Łzy pustyni - Halima Bashir, Damien Lewis

Reflow text when sidebars are open.
arabsko-polski
angrib - rodzaj łóżka stosowany także jako łoże pogrzebowe
asida - papka kukurydziana
battanijja - nakrycie na łóżko
bhirisz - biały całun pogrzebowy
chawadża - biały człowiek
damirga - gęsta polewka z pszenicy durum
fakir - muzułmański święty mąż i uzdrowiciel
ful - potrawa z gotowanej fasoli
fustan - sukienka przypominająca dziewczęcy mundurek szkolny
halal - to, co dozwolone
haram - to, co zakazane
hariba - ogień
hidżab - muzułmański amulet przygotowany przez fakira
imama - turban
kisra - naleśniki z sorgo
mehia - magiczna mikstura do picia przygotowana przez fakira
muslajja - muzułmański dywanik modlitewny
nafir - stan wyjątkowy
szahid - męczennik
zagawa-polski
abba - tato
abu - babcia
agadi - tradycyjny złoty naszyjnik noszony przez kobiety z plemienia Zagawa
agadim - legendarny stwór przypominający wilka
ahrao - arabski wróg
Arab hagarin - "Arabowie traktują nas jak zwierzęta"
baa - dom
birgi - roślina stosowana do wyrobu leków
biri - tradycyjna fryzura kobiet z plemienia Zagawa
dżahub kadai - strach na wróble
eja - mama
ful - duszona fasola
fangasso - słodkie pączki smażone w głębokim oleju
garagariba - łopatka używana podczas przyrządzania naleśników z sorgo
gini - osiedle
goro - piwo z sorgo
gory - zagroda dla zwierząt
gubhor - szarańcza
gumbhor - tradycyjna fryzura kobiet z plemienia Furów
hdżar - lampart
herdi - konie
hiry karda - kowboj
kawal - ciemny, pikantny proszek uzyskiwany ze sfermentowanej rośliny
kejo adum dżagi gogo kej - "pobawmy się w księżycową kość"
koji - miarka do wody
liba - mleczny deser przyrządzany z koziej siary
molleta - sałatka z liści
musarran - suszone zwierzęce jelita
nasarra - cudzoziemcy
orwa - drewno na opał
pirgi - drzewo, z którego części wyrabia się lekarstwa
sinja ni - czas, kiedy ktoś wie, że umiera
tagro - pojemnik wykonany z tykwy
tajhri - kobieta dokonująca obrzezania
tibri - złoto, "to, co pozwala oszczędzać pieniądze"
zit karkar - olej do włosów
Chodź do mnie, mój skarbie, Mam dla ciebie piosenkę. Chodź do mnie, mój skarbie, Mam dla ciebie sen...
Tę kołysankę śpiewam szeptem mojemu synkowi, kiedy na rękach kołyszę go do snu. Za oknami naszego przypominającego celę mieszkania huczy londyńska ulica. Jednak my jesteśmy bezpieczni - ja i ten malutki śpiący cud, który kurczowo tulę do siebie, mając w sercu radość podszytą rozpaczą. I kiedy tak śpiewam, myślami przenoszę się do domu, do mojej ukochanej Afryki.
Chodź do mnie, mój skarbie, Mam dla ciebie całusa. Chodź do mnie, mój skarbie...
Tę kołysankę śpiewała mi wieczorami przy ogniu moja dobra i łagodna matka. Moja sroga Babcia Suma śpiewała ją w te ciepłe afrykańskie noce, kiedy pozwalała sobie na chwilę odprężenia i kiedy promieniała z niej miłość. Tę samą kołysankę mój cudowny, zabawny i inteligentny ojciec mruczał mi do ucha, kiedy huśtał mnie na kolanach, gładząc po głowie.
Chodź do mnie, mój skarbie, Mam dla ciebie uśmiech...
Kiedy ją śpiewam, jestem znowu w Afryce, bezpieczna i otulona pełnym miłości ciepłem mojej rodziny. Kiedy ją śpiewam, znowu jestem z moim plemieniem, plemieniem Zagawa, surowymi i wojowniczymi Afrykanami, którzy są zarazem niezwykle szczodrzy i otwarci, kiedy witają u siebie przybyszy. Znowu jestem w gorącym, pełnym korzennych aromatów, suchym pustynnym powietrzu mojej wioski - dziecko odziane jedynie w kurz i szczęście - a moje życie jest cudowne i dobre.
Jestem w domu, w mojej wsi, z moim ludem, w Darfurze.
Darfur. Wiem, dla was ta nazwa przesiąknięta jest zapewne cierpieniem i krwią. Wywołuje straszliwe obrazy niekończących się potworności i zła, bólu i okrucieństwa o rozmiarach niewyobrażalnych w większości krajów cywilizowanego świata. Jednak dla mnie Darfur to coś innego. To była i nadal jest niemożliwa do zastąpienia i niepojęta radość. To jest dom.
Chodź do mnie, mój skarbie, Mam dla ciebie dom...
Śpiewam tę piosenkę synkowi, który nie ma jeszcze roku, i rozmyślam nad cudem jego narodzin. To on dał mi odwagę i wolę życia. Bez ciebie - mówię tym błyszczącym, zaspanym oczom - z przerażenia i wstydu odebrałabym sobie życie. Pochłonęłaby mnie ciemność i pociągnęła w dół, w swe odmęty.
My, Zagawa, jesteśmy groźnym, wojowniczym ludem i wolimy śmierć - gwałtowną i krwawą, także z własnej ręki - niż hańbę i wstyd. W moim plemieniu tak było zawsze.
Chodź do mnie, mój skarbie, Mam dla ciebie moje ramiona...
- Wiesz, co to gwałt? - Twarz wykrzywiona nienawiścią, oczy blisko moich oczu, cuchnący żołnierski oddech. - Myślisz, że jak jesteś lekarką, to wiesz, co to gwałt?
Drugi żołnierz rzuca się na mnie i przyciska do podłogi.
- Pokażemy ci, co to gwałt, ty czarny psie...
- Myślisz, że możesz rozmawiać z cudzoziemcami o gwałcie!? - wrzeszczy trzeci. - Powiem ci coś, ty nic o tym nie wiesz. Ale my jesteśmy specjalistami od nauczania, co to gwałt...
- A kiedy z tobą skończymy, może po prostu pozwolimy ci żyć - dorzuca pierwszy. - Wtedy możesz opowiadać światu...
Staram się blokować te wspomnienia, jednak czasem napierają na mnie - mroczne i duszące, odrażające i złe. Jeszcze dziś widzę ich twarze, jakby to było wczoraj. Nabiegłe krwią oczy płonące nienawiścią i żądzą. Szpakowaty zarost. Nieświeży oddech, smród kilkudniowego potu i niepranych mundurów. Błysk ostrza, kiedy jeden z nich usiłuje rozciąć mi spodnie. Kopię gwałtownie, celując w krocze. On krzyczy z bólu, a kiedy dochodzi do siebie, wbija mi nóż w udo. Przeszywa mnie potworny ból, a związane ręce przygniata obezwładniający ciężar.
Chodź do mnie, mój skarbie, Mam dla ciebie życie...
Tulę mojego chłopczyka do serca, które tłucze się w piersi przepełnione lękiem. To ty dałeś mi życie, wolę życia, odwagę, by żyć dalej. I to dla ciebie - a także dla tych niezliczonych kobiet i dzieci, którym nie udało się przeżyć horroru - mam zamiar usiąść przy tym biurku w naszej malutkiej kawalerce i kiedy ty spokojnie śpisz, zacząć spisywać moją opowieść.
Chodź do mnie, mój skarbie, Mam dla ciebie opowieść...
Nazywam się Halima. To ważne imię - musicie o tym pamiętać. Jest ważne, ponieważ ojciec nadał mi je siedem dni po moich narodzinach podczas specjalnej ceremonii, która zgromadziła całą wioskę. W pewnym sensie ojciec przewidział przyszłość, bo nadał mi imię tej, którą miałam się stać.
