ŁZY duszy - Sylwia Jaworska-Tomaszewska

Kup ebooka

12.82 zł
10.64 zł (12,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podstępna godzina

Nasze <wczoraj> uleciało zgliszczem

Żaru ognia podstępnej godziny

Dusze olśnione pięknem chwili

Zawstydził wyrzut adrenaliny

Czas pędził nieubłaganie do przodu

? Gnany obowiązkiem mijania

Szczęście zalśniło łzą w oczach

Lecz dzień minął bez pożegnania

Namiętność gaszona przyzwoitością

Ogarniała nasze niespokojne ciała

Nieznany dreszcz kradł nas powoli

Uciekłam -choć uciec nie chciałam

Nieśmiałe dotyki warg... żywe tętna

Ach, jednej godziny tyle wzruszenia

Pośród drzew romantyczna sceneria

Ty i ja -za wachlarzem zaprzeczenia

<Dziś> dzieli nas już tylko czas

Cierpliwość z miłością się gania

Twoje usta i moje wciąż cierpią

Gdyż chcą poznać też nasze ciała

Lawina pragnień

Przemijają bezkresy pragnień wieczności

W nurcie miłości od pierwszego wejrzenia

Mijają sny odkrytej nieprzyzwoitości

W odmęcie frustracji niezaspokojenia

Krajobraz twego ciała krainą niezdobytą

Wspólny poranek skrytym marzeniem

W natłoku emocji połączeni tęsknotą

Żal w sercu otulamy westchnieniem

Inicjatywę wciąż tłumi głosu rozsądek

Pozostawiając w nieładzie odczucia

Ostudza eksplozji zmysłów wrzątek

Entuzjazm zastyga u progu wyklucia

Rozwiane nadzieje doznań eskalacji

Brak proporcjonalności naszych uczuć

Pragniemy dusz i ciał synchronizacji

Złoża fizyczności maksymalnie poczuć

Wciąż ostrożni w swej spontaniczności

W hierarchii potrzeb ziemskiego istnienia

Pragniemy zatrzymać czas dla miłości

Bez słodko-gorzkich wyrzutów sumienia

Amplituda bliskości

-Przywiał wiatr pieszczące wonności twojej skóry

Szalony amok dłoni rozgonił wstydliwe chmury

Wilgotne muśnięcie na plecach twojego języka

Jeszcze nikt przedtem mnie tak nie dotykał

Rozchylam wargi, udami wokół twych bioder się wiję

Zatracam w czułości -sądzę, że tej nocy nie przeżyję

Rozpływam w doznań mroku, endorfiny chłonę

Nie wiem w którą świata uciec ciałem stronę

Oślepiona łuną rozkoszy ma dusza zadrżała

Zagłuszona biciem serc oddałam ci się dziś cała

I zastał ranek szczęśliwą w twe ramiona wtuloną

Wykorzystał promyk pocałunkami czujność zmąconą

Wśliznął się pod kołdrę i osuszył strugę potu z czoła

Miotam się w objęciach, chcę na brzeg łóżka schować

Lecz uciec nie mogę ... targana tak sprzecznymi emocjami

Kochamy się, kochamy -w noc bez początku, końca i granic

Dialog tęsknoty

Co czuję siedząc w samym środku nocy

Patrząc przed siebie w szarzyznę ścian?

Od łzy się zaczęło i w łzach się kończy

Radość i uśmiech przepadły w otchłań

Co czuję siedząc w czterech ścianach

Patrząc w zegar i aksamit bieli sufitu?

Niekompletność, klęczę na kolanach

Tęsknota boli, byle dotrwać do świtu

Co czuję siedząc ze wzrokiem w oknie

Patrząc na gwiazdy i czarne sklepienie?

Potworny smutek, od łez twarz moknie

Nadwrażliwa dusza przytula cierpienie

Co czuję siedząc tak sama w pokoju

Patrząc na puste miejsce w pościeli?

