LYRA - Christie Holmes, Jack Holmes

Kup ebooka

46.80 zł
38.84 zł (46,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Prolog Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25

Prolog

Tego wieczoru w kubie było wyjątkowo tłoczno i hałaśliwie. Wszystkie loże i stoliki były zajęte. Gdzieniegdzie zostały pojedyncze miejsca przy barze. Rose Carter z trudem przedarła się przez grupkę kilkunastu podpitych młodzieńców i usiadła na przedostatnim wolnym hokerze. Po chwili pojawił się barman, który z szarmanckim, przerysowanym ukłonem zapytał czym może służyć.

- Podwójna tequila - rzuciła krótko i odwróciwszy wzrok spojrzała na zegarek. Za kilkanaście minut powinna pojawić się Doris. Dziś potrzebowała jej jak jasna cholera. Dwa dni temu rozstała się ze swoim głupkowatym chłopakiem, a wczoraj pokłóciła się z ojcem, który jak zawsze był tak pryncypialny, że aż mdliło ją na samą myśl, że miałaby ulegać jego życzeniom. Staruszek zaczął upierać się przy jej powrocie do rodzinnego miasta. Na to nie mogła się zgodzić. Nowy Jork, choć szalony i nieobliczalny, a czasami groźny, dawał jej poczucie przestrzeni i kompletnej, niczym nie ograniczonej wolności. Za nic w świecie nie chciałaby z niej zrezygnować. Dlatego po kolejnej propozycji powrotu do miasteczka zirytowana rzuciła słuchawką wykrzykując, że jest już wystarczająco dorosła, by nie musieć słuchać jego gównianych rad.

- Doris, gdzie ty, do diabła, jesteś? Nie mów mi, że znowu się spóźnisz - mruczała sama do siebie, co chwila zerkając na zegarek. Gdy rozległ się cichy dźwięk powiadomienia, odruchowo spojrzała na sms. Cholera, tego jeszcze brakowało. - Pokręciła z niedowierzaniem głową. Przyjaciółka właśnie napisała, że z powodu przedłużającego się dyżuru nie przyjdzie na spotkanie. W tym samym momencie barman dotknął łagodnie jej ramienia i postawił przed nią szklankę z podwójną tequilą. Sięgnęła po nią szybko i bez namysłu opróżniła całą zawartość na raz. Nim barman zdążył odejść, krzyknęła:

- Jeszcze raz podwójną!

Pół godziny później była już mocno wstawiona. Obraz się rozmazywał, dźwięki muzyki zlewały w chaotyczną całość. Tuż obok, nie wiedzieć skąd, usiadł całkiem przystojny mężczyzna, który wsunął jej w dłoń kieliszek i pociągnął lekko w stronę pobliskiej loży.

- Zarezerwowałem na kolację z tobą - powiedział z uśmiechem na twarzy. Nie bardzo rozumiała jak to możliwe, skoro widziała go pierwszy raz w życiu, ale nie protestowała. Procenty skutecznie blokowały jej kontrolę i świadomość. Straciła poczucie czasu. Pamiętała tylko jak później prowadził ją przez parkiet w stronę szatni, którą minęli nawet się nie zatrzymując. Przeszli obok klubowych ochroniarzy, którzy nie zwrócili na nich najmniejszej uwagi i kontynuowali rozmowę. Najwyraźniej widok mężczyzny wyprowadzającego podpitą dziewczynę nie stanowił niczego wyjątkowego.

Czarny Chevrolet Impala stał przy bocznej drodze prowadzącej na tyły klubu. Parkując w tym miejscu mężczyzna sprytnie unikał kamer, jednocześnie samochód stał na tyle blisko, że mógł bez większego kłopotu doholować pijaną, lekko zamroczoną dziewczynę do auta. Gdy tylko Rose opadła na wygodny fotel, niemal natychmiast zasnęła. Mężczyzna przypiął ją pasem bezpieczeństwa, starannie zamknął i zablokował drzwi. Następnie ruszył w stronę przedmieścia.

Taka zdobycz nie zdarzała się często. Miała około stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu, była wręcz nieprzyzwoicie zgrabna, miała śliczną twarz i bardzo podniecające krągłości. Nawet w trakcie jazdy zerkał na nią, uśmiechając się na myśl o uczcie, jaka go czekała. Będzie miał się czym pochwalić na swoim devianto - sado blogu, który prowadził od kilku lat.

Było niemal zupełnie ciemno, gdy wjeżdżał w boczną, leśną drogę. Po chwili znikł w gęstwinie zarośli. Znał ten zagajnik doskonale. Ktoś, kto nie był tu nigdy wcześniej, nie wypatrzyłby ścieżki. Przez kilka minut jechał między gęstymi krzakami, niemal rysując karoserię o wystające gałęzie. Po chwili dotarł do niewielkiej polany i się zatrzymał.