Byłam jego pierwszym dzieckiem i ulubienicą. Wiem, że tak mówią wszystkie dzieci, ale mnie rzeczywiście łączyła z nim szczególnie bliska więź. Przez pierwsze pięć lat życia byłam jedynym dzieckiem. Tęskniłam za bratem lub siostrą, z którymi mogłabym się bawić. Wiedziałam też jednak, że kiedy się zjawią, będę się musiała dzielić rodzicami. A to była ostatnia rzecz, której bym sobie życzyła.
Kiedy ojciec był w domu, nie odstępowałam go na krok i słuchałam jego opowieści. Opowiadał mi legendy naszego plemienia, plemienia Zagawa, albo mówił o genealogii naszej rodziny, która wywodziła się z długiej linii plemiennych wodzów. Opowiadał o swej pracy - handlował bydłem, kozami i wielbłądami - i podróżach przez pustynie i góry Darfuru.
Pewnego dnia, gdy byłam jeszcze mała, leżeliśmy na dywanach przy ogniu. W każdym rogu naszej zagrody stała okrągła lepianka kryta strzechą - jedna dla kobiet, jedna dla mężczyzn, jedna dla rodziców i jedna dla gości. W centrum znajdowała się pozbawiona ścian, kryta strzechą drewniana wiata. Właśnie tam zbieraliśmy się każdego wieczoru, układaliśmy się wokół paleniska i patrzyliśmy w jasne gwiazdy; rozmawialiśmy i śmialiśmy się.
Pamiętam zabawę podobną do "Warzyła sroczka kaszkę", w którą ludzie na Zachodzie bawią się ze swoimi dziećmi. Ojciec brał moją lewą rękę i kreślił kółko na dłoni.
- To jest dom wielbłąda - mówił, patrząc mi głęboko w oczy. Potem kreślił kółko na przedramieniu. - To jest domek krowy. - Potem jeszcze wyżej. - To jest domek owcy...
Oczywiście bawiliśmy się w ten sposób już wiele razy i doskonale wiedziałam, czym to się skończy: zaczynałam chichotać i usiłowałam wyrwać rękę z ojcowskiego uścisku.
- To domek kury... - ciągnął, rysując go na moim ramieniu, a kiedy ja desperacko próbowałam zwinąć się w kłębek, on nagle sięgał mi do pachy: - A to czyj domek?
Śmialiśmy się oboje; on mnie łaskotał, a ja próbowałam się uwolnić. Kiedy zabawa nas zmęczyła, kładliśmy się na plecach na dywanach, a nasze myśli gubiły się gdzieś w ciemnym nocnym niebie.
- Jesteś moją ulubioną dziewczynką - szeptał ojciec i gładził mnie po głowie. - Przyniosłaś szczęście naszej rodzinie.
- Dlaczego jestem taką szczęściarą, abba? - pytałam. W języku Zagawa abba znaczy "tato". Byłam wtedy w wieku, w którym koniecznie chce się wiedzieć "dlaczego".
Ojciec opowiedział mi wtedy o tym, jak nadał mi imię. W naszym plemieniu imię każdego dziecka należy ogłosić najpóźniej siódmego dnia po jego przyjściu na świat. Rodzice byli tak dumni ze swego pierwszego dziecka, że zaprosili na ceremonię całą wieś. Ojciec był względnie zamożnym człowiekiem - miał wiele krów, owiec, kóz i wielbłądów, które miały dużą wartość. Zabił kilka zwierząt i przygotował ucztę dla wszystkich.
Matka odpoczywała po porodzie. Zgodnie z naszą tradycją taki odpoczynek trwa czterdzieści dni. Moja groźna Babcia Suma zwołała więc kilka kobiet ze wsi, żeby pomogły w gotowaniu. Były tam tace z piętrzącymi się stosami kisra - naleśników z sorgo smażonych na blasze rozgrzanej nad otwartym ogniem. Były sagany wypełnione po brzegi asidą - gęstą kukurydzianą papką. Były misy pełne świeżej sałaty z dodatkiem oleju sezamowego i soku z cytryny. I mnóstwo wędzonego mięsa - wołowiny i koźliny - które podawano z pikantnymi i aromatycznymi sosami.
Rankiem w dniu nadania imienia ludzie przynosili w prezencie jedzenie lub inne drobne podarki. Kobiety miały na sobie tope, długie tuniki z delikatnego szyfonu farbowanego we wszystkie barwy tęczy. Stroje niezamężnych dziewcząt były najbardziej jaskrawe - miały płomienne czerwone, pomarańczowe i różowe desenie. Mężczyźni wyglądali wspaniale w białych tunikach okrywających ciało od stóp do głów. Zwieńczeniem stroju był imma, biały turban.
- Leżałaś w chacie - opowiadał ojciec - maleństwo u boku mamy. Wielu ludzi przyszło cię zobaczyć, ale Babcia - sama wiesz, jaka ona jest - nakryła ci twarz. "Możemy zobaczyć buzię?", pytali goście, ale ona z nachmurzoną twarzą mruczała, że musi cię chronić przed złym urokiem.
Zły urok to klątwa, w którą święcie wierzą wszyscy Zagawa i wielu innych muzułmanów. Babcia Suma, która zajmowała się mną, kiedy matka odpoczywała, była bardzo przesądna. Nie chciała - tak na wszelki wypadek - żeby ktokolwiek spojrzał na mnie z bliska. Ktoś przecież mógłby mieć niecne zamiary i rzucić na mnie zły urok.
"Jaka ona śliczna - jakie daliście jej imię?", pytali goście, ale Babcia tylko miotała groźne spojrzenia i nie odzywała się ani słowem.
Tato wydał bowiem wcześniej ścisłe instrukcje. Nie chciał ogłaszać mego imienia, zanim nie zjawi się bardzo ważna osoba - nasza wioskowa szamanka. Gdy wreszcie przybyła, poprowadził ją na środek. "Nadaję mojej pierworodnej imię Halima, po tobie", oznajmił. Potem wprowadził ją do chaty, żeby mnie pobłogosławiła.
- Dlaczego nadałeś mi po niej imię, abba? - zapytałam kiedyś ojca. Zgodnie z tradycją naszego plemienia dzieci otrzymują imiona po dziadkach, więc ciekawiło mnie, skąd się wzięło moje.
- To długa historia - odparł, a jego roześmiane oczy błyszczały w blasku ognia. - Ale teraz już pora spać.
Wiedziałam, że się ze mną przekomarza, więc nalegałam, żeby mi opowiedział. W końcu - jak prawie zawsze - ustąpił.
- Najpierw myślałem o imieniu Suma, po Babci - ciągnął. - Ale mi zabroniła. - Przewrócił oczami i zachichotał. Oboje wiedzieliśmy, jaka jest Babcia: sprzeciwiała się wszystkiemu, czemu tylko mogła się sprzeciwić. - Wtedy przypomniałem sobie o obietnicy, którą złożyłem, kiedy byłem jeszcze młody. Pewnego dnia zaganiałem bydło, jadąc na wielbłądzie. W wyschniętym korycie rzeki wielbłąd potknął się i przewrócił. Jacyś ludzie ze wsi znaleźli mnie nieprzytomnego, byli pewni, że umieram...
- Ale ty nie mogłeś umrzeć, abba - zaprotestowałam. - Prawda?
Ojciec stłumił śmiech.
- Żadnym sposobem nie mogli mnie docucić. Nie pomagały zioła ani leki. Nacięli mi skórę, o tutaj. - Pokazał mi grubą białą bliznę na szyi. - Upuścili mi krwi, żeby razem z nią wyszło zakażenie, ale to nie pomogło. Nie pomagały nawet hidżaby fakirów.
Byłam zdumiona. Hidżaby to potężne zaklęcia wioskowych świętych mężów, fakirów, które mają chronić i leczyć ludzi. Bezwzględnie wierzymy w ich moc. Jeśli nawet one zawiodły, ojciec rzeczywiście musiał być bardzo chory.
- Wydawało się, że nie da się mnie uratować - mówił dalej. - W końcu zabrali mnie do Halimy, szamanki. Leczyła mnie przez wiele miesięcy i opiekowała się mną, dopóki nie wydobrzałem. Jestem pewien, że uratowała mi życie. W każdym razie obiecałem jej, że jedno z moich dzieci będzie nosić jej imię. Właśnie dlatego nazywasz się Halima.
Byłam bardzo szczęśliwa, kiedy poznałam historię mojego imienia. Szamanka - życzliwa starsza kobieta - często bywała u nas w domu. Przywoływała mnie wtedy do siebie słowami: "Chodź tu, dziewczynko, która nosisz moje imię!". Tuliła mnie i głaskała po głowie. Zawsze sądziłam, że jest po prostu zadowolona z tego, że nosimy to samo imię, ale dopiero teraz zrozumiałam, co to naprawdę znaczyło dla niej, dla ojca i dla mnie.
- Ale dlaczego jestem taką szczęściarą? - nie ustępowałam, bo nadal mi tego nie wyjaśnił.
Ojciec roześmiał się, a oczy rozbłysły mu niczym rozżarzone węgle.
- Nic ci nie umknie, prawda, Ratebe?
"Ratebe" to przydomek, który nadał mi ojciec. Zobaczył kiedyś zdjęcie sławnej pieśniarki Dolly Ratebe w którymś z dużych miast. Miała niesforną czuprynę podobną do mojej i była artystką pełną werwy. Mieszkała w kraju o nazwie Afryka Południowa i śpiewała o cierpieniach czarnych Afrykanów, o których losie decydowali ci, którzy uważali się za lepszych od nas. Z jakiegoś powodu ojciec uznał, że kiedy dorosnę, będę podobna do niej.
- Tego dnia, kiedy otrzymałaś imię, stara Halima zjawiła się w naszej chacie - ciągnął ojciec. - Była honorowym gościem, więc Babcia pozwoliła jej na ciebie popatrzeć. Kiedy Halima nachyliła się nad tobą, żeby cię pocałować, zauważyła, że masz białą rzęsę. Może była stara, ale przed jej małymi, świdrującymi oczkami nic się nie ukryło. Natychmiast zawołała mnie do chaty. Powiedziała, że to szczególne błogosławieństwo i że przyniesiesz szczęście całej rodzinie. I tak się stało.
Uniosłam rękę do twarzy i dotknęłam rzęsy. Od kiedy pamiętam, rodzice powtarzali mi, że moja biała rzęsa jest cenna i nigdy nie powinnam jej obcinać. Wedle tradycji plemienia Zagawa biała rzęsa oznacza szczęście. Ojciec mówił, że w tym samym roku, w którym się urodziłam, jego interesy rozkwitły. Mógł sobie nawet pozwolić na kupno starego land rovera - pierwszego pojazdu mechanicznego w naszej wiosce.
Był to rupieć w kolorze khaki powiązany sznurkami i drutem, jednak dla nas był cudowną zjawą z nowoczesnego świata. Kiedy podrosłam, próbowaliśmy przekonać ojca, by go sprzedał i kupił ładniejszy, nowszy samochód, ale się nie zgodził. Był przywiązany do tamtego land rovera. Łączyło się z nim wiele wspomnień, które - jak się obawiał - mogły zniknąć wraz z samochodem.
Ojciec miał na imię Abdul, ale wszyscy nazywali go Okiramadż - "człowiek, który ma wiele wielbłądów". To imię znaczy także "ten, kto może wszystko", ponieważ właściciel wielu wielbłądów jest bogaty i ma wielkie możliwości. Ojciec był wysoki, miał ciemną skórę i pociągłą, jajowatą twarz ozdobioną gęstym, lśniącym wąsem. Dla mnie był najprzystojniejszym mężczyzną na świecie.
Na obu skroniach miał pionowe blizny. Nacięcia, które mu zrobiono, gdy był jeszcze chłopcem, oznaczały, że należy do plemienia Zagawa. Wierzono, że chronią przed infekcjami oczu, dlatego nazywaliśmy je nacięciami okularowymi. Jeśli ktoś ich nie miał, ludzie pytali: "Nie masz okularów? Dlaczego? I dobrze widzisz?".
Ludzie wierzyli, że im więcej nacięć zniósł chłopiec, tym mężniejszym będzie wojownikiem. Niektórzy mężczyźni z naszego plemienia mieli blizny na całej szyi i piersi. Ojciec nie. Pochodził z długiej linii plemiennych przywódców, a jego wykształcenie i zdolności handlowe były wysoko cenione. Był raczej człowiekiem myśli i wioskowym filozofem. Nie wpadał łatwo w gniew, szybko wybaczał i przez te wszystkie lata nigdy nie podniósł na mnie ręki.
Nosił tradycyjny sztylet plemienia Zagawa przymocowany do ręki tuż poniżej ramienia. Sztylet miał drewnianą rękojeść, srebrną głownię i skórzaną pochwę ozdobioną skórą węża z misternym geometrycznym ornamentem. Taki sztylet, symbolizujący gotowość do walki, miał przy sobie każdy mężczyzna Zagawa. Wokół pasa noszono przewiązany rzemyk z hidżabami - wykonanymi przez fakirów niewielkimi skórzanymi sakiewkami, w których były zaszyte skrawki papieru z nagryzmolonymi zaklęciami.
W wieku około trzydziestu pięciu lat ojciec ożenił się z moją matką, Bochetą. Ona miała zaledwie osiemnaście lat i była prawdziwą pięknością. Ojciec ujrzał ją pewnego dnia, gdy spacerowała po wsi, i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Odszukał Babcię Sumę i poprosił o rękę jej córki. Babcia była od dawna w separacji z mężem i ciężko się żyło jej i dzieciom. Ojciec był bogaty i Babcia wiedziała, że to dobry człowiek. Uznała, że to wspaniała partia dla najstarszej córki, i chętnie zgodziła się na małżeństwo.
Leżeliśmy przy ogniu długo w noc. Dowiedziałam się, jak niezwykły okazał się dzień, w którym nadano mi imię - niezależnie od odkrycia mojej białej rzęsy. U wrót naszej zagrody stanął starzec, który przyjechał na wielbłądzie. Choć był obcy, zaproszono go do środka, bowiem gościnność jest ważnym elementem naszej kultury. Kiedy jego wzrok spoczął na mojej matce i Babci Sumie, starzec wpadł w straszną złość.
Był to mąż Babci, z którym od dawna była w separacji. Podróżował wiele dni, by ją odnaleźć. Plemię Zagawa dzieli się na trzy klany - Towhir, Kube i Bidajat. Babcia i Dziadek wywodzili się z różnych klanów. Kiedy Babcia od niego uciekła, wróciła na ziemie swego klanu - Kube. Dziadek pozostał na oddalonych o szmat drogi ziemiach klanu Bidajat i przez te wszystkie lata nie mógł jej odnaleźć.
Wreszcie usłyszał o pięknej dziewczynie z klanu Kube mieszkającej w wiosce Hadura - tak nazywała się nasza wioska. Dowiedział się, że dziewczyna wychodzi za mąż za bogatego i przystojnego mężczyznę z klanu Towhir. Kiedy ustalił rodowe nazwiska, uznał, że to musi mieć związek z jego żoną, z którą od lat nie miał kontaktu. Wsiadł na wielbłąda i przyjechał do nas, chcąc się przekonać, czy jego podejrzenia są słuszne. Przekonawszy się, że tak właśnie jest i że jego najstarsza córka zdążyła już wyjść za mąż, wyciągnął sztylet i zwrócił się wściekły przeciw mojemu ojcu.
- Jak śmiałeś się ożenić z moją córką?! - krzyczał. - Kto ci pozwolił? Na pewno nie ja, a ja jestem jej ojcem!
Zanim ojciec zdołał cokolwiek wykrztusić, Babcia Suma poderwała się i z fałd tuniki błyskawicznie wyciągnęła sztylet. Kobiety Zagawa nie noszą broni, więc wszyscy wpatrywali się w nią z otwartymi ze zdumienia ustami. Minęło piętnaście lat od chwili, gdy uciekła od męża, jednak rozpoznała go bez trudu.
- Tylko spróbuj podejść! - wrzasnęła, a jej twarz przypominała gradową chmurę. - Zostaw w spokoju mnie i moje dzieci!
Oczywiście tego rodzaju postawa nie mogła załagodzić sytuacji. Na domiar złego Dziadek odkrył moje istnienie oraz fakt, że właśnie nadano mi imię. Nie tylko rzuciła go żona, a najstarsza córka wyszła za mąż bez jego pozwolenia, lecz jeszcze urodziła dziecko. Powiedział, że chce mnie zabrać do swojej rodzinnej wioski. Zagroził, że jeśli ojciec się nie zgodzi, na zawsze przeklnie ich małżeństwo.
W kulturze plemienia Zagawa okrycie kogoś niesławą to najgorsza rzecz, jaką można zrobić drugiemu człowiekowi. Ojciec wiedział więc, że musi postępować bardzo delikatnie. Zwołał wioskową starszyznę - mężczyzn w wieku Dziadka i starszych. Wszyscy starali się udobruchać Dziadka. Co się stało, to się nie odstanie, mówili, nieważne jak bardzo tego żałujemy. Moi rodzice byli po ślubie, dziecko przyszło na świat i właśnie tego ranka nadano mu imię.
Ojciec na chwilę się oddalił, po czym wrócił z poszewką na poduszkę wypchaną pieniędzmi. Podał ją Dziadkowi, mówiąc, że to część wykupu za rękę jego córki. Dziadek pomyślał pewnie, że lepiej późno niż wcale, ponieważ nagle jego nastrój bardzo się poprawił.
Ojciec zabił jeszcze jedną krowę i oznajmił, że w takim razie to potrójna uroczystość. Po pierwsze - z okazji nadania mi imienia, po drugie - z okazji odkrycia mojej białej rzęsy, a po trzecie - z okazji ponownego połączenia rozdzielonej od dawna rodziny. Jedynie Babcia nie była zachwycona rozwojem wypadków. Nie odezwała się do Dziadka ani słowem. Stała, mierząc go wzrokiem i nie wypuszczając z ręki noża, którego ostrze sprawdzała na własnym ramieniu.
Dziadek zatrzymał się u nas dzień lub dwa, po czym wrócił do swej wioski. Babci powiedział, że teraz, kiedy już wie, gdzie mieszka, jest szczęśliwy i może wracać ze spokojnym sercem. Ona w odpowiedzi tylko wymachiwała nożem i popędzała go, by wreszcie poszedł w swoją stronę.
Ojciec dodał, że z rozstaniem Babci i Dziadka wiąże się niezwykła historia. Kiedy ją usłyszał, zrozumiał, dlaczego Babcia jest taka zawzięta. Ale tę opowieść trzeba odłożyć na inny dzień. Wszyscy poszli już spać do chat i my też powinniśmy to zrobić.
Pogładził mnie po sennej głowie.
- Teraz już wiesz, skąd się wzięło twoje imię - powiedział. - Kto wie, może kiedyś ty też będziesz uzdrawiać jak nasza wioskowa szamanka Halima.
Wtedy nie mógł tego wiedzieć, ale jego słowa miały się okazać prorocze.
Ojciec wyszedł wcześnie i cały dzień miał doglądać zwierząt na pastwisku. Kiedy jadłam poranną asidę, nie mogłam przestać myśleć o Babci i Dziadku. Co on jej zrobił, zastanawiałam się, że postanowiła od niego uciec?
Zerknęłam w stronę dymiącego paleniska. Babcia zawzięcie wpatrywała się w wielki czarny garnek. Mieszała asidę, by papka uzyskała właściwą konsystencję. Przemknęło mi przez myśl, żeby ją zapytać, co się wtedy stało, jednak natychmiast porzuciłam ten pomysł. Wiedziałam, jaka ona jest; nieustannie mnie beształa, a czasem było jeszcze gorzej. Gdzieś tam głęboko w jej piersi biło złote serce, ale na zewnątrz zawsze była surowa i groźna.
Mówiłam do niej "Abu", co w języku Zagawa znaczy "babcia". Była wysoka i silna, a jej okrągłą twarz okalały zaplecione włosy. Zgodnie z tradycją Zagawa kobiety splatały włosy przy samej głowie. Jeden warkoczyk biegł równolegle do czoła, a pozostałe do tyłu, opadając w końcu na szyję. Babcia miała na skroniach dwie głębokie ukośne blizny, a lewą stronę jej twarzy pokrywało mnóstwo malutkich śladów po nacięciach. Były to nacięcia charakterystyczne dla klanu Kube, bowiem każdy klan miał własne znaki.
My, Zagawa, uważamy, że blizny czynią kobietę piękną. Kiedyś Babcia opowiedziała mi, jak jej matka i babka godzinami nacinały jej twarz. Była wtedy małą dziewczynką. Nacięcia na skroniach zrobiono żyletką, natomiast niewielkie, płytkie nacięcia na policzkach - ostrym odłamkiem kamienia. Uważałam wtedy, że są wspaniałe, i bardzo chciałam mieć takie same, kiedy będę duża.
Babcia uwielbiała nosić jaskrawe tope we wszystkich kolorach tęczy - jakby nadal była młodą panienką. Chociaż skończyła już czterdzieści lat, była piękna i wyglądała jak królowa. Miała też dość sił, by ciężko pracować. Nosiła złote kolczyki, bransolety i naszyjniki wysadzane błyszczącymi, czerwonymi kamieniami. Część biżuterii dostała w spadku po przodkach. Darfur jest zasobny w złoto, które można znaleźć zwłaszcza głęboko w górach.
Nie odważyłam się jej poprosić, żeby opowiedziała, dlaczego uciekła od Dziadka. Postanowiłam przycisnąć matkę. W naszej rodzinie panowało przekonanie, że moją piękną matkę łatwo naciągnąć. Miała takie same blizny jak Babcia i jeśli ktoś zobaczył je razem, od razu wiedział, że są ze sobą blisko spokrewnione, ponieważ poszczególne rodziny różnią się od siebie kształtem blizn.
Matka była niższa od Babci i nieco pulchna. Właśnie takie kobiety podobają się mężczyznom z plemienia Zagawa. Przed wyjściem za mąż narzeczoną tuczy się damirgą - polewką z pszenicy durum, mleka i jogurtu. Po urodzeniu dziecka każda matka musi przez czterdzieści dni leżeć w łóżku i jeść damirgę. Także w tym przypadku chodzi o to, by kobieta była pulchna i miała dużo pożywnego pokarmu.
Ludzie mówili, że Babcia nie mogła utyć. Była za "gorąca" i miała w sobie zbyt wiele gniewu, przez co natychmiast spalała wszystko, co zjadła. Babcia też na to narzekała.
- Ty nigdy nie będziesz taka chuda jak ja - zrzędziła. - Twoje życie jest zbyt łatwe i zbyt wygodne.
Ja postanowiłam być taka jak matka: dość pulchna, by uważano mnie za piękną, jednak nie na tyle, by ograniczało to moją sprawność.
Postanowiłam zapytać matkę, dlaczego Babcia odeszła od Dziadka. Doskonale wiedziałam, gdzie ją znajdę. Niedawno urodziła dziecko, jednak zmarło ono podczas przedłużającej się akcji porodowej. To nie było nic niezwykłego w naszej części Afryki. Podobnie jak w większości wiosek w Darfurze, także i w naszej nie było akuszerki z prawdziwego zdarzenia, lekarza ani pielęgniarek. Wkrótce po pogrzebie o noworodku zapomniano, ale matka i tak musiała leżeć i odpoczywać przez czterdzieści dni.
We wnętrzu chaty było ciemno i chłodno; dopiero po jakimś czasie moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku. Trzymając się gładkiej glinianej ściany, szłam po omacku do niskiego łóżka - prostej, drewnianej ramy, na którą naciągnięto siatkę zrobioną ze starych jutowych worków. Takie łóżka były lekkie i łatwo było je przenosić. W porze gorącej wynosiliśmy je na zewnątrz i spaliśmy pod gołym niebem, gdzie chłodził nas łagodny wietrzyk.
Kiedy delikatnie potrząsnęłam matką, otworzyła oczy. Tylko drzemała. Uśmiechnęła się.
- O co chodzi, Ratebe?
Przysiadłam na skraju łóżka.
- Dlaczego Babcia jest taka zła, eja? - "Eja" w języku Zagawa znaczy "mamusia". - Zawsze ma zagniewaną minę.
Matka westchnęła.
- Co znowu zrobiła?
- Nic, po prostu stale wygląda, jakby była zła. Ty nie możesz stąd wyjść, taty nie ma, a ja przez cały czas muszę być z nią.
- Miała ciężkie życie, Ratebe, przez długie lata była sama. Ona nie jest złym człowiekiem. Ma dobre serce.
- Wszyscy mówią, że miała ciężkie życie, ale nikt nie chce mi powiedzieć dlaczego. Gdybym to wiedziała, przynajmniej mogłabym jej współczuć. Chodzi o to, co było między nią a Dziadkiem, prawda?
Matka z rezygnacją wzruszyła ramionami.
- Kiedyś i tak byś się dowiedziała. - Przyciągnęła mnie do siebie i ściszyła głos na wypadek, gdyby w pobliżu pojawiła się Babcia. - Kiedy Dziadek z Babcią się pobrali, zamieszkali w jego wiosce, daleko stąd. Przez wiele lat byli szczęśliwi, jednak pewnego dnia Babcia dowiedziała się, że Dziadek wziął sobie drugą żonę. Poślubił młodszą kobietę z odległej wioski. Mówią, że chciał ukryć drugą żonę przed Babcią i dlatego pochodziła z tak daleka.
Uśmiechnęłam się do siebie. Dziadek miał rację, że się bał - nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby wejść Babci w drogę.
- Kiedy tylko Babcia się o tym dowiedziała, postanowiła odejść. Rodzicom Dziadka powiedziała, że chce odwiedzić rodzinną wioskę. Wyruszyła, tak jak stała, ze mną i z moimi dwoma braćmi. Odchodząc, nie wzięła niczego, choć Dziadek był bogaty. Wróciła jeszcze po moją młodszą siostrę, twoją ciocię Makkę. Przytroczyła ją sobie na plecach i już miała odejść, kiedy zatrzymali ją krewni Dziadka.
- Dlaczego? Dlaczego to zrobili? - przerwałam zdumiona i zaciekawiona.
- Oskarżyli Babcię, że chce wykraść dzieci. Wybuchła dzika awantura i ostatecznie musiała zostawić malutką Makkę. Wkrótce stało się jasne, że podejrzenia rodziny Dziadka były słuszne i Babcia opuściła wioskę na dobre. Wpadli we wściekłość. Postanowili trzymać małą Makkę w domu i strzec jak oka w głowie. Wiedzieli, że Babcia po nią wróci i wtedy będą mogli ją schwytać. Ale Babcia ich przechytrzyła.
- Co zrobiła? - zawołałam.
- Ćśśś! Mów ciszej... Po czterech latach wróciła do wioski w przebraniu. Poszła do sąsiadów i dała im trochę złota, żeby zaprosili Makkę pod pretekstem zabawy z ich córką. Kiedy się zjawiła, Babcia zrzuciła przebranie i ciocia poznała swoją mamę. Babcia wzięła córkę i przykazała sąsiadom, żeby nie ważyli się puścić pary z ust.
Pokręciłam głową w zdumieniu.
- Ojej... Babcia już wtedy była twarda.
Matka skinęła głową.
- Była taka od urodzenia. Kiedy matka twojego Dziadka przyszła po Makkę, nie mogła jej nigdzie znaleźć. Szukała wszędzie, aż w końcu dotarło do niej, że dziecko zniknęło. Wiedziała, że to Babcia przyszła w tajemnicy po swoją córkę. Płakała cały miesiąc. Straciła synową i wszystkie wnuki.
Dziadek był bogaty i Babcia mogła z nim żyć bardzo wygodnie. W kulturze plemienia Zagawa posiadanie więcej niż jednej żony nie jest niczym nadzwyczajnym. Babcia jednak nie mogła się pogodzić z tym, że jej mąż wziął sobie kolejną żonę - i to w sekrecie. Była córką wodza i w jej żyłach płynęła królewska krew. Nie mogła znieść takiego braku szacunku. W efekcie musiała sama wychować czworo dzieci. Odebrały jedynie podstawowe wykształcenie, bo nie było jej stać na opłaty za szkołę.
- Babcia dobrze zrobiła - dodała matka. - Miała rację, że uciekła, i nie pozwól, by ktokolwiek twierdził inaczej. Zrobiła to dla nas, broniła honoru naszej rodziny.
Babcia zgodziła się na małżeństwo moich rodziców między innymi dlatego, że ojciec mojego taty miał tylko jedną żonę, choć był względnie zamożny i mógł mieć ich wiele. Jego żona powiedziała mu: "Urodzę ci tyle dzieci, ile będziesz chciał. Mogę rodzić jedno dziecko każdego roku. Ale nie wolno ci wziąć drugiej żony". Dotrzymała słowa - mój ojciec miał czterech braci i osiem sióstr, razem było ich więc trzynaścioro rodzeństwa.
Natomiast ojciec Babci miał dziewięć żon. Jego rodzina była tak liczna, że nie mógł zapamiętać imion swoich dzieci. Kiedy Babcia chciała się z nim zobaczyć, musiała stać w kolejce przyrodnich braci i sióstr. Każdemu z dzieci ojciec zadawał to samo pytanie: "Kto jest twoją matką?". Tylko w ten sposób mógł je zidentyfikować.
Babcia śmiała się i mówiła, że zrobił dobrą robotę: "Z własnej rodziny mógł wystawić całą armię", przechwalała się. Myślę jednak, że robiła dobrą minę do złej gry. Ucieczka od Dziadka była najlepszym dowodem na to, co myśli o mężczyznach, którzy biorą sobie wiele żon.
Kiedy mój ojciec ożenił się z matką, zbudował baa, nowy dom. Były tam cztery okrągłe lepianki, każda z centralnym słupem, na którym wspierały się belki dachu i strzecha. Obok słupa znajdowało się palenisko. Jedna chata była dla rodziców, a ja razem z Babcią spałam w drugiej, przeznaczonej dla kobiet. Naprzeciwko stały chata mężczyzn i chata dla gości.
W głębi podwórza znajdował się kurnik. Lubiłam tam chodzić po jajka. Kurnik miał dwa poziomy: niższe grzędy były przeznaczone dla kur, natomiast u krokwi wisiały drewniane skrzynki dla gołębi. W plemieniu Zagawa większość rodzin hoduje gołębie, które daje się w prezencie z okazji ślubu lub na urodziny. Babcia zbierała gołębie odchody i starte na proszek mieszała z olejem. Taką pastę nakładała nam na skórę w przypadku uczuleń lub poważniejszych skaleczeń. Często wydawało się, że pomaga.
Całość naszego baa, na które składały się lepianki, centralnie położona część dzienna i kurnik, otaczało ogrodzenie wykonane z wbitych w ziemię gałęzi. Było na tyle wysokie, że nie widziałam, co jest po drugiej stronie, natomiast przechodzący obok zagrody dorosły mógł przez nie zajrzeć do środka i pozdrowić gospodarzy. Kiedy podrosłam, dowiedziałam się, że ogrodzenie pełniło przede wszystkim funkcję obronną, ponieważ w naszym regionie zawsze istniało ryzyko, że wybuchnie jakiś konflikt.