Wewnętrzne napięcie, spadek nastroju

Był mym naturalnym źródłem energii

Lęk czuję przed stratą mojego szczęścia

Patrząc na mokre od łez prześcieradło

Wyczekuję mężczyzny mojego nadejścia

Subtelnie czas pcha podwójne wahadło

Drżenie serca

Zawinęłam resztkę słodyczy mej ostatniej miłości

W szeleszczące złotko po czekoladowym cukierku

Rzuciłam w kąt skomplikowanej rzeczywistości

I nastały dni puste bez treści, szeptów i dźwięku

Pamiętasz?.. Byłeś przy mnie tamtej długiej nocy

W tle szampan, cicha muzyka, rozmowy do rana

Dziś otchłań wspomnień oblepia łzami moje oczy

Dusza tęskni, drży serce, a ja? znów jestem sama

Jutro daleko będę od ciebie -w moim Trójmieście

Wiem, że muszę zapomnieć o tobie <kochanie>

Tak niedawno obiecałeś być ze mną lat dwieście

Dziś wiem ? że niedługo po nas nic nie zostanie

-

On zakpił ze mnie i nagle znielubił

Ja wciąż jestem w nim zakochana

Czasami pragnę, by znów się upił

I wziął mnie na swoje kolana [...]

1 miłość 4 pory roku

Zima nadchodzi i odchodzi

Zostawia wokół resztki bieli

Zamyka za sobą porę roku

Wiosna nadchodzi odchodzi

Wirując </> pierwiosnkami

Woła o przedłużenie trwania

Lato nadchodzi i odchodzi

Lubieżnie wśród zielnej łąki

Leczy swe niezagojone rany

Jesień nadchodzi i - trwa

Jeszcze w mym sercu tańczy

Jeżynami karmiąc czas ...

-

Zawsze byłam u jego boku

Walcząc o piątą porę roku

Lubiłam jak tak przez lata

W grafik swój mnie wplatał

Lecz w końcu przestałam

Już czekać w swej kolejności

Z piłką nożną przegrałam

W ataku szalonej zazdrości

Nie-bajka

Uwagę na siebie zwróciła

I w głowie mu zawróciła

Odtąd magicznie go miała

Kiedy tylko tego chciała

Lgnęli do siebie nieustannie

Pod prysznicem, w wannie

Na plaży, w samochodzie

W łóżku albo w ogrodzie

A czasem na dywanie

Tarzali się w bałaganie

Lub na kuchennym stole

Raz na górze, raz na dole

Czy klasycznie na leżąco

Sprośnie od tyłu, na stojąco

...

Choć kochali się bez przerwy

To nie umiał być jej wierny

Wciąż bajkami ją czarował

Aż się w końcu zdemaskował

BUM! Pękło miłości zaklęcie

Jego księżniczką już nie będzie

Okazał się życiowym błędem

Nie kończy się happy-endem

GAME OVER-

Nic tu po mnie

Do widzenia!

Wykrztusiła

Od niechcenia

Zrobiła dwa przysiady

Wzięła łyk lemoniady

Zdjęła różowe okulary

Ubrała buty nie do pary

I nie tłumacząc nic nikomu

Wyszła śpiesznie z domu

Wiedziała już dokładnie

Że stracił ją bezpowrotnie

Ma tylko nadzieję

Że deszcz nie spadnie

Zmartwiona, że zmoknie

Absolutnie nie miała

Z nim więcej styczności

Trudno jest kochać

"Bez wzajemności"

Piekielny casanowa

Niezaspokojony popęd bolesnym cierpieniem

Ograniczenie powoduje niezgłębiony ból

Potrzeba wyzbycia pożądań marzeniem

Katusza niczym posypana na ranę sól

Żyjąc w świata czasach bezdusznych

Swymi podbojami kobieciarz się szczyci

Swą skłonnością do impulsów grzesznych

Niewiasty nieustannie nieprzyzwoitością syci

Bliski kontakt drapieżności z anielską skórą

Rumiane żądze -ciał boskich oblubienic

Zuchwały popis szelmowską brawurą

Pozbycie się dość intymnych tajemnic

Wielokrotność tak przyziemnego seksu

Zdobna maska kwadransowej wierności

Brak ścierającego blef kłamstwa pumeksu

Hedoniczny głód -fizycznych przyjemności

Podporządkowanie zdobyczy drobną błahostką

Optymalną przynętą flirt słowno-wzrokowy

Wybór ofiary przypadkowy jak rzut kostką

Błogi stan umysłu, choć krótkoterminowy

W satysfakcji natrętny ból się rozpuszcza

Słodkie słowa dyktują tło ziemskiej scenerii

Wykorzystane jejmości bezwzględnie opuszcza

Przekształcając się w bestie- i znikając w czerni

Pchany mocą sprawczą i wolą przetrwania

Upadły byt -beznamiętnie podły kochanek

Z mrocznych czeluści nałogowo się wyłania

Uwodzicielski kolekcjoner serc chrześcijanek

Zwierzęce instynkty nad ludzkimi biorą górę

Przemieszczając się pośród nieboskłonu mgieł

Z jednej strony odpycha a z drugiej kokietuje

Dżentelmen -casanowa - nikczemny diabeł

On & ona

- ON diabeł - ONA anioł -

Cóż, przeciwieństwa się przyciągają

Tak sprzeczni w swej odmienności

Uparcie bronią swoich wartości

Każde z osobna inaczej je rozumie

Lecz jedno bez drugiego żyć nie umie

Na granicy dwóch światów bezimienni

ONA w swej bieli, ON w swojej czerni

Raj na ziemi, piekło w niebie sobie urządzili

Niebiosa z podziemiami miejscami zamienili

Jej wyrosły rogi, jemu zaś skrzydła

ON jakby zładniał, a ONA zbrzydła

Jednocześnie tak bliscy i tak odlegli

Choć brak w tym logiki -są sobie potrzebni

W nieskończoność się przyciągają, to odpychają

Naprzemiennie odchodzą i do siebie wracają

Czas płynie niezmiennie w rytmie błogości

Lecz czarno-biała miłość nie ma przyszłości

Nieuniknione, że w końcu dla innej ją rzuci

Nawet anioł do miłości diabła nie zmusi

Cień człowieka

Ja już prawie

Nie istnieję

Serce z duszą

Mi drętwieje

Twarz woskowa

I nieżywa

Z miłości tak

Przenieszczęśliwa

Spełniona

W niespełnieniu

W mentalnym

Więzieniu

Świata nigdy

Nie zrozumiem

Ja szczęśliwa

Być nie umiem

W objęciach łez

Wciąż tonę

Moje życie

Jest zbyt słone

Uciekam w kąt

Swego cienia

Już mnie

We mnie nie ma

A gdzieś tam

W zaświatach czeka

Śmierć

Na cień człowieka

Definicja ciebie

Jesteś >>>

Moim aniołem

Podnosisz mnie na duchu

Moim oparciem

Dźwigasz pesymistyczne myśli

Moim bohaterem

Ratujesz mnie z opresji

Moim lekarstwem

Goisz me zranione serce

Moim pokarmem

Sycisz spełnieniem ciało i duszę

Moim kompasem

Wskazujesz dobry kierunek

Moją przyprawą

Dajesz smak mojemu życiu

Moim odzieniem

Ubrałeś mnie w nadzieje

Moją ulubioną barwą

Kolorujesz moje czarne dni

Nieskończoną potęgą

Zwiększasz chęci do życia

Moim mężczyzną

Bez ciebie byłabym nikim

Jestem >>>

W ciebie BOGAta

Za tobą pójdę

Na kraniec świata

Skrawek raju

Nie dosięgnę

Szczytu

Wewnętrznego nieba

Drabina za krótka

I brak w niej paru szczebelek

Czas ją wydłuży

I być może

Pozbędzie usterek

Wdrapię się po niej

Wyostrzę wzrok oraz słuch

I sięgnę przed siebie

Ostrożnie i cichutko

By skosztować

Zakazanego owocu

Choć na krótko

Jabłoń naszych uczuć

Jest ukryta

Moje serce tylko o zmroku

Się tam wymyka

Nie chce z nikim się dzielić

Poznanym owocowym rajem

Pragnę się cieszyć

Dojrzewającym serca majem

Może

Nikt mi nie przeszkodzi

Zbiję rywalki z tropu

Może

Nie spadnę z drabiny

Będę pilnować kroku

Prób mych

Nie nastanie tak szybko koniec

Nie zniechęcą mnie przeciwności

Nie dam się ugiąć wiatrowi

- Kocham -

Do granic wytrzymałości

Słodycz twych warg

Pieści me usta do dzisiaj

Lecz sekretną miłość

Podżera liszaj

Cholerna zazdrość

Zatruwa żołądek

Wiem, nie powinnam

W sferze uczuć

Usprawiedliwiony porządek

Lubię cię jeść

Karmisz mnie

Witaminami

Sycisz spełnieniem

W blasku księżyca

Pod mrugającymi gwiazdami

Raj pachnie

Niesamowicie cudownie

Wciąż wgryzam się w nas

Dyskrettnie

Pilnuję drogi

By jej nie zgubić

I kroczę nią

Konsekwentnie

Ich troje

Nie w połowie

A całkiem cała

Do niego należała

Była jego Afrodytą

Lecz

Jedynie incognito

Tak w miłości zatracona

Że

Cukier wydawał się

Za słodki

Sól zaś

Zbyt słona

Pewnego dnia

Naszła ją potrzeba

By odpocząć

Od nieba

Została ziemi

Królową

Przestał kochać ją

Anonimowo

Opowiadał o nich

Cały świat

I sprzyjał im

Życia wiatr

A...

W miłosnym akcencie

Córkę dostała

W prezencie

Zdrada

Niepewność wplątałeś w moje włosy

Jak nietoperz wytrzeszczyłam oczy

Padłam na twarz i macham rękami

Szlochając siebie połykam wargami

Ból gasi miłość, gniew zaś ją niszczy

I -całodobowo- mi współtowarzyszy

Zdrada zabija powoli lecz skutecznie

Idylla z sielanką nie trwają wiecznie

Wszystko wymknęło się spod kontroli

Mam czarę zupy bez pieprzu, bez soli

Dławię się czasem, połykam miesiące

Pasę codziennością jak krowa na łące

Cóż, znów na debecie kredyt zaufania

Ocean rozpaczy mą dusze pochłania

Życie wciąż nie ma nade mną litości

Chyba nie mam szczęścia w miłości

Sczerniało niebo gasząc nasze gwiazdy

Me serce skruszyłeś na drobne miazgi

Uniesień czar prysł >> rozbite talerze

Czułym twym słowom już nie uwierzę

Czarny śnieg

Pytacie skąd mam siłę

Otóż jej nie mam

Przeciwności losu

Wciąż spychają mnie na boki

Niczym wiatr

W twarz deszczem plujący

Jego zmienne porywy

Unoszą tarmosząc

A czasem rzucają

W muliste błoto

Nie myślcie, że walczę

I idę pod życia prąd

Płynę w jego objęciach

Poddając się jego rytmowi

Gdzie mnie zaniesie?

Gdzie zaprowadzi?

Gdzie rzuci mnie, czy raczej

Już same me zwłoki?

Pytacie skąd mam siłę

Wampirze ptaki ...

Otóż jej nie mam

To wir doświadczeń

Oblepił mnie lecz

Czarnym puchem

Nie strzepuje myśli

Wiatr ucichł, śnieg pada

A świat wciąż woła

Cicho skrzypiąc

Pod stopami

PÓŁżycie

Poniewierana przez kręty wiatr losu

Pchana wbrew swojej woli do przodu

Dźwiga swój los, nadzieje i pragnienia

Poniewierana przez prędkość życia

Szukająca swej ostatecznej już roli

Tkwi w odcieniach poczucia zagubienia

Poniewierana przez rytuał pór roku

W blasku przedświtu i pełni księżyca

W enklawie uczuć szuka potwierdzenia

Poniewierana przez fałsz prawdy

Szczerząca zęby udając klauna

Koncepcje postrzegania wciąż zmienia

Poniewierana przez eklektyczne myśli

Na świat tak śmiertelnie obrażona

Nienawidzi swego posłusznego cienia

Poniewierana nadmiarem

Oszukana niedosytem

Zmiażdżona równowagą

Oddycha - a więc żyje

Czy raczej wegetuje?...

Od-osobni-ona

Chora z miłości

Kicham niemocą

Rozum i serce

Winem się pocą

Z skrajności

W skrajność

Odbijam się

Echem

Przezroczysta

W połowie

Z martwym

Uśmiechem

Szczątki kobiety

Pokryte włosami

Cholerny chochlik

Wciąż

Bawi się nami

Ty oschły

A ja?

Ja znikam

Przy tobie

Kładę się

Budzę

To tylko robię

Ja zginę w końcu

Wśród sterty talerzy

Kochać pragnę

Czas wzrokiem

Mnie mierzy

Powoli jestem

Osobna

Nie tworze z sobą

Całości

Coś pcha mnie

Ku nicości

Zombie przemawia

Z zakamarków

Mej duszy

Krzyczeć chce

Warczeć

Lecz -

Tylko mruczy

Głosu serca

Nic nie uciszy

Mojego wycia

Nikt nie usłyszy

Za radosną

Powierzchownością

Pesymizm kryję

Siebie gubiąc

Udaję

Że żyję

...

Amnezja

Nie pamiętam horyzontu szczęścia

Ani po oceanie rozkoszy żeglugi

Nie pamiętam kołysania czułości

Zapomniałam -czas jest zbyt długi

Nie pamiętam uścisków nocy

Ani dni w kolorach tęczy beztroski

Nie pamiętam fal potęgi miłości

Zapomniałam -czas jest zbyt szorstki

Nie pamiętam szelestu uniesień

Ani cierpkiego smaku tęsknoty

Nie pamiętam zapachu intensywności

Zapomniałam-

Czy wszystko ominęło mnie

Łukiem szerokim?

Dzień po dniu

Warstwa

Po warstwie

Znikam...

Łączności z sobą

Nie czuję

Czy to zwykłe

Roztargnienie

Czy pamięć

Mi szwankuje?..

Łoże samotności

Leżę w niewygodnym samotności łożu

~Niebawem utonę w otchłani jej morzu

Naga, spragniona ciał naszych jedności

Dryfuję w odmienny stan świadomości

Szukam twych ust lecz znaleźć nie mogę

~Nerwowo pocieram wciąż nogę o nogę

Ach szarpać twe włosy chcą moje dłonie

Grymasem intencji wykrzywiam skronie

Leżę w bezruchu na wielkim mym łożu

Już utonęłam lecz w wytrawnym morzu

Współbrzmię interpretacją obojętności

Pod kołdrą schowałam potrzebę czułości

Do twoich ust zupełnie mi nie po drodze

Spokojnie leży ma noga na twej nodze

W nieład włosów wplecione dłonie [**]

- Doktor alkohol" znieczulił ciało moje

W snach za barwnymi motylami goniłam

Ostatecznie siebie gdzieś dawno zgubiłam

Płyną dni - bez dotyku i bez znaczenia

Samotność w związku źródłem cierpienia

Myśli poplątane

Szarzeją dni barwione smutkiem

Zmiażdżone głazem osamotnienia

Spirala myśli oplata me ciało

Gęste powietrze płuca dotlenienia

I tak czas godzinami się sączy

Budzę się rano goryczą woli

Le - ni - wie otwieram oczy

I pełzam jak żmija pOOwoli

Żądza zmiany kroi ostrzem

Zostawia rany w mej świadomości

Purpurą trunku rozkwitają wrzosy

Więc piję dając różu szarości

Ożywia tętno chcąc tańczyć tango

Chrapie dom cały i świat zasypia

Zostaję sama z butelką wina

Partner już dawno w baśni Syzyfa

Nie chcę budzić anioła śpiącego

Dzień cały "toczył kamienie"

