziną Kosowo-Albańczyków i jedynym z siedmioosobowej czeredy dzieckiem, które nie urodziło się w pierwotnej ojczyźnie, a już w wybranym przez rodziców (a raczej przez jego ojca Ibrahima) kraju emigracji. Trójkę pierwszych, najstarszych potomków Ibrahima Mustafy, stanowili bracia przywódcy gangu. Potem następowały trzy siostry. Najstarszy z braci liczył piętnaście lat więcej od niego, zaś najmłodsza z sióstr – pięć. Kiedy matka go urodziła, była już grubo po trzydziestce. Zmarła po ciężkiej chorobie zanim ukończył trzeci rok życia. Pozostało mu po niej jedynie niejasne wspomnienie czegoś pulchnego, ciepłego i dobrego, nucącego kojąco, kołysząc go w ramionach do snu. Było to jedno z nielicznych miłych wspomnień z jego dzieciństwa, w czasie którego cała pozostała rodzina zapominała latami, że wciąż jeszcze jest wśród nich małe dziecko. No, może pomijając Semę, najmłodszą z sióstr: ona zastąpiła mu jednak w pewnym stopniu zmarłą mamę. Odkąd sięgał pamięcią, w rodzinie ciągle miały miejsce spory, nabrzmiewające przy akompaniamencie ich zawodzącej ludowej muzyki. Paradoksalnie, kłótnie rozniecał nierzadko ojciec będący głową znacznej części rodu albańskich Mustafów żyjących w Niemczech. Jego wyobrażenia o sposobach wychowywania dzieci oraz o roli kobiety w rodzinie były bardzo konserwatywne i oparte w całości na tym, czym nasiąknął on w muzułmańskim środowisku swojej młodości. Demagogiczny w swoich poglądach ojciec nie był gotów choćby minimalnie pójść na kompromis z demokratycznymi obyczajami kraju emigracji, który sam wybrał.
– Okay, Johnny! – wykrzyknął energicznie swoje ulubione bezsensowne powiedzonko, otrząsając się z ponurych myśli. Jego kamraci wiedzieli już, że "okay, Johnny" jest zwiastunem jakiejś akcji.
– Za mną, robimy skapiorę!
Elvis ruszył z werwą pomiędzy fotelami w kierunku sąsiednich wagonów.
Jego groźnie wyglądający towarzysze ochoczo pomaszerowali za nim.
***
Ralf i Maria postanowili wspólnie odebrać Benjamina z dworca kolejowego. Byli rozradowani i mieli nadzieję, że ich jedynak nie wie jeszcze o swojej nominacji. Chcieli być tymi, którzy jako pierwsi poinformują syna o jego sukcesie. Zwykle czekali na powrót młodzieńca z treningu na placu przed gmachem dworca kolejowego czy nawet na parkingu, kawałek dalej. Tym razem już długo przed planowym przyjazdem InterCity pofatygowali się bezpośrednio na peron pierwszy. Gadali jak najęci, dając upust podnieceniu i wspominając jedynie pozytywne rodzinne wydarzenia z udziałem Bena. Wszelkie animozje małżeńskiej pary zdały się pójść na zawsze w niepamięć.
Euforia rodziców utalentowanego sportowca była uzasadniona. Oprócz radości odczuwanej w związku z nominacją jedynaka byli świadomi, iż awans ten oznaczał nieliche dotacje, będące wprawdzie bez znaczenia dla dobrze sytuowanych państwa Storch, oznaczające jednak pierwszy poważny zarobek ich dziecka. I z tego powodu także byli dumni.
Praktyka Ralfa zapewniała ogromne dochody i w gruncie rzeczy Maria nie musiała pracować jako nauczyciel akademicki. Mogła siedzieć w domu i wydawać nadmiar pieniędzy, nie troszcząc się dłużej o wykształcenie swoich studentów. Ale ona chciała kontynuować pracę nauczyciela, a Ralf to rozumiał i popierał.
Niebagatelną rolę odgrywały natomiast korzyści wynikające z intensywnej i profesjonalnej opieki oraz mecenatu nad Benem wszelkich guru związanych z piłką nożną. Treningi z najlepszymi z najlepszych miały stać się udziałem ich dziecka jeszcze w tym miesiącu! Ralf i Maria byli na bieżąco z aktualną polityką w sporcie młodzieżowym. Stagnacja w piłce nożnej w kraju w ostatnich latach i znaczący rozwój tej dyscypliny wśród innych – dotąd mniej liczących się – nacji, spowodowały nagły wzrost troskliwej opieki Niemieckiego Związku Piłki Nożnej nad utalentowanym narybkiem. Znacznie podniesiono subwencje na rzecz intensywnego rozwoju potencjalnych następców zblazowanych piłkarzy-milionerów, dawno sytych chwały i pieniędzy, których motywacja zatraciła gdzieś po drodze siłę przebicia. Fenomen ten zaczął się objawiać coraz częstszym brakiem powodzenia na międzynarodowej arenie sportowej. Na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w 1998 roku nastąpiła pierwsza poważna klapa. Dalszymi dowodami regresu było niezakwalifikowanie się reprezentacji Niemiec do ubiegłorocznej olimpiady w Australii. No a (również ubiegłoroczne) mistrzostwa Europy ostatecznie pokazały, jak źle jest z niemiecką piłką nożną; już w czerwcu 2004 reprezentacja Niemiec odpadła z dalszych rozgrywek. Nie zdołała się nawet przedrzeć przez grupowe zmagania kwalifikacyjne. Zaraz po tym kolejnym sportowym niewypale ze zdecydowaną aktywnością zabrano się za forsowanie młodszego pokolenia piłkarzy.
Lepszego momentu na jakościowy awans oraz wykorzystanie niebagatelnych umiejętności Benjamina Storcha nie mogli sobie jego ambitni rodzice wymarzyć.
***
Benjamin przekomarzał się w najlepsze z poznanymi dziewczętami. Siedzieli teraz twarzą w twarz po jego stronie wagonu.
Anke i Tania. Obydwie były ładnymi nastolatkami i miały, jak się okazało, po szesnaście lat. Wracały do domu z wizyty u wspólnej znajomej. Anke paplała bez opamiętania, ślicznie się śmiała i miała trochę pstro w głowie. Dała się lubić od pierwszego wejrzenia. Jednak uwagę Benjamina znacznie bardziej przykuła jej przyjaciółka. Nie sprawiała wrażenia małomównej, ale pozostawała w cieniu nie dopuszczającej jej do głosu Anke. Tania nie wydawała się być tym zmartwiona. Odzywała się rzadko, lecz jej krótkie wypowiedzi miały ręce i nogi, i za każdym razem podszyte były humorem. Ben szybko spostrzegł, że ta piwnooka naturalna blondynka oprócz urody ma również spory zasób inteligencji. Obserwując ją ukradkiem, odkrył, iż dziewczyna nie pozostaje dłużna i przysłuchując się jego konwersacji z Anke, także mu się dyskretnie przygląda, próbując wyrobić sobie o nim właściwą opinię. W momencie, kiedy wychwycił uważny, taksujący wzrok Tani, nagle – otwarcie i niemal wyzywająco – spojrzała mu w oczy, a on całkiem wbrew sobie zarumienił się po uszy. Dostrzegła zmieszanie Bena, pojęła przyczynę i roześmiała się głośno. Nie było w tym śmiechu szyderstwa czy ironii. Był on spontaniczny, serdeczny, bardzo melodyjny i wyrażał – Benjamin zdziwił się, że to możliwe – życzliwość dziewczyny dla niego. Odwzajemnił jej śmiech nieco sztucznie, ale – jak miał nadzieję – zawarł w nim całą rosnącą w nim z minuty na minutę sympatię do tej dopiero co poznanej nastolatki.
– A wy co? Co się tak chichracie?
Dopiero teraz zauważyli, że Anke zamilkła, popatrując na nich podejrzliwie.
– Ze mnie się śmiejecie? Powiedziałam coś głupiego?
– Ależ skąd, Anki, my tylko...
Łoskot szurniętych z przesadnym rozmachem drzwi przerwał próbę tłumaczenia Tani.
Z przejścia między wagonami wytoczyło się, przepychając wzajemnie, trzech małolatów, jak ich nazwał w myślach niekoniecznie starszy Ben; hałaśliwością i pewnością siebie zdradzali zdecydowanie zaczepne intencje.
Widok pary dziewcząt i uśmiechniętego od ucha do ucha młodzieńca sprawił, że zamilkli na chwilę. Przystanęli, szacując rozpartą wygodnie na przeciwległych siedzeniach trójkę młodych. Rozdrażnionego Elvisa z miejsca opanowała nienawiść do szeroko uśmiechniętego, zadowolonego z siebie przystojnego blondyna. Uśmiech ten nie schodził z twarzy młodego mężczyzny nawet teraz, kiedy on i jego chłopaki wyraźnie akcentowali swoim zachowaniem agresywne zamiary. Ogarnęła go wściekła pasja i tak nieodparta żądza mordu, że poczuł, jak blednie, a ręce bezwolnie zaciskają się w pięści.
Benjamin pół siedział, pół leżał twarzą do przejścia, a tym samym do oddalonych o parę kroków nieproszonych gości, którzy złowrogo mierzyli ich lekko zamglonymi od alkoholu oczami. Poczuł nieznaczny skok adrenaliny, choć ani trochę strachu. Był w stanie poradzić sobie w razie napaści z całą tą trójcą podpitych i pewnych siebie łobuzów z ich czarnym watażką na czele.
Był o tym przekonany.
Ten drobny, ciemnooki i ponury zawadiaka wzbudził w nim nawet rodzaj zaciekawienia. Oczywiste bowiem było, że mimo niepozornej sylwetki miał on decydujący głos w tej małej bandzie zadufanych w sobie cwaniaczków.
***
Jako piłkarz grający w obronie był bardzo trudną do pokonania przeszkodą dla atakującego przeciwnika.
Mocny, szybki, zdecydowany i agresywny. Bawół. Tak nazywało go – za jego plecami – wielu kolegów sportowców. Potajemnie, ponieważ Ben, nie wiadomo dlaczego, nie cierpiał tego przydomku. Dziwne tym bardziej, że miano to w swoim zamyśle nie tyle miało go obrażać, co wyrażało sportowy podziw dla jego maestrii.
Ben przyznawał, że wiele ze swojej niezłomności i odwagi w walce o piłkę zawdzięczał ojcu. Przed paru laty – wbrew niemu i matce – Ralf postanowił skłonić go do dodatkowych treningów: lekcji boksu. W ten sposób zamierzał wzmocnić mentalnie nie za silnego psychicznie (jak mu się wydawało) syna.
Po początkowej niechęci Benowi nieoczekiwanie spodobały się sparingi z ojcem. Boksowali z wkładami ochronnymi na zęby, Ben dodatkowo w kasku. On miał prawo bić twardo, serio, bez dozowania siły ciosów, Ralf natomiast nie lokował całej mocy w swoje akcje, częściej markując uderzenia, niż je po wyprowadzeniu rzeczywiście wykańczając. Tylko od czasu do czasu świadomie zadawał pięścią ból chłopakowi.
Pierwotny plan Storcha – boksować raz w tygodniu przez parę miesięcy – zmienił się za sprawą juniora tak dalece, że zaczęły go dręczyć całkiem poważnie obawy, czy aby synowi nie zachce się raptem zdradzić piłki nożnej na rzecz pięściarstwa. Doszło do tego, że młodzieniec prosił o dwie, trzy rundki w salce gimnastycznej ich obszernej piwnicy przy każdej okazji, kiedy tylko obydwaj dysponowali wolnym czasem.
Gdy jednak Benni – intuicyjnie odbierając niepokój Ralfa – stwierdził, że nie mógłby wziąć się za boks wyczynowo, gdyż ostatnie czego by pragnął, to okropna facjata, jakiej dorabiają się niektórzy pięściarze, ten odetchnął z ulgą. Ralf, choć lubił boks, nie chciał, żeby jego dziecko uprawiało tę niebezpieczną dyscyplinę sportu. Oczywiście niezależnie od tego, że szkoda by było lat pracy włożonych w piłkę nożną. Tak więc od czasu do czasu przez następne lata zaliczali swój sparing. Ostatnio – w związku z ochłodzeniem atmosfery między nimi – sporadyczniej, przy czym emerytowany bokser Ralf Storch musiał skończyć z markowaniem ciosów, jeśli miał skutecznie stawiać czoła atakującemu ostro, dorastającemu mężczyźnie. W przeciwnym razie narażał się w pracy na utratę pacjentów: niejeden z nich zwątpiłby w chirurga... wymagającego interwencji kolegów po fachu.