Choć jako mała dziewczynka byłam jedynaczką, nigdy nie czułam się samotna, ponieważ mogłam się bawić ze wszystkimi dzieciakami z wioski. Codziennie razem biegaliśmy, skakaliśmy i śmialiśmy się. Wieczory spędzałam z rodziną, słuchając opowieści ojca. Z dala dobiegało ryczenie bydła i wielbłądów oraz szczekanie psów. Niekiedy słyszałam odległe głosy dzikich zwierząt - ryk lamparta zwanego hdżar lub upiorne wycie hieny, od którego ciarki przebiegały po plecach.
Kazano mi spać z Babcią, ponieważ jako osoba starsza nie powinna zostawać sama. Jednak gdy ojciec był na pastwisku, wślizgiwałam się do chaty rodziców. W ciągu dnia matka zawsze znajdowała trochę czasu, żeby przygotować mu specjalną potrawę, którą nazywaliśmy "noga od łóżka". Była to zwykle pikantna potrawka z kury, która miała dać mężczyźnie moc płodzenia wspaniałych, silnych dzieci.
Każdego wieczoru potrawa czekała na niego obok nogi łóżka - stąd nazwa. Leżąc w łóżeczku, udawałam, że śpię, lecz bez przerwy zerkałam na gliniany garnek z "nogą od łóżka". Delektowałam się aromatycznym zapachem rozchodzącym się w nieruchomym powietrzu wypełniającym wnętrze chaty. W końcu, gdy było już zbyt późno, by ojciec mógł jeszcze wrócić na noc do domu, matka podawała mi garnek. Musiałam udawać, że nie wiem, co to jest. Matka zawsze przy tej okazji mówiła, że jedzenie zostało z obiadu i że mam jeść po cichu. Otwierałam naczynie i zaglądałam do środka. Jeśli to była chłodna pora roku, chatę ogrzewał płonący na środku ogień. Przechylałam garnek w jego stronę, by coś widzieć przy jedzeniu. Jeśli było gorąco, spałam na zewnątrz i mogłam co nieco dojrzeć w słabym świetle gwiazd. Szansa spałaszowania "nogi od łóżka" sprawiała, że tak lubiłam spać w chacie rodziców.
W związku z pracą ojciec często wyjeżdżał. Kiedy wracał z podróży, przywoził Babci prezent - zwykle nieco mięsa z wiejskiego targu. Babcia nigdy nie jadała razem z ojcem ani z żadnym innym mężczyzną, często jednak przygotowywała mu na powitanie jakiś smakołyk - na przykład gotowaną kurę usmażoną dodatkowo w głębokim tłuszczu lub uwędzoną nad ogniem jagnięcinę. Jeśli udało mi się trafić na moment, kiedy Babcia przyrządzała ten posiłek, prosiłam, żeby mnie nim poczęstowała, ale ona tylko marszczyła brwi i mówiła, że to nie dla leniwej, nic niewartej dziewczyny. Smakołyk był dla kogoś szczególnego - dla mojego ojca.
Moja najlepsza przyjaciółka miała na imię Kadiga. Była moją rówieśniczką i mieszkała w sąsiedniej zagrodzie. Nosiłyśmy takie same proste sukienki spływające z ramion aż do kostek. Przez cały czas biegałyśmy na bosaka, z gołą głową. Podobnie jak Babcia miałyśmy włosy zaplecione we fryzurę zwaną biri. Zwykle Babcia próbowała mi je zaplatać, ale ja wolałam, żeby to robiła matka - była o wiele delikatniejsza, a efekt zawsze wydawał się piękniejszy.
Wolałam zresztą fryzurę gumbhor pochodzącą z plemienia Furów - czarnych Afrykanów, których ziemie sąsiadowały z ziemiami ludu Zagawa. Dziewczyny Furów nosiły warkoczyki zebrane w sztywny kucyk. Babcia powiedziała mi jednak, że dziewczynki Zagawa muszą układać włosy w biri. O fryzurach Furów mówiła z lekceważeniem, że nadają się tylko dla nasarra, cudzoziemców. Jednak największym fryzjerskim grzechem była zdaniem Babci fryzura "na Boba Marleya" z masą luźnych warkoczyków.
Kiedy Kadiga przychodziła po mnie i miałyśmy iść się bawić, Babcia surowo nas napominała, byśmy nakryły głowy, bo inaczej dotknie nas zły urok. Zwykle ignorowałyśmy jej przestrogi. Kadiga była silna i waleczna. Walcząc na niby z innymi dzieciakami z wioski, zawsze ubezpieczałyśmy się nawzajem, stając do siebie plecami. Nosiła przydomek Sundha, "dama z promienną twarzą". Jej skóra miała złocistoczerwony odcień w przeciwieństwie do mojej - czarnej jak sadza. Mówiono, że jest ładniejsza ode mnie.
Mężczyznom z naszego plemienia bardziej podobały się kobiety o jaśniejszej, czerwonawej karnacji. Zresztą szaleli na punkcie wszystkiego co czerwone. Jaskrawoczerwoną farbą malowali skórzane pochwy sztyletów. Jadali mięso duszone w pikantnym pomidorowym sosie. Uwielbiali fantę, którą pili, kiedy tylko mogli, jedynie dlatego że jest czerwona. Zawsze ubierano się na czerwono do ślubu. Panna młoda miała na sobie czerwone tope, czerwoną chustę na głowie, czerwone buty i biżuterię zdobioną czerwonymi kamieniami, a ręce i stopy pomalowane czerwoną henną.
Mówiłam sobie, że moja czarna skóra jest lepsza - nie może jej zaszkodzić mocne słońce i dla nas, Afrykanów, jest to naturalny kolor. Jestem bardziej odporna i lepiej przystosowana do życia w tym miejscu niż Kadiga. Przekomarzałam się z nią, że wygląda jak Arabka, i radziłam, żeby pomalowała sobie skórę na czarno. Ripostowała, że takie czarne dziewczyny jak ja, żeby ładnie wyglądać, muszą się mocno malować, a jej jasna skóra jest naturalnie piękna.
Jednak ponad wszystko mężczyźni Zagawa cenili u kobiet długie włosy. Wśród znanych mi kobiet najdłuższe miała Babcia, jednak niezmiernie rzadko je pokazywała. Kiedyś powiedziała mi z dumą w głosie, że przygotowanie jej ślubnej fryzury zajęło trzem kobietom pięć dni. Matka odziedziczyła po Babci długie włosy, natomiast moje były gęste i niesforne jak ojca. Oczywiście Kadiga prócz jasnej cery miała także piękne, długie włosy. Czasem napadałam na nią, chwytałam ją za włosy i straszyłam, że je obetnę.
Raz w tygodniu Babcia zabierała mnie do lasu po drewno. Zawsze prosiłam, żeby mogła iść z nami Kadiga, bo wtedy miałam się z kim bawić. Nasza wioska leżała na środku suchej równiny i w jej bezpośrednim otoczeniu rosły jedynie cierniste krzewy i kolczaste akacje. Rzeki wypełniały się wodą tylko w porze deszczowej, a wodę pitną czerpaliśmy ze znajdującej się w wiosce studni. Jednak w odległości dwóch godzin marszu wznosił się górski łańcuch Dżebel Marra - szereg skalistych szczytów pokrytych gęstym lasem pełnym dzikich zwierząt. Dla nas dwie godziny marszu to było właściwie tuż obok - Babcia pilnowała, byśmy wszyscy byli zaprawieni w takich marszach.
Kiedyś usłyszała o pewnym miejscu, gdzie jest mnóstwo drewna na opał. Ponieważ było to zupełne pustkowie, docierało tam niewielu ludzi. Odkryli je krewni Kadigi i nazwali Zaginioną Doliną. Od nich dowiedziała się o niej Babcia. Tak to właśnie działało w naszej wiosce. Życie było ciężkie i każdy robił, co mógł, żeby pomóc sąsiadom, bo wiedział, że kiedyś oni pomogą jemu.
Dowiedziawszy się o Zaginionej Dolinie, Babcia postanowiła zorganizować wyprawę po drewno. Wczesnym rankiem ona, Kadiga i ja przygotowałyśmy nieco orzeszków ziemnych i napełniłyśmy wodą kilka butelek po oleju. Kiedy wyruszyłyśmy, pomyślałam sobie, że przecież nie musimy nigdzie chodzić. Drewno można było kupić w wiosce na targu. Babcia upierała się jednak, że mamy wykonywać te same prace domowe, które ona wykonywała, będąc dzieckiem. Jeśli jej nie stała się z tego powodu żadna krzywda, to nam się też nie stanie.
Zatrzymałyśmy się na skraju wioski, żeby zebrać nieco liści rosnącej tam rachitycznej rośliny. Ja i Kadiga znałyśmy ją dobrze. Babcia pomiesza jej liście z cebulą, orzeszkami ziemnymi i sokiem z cytryny i w ten sposób przyrządzi molletę. Ta sałatka była obrzydliwie gorzka, ale Babcia upierała się, że jest bardzo zdrowa. "Dokładnie oczyszcza brzuszek", mawiała. Miała na te liście specjalną torbę zrobioną ze starego jutowego worka i zawsze, kiedy widziałam, jak wraca z nią do domu, uciekałam i chowałam się u Kadigi.
Każda wprawa do lasu była dla Babci okazją do zbierania rozmaitych medykamentów. Zatrzymywała się przy jakimś drzewie, zrywała nieco liści, gniotła je w dłoniach, wąchała i uśmiechała się porozumiewawczo. "Dobre na malarię", mruczała, upychając je w torbie. Czasami była to kora drzewa albo korzenie jakiegoś krzewu. Jedną roślinę - birgi, zrywała w całości, z liśćmi i korzeniami. Po wysuszeniu paliła ją, a popiół mieszała z olejem. Powstała w ten sposób pasta była skutecznym środkiem na skaleczenia i rany.
Trzy godziny maszerowałyśmy krętą dróżką, która wiodła do podnóża Dżebel Marra, a potem ledwo widocznymi ścieżkami wydeptanymi przez dzikie zwierzęta. Bałam się, że się zgubimy. Było gorąco. Czułam zmęczenie i głód. Co chwila pytałam Babcię, czy już doszłyśmy. Wreszcie Kadiga pokazała nam wąskie przejście między skałami. Za nim rozpościerała się otoczona wysokimi zboczami, ocieniona dolina. Robiła nieco upiorne wrażenie, więc nie dziwiło mnie, że nikt tam nie chodził po drewno. Gdyby nie gwałtowne usposobienie Babci, upierałabym się, żeby zawrócić.
Kiedy znalazłyśmy się po drugiej stronie skalnego przejścia, otoczył nas las - gęsty, ciemny i tajemniczy. Nie było wątpliwości, że to tu, ponieważ ziemia była usłana gałęziami. Zwykle trzeba szukać drewna, które przegapili inni. Tu nie można się było ruszyć, żeby się nie potknąć o jakąś gałąź. Kiedy je zbierałyśmy, rozglądałam się wokół z lękiem. Upiorną ciszę i bezruch zakłócały jedynie trzask łamanego drewna i nasze ciężkie oddechy.
Babcia, jak to Babcia, przygotowała trzy ogromne wiązki chrustu. Jakby nie chciała zostawić ani jednej gałązki. Kazała nam zwinąć nasze chusty w grube rulony, które ułożone na głowach zamortyzują nacisk ładunku. Spojrzałam na Kadigę i wiedziałam, że myśli to samo co ja. Miałyśmy przed sobą cztery godziny marszu i pozostało niewiele wody - jak u licha Babcia może od nas oczekiwać, że poniesiemy taki ciężar?
Przykucnęłam, przytrzymując na głowie zrolowaną chustę i wyprostowałam palce, by chwycić ciężki ładunek. Usłyszałam, jak Babcia stęka, unosząc wiązkę i układając mi ją na głowie. Końcami palców ujęłam chropowate gałęzie. Próbowałam wstać, ale ciężar był zbyt duży.
- Nie dam rady! - wykrztusiłam. - Nie udźwignę! Kadiga też nie.
- Głupstwa pleciesz, dziewczyno! - prychnęła Babcia. - Po co szłyśmy taki kawał drogi? Przecież nie wrócimy z pustymi rękami! Bierzcie drewno albo możecie sobie tu zostać!
Babcia była wielką specjalistką w łajaniu. Lęk na naszych twarzach zdradzał, że w Zaginionej Dolinie nie bardzo się nam podoba, stąd groźba, że nas tam zostawi.
- Abba za nic nie zostawi mnie w tym okropnym miejscu - odparowałam bez namysłu. - Poczekaj, on tu po mnie przyjdzie.
Babcia chwyciła się za głowę z udanym przerażeniem.
- Ten twój ojciec! On cię rozpuszcza! Słuchaj no, poniesiesz to drewno, czy ci się podoba, czy nie. A może mam wziąć kija i spuścić ci lanie?
Babcia była za sprytna, by ograniczać się do gróźb. Zdjęła mi wiązkę z głowy i wyjęła z niej jedną, może dwie cienkie gałązki, po czym próbowała mnie przekonać, że ciężar jest bez porównania mniejszy. Narwała nieco suchej trawy i uplotła z niej dwa grube wieńce jako dodatkową wyściółkę na głowę dla Kadigi i dla mnie. Na koniec obiecała, że gdy wrócimy do domu, ugotuje nam naszą ulubioną potrawę. To mogło znaczyć tylko jedno - libę. Byłam głodna i chciało mi się pić, więc na samą myśl o libie pociekła mi ślinka.
Libę przyrządza się z siary, to znaczy z mleka, którym kozie matki karmią swe nowo narodzone młode. Gotuje się je przez jakiś czas z cukrem, aż nabierze konsystencji gęstego ryżowego puddingu i smaku słodkawego twarogu. Wobec babcinych gróźb i obietnic wzięłyśmy nasze wiązki i ruszyłyśmy w drogę powrotną.
Od najmłodszych lat uczono mnie nosić na głowie rozmaite rzeczy - naczynia z wodą, drewno na opał czy misy z owocami - więc nie sprawiało mi to najmniejszej trudności. Jednak w tym przypadku musiałam użyć wszystkich umiejętności i sił, by z wielkim ciężarem na głowie posuwać się krętą ścieżką po własnych śladach. Jedną ręką przytrzymywałam ładunek, przy pomocy drugiej utrzymywałam równowagę, a mój wzrok wędrował w poszukiwaniu drogi od ziemi do wyrastającej przed nami ściany zarośli.
Nagle gdzieś z boku rozległ się przeraźliwy wrzask i od gałęzi oderwała się jakaś ciemna plama, która szybko zaczęła się do nas zbliżać. Krzyknęłam ze strachu, cisnęłam drewno na ziemię i rzuciłam się do ucieczki. Zbieranie opału nie było dla nas, dziewcząt, niczym nadzwyczajnym, wiedziałyśmy jednak, że gdyby zaatakowały nas jakieś dzikie zwierzęta lub stało się coś jeszcze gorszego, powinnyśmy ile sił w nogach biec do wioski. Rodzice zawsze wbijali mi to do głowy.
Moje przerażone stopy mknęły ścieżką, a ciernie szarpały mi ubranie i kaleczyły ciało. Wymachiwałam rękami, by utorować sobie drogę. Serce waliło mi w piersi. Zdałam sobie sprawę, że Kadiga jest tuż za mną. Zerknęłam przez ramię - moja najlepsza przyjaciółka biegła co tchu równie przerażona. Za nią coś mignęło - jakby między drzewami przemknął ciemny cień. Odwróciłam się i biegłam dalej.
Byłam przerażona. Sądziłam, że goni nas agadim. Według Babci agadim to stworzenie wielkości dużego psa, porośnięte szorstką, czarną sierścią, które skacze człowiekowi na kark i kąsa. Babcia straszyła mnie nim, ilekroć chciałam wieczorem wyjść z chaty. Nigdy go nie widziałam, nie byłam nawet pewna, czy istnieje, ale gdyby istniało, bez wątpienia mieszkałoby właśnie w Zaginionej Dolinie.
Uciekając, usłyszałam za sobą krzyk. To była Babcia - krzyczała, żebyśmy się zatrzymały. Po głosie można było poznać, że jest bardzo zła. Właśnie dobiegałyśmy do skalnego przesmyku, który zamykał Zaginioną Dolinę. Spojrzałyśmy po sobie i w naszych głowach pojawiła się ta sama myśl: co jest bardziej przerażające - to coś, co czai się w lesie, czy rozjuszona Babcia Suma? Najwyraźniej obie uznałyśmy, że Babcia, bo zatrzymałyśmy się i osunęły po zimnej kamiennej ścianie, dysząc ciężko.
Babcia z mozołem przedzierała się za nami ścieżką z ogromną wiązką drewna na głowie i dwoma pozostałymi pod pachami. Kiedy do nas dotarła, rzuciła je na ziemię i zaczęła nas rugać. Gdyby nie to, że potrzebowała nas do niesienia drewna, więc musiałyśmy być w dobrej kondycji, z pewnością sprawiłaby nam lanie. Tamto coś okazało się dużą sową - całkowicie niegroźną, choć przerażającą, kiedy kątem oka dostrzegło się, jak błyskawicznie wynurza się z ciemnego lasu.
Upokorzone incydentem z sową, wzięłyśmy drewno i ruszyłyśmy dalej. Po dwóch godzinach wyszłyśmy z lasu i znalazłyśmy się na skraju pól uprawnych. Byłyśmy wyczerpane i spragnione. Słońce lało się z bezlitosnego nieba, a my byłyśmy dopiero w połowie drogi do domu. Z każdym krokiem moje ciało było coraz bardziej wycieńczone, a spoczywający na głowie ładunek wydawał się coraz cięższy. W duchu przeklinałam Babcię. Kazała nam dźwigać ciężar ponad siły, a w dodatku nie dała nam nic do jedzenia ani do picia. Dlaczego nas do tego zmusiła?
Kiedy czułam, że nie zrobię już ani kroku, Babcia kazała nam się zatrzymać.
- Tam - oznajmiła. - No i czemu narzekacie, mówiłam, że znajdę wodę.
Spojrzałam w kierunku, który pokazywała. Z lewej strony pola biegł płytki rów irygacyjny do połowy wypełniony stojącą wodą. W innej sytuacji nawet nie przyszłoby mi do głowy, żeby wziąć ją do ust. Woda ze studni w naszej wiosce była idealnie czysta. Ale teraz bez namysłu zsunęłam się do rowu i przyklękłam nad samą wodą. Jedną ręką odgarnęłam oślizły kożuch, a do drugiej nabrałam wody, którą natychmiast chciwie wypiłam. Była ciepła, brunatna i pachniała ziemią. Mimo to smakowała wybornie i przynosiła ulgę.
Po krótkim czasie Babcia przywołała nas i kazała ruszać w dalszą drogę. Nie byłam pewna, czy sama wzięła choćby łyk. Miałam wrażenie, że jest niezniszczalna. Czy nic nie może jej zmęczyć ani przestraszyć? Kiedy w końcu zgrzane, zakurzone, podrapane i w pogniecionych ubraniach wtarabaniłyśmy się na nasze podwórko, byłam tak zmęczona, że nie zauważyłam zaparkowanego za ogrodzeniem land rovera. Ojciec właśnie wrócił z pola do domu.
Z głośnym trzaskiem rzuciłyśmy drewno na ziemię. Poczułam się tak, jakbym nic nie ważyła i unosiła się kilka cali nad ziemią. Padłyśmy na dywany w części dziennej, a Babcia poszła do chaty, żeby przyrządzić obiecany smakołyk, libę, z większą niż zwykle ilością cukru, byśmy odzyskały energię. Pytanie tylko, czy wcześniej nie zaśniemy.
Czułam, że opadają mi powieki, ale usłyszałam podniesiony głos ojca. Był najwyraźniej rozgniewany, co należało do rzadkości.
- Posłałaś je tam po drewno? Po co?! Zobacz, jakie są wykończone! Wiesz, jak to daleko? Wszystko mogło się zdarzyć.
Mówił do matki. Nigdy nie zwróciłby się tak do Babci, ponieważ jako najstarszej w rodzinie należał się jej szacunek. Irytował się, bo przecież niektórzy zarabiają na życie, wożąc drewno na dwukółce. Każdego ranka wołają "Orwa! Orwa! - Drewno! Drewno!". Dlaczego matka nie zamówi drewna u któregoś z nich?
Wcześniej słyszałam, jak ojciec mówił to samo o wodzie. Babcia zawsze zabierała mnie do miejscowej studni. Godzinami czekałyśmy w kolejce - ja przez większość czasu taplałam się w błocie razem z innymi dziećmi. Babcia napełniała dwa duże naczynia. To dla mnie było mniejsze, ale i tak nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do mojego wzrostu. Kiedy to powiedziałam, Babcia odparła, że mam młode kości i mięśnie, więc mam przestać narzekać.
Pewien człowiek z naszej wioski miał na skrzypiącej dwukółce zamontowaną beczkę po ropie. Napełniał ją wodą wieczorem, kiedy przy studni nie było nikogo, a rano przejeżdżał między zagrodami, tłukąc w nią kijem. Ten dźwięk był sygnałem, że woziwoda jest w pobliżu. Z tyłu beczka miała dziurę zatkaną kawałkiem dętki. Stamtąd za pomocą swojej miarki, koi, odmierzał tyle wody, ile się chciało.
Ojciec nie mógł zrozumieć, dlaczego nie kupujemy wody od woziwody. To było jego zdaniem równie nieroztropne jak ciągnięcie nas do lasu po drewno.
Kiedy skończył reprymendę, matka przyszła porozmawiać z Babcią, która właśnie raczyła mnie i Kadigę libą. Była gorąca, słodka i pyszna. Była tak smaczna, że prawie wybaczyłam Babci tę straszną wyprawę, która w rzeczywistości była wielkim darem: w ciągu kilku godzin pokazała nam trudy życia, po czym - podejmując nas smakołykiem - jego jaśniejszą stronę. W ten sposób uczyłam się cenić szczęście, jakim cieszyła się nasza rodzina.
- Abba Abdul jest niezadowolony... - zaczęła matka, ale Babcia przerwała jej gestem ręki.
- Myślisz, że nie wiem? Powiem ci coś: choć mój ojciec był bogatym człowiekiem, wszyscy musieliśmy ciężko pracować. Mawiał: "Kiedyś może tego wszystkiego zabraknąć i musicie wiedzieć, jak przetrwać". Myślisz, że los nie może się odmienić? Że zawsze będziemy się cieszyć pokojem i dobrobytem?
- Nie, ale ta droga do Zaginionej Doliny... - zaczęła matka, lecz Babcia znów ją uciszyła.
- Nie twoja sprawa, gdzie byłyśmy. Jeśli twoja córka nie nauczy się pracować, to jak znajdzie męża? A nawet jeśli go jakimś cudem znajdzie, chcesz, żeby ją zostawił, bo nie będzie wiedziała, co to znaczy ciężka praca?
Matka milczała. W kulturze ludu Zagawa nie ma nic gorszego niż myśl, że twoja córka nie znajdzie lub nie zdoła zatrzymać przy sobie mężczyzny z naszego plemienia.