Gaszę potrzeby jak papierosa

W popielniczce dymi pragnienie

I tak codzienność ze mną się droczy

A ja od rzeczywistości oderwana

Czekam aż sen przesłoni mi oczy

I budzę się ciągle niewyspana

Między wschodem a zachodem

W myśli uczuć plątaninie

Z ogniem w sercu, mętem w głowie

Ciebie spragnione -ciało się wije

Obiecanej gwiazdki z nieba

Z serca drzazgi wydłubuje

Spragniona pieszczot czułych

- / Tylko ja je inicjuje

Rutyna nas zjada, powleka pleśnią

Chcę miłości dać nowe tchnienie

Niewidzialność ciała ludzkiego

Manifestującego swoje istnienie

Samotnia spojrzeń

Z zacisza serca wyrywa się złość

Będąc już u kresu wytrzymałości

W kamienne udo wbija się kość

Stopy szukającej twojej bliskości

Z każdym ruchem posąg znajduję

Zzzzzzzimny niczym głąb oceanu

Lodowy chłód w serce mnie kłuje

Wciela do mam samotnych klanu

Od dawna nie patrzysz mi w oczy

Widzę cię, słyszę lecz - nie czuję

Życie bez nas w zasadzie się toczy

Mam już dość -niedługo zwariuję

Obiady, pieluchy, mycie nocnika

Noce osobne -wspólnie spędzone

Atrakcyjności czar dawny zanika

A ciało więdnie rutyną znudzone

Pęd życia ograbia z przyjemności

Spojrzenia bawią się w chowanego

Refleksem swej oziębłej osobowości

Tak wiernie odbija się "alter ego"

Odwracasz twarz -i gasisz światło

Nastawiasz znów budzik poranny

Miłości uczucie dawno już zbladło

Kipi goryczą czas ciebie zachłanny

??Apetyt na ciebie

Jak cię wskrzesić? Nie mam pojęcia

Męczą mnie cholerne wzdęcia

Żoną jestem na papierze

Czuję się jak dziura w serze

Głowa boli i mam zgagę

Myśleć ledwo daje radę

Sama z sobą się handryczę

Przez ochotę na słodycze

Ciała głód, mózgu mdłości

Czas nadrobić zaległości!

To niezdrowo -daję słowo

Kochasz mnie bezobjawowo

W myślach huczy, w sercu burczy

Nie chcę czekać ? czas się kurczy

>>> Polej waniliowym sosem

Potem schrup mnie na śniadanie

Przy obiedzie popatrz w oczy

Zanim wieczór w sen zapadnie

A na deser kawa z pianką

Naszą ucztą podniebienia

Zanurzeni w jej dwóch smakach

Doprowadźmy się do wrzenia

Zróbmy ciał degustację

Weź mnie w pyszne twe ramiona

Daj mi siebie na kolacje

Nasza miłość z głodu kona!

Głód tęsknoty

Nieposkromiony apetyt łaskocze wnętrze

Buntuje się ciało, gardło ssie powietrze

Emocjonalny głód i fizyczne podniecenie

Jedynie w namiętności znajdę ukojenie

Łakoma pocałunków i warg miękkości

Chcę tobą się wypełnić i zaznać sytości

Spragniona ciepłego oddechu na twarzy

Daj się przytulić -tęsknota mnie parzy

Usłany dzień słońcem krzyczy twe imię

Początek - końcem skąpanym w winie

Nie proszę o czułość -w lekkości lewituję

Niezdrowym rytmem dnia serce hartuje

Przesiąkam iluzją zabójczej purpury

Promienie tęsknoty przykryły chmury

Wznoszą w objęciach pikantnego nieba

By oszukać głód, trucizny mi potrzeba

Podtapiam sekundy- minuty- godziny

Ciało uspokajają księżyca odwiedziny

Choć cała sobą wciąż do ciebie należę

Nie skomlę już jak ranne dzikie zwierze

Niebo grzeszy swą ognistą czerwienią

W barwach zachodu oczy się mienią

Piętrzą me myśli, ziąb tuli serca rany

? Obraz twej twarzy już zamazany ...

Już czas

Czas zniszczyć w sobie lenia

Wyszarpać jego wnętrzności

Wynurzyć się ze swego cienia

Przestać tak bać przyszłości

Czas wyjść z trybu uśpienia

Wyrwać ze szponów słabości

Utworzyć punkt odniesienia

Wznieść na szczyt możliwości

Czas rzucić życiu wyzwanie

Przeżyć je bez znieczulenia

Choć jest to trudne zadanie

Nie mam nic do stracenia

Czas nie być -tacy nijacy-

Wspiąć w umysłu wyżyny

Zacząć od samoakceptacji

Usunąć z obiegu toksyny

W swojej autentyczności

Jestem już prawie gotowa

W wysokiej rozdzielczości

Siebie zbudować od nowa

Plany przez słomkę sączę

Początku wiążę dwa końce

A życie [!] popijam mlekiem

Trudno jest być człowiekiem