Lwy mojego podwórka - Jarosław Abramow-Newerly

Kup ebooka

44.00 zł
36.52 zł (36,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp do drugiego wydania

Końcowe zdanie z tamtego wstępu, w którym pisałem, że mojego starego Żoliborza już nie ma - nie jest całkiem prawdziwe. Jak zwykle życie dopisało ciąg dalszy - dużo ciekawszy i bardziej niezwykły. Odezwali się czytelnicy z różnych stron świata. Z Europy, Stanów Zjednoczonych, Izraela, a nawet Australii. Na moim wieczorze autorskim w Toronto jeden z czytelników od razu zaznaczył, że przyjechał tu z Hamiltonu. Kiedy zdziwiłem się, że z tak daleka, odparł: "A co?! Niech pan sobie nie myśli. Żoliborz jest i w Hamiltonie. Nie tylko w Warszawie". Na tym wieczorze spotkała mnie jeszcze większa niespodzianka. Pod koniec spotkania podeszła do mnie jakaś pani i nieśmiało powiedziała: "To ja jestem ta uratowana żydowska dziewczynka, którą pańska matka odebrała podczas wojny sprzed kotłowni WSM na Suzina i zaprowadziła do stolarza Jana Gosińskiego, o którym pan wspomniał. Przechowuję nawet list pańskiego ojca do mnie pisany po wojnie. Czy może mi pan podpisać książkę?". Kiedy nie bardzo wiedziałem, jak zacząć, dodała: "Najlepiej napisać dla Aśki. Tak mnie w domu na Żoliborzu nazywali. I tak lubię najbardziej". Po wyjeździe z Polski ze swoją prawdziwą matką przybyła do Izraela, potem przeniosła się do Kanady, gdzie mieszka do dziś. Taki ciąg dalszy tylko samo życie mogło dopisać. Podobnych spotkań było więcej. Okazało się, że druga żydowska dziewczynka, którą widziałem w mieszkaniu o piętro wyżej, też żyje. Tym razem w Warszawie. Syn opisanego przeze mnie Majora - słynnego rotmistrza Witolda Pileckiego - inżynier Andrzej Pilecki, podarował mi książkę o swoim ojcu, dzięki której wzbogaciłem to wydanie nowymi faktami. Ofiarowano mi wiele bezcennych zdjęć. Syn projektantki budynku naszego przedszkola, inżynier Wojciech Jankowski, nadesłał mi nawet plan starego Żoliborza, który z radością zamieszczam. Na fotografiach rodzinnych, użyczonych mi przez Wisia Dziedzica, możemy zobaczyć, jak wyglądał przed wojną kościół Świętego Stanisława Kostki ze starą drewnianą plebanią czy barka przystaniowego Górskiego na Wiśle, gdzie o mało się nie utopiłem. W ostatniej chwili Jacek Szczepański doniósł mi unikalne zdjęcie z polowania cara Mikołaja II w Białowieży w 1912 roku. Na tle opisanego przez mego ojca pałacu, którego dawno już nie ma, stoi imperator Wszechrosji nad imponującymi myśliwskimi trofeami, a służba leśna na czele z Wielkim Łowczym Puszczy Białowieskiej Józefem Newerlym salutuje do służbowych czapek. Teraz łatwiej sobie wyobrazić opis tego polowania w książce mego ojca Zostało z uczty bogów czy przytoczone przeze mnie w Lwach... wspomnienie cioci Tusi, ostatniego naocznego świadka tych wielkich carskich łowów, żyjącej dziś w Sztokholmie. Nawet mój pobyt w Wodzisławiu znalazł ciąg dalszy. Wojciech Skrodzki dał mi fotografię swego brata Andrzeja z 1944 roku, a dzięki wspomnieniu Jerzego Łosiakowskiego w "Gazecie Wyborczej" dowiedziałem się, że moi gospodarze Marianna i Julian Szymańscy mieli trzyipółhektarowe gospodarstwo. Ich najstarszy syn doktor Witold Szymański, którego przyjazd bryczką z narzeczoną zrobił na mnie takie wrażenie, pracował w szpitalu w Warszawie jako lekarz ginekolog, należał do AK i brał udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie skazany został przez władze PRL za swą wojenną działalność na trzy lata, odsiedział półtora roku w więzieniu. Potem był znanym lekarzem. Drugi syn Adolf, nauczyciel z Sędziszowa, którego tak opłakiwała moja gospodyni, walczył również w AK. Aresztowany przez Niemców, został rozstrzelany 7 marca 1944 roku w Jędrzejowie. Okazało się, że moi gospodarze ukrywali Żydów i karmili ich po kryjomu, gdy w nocy wychodzili z lasu. Dzięki temu wspomnieniu mogę dołączyć też fotografie moich gospodarzy. Na zdjęciach widać wyraźnie dobroć i łagodność Marianny z Jezierskich Szymańskiej oraz surową dumę Juliana Szymańskiego, który umiał rządzić i rozkazywać.

Skoro ten przedwojenny dom przy ulicy Krasińskiego 16 wzbudził taką ciekawość i sięgnął aż tak daleko, to znaczy, że nie do końca zniknął. Coś z tej "uczty bogów" zostało. I to najbardziej cieszy. Zwłaszcza fakt, że młodzi też zareagowali na opis mego starego podwórka. Często mówią mi, że chodząc po Żoliborzu, inaczej nań patrzą. Widzą rzeczy, których dawniej nie widzieli. I ten ciąg dalszy jest dla mnie największą nagrodą. Żywym dowodem, że jednak warto opisywać miniony świat.

Jarosław Abramow-Newerly

sierpień 2002

Wstęp do pierwszego wydania

Do napisania tej bardzo osobistej książki zachęciła mnie redaktor Iwona Pakuła, dyrektor cenionego wydawnictwa ,,Akapit-Press", za co jestem jej bardzo wdzięczny. Równie serdecznie dziękuję redaktorkom Małgorzacie Wojciechowskiej i Elżbiecie Jasztal-Kowalskiej za pomoc i radę przy ustalaniu ostatecznej wersji tekstu. To już drugie nasze spotkanie w wydawnictwie "Twój Styl", któremu za tę piękną edycję osobno dziękuję. Przyznaję, że zwłaszcza okładka Macieja Sadowskiego sprawiła mi dziecięcą wprost radość. O takich "lwach" właśnie myślałem.

Odgrzebując moje dzieciństwo z niepamięci, nagle przekonałem się, że to wspominanie jest dla mnie swoistą terapią, sprawia ulgę i radość, a co ważniejsze - przynosi wiele niespodzianek.

Nie sądziłem, że mój dom przy ulicy Krasińskiego 16 na Żoliborzu jest niezwykły. Biegając po podwórku, wiedziałem, że leży między Krasińskiego a Słowackiego, a dalej jest Mickiewicza, ale pojęcia nie miałem, że tę moją III Kolonię WSM-u trzech naszych wieszczów otacza. I w cieniu ich nazwisk wzrastam. Lelewel kojarzył mi się z placem, na którym zjeżdżaliśmy na sankach z najwyższej kaskady, Żeromski z parkiem, Zajączek z zajączkiem. Podobną ocenę stosowałem wobec rodziców, najbliższych sąsiadów i ludzi, których wtedy widziałem. Tak więc ojciec mego starszego kolegi Szarka, który zginął w Powstaniu Warszawskim, twórca "Szklanych Domów", Adam Próchnik był po prostu zabawnym grubaskiem, który człapał przez moje podwórko w przykusym paletku i za dużych kaloszach. Rękę z teczką zawsze trzymał śmiesznie zgiętą w łokciu. Lubiłem go naśladować. Skąd mogłem wiedzieć, że po wojnie będzie miał ulicę przy naszej kotłowni WSM-u, a zakłady jego imienia przetrwają nawet PRL i "Próchnik" dzielnie walczyć będzie na giełdzie.

Z okna mego pokoju widziałem małą żółtą drewnianą plebanię i rosnący obok nowy kościół z czerwonej cegły. Dziś do tego kościoła na Żoliborzu ciągną pielgrzymki z całej Polski. Codzienność zmienioną w niecodzienność mógłbym mnożyć, począwszy od mego przedszkola, w którym przed wojną woźną była Janina Bierutowa, żona późniejszego wodza Narodu. Po śmierci, jak wiadomo, Bierut też otrzymał sporo ulic, zakładów, a nawet miasteczek z pięknym górskim pejzażem, jak Bierutowice.

Słowem, ludzie, kórych wówczas uważałem za zwykłych, dziś mają swoje miejsce w encyklopedii. Mało który dom może się pochwalić tak wieloma osobistościami: politykami, naukowcami i artystami. I taką liczbą ukrywających się w czasie wojny Żydów. Żoliborskie "Szklane Domy" WSM-u były pod tym względem swoistą oazą i w nieludzkich czasach z człowieczeństwa zdały egzamin na piątkę.

Wśród tych, których wtedy miałem szczęście poznać, byli doktor Janusz Korczak i Stefania Wilczyńska. O Korczaku wiedziałem, że napisał dużo książek dla dzieci, ale do nas przychodził zwyczajnie. Siadał z moim ojcem przy biurku i opowiadał kawały. Mama podawała herbatę. Korczak uwielbiał żarty i śmiał się wesoło. Miał wielkie poczucie humoru. Męczeńska śmierć przysłoniła wszystko.

Moich rodziców podobnie - jako zupełnie zwyczajnych - postrzegałem. Tata przed wojną był redaktorem, w czasie wojny szklarzem i stolarzem, po wojnie dyrektorem. Nic nie zapowiadało, że będę synem znanego pisarza Igora Newerlego. Gdy chodziłem do szkoły, kierował Instytutem Produkcji RTPD i przy Dworcu Gdańskim na terenie spalonych baraków dla bezrobotnych budował duże zakłady stolarskie z myślą o produkowaniu urządzeń szkolnych, tak bardzo wtedy potrzebnych. Kiedy przychodziłem tam z chłopakami, wśród Jego pracowników widziałem wyższych przedwojennych oficerów w wojskowych "kanadyjkach" z zachodniej armii. Najbardziej lubiłem kapitana Stojka, który był żołnierzem I Kompanii Kadrowej Józefa Piłsudskiego. Świetnie rysował i mówił do mnie per Jarenty. Dziś rozumiem, że ci sanacyjni oficerowie z pułkownikiem i trzema majorami na czele znaleźli u ojca bezpieczny azyl. Tata w tym Instytucie zatrudnił swoich kolegów z Majdanka i Oświęcimia. Pracowali tam też niemieccy jeńcy wojenni. Ci oficerowie do Ojca zwracali się "panie inżynierze", a gdy prostował, dziwili się, że nie będąc nim, wznosi śmiało wielką halę fabryczną. Z jej łukowego dachu, który sam zaprojektował, był najbardziej dumny. Wzniesienie go za pomocą powojennej zgrzebnej techniki, bez dźwigów, wydawało się niepodobieństwem. Tata go jednak wzniósł. Gdy się do czegoś zapalił, nie było rzeczy niemożliwych. Podobnie przed wojną traktował spływy kajakowe, a po wojnie pisanie. Musiał przecierać trudne, nieznane szlaki. Dziś dopiero w pełni mogę docenić tę Jego niezwykłość.

Podobnie oceniam niezwykłość mojej Mamy, przed wojną nauczycielki śpiewu i aktorki kukiełkowego teatrzyku "Baj". Dziś inaczej widzę środowisko "bajowców" i przyjaciół rodziców, którzy mieli na mnie wielki wpływ. O niektórych Tata wspomniał w swoich książkach, o wielu jednak nie napisał i ja to dziś dopisuję. Oczywiście po swojemu.

Koledzy z podwórka sprawili mi największą niespodziankę. Niektórych widziałem ostatni raz podczas Powstania Warszawskiego i nagle - podczas pisania - stanęli przede mną jak żywi. Prawie wszyscy starsi zginęli. Ocaleliśmy tylko my, najmłodsi. W Powstaniu walczyli jak lwy, zgodnie z piosenką, że "Krajowej Armii powstańcze oddziały to nie tygrysy, to są lwy!".

Sierpień 1944 był największym przeżyciem mego dzieciństwa. Dlaczego piszę o nim tak późno - to jasne. O klęsce Powstania zdecydował w równym stopniu Stalin, co Hitler. Nie jest winą naszych dowódców, że przyszło im bić się z tak okrutnym wrogiem, jak Adolf Hitler, i tak perfidnym przyjacielem, jak Józef Stalin. Oni to, walcząc ze sobą na śmierć i życie, co do nas, tak jak w 1939 roku, w mig się dogadali. W żelaznym ucisku rąk zgnietli nas na miazgę. Zgrali się w tej akcji lepiej niż my w dwukrotnym ataku na Dworzec Gdański. I ten cud militarny nad Wisłą, nieznany w historii wojen, nam bratnio zgotowali. Jeśli do tego dodamy naiwność i cynizm naszych sojuszników, to była to zaiste walka z wiatrakami. Nie dla oficerów z czasu, gdy słowa Bóg, Honor i Ojczyzna coś znaczyły. Nie są winni ci ostatni rycerze Rzeczypospolitej, którzy zgodnie z tym hasłem, które na naszych oczach w sierpniu płonęło i szło do nieba z dymem pożarów, wierni danej przysiędze wojskowej wbrew zdziczeniu i nędzy tego świata, pozostali nadal prawymi żołnierzami, jak przystało na godnych polskich oficerów.

Znów tak się złożyło, że właśnie na mojej ulicy Krasińskiego Powstanie wybuchło najwcześniej. I w moim domu mieścił się sztab żoliborskiego zgrupowania AK. Codziennie więc widziałem komendanta "Żywiciela", jak idzie przez moje podwórko.

Tę niecodzienność uświadomiłem sobie dopiero dziś. Doceniłem ciche bohaterstwo moich rodziców, ich przyjaciół i sąsiadów z podwórka, ich hart i upór w zachowaniu godności oraz wzajemne wspieranie się w najcięższych czasach.

I chociaż III Kolonia wciąż stoi przy Krasińskiego, mego domu już nie ma. I takiego Żoliborza. Dlatego go opisałem.