Otworzył drzwi. Powiew świeżego powietrza ocucił Rose. Otworzyła oczy, nie bardzo rozumiejąc gdzie się znajduje.

- Jesteśmy na miejscu. Wysiadaj.

Próbowała wykonać polecenie, ale powieki same opadały, a nogi plątały się i uginały jakby były z waty. Zirytowany nieposłuszeństwem odpiął pasy i chwyciwszy za ramiona wyciągnął ją z auta. Przez chwilę stała opierając się o drzwi, nadal kompletnie oszołomiona. Nie musiał obawiać się o ewentualną ucieczkę. Była zdezorientowana, pozbawiona jakiejkolwiek woli walki i instynktu przetrwania. Co więcej, delikatnie się uśmiechała, będąc całkowicie bezbronna i nieświadoma. Nie spiesząc się, obszedł samochód dookoła, otworzył bagażnik i wyjął torbę, którą kiedyś, podczas swojego pierwszego morderstwa, nazwał niezbędnikiem pomysłowego chirurga. Chwytając za rączki mimowolnie się uśmiechnął. Ileż to razy wyciągał swoje narzędzia przed długo wyczekiwaną ucztą. Ileż to razy wyciągał swoje narzędzia, dotykał ich i głaskał, precyzyjnie układając w specjalnie przygotowanych na tę okazję pokrowcach. Teraz też zatopił się w myślach, przypominając sobie twarze wcześniejszych ofiar. Pamiętał je wszystkie doskonale. Najpierw szesnastoletnia Catherine, później głupkowaty sąsiad Evan, Nadia... Odkąd władze uniwersytetu uznały jego zachowanie w laboratorium za wysoce nieetyczne i pod zarzutem niewłaściwego wykorzystywania preparatów wyrzuciły go ze studiów medycznych, potrzebę zdobywania wiedzy musiał realizować na swój własny, nieco skomplikowany, ale jakże użyteczny i intrygujący sposób.

Rose będzie dziewiąta - pomyślał, stawiając delikatnie torbę na kępie mchu.

Podszedł do dziewczyny, chwycił ją lekko za nadgarstek i pociągnął za sobą. To, co podobało mu się najbardziej, to kompletna bezwolność. Swoje ofiary odurzał prawie zawsze w ten sam sposób. Flunitrazepam był do tego idealny. Ta pochodna benzodiazepiny zsyntetyzowana w 1962 roku znalazła wiele zastosowań w medycynie. Dzięki swoim działaniom hipnotycznym i nasennym była też niezwykle skuteczna w jego misji. Kilka razy eksperymentował z wielkością dawek, podobnie jak innymi koktajlami chemicznymi. Między innymi kwasem 4-hydroksybutanowym, potocznie zwanym GHB i ecstasy. Można by rzec, że doszedł w tym względzie do perfekcji. Podobnie jak w umiejętnościach, których nie docenili na uniwersytecie. Był doskonały w organoleptycznym określaniu położenia narządów, wkłuciach, wszelkiego rodzaju iniekcjach, ale najwięcej radości zaznawał przy rozcinaniu powłok brzusznych i wycinaniu narządów. Opracował to do perfekcji.

- Jak się czujesz, Rose? - zapytał, zbliżając swoją twarz na odległość nie większą niż dwa centymetry od jej twarzy.

Dziewczyna pokiwała głową.

- Dobrze. Wyśmienicie. Chyba...

- To dobrze - powiedział z upiornym uśmiechem, pociągając ją za sobą i opierając o duży pień drzewa. Dziewczyna pisnęła zdziwiona, ale nadal nie protestowała.

Z kieszeni wyjął spadochronową linkę z paracordu. Przez chwilę bawił się nią, przekładając to do jednej, to do drugiej ręki. Choć pośpiech był tu absolutnie zbędny, energicznym, wprawnym ruchem owinął jej nadgarstek. Następnie szybko okrążył drzewo i przywiązał do drugiej ręki. W ten sposób stała wyprostowana z dłońmi unieruchomionymi i odchylonymi mocno do tyłu.

Od pasa odpiął automatyczny nóż, który z trzaskiem wysunął swoje długie, pobłyskujące złowieszczo ostrze. Szybkim ruchem ręki odciął resztę paracordu, a następnie pochylił się i przywiązał każdą z nóg Rose do oddalonych o kilkadziesiąt centymetrów sąsiednich drzew. W ten sposób dziewczyna już zupełnie nie mogła się ruszać.

Jeszcze tylko głowa - pomyślał, poświęcając kolejną linkę na obwiązanie jej wokół szyi Rose. Tę czynność wykonywał wyjątkowo starannie. Musiał ją unieruchomić, ale nie zbyt mocno, by ofiara przypadkiem się nie udusiła. To zepsułoby całą zabawę. Rose nadal nie zadawała sobie sprawy co się za chwilę wydarzy. Stała uśmiechając się do niego i próbując o coś zapytać.

Gadatliwość dziewczyny zaczęła go irytować. Otworzył torbę, wyjął duży opatrunek, który tym razem posłużył jako knebel. Silnym uściskiem rozchylił jej usta, głęboko wepchnął go do gardła i zakleił mocnym plastrem.

- Zamkniesz się w końcu, dziwko?! - wrzasnął. - Muszę się skupić, rozumiesz? Muszę się skupić! - wrzeszczał jak opętany, machając dłońmi przed jej twarzą. Dziewczyna odruchowo zamknęła oczy.

- Patrz na mnie. Patrz i podziwiaj! Ucz się jak robią to najlepsi. Nie chcesz? Dobrze, poradzę sobie.

Ponownie pochylił się nad torbą, z której po chwili wyjął wąski, mocny plaster. Odciął dwa kawałki i przykleił nim powieki tak, by nie mogła zamknąć oczu.

Do jej oszołomionego umysłu coś zaczęło docierać. Szarpała się. Jej ciało drgało, próbując wyswobodzić się z krępujących więzów. Cofnął się o dwa kroki, bacznie lustrując wygląd ofiary i upewniając się, że o niczym istotnym nie zapomniał. W trakcie zabiegu musiał być perfekcyjny. Nic nie miało prawa zepsuć mu tej chwili. Zadowolony z siebie ponownie podszedł do dziewczyny. Z jednego z pokrowców wyjął metalowy pojemnik wielkości szkolnego piórnika, w którym spoczywał zestaw skalpeli. Ułożył je równo jeden obok drugiego. Mieniąca się chirurgiczna stal sprawiała mu dużą przyjemność. Chwilę gładził rękojeści uśmiechając się delikatnie a następnie skupił uwagę na kształtach i wielkościach ostrzy.

- Dziesięć... Dwadzieścia trzy...a może... nie jednak nie. Dziś najlepszy będzie dwadzieścia sześć.

Patrzył na skalpele o różnych rozmiarach, dobierając je według tylko sobie znanego klucza.

Tak. Dzisiaj do pierwszych cięć rozmiar dwadzieścia sześć będzie zdecydowanie najlepszy.

Ostrze spoczęło na rączce, a mężczyzna ponownie zastygł nad torbą. Po chwili wydobył z niej kolejne metalowe pudełko z zestawem haków chirurgicznych. Gdyby operował z zespołem, do odsuwania od siebie struktur anatomicznych wykorzystywałby asystentów. Tu jednak musiał radzić sobie sam, dlatego sięgnął jeszcze po retraktor automatyczny i samozaciskowe szczypce. Z boku torby wyjął czyste naczynie w kształcie klasycznej nerki.

- Jestem już prawie gotowy - powiedział do dziewczyny półgłosem, uśmiechając się. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę Chevroleta. Usiadł na chwilę za kierownicą, uruchomił silnik, opuścił przednie szyby i włączył radio. Każde dzieło wymagało odpowiedniej oprawy. Żadna ze stacji nie nadawała niczego odpowiedniego. Sięgnął do schowka i wygrzebał płytę ze swoją ulubioną składanką.

- Dla niej - powiedział półgłosem - wystarczy to.

Włączył Highway to hell.

Podniósł się energicznie. Wyjął z bagażnika niedużą czarną walizkę, którą również postawił obok drzewa, do którego była przywiązana. Z jej wnętrza wydostał litrowy słoik wypełniony w trzech czwartych cieczą. Odkręcił wieczko, głęboko wciągnął powietrze, przez chwilę zachwycając się zapachem formaliny. W bezruchu stał na wprost Rose z zamkniętymi oczyma. Lubił to uczucie, gdy z nieprzeciętnego śmiertelnika, ale jednak śmiertelnika, zamieniał się w boga, pana życia i śmierci. Z lubieżnym uśmiechem zdarł z dziewczyny ubranie. Koszulka, spódnica i bielizna zawirowały wokół. Rozrzucał je, szarpiąc ze zwierzęcą agresją na strzępy.

Chwilę później, patrząc prosto w oczy coraz bardziej świadomej i przerażonej dziewczyny, wykonał pierwsze energiczne cięcie. Rose oddała mu swoje wciąż bijące serce.