Ojciec Benjamina osiągnął zamierzony cel. Młody piłkarz stał się istotnie nieczuły na ból, a także bardziej zdecydowany i pewny siebie na boisku. Był teraz swobodniejszy, pełen wiary w swoje umiejętności, a jego talent zaczął w pełni wypływać na powierzchnię.
Ben wyczuwał, że ojca radowały dalsze spotkania z nim sam na sam, nawet jeśli schodzili do piwnicy jedynie po to, by okładać się wzajemnie pięściami.
I tak też było rzeczywiście z punktu widzenia Ralfa: lepsze to niż nic, niż coraz bardziej zanikający kontakt między nim a jego dzieckiem. Lekarz przyznawał też – bardzo go to cieszyło – że ich walki pozbawione były wściekłości, niezdrowej rywalizacji i zawziętości czy wręcz elementów nienawiści.
Zupełnie inaczej, stwierdzał ze smutkiem, niż w trakcie ich słownych utarczek.
***
Ben uśmiechał się, spoglądając na wygolonych ćwierć-Schwarzeneggerów i niepozornego chłopaka o ciemnych posępnych oczach.
Uśmiech stężał na twarzy atlety.
Boks z ojcem nauczył go odkrywać we wzroku przeciwnika zamysł ataku w następnym ułamku sekundy. Przez krótki moment miał wrażenie, że szczupły smagły brunecik rzuci się na niego. Patrzył czarnemu prosto w oczy. Był gotów. W półleżącej pozycji i mimo że nonszalancko podparty łokciem, był gotów do natychmiastowej kontrakcji.
Elvisowi istotnie niewiele brakowało do rzucenia się na blondasa. Zapragnął nagle zmiażdżyć doprowadzający go do szału uśmiech tamtego. Intuicja zabijaki, który liznął nieco karate, ostrzegła go jednak, że może się to okazać niewypałem. Instynkt podpowiadał, że nie jest to jeden z tych dyskotekowych bufonów z niewyparzoną gębą w grupie, a cienko piejących oko w oko z ostrym facetem. Ten tu wyglądał na prawdziwego sportowca; silnego i na pewno nie strachliwego.
– No... co jest, przyjaciele? – Ben przerwał spokojnie przydługawą już nieco chwilę napiętego milczenia. Był świadom rosnącego zdenerwowania nowo poznanych dziewcząt, więc poczuł się w obowiązku przejąć inicjatywę w tej niezbyt sympatycznej sytuacji. – Przeszkadzamy wam w czymś może?
– Ty się tu, kurwa... – zaczął wściekle potężniejszy z łysych wyrostków ("Mniej więcej mojego wzrostu" – pomyślał Ben), ale brunet o ponurych oczach, szef zawadiaków, zamknął mu usta niecierpliwym gestem. Następnie zbliżył się powoli do Benjamina, rozjaśniając nieoczekiwanie swoją mroczną twarz szerokim uśmiechem.
Elvis wiedział, że w tym momencie wydał się sympatyczny zarówno tym siksom, jak i blondasowi. Niejedną już piczkę "wyjął" na ten uśmiech. Nie przestając szczerzyć zębów, nachylił się do również uśmiechniętego sportowca i błyskawicznie wystrzelił lewą rękę w kierunku jego podbródka, pozorując zadanie ciosu.
Chciał przetestować blondyna.
Nim jednak niezaciśnięta nawet w kułak dłoń dotarła bliżej twarzy młodzieńca, utkwiła raptem w prawicy zaatakowanego.
Jak zahipnotyzowany, Elvis w niemym zaskoczeniu obserwował, jak potężna, opalona, żylasta ręka – ładne długie palce, przemknęło mu z mimowolnym podziwem – zaciska się niespiesznie z siłą imadła na jego schwytanej w pułapkę drobniejszej dłoni. Czuł rosnący powoli ból i natychmiast pojął, że za chwilę będzie on nie do zniesienia, a wtedy zacznie klękać i być może nie uda mu się nawet powstrzymać jęku.
Kto w swoim życiu "poczęstowany" został mocarnym, przemożnym, wzmaganym powoli i nieubłaganie uściskiem ręki, ten wie, jak nieodparcie idzie się w klęczki w irracjonalnej, rozpaczliwej nadziei uniknięcia w ten sposób okropnego, miażdżącego, nie kończącego się, i wciąż i dalej rosnącego bólu.
W dzikiej, zwierzęcej desperacji Elvis szarpnął się z całą mocą, na jaką stać było jego wcale nie słabą, mimo drobnej postury, muskulaturę. Dodatkowy paroksyzm bólu przeszył staw łokciowy i ramię młodego watażki, wywołując stłumiony jęk, którego nie był nawet świadom.
I nic! Ręka niefortunnego napastnika w dalszym ciągu poddawana była miażdżącej torturze. Jak zabetonowana! W następnej chwili klęknął przed zaatakowaną dopiero co "ofiarą". Z nienawiścią pomieszaną z błaganiem patrzył Benowi w oczy. Po policzkach Albańczyka spływały bezwiednie łzy. Choć w jego odczuciu trwało to niemal wieczność, minęło może sześć, osiem sekund od nieprzemyślanego sprowokowania blondyna do spowodowanego rosnącym bólem przyklęku.
Widok ten najpierw obezwładnił, a następnie rozjuszył Karla – potężniejszego z byczków. Zaufany żołnierz Mustafy otrząsnął się w końcu z szoku i skoczył do przodu. W ręku zabrzęczał krótki łańcuch. Niby akompaniament dał się słyszeć obok histeryczny, przenikliwy krzyk Anke. Zamach uzbrojonego w stalowe ogniwa ramienia i... prawie niedostrzegalny moment wahania wywołany niebezpieczną bliskością obiektu ataku od skulonego szefa. Ta krótka chwila niezdecydowania wystarczyła Benowi. Ugięta noga wciąż wygodnie rozwalonego piłkarza śmignęła raptem jak wystrzelona z katapulty, z niezachwianą pewnością osiągając pełny wyprost na masywnym udzie śpieszącego z pomocą bossowi Karla. Atakujący zawył ochryple, padając – rzucony siłą kopniaka – na nie za miękkie, częściowo metalowe foteliki po przeciwległej stronie przejścia, dokładnie tam, gdzie niedawno siedziały przypadkowe znajome Bena. Teraz przycupnęły one wystraszone naprzeciw niego, przytulone do siebie i do okna, starając się unikać wszelkiego kontaktu z klęczącym przed Benem, agresywnym wyrostkiem.
Koncentrując uwagę na szarżującym chuliganie, Ben uwolnił obolałą rękę ponurego smagłego watażki. Widział go teraz kątem oka, w pierwszym rzędzie czujnie śledząc podnoszącego się jakby z namysłem łysego osiłka, a także jego niezdecydowanego, stojącego wciąż jeszcze w przejściu pomiędzy wagonami, równie gładko wygolonego kumpla.
Benjamin popełnił błąd, odwracając uwagę od skręcającego się przed nim z bólu chłopca, uznawszy go za chwilowo unieszkodliwionego. Błąd tym większy, że taki niepozorny chłopaczyna musiał przecież zasłużyć sobie jakoś na pozycję bossa. I to, oczywiście, czymś szczególnym na polu przemocy.
Elvis, nie zważając na ból i ograniczoną łzami ostrość widzenia, wciąż jeszcze klęcząc, wykonał trudno dostrzegalny, szybki i bardzo gibki ruch palcami i nadgarstkiem prawej ręki; trik możliwy dzięki odpowiedniemu spreparowaniu rękawa, nad którym uparcie pracował każdego dnia.
Jego manewr zauważyła mimo wszystko, nieco mniej od Anke przerażona incydentem Tania. Jej zamierzony okrzyk "uważaj", zakończył się piskliwym i krótkim – na skutek zarówno braku czasu, jak i szoku – "Uuu...!".
Całą swoją siłę woli i nienawiści Elvis skoncentrował na możliwie błyskawicznym, podstępnym wyrzucie prawej ręki. Cios zadany z klęczek i od dołu był na tyle szybki, że ostrzeżenie pojmującej straszny zamiar Elvisa Tani, nie miało szans na powodzenie. Pomimo to młody sportowiec, wciąż jeszcze półsiedząc, znowu zdołał instynktownie schwytać, tym razem swoją lewą, atakującą rękę młodego gangstera.
Nie poczuł bólu.
Wrażenie jakiego doznał, było uczuciem przejmującego zimna. Odbierał ostrze obezwładniającego lodowatego chłodu obejmującego nieodparcie wnętrze jego klatki piersiowej.
Podparty prawym przedramieniem Benjamin Storch wpatrywał się z niedowierzaniem w trzymaną przez siebie w nadgarstku rękę napastnika. Zbielałe z wysiłku palce chuligana zaciśnięte były na rękojeści noża, której część dawało się dostrzec pomiędzy jego kciukiem a palcem wskazującym. Dociskała ona do ciała, tuż pod mostkiem, podkoszulek piłkarza.
"W moim sercu tkwi nóż" – dotarło do Bena.
Przez chwilę ogarnął go strach, który natychmiast przeszedł w smutek. Wreszcie zmysły zaczęły sygnalizować rwący ból. Teraz już gorący i piekący. Przed oczami pojawiły się pierwsze mroczki. Coś podpływało mu od dołu do gardła. Cała imponująca energia wytrenowanego obrońcy znikła nagle bez śladu. Uświadomił sobie, że oto... opuszcza go właśnie jego młode życie.
Och... jakże bardzo było mu czegoś żal... Z trudem uchwycił czarny sweter i przyciągnął bliżej swojego zabójcę.
"To jeszcze muszę zrobić" – przypomniał sobie.
Gorączkowo próbował zachować przytomność umysłu we wszechogarniającej mgle. "Muszę, muszę..." Skoncentrował całą uwagę na rozmazanych czarnych oczach przed swoją twarzą i zdobył się na ostatni wysiłek.
Wycharczał z trudem:
– Powiedz mu... Ralf... kocham go... powie... proszę!... bardzo kocham... Mamo, mamuuu... – I Ben poddał się, oddając w objęcia najczarniejszej z nocy.
***
Komisarz spoglądał w zamyśleniu na siedemnastoletniego mordercę. Wyglądał na piętnaście, najwyżej szesnaście lat. W przeciwieństwie do swoich łysych kumpli, którym glace i osiłkowaty wygląd dodawały lat, będąc starszym od nich, sprawiał wrażenie młodszego.
Dzieci biednych wieloosobowych rodzin azylanckich (niekiedy nawet dorośli) miały często w dokumentach fałszywą datę urodzenia – zwykle był to 01.01. tego czy innego roku. W ich nędznych, głodnych ojczyznach żaden z rodziców nie zawracał sobie głowy takimi duperelami, jak data czyichś urodzin czy imienin, podczas gdy rzeczywistym problemem było zarobienie na wystarczającą ilość pożywienia dla licznych, wygłodniałych gąb. Dodatkową przyczynę niewiedzy dotyczącej wieku syna czy córki stanowił, nierzadki w mniej rozwiniętych regionach świata, analfabetyzm.
"Elvis Mustafa urodził się jednak już u nas, w Niemczech, tak więc faktycznie idzie mu teraz na osiemnastkę". – Petera Ernsta, komisarza kripo, cieszył ten fakt.
"To nasze przedemokratyzowane prawo! Im młodsze te bezwzględne szczeniaki, tym bardziej bezkarne. Ci spryciarze dobrze wiedzą, że w związku z ich nieletniością nie grożą im poważniejsze konsekwencje. Ale ty, arogancki gnojku, nie wywiniesz się już tak łatwo od odpowiedzialności za twoje bezmyślne okrucieństwo".
Chociaż Ernst był doświadczonym urzędnikiem policji, w tym tragicznym przypadku było mu trudniej niż zwykle powstrzymać osobiste emocje. Miał dwóch chłopców w wieku dwunastu i czternastu lat. Ubóstwiał ich wręcz. Odpychał takie myśli, ale czasem przyznawał w duchu z niejakim wstydem (uważał się za praworządnego gliniarza), że gdyby któregoś z nich spotkała jedna z owych potwornych rzeczy, jakie stale przytrafiają się dzieciom na tym czasem tak koszmarnym świecie, zastrzeliłby sprawcę z własnej broni służbowej.
Milczał, usiłując zajrzeć w oczy młodocianego przestępcy.
Milczał, aby zaniepokoić, zachwiać gnoja w jego lekceważącej wszystko pewności siebie.
Niczego tym nie zyskał, natomiast pomógł sam sobie: uspokoił się i zepchnął do podświadomości prywatne odczucia.
Mógł rozpocząć przesłuchanie.
Rozmowa była filmowana. Kamerę skierowano na twarz Mustafy. Najpierw padły pytania formalne: nazwisko, imię, szkoła, rodzina, środowisko. Później bardziej szczegółowe, dotyczące gangu. O tych sprawach dowiedzieli się już sporo od młodszego z osiłków – piętnastoletniego Saszy Kalesa, którego zabójstwo w pociągu całkowicie załamało psychicznie.
W końcu Ernst zaczął badać ewentualne motywy, jakimi Elvis mógł się kierować, dźgając śmiertelnie nożem Benjamina Storcha. Na wszystkie dotychczasowe pytania chłopak odpowiadał spokojnie, precyzyjnie i, komisarz był tego pewien, nie silił się na kłamstwa, aby siebie wybielać czy umniejszać swoje kryminalną energię i rolę przewodnią w działalności bandy. Jednocześnie zachowywał się butnie, a wzgardliwy uśmieszek nie schodził z jego mrocznej twarzy. Ernst musiał się bardzo kontrolować, żeby nie wybuchnąć. Nagrane przesłuchanie mogło zostać przedstawione w sądzie.
– Znałeś Benjamina Storcha?
– A co to za jeden?
Policjant po raz kolejny, z nadludzkim nieomal wysiłkiem, zapanował nad sobą.
Minęły dwa dni od zabójstwa. Mustafę wprawdzie przymknięto, ale zaliczył w tym czasie kilka wizyt. Miał za sobą również wstępne przesłuchanie przez policjantów, którzy go aresztowali. Na pewno wiedział, kogo uśmiercił. Storch stał się – zwłaszcza w tej części kraju – piłkarzem, o którym sporo mówiono i pisano. Zanim jednak przesłuchujący powiedział coś ostrego, uśmieszek na moment zniknął z twarzy Mustafy, gdy mruknął:
– Aaa... to ten, co go dziabnąłem. Nie znałem.
– Więc dlaczego to zrobiłeś?
Milczenie.
– Zadałem ci pytanie, synu.
– Nie jestem twoim synem!
Ernst zamknął na moment oczy. Wziął głęboki oddech.
– Okay! A ty zwracaj się do mnie panie komisarzu albo proszę pana... albo bezosobowo, ale nie waż się mnie tykać. – Ernst z wielkim trudem trzymał się w ryzach.
– Co to jest bezosobowo...? Dobra, tylko też mnie pan nie tykaj!
– Nie jesteś pełnoletni.
– Jestem dorosły! Ja o tym decyduję, nie pan. – I po krótkim namyśle dodał z lekkim szyderstwem w głosie: – Panie komisarzu.
"No więc dobrze... nie robię tego dla ciebie, cwaniaku. Niech szanowne gremium sądowe przekona się, że przesłuchanie prowadził łagodny i wyrozumiały glina, który w żadnym wypadku nie pozwolił sobie urazić godności osobistej i wrażliwej duszyczki niedojrzałego chłopca".
– Więc proszę odpowiedzieć... dlaczego pan to zrobił?
Po raz pierwszy Elvis zmieszał się trochę. Nie sądził, że ten wyraźnie niecierpiący go gliniarz faktycznie zwróci się do niego "na pan".
Milczał chwilę, nim stwierdził:
– Ponieważ mnie, frajer, sprowokował.
Nie zabrzmiało to przekonywająco.
– Sprowokował? W jaki sposób? Zaczepił, obraził?
– Obraził.
– W jaki sposób?
Śledczy czekał wytrwale, ale Mustafa patrzył na podłogę między nogami, jakby miał zamiar na nią splunąć i nie odpowiadał.
W końcu zaburczał pod nosem:
– Jak głupi się śmiał, gapił się na nas i udawał przed siksami, że się nie boi.
– Aha! Czyli, że powinien był okazać strach przed wami?
– Nie wiem... Ale pewnie by tak nie skończył.
***
Sprawę zamknięto, a jej akta oddano do rąk prokuratora.
Nie było żadnych niejasności. Elvis Mustafa zabił Beniamina Storcha, ot tak, dla zabawy. Z kapryśnej, bezsensownej zemsty, ponieważ tamten nie okazał lęku na widok nadchodzących agresywnych chuliganów i po prostu patrzył na nich z uśmiechem, a zaatakowany potrafił się obronić.
W aktach znalazły się również zeznania obydwu dziewcząt, które bezpośrednio przed wstrząsającym wydarzeniem zawarły znajomość ze Storchem. Interesująca, a zarazem smutna okazała się konkluzja Tani Fiebich, która stwierdziła, że nieliczni współpasażerowie (pięć albo sześć osób), nie czekając na ewentualną rozróbę w ich wagonie, chyłkiem przeszli tchórzliwie do sąsiedniej części pociągu. Żałosne i niestety typowe dla osób postronnych zachowanie w obliczu publicznej agresji. A przecież ich odważna ingerencja w tej sytuacji mogła zapobiec nieodwracalnej w skutkach tragedii.
Komisarz obawiał się, że członkowie gangu Mustafy będą może próbowali zastraszyć dziewczyny, zanim dojdzie do rozprawy sądowej. Po rozmowach z każdym z osobna doszedł jednak do wniosku, że nic takiego raczej nie nastąpi.
Bandę tworzyły same teenagers, proste dzieciaki – żadne perły inteligencji. Dzieci, które nie rozkoszowały się w domu zbytnią miłością rodzicielską. Pod wodzą Mustafy odnalazły swoją rozrywkę – coś, co im się wydało sensowne, gdzie poczuły się ważne i silne, a on okazał im zainteresowanie i akceptację.
Słowem – poczuły się potrzebne.
Większość z tych wyrostków nie była tak do końca zepsuta ani stracona dla części społeczeństwa, która żyła w zgodzie z prawem. Tylko Karla Schustera zajmujący się sprawą policjanci nie byli pewni. Nie kooperował, kłamał, próbował nieudolnie kryć i usprawiedliwiać Elvisa, którego czyn najwyraźniej podziwiał. Jako jedyny w gangu! Pozostali byli przestraszeni, żeby nie powiedzieć przerażeni tym, do czego doszło w pociągu. Bojąc się konsekwencji swojej wielomiesięcznej działalności, mniemając że mord na sportowcu może im dodatkowo zaszkodzić, skwapliwie sypali informacjami, zwalając wszystko – zapomniawszy o wszelkiej solidarności – na Elvisa i Karla. I to właśnie upewniło komisarza ostatecznie co do niepoprawności Schustera. Grał on niewątpliwie pierwsze skrzypce zaraz po Albańczyku.
Ernst zdołał go jednak uziemić.
Pozwolił mianowicie Schusterowi odsłuchać nagrany przebieg przesłuchania jego szefa. Mimo pewnego ograniczenia, Karl po zapoznaniu się z zarejestrowaną indagacją Mustafy oraz nafaszerowany dodatkowymi sugestiami policjanta, musiał pojąć, że jakiekolwiek zastraszanie świadków zabójstwa mija się z celem. Nie dość, że jego szef niczemu nie zaprzeczał, to jeszcze jawnie chełpił się swoim postępkiem. Sam założył sobie powróz na szyję – świadkowie nie mogli mu w tych okolicznościach dodatkowo zaszkodzić.
Tak więc sprawa została zamknięta.
Pozostało już tylko czekać na dalszy ciąg w sali sądowej oraz na zasłużenie dotkliwy wyrok dla Elvisa Mustafy. Młodzieniec był wprawdzie objęty załagodzeniami związanymi z jego nieletnością w czasie popełniania przestępstwa, jednak – jak uważał komisarz wraz ze współpracownikami – ciężar występku, jego bezsens i okrucieństwo, niefrasobliwość i absolutny brak skruchy u oskarżonego nie rokowały pobłażania Wysokiego Sądu.
W dniu, w którym Peter Ernst zakończył kilkutygodniowe – równoległe do dwóch jeszcze innych – postępowanie wyjaśniające, mógł się wreszcie porządnie wyspać. Tej nocy, jak już dawno mu się nie przydarzyło, zasnął szybko z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
***
Ich cierpienie było nie do opisania!
Wtedy, na dworcu, pełni radości oczekiwali przyjazdu syna, z którego byli tak dumni, a doczekali się... jego zwłok.
Ralf był pewien, że właśnie tego dnia w jego włosach rozpoczął się błyskawiczny proces siwienia. Nie miało to zresztą dla niego żadnego znaczenia. O wiele gorzej miały się sprawy z Marią. Nie zniosła widoku chłodnego już ciała Bena, jego skamieniałej i jakby zdziwionej, smutnej i tak niewinnej po gwałtownej śmierci, tak dziecinnej jeszcze twarzy. Zemdlała. Zabrano ją tą samą karetką pogotowia co Benjamina. Wkrótce potem stwierdzono u niej zawał serca. Została odratowana.
Ralf bezskutecznie próbował rozmawiać z małżonką. Milczała i patrzyła gdzieś przed siebie. Była cicha, starsza nagle o lata całe, a po jej bladym policzku spływała od czasu do czasu samotna łza. Pozostawała pod obserwacją lekarzy. Nawet nie protestowała. Przyjmowała wydarzenia wokół swojej osoby z absolutną obojętnością.
Któregoś wieczora, po tygodniowym już pobycie żony w szpitalu, kiedy Ralf siedział na brzegu jej łóżka i prowadził swój przesmutny monolog, ożywiła się raptem, podniosła wyżej i oplotła jego szyję ramionami.
– Chcę, żebyś wiedział, kochany – wyszeptała ze smutkiem, który doprowadził go do płaczu – że byłeś najważniejszym mężczyzną w moim życiu.
Patrzyła na niego uważnie i całkiem przytomnie.
– Nie płacz, najdroższy. Benni czeka na mnie, więc pójdę do niego, żeby nie był sam.
Ralf rozszlochał się na dobre – przejmująco i bezsilnie. Nawet w dzieciństwie nie rozklejał się tak często, jak podczas minionych siedmiu dni.
Dwa tygodnie później, około szóstej rano serce jego żony ponownie przestało bić.
Tym razem reanimacja nie powiodła się.
***
Elvis miał to wszystko gdzieś!
Nie zamierzał udawać, że jest niewinny. Nie planował też kryć się i z tym, iż był hersztem swojej paczki, a większość pomysłów na tę czy inną akcję wychodziła od niego. Jeśli zaś nie, dla każdej propozycji pozostałych członków gangu musiał udzielić błogosławieństwa, by mogła zostać wprowadzona w czyn.
Co go to wszystko, kurwa mać, obchodziło! Nie miał nic przeciwko zapuszkowaniu go. A zresztą ta jego banda baranów, choćby nie wiem jak sprytnie się bronił, prędzej czy później śpiewałaby jak z nut i wszystko byłoby i tak na darmo. Choćby ten matoł, Kales. Jak posunął kosą Blondasa, ten obszczymur natychmiast był na miękko. Chyba się nawet polał.
Zaciągnąwszy hamulec bezpieczeństwa, nie zdołali zmusić palanta ani prośbą, ani groźbą do ucieczki z pociągu. A kiedy mu Karl zdrowo przypiździł w makówę, padł jak kawka i rozbeczał się jak ta ostatnia szmata. Przez moment Elvis miał ochotę i jego poczęstować majchrem, ale nóż pozostał przecież w klacie Blondasa. Więc dali sobie w końcu siana i prysnęli sami, pozostawiając pisiora we własnych szczochach.
Gliny dupnęły ich jeszcze tej samej nocy.
Wyskoczyli z pociągu na jakimś zadupiu. Błotniste pola, las gdzieś na horyzoncie.
Kiedy po dobrej godzinie brodzenia przez grząskie hektary dopadli wreszcie pierwszych drzew, okazało się szybko, że jest go – tego lasu – może z kilometr. Wykończeni – zwłaszcza kulejący Karl – mozolnym brnięciem przez bezmiar zaoranej miękkiej i maziowatej od deszczu ziemi, padli w najgęstszych znalezionych zaroślach z zamiarem przeczekania w nich nadchodzącej nocy.
Na szczęście jego najlepszy żołnierz miał przy sobie nienapoczętą, sporą piersióweczkę.
No i noce nie były jeszcze mroźne.
Tuż przed świtem wytropił ich – doszczętnie przemoczonych, zabłoconych i sztywnych z zimna – jeden jedyny pies, który był do dyspozycji ścigających. Wcale nie szczekał i zjawił się bezszelestnie w towarzystwie kilkudziesięciu równie cichych policjantów. Kiedy dygoczący w półśnie Elvis ocknął się z łomotającym sercem, przeczuwając, że coś jest nie tak, i odruchowo wyciągnął przed siebie w obronnym geście rękę, coś czarnego i przerażającego w panującej szarówce zwaliło się na niego brutalnie, zaciskając zębiska na bezbronnym tym razem przedramieniu. W następnej sekundzie krzaki służące im za kryjówkę zdemolowane zostały przez co najmniej osiem par butów, a oni – błyskawicznie i z tak nieodpartą przemocą rozpłaszczeni na ziemi, że nie zdążyli ani kwiknąć, ani choćby nawet powietrza nabrać.
Zaobrączkowano ich, załadowano do suki i godzinę później, po szybkim prysznicu, wylądowali w ciepłej celi aresztu. W miejscowości, do której wyruszyli dziesięć godzin wcześniej. Później dowiedział się, że w tym mieście mieszkał Blondas.
On, Elvis, oddany został pod nadzór kuratora.
Odstąpiono od trzymania go w więzieniu jako niekaranego dotąd nieletniego; zwłaszcza po okazaniu przez rodzinę, wobec odpowiednich instancji, niezwykłego zatroskania jego postępkiem. Nakazano areszt domowy pod okiem najbliższych. Uznano, że nie zagraża on otoczeniu i nie istnieje niebezpieczeństwo ucieczki. Miał pozostawać w domu do rozprawy. Sasza i Karl mogli się swobodnie poruszać. Zaczęli znowu uczęszczać na zajęcia do swojej zawodówki w Hamburgu, ale nie wolno im było opuszczać miasta do dnia wydania wyroków przez sąd rejonowy.
Młody nożownik nie mógł wyjść z podziwu obserwując, jak nagle ojciec, rodzeństwo i krewni zainteresowani byli jego osobą. Przede wszystkim nikt więcej nie rozmawiał z nim jak z niechcianym dzieckiem. Wprawdzie stary – po przewiezieniu go z bratem Kujtimem, wujem Elvisa, z aresztu śledczego do ich przepełnionego mieszkania – silił się na surowe miny i reprymendy, napotkawszy jednak mroczne, gorejące oczy swojego najmłodszego dziecka, przestraszył się jakby, najwyraźniej zdumiony, iż ten nienawistnie spode łba łypiący ponurak jest jego synem. Od tego momentu nikt nie prawił mu więcej morałów, a rozprawiano jedynie nad tym, jak by to najlepiej wyciągnąć go z opresji.
A on miał to wszystko gdzieś!
Do rozprawy daleko, nogę może dać zawsze...
A tak naprawdę... to był ciekaw życia za kratkami! Dużo słyszał od recydywy, że w tym kraju w mamrze jak w hotelu. Nie to co w Rosji czy choćby Turcji. Tam od czasu do czasu znajdowano więźnia, który nie mając nadziei na wyjście z koszmaru przez jedno, dwa dziesięciolecia czy nawet w ogóle, powiesił się na kracie okna wielkiej wspólnej, zatłoczonej celi.
W niemieckim pudle miałby dostęp do telewizji, mógł mieć komputer (to by było coś! kiedyś prosił w domu o stary, używany, na którym mógłby wypróbować wypożyczane gry, jednak ojciec odmówił stanowczo) lub zajmować się sportem. O! Może potrenowałby jeszcze ostrzej walki wschodnie? Wiedział, że i to było tutaj, w niemieckim pierdlu, możliwe! Swego czasu, jeszcze jako dziecko, musiał się wycofać z ulubionego karate, bo oczywiście senior Ibrahim uznał roczną opłatę za zajęcia treningowe za zbyt wysoką. Nie chciał zrozumieć, stary osioł, że żaden trener nie będzie tyrał za frajer!
Później, już przewodząc gangiem, sam opłacał treningi. W tym roku opuścił się jednak i jego udział w zajęciach grupy karate stał się sporadyczny – podobnie zresztą było ze szkołą.
Ostatnio wielokrotnie przemknęła Elvisowi myśl, jak bardzo od dawna już nienawidzi tej całej swojej rodzinki. W szczególności ojca.
Nic więc strasznego nie mogło się zdarzyć. Pójdzie siedzieć, lecz nie zmarnuje tego czasu. Miał wielkie plany na przyszłość! Jednak żeby je zrealizować, musiał się jeszcze tego i owego nauczyć. Wiedzę, którą chciał przyswoić, mógł znaleźć tylko w mamrze. Potrzebował kontaktu z doświadczonymi kryminalistami, starymi wyjadaczami od dzieciństwa czerpiącymi korzyści z łamania prawa. Naturalnie nie tęsknił do spędzenia połowy życia w kiciu. Takim znowu tłukiem to on nie był. Wiedział dobrze, że potraktują go paragrafami dla młodocianych. Nie był wprawdzie oczytany – czytanie książek uznawał za bzdurną stratę czasu, natomiast zawsze uważnie śledził prasę, a na jej łamach to, co go szczególnie interesowało: zagadnienia jurystyczne. Od czasu do czasu oglądał też z zaciekawieniem sprawozdania z emitowanych w telewizji najróżniejszych rozpraw sądowych. Stąd był pewien, że najpóźniej po pięciu latach będzie znowu na wolności.
Był to ten gorszy wariant. Uważał, że dostanie mniej.
Zamierzał jak najlepiej odegrać ofiarę nieszczęśliwego dzieciństwa, co na telewizyjnych spektaklach często-gęsto przedstawiali psycholodzy i z entuzjazmem wykorzystywali obrońcy. Przeważnie z pozytywnym skutkiem dla młodocianych (i nie tylko) numerantów. Wiedza ta upewniała Elvisa o lepszym wariancie czekającej go odsiadki. Najwyżej trzy lata! Mająca go wrócić społeczeństwu terapia, o której nadmieniała psycholożka (ten wstrętny stary kaszalot) w przeprowadzonej z nim pierwszej rozmowie, a na którą on w odpowiednim czasie wyrazi gorliwie zgodę, pomoże sędziemu wydać łagodny wyrok. Jeśli będzie miał szczęście, to wyjdzie już po dwóch latach. Tak by było super hiper supi optimi!
***
Elvis leżał na wznak z rękoma splecionymi pod głową. Był sam w swoim pokoju. W swoim pokoju! Nigdy nie miał własnych czterech ścian.
Dopiero teraz!
Mimo że w ich wynajętym w mocno podupadłej kamienicy, bardzo starym i opłacanym przez urząd socjalny siedmioizbowym lokalu, gnieździło się łącznie z nim kilkanaście osób, dorosłych mężczyzn i kobiet oraz małe dzieciaki, ojciec zadecydował najmniejsze z pomieszczeń mieszkalnych oddać do jego dyspozycji.
Był to cichy kompromis. W zamian za tę wspaniałomyślność Starego miał akceptować zasądzony mu areszt domowy.
I choć mógł się poruszać swobodnie po całej chacie, wolał siedzieć w swoich skromnych czterech ścianach. Snując plany na przyszłość, postanowił na razie nie dawać w długą i respektować przymusowe nudy w areszcie domowym. Na szczęście miał tu mały telewizor i kabel, więc mógł do woli przebierać w programach.
Ostatnie pół nocy spędził z nosem w telewizji, był więc teraz znużony i pozbawiony ochoty na cokolwiek.
Sięgnął leniwie po gazetę – dziennik leżący na podłodze obok tapczanu.
Zaczął czytać o kolejnym zamachu terrorystycznym, który tym razem nie był prawdopodobnie zainscenizowany przez Osamę bin Ladena. Wpatrywał się tępo w litery. Były coraz większe, zaczęła je przesłaniać mgiełka. Ręce chłopca osunęły się bezwładnie, a gazeta opadła na twarz...
... Nic nie widział. Poruszał się ociężale i, nie wiedzieć czemu, dziwnie ślamazarnie w atramentowoczarnej ciemności. Bojaźliwie stawiał krok za krokiem, w panice, że w każdej chwili może runąć w jakąś straszną, bezdenną otchłań. Jakże bardzo pragnął wyjść do światła.
– Allahu, Panie mój i dobroczyńco, wyprowadź... – Raptem przypomniał sobie, że już od paru lat w Jego istnienie nie wierzy. Zaczął płakać, zapominając, że gardzi przecież skamlącymi. Z przerażeniem czuł w tym przeklętym mroku, jak grzęźnie w jakiejś lodowatej mazi i wcale nie porusza się do przodu.
– To koniec – chlipał. – Nic mi już nie pomoże...
– Ja ci pomogę! – Młodzieńczy głos, wyraźny i silny, dochodzący gdzieś z góry i znikąd, nie był mu obcy: gdzie on go już słyszał?
Wszystko jedno!
– Pomóż mi, proszę! – zawołał żarliwie. – Błądzę i nie wiem, jak się wyzwolić z tej pułapki bez wyjścia.
– Wiem o tym. – Głos był łagodny i działał uspokajająco. – Sam się w nią zapędziłeś.
Nagle ciemność zaczęła pomału tracić na nieprzeniknionej czerni. Po chwili wyodrębniły się w niej nieśpiesznie dwie jaśniejsze plamy. Następnie przeszły one płynnie z odcienia granatowego w ciemnoniebieski, nabierając jednocześnie konturów. Wyostrzały się i ciągle jaśniały, jedynie ich centra pozostawały czarne i doskonale okrągłe. Ogarnęło go podejrzenie, które z wolna zaczęło przyjmować postać zrozumienia. Zbliżała się ku niemu i formowała para ogromnych i jasnoniebieskich już teraz oczu. I oto zawisły przed nim: piękne oczy koloru nieba spoglądały na niego smutno.
Wydały mu się dziwnie znajome.
– Allahu, czy to ty... Panie?
Oczy pozostały smutne, ale nad jego głową rozległ się śmiech. Wyrozumiały, przyjacielski i podszyty lekkim szyderstwem.
Głos powiedział:
– Dla ciebie nie ma Boga, przecież wiesz o tym.
Zaczął drżeć pod wpływem wszechogarniającego go ponownie lęku. To wszystko budziło jakieś – ukryte wciąż – wspomnienie. Oczy unosiły się w mroku bezpośrednio przed nim. Były wreszcie normalnej wielkości i płakały. Nie widział łez, bo i nie było miejsca, z którego by mogły wypływać. A jednak płakały, wiedział o tym, i to tak przejmująco, tak zaraźliwie, że i on sam zaczął towarzyszyć oczom w rozpaczliwym szlochu... Tyle że tym razem inaczej: nie z lęku przed niezgłębioną ciemnicą pod nim, jak przed paroma chwilami, a ze współczucia dla oczu, ze szczerą boleścią dla ich cierpienia.
I wtedy głos zabrzmiał znowu... z rozdzierającą żałością, cicho, łamiąc się pod ciężarem boleści: – On nie wie... on ciągle nie wie, nie wie, nie wie... kocham go tak bardzo...
... w myślach śpiącego mężczyzny rozkwita ostra błyskawica zrozumienia, a w sercu eksploduje męka nie do wytrzymania.
– Aaaa! – wyje jak opętany. – Aaa... chh... NIEEE...!!!
***
Sema, najmłodsza z sióstr Elvisa, rozpaczliwie szarpała brata za ramię. Dłonie śpiącego zaciśnięte były kurczowo. Na twarzy perliły się kropelki potu.
– Obudź się, Elvis! Obudź się!! PROSZĘ!!!
Była bliska płaczu.
Nigdy nie widziała brata w takim stanie, a była jedyną osobą w rodzinie, która miała z nim jaki taki kontakt i najlepiej ze wszystkich rozumiała.
W drzwiach stali ojciec i wuj Kujtim, przypatrując się scenie z pomieszanym ze strachem zaciekawieniem.
Elvis przestał wrzeszczeć opętańczo i zagubiony wpatrywał się w siostrę, jak gdyby chciał zapytać: Co się stało? Czemu mną tak tarmosisz?
– Elvis, darłeś się, że aż szyby brzęczały w drugim końcu mieszkania. Przyśniło ci się coś strasznego?
Chłopak drgnął, skulił się w sobie i próbował, bez większego powodzenia, wziąć się w garść.
– Jak się ludzi morduje, to i spać nie sposób – przyszpilił ironicznie ojciec, gładząc palcami swoją rzadką czarną brodę.
Wrzask syna przeszył go do szpiku kości, więc odreagował to teraz we właściwy sobie sposób. Sekundę później pożałował, że się odezwał. Bezradne rozkojarzenie Elvisa z miejsca przeszło w niepohamowany atak wściekłości.
– Stul pysk! I ty mi to mówisz?! Tyy??! A kto ciągle powtarza: dobry Niemiec – martwy Niemiec? Nie podoba ci się?! Dziabnąłem niewiernego! Nie cieszysz się?!
Cała trójka stała pobladła w drzwiach i milczała zszokowana. Najmłodsze dziecko patriarchy rodu Mustafów nigdy dotąd nie poważyło się w ten sposób rozmawiać z ojcem. Ten, wystraszony, ale i zły, postanowił mimo wszystko rzec coś jednak jako głowa rodziny.
– Tak, synu, ale...
Młody zabójca poderwał się z kanapy, wylądował na ugiętych nogach obok Semy – potrącając ją przy tym niezbyt delikatnie – i nabrawszy spazmatycznie powietrza, zawył dziko:
– Spierdaaalać mi stąd!!! Wszyscy! Ale to już!
Wycofali się pospiesznie, nie próbując więcej wdawać w dysputy z szaleńcem.
Ten usiadł, nagle osłabły, na swoim legowisku. Drżały mu nogi.
Wybuch ulżył sfrustrowanemu Elvisowi, ale i kosztował wiele. Był o włos od wywrzeszczenia, że nie wierzy w żadnego Allaha, a już na pewno nie w tego samego, co ojciec. Gdyby to uczynił – nie miał złudzeń – straciłby wszelkie poparcie rodziny i wylądował na bruku. Czyli, będąc precyzyjnym: w więzieniu, gdzie by już pozostał do dnia procesu sądowego. No i co!? Może tak by nawet było lepiej? Wiedział jednak, że mimo swojej odwagi i zuchwałości nie potrafiłby się przemóc z wyjawieniem swojego odejścia od "jedynej prawdziwej wiary". Tkwiła w nim nieodparta bojaźń przed religijnym fanatyzmem niektórych członków rodziny, zwłaszcza ojca. Nigdy nie zapomni sceny, którą przeżył jako mały chłopiec.
Ojciec z czarną rozwichrzoną brodą pochylony nad pobitą Fatimą. Wisząca nad nią – drżąca w zaciśniętej ręce Starego – siekiera porusza się konwulsyjnie krótkimi ruchami w górę i w dół, czekając na decyzję. Elvis był przekonany, że ojciec zabije jego najstarszą siostrę. Topór opadł z furią, wbijając się głęboko w drewnianą podłogę – parę centymetrów od głowy zemdlonej już kobiety.
Ostatecznie i nieodwracalnie utkwił mu w pamięci fanatyczny wyraz twarzy Starego.
Było w niej zawarte całe okrutne i bezwzględne zdecydowanie w okolicznościach wymagających "ratowania honoru rodziny".
Po tej brutalnej interwencji ojca, Fatima zerwała z sympatycznym Niemcem, którego pokochała i gotowa była poślubić, mimo że był giaurem. Elvis nie miał wątpliwości: gdyby postawiła na swoim i gdyby pobrali się potajemnie, nie byłoby jej dzisiaj pośród żywych. Możliwe, że jej ukochanego Michaela również.
Fanatyczna mimika, demon w oczach ojca nie dopuszczały myśli, iż mógłby on nie dotrzymać groźby. Tamtego dnia Elvis znowu stracił – nie było to nic nowego w jego dzieciństwie – coś cennego, coś, na czym mu zależało. Stracił Michaela. Lubił go. Młody Niemiec okazywał mu więcej zainteresowania niż cała rodzina razem wzięta... no, może z wyjątkiem Semy... Podczas każdej wizyty u nich (Stary musiał sobie coś obiecywać po znajomości Fatimy z jej chłopakiem, inaczej już od początku nie akceptowałby odwiedzin niewiernego) Michael zawsze znajdował trochę czasu, by się z nim pobawić.
W dniu morderczego ataku wściekłości u ojca z Elvisa uszło bezpowrotnie wszelkie zaufanie, wygasło najmniejsze choćby uczucie miłości do niego, a zrodził się lęk.
Dzisiaj nie tyle obawiał się tego starego już człowieka, ile jego religijnej nieobliczalności.
Siedząc załamany na tapczanie, zabójca Benjamina Storcha załkał żałośnie.
Po chwili otarł ze złością łzy i burknął pod nosem:
– Nie załatwisz mnie, Blondas! To ja cię załatwiłem, patałachu. I nie pomogła ci ani twoja siła, ani ten twój cały pierdolony sport. Za dobry jestem dla ciebie.
Uspokojony powrotem swojej nieustępliwości i hartu, rozciągnął się wygodnie na leżance, z miejsca twardo zasypiając.
Tym razem nie śnił.
***
Przewód sądowy rozpatrujący sprawę zabójstwa Benjamina Storcha rozpoczął się półtora roku po dokonanym przestępstwie. Takie opóźnienie nie było niczym nadzwyczajnym w kraju przeładowanym wszelkiego rodzaju procesami. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że do rozprawy doszło stosunkowo szybko. Zwłaszcza że nieoczekiwana ucieczka młodocianego zabójcy z aresztu domowego nie mogła, naturalnie, pomóc w przyspieszeniu formalności prawnych. Ujęto go dopiero po prawie sześciu miesiącach, w sierpniu 2006 roku, w dużej dyskotece, gdzie sprowokował pod wpływem alkoholu burdę, pobił jakiegoś młodzieńca, a chłopcom z ochrony, którzy oddali go w ręce policji, odgrażał się, że załatwi ich jak Blondasa.
Rozpoznany na komisariacie jeszcze tej samej nocy (nie miał przy sobie żadnych dokumentów, za to kilkaset euro niewiadomego pochodzenia, i podawał się za Włocha) wylądował w najbliższym zakładzie penitencjarnym, gdzie pozostał już do dnia rozprawy.
Postępowanie sądowe rozpoczęło się i zakończyło tego samego dnia.
***
Elvis znowu miał swój gang.
Grupa była bardziej liczna od poprzedniej i składała się z samych twardzieli i zdeklarowanej recydywy. Ze starej ferajny doszlusował jedynie Karl.
No i dobra! Reszty bojaźliwych, zdradliwych śmierdzieli nie potrzebował.
Wtedy, przed kilkunastoma miesiącami, nie wytrzymał z wyczekiwaniem na postępowanie sądowe i dał w końcu nogę z aresztu domowego. Po około pół roku został aresztowany na dyskotece. Tym razem zapuszkowali go w kozie, gdzie pozostał już do dnia procesu. Siedem miesięcy. I tak było dobrze, zważywszy na późniejszy, zdumiewająco łagodny, wyrok. Oczekując w pudle na swoją rozprawę, poznał kilku chłopaków, dzięki którym – po ogłoszeniu zaskakującego, również dla niego, werdyktu i wyjściu na wolność – mógł nawiązać obiecujące kontakty.
Wyrok w zawieszeniu nieco Elvisa rozczarował. Nastawił się bowiem na zdobywanie w więzieniu ostróg – niezbędnych w kryminalnej działalności na wielką skalę, jaką od dłuższego czasu planował. Na sali sądowej mówił bardzo przekonująco o swoich wyrzutach sumienia, o żalu z powodu popełnionego zabójstwa; prosił gorąco o przebaczenie nieobecnego ojca Blondasa (nigdy go nie widział); matki przepraszać nie musiał – podobno kopnęła w kalendarz. Z premedytacją, zamierzając wziąć sędzinę na łzy, zaczął świadomie opowiadać o (prześladujących go istotnie) koszmarach sennych z udziałem Blondasa. Tak się wczuł w rolę gnębionej przez sumienie, zbłąkanej czarnej owieczki, iż faktycznie udało mu się zalać rzewnymi łzami. Był z tego dumny. Słyszał, że tylko dobrzy aktorzy potrafią beczeć na zawołanie. Do swojej godnej pożałowania krótkiej przeszłości dorzucił pozbawione miłości, przegrane dzieciństwo w bezdusznej muzułmańskiej rodzinie. Mówiła o tym wcześniej psycholog, a on wykorzystał to, bezlitośnie pogłębiając zarzuty wobec rodziny i wyolbrzymiając jej winę, ile się tylko dało. Dobrze wiedział, że tak postępując odcina sobie powrót do Mustafów. Nie szczędził nikogo. Nawet Semy. Miał to gdzieś. Chętnie rozstanie się z nimi choćby i do końca życia.
Obecni na Sali członkowie klanu najpierw słuchali z niedowierzaniem bezwstydnie przesadzonych oskarżeń. Choć był świadom, że przegina niemiłosiernie, robił to jednak z zadowoleniem. Chciał im zdrowo dowalić, wybielając jednocześnie siebie. Zaraz potem podniósł się rwetes. Męska część obecnych na sali członków rodu wyzywała go od najgorszych, groziła zemstą. Siedział ze spuszczoną głową – biedny, sponiewierany, opuszczony przez świat – i cieszył się w duchu, że ci durnie robią mu przysługę tym zajadłym ubliżaniem i wygrażaniem. W końcu przybyli tutaj jako wsparcie. Po jego oskarżeniach zapomnieli o tym i ogarnęła ich żądza odwetu. I, chcąc nie chcąc, wspierali go właśnie!
Wuj Kujtim, jeden z najinteligentniejszych pośród Mustafów, zorientował się, że idą jego bezczelnemu bratankowi na rękę, więc uciszył rozjuszone towarzystwo jednym gestem i powiedział spokojnie lodowatym tonem:
– Lepiej dla ciebie, abyś zgnił w więzieniu. Jesteś pękającym ropniem na zdrowym ciele rodu Mustafów. Musisz więc zostać wyciśnięty. Ambicją naszą będzie teraz ukaranie ciebie za splamienie honoru rodziny. A co to oznacza, wiesz dobrze!
Wuj chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy dotarli doń porządkowi i przerwali groźby. Z pogardą spoglądając na oskarżonego – pisklę z własnego gniazda – cała trupa ponad dwudziestu krewnych z rozsierdzonym Ibrahimem na czele opuściła gmach sądu. Choć słowa wuja Kujtima spowodowały, że przeszły mu ciarki po plecach, Elvis zdawał sobie sprawę, że i ta wypowiedź była mu pomocna.
Po niezwykle korzystnym dla niego werdykcie końcowym pożałował trochę swojego aktorstwa i brutalnego obciążania rodziny. Cieszył się przecież na krótką odsiadkę i zbieranie nauk od starych wyjadaczy. Po to wszakże upokarzał się przed sędziną, płacząc, skamlając i oczerniając najbliższych, aby nie dostać za dużo. A tu masz ci babo placek: ulitowali się nad nim, biednym młodocianym i... nie dowalili mu wcale.
Dostał wyrok w zawieszeniu!
Dużo mniejszą "zawieszkę" skasował Karl. A tego mazgaja Saszy w ogóle nie ukarali.
Teraz był jednak zadowolony. Tych ponad dwieście dni w pace przed rozprawą pozwoliło mu na nawiązanie kontaktów, dzięki którym dochrapał się w końcu bandy, mogącej pomóc w realizacji jego planów.
Przez pewien czas gang rozwijał się spontanicznie, bez jakiegokolwiek przewodnika. Elvis jako organizator grupy od początku starał się nadawać ton wszelkim wspólnym zamierzeniom. Po początkowych niesnaskach, kiedy wiodącą rolę w gangu próbował przejąć Wiktor – przesiedleniec z Białorusi i spec od kradzieży bryk – doszło jesienią do pojedynku wygranego spokojnie przez Elvisa, po którym jego ranga bossa została zapewniona.
Po wyjściu na wolność zamelinował się u Karla, w jego zapuszczonej budzie; Schuster, od kiedy pogonił z domu swoich starych, nie miał nikogo, kto dbałby o porządek wokół niego.
Elvis powrócił do treningów karate w swoim dawnym klubie. Trenował tym razem bardzo pilnie, na zajęciach nie wychylał się, był grzeczny i hamował swoją przewrażliwioną ambicję, powodującą wcześniej wpadanie w mściwą wściekłość, gdy przegrywał w treningowych barażach z bardziej doświadczonymi zawodnikami. Ograniczał się również z alkoholem. Czynił wyraźne postępy. Wyrobił się kondycyjnie – stał się bardzo sprawny, silny i szybki. Twardy trening ze znacznym akcentem na hartowanie nie tylko ciała, ale także ducha, podbudował dodatkowo jego pewność siebie.
Na tym właśnie etapie z pomocą Karla i Hanysa zaczął montować nowy gang. Tego ostatniego zarekomendował mu w pierdlu "Wrzód" – bandzior, który w Stanach za swoje "zasługi" już dawno zaliczyłby czapę.
Dał Wiktorowi baty, świadomie jednak nie poniżając zbytnio Białorusina. Jego przewaga w brutalnej bójce była tak przygniatająca, że mógł się nie obawiać kolejnych konfrontacji z innymi wątpiącymi: Wiktor uchodził za twardziela i zabijakę.
Tak więc został zaakceptowany jako szef gangu.
Nie bez znaczenia pozostawał oczywiście fakt, że zaszlachtował faceta i nawet nie zaliczył za to porządnej odsiadki.
Postanowił przystąpić powoli do urzeczywistniania swoich wielkich kryminalnych planów.
Nigdy nie zapomniał telewizyjnego reportażu o najgłośniejszym napadzie rabunkowym minionego stulecia. Zrabowano wtedy w Wielkiej Brytanii ponad – w przeliczeniu na dzisiejszą walutę – 60 milionów euro z przewożącego taką kasę pociągu. Również film – na kanwie tego wielkiego w świecie przestępczym wydarzenia – wywarł na Elvisie niezatarte wrażenie. Wiedział, że banda, która dokonała tego majstersztyku, składała się z bardzo inteligentnych ludzi, a zarazem fachowców w różnych branżach. Jego ludzie nie grzeszyli wprawdzie inteligencją, ale był wśród nich utalentowany haker – Thomas, a także Ian – specjalista od wszelkiego rodzaju zamków. Poza tym członkowie jego paczki, każdy jeden, byli facetami zdecydowanymi na wszystko i – jak oceniał – potrafiącymi zachować zimną krew w wymagającej tego sytuacji. Dlaczego więc i oni nie mieliby dokonać skoku dającego miliony? Chłopaki, których skupił wokół siebie, nie potrzebowali być Einsteinami. Wystarczyło, że on miał głowę na karku i potrafił nimi odpowiednio pokierować.
Po objęciu przewodnictwa w grupie, skoncentrował się na planowaniu i realizacji mniejszych włamań jako treningu przygotowującego i sprawdzającego jego gang przed poważnym skokiem w przyszłości.
***
Nagle w życiu Ralfa, zwłaszcza życiu wewnętrznym, coś zaczęło się zmieniać.
Nastąpiło to po rozmowie, jego uzewnętrznieniu się przed Adamem.
Wierzył już bez zastrzeżeń, że zawodowo istotnie trudnił się on wykonywaniem zabójstw na zlecenie. Była w nim bowiem klasa, inteligencja, rzeczowość oraz brak zarówno chwalipięctwa, jak i arogancji. Poza tym poznał jego zimne, niebezpieczne spojrzenie, potężny – świadczący o dużej sprawności fizycznej – uścisk dłoni i trzeźwą logikę rozumowania. A wszystko to pod powłoką przeciętnego, łysiejącego i banalnego wręcz z wyglądu faceta z zarysowującym się brzuszkiem. Dlaczego nie? Doskonały kamuflaż! Bez bliższego poznania nikt nie podejrzewałby w nim profesjonalisty i przestępcy wielkiego formatu, poszukiwanego przez policje wielu krajów.
Wciąż nie mógł uwierzyć, że taki człowiek – osobnik działający poza nawiasem społeczeństwa i zabijający dla pieniędzy – zdobył jego zaufanie i dał kopa stymulującego zanikającą w nim stopniowo i nieuchronnie aktywność życiową. Ralf z trudem przyznawał: w tak tragicznym okresie przydarzyło mu się poznać, a co gorsza polubić, poszukiwanego – w co ani trochę już teraz nie wątpił – kilera. I ten właśnie handlujący śmiercią mężczyzna wyprowadził go z psychicznego, ślepego zaułka, zwracając życiu.
Od zamordowania Bena ani razu nie rozważał możliwości odwetu na Mustafie. Rozpacz i ból dręczące go po utracie ukochanych ludzi, tłumiły wszelkie inne uczucia. Nawet nienawiść do człowieka będącego przyczyną tych wszystkich nieszczęść nie zdołała się przebić przez szalejącą w głowie Ralfa burzę nieustannego cierpienia i tragicznych, rwących bólem refleksji.
Przez ponad dwa lata nie robił nic innego – pomijając bezcelowe wałęsanie się po kraju – jak uparte przyzywanie w pamięci najpiękniejszych chwil spędzonych z żoną i z synem.
Jako że w pracy nie zdołał wykrzesać z siebie niezbędnego minimum energii i koncentracji, obligatoryjnych dla profesjonalnego leczenia pacjentów – zamknął praktykę. Zaraz po tym zaczął pić na umór i włóczyć się bez celu z miasta do miasta. Nie miał żadnych dokumentów, a wpadając czasem w oko stróżom prawa twierdził, że skradziono mu portfel z dowodem osobistym i paszportem. Zmyślał jakieś fałszywe nazwisko. Ponieważ obiecywał niezwłoczne wyrobienie nowego dokumentu tożsamości, policjanci nie zawracali sobie więcej głowy śmierdzącym menelem i Ralf, katowany wewnętrznym cierpieniem, dalej szwendał się po kraju bez żadnych planów. W końcu upadł tak nisko, że nocował w przytułkach dla bezdomnych, zaś resztki życiowej energii utrzymywał kaloriami z publicznych zupek dla biedaków, a wszystko to, podczas gdy jego konto opiewało na sumę blisko miliona euro!
Któregoś dnia – około sześciu tygodni przed poznaniem Adama Degambe – ocknął się straszliwie obolały w obcym mu mieście między poprzewracanymi kubłami na śmieci. Był zakrwawiony, orzygany, a w kroku czuł własne, zaschnięte już odchody. Próbował się podnieść, ale jęknął tylko z bólu i zrezygnował, nadal leżąc w swoim smrodzie i beznadziei. Niejasno przypominał sobie obrabiające go ostatniego wieczora dwie pary ciężkich buciorów. Sięgnął do kieszeni, w której miał dzień wcześniej kilkanaście euro otrzymanych w urzędzie socjalnym. Pieniądze zniknęły. Nie zrobiło to na nim specjalnego wrażenia. Zresztą w tym kraju, tak czy inaczej, nie pozwolą człowiekowi umrzeć z głodu.
Pomacał zbolałe ciało rękami chirurga i stwierdził, że ma prawdopodobnie złamane dwa, może nawet trzy żebra. Inne obrażenia uznał za powierzchowne.
Spotęgował wysiłki postawienia siebie na nogi. Jednak, próbując przyjąć postawę wyprostną, przewracał się za każdym razem. Znowu leżał wyczerpany, dysząc ciężko.
Było jeszcze ciemno. Po odgłosach rozpoznał, że zaczyna się kolejny dzień pracy. Nie był to więc weekend. Musiało być gdzieś między piątą a siódmą rano. Ponownie uświadomił sobie, iż pił wczoraj cały dzień z jakimiś przypadkowo poznanymi łachudrami. Czy to dwóch z nich tak go skatowało? Zresztą co za różnica, kto. Obojętne było mu też, że nie dokonał żywota tylko dzięki akurat łagodnym temperaturom tej doby. A miał dużo szczęścia! Przy mroźnej nocy w tym samym miejscu przed paroma dniami jeszcze, czy chociażby przedwczoraj, leżałby teraz sztywny i twardy jak indyk w zamrażalniku, i byłby od paru godzin nie mniej od niego martwy. Teraz skostniał wprawdzie z zimna, i choć kompletnie przemoczony (musiało w nocy padać) i głodny jak wilk, żył wciąż jednak.
W tym momencie dotarło do niego, dlaczego nie może ustać na nogach. Nie było to wyłącznie następstwem pobicia. Od przynajmniej półtorej doby nie miał niczego w ustach oprócz alkoholu, a od dłuższego już czasu odżywiał się raz dziennie, czasem nawet raz na dwa dni. Zdumiewało go, że choć klei się do ziemi w obrzydliwym, bolesnym i cuchnącym upokorzeniu, dociera do niego uczucie głodu. Nie pamiętał, kiedy jego żołądek podobnie zdecydowanie domagał się swoich praw.
Gdy walcząc ze słabością, ponownie usiłował się wyprostować, ktoś wkroczył pomiędzy kubły na śmieci. Jakaś niemłoda już kobieta. Odkryła go i krzyknęła z lekkim przestrachem. Upadając kolejny raz, Ralf był pewien, że ucieknie ona czym prędzej. Zamiast tego, ostrożnie podeszła bliżej, by przyjrzeć się leżącej na wznak, rzężącej, sponiewieranej istocie. Przykucnęła, zaglądając w kiepsko widoczną w marnym świetle pobliskiej latarni, zakrwawioną twarz. Zajrzała w słabo błyszczące w nikłej poświacie, głęboko zapadnięte na koszmarnie zmaltretowanym obliczu, oczy. Ralf nie miał pojęcia, co obca kobieta w nich dostrzegła, dość że zmieniła się raptem w kłębek energii.
– Wstawaj, chłopie! Chyba nie chcesz tu sczeznąć jak ten pies ostatni.
Mówiąc to, ujęła Ralfa pod pachy i z jej pomocą udało mu się wreszcie przyjąć postawę wyprostną godną osobnika homo sapiens. Mamrotał podziękowania, kiedy zrozumiał, że w dalszym ciągu przez kobietę podtrzymywany, popychany jest jednocześnie w kierunku niewyraźnego w półmroku, dość sfatygowanego budynku.
Nie opierał się i Antje zaprowadziła go do swojego mieszkania. Tam wykąpała jak niemowlaka obcego jej mężczyznę, nakarmiła i położyła do czystej pachnącej pościeli, w której zasnął głęboko na dwanaście godzin.
Antje zrobiła z niego znowu człowieka!
Byczył się u troskliwej kobiety, spędzając z nią kilkanaście sielankowych dni. Była stanowcza i od początku nie pozwalała mu nawet na kropelkę alkoholu. Można go było wprawdzie nazwać pijakiem, lecz na szczęście nie zdążył stać się alkoholikiem. Niemniej w pierwszym okresie dochodzenia do siebie brakowało mu ciągle czegoś mocniejszego. Po tygodniu pijacka obsesja opuściła Ralfa. Cieszyło go to! Sam nie wiedział, dlaczego. Również wspomnienia Bena i Marii przechodziły jakoś częściej bokiem, oszczędzając psyche.
Kochali się z Antje często. Czule i delikatnie, celebrując seks, jakby nigdy już nie mieli go zaznać. Nie tyle był szczęśliwy, co po raz pierwszy od tragedii czuł się naprawdę dobrze. Zaczął też, poznawszy jak ciężko przez lata doświadczana była Antje, z nieco innej perspektywy, bardziej neutralnie patrzeć na własną przeszłość.
Antje nie wiedziała o nim nic. Rozmawiali godzinami (pogawędki z inteligentną kobietą sprawiały mu dużo przyjemności) o jej smutnych perypetiach życiowych, a także o wszystkim innym, tylko nie o nim. Była bardzo taktowna i zorientowawszy się, że Ralf nie jest skory do wynurzeń, dała spokój z indagacjami.
Domyślała się jedynie, że musiał przeżyć coś strasznego.
A potem któregoś dnia, gdy Ralfa ze zdwojoną siłą ponownie dopadł ból wspomnień, i kiedy Antje była na zakupach, ukradł gospodyni pięćdziesiąt euro i zniknął z jej życia bez słowa podzięki. Wiedział, że starzejąca się kobieta zaczyna darzyć go uczuciem. Przestraszył się i stchórzył, kiedy dotarła doń rosnąca także i w nim sympatia ku Antje. Chociaż dobiegała już czterdziestki, miała figurę, której nie powstydziłaby się dwudziestoparolatka. Pomimo zarysowującej się sieci zmarszczek, jej twarz promieniała swoistym urokiem, zaś spojrzenie wyrażało podbudowującą dobroć.
Polubił tę kobietę!
A nie chciał...
Za skradzione pieniądze powrócił do domu. Już po kilku tygodniach stwierdził jednak, że nie jest w stanie zdzierżyć na miejscu ze swoimi, na nowo aktywnymi, duchowymi mękami i świadomością, iż to tutaj... był kiedyś szczęśliwy. Wiedział też, że siedząc w domu prędzej czy później powróci do alkoholu. Więc podjął w banku pokaźną sumę gotówki i postanowił ot tak, spontanicznie, przelecieć się pierwszym lepszym samolotem gdzieś poza Niemcy.
"Trochę wytworniejsza forma włóczęgostwa" – spuentował z ironią swoją żywiołową decyzję.
***
Edgar Cosharov alias Boris Schmidt alias Roland Tussant et cetera, obecnie Adam Degambe, siedział w zatłoczonym terminalu lotniska i czytał gazetę. Cierpliwie czekał na opóźniający się lot. Tylko doświadczony obserwator odkryłby, iż ten znacznie już po trzydziestce, łysiejący mężczyzna z lekko zarysowanym brzuszkiem czyta, zarazem bacznie lustrując otoczenie. Niewiele uchodziło uwadze stalowych, przenikliwych oczu.
Nie pasowały one w żadnym stopniu do pogodnej, dobrodusznej wręcz twarzy.
Uznawszy, że jest bezpiecznie, Degambe oddał się swojemu nie do końca uświadomionemu hobby: psychologicznej analizie ludzi przypadkowo przebywających w tym samym, co on, pomieszczeniu. Nikt go bliżej nie zainteresował i byłby rozczarowany, gdyby nie szczupły, właściwie nawet chudy mężczyzna, pięćdziesięciolatek, siedzący w odległości około pięciu metrów diagonalnie względem niego. Gość był kompletnie siwy, a jego poorana jakąś tragedią twarz stawała się natychmiast uosobieniem bólu i cierpienia, gdy tylko nawiązano kontakt z szarymi, pełnymi smutku i beznadziei, zapatrzonymi w coś w przeszłości oczami. Nie, pięćdziesiątki nie będzie jeszcze miał, jest dobrze po czterdziestce, zawyrokował Adam. Swój dramat przeżył nie tak dawno, co dodało mu ładnych parę lat. Wyglądało na to, że ciągle jeszcze nie otrząsnął się ze swojego kataklizmu życiowego, cokolwiek by to było.
Jak dotąd Adam Degambe nie musiał się trapić jakimś poważnym, dotyczącym go osobiście życiowym nieszczęściem. Swoich rodziców ani ewentualnego rodzeństwa nigdy nie miał okazji poznać i dawno już nie pragnął zmieniać tej odwiecznej sytuacji. Marzył o tym jedynie przez krótki okres dzieciństwa – zmuszony do ponurej, pozbawionej ciepła domowego i autentycznej miłości, egzystencji w sierocińcu. Jak sięgał pamięcią nikogo nigdy nie kochał, nie zamierzał pokochać, i nie sądził – po tym wszystkim, czego się w życiu dopuścił – by w ogóle był jeszcze zdolny do wyższych uczuć. Nie miał i nie szukał przyjaciół. Wegetował sam dla siebie, a mimo to – tak uważał – nie był większym egoistą niż inni mu współcześni.
Adam był bardzo oczytany, miał talent do języków obcych i znał ich kilka, co było bardzo przydatne w jego profesji. W profesji tej niewiele mniejsze znaczenie od inteligencji miała sprawność fizyczna, a tej Adam nigdy nie zaniedbywał. Nie, nie... nie odwiedzał klubów sportowych czy siłowni. Nie mógł sobie na to pozwolić ze względów bezpieczeństwa. Zwłaszcza że osiągnięta sprawność fizyczna stawiała go swoją jakością w jednym szeregu ze sportowcami wyczynowymi. Zbytnio rzucałby się w oczy! Nie, żadne publiczne spotkania na sportowym polu nie wchodziły w jego przypadku w rachubę. Wystarczy, że biegał, napotykając od czasu do czasu innych ludzi; robił to zresztą zawsze w bezpiecznej odległości od miejsca zamieszkania. Sprawność, siłę i szybkość trenował codziennie... w swoich aktualnych czterech ścianach. Czy to w jego niewielkim mieszkanku, czy w przypadkowym hotelu. Każdego dnia minimum godzinę. Przeciętny śmiertelnik nie zdaje sobie sprawy, że ćwicząc tak skromnie, ale konsekwentnie, można utrzymać się w formie na najwyższym poziomie. Zarówno podciąganie na drążku, jak i zwykłe pompki zawierają w sobie mnóstwo, różnie oddziałujących na układ mięśniowy wariacji. Szybko, wolno, pod tym lub innym kątem, przy użyciu dwóch bądź też jednej tylko ręki. I tym podobnie.
Degambe po latach upartej, domowej zaprawy podciągał się wielokrotnie zarówno na prawej, jak i na lewej ręce; jeszcze swobodniej radził sobie z pompkami. W codzienny trening włączał także każdorazowo od dziesięciu do piętnastu minut sit-ups[1], co oznaczało zwykle tysiąc i więcej powtórzeń hartujących mięśnie brzucha. Sit-ups zaniedbywał od czasu do czasu celowo. W tym okresie świadomie obficie (słodko i tłusto) się odżywiał; w ten sposób hodował dla kamuflażu małego maćka. Widoczny brzuszek nie dopuszczał myśli u przypadkowego obserwatora, by właściciel nadmiaru tłuszczu w talii mógł być mężczyzną o nadzwyczajnej sprawności fizycznej.
Żył samotnie, ale interesowali go ludzie. Ich losy i przeznaczenia. Nie gardził nimi, jak niektórzy koledzy po fachu czy mafijni zleceniodawcy. Mało tego – istnieli mu współcześni, których szanował, a nawet podziwiał, choć nie zawsze do końca rozumiał. I nie były to bynajmniej postacie typu Rambo czy Terminator.
Rzucał żebrakowi jałmużnę, nie dociekając, czy ten wyda pieniądze na alkohol. Przygodnym zagubionym, chętnie i nie żałując czasu, udzielał pomocnej informacji. Obce dziecko potrafił spontanicznie czymś obdarować... i, o dziwo, odczuwał znaczną satysfakcję, dokonując tego typu, wprawdzie drobnych, ale jednak dobrych uczynków. Był oczywiście świadom perwersji wynikającej ze sprzeczności występujących w jego postępowaniu. Profesjonalnie (i z wyboru) przyczyniał się bezpośrednio do rozlicznych ludzkich nieszczęść. Nie przeżywał tego, nie analizował, łatwo zapominał i wyłączał ze swojego prywatnego światka – cóż, taki fach wykonywał, koniec, kropka. Spał dobrze. Inaczej nie mógłby się trudnić tym, czym się trudnił.
Zawodowo był chłodny, pozbawiony emocji i uczuć; doświadczony, inteligentny i wyrafinowany w tym, co czynił. Prywatnie – szary, nie rzucający się w oczy obywatel; życzliwy, pomocny, niekiedy wspaniałomyślny (wiedział, że to nic nadzwyczajnego, uwzględniwszy jego nabite przez lata, tłuste konto w Szwajcarii) i czujący się z tym wszystkim całkiem okay.
Tam gdzie mieszkał od kilku lat, sąsiedzi lubili go, starsze sąsiadki niemalże – jak podejrzewał – kochały. Wiedzieli, że dużo służbowo podróżuje. Dzięki wrodzonej umiejętności odpowiedniego sterowania rozmową, nauczył ich nie zadawać zbyt wielu pytań. Przesadna, ale niezbędna ostrożność na każdym kroku i przy każdej czynności, umożliwiała mu tak długo pozostawać niezagrożonym w jednym miejscu. Z powodzeniem ugruntował w aktualnym miejscu zamieszkania opinię o sobie, jako podtatusiałym rozwodniku francuskiego pochodzenia z dziećmi gdzieś tam. Ot, taki tam miły sąsiad, niegroźny człowieczyna. I tak już ponad trzy lata. Trzy lata w tej pipidówie – kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Londynu. Odpowiadało mu to, mimo że oznaczało odpuszczenie ważnej w branży reguły. Reguły nieustannego ruchu; był już jednak zmęczony ciągłymi przeprowadzkami dla zatarcia śladów. Poza tym nie sądził, by groziła mu dekonspiracja. Jego obecny image nie mógł być w najmniejszym stopniu zbliżony do tego, jakim dysponował Interpol. I tak było dobrze. Bezpiecznie.
Jedyne co posiadały służby bezpieczeństwa były jego odciski palców.
Zdobyła je policja nowojorska za czasów, kiedy Adam mieszkał jeszcze ze swoim przybranym ojcem. Niczego jednak gliny z tego nie miały, jak długo nie natrafią na nie ponownie. A on był bardzo ostrożny z pozostawianiem gdziekolwiek jakichkolwiek śladów po sobie.
Obserwował z dyskretnym zaciekawieniem siwego mężczyznę, którego oczy i ich oprawa przypominały mu kogoś znanego... piosenkarza, aktora, sportowca? Facet siedział całkowicie nieruchomo, wbiwszy wzrok w odległy, jemu tylko znany punkt z minionego czasu. Degambe nie był pewny, czy nie uległ złudzeniu, ale miał wrażenie, że po policzku mężczyzny spłynęła mała łza.
– Pasażerowie czekający na opóźniony lot do Londynu z godziny dziesiątej czterdzieści pięć, proszeni są do przejścia numer trzydzieści dwa. Maszyna stoi gotowa do odlotu. Prosimy pamiętać o wszystkich bagażach – zabrzmiał nad głowami oczekujących miły kobiecy głos. Dwukrotnie. Najpierw po niemiecku, potem jeszcze raz w języku angielskim.
Sala terminalu ożyła niemrawo niczym reanimowany z narkozy pacjent. Wywołani pasażerowie poczęli obładowywać się wszelkim możliwym sakwojażem, kobiety napominały dzieci, by trzymały się blisko, po czym maszerowano zgodnie, tworzącymi się spontanicznie małymi grupkami, we wskazanym kierunku.
Choć był to jego lot, Adam siedział jeszcze jakiś czas w nadziei, że intrygujący obiekt jego podpatrywań również ruszy do przejścia numer trzydzieści dwa. W końcu podniósł się zawiedziony i pospieszył śladem innych podróżnych. Przyjął lukratywne zlecenie i musiał lecieć ze Szwajcarii (gdzie odwiedził swój bank) do Londynu. Stamtąd po ustaleniu z klientem – telefonicznym, rozumie się (budki telefoniczne były w jego przypadku podobnie istotnym elementem pracy jak dla agentów w szpiegowskich filmach sensacyjnych) – szczegółów umowy, udać się do USA celem zrealizowania zamówienia.
Po pierwszym etapie niedługiej podróży do Wielkiej Brytanii, dla lepszego zatarcia ewentualnych śladów, dokonywał zbędnej w normalnych okolicznościach przesiadki w Hanowerze, która następowała właśnie teraz. W samolocie zajął miejsce w sektorze drugiej klasy, w ostatnim szeregu foteli i nie pod oknem, a przy przejściu. Zawsze tak rezerwował. Zazwyczaj starał się mieć możliwie wszystkich pasażerów przed sobą na oku.
Niektóre miejsca były wolne, również to przy oknie po jego prawej. Rozglądał się niespiesznie, ale czujnie, by punkt po punkcie wyeliminować wszystkie możliwe niebezpieczeństwa. Prędko odkrył dwóch specjalistów do walki z piractwem powietrznym. Nie widział tych dwóch mężczyzn w poczekalni, a ich wygląd wymownie zdawał się świadczyć o tym, że są w stanie poradzić sobie z terrorystą nawet bez użycia broni palnej. "Gdybym zamierzał porwać samolot, rozwaliłbym najpierw was obu. Na lekcjach z konspiracji najwyraźniej wagarowaliście" – pomyślał zdegustowany.
Po uznaniu położenia za niezagrożone, rozparł się wygodnie z zamiarem ucięcia sobie drzemki, kiedy spostrzegł, że do środka wkroczył jeszcze jakiś spóźnialski. Był to ów, tak mocno przyciągający jego uwagę, facet z poczekalni. Szedł teraz środkiem maszyny, rozglądając się za swoją rezerwacją. Przystanął przy fotelu, parę kroków przed Adamem. W sąsiedztwie miejsca spóźnionego pasażera rozwalił się korpulentny jegomość, który zdążył już rozlokować laptopa i inne swoje klamoty obok, na wolnym do tej pory siedzeniu. Widząc, że mężczyzna zatrzymał się właśnie przed nim, facet z nadwagą zaczął z demonstracyjną i widoczną także dla innych pasażerów niechęcią, oswabadzać fotel ze swojego majdanu.
Wyłapawszy wzrok siwego, Adam skinął mu przyjaźnie, wskazując ruchem podbródka wolne miejsce przy oknie po swojej prawicy. Ostatni przybyły podróżny przyjął po krótkim wahaniu zaproszenie, podszedł i wrzucił niewielką walizeczkę na regał nad głowami siedzących. Zatrzasnął schowek, po czym – przecisnąwszy się między oparciem a kolanami uprzejmego pasażera – usiadł na zaoferowanym miejscu przy owalnym okienku, które, choć w samolocie, zawsze przywodziło na myśl Degambe okrętowy iluminator.
Siwy natychmiast zatopił wzrok na zewnątrz w obszernej scenerii pełnej samolotów. Gruby sapnął gniewnie, jakby zrobiono mu właśnie potężne świństwo. Po chwili zaproszony przez Adama gość, nie odwracając twarzy od widoku na płycie lotniska, rzucił cicho:
– Dziękuję.
Adam, zaskoczony nieco, postanowił kuć żelazo póki gorące.
– Och... każdy by tak postąpił.
Tym razem intrygujący współrozmówca popatrzył na niego otwarcie, uśmiechając się lekko. Sympatyczny łobuzerski uśmiech, zauważył zabójca na zlecenie.
– Nie sądzę. – Siwy wskazał nieznacznym gestem na tęgiego jegomościa, po czym powrócił do obserwacji przesuwającej się teraz powierzchni lądowiska.
Samolot kołował na pas startowy.
Znajdowali się na wysokości ponad trzydziestu tysięcy stóp, kiedy Adam ocknął się z niedługiej drzemki. Rzucił kątem oka na dziwnego towarzysza podróży. Siedział on niewzruszenie wpatrzony przed siebie, dokładnie tak, jak to zapamiętał przed zaśnięciem.
– Człowieku, co się z panem dzieje? – Nie wytrzymał. – Wygląda pan jakby się pańska dusza za życia w piekle smaliła.
Siwy nawet nie drgnął. Adam zwątpił już, czy mózg milczącego mężczyzny w ogóle zarejestrował jego słowa.
– Bo się smali... – odparł nieoczekiwanie siwy dżentelmen stłumionym, ale wyraźnym głosem.
I zanim Adam zdążył cokolwiek powiedzieć, zapytał:
– Obserwuje mnie pan od dłuższego czasu. Jest pan z policji?
Zaproszony na wolne miejsce obok sąsiad patrzył mu teraz prosto w oczy. Natarczywie i chłodno; wyczekująco. Adam dawno już nie czuł się tak zbity z pantałyku. Wytrzymał jednak wnikliwe spojrzenie intrygującego go człowieka. Z fascynacją zagłębił się w niezwykłych oczach. Odczytywał w nich nieznaną mu tragedię tajemniczego pasażera. I raptem, z niepohamowaną siłą, ponownie zapragnął poznać historię tego dziwnego mężczyzny, na którego zwrócił uwagę na lotnisku. Patrząc w jasnoszare oczy towarzysza podróży – Kevin Costner, olśniło go – poczuł się rozszyfrowany, niezdolny do kłamstwa. Imponował mu wpływ, jaki miał na niego ten obcy w końcu człowiek. Podziw Degambe wzbudziło, że choć w poczekalni tylko raz przechwycił wzrok siwego, facet – z całą pewnością amator – doskonale wyczuł jego dyskretną inwigilację. Musiał zdobyć zaufanie tego nietuzinkowego mężczyzny o silnej osobowości, dzielącego z nim miejsce w maszynie do Londynu.
Ale jak zdobyć zaufanie kogoś tak niestereotypowego?
Chyba metodą równie nieszablonową...
Tak, nagle wiedział, co zrobić. Choć to niebezpieczne i wbrew regułom. Chętnie się jednak bawił w psychologa oraz lubił ryzyko, a poza tym polegał na swojej intuicji. "Niepospolici ludzie wymagają niekonwencjonalnych metod" – podsumował w duchu.
– Nie, nie jestem gliną... – zawahał się raz jeszcze. Musiał jakoś zgrabnie określić swoje zajęcie.
– Trudnię się eliminowaniem... niewygodnych. Profesjonalnie.
Po raz pierwszy wyraz twarzy i oczy Siwego zamanifestowały odrobinę zainteresowania.
– I jako płatny zabójca obnosi się pan z tym przede mną, obcym panu człowiekiem. Nie sądziłem, że jest to symptomatyczne dla waszego fachu. Teraz pojmuję, dlaczego jesteście tacy nieuchwytni dla depczących wam po piętach tabunów policji i tych wszystkich innych organów ścigania na całym świecie: puszycie się wszem i wobec swoją działalnością, dzięki czemu odwracacie od siebie uwagę tropiących.
Obrócił głowę do owalnego okienka, dodając obojętnym tonem:
– Podobnej bzdury dawno nie słyszałem.
Adam roześmiał się swobodnie. I z ulgą. Zdołał wciągnąć w rozmowę tego interesującego czterdziestoparolatka! Czuł też, że mężczyzna skłonny był mu wierzyć. Inaczej nie zniżyłby tak diametralnie głosu, za co był mu zresztą wdzięczny. Postawa nieznajomego jednak znowu zbiła go z tropu. Ten naznaczony cierpieniem człowiek przyjął wyznanie Adama, jakby się właśnie dowiedział, że ten dorabia sobie... roznosząc gazety czy handlując kartoflami.
– Zwykle nie pozwalam sobie na podobne zwierzenia – rzucił zimno, przestając się uśmiechać. – Z profesjonalnego punktu widzenia nie jest to oczywiście mądre... za to niebezpieczne.
Ich spojrzenia zetknęły się ponownie i Ralf odczytał z oczu mężczyzny, że ten zdecydowanie i bez wahania zastosowałby w razie zagrożenia znane mu "metody profilaktyczne".
Towarzysz Degambe znowu pogrążył się w milczeniu.
Najpierw wyglądało na to, że zamierza zakończyć konwersację. Adam zauważył jednak, iż tym razem nie gapi się on już przed siebie tępo w masochistycznym cierpieniu, a głęboko nad czymś zastanawia.
Siwy otrząsnął się z zadumy i znowu zaskoczył go, niespodziewanie wyciągając rękę.
– Nazywam się Storch. Ralf Storch. – I ściskając rękę gościnnego współpasażera dodał, lustrując wymownie nowego znajomego:
– W moim przypadku dane te odpowiadają prawdzie.
Degambe uśmiechnął się.
– Adam Degambe – przedstawił się, odwzajemniając równie krzepko silny uścisk dłoni Storcha. – Mam panu okazać paszport, Ralf?
– Och... nie mam wątpliwości, iż przedstawił się pan zgodnie z danymi w dokumentach tożsamości.
Po paru sekundach dodał cierpko:
– Naturalnie mam na myśli pańskie AKTUALNE dokumenty.
Na obliczu Adama zakwitł kolejny lekki uśmiech. Zamilkli obydwaj. Milczenie trwało parę minut.
I raptem Ralf zaczął opowiadać.
Rozkręcając się powoli, opisywał swoją tragedię – miejscami rzeczowo i ze swadą, miejscami chaotycznie, przepełniony emocjami i bólem. Język opowiadającego był bogaty, inteligentny i pozbawiony patosu. Adam śledził relację Storcha z uwagą zainteresowanego lekcją ucznia.
Ich boeing lądował na lotnisku Heathrow, a Ralf, jak w transie, nieprzerwanie relacjonował minione przeżycia. Po raz pierwszy od śmierci Bena opowiadał komuś swoją historię. Komisarza Ernsta kierującego dochodzeniem przeciwko Mustafie doprowadzał do szału swoim milczeniem i obojętnością na wyniki śledztwa. Teraz zrozumiał, że w podświadomości dawno pragnął podzielić się z kimś swoją udręką. Przed kimś wypłakać i oczyścić duszę z ponurych demonów szlachtujących jego psyche. Nie chciał już więcej przeżywać w snach – ciągle od nowa – najróżniejszych wersji śmierci syna i Marii. Ten obcy człowiek, Adam Degambe – jak chciała ironia losu: zabójca na zlecenie – okazał się nieoczekiwanie wdzięcznym słuchaczem. Rzucał od czasu do czasu pasujący, taktowny wtręt, stymulując wręcz Ralfa do najintymniejszych wyznań z jego drogi krzyżowej.
Chirurg przerwał, kiedy przyszło zbierać się do wysiadania. Adam wręczył mu dyskretnie chusteczkę i Ralf, nie zważając na zdziwione spojrzenie zażywnego pasażera (gruby spostrzegł jego łzy oraz gest sąsiada i przez moment sprawiał nawet wrażenie, jakby zamierzał podejść i coś powiedzieć) osuszył starannie wilgotne policzki.
Opuścili samolot i po przejściu rutynowej kontroli celnej udali się do najbliższego przylotniskowego baru.
Tam dokończyli niedokończone.
Doprowadziwszy swoją historię do końca, Storch poczuł niemal ekstatyczną ulgę. Jakby uwolnił się właśnie od pokaźnej części ogromnego balastu, zwalając ją na barki Degambe. Adam, sumienny w brudnej robocie, z powodzeniem oddzielał dotąd aspekty życia zawodowego od nudnej zazwyczaj, prywatnej codzienności. Ale w obu tych światach kierował się dotąd neutralnością i bezemocjonalnością. Dlatego też nie podobało mu się za bardzo, że historia Storcha poruszyła w nim uczucia, których – nawet jeśli je u siebie podejrzewał – zwykle nie dopuszczał do głosu. Za szczególnie niepokojący uznał fakt, iż zaczynało mu chodzić po głowie, żeby zrobić coś dla tego człowieka. Dawało też o sobie znać uczucie lekkiej zazdrości o miłość, jaką Ralf tak bezwarunkowo darzył żonę i syna. Minęły już grubo ponad dwa lata, od kiedy ich stracił, a on nadal nie mógł pogodzić się z tą jego tak wielką, osobistą przegraną. Wciąż żył wspomnieniami o nich, ciągle byli dla niego oczkiem w głowie.
"Historia w gruncie rzeczy banalna" – myślał Adam. "Mnóstwo podobnych tragedii zdarza się na tym bezwzględnym świecie każdego dnia".
A jednak usłyszany dramat życiowy poruszył w nim struny sympatii i współczucia dla Storcha. Odgadywał, skąd się to brało. Nie przeżył dotąd czyjegoś dramatu tak bezpośrednio. Nie przypominał sobie, aby ktoś mu się kiedykolwiek otworzył tak ufnie i całkowicie w całym bezmiarze swojego bólu. Adam miał oczywiście świadomość cierpień, na jakie skazywał bliskich swoich ofiar. Były to jednak tragedie rozgrywające się daleko od niego, a przez to i abstrakcyjne. Jeden jedyny raz okoliczności sprawiły, że rozmawiał krótko z żoną (a raczej wdową) biznesmena, którego zastrzelił nieco wcześniej w Paryżu, kiedy ten w doskonałym humorze opuszczał ekskluzywny burdel. Początkowo poczuł się nieswojo. Kobieta na owym party nie miała naturalnie pojęcia, że rozmawia z zabójcą swojego męża. Sprawiło mu ulgę, a w końcu nawet rozbawiło, kiedy ta świeżo owdowiała niewiasta dała (na lekkim rauszu) wyraz rozczarowaniu faktem odebrania jej możliwości własnoręcznego dokonania zbrodni na "tej egoistycznej, zakłamanej kanalii". Zresztą facet tak czy siak nie miał przed sobą długiego życia. Za głęboko wlazł w interesy z włoską mafią i za dużo wiedział, nie należąc jednocześnie do żadnej z rodzin. Bogiem a prawdą od początku był przegrany.
Teraz, skonfrontowany oko w oko z rozpaczą kochającego ojca i męża, Adam spróbował sobie wyobrazić siebie samego na jego miejscu. Nie bardzo jednak dawał radę z własnym wyimaginowanym wizerunkiem przykładnego małżonka i oddanego bez reszty potomstwu rodzica.
– Nie do wiary, że ten cały Mustafa wywinął się wyrokiem w zawieszeniu – odezwał się, kiedy przemilczeli jednego drinka i barman nalał im kolejnego.
W knajpce, jak na tak wczesną porę dnia, było stosunkowo tłoczno.
Czy ci wszyscy mężczyźni tutaj, przychodzą, by przy szklaneczce whisky roztrząsać swoje problemy?
– Z drugiej strony wiem z doświadczenia, że w tym kraju to możliwe – kontynuował.– Szczególnie w stosunku do młodocianych.
Ralf patrzył ponuro na rozkołysane kostki lodu w bursztynowym trunku.
– I co dalej, Ralf? Co zamierzasz?
– Albo znajdę drogę powrotną do życia, albo strzelę sobie w łeb. Nie mam już sił dalej się zadręczać.
– A zatem, żeby się nie wykończyć, potrzebujesz jakiegoś nowego celu w życiu; czegoś, na czym mógłbyś skoncentrować całą swoją uwagę, a co jednocześnie nadałoby sens twojej dalszej egzystencji.
Ralf łypnął na niego posępnie sponad szkła ze szkocką marki Chivas Regal.
–Taak...? – mruknął z nutką ironii w głosie. – Mam się zająć filatelistyką?
– Nie... Zemstą!
[1] Sit-ups (ang.) – ćwiczenia mięśni brzucha, brzuszki.