Jarosław Abramow-Newerly

wrzesień 2000

Wstęp do trzeciego wydania

Od ostatniego wydania tej książki minęło szesnaście lat i wiele się zmieniło. Sporo opisanych przeze mnie kolegów z podwórka odeszło już na zawsze. Nie żyje Tadek Karkowski "Karus" oraz młodsi ode mnie Jerzy Karaszkiewicz i Andrzej Żarnecki. Inni, jak Hanka Puławska, Krzysia Brzezińska (dziś Lindenberg) czy Andrzej Lewandowski "Lewus" dalej dzielnie mi towarzyszą. Natomiast los niektórych bohaterów tej książki przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

Dotyczy to przede wszystkim Majora, czyli rotmistrza Witolda Pileckiego. Ze znanego tylko badaczom najnowszej historii Polski człowieka stał się sztandarowym bohaterem narodowym. Wzniesiono Mu pomnik w alei Wojska Polskiego, gdzie kiedyś mieszkał. Pomnik ten znajduje się tuż koło resztek bunkra, w którym zginął w ostatnim dniu Powstania mój starszy kolega z podwórka, Stefan Puławski. BBC zamierzało nakręcić serial telewizyjny o Pileckim, a amerykański autor Jack Fairweather pisze o Nim książkę. Ma ona zostać przetłumaczona na szereg języków. Jack Fairweather parokrotnie spotykał się ze mną. Oprowadzałem go po starym Żoliborzu. Pokazałem III Kolonię WSM przy Krasińskiego 16. Szczegółowo wypytał mnie o moje okupacyjne spotkania z Pileckim. Przetłumaczono mu fragmenty moich Lwów.... Szczególnie zainteresował się rodziną Palińskich, w których mieszkaniu poznałem Majora, oraz niezwykłym losem Heleny Adelberg, jej dwóch synów i męża ukrywających się po aryjskiej stronie. Prosił mnie, by mógł tę historię wykorzystać w swojej książce z podaniem mojego nazwiska. Oczywiście się zgodziłem.

Nagle moje świadectwo z książki stało się jeszcze ważniejsze, albowiem czynione są energiczne starania o pośmiertne nadanie Witoldowi Pileckiemu medalu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata przyznawanego przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie za pomoc ukrywającym się Żydom. Jak napisałem w Lwach..., Witold Pilecki uwolnił mnie i moją Mamę od prześladowań żydowskiego szmalcownika Saula, który groził nam wydaniem w ręce gestapo, jeśli nie otrzyma odpowiedniej zapłaty. Szantażowana Mama powiadomiła o tym Majora i ów szmalcownik zniknął z naszego życia. Byliśmy uratowani. Najpewniej na rozkaz Majora został przez podziemie zlikwidowany. Moje świadectwo wraz z fragmentem Lwów... trafiło do Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie, lecz uznano je za niewystarczające. Niemniej próby przyznania Witoldowi Pileckiemu medalu Sprawiedliwych dalej trwają. Prowadzą je między innymi Paweł Kudzia oraz tłumaczka na język polski książki Fairweathera Luiza Walczuk. Stara się o to również rząd polski. Tak więc pośmiertna sława rotmistrza Pileckiego to na pewno jedna z największych niespodzianek tej książki. Nigdy nie przypuszczałem, że skromny pan w cywilu, nienoszący się po wojskowemu jak inni chłopcy z konspiracji w bryczesach i oficerkach, którego poznałem na obiadach w mieszkaniu Palińskich w 1943 roku, będzie kiedyś tak sławny, a moje spotkanie z Nim okaże się tak ważne. Ten przykład najlepiej świadczy o tym, że warto pisać o ludziach, których się kiedyś poznało, bo nigdy nie wiadomo, co się po latach z nimi stanie.

Warto opisywać też stary Żoliborz. Ostatnio zrobił to świetnie Antoni Libera w książce Niech się panu darzy. W opowiadaniu Widok z góry i z dołu (chodzi o słynny komin kotłowni WSM) znakomicie utrwalił czas, znany mi z dzieciństwa, kiedy to byłem krasnalem w przedwojennym przedszkolu RTPD. Na okładce książki jest fotografia tej niezwykłej kotłowni, w której zaczęło się Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944 roku. W jednej części była ciepłownią, w drugiej zaś salą widowiskową i kinem. Chodziłem tam na filmy i na przedstawienia teatru "Baj". Te stare fotografie, które znalazły się w książce Libery, zbiera od paru lat zapalony kolekcjoner Tomasz Pawłowski. Ma ich imponującą kolekcję. O wizerunek starego Żoliborza dbają też tacy ofiarni społecznicy jak Bogusław Falicki czy Marek Cygański. Dba o to również Samorząd Dzielnicy. W 2016 roku został odsłonięty skwer imienia mojego Ojca, Igora Newerlego. Skwer ten znajduje się w samym sercu Żoliborza, u zbiegu ulic Krechowieckiej i Słowackiego. W doprowadzeniu do jego powstania wielkie zasługi ma młoda, energiczna radna Donata Rapacka, której w tym miejscu bardzo dziękuję.

Dodam jeszcze, że niektóre zdjęcia zamieszczone w tej książce, a pochodzące z mojego rodzinnego albumu, zrobiły po latach karierę. Dotyczy to przede wszystkim zdjęć moich Rodziców, a także mojej fotografii z babcią Stefą, czyli Stefanią Wilczyńską. Przekazane do Korczakianum trafiły do dwóch bardzo cennych biografii, które niedawno się ukazały: Magdaleny Kicińskiej Pani Stefa i Joanny Olczak-Ronikier Korczak - próba biografii. Zdjęcie ze Stefanią Wilczyńską okazało się unikatowe na świecie.

Na koniec tego wstępu pragnę serdecznie podziękować Antoniemu Liberze za zgłoszenie tej książki do wydawnictwa oraz Łukaszowi Michalskiemu, dyrektorowi Państwowego Instytutu Wydawniczego, za jej wydanie. Dziękuję również redaktorowi Hubertowi Musiałowi za staranną redakcję. Za ich to bowiem sprawą moje Lwy... znów ożyły, gotowe zrobić mi nowe niespodzianki.

Jarosław Abramow-Newerly

Warszawa - marzec 2018 rok

Z przedwojennego mego dzieciństwa zachowałem luźne obrazy. Duży filodendron w drewnianej donicy obok mego łóżka, które tata sam zrobił. Idealnie wymierzył i dopasował do wnęki w ścianie. Z tego łóżka, ssąc palec (bardzo długo to robiłem), zobaczyłem z rana na roślinie banany. Nigdy ich nie było. Rodzice twierdzili, że filodendron obrodził w nocy. W mig je zjadłem i czekałem na następne. Niestety filodendron nie chciał rodzić. Tylko raz zaowocował wraz z tym żartem. Długo liczyłem, że jest bananowcem. Bardzo lubiłem banany.

Oprócz tego filodendrona zapamiętałem nowy gmach Dworca Głównego w Warszawie. Kiedy z dużej poczekalni o piętrowym suficie zeszliśmy na podziemne perony, tata podprowadził mnie do stojącej na stacji lokomotywy. Nigdy nie myślałem, że jest o tyle większa od tej na obrazkach w książce Tuwima. Była ogromna i pot z niej spływał. Sapała i dyszała jak smok. Stałem wstrząśnięty. Tata spostrzegł to i zagadnął maszynistę w parowozie:

- Syn zna lokomotywę tylko z książki, rozumie pan, a prawdziwej nie widział. Dlatego tak pana pożera wzrokiem. A w życiu zawsze lepiej czegoś samemu dotknąć, niż wierzyć autorowi na słowo, co? - dodał.

- Jasne - przyznał kolejarz. - Niech dotyka. Chodź, kawalerze. Nie bój się - wyciągnął do mnie ręce. Cofnąłem się, ale tata podsadził mnie, kolejarz przejął i oto byłem w środku lokomotywy. Maszynista pokazał mi wszystkie kurki i kazał palaczowi dorzucić węgla. Ten uniósł klapę paleniska i ukazała się krwawa otchłań. Jak piekło. Po paru szuflach "żar z rozgrzanego jej brzucha" buchnął bardziej. To zrobiło na mnie takie wrażenie, że widok ten zapamiętam na całe życie.

Zdążyłem przejechać się lukstorpedą z Warszawy do Łodzi. Mknęła z zawrotną szybkością stu czterdziestu kilometrów na godzinę. Na wakacjach w Rabce usłyszałem też o kolejce linowej. Moi rodzice przejechali się nią wtedy w Zakopanem tuż po otwarciu linii na Kasprowy Wierch. Po powrocie dużo o tym mówili. Mam ich zdjęcie, jak uśmiechnięci jadą na szczyt.

Przejechałem się też najnowszym autobusem "W" ze spłaszczonym z przodu silnikiem po asfaltowej Wisłostradzie, przez plac Wilsona, aż na Zdobycz Robotniczą. Jeździłem również tramwajem - głównie piętnastką, która pod Lasem Bielańskim miała swoją pętlę. Wagony tramwajowe miały często skórzane fotele. Inwalidzi mogli wchodzić przednim pomostem. Porządku pilnował konduktor w służbowym mundurze, z torbą na piersiach i kasownikiem w ręku. Co jakiś czas pokrzykiwał: - Kawalerka, nie czepiać mi się wozu, bo zerwę czapki i będzie wstyd! - a pasażerów ponaglał: - Proszę państwa przesuwać się do przodu! - Ten refren miał odpowiednią melodię.

W innej melodii utrzymany był reklamowy okrzyk blacharza, który wkraczał z dymiącym kociołkiem i kołowrotkiem do ostrzenia noży. Miał głos jak dzwon i swoją kwestię ciągnął jak arię operową, rycząc na całe podwórko: - Eee belacharz lutuje, reperuje, pobiela! Reperuje kotły, rondle, naczynia aluminiowe, pobiela! - Kiedy ktoś z okna zawołał go, stawiał warsztat i przystępował do pracy. Iskry z noży i cyna topiona lutownicą były nie lada atrakcją mego dzieciństwa.

Podobnym przeżyciem była wizyta podwórkowych sztukmistrzów. Ci na naszych oczach połykali miecz i demonstrowali człowieka przebitego szpadą. Młoda dziewczyna w kostiumie kąpielowym wchodziła do blaszanej beczki z otworami, a sztukmistrz dźgał ją ze wszystkich stron na wylot ostrymi szpikulcami. Po chwili wychodziła bez rany, a sztukmistrz nadstawiał cylinder po zapłatę. Rzadko mu wrzucaliśmy z braku drobnych, ale z okien sypały się monety zawinięte w papier. Podnosiliśmy je z trawnika i biegiem oddawaliśmy artystom. Największy grad monet spadał na ulicznych śpiewaków, muzyków i kataryniarzy.

Z pojazdów jeden zwłaszcza wzbudzał sensację. Gdy wjeżdżał na Krasińskiego, już z dala wołaliśmy: - Hycel jedzie! Hycel jedzie! - Na stopniach szoferki stali dwaj mężczyźni z lassem, gotowi zarzucić pętlę na szyję każdemu psu, który biegł bez obroży. W skrzyni ciężarówki ofiary tej łapanki wyły i szczekały głośno. - Co z nimi będzie?! - pytałem. - Pójdą do jatki. Zaszlachtują je - odpowiadali koledzy.

Przed wojną zdążyłem jechać taksówką. Zwichnięta w kostce noga umożliwiła mi triumfalny przejazd na plac Inwalidów do Kasy Chorych. Siedzieliśmy z mamą na skórzanym siedzeniu, a taksówkarz w uniformie, w służbowej czapce, oddzielony od nas grubą szybą, kierował wozem.

Oczywiście świetnie pamiętam pierwszą przejażdżkę kajakiem. Ojciec zaprowadził mnie do piaskarza Górskiego, który mieszkał na wiślanej barce u wylotu ulicy Krasińskiego przy Klubie RKS "Marymont". Tata był z Górskim w świetnej komitywie. Na przystani RKS-u przechowywał drewniany kajak własnej roboty, dopóki nie kupił składaka marki Piast. Ten składak nazwał od mego imienia "Jary" i trzymał w workach u nas w piwnicy. Z nadejściem wiosny niósł go do Górskiego. Tam rozkładał i dokonywał pierwszego przeglądu przed długim spływem. Zawsze na kajaku spędzał swoje wakacje. Cały rok siedział za biurkiem i twierdził, że ten fizyczny wysiłek jest mu niezbędny: - Inaczej bym zgnuśniał. Byłby ze mnie gnus, synu! A machanie wiosłem daje mi zaprawę na całą zimę - powtarzał.

Za pierwszym razem wsadził mnie w czub kajaka z kołem ratunkowym pod pachami, a sam zajął miejsce przy sterze. Popłynęliśmy pod prąd aż do mostu Poniatowskiego. Machanie wiosłem sprawiało mu frajdę, bo zaczął śpiewać swą ukochaną pieśń: "Czy to w dzień, czy o zachodzie płyniemy z szumem fal". W przeciwieństwie do mamy nie miał słuchu, ale miał dobre chęci. Co dziwniejsze, parę piosenek opanował bezbłędnie. Do nich należała ta pieśń wodniacka. Był bardzo wrażliwy na muzykę. W kawalerskich czasach kupił sobie mandolinę, na której próbował grać. Przy mamie jednak zrezygnował. Wolał, gdy ona śpiewała. W prezencie ślubnym kupił jej pianino drezdeńskiej marki Rönisch. Mandolina zaś powędrowała na szafę i czasem ja na niej brzdąkałem.

Tata szykuje się do pokonania nieznanych szlaków "za Opiwardą, za siódmą rzeką".

Z barką wiślaną, berlinką piaskarza Górskiego, wiąże się jedna z moich przygód. Ojciec zabrał mnie nad Wisłę ze starszym kuzynem Bodkiem, synem cioci Tusi. Bodka podziwiałem. Nie miałem rodzeństwa i tęskniłem do niego jak do brata. Pamiętam moją rozpacz, gdy raz nie przyszedł do nas na noc. Cały tydzień cieszyłem się, że będziemy spać w jednym pokoju. Nagle on coś zbroił, dostał lanie i za karę go nie puszczono. Poszliśmy mediować do jego domu na Wyspiańskiego, ale nic nie wskóraliśmy. Bodek stał blady w ogródku z miną zbrodniarza, z nerwów łamał gałązki bzu, a ja ryczałem. Jego rodzice tłumaczyli mi, jaki był niedobry. Tata na próżno starał się znieść mu karę. Ciocia Tusia by go jeszcze puściła, ale ojczym Walek był nieugięty. Wychowywał go w twardej, spartańskiej szkole. Od tego czasu Walka znielubiłem.

Tym razem Bodzia puścili i biegałem z nim szczęśliwy po wiślanej barce. Tata opowiadał coś piaskarzowi i swemu wychowankowi z redakcji "Małego Przeglądu", Harry'emu. A jak opowiadał, świata nie widział. Był świetnym gawędziarzem i słuchano go w napięciu. Nikt nie zauważył, że ja tymczasem przechyliłem się przez poręcz i wpadłem do wody. Z przerażenia wybałuszyłem oczy i wykrzywiłem twarz. Musiałem zrobić niezłą minę, bo Bodek krzyknął:

- Wujku! Wujku! Niech wujek spojrzy, jak Jarek się wygłupia!

Tata z powodzeniem mógł nie spojrzeć, ale spojrzał i wszystko skończyło się na strachu. Harry skoczył na pomoc i mnie wyłowił. Zdążyłem łyknąć parę haustów wody. Tego chrztu w Wiśle nie pamiętam, podobnie jak mój zbawca Bodek. Ponoć długo powtarzałem w domu "lulu nie", co znaczyło, że kąpać się nie chcę. Mama bała się, że ta kąpiel zostawi we mnie trwały uraz do wody, ale nie. Wcześnie zacząłem pływać.

Z tych wypraw nad Wisłę wracałem zawsze na barana, bo nudziło mi się trzymać ojca za palec, wolałem na nim jeździć. Dość późno zorientowałem się, że jest inwalidą. Trochę utykał i czasem używał laski (gdy niósł składak na przystań), ale nie przypuszczałem, że nie ma nogi. W dzieciństwie mu ją amputowano powyżej kolana i nosił ciężką skórzaną protezę zrobioną w jedynym wówczas zakładzie ortopedycznym w Warszawie - u doktora Kuglera w Alejach Jerozolimskich. Jak byłem większy, wyjmowałem tę protezę z szafy i podawałem ojcu do łóżka. Była mego wzrostu i ledwie mogłem ją dźwignąć.

Tata na łódce przy wiślanej barce piaskarza Górskiego.

Kalectwa ojca nigdy nie odczułem. Poza tym, że utykał i nie mógł biec, trudno było go uznać za inwalidę. Nigdy nie korzystał ze swego inwalidztwa. Nie wsiadał przednim pomostem. Nikt w tramwaju nie ustępował mu miejsca. Raczej on komuś. Ponieważ protezy były wówczas rzadkością i większość inwalidów chodziła o kulach lub o drewnianym szczudle, ludzie sądzili, że tata ma sztywną nogę. Ja sam tak myślałem. Trudno było sądzić inaczej, skoro na letnisku w Ustroniu, gdy nie chciałem iść w góry, tata wniósł mnie na sam szczyt Równicy. Przywykłem do tego, że dźwiga mnie jak piórko i z lekkością nosi na barana.

Innym moim przejściem była "kraksa samochodowa". Ciągnąłem moje auto za sznurek, odwrócony tyłem, i stoczyłem się po schodach z całego półpiętra. Mama myślała, że coś sobie złamałem, ale na guzie się skończyło. Wołałem potem: - Pojotąd nu! Pojotąd nu! - co znaczyło, że jazda autem jest niebezpieczna. Pojotądem nazywałem auto. Było to mniej więcej wtedy, gdy w maju niespodziewanie spadł śnieg i chowano Marszałka Józefa Piłsudskiego. Tego pogrzebu nie pamiętam, bo miałem dwa lata, ale już przed wojną słyszałem o Piłsudskim. Tata mi o nim opowiadał. Zresztą nie tylko o nim.

Największą atrakcją mego dzieciństwa były bajki. Nie zasnąłem, póki mi ich ojciec nie opowiedział. Pełnił rolę telewizyjnej dobranocki. Często przeciągała się do godziny, gdy tata puszczał wodze swej fantazji. A miał ją wielką. Dar improwizacji olbrzymi. Siadał wtedy przy moim łóżku, zapalał papierosa i pytał, na czym stanęliśmy. Podpowiadałem mu szybko i zaczynało się. Konie cwałowały, zbójcy w popłochu uciekali, uwięziona królewna na próżno czekała na ratunek w zamku. Były to fantastyczne seriale w odcinkach. W najciekawszym miejscu tata urywał, całował mnie w głowę i mówił: - Pora spać, synku. Jutro ci dokończę. - Ja protestowałem. Wtedy wkraczała mama, wyrzucając ojcu, że przesadził: - Widzisz, że od godziny ssie palec i ledwie patrzy na oczy. I znów strzepnąłeś mi popiół na podłogę zamiast do popielniczki. Tyle razy cię prosiłam. A stoi obok! - Tata w ferworze akcji o niej zapominał. Ilekroć bitwa rozgorzała na dobre, tym popiołem wypalał dziurę w podłodze lub sobie w koszuli.

Szkoda, że wtedy nie było magnetofonów i nie można było tych bajek nagrać. "Oglądałem" je jak barwny film. I kiedy mama zaprowadziła mnie do kina na Królewnę Śnieżkę, to ta królewna nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak bajka ojca o trzech diabłach, które mieszkały na cmentarzu i w nocy napadały na ludzi. Królewna Śnieżka rozczarowała mnie też i tym, że była narysowana. Najbardziej podobały mi się piosenki, które już znałem od mamy i z przedszkola ze słynnym "Hej ho, hej ho, do pracy by się szło!". Dużo bardziej przypadł mi do gustu drugi i ostatni film, który zdążyłem obejrzeć przed wojną: Pat i Patachon, ponieważ bohaterowie byli żywi, nie malowani. Jeden duży, drugi mały.

Tata był niezastąpiony w wymyślaniu gier. Traktował je równie poważnie jak ja. Kiedy bawiliśmy się w okręt piracki, to pokój wywrócony był do góry nogami. Jego biurko zmieniało się w kapitański mostek, kij od froterki zastępował okrętowe działo. Okrążeni przez wrogów skakaliśmy do łodzi ratunkowej. W tym celu tata przynosił z kuchni balię. Na dwóch szczotkach rozwieszał prześcieradło, sterował tarą do prania i płynęliśmy przez wzburzone morze do wyspy, która miała nas ocalić.

Na froterce tata mnie woził w czasie czyszczenia podłóg. Mama o nie bardzo dbała. Deski często szorowało się do białości i smarowało pastą. Po wyschnięciu - polerowało froterką. Ja wtedy wskakiwałem na nią jako balast i chwytałem za kij, a tata pucował mną do glancu. Trzymałem się mocno, by nie spaść. Po tym czyszczeniu podłoga lśniła i nabierała koloru miodu. Nic dziwnego, że żal ją było wypalać. Ale piękne bajki mają swe przyziemne koszta.

Tata, pracując przed wojną w "Małym Przeglądzie", raz na tydzień szedł do drukarni i przynosił stamtąd od zecera Styckiego zużyte ołowiane matryce. Próbowałem je odbić na papierze. Bawiłem się też blaszanymi rolkami po taśmie do maszyny. Mama pomagała ojcu przepisywać artykuły nadesłane przez młodzież do redakcji.

Dużo tej młodzieży przychodziło do nas na Żoliborz. Najczęściej wspomniany już Harry Kaliszer, następnie Leon Glattenberg, który tuż przed wojną ostatnim statkiem z Gdyni zdążył wyjechać do Palestyny i tam zmienił nazwisko na Harari, Kazik Dębnicki (jego najbardziej lubiłem), wreszcie Lejzor Czarnobroda. W "Małym Przeglądzie" był bliskim współpracownikiem taty. Pracowity i chłonny, wiele od ojca korzystał. Zapamiętałem go jako cichego chłopca o bladej twarzy, dużych czerwonych ustach i gęstych kruczych włosach.

Pewnego razu Lejzor zaprosił nas do siebie na jakąś uroczystość domową. Pochodził z biednej rodziny chałupników żydowskich. Jego ojciec miał mały warsztat blacharski. Tylko on i jego siostra Sarenka wykształcili się i spolonizowali - reszta rodziny dalej żyła w dzielnicy żydowskiej na Gęsiej. Z tych odwiedzin zapamiętałem wielki stół, wokół którego tłoczyli się dorośli. Pośrodku siedzieli ojciec i matka Lejzora. Nas usadzono na honorowym miejscu. Wielu mężczyzn miało czarne brody i w ogóle w tym pokoju było czarno, choć paliło się sporo świec. Czułem się trochę obco. Nigdy nie byłem w takim domu, gdzie pełno było ciemnych zakamarków, a z przyległego warsztatu dolatywał stęchły zapach kwasów. Na stole postawiono wiele dań, których nigdy nie jadłem. Zamiast chleba białą macę. Podano soki i wino. Wzniesiono toast. Tata dodał:

- Siulim Chaim: daj Panie Boże szczęście!

Ja powtórzyłem:

- Siulim Chaim! - i podstawiłem swój kieliszek.

- Brawo! - dano mi spróbować łyczek. Po tym łyczku nabrałem werwy. Zacząłem się popisywać. Przyjęto to ze śmiechem. To mnie ośmieliło. Uznałem, że jako syn głównego w redakcji, mogę sobie na takie zachowanie pozwolić. Zawstydzona mama prosiła, bym się uspokił. Ale ja ani myślałem. Wszyscy śmiali się i klaskali, z przesadnym akcentem zapewniając: - Co za fajn chłopiec! Niech bryka! Od tego dziecko! - W pewnej chwili wstałem i zacząłem głośno przezywać Lejzora:

- Lejzor! Jęzor! Lejzor! Jęzor! Ty jesteś Jęzor! - i wywaliłem język do brody. Tego było za wiele. Rodzice szybko mnie ubrali, pożegnali się i wróciliśmy do domu.

Nie wiedziałem, że tak popisałem się w jedynym tradycyjnie żydowskim domu, w którym udało mi się przed wojną być. Wkrótce okrutny los spotkał całą rodzinę Lejzora Czarnobrody, a on sam rozpaczliwie szukał u nas ratunku.

* * *

Kiedy się urodziłem, wszystkie uczennice mamy zbiegły się, by zobaczyć syna pani Basi. Bardzo się rozczarowały, słysząc moje imię. W szkole był jeden Jarek, syn popularnego aktora i recytatora Henryka Ładosza. Ten Jarek widać nie był dżentelmenem dla dziewczynek, mocno im musiał dokuczać, bo krzyknęły:

- Po co go pani tak nazwała po tym wstrętnym Jarku! Już nie było lepszego imienia?

To imię było bardzo rzadkie. Na całym Żoliborzu było może trzech Jarków. Oprócz Ładosza i mnie jeszcze Jarek Bobeszko. Gdy przychodziłem do kolegów i ich mamy pytały mnie, jak się nazywam, a ja odpowiadałem, że Jarek, to zawsze mnie prostowały: - Chyba Jurek. Albo Marek. Coś ci się pomyliło. - Nie bardzo wiedziały, co to za imię. A teraz co drugi chłopak Jarek.

Kiedy mój wózek stał na podwórku, to uczennice mamy pytały, czy mogą się ze mną przejechać. Mama im pozwoliła. Ruszyły tak, że mi tylko łysa głowa trzęsła się w wózku. Rozryczałem się i przestraszona mama krzyknęła z okna:

- Dziewczynki, wolniej! Bo mi wypadnie!

Krysia Palińska, córka Olków, która chodziła do szkoły RTPD, zawsze mi ten ryk w wózku i łysą głowę wypominała. Ale jako syn pani Basi wcześnie się zrehabilitowałem. Koncertowałem już jako niemowa. Moim popisowym numerem była znana pieśń biesiadna "Za dzień, za rok, za chwilę może nie będzie nas", którą powtarzałem za mamą ustami złożonymi w trąbkę: - Uu-Uu-Uuu-Uuuu-uu!

Jako wózkowy gwiazdor budziłem podziw. Miałem wtedy ponad pół roku.

Mama często grała na pianinie, przygotowując się do zajęć szkolnych lub programów radiowych. Brała udział w audycjach dla dzieci, które w Polskim Radiu na Myśliwieckiej reżyserowała Wanda Tatarkiewicz-Małkowska. Reżyserka usłyszała mamę w "Baju" i od razu zaangażowała. Z radia mama przynosiła dużo nowych piosenek. Chętnie je podsłuchiwałem i uczyłem się melodii. Wystukiwałem je potem na klawiszach. Prawą ręką "Jedzie pociąg z daleka", a dwiema "Jeden dudek fajkę miał". Ten wczesny start spowodował, że mama zdecydowała się zapisać mnie na lekcje muzyki. Pierwszy utwór, który skomponowałem, nazywał się "Galop koni opus 1". Miałem wtedy pięć lat. Zagrałem go najpierw Olkowi Palińskiemu, a potem dobremu znajomemu Asi Brzezińskiej - Grzegorzowi Chołodowskiemu. Chołodowski był emigrantem rosyjskim, zawodowym pianistą i profesorem w Konserwatorium. To moje opus ocenił wysoko i kazał zapisać. Jako kompozytor więc debiutowałem wcześnie, ale Wolfgangiem Amadeuszem Mozartem nie zostałem.

* * *

Przed wojną wielką wagę przywiązywałem do stroju. Nienawidziłem modnych wtedy serdaków i rajtuzów. Jak również bawełnianych pończoch w prążki zapinanych na podwiązki. Z protestem wkładałem haftowany zakopiański kożuch, który wtedy należał do kanonu mody dziecięcej. Marzyłem o lakierowanych gumiakach do kolan, takich, jakie mieli koledzy z podwórka. Wreszcie mama mi je kupiła, ale z suwakiem z boku. Dostałem szału!

- Tego nie noszą chłopcy! - krzyczałem.

- Jak to?! Przecież prosiłeś o nie?! - zdziwiła się.

- Nie takie! - krzyczałem. - Te są babskie! Babskie! Babskich nie włożę!

Mama tłumaczyła mi, że są wygodniejsze i lepsze, ale bez skutku. Wreszcie po wielu prośbach włożyłem je i wyszedłem na podwórko. Pamiętam, jak stałem przy budce naszego dozorcy Wiśniewskiego wczepiony w siatkę bramy i zasłaniałem ze wstydem te suwaki, sprawdzając jednocześnie, czy te moje babskie gumiaki są choć trochę podobne do lakierowanych "oficerek" moich kolegów.

Natomiast z dumą nosiłem aksamitne zielone ubranko, które miało u rękawów i krótkich spodni z boku po pięć guziczków. Ubranko to szyła mi na miarę krawcowa z V Kolonii. Ale ta krawcowa podobała mi się, więc to może miało wpływ na strój i na to, że z ochotą chodziłem do niej do miary. Była wdową, ubierała się na czarno i nosiła welon, co dodawało jej tajemniczego uroku.

Tata i ja w modnych strojach. 1936 rok.

Miałem oczywiście - jak większość kolegów - modne ułańskie czako i szablę. Tak się jednak pechowo złożyło, że zabrakło wśród moich zabawek dużego konia na biegunach z siodłem, strzemionami, uzdą i lejcami. Paru kolegów takiego miało i podczas wizyt w ich domach ujeżdżałem je namiętnie. Chęć posiadania własnego konia była tak wielka, że raz, odwiedzając moją młodszą koleżankę Elżunię, ukradłem jej upragnionego rumaka. Uznałem, że dziewczynce jest niepotrzebny. Wziąłem go pod pachę i przyniosłem do domu. Ten koń co prawda nie był na biegunach, był stosunkowo mały, ale skusił mnie swą siwojabłkowitą sierścią i piękną grzywą. Kiedy pokazałem go w domu i przyznałem się, skąd go mam, mama kazała mi go odnieść: - Wstyd mi robisz przed Janką! Co ja jej powiem? - powtarzała. Pani Janka Fersterowa, matka Elżuni, była przyjaciółką mamy z "Baja". Długo się upierałem, że Elżunia mi go podarowała. W końcu z dużym oporem zwróciłem jej tego konia.

Do luksusowych zabawek na naszej kolonii należały samochody na pedały, hulajnogi na rowerowych kołach i same rowery. Na podwórku było ich mało. Większość kolegów z braku tych pojazdów biegała po ulicy z kółkiem, popędzając je kijkiem lub popychaczką z drutu. Biedniejsi toczyli przed sobą fajerki.

Na naszym placyku w stroju, którego nie cierpiałem najbardziej.

Sąsiad z trzeciego piętra, pan Henryk Gaudasiński, mistrz zduński, jako jedyny miał motocykl z przyczepą. Trzymał go przed naszą klatką schodową. Gdy go dosiadał, miał zawsze na głowie skórzaną pilotkę i ochronne okulary. Natomiast ojciec Ani Sokołowskiej, mojej koleżanki z przedszkola, i starszego ode mnie Adasia, którzy mieszkali na I klatce schodowej, miał małego polskiego fiata z otwieranym dachem. Była to wielka rzadkość.

Ja co prawda miałem tych małych fiatów aż sześć, ale były z ołowiu i stanowiły tylko pionki popularnej gry dziecięcej "Polskim samochodem po Polsce". Tymi fiatami wędrowało się po szosach całego kraju. Była to bardzo kształcąca gra. Dzięki niej poznałem wszystkie większe miasta w Polsce. W niektórych pędziłem o parę miejsc do przodu, w innych płaciłem karę. Najbardziej unikałem Sanoka, bo tam stał wóz ze smołą, zamknięty był szlaban kolejowy i musiałem się cofać o sześć miejsc. Mapa Polski była pięknie ilustrowana i z przyjemnością się na nią patrzyło.?Już przed wojną poznałem wartość pieniądza. Czasem tata dawał mi w prezencie złotówkę z Darem Pomorza, a raz nawet srebrne dwa złote z głową Wenus. Oglądałem też pięć złotych z Marszałkiem Piłsudskim. Ale tej monety mi nie dawano. Była za droga. Najczęściej dostawałem w darze ten "Dar Pomorza" lub drobne grosze. Biegłem z nimi zaraz do sklepu pani Kurowskiej, który znajdował się koło nas na ulicy Hozjusza, i kupowałem tam czekoladę Wedla, "Jedyną". Niejedyną atrakcją tej czekolady było to, że zawsze znajdował się w niej obrazek, na przykład z jednym z naszych samolotów, które zbierałem namiętnie i wklejałem do albumu. Komplet tych latających maszyn ze słynnym dwupłatowcem RWD na czele, a potem bogata seria ze zwierzętami Azji i Afryki z antylopą gnu i kudu świadczyły o liczbie zjedzonych przeze mnie czekolad. W serii z samolotami były nasze najnowsze bombowce "Łosie", których wypatrywałem potem na niebie.

Zachowuję uśmiech mimo znienawidzonego serdaka (fot. Edward Poznański).

Te zajęcia tak mnie pochłaniały, że nie garnąłem się do nauki. Wciąż nie znałem liter i nie chciałem znać. Nie czułem potrzeby. Skoro bajki opowiadał mi ojciec, a książki czytała mama - to po co? Uczyłem się ich na pamięć. Najbardziej lubiłem te z dużymi, kolorowymi obrazkami. Moimi ulubionymi książkami były wtedy Tańcowała igła z nitką Brzechwy i Lokomotywa Tuwima. Ptasie radio tolerowałem ze względu na rysunki. Tekst mnie nudził. Podobnie Słoń Trąbalski przyciągał głównie obrazkami. Te z Lokomotywy próbowałem nawet kopiować. Ale słynne "grubasy, co jedzą kiełbasy", mi nie wychodziły. Zdziwiłem się, gdy mama powiedziała mi, że Tuwim jest autorem dla dorosłych. Byłem pewien, że dla dzieci. Wiele stracił w moich oczach.

Tymczasem koledzy na podwórku już czytali. Najlepszy był w tym Witek Dzięgielewski z V klatki, który miał dużo kolorowych książek i komiksów. Czytał nam je na głos koło trzepaka. Główną lekturą był Sierżant King z Królewskiej Konnej i Buffalo Bill, którego nazwisko wymawialiśmy, jak się pisze. Buffalo.

W 1936 roku poszedłem do przedszkola. Byłem mocno onieśmielony. Z początku zapierałem się nogami, nie chcąc iść, i mama ledwie mnie tam zaciągnęła. Z czasem biegałem coraz chętniej, aż całkiem nie mogłem wyjść. Od krasnali przez średniaki młodsze awansowałem do starszaków. Tuż przed wojną czułem się tam świetnie. Wymyślałem różne zabawy. Najchętniej budowałem samochody z piasku z motorem, siedzeniami i kierownicą. Traktowałem to bardzo poważnie. Kiedy koledzy znudzili się i odeszli, ryczałem w furii: - Zdradziliście mnie! Jesteście zdrajcy! - Przerażone przedszkolanki ledwie mogły mnie uciszyć.

Jako najstarszy starszak przedszkola RTPD w czasie śpiewania piosenki "Jedzie pociąg z daleka" (fot. Edward Poznański).

W tym przedszkolu dopuszczany byłem do solówek w licznych występach. Jako artysta czułem się niedoceniany. Wydawało mi się, że powinienem dłużej śpiewać. Pewnego razu dano mi tylko krótką piosenkę "W naszej wiosce uciechy oj niemało to będzie, kiedy Jaśko muzykant do skrzypeczek zasiądzie!". Chcąc pokazać siłę mego głosu, refren "Tini, tini, tini - na skrzypkach, tini, tini, tini zapiska" zaśpiewałem co sił. Wtedy pani Wieman, moja nauczycielka rytmiki, przerwała mi i powiedziała:

- Nie rycz tak! Śpiewaj - co mnie mocno ubodło.

Do największych przedszkolnych przeżyć należało znalezienie w ogrodzie martwego burego kota i uroczyste pochowanie go w piasku pod wierzbą.

Rodzice przed wojną cały dzień pracowali. W domu były służące, przyjmowane na stałe lub na przychodne. Dość często się zmieniały. Najbardziej lubiłem Marynię, która mnie bardzo kochała. Spała w kuchni na polowym łóżku. Zachowane mam zdjęcie, jak idę z nią w zimie w rajtuzach z sankami po ulicy Hozjusza, trzymając zakopiańską ciupagę. Tuż przed wojną Marynia wyszła za mąż i od nas odeszła. Mama z żalem się z nią żegnała.

Mimo obecności służących nie cierpiałem, gdy mama szła do pracy. Czepiałem się jej kurczowo i urządzałem dantejskie sceny. Długo w przedpokoju waliłem pięściami w drzwi. Mama mówiła, że za każdym wyjściem serce jej się krajało. Czuła się wobec mnie winna. A ja uważałem ją za swą własność i terroryzowałem strasznie. Raz przesadziłem. Miałem widać zły dzień. Wtedy wkroczył ojciec i ostrzegł mnie, że jeśli dalej będę wierzgał nogami i tarzał się po ziemi, to dostanę klapsa. Ja jednak dalej tarzałem się. Wówczas tata wstał od biurka, wziął mnie za kark, położył na tapczanie i wymierzył trzy silne klapsy. Zrobił to ściśle według wskazówek doktora Janusza Korczaka, który w krańcowych wypadkach dopuszczał karę cielesną, pod warunkiem, że wymierzana będzie bez emocji, po uprzedzeniu dziecka. Żeby wiedziało, za co jest karane.

Te klapsy specjalnie mnie nie bolały. Gorsze było późniejsze zachowanie ojca. Przestał do mnie mówić. Nie reagował na moje pytania, a co gorsza, nie opowiadał mi bajek. Łasiłem się do niego pod jego biurkiem, zagadywałem, wszystko na nic. Patrzył na mnie jak na obcego chłopca. Bardzo się tym przejąłem. Po trzech dniach nie wytrzymałem i pobiegłem do mamy, spytać się, czy tata mnie jeszcze kocha. Mama odparła, że chyba tak, ale byłem nieznośny i tata się na mnie obraził.

- Co mam zrobić? - spytałem.

- Spróbuj go przeprosić i przyrzec, że więcej taki nie będziesz. Może to pomoże - poradziła mi. Solidarnie trzymała stronę ojca, ale też już źle znosiła tę karę.

Nieśmiało podszedłem do taty i wybąkałem przeprosiny. W napięciu czekałem, co powie. Spojrzał na mnie zza okularów mniej zimnym wzrokiem i odparł:

- Skoro tak mówisz, wierzę ci. Jesteśmy kwita - i wyciągnął do mnie dłoń.

Odetchnąłem z ulgą. Uścisnąłem ją mocno. Byłem w siódmym niebie. Znów do mnie mówił.

Te trzy klapsy i trzy dni milczenia tak na mnie podziałały, że odtąd już uważałem. Każde ostrzeżenie ojca brałem poważnie. Wiedziałem, czym może grozić. I nigdy więcej nie dostałem klapsa.

* * *

Chociaż w 1939 roku miałem sześć lat, pamiętam wrzesień i ostatnie dni sierpnia świetnie.

Byłem wtedy na letnisku w Kazimierzu. Chodziliśmy z mamą na plażę. Woda w Wiśle była tak płytka, że opieraliśmy się o dno rękami, udając, że pływamy. Kąpiel na przystani Górskiego nie zniechęciła mnie do wody i bardzo chciałem się nauczyć pływać. Starsi koledzy już pływali strzałką i przebierali rękami po piesku, a ja wciąż opierałem się o dno. Wisła była szeroka jak morze, ale wszędzie wystawały z niej piaszczyste łachy. Biegaliśmy po nich i tarzaliśmy się w piasku. Błękitne niebo schodziło się z burą wodą. Wciąż świeciło słońce.

Weszliśmy na sam szczyt góry Trzech Krzyży. Uznałem go za najwyższy na świecie. Te trzy krzyże były ogromne, a ruiny zamku wielkie. Wspinaliśmy się na basztę po drewnianych schodach wśród białych murów. Rynek w dole wydawał się leżeć w przepaści.

Gdy raz szliśmy całą grupą szerokim wąwozem, Jurek Żyto, który zawsze się mądrzył i był nieznośny, nagle stanął w miejscu i zaczął przebierać nogami. Nie wiedziałem, co mu jest. Myślałem, że się wygłupia. Okazało się, że ugryzł go bąk. Nie osa, nie pszczoła, tylko bąk. Taki czarny, duży. Nie wiedziałem, że bąki mają aż takie żądło, że Jurek nie może z bólu przestać wierzgać jak koń nogami. Odtąd uważałem, co na mnie leci. Gdy na łące polowałem na motyle i koniki polne, to rozglądałem się na boki, czy czasem nie leci na mnie taki bąk z wielkim żądłem, co pogryzł Jurka.

Mama u Włodka Seferyniaka w leśniczówce Sircze na Polesiu. Tata podpisał to zdjęcie: "Basia w charakterze Mesalki" (słynna tancerka Lucyna Messal).

Oczywiście toczyliśmy między sobą wojny. W willi pod werandą mieliśmy nasz skład kul, które lepiliśmy z gliny i piasku. Widzę je teraz, jak leżą pod drewnianymi słupami podpierającymi werandę tego starego kamiennego domu.

Wakacje w Kazimierzu przerwane zostały powszechną mobilizacją. Obowiązywał zakaz poruszania się na drogach i tata, który właśnie przypłynął do nas ze swego dwumiesięcznego spływu po Polesiu, wynajął ciężarówkę. Miała nas przemycić do Warszawy. Załadowaliśmy się na nią w nocy. Parę razy zatrzymywano nas. Policjanci sprawdzali dokumenty kierowcy i rewidowali wóz. Unosili plandekę i omiatając latarkami skrzynię ciężarówki, pytali:

- Jest tam kto?

- Sama kapusta i ogórki, panie władzo - zapewniał szofer. - Dostawa dla wojska...

Po tej odpowiedzi puszczali nas dalej. Nie rozumiałem, po co się z nimi bawimy w policjantów i złodziei, ukryci za beczkami z kapustą, ale mama mi wyjaśniła, że tak trzeba, bo wojna tuż, tuż...

Na razie jej nie było. Na Żoliborzu panował spokój. Wojsko jak dawniej maszerowało w nogę moją ulicą Krasińskiego, śpiewając gromko:

"Marszałek Śmigły-Rydz, nasz drogi, dzielny wódz,

Gdy każe, pójdziem w bój najeźdźców tłuc!

Nikt nam nie ruszy nic, nikt nam nie zrobi nic!

Bo z nami Śmigły, Śmigły, Śmigły-Rydz!".

Na nogach nie mieli już butów i owijaczy, których nie lubiłem jak własnych rajtuzów, lecz krótkie, brązowe saperki. Widomy znak, że nasza armia się dozbraja. Ja marzyłem o błyszczących oficerkach z ostrogami, takich, jakie nosił ojciec Maćka Ułasiewicza. Maciek z dumą odprowadzał go przez całe podwórko. Mój tata, jako inwalida, nie poszedł na wojnę i był wciąż cywilem, co uznałem za krzywdę i czułem się gorszy od Maćka. Dla podniesienia się na duchu powiesiłem sobie na ścianie portret jakiegoś generała wycięty z ilustrowanego pisma. Ten generał bardzo mi się spodobał. Spytałem, kto to jest i czy to dobry generał. Ojciec odparł, że bardzo dobry i nazywa się Kazimierz Sosnkowski, najbliższy współpracownik Marszałka Piłsudskiego jeszcze z Legionów. Potem ilekroć słyszałem o Sosnkowskim, zawsze z tym portretem na ścianie mi się kojarzył. Zadowolony z tej odpowiedzi domagałem się tylko dla siebie maski przeciwgazowej, takiej, jakie mieli ci wszyscy maszerujący żołnierze. Tymczasem ku memu rozczarowaniu zamiast tej wojskowej, w zielonej podłużnej karbowanej puszce, dostałem jakąś żółtą maskę z pyskiem misia, nadającą się bardziej do przedszkola niż na wojnę. Ale jakoś przebolałem to i podobnie jak starsi wierzyłem w rychłe nasze zwycięstwo.

I tu dwie rzeczy się nie sprawdziły. Nadmierna okazała się wiara w Śmigłego-Rydza i armię oraz przesadny strach przed gazami. Najwięksi nawet optymiści, pewni, że w parę dni zajmiemy Berlin, co do gazu byli zgodni: Niemcy go użyją jak w ostatniej wojnie i w związku z tym trzeba się zabezpieczyć. Ta pewność była tak wielka, że mój tata postanowił zbudować u nas schron przeciwgazowy. Wymierzył dokładnie okno i jego otwór zatkał blatem z podwójnej dykty. Blat ten osadził w wojłokowej ramie i docisnął szczelnie klamkami. To samo zrobił z drzwiami. Znając jego stolarską precyzję, można było być pewnym, że hermetyczność jest pełna i powietrze z zewnątrz nie wciśnie się do środka. Na atak gazowy więc byliśmy przygotowani. Wiedzieli o tym nasi krewni i z chwilą wybuchu wojny do nas właśnie ściągnęli.

Wśród tych krewnych była mama Bodka, moja matka chrzestna ciocia Tusia, z mężem Walkiem. Była ona córką wuja Stefana1 i siostrą Włodka Seferyniaka, u którego w leśniczówce Sircze pod Kamieniem Koszyrskim moi rodzice spędzali swój miodowy miesiąc w 1930 roku. To mi właśnie powiedziała ona sama, gdy zaprosiła mnie w 1997 roku na swoje imieniny do Sztokholmu. W zasadzie miała na imię Natalia, a Tusią nazwali ją w dzieciństwie i tak zostało.

Napisała w liście, że to może jej ostatnie imieniny i żebym wiedział, że tylko czterech mężczyzn, oprócz swego męża Walka, prawdziwie w życiu kochała. Są to syn Bodek, wnuk Mirek, bratanek Witek i ja. "Oni obiecali, że się stawią, pozostajesz tylko ty, Jareńku!" - dokończyła. I jak w tej sytuacji kobiecie odmówić? Nie sposób.

Wsiadłem więc w samolot i poleciałem do Sztokholmu. Na lotnisku powitała mnie dama w białym kapeluszu i rękawiczkach, żywa jak fryga.

- A mam dziewięćdziesiąt trzy lata - przyznała się. - Wyobrażasz sobie? Ja sama w to nie wierzę! - śmiała się, zaciągając swoim kresowym akcentem. Tusia pięć lat wcześniej, po śmierci Walka, wyjechała do Szwecji do Bodka (w ramach łączenia rodzin), zdążyła nauczyć się po szwedzku i prowadzi tu bujne życie towarzyskie. W swoim małym mieszkanku w Stocksund przyjmuje gości, głównie muzyków-emigrantów z Rosji, którzy na "wieczerinkach" grają u niej przy świecach kwartety i dawne romanse cygańskie. Młodsi od niej o pół wieku już są starzy. A ona kwitnie. Carskie pokolenie. Twarde jak żelazny pomnik żubra w Białowieży u jej dziadka Józefa Newerlego, wielkiego łowczego cara Mikołaja II, i dużo mocniejsze od samego cara. O nim właśnie i o tym polowaniu, które tak dokładnie opisał mój ojciec w Zostało z uczty bogów, ciocia Tusia na swych imieninach opowiedziała, dorzucając parę ziaren, których grzech nie podnieść.

Polowanie prowadził jej ojciec, oberjegier carski, u swego teścia - Józefa Newerlego.

- Po tym polowaniu - opowiadała Tusia - car był bardzo zadowolony i przy kolacji spytał, kto tak ładnie ułożył pokot, dobrał trofea i przy każdym zwierzęciu odegrał inny sygnał na rogu myśliwskim.

- Seferyniak, Najjaśniejszy Panie! - odparli.

- A kto on?

- Oberjegier. Polak...

- Wyrzucić! - zarządził car.

- Ależ Wasza Wysokość - zaczęli mu tłumaczyć. - Jak my Seferyniaka wyrzucimy, to nikt nam tak pięknie nie poprowadzi polowania i nie zagra na myśliwskim rogu. W całym cesarstwie nie ma takiego drugiego...

- Zostawić! - orzekł car i w nagrodę podarował memu ojcu brylantowe spinki z orłem carskim, które ja świetnie pamiętam. A gdy odjeżdżał, to na pożegnanie podał memu ojcu rękę, podziękował i kazał jeszcze dać złoty zegarek z podobizną naslednika, następcy tronu, z którym ja się bawiłam. No tak! Bo ja się z nimi wszystkimi bawiłam! - wykrzyknęła. - Wasza Tusia się z nimi bawiła, chłopcy! - powtórzyła po chwili, jakby sama w to nie wierząc. - Ubrali mnie w aksamitną sukienkę z takimi guzikami, miałam białe pończoszki i lakierki, na głowie zaś u warkoczy dwie olbrzymie kokardy. Bona wzięła mnie za rękę i podprowadziła do carowej. Ja się jej nisko pokłoniłam z dygnięciem i pocałowałam w obie ręce. Ona mnie pogłaskała po głowie i pozwoliła bawić się ze swoimi córkami. Biegałyśmy razem po parku wokół żelaznego żubra. Potem, jak usłyszałam, że oni wszyscy nie żyją, rozstrzelani przez bolszewików, och Boże ty mój! To ja tak płakałam, tak płakałam, że nie macie pojęcia! Bo ja ich wszystkich znałam! Byli w moim wieku. I cara pamiętam, jak jadąc na polowanie, uśmiechał się do nas, dzieci, z powozu i machał ręką. Wszystkich ich mam przed oczami...

Może to ostatnia osoba na świecie, która bawiła się z następcą tronu Aleksym i jego siostrami oraz całowała carycę Aleksandrę w obie ręce - ta moja ciocia Tusia - dumałem.

Polowanie. Mikołaj i jego kuzyn wielki książę Dymitr w carskiej rezydencji myśliwskiej w Puszczy Białowieskiej w 1912 roku. Polowanie to prowadził Wielki Łowczy cara, Józef Newerly, w towarzystwie swoich oberjegrów Stefana Seferyniaka i Stefana Charczuna. Zdjęcie pochodzi z albumu Rosja XX wieku Briana Moynahana.

Wuj Stefan Seferyniak z dziećmi w Białowieży.

Józef Newerly, Wielki Łowczy Aleksandra III i Mikołaja II.

Babcia Teresa z małym Gogą w Białowieży.

Helenka w mundurku "instytutki" w 1917 roku.

Helenka, tata i Tania w Pienzie w 1915 roku.

W leśniczówce Lipki pod Klembowcem w 1926 roku. Wuj Stefan z ciocią Tusią. Pierwszy z lewej tata w pożyczonych od wuja Stefana spodniach. Tu tata uczył się polskiego po ucieczce z Rosji, co opisał w książce Za Opiwardą, za siódmą rzeką.

Z ciocią i Walkiem wspólnie przeżyliśmy oblężenie Warszawy. Odstąpiliśmy im moje łóżko we wnęce, bo Walek nie chciał spać na podłodze. Na noc niezmiennie nakładał czarną siatkę na włosy i rano jadł w niej śniadanie. Potem dokładnie włosy czesał i dla połysku przeciągał je brylantyną. Tusia specjalnie gotowała mu na śniadanie kaszkę mannę. On talerz zawsze podnosił do nosa i wąchał. Raz tata mu dociął:

- Nie wąchaj tak, Walek, bo to nie gówno. - Był na niego zły za traktowanie. Walek zachowywał się jak udzielny książę. Musiał mieć łóżko, podczas gdy ona, jak większość z nas, spała na ziemi. Wciąż jej zwracał uwagę i ze wszystkiego był niezadowolony. Najbardziej z tego, że do kaszki nie ma soczków, które zwykle dodawał. U nas w domu ich nie było, kazał więc Tusi po nie iść do ich mieszkania na Bielanach. Polecił jej też koniecznie przynieść kremy do twarzy, bo cera jej się psuje. Sam nie chciał iść, bo się bał nalotów, które już się zaczęły. Tusia w końcu przyniosła te soczki, ale i to go nie zmieniło. Dalej wąchał talerz. I wtedy ojciec mu tak dociął. Był na niego oburzony: - Co za mąż! - mówił. - Sam siedzi, a żonę posyła! Tu bomby lecą, nie wiadomo, co będzie, a ten o soczkach! Wojna to dla niego kaszka manna, jasny gwint!

Przez tę kaszkę i soczki jeszcze bardziej Walka znielubiłem. Zawsze w tej czarnej siatce, wiecznie skwaszonego go zapamiętałem.

Mego ukochanego Bodka nie było wtedy z nami, bo wyjechał na wakacje do swego dziadka Stefana, do tej leśniczówki Sircze, i tam zastała go wojna. Nie zdążył wrócić do Warszawy jak my z Kazimierza i nowa niemiecko-sowiecka granica na Bugu odcięła go od matki. Tusia mogła go zabrać dopiero w 1941 roku, kiedy na te tereny wkroczyli Niemcy.

Pierwszy września 1939 roku zaczął się od pojawienia się na niebie niezliczonej liczby samolotów. Leciały bardzo wysoko i wyglądały jak krzyżyki. Patrzyliśmy na nie z okna. Ojciec był w cywilnej obronie przeciwlotniczej i na ramieniu miał biało-czerwoną opaskę z napisem OPL - nie zastąpiła ona co prawda munduru i oficerek, ale zawsze mnie trochę pocieszyła. Tata tłumaczył mi, że to nasze samoloty i nie ma się czego bać. Dopiero gdy zaczęły spadać pierwsze bomby, przekonaliśmy się, że to jednak Niemcy. Jedna z nich trafiła w moje przedszkole. Zaczęło się palić. Ojciec wraz z innymi poszedł gasić pożar. Później mówił, że najdzielniejsze były siostry Wróblewskie, nasze sąsiadki z parteru, Halusia i Danusia. Nic się nie bały płomieni i lecących bomb. Dzielnie z kubłami piasku wdrapywały się na sam dach.

Widok z mojego okna od podwórka (gdzie schron przeciwgazowy) na wiekowe topole na ulicy Słowackiego, V Kolonię WSM-u i dom "feniksowy". Tu znajdował się wykop pod fundamenty VI Kolonii WSM-u, obok widać nasz placyk.

Potem, gdy syreny alarmowe wyły bez przerwy, bombardowania się nasiliły, a nasza artyleria biła z dział przeciwlotniczych - zenitówek - zaciekle, cała nasza klatka schodowa zeszła do piwnicy. Stamtąd nasłuchiwaliśmy gwizdu bomb i odgłosów detonacji. Gdy były bliższe, zatykaliśmy uszy. To wspólne przeżycie tak nas złączyło, że po wyjściu z piwnicy byliśmy jak jedna rodzina. Do dziś pamiętam nazwiska wszystkich moich sąsiadów z naszej III klatki na III Kolonii WSM-u.

Na parterze pod dwudziestym pierwszym mieszkał drukarz Rajmund Wróblewski, zwany przez żonę Mundkiem. On zaś czule mówił do niej Niutuś. Ich córkami były dzielnie gaszące przedszkole Halusia i Danusia. W mieszkaniu obok ktoś umarł na raka. I zaraz potem sprowadzili się państwo Jasińscy z dwojgiem małych dzieci. Naszymi sąsiadami przez ścianę na pierwszym piętrze pod dwudziestym trzecim byli pani Ruszczykowa, wdowa, zawodowa akuszerka, i jej syn Andrzej, który chodził już do liceum. Na drugim piętrze pod dwudziestym piątym mieszkała pani Hanna Hacińska z mężem Leopoldem, który pracował w Wodociągach. Pani Haneczka, mająca skłonność do zdrobnień, nazywała go Poldeczkiem. Mieli córkę Mirusię z imponującym warkoczem, chyba grubszym od warkoczy mojej mamy. Mieszkali z matką pani Hacińskiej, Agnieszką Cynką, najstarszą kobietą, jaką znałem w życiu. Pamiętała Powstanie Styczniowe, urodziła się bowiem w 1851 roku - roku założenia mojej ukochanej firmy E. Wedel. Pani Agnieszka Cynka regularnie chodziła do kościoła i wtedy ostrożnie spuszczała się tyłem po schodach, mocno trzymając się poręczy. Te poręcze były śliskie i idealne do zjeżdżania. Ślizgaliśmy się po nich z trzeciego piętra w dół.

W ten sposób najczęściej chodziłem z tatą przez park Żeromskiego nad Wisłę.

Z mamą na ulicy Hozjusza, w głębi widok na moje okno na Krasińskiego.

Obok Hacińskich, bezpośrednio nad nami, mieszkała pani Feliksa Zelcer, dobra koleżanka mojej mamy z "Baja". Pani Fela przez krótki czas była żoną Szczepana Baczyńskiego, zawodowego aktora, który również pracował w "Baju". Siostra pani Feli, Janina, była żoną słynnego adwokata, obrońcy więźniów politycznych, Teodora Duracza. Państwo Duraczowie mieszkali obok nas w willi, którą łatwo odróżniałem, bo od frontu miała niskie kolumny z grubym łańcuchem, na którym się bujałem. Mieli dwoje dużych dzieci, Jurka i Anulę, które chodziły do szkoły RTPD (Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci), i mama je uczyła. Na trzecim piętrze mieszkał mój kolega Wisiek Dziedzic. Jego rodzice byli nauczycielami. Wreszcie lokal pod dwudziestym ósmym zajmował wspomniany już zdun Gaudasiński, co miał dorosłego syna i motocykl z przyczepą.

Z września 1939 zapamiętałem jeszcze przejazd paru szwadronów kawalerii wzdłuż ulicy Krasińskiego. Ułani mieli na plecach krótkie karabinki, u boku szable, niektórzy lance. Wielu prowadziło luzem po dwa konie. Ludzie mówili, że stoczyli ciężką bitwę i krwawo przebijali się na odsiecz Warszawie. Wielu z nich zginęło, dlatego tyle koni biegło bez jeźdźców. Czasem te konie ułani oddawali.

Jednego zdobył mój starszy kolega z podwórka Janusz Kułakowski, przezwany przez nas nie wiadomo czemu Śmierdzącą Stopą. Widać pod wpływem książek o Indianach. Tego ułańskiego konia w pełnym rynsztunku przyprowadził na naszą Kolonię i triumfalnie przejechał się po naszym podwórku. Dozorca Wiśniewski zaraz przegnał go z trawnika i Janusz musiał defilować na placyku, tak zwanym dołku, między III i V a II Kolonią, na którym w lecie graliśmy w piłkę, a w zimie jeździliśmy na łyżwach.

Ciągnęliśmy za tym koniem sznurem, błagając Janusza, by dał się nam przejechać. Gdy któryś z nas go wreszcie ubłagał, Janusz zsiadał z konia i z pańskim gestem rzucał: - Chodź, sralu. Tylko mi się nie spierdziel! - i łaskawie pomagał wspiąć się na siodło. Potem prowadził konia za uzdę, a szczęśliwy wybraniec machał krótkimi nóżkami, nie posiadając się z radości. Ja, niestety, nie dostąpiłem tego szczęścia. Mogłem tylko tego konia poklepać i zerwać mu trochę trawy. Ale mój kolega z XVI klatki schodowej, zaledwie o rok starszy ode mnie Tadek Karkowski, zwany przez nas Karusem, na chwilę go dosiadł. To przezwisko mu pomogło. Koń był kary i Janusz wyłowił Tadka z tłumu malców:

- Chodź, Karus! - kiwnął na niego łaskawie. - Karus na karusie to będzie cyrk! Właź, frajerze pompko! - Wtedy dużo takich rowerowych określeń się używało.

W miarę przedłużania się oblężenia pojawiły się pierwsze groby ludzi i koni. Te konie grzebano na naszym placyku. Często niedokładnie i płytko, tak że wystawały z ziemi, tworząc miejscami wzdęte placki. Skakaliśmy po nich jak po nadmuchanej dętce. Jeszcze w zimie odgrzebywaliśmy je spod śniegu.

Pierwszy mały kopczyk, pod którym pochowano człowieka, z wbitym kijem i tabliczką pojawił się przed moim oknem2 na Krasińskiego.

Ojciec dowiedział się, że leży tam szesnastoletni gimnazjalista, który na ochotnika zgłosił się do kopania rowów i został zabity odłamkiem bomby. Tata uznał, że chłopak zasłużył na lepszy los i należy mu się uczciwy krzyż, nie jakiś kij. I przystąpił do pracy. Znalazł w piwnicy odpowiednie sosnowe drewno, wyheblował je, ramiona krzyża wpuścił fachowo na czop, sklejając bez użycia gwoździ. Polakierował ten krzyż bezbarwnym wodoodpornym lakierem, takim, jakiego używał do konserwacji szkieletu swego składaka. Krzyż był miodowego koloru i lśnił w słońcu. Towarzyszyłem ojcu przy jego wkopywaniu. Przybił do niego tabliczkę z nazwiskiem chłopca, a na czubku powiesił jego gimnazjalną czapkę. Ten krzyż długo stał pod moim oknem między klonami na Krasińskiego.

Pod koniec oblężenia zaczęliśmy odczuwać głód. Zgromadzone zapasy mąki i sucharów oraz szmalcu w kamiennych garnkach, które mama przygotowała na wypadek wojny, kończyły się. Braku tych twardych sucharów, złożonych w dużym płóciennym worku w białej ściennej szafie w pokoju zmienionym przez ojca na schron przeciwgazowy, specjalnie nie odczuwałem. Bardziej żal mi było słodkich zapasów, głównie mojej ukochanej czekolady "Jedyna". Bardzo dużo tych tabliczek przyniosła nam pani Sima Lipierowska, biała rosyjska emigrantka, która pracowała w zakładach Wedla na Pradze, a w naszym schronie przez jakiś czas przebywała wraz ze swym mężem, byłym carskim pułkownikiem artylerii i inżynierem. Pan Lipierowski o nienagannych manierach arystokraty, ze świetnej rodziny rosyjskiej, słynął z wielkiej odwagi. Bez względu na alarm i wyjącą syrenę wynosił kubełek śmieci. Szedł godnie wyprostowany przez całe nasze podwórko i nawet bliski gwizd bomb nie burzył jego spokoju. Dokładnie opróżniał kubełek i wolnym krokiem wracał do piwnicy.

Słuchaliśmy pilnie przez radio przemówień prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Z dnia na dzień stał się bohaterem. Ludzie mówili, że uratował honor władz, bo on jeden nie uciekł i jest z nami. Reszta to banda łajdaków. Nasz drogi dzielny wódz, przy którym nikt miał nam nie zrobić nic, był w ogólnej pogardzie. Inaczej niż od tchórzy i zdrajców mu nie wymyślano. Trudno się dziwić. Po wielkiej wierze w jego wodzowską moc ta nagła klęska była szokiem.

Pewnego dnia naloty ustały i wyszliśmy z piwnicy. Powiedziano mi, że podpisaliśmy z Niemcami akt kapitulacji. Mają wejść do Warszawy. Ale nikt nie wchodził. Po ulicach krążyli dalej nasi żołnierze. Zmęczeni, często w podartych mundurach, bez pasów. Niektórzy z bandażami na głowie. W niczym nie przypominali dawnych żołnierzy, co dziarsko śpiewali, idąc w nogę, z tarczami strzelniczymi na manewry. Starsi koledzy z podwórka, którzy już czytali (ja wciąż byłem analfabetą), nic sobie nie robili z tej kapitulacji. Twierdzili, że i tak Anglia i Francja dadzą Hitlerowi łupnia.

Handlowaliśmy między sobą odłamkami. Odłamki od bomb burzących o kwarcowo-ołowianej barwie były w najwyższej cenie. Blaszanych szkieletów bomb zapalających starsi koledzy nie zbierali, tylko my, najmłodsi.

Oczywiście wszędzie szukaliśmy porzuconych hełmów, manierek, bagnetów i masek gazowych. Starszyzna podwórkowa znajdowała broń i amunicję. Mietek Matecki z VI klatki, zwany Mycą, który miał już może z dziesięć lat, zdobył szablę, rewolwer z futerałem, ładownicę z nabojami, mapnik i kilkanaście bagnetów. Miał też pas oficerski z koalicyjką, w którym paradował. W piwnicy raz ujawnił nam swoje skarby. - A umiesz nabić ten "leworwer", Mieciu? - pytał usłużnie Karus, który z nas wszystkich był największym dyplomatą. Nigdy nie wołał za Mietkiem: - Myca! Myca! - jak my. Gdy Mietek któregoś z nas dopadł, to wciągał do klatki i brał odwet: - Wołałeś Myca? Wołałeś! To masz w mycę, szczylu! - i walił w łeb albo wykręcał rękę. - Odechce ci się przezywać! A jak się poskarżysz starym, to oberwiesz więcej, pamiętaj! - ostrzegał. Nikt z nas się nie skarżył. Teraz Myca po koleżeńsku pokazywał nam ten "leworwer", demonstrując składanie i rozkładanie. Wkładając nabój do lufy i trzymając palec na cynglu, twierdził, że walił już z niego, tylko teraz nie chce robić huku. Jako pariasi podwórka, najniżsi w kastowej hierarchii, czuliśmy się tą łaskawością Mycy zaszczyceni. Nie był on może mandarynem i absolutnym władcą III Kolonii, ale na szczeblach władzy stał wysoko. Tylko historycznej chwili kapitulacji i jego zwycięskim łupom zawdzięczaliśmy tę łaskawość, że zniżył się do naszego poziomu. Normalnie nas nie widział. Chyba że go przezywaliśmy.

Po pewnym czasie na ulicach pojawili się pierwsi Niemcy w swych stalowych mundurach. Przyglądaliśmy się im ciekawie. Tata zaprowadził mnie do Cytadeli Warszawskiej, gdzie nasi żołnierze złożyli broń. Tam zobaczyłem te zenitówki, które tak dzielnie strzelały do samolotów podczas oblężenia Warszawy. Obok leżały stosy pocisków artyleryjskich i karabinów.

Niektóre domy na Żoliborzu były uszkodzone przez bomby, a nawet całkiem zburzone. Prawie we wszystkich oknach brakowało szyb, choć zgodnie z instrukcją OPL zabezpieczaliśmy je paskami szarego papieru naklejanymi na krzyż. Paski te jednak nie zdały się na nic wobec siły wybuchów, których mocy nikt nie przewidział.

Tata stracił pracę w "Małym Przeglądzie" i z pana redaktora, jak go wszyscy nazywali, stał się szklarzem. Zrobił sobie dużą drewnianą ramę, kupił diament, kit, gwoździki - zarzucił tę ramę z szybami na plecy i poszedł szklić. Zważywszy, że był inwalidą, dźwiganie takiej ramy i wspinanie się z nią na najwyższe piętra było nie lada wyczynem. Towarzysząc mu w tych wyprawach, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Przyzwyczaiłem się do jego sprawności i chodzenie z szybami po piętrach uznałem za normalne.

U nas w domu też wyleciały wszystkie szyby i tata najpierw zabił okna dyktą, bo noce były już chłodne, a w naszej kotłowni nie palili, a potem oszklił. Często nie bez dumy powtarzał: - W trzydziestym dziewiątym roku oszkliłem większość domów na Żoliborzu. Te szyby w oknach to moja robota! - I to była prawda.

Najwięcej roboty miał przy czteropiętrowym nowoczesnym gmachu PZUW (Państwowego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych) na Mickiewicza, gdzie okna były pięcioskrzydłowe. Był to jeden z najpiękniejszych domów nowej Warszawy, ukończony tuż przed wrześniem - prawdziwie szklany dom z Żeromskiego - duma przedwojennego Żoliborza. Po ukończeniu pracy tata zabrał mnie na olbrzymi taras tego domu, podniósł do góry i posadził na kamiennej balustradzie. Z tej niebotycznej wysokości ujrzałem panoramę Żoliborza. Widok z Empire State Building w Nowym Jorku nie zrobił na mnie już takiego wrażenia.

Chyba w tym czasie wodociągi nie działały i braliśmy wodę ze studni koło kotłowni WSM-u. Nosiliśmy ją w kubłach i szklanych gąsiorach. Chcąc mamie pomóc, uparcie wyrywałem jej gąsior z ręki. - Upuścisz, syneczku! - ostrzegała mnie. - Nie, nie upuszczę! - upierałem się. Wreszcie mama ustąpiła i oczywiście po paru krokach nieszczęsny gąsior stłukł się w drobny mak, a co gorsza, wylała się z niego ciężko wystana w kolejce, drogocenna woda. Wtedy mama wpadła w szał. Rzadko na mnie krzyczała, ale tym razem widać ze złości na samą siebie, że mi tak głupio ustąpiła, straciła nerwy. Bardzo to stłuczenie gąsiora przeżyłem.

Przejęty swymi małymi, dziecięcymi troskami, które wtedy dla mnie były wielkie, absolutnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, że tymczasem inny wróg zajął już pół Polski. Byłem pewien (i nie tylko ja), że mamy jednego wroga. Tych żołnierzy w stalowych mundurach, którzy właśnie wkroczyli na nasz Żoliborz.

* * *

Ulicę Krasińskiego Niemcy przemianowali na Weichelstrasse, a uratowane moje przedszkole otwarto z pewną zwłoką. Ruszyłem do niego w nowym niebieskim fartuszku, oczywiście z workiem z kapciami, którym wywijałem zwycięsko.

Twórcą tego przedszkola był doktor Aleksander Landy - pionier nowoczesnej pediatrii w Polsce. Założył na V Kolonii wzorową Poradnię dla dzieci, do której w zimie chodziliśmy na lampy kwarcowe. Prześwietlano nam płuca rentgenem i byliśmy pod stałą opieką lekarską. Doktor Landy kazał nam pić tran (czego nie cierpiałem) i hartować ciało na świeżym powietrzu. Sam był Sybirakiem. Jego ojca zesłano w głąb Rosji i tam, w Irkucku, wraz ze swymi dwiema siostrami wychowywał się i chodził do szkoły. Z wnuczką doktora Landego, Krzysią Brzezińską z IV Kolonii, chodziłem razem do przedszkola. Nasze mamy przyjaźniły się, a my znaliśmy się od wózka. W rodzinnych albumach mamy nieprzyzwoite zdjęcia, na których jako trzylatki na golasa z grymasem wstrętu wchodzimy do zimnej wody, dzielnie trzymając się za ręce. Krzysia, składając mi wizytę, zawsze pod moim oknem wołała: - Jajećku! Jajećku! Ja idę do ciebie! - lojalnie zapowiadając się. - Jestem, Kisiuniu! - odkrzykiwałem.

Połączyło nas wspólne nieszczęście. Piegi. Tyle że ja byłem obsypany drobniejszymi, za to gęściej, ona większymi - rzadziej. Stąd mnie przezywali "opalany przez sitko", a ją "opalana przez durszlak". Krzysia się tym nie przejmowała, ja zaś cierpiałem katusze. Dlatego nie lubiłem kwarcówek, bo piegi, w zimie schowane pod skórą, po lampach wychodziły na wierzch. Krzysia była prawdziwą chłopczycą i w niczym nie ustępowała chłopcom. Wszędzie się wdrapała. Jak w kłótni wykręciłem jej rękę, to zaraz się odgryzła. Raz w bójce o mało nie straciłem pół ucha.

Nasze przedszkole projektowała według wskazówek doktora Landego architekt Janina Jankowska z V Kolonii. Należało ono do RTPD i z ducha było socjalistyczne. Stąd niebieski fartuszek, jak koszule pepeesowskiej młodzieży zrzeszonej w Towarzystwie Uniwersytetów Robotniczych (TUR). Zgodnie z wizją Żeromskiego, przedszkole było na wskroś przeszklone. Tata miał co szklić. Przez szklane ściany widzieliśmy duży ogród z przeplotniami, huśtawkami i piaskownicą. Ogród graniczył z jednej strony z inspektami szklarni WSM-u, w której ogrodnik Skorupiński (z wąsami jak sum) hodował dla nas warzywa, z drugiej strony przylegał do budynku osiedlowej kotłowni z wysokim ceglanym kominem nakrytym wielkim, czarnym kapeluszem ochronnym, by zbytnio nie dymił. Do tego kapelusza wiły się z zewnątrz kręte żelazne schodki zakończone podestem z barierką. Kiedy się tam weszło, widok był jak z wieży Eiffla. Kierownikiem kotłowni był Jerzy Dąbrowski, przezwany Fają, bo często ją palił. Dąbrowski był ojcem mego kolegi z podwórka Lutasa.

W kotłowni WSM-u znajdowało się publiczne kąpielisko, którym kierowała pani Kantorska, nomen omen, bo siedziała w kantorku i wydawała numerki. Tam też była pralnia z maglem. Do budynku kotłowni przylegało kino "Świat" z dużą salą i estradą przeznaczoną na zebrania i widowiska. Występował tam często kukiełkowy teatr "Baj", w którym moja mama była jedną z głównych śpiewających aktorek. Dla "Baja" pisała swoje bajki Maria Kownacka z V Kolonii. Dziś baśń O straszliwym smoku i dzielnym szewczyku czy O niebieskich migdałach jest klasyką, podobnie jak piosenka "Chodzi, chodzi Baj po ścianie" Jana Wesołowskiego. Pamiętam, jak pan Jaś, kierownik przedwojennego "Baja", chodził między rzędami krzeseł ze skrzypcami i sam ją śpiewał. Moja mama poza bezpłatną pracą w "Baju" zawodowo uczyła w szkole RTPD na I Kolonii. Była nauczycielką śpiewu i dodatkowo prowadziła w świetlicy zajęcia artystyczne. Przygotowywała różne widowiska, które cieszyły się dużym powodzeniem. Ta szkoła przy placu Wilsona, gdzie dziś mieści się kino "Wisła", była przed wojną jedyną świecką szkołą w Warszawie. Dyrektorem gimnazjum był Jerzy Kreczmar3. Wraz z żoną Felicją, z zawodu architektem, mieszkał na czwartej klatce w trzypokojowym mieszkaniu. Jego dzieci Tomek i Jagusia przychodziły do naszej piaskownicy, ale się z nimi nie bawiłem, bo były dużo młodsze. Potem grałem z Tomkiem w pikuty, bo miał ładną harcerską finkę.

Okładka książki Teatrzyk kukiełek. Warszawa, 1935 rok. Dedykacja Marii Kownackiej dla mamy.

W przedszkolu pracowały niezwykle ofiarne przedszkolanki - entuzjastki pracy z dziećmi. Danuta Dziatełowska, czyli pani Donia (koleżanka mamy z "Baja"), Maria Cukierówna, Maria Wieman, pionierka rytmiki wśród dzieci (po wojnie znana z audycji radiowych i pracy w PWST), wielce utalentowana młoda graficzka, córka znanego malarza Jana Rembowskiego, Hanna Rembowska. Najmłodszymi praktykantkami były Zofia Topińska i Maria Minasiewicz. Chociaż Hania Rembowska cierpliwie uczyła mnie malować i lepić z gliny, a Maria Cukierówna tańczyć krakowiaka - ja zdecydowanie wolałem Marię Wieman, a zwłaszcza Marysię Minasiewicz, która wydała mi się ze wszystkich najpiękniejsza. Po prostu miss przedszkola. Miała duże, zmysłowe usta, śnieżne zęby, czarujący uśmiech i gdy brała mnie na kolana, tuląc do piersi, cały się rumieniłem. Od krasnala miałem słabość do płci pięknej i tak zostało. Ciężko z tego wyrosnąć.

Zespół "Baja" ze swoją autorką z okazji setnego przedstawienia sztuki Marii Kownackiej O straszliwym smoku, 17 lutego 1935 roku. Stoją od lewej: Bolesław Fuks, Jerzy Fotek, Leonia Puszetowa, Kondratiew, Aldona Lipszyc, Wanda Ładosz, Stefan Filipkowski, Aniela Filipkowska, Feliksa Zelcer, Witold Miller, Sabina Małek, Władysław Oliszewski. Siedzą od lewej: Helena Wiśniewska, Maria Wardasowa, Danuta Dziatełowska, Janina Ładosz-Dziarnowska, Jan Wesołowski, Maria Kownacka, Aleksander Paliński, Barbara Abramow, Wanda Pawłowska, Wanda Jakubowska, Jan Karaśkiewicz, Freiman.

Aleksander Paliński, mój ukochany Kolega Betka, i Jan Wesołowski (stoi) w czasie próby sztuki Bajowe bajeczki, świerszczowe skrzypeczki.

Woźną w przedszkolu była Janina Bierutowa, żona późniejszego najwierniejszego ucznia Józefa Stalina - Bolesława Bieruta, współzałożyciela spółdzielni WSM. Bierut wtedy przebywał w Moskwie i pani Bierutowa nosiła ciężkie kubły z wodą, by utrzymać dwoje swoich dzieci - Isię i Janka - które jako dużo starsze ode mnie chodziły już do szkoły. Moja mama uczyła je śpiewu.

Pani Bierutowa kojarzy mi się zawsze z tymi kubłami i szczotką, pochylona i stara, mimo że wtedy musiała mieć nie więcej niż czterdzieści lat. Za nią zawsze szły dwa nasze przedszkolne psy - Totka i Morus. W ogrodzie miały swą budę. Były to poczciwe wielorasowe kundle. Morus był synem Totki, ale wcale do niej nie był podobny. Jego ojcem mógł być pudel, bo miał czarną kręconą sierść i był dużo wyższy od matki. Totki ojcem zaś mógł być wilk, tyle że zmieszany z jamnikiem. Po nim Totka odziedziczyła krzywe nogi i niewielki wzrost - była nieco wyższa od zająca. Tylko pysk miała wilka. Bardzo kochaliśmy te dwa nasze psy.

Moja mama przed wyjściem za mąż wynajmowała jeden pokój u pani Bierutowej na II Kolonii. Mówiła, że pani Janina często wchodziła do jej pokoju i skarżyła się na męża:

- Bolek nic nie pisze, panno Basiu. Mówią, że ma kochankę w Moskwie. Jakąś Małgorzatę Fornalską - wypłakiwała się mamie w rękaw. Mama pocieszała ją, że Bolek na pewno napisze.

Kiedy pani Bierutowa dowiedziała się, że mama wychodzi za mąż za mego tatę, złapała się za głowę:

- Panno Basiu! A na co pani taki stary chłop?! Już nie może pani sobie znaleźć młodszego?!

Mama przekonywała ją, że tata wcale nie jest stary, ale pani Janina nie wierzyła. Ojciec miał długą brodę i włosy zapuszczone na kark. Nos zdobiło mu modne francuskie pince-nez ze sznurkiem z boku. Taki był wtedy kawalerski fason. Mama nie lubiła go i jednym z warunków zgody na ślub było doprowadzenie twarzy do ładu: zgolenie brody, przycięcie plerezy i zmiana pince-nez na normalne okulary. Gdy tata zjawił się w nowym wcieleniu, pani Janina krzyknęła:

Pod tym zdjęciem tata napisał: "P/O (zastępca) komisarza oświaty miasta Ługańska daleko od Mamy, przed maturą w 1920 roku. Tak wyglądał, gdy był bohaterem Zostało z uczty bogów".

Tata w kawalerskim stanie.

Mama przed ślubem z tatą, gdy mieszkała w sublokatorskim pokoju na II Kolonii WSM-u u Janiny Bierutowej.

- No tak! Teraz widzę, że pan Jerzy wcale nie jest stary! I całkiem przystojny chłop!

Tata miał wtedy dwadzieścia siedem lat.

Tu wyjaśnię, że po ucieczce z Sowietów w 1924 roku tata szybko porzucił swe rosyjskie imię Igor, które miał w paszporcie, i przełożył je na Jerzy. Ten Jerzy brzmiał bardziej swojsko dla polskich przyjaciół i prędko się przyjął. Choć tata z początku naturalnie ciążył ku emigracji rosyjskiej, bardzo licznej wtedy w Warszawie, łatwo wszedł w środowisko polskie. Zrozumiał, że tu jego miejsce. Był prężny i młody, nie chciał tkwić w przeszłości i kwasić się w emigranckim sosie. Rwał się do przodu. Z pasją poznawał kraj, język, obyczaj, jakby chcąc nadrobić późniejsze przyjście na świat. W końcu "urodził się" w Warszawie w dwudziestym roku życia jako dorosły człowiek.

I to, że w dwa lata później stenografował już finezyjną prozę Janusza Korczaka (Korczak miał zwyczaj głośno myśleć i dyktować swoje teksty), jest swoistym fenomenem. Przedtem bowiem prawie nie mówił po polsku. Znał ledwie kilka zdań. Skończył rosyjskie gimnazjum i wyrósł całkowicie w kulturze rosyjskiej. W parę lat później zadziwiał już bogactwem polszczyzny, znajomością kraju, po którym poruszał się jak po swoim. Pan Jerzy w niczym nie przypominał dawnego Gogi4.

Tata po ślubie w 1930 roku.

Dla mnie ta zmiana imienia stanowi pewną cezurę. Mama do końca życia mówiła do taty Jerzy. Podobnie Janusz Korczak, Stefania Wilczyńska i wszyscy przedwojenni przyjaciele ojca. Tak było do aresztowania. Gdy wrócił z Majdanka i Oświęcimia, zdziwiłem się, że koledzy z obozów mówią do taty Igor. Zgodnie z imieniem w paszporcie. Ordnung niemiecki sprawił, że tata zrezygnował z przekładu swego imienia na polski i wrócił do oryginału. Znów narodził się Igor.

A "Jerzy" pozostał w przedwojennym moim dzieciństwie, wśród pierwszych przyjaciół z "Baja" i ze spływów kajakowych - starych bywalców naszej III Kolonii.

* * *

W październiku 1939 roku byłem najstarszym starszakiem, seniorem naszego przedszkola. Wstydziłem się tego, ale nie miałem wyjścia. Szkoły nie było, zresztą się do niej nie paliłem. Wolałem się bawić.

Po wojnie mój przyjaciel z STS-u Andrzej Jarecki ukuł dla nas ironiczną nazwę "Czerwone Krasnale". O tyle nie miał racji, że ja byłem drugorocznym starszakiem. Repetowałem rok. Poza tym było to przedszkole świeckie i na pewno z ducha socjalistyczne, w tym najlepszym, idealistycznym znaczeniu.

1 maja oprócz piosenki Tadeusza Mayznera "Wyleciał ptaszek z Łobzowa, usiadł na rynku Krakowa" śpiewaliśmy - dla uczczenia ludzi pracy - robotniczą pieśń "Na barykady, ludu roboczy". Późniejszy hymn wszystkich szkół TPD: "Zdobywczym krokiem idziemy w słoneczny świat!" Edwarda Szymańskiego do muzyki Izaaka Dunajewskiego z sowieckiego filmu Świat się śmieje, śpiewałem od dziecka już w przedszkolu.

Śmierć Tadeusza Mayznera była to pierwsza śmierć, która mamę boleśnie dotknęła. Na wieść o kapitulacji i wkroczeniu Niemców do Warszawy Mayzner zasłabł i umarł na serce. Był to znakomity kompozytor muzyki dla dzieci, autor wielu śpiewników i świetny pedagog. Prowadził chór i szkolił nauczycieli na kursach przy warszawskim kuratorium. Mama go bardzo lubiła. Gdy się dowiedziała o jego śmierci, długo stała w oknie i powtarzała: - Boże! Taki cudowny muzyk! Taki talent! Zobaczył ich z balkonu i nie wytrzymał. Serce mu pękło. - Tata próbował ją pocieszyć, na próżno. Ponieważ nigdy przedtem nie widziałem, żeby mama płakała, ta śmierć tak wbiła mi się w pamięć.

W przedszkolu Ryś Słapczyński (później znany twórca filmów rysunkowych) uczył mnie rysować konie. Naśladowałem go z miernym skutkiem. Przyjaźniłem się z Piotrkiem Wesołowskim, synem pana Jasia z "Baja" i koleżanki mamy, pani Joli Wesołowskiej. Piotrek mieszkał na V Kolonii. W mojej grupie był również Czesiek Hulanicki, który był sierotą i wychowywała go babcia Paulina. Czesiek, podobnie jak Piotrek Wesołowski, mieszkał na V Kolonii i znany był z tego, że miał psa jamnika. Moimi młodszymi kolegami byli między innymi Andrzej Łuczaj, Marek Nowicki (z potężnej żoliborskiej rodziny Nowickich), dziś profesor Szkoły Filmowej w Łodzi i znany reżyser, Andrzej Garlicki, wybitny historyk, autor biografii Józef Piłsudski, Andrzej Krzysztof Wróblewski, popularny publicysta, od lat związany z "Polityką". Oni trzej - Wróbel, Galar i Marek - tej przedszkolnej przyjaźni są wierni do dziś. Później razem chodzili do szkoły i w jednym roku ją skończyli. U Marka Nowickiego stoją dwa zdjęcia trzech muszkieterów. Z matury i dzisiejsze. Do przedszkola chodził też z nami Andrzej Jakubowski, syn Wandy Jakubowskiej, sławnej później reżyserki filmowej, twórczyni filmu Ostatni etap. Z dziewczynek były ze mną Krzysia Brzezińska i Ania Sokołowska, dziś, tak jak Marek Nowicki, reżyserka filmowa. Z tego widać, że moje przedszkole było kolebką przyszłego filmu polskiego.

Najbujniejsze życie kwitło na naszej III Kolonii. Tu w piaskownicy finką graliśmy w pikuty, bawiliśmy się w policjantów i złodziei, przede wszystkim zaś graliśmy w plomby. Odlewało się je z ołowiu zdobytego z pociętych kabli telefonicznych w blaszanym pudełku po paście do butów "Dobrolin". Mniejsi i głupsi, jak ja, poświęcali na to swoich ołowianych żołnierzy. Ja byłem w tej szczęśliwej sytuacji, że tata przynosił z drukarni "Małego Przeglądu" ołowiane matryce. Ale po wybuchu wojny przedwojenny żelazny zapas kończył się. Teraz tata, jako szklarz, a potem stolarz, do tego ołowianego źródła nie miał dojścia. A z trocin i kitu plomby nie zrobisz. Graliśmy nimi o klisze. Pojawiły się na naszej Kolonii całe zwoje celuloidowej taśmy, którą cięliśmy na kawałki po pięć klatek każdy i to była nasza waluta wymienna. Kliszami płaciliśmy za celny rzut. Jak plomby się pokryły - to było dwadzieścia, jak lekko zawadziły o siebie - piętnaście, jak zetknęły ze sobą na dwa palce - dziesięć, a jak na rozciągniętą dłoń - pięć. Rozciągaliśmy więc palce, jak mogliśmy. Starsi mieli je z gumy. Byli w tym mistrzami. Na przykład Kucio (tym razem nazwisko, nie przezwisko) z X klatki zawsze sięgnął po swoją piątkę. W grze tej chodziło o zdobycie tylu klisz, by z ich nadwyżki ponad konieczną pulę puścić tak zwanego smroda. Nie każdego stać było na ten luksus. Tylko podwórkowych mandarynów.

Aby puścić smroda, zawijało się klisze ciasno w papier, podpalało i brało ten nabój pod obcas. Po chwili spod buta wychodził zgniłożółty pióropusz dymu. Gdy komuś podłożyło się takiego smroda pod drzwi, czuć było w całym mieszkaniu. Ten wstrętny zapach tylko do przeciwgazowego schronu mego taty się nie wdarł.

Długo nie wiedziałem, skąd te klisze wzięły się na naszym podwórku. Kupowaliśmy je od starszych kolegów-hurtowników. Niektórzy z nich pod pachą nosili całe szpule. Mimo że przed wojną nie było filmów barwnych, klisze te dzieliliśmy na kolorowe i czarno- -białe. Kolorowe były droższe. Po wydrukowaniu w "Polityce" mojego wspomnienia o III Kolonii znany literat Ryszard Liskowacki przysłał mi list, w którym wyjaśnił sprawę pochodzenia klisz.

Podczas okupacji mieszkał na pobliskim Marymoncie, gdzie przy ulicy Marii Kazimiery był magazyn filmowy, do którego przylegał kiosk z wodą sodową i słodyczami. Właściciel kiosku musiał się włamać do magazynu i upłynniał klisze wraz z kwasem, wodą sodową i cukierkami. Myślę, że dzięki jego inicjatywie sporo bezcennych kopii przedwojennych filmów poszło z dymem na naszym podwórku.

Oczywiście prowadziliśmy lokalne wojny. Głównie między Koloniami. Najczęstszym wrogiem naszej III Kolonii była V, czyli Piątka. Czasem łączyliśmy się w bloki i nasza Trójka w sojuszu z Piątką i Dwójką walczyła przeciw Jedynce, Siódmce i Ósemce. Nieraz ten międzykolonialny konflikt rozszerzał się i wtedy walczył cały Dolny Żoliborz z naszym Górnym. Siłą rozstrzygającą byli tak zwani barakowcy - synowie bezrobotnych z baraków przy Dworcu Gdańskim. Pełnili oni rolę zagonów pancernych. Nie mieli kastetów, zwanych przez nas szpadrynami, i proc jak my - tylko żyletki i noże. Gdy taki zagon husarii biegł z rykiem po ulicy, na sam widok czmychaliśmy w popłochu na nasze podwórko. Z barakowcami nie mieliśmy szans.

Najcięższą bronią na naszym poligonie, czyli placyku, były sznajdry - miotacze kamieni. Odpowiedni kamień umieszczało się w skórze, do której przywiązane były dwa długie sznurki. To wszystko okręcało się nad głową ruchem miotacza młotem i jak taki kamień wyfrunął, to leciał czasem do stu metrów. Gdy się kogoś takim bambulcem "przykarauliło", to miał dość. Trzeba go było znosić z pola walki. Pamiętam, jak jeden chłopak z Piątki takim kamieniem dostał i Andrzej Jakubowski z rozskrzydlonymi rękami - jak samolot - biegł i krzyczał: - Karetka pogotowia! Czerwony Krzyż! Zawieszenie broni!

Na chwilę przestaliśmy rzucać.

Andrzej Jakubowski, choć miał wtedy nie więcej niż pięć lat, wyróżnił się wśród wrogów z Piątki. W decydującej bitwie, w której podchodziliśmy już zwycięsko pod mury jego Kolonii, desperacko wyjął siusiaka i obsikał nas potężnym strumieniem ze swego narożnego balkonu na trzecim piętrze. Bronił się przed nami jak oblężone kobiety w średniowiecznej twierdzy przed Tatarami. Tym czynem zyskał sławę na naszym podwórku.

Częsty stan wojny między III a V Kolonią był zmorą mego dzieciństwa. Na Piątce bowiem mieszkała pani Wanda Landy, młodsza siostra doktora Landego, moja nauczycielka muzyki. Na szczęście jej klatka schodowa była z brzegu. Przemykałem się więc do niej jak szczur w ciężkim strachu, że zaraz chłopcy z Piątki dorwą mnie, a wtedy biada! Wciągną do klatki, zawloką do piwnicy i ich wódz, zwany przez nas Cudownym Panem z Piórkiem, ze względu na zielony, tyrolski kapelusz, który nosił, zdrowo podkręci mi rączkę. A tą rączką miałem grać wprawki i sonatiny u pani Wandy. Rozpacz... Wiedziałem, że nawet moi koledzy z przedszkola - Piotrek Wesołowski, Marek Nowicki, Czesiek Hulanicki czy Andrzej Łuczaj, syn znanego śpiewaka Tadeusza Łuczaja - nie pomogą mi, solidaryzując się ze swoją Kolonią. Nie mogą być zdrajcami.

Przejęty tą groźbą nie wiedziałem, że dużo większa wisi nad moją głową. Było nią moje nie w pełni aryjskie pochodzenie. Moja mama była z pochodzenia Żydówką. Nigdy o tym nie mówiła. Czuła się Polką. Religii i języka Żydów nie znała. Jej ojczyzną była polszczyzna, którą hołubiła i pieściła bardziej niż rodowita Polka. Mówiła z nieskazitelną dykcją (w końcu była aktorką i nauczycielką) i zakochana była w polskiej mowie, tradycji i folklorze. Jej ludowy śpiewnik był imponujący. Tyle piosenek, ile w dzieciństwie we mnie wśpiewała, rzadko która Matka Polka znała. Dysponowała wszechstronnym repertuarem. Od arii operowych i operetkowych po modne szlagiery i piosenki kabaretowe. Oprócz narodowych pieśni Moniuszki czy Nowowiejskiego lubiła śpiewać utwory Schuberta i Schumanna w oryginale. Stąd słynnej pieśni Ave Maria czy Serenady słuchałem po niemiecku.

Gdy była młodą panną, pracowała jako lektorka u niewidomej Niemki, której czytała na głos różne książki. Niemka ta była damą o wielkiej kulturze i dużym smaku literackim. Bardzo polubiła mamę i chętnie udzielała jej lekcji. W ten sposób lektorka trafiła na świetny lektorat. Mama z tych lekcji wiele skorzystała. Ponieważ miała słuch absolutny, szybko zaczęła mówić z berlińskim akcentem. Ten akcent bardzo się przydał podczas okupacji.

Mama urodziła się w Puławach w wielodzietnej rodzinie żydowskiej Szajnbaumów. Swego rodzinnego domu nie pamiętała. Była szóstym, najmłodszym dzieckiem. Przy jej porodzie umarła jej matka. Może właśnie dlatego, że nie była karmiona przez nią piersią, jako jedyne z dzieci nie zachorowała na gruźlicę i wyżyła. Gdy miała sześć lat, zmarł jej ojciec i jedyną jej opiekunką została starsza siostra. Nie mogąc się mamą opiekować (cały dzień pracowała), oddała ją do "Domu Sierot" na ulicę Krochmalną. Ta ostatnia ukochana siostra, z zawodu nauczycielka, do której ponoć byłem podobny, umarła młodo na gruźlicę tuż przed moimi narodzinami - i mama już żadnej rodziny nie miała. "Dom Sierot" stał się jej domem. Kierował nim, jak wiadomo, doktor Janusz Korczak, a jego najbliższą współpracownicą była Stefania Wilczyńska.

Tata w kawalerskim stanie.

Mama przed ślubem z tatą, gdy mieszkała w sublokatorskim pokoju na II Kolonii WSM-u u Janiny Bierutowej.

Sala jadalna oraz widowiskowa w "Domu Sierot" na Krochmalnej. Tu odbywały się przedstawienia teatralne i zabawy.

Eugeniusz Kuciński, szwagier Piotra Zalewskiego, dozorcy w "Domu Sierot". To pan Gienio, zawsze wierny Korczakowi, przywiózł do getta słynną platformę ziemniaków, uwiecznioną w filmie Andrzeja Wajdy Korczak. Zdjęcie z lat osiemdziesiątych.

Mama w "Domu Sierot" z Szymkiem Korentajerem. Zdjęcie zrobione 30 września 1927 roku. Otrzymałem je wiele lat po wojnie od wielkiej przyjaciółki mamy z "Domu Sierot", Haneczki Daube, która to zdjęcie, podobnie jak to niżej, przechowała i ocaliła.

Mama (pierwsza z lewej u góry) wśród koleżanek w "Domu Sierot" na Krochmalnej w 1920 roku.

Podobny sierociniec dla dzieci polskich, "Nasz Dom" na Bielanach, prowadziła Maryna Falska, bratowa Mariana Falskiego, twórcy słynnego elementarza Ala ma kota, z którego do dziś uczą się w szkołach polskie dzieci. Pani Maryna oparła "Nasz Dom" całkowicie na metodzie wychowawczej Korczaka. Była nim zafascynowana. Korczak często prowadził na Bielanach zajęcia z dziećmi i urządzał seminaria dla wychowawców. Obydwa domy odwiedzały się wzajemnie i często wyjeżdżały na wspólne letnisko. Zawiązywały się pierwsze przyjaźnie. W tym właśnie najwcześniejszym okresie mama poznała swą największą przyjaciółkę do końca życia, panią Lucynę Terlikowską-Woźnicką, wychowankę "Naszego Domu".

Jedną z zasad Korczaka, której bezwzględnie przestrzegał, był zakaz zajeżdżania przed sierociniec luksusowymi autami i powozami. Korczak nie chciał drażnić i upokarzać biednych sierot. Tę samą zasadę wprowadziła u siebie pani Falska. Protektorką "Naszego Domu" na Bielanach była Marszałkowa Aleksandra Piłsudska. Często go odwiedzała, żywo interesując się losem jego mieszkańców. Zawsze bez słowa stosowała się do przyjętej zasady. Ojciec mi mówił, że daleko przed sierocińcem zostawiała swego kierowcę z wozem i w pantofelkach brnęła przez lasek i bielański piasek do "Naszego Domu", który tonął wtedy samotnie w morzu zielonych zagajników.

W "Domu Sierot" na Krochmalnej dzieci chowane były w kulturze polskiej. Ortodoksyjne koła żydowskie przeciwne asymilacji miały o to do Korczaka pretensję. Jemu jednak chodziło nie tyle o narodowość, ile o przyzwoitość. Starał się wychować swoich wychowanków na prawych, uczciwych ludzi. Uczył ich zwalczać własne słabości. Stąd owe zakłady z dziećmi, w których zapewniały go, że nie ulegną pokusom. Podobną rolę pełnił słynny sąd dziecięcy (znany z Króla Maciusia I), któremu sam Korczak się poddawał. Wielokrotnie płacił karę, gdy sąd udowodnił mu, że nie miał racji. Twierdził, że to dla wychowawcy wielka szansa. Może w oczach swych wychowanków przejrzeć się jak w lustrze i skorygować swoje błędy. Zachęcał dzieci do odwagi, przede wszystkim cywilnej, i nawoływał, tak jak w swej książce Sława5, by miały dumne marzenia, bo zawsze coś w życiu z nich zostanie.

Ojciec był sekretarzem Korczaka, a potem przejął po nim pismo dzieci i młodzieży "Mały Przegląd". Właśnie dzieci i młodzieży, nie dla dzieci. Korczak różnicę tę bardzo podkreślał. Był to jego oryginalny pomysł, nigdzie dotąd niestosowany na świecie, aby dzieci same redagowały swoje pismo. Same do niego pisały, bo same najlepiej wiedzą o czym. Dorośli nie mają o tym pojęcia. Rolą redaktora, w tym wypadku jego, miała być tylko delikatna konsultacja. I nieprzeszkadzanie. Korczak długo walczył o ten śmiały pomysł. Większość ludzi uważała go za maniaka: - Jak to? Dzieci redaktorami? Same mają pisać? Bzdura. Od tego są dziennikarze. Takie pismo splajtuje. I będzie z tego tylko wielki śmiech!

Uznali pomysł Korczaka za "Koszałki-Opałki", by posłużyć się jego własnym tytułem z tomu młodzieńczych humoresek. Stale jednak rosnąca sława Korczaka jako pisarza przeważyła i wpływowy dziennik żydowski wychodzący w języku polskim "Nasz Przegląd" zgodził się poprzeć ten ryzykowny pomysł. Korczak z góry postawił "Naszemu Przeglądowi" twardy warunek. Żadnego wtrącania się do pisma. "Mały Przegląd" ma być całkowicie niezależny. Za jego kształt odpowiada tylko on, Korczak. Ten warunek został przyjęty i do końca przestrzegany. Nigdy nikt z kierownictwa gazety nie wtrącał się do "Małego Przeglądu". Pismo rządziło się samo i szybko odniosło wielki sukces. Wkrótce do niego już nie dokładano. Usamodzielniło się finansowo i niedługo potem zaczęło przynosić dochód. Ze wszystkich stron mali czytelnicy nadsyłali swoje listy i artykuły. W całej Polsce "Mąły Przegląd" miał swoich stałych korespondentów, którzy często podpisywali się tylko imieniem i miejscem zamieszkania - na przykład Szlamek z Otwocka. Wszyscy tego Szlamka z Otwocka znali.

Korczak, powierzając ojcu w 1930 roku swoje pismo, musiał w tym emigrancie rosyjskim wyczuć nie lada talent i osobowość. A dla dwudziestosiedmioletniego młodzieńca był to na pewno wielki zaszczyt, ale i wielkie wyzwanie. Objąć po Korczaku "Mały Przegląd" i nie zbankrutować, to była sztuka. Tata nie miał jego nazwiska ani redaktorskiego i pedagogicznego doświadczenia. Był tylko panem Jerzym. Do tego ledwie trochę starszym od swych wychowanków. Wiedział, że jest kimś innym niż Korczak i że Korczakiem nigdy nie będzie. Musi sobie sam wypracować autorytet i znaleźć swój własny styl. I znalazł go, pozostając sobą. Zaraził tę młodzież skupioną wokół pisma własną pasją. Stąd urządzanie wspólnych spływów "Małego Przeglądu". Razem na przystani RKS-u i u piaskarza Górskiego budowali kajaki. Razem opływali Polskę. Dla tych chłopców, takich jak Lejzor Czarnobroda, z żydowskich ortodoksyjnych rodzin, była to wielka rzecz. Przygoda na całe życie. Poznali kraj, od którego na warszawskich Nalewkach byli odcięci i odizolowani. Już wkrótce tata stał się ich mistrzem i głównym cadykiem. Wierzyli mu na słowo wpatrzeni w niego jak w obraz. Co Redaktor powiedział, było święte. Dla niektórych tym Redaktorem został do końca życia. Leon Harari w pół wieku potem inaczej go nie nazywał. Takim samym autorytetem ojciec cieszył się u Henryka Hollanda, u dwóch Kazików: Dębnickiego i Koźniewskiego, u dwóch Józefów: Balceraka i Hena, wreszcie u Marii Cabańskiej-Szuleckiej i Jerzego Korkozowicza. Wszyscy po wojnie zostali zawodowymi dziennikarzami i literatami.

Numer wydany z okazji dziesięciolecia "Małego Przeglądu". U góry: Janusz Korczak, założyciel pisma, metrampaż Izrael Stycki i "redaktor Jerzy Abramow", bo to moje zdjęcie. To był żart taty. U dołu: tata stoi w otoczeniu "weteranów". Pierwszy z prawej (w okularach) Leon Glattenberg-Harari. Lejzor Czarnobroda trzeci z prawej (?). W środku, obok Aneri (Ireny Śmigielskiej), Kazio Dębnicki. Pierwsza z lewej Maria Cabańska-Szulecka (fot. Forbert, po wojnie znany operator filmowy).

Dedykacja Janusza Korczaka na książce Sława w wydaniu Jakuba Mortkowicza, podarowanej mi pod choinkę w 1941 roku.

Strona jubileuszowego "Małego Przeglądu", na której najlepiej widać kajakową pasją na czelnego redaktora (fot. Forbert).

Ten mój potrójny portret z piegowatą twarzą wzięła pani Zofia do Włoch, a ja musiałem nieść z powrotem na Żoliborz.

Tak więc wiedziano, że "Mały Przegląd" jest dziełem Korczaka, jego duch unosił się nad pismem, ale na co dzień kierował nim ojciec. Korczak często wpadał do redakcji i żywo się nią interesował. W związku z tym kontakt ich był bliski i z wolna zmienił się w przyjaźń. Ojciec tę przyjaźń Korczaka bardzo sobie cenił. Do końca życia pan Doktor pozostał dla niego wzorem i mistrzem. Poświęcił mu dwie swoje książki, w 1957 roku przygotował pierwsze zbiorowe wydanie dzieł Korczaka i walnie przyczynił się do ocalenia pamięci o "Starym Doktorze" i rozpowszechnienia jego idei w kraju i na świecie. Mama była wychowanką i bursistką6 "Domu Sierot". Kiedy wychodziła za mąż za mego ojca, doktor Korczak miał ponoć powiedzieć:

- Powierzam ci moją najbardziej ukochaną córkę. Masz być dla niej dobry i nie skrzywdzić jej...

Jeszcze bardziej ciepłe uczucia żywiła do mamy Stefania Wilczyńska. Pani Stefa tak ją kochała, że mnie uznała za swego wnuka. Od dziecka mówiłem do niej babciu Stefo. Obydwoje często przychodzili do nas na Żoliborz. Pamiętam wizytę doktora Korczaka w mundurze majora. Już po kapitulacji Warszawy, mimo zakazu, wciąż w nim chodził. Za tę demonstrację Niemcy pewnego dnia go aresztowali i dotkliwie pobili.

Bardzo wcześnie zacząłem chodzić do "Domu Sierot". Mama prowadziła tam zajęcia z dziećmi i często zabierała mnie ze sobą na Krochmalną. Nazywano ją tam panią Basią i była niezwykle lubiana. Łatwo ją było poznać po długim, grubym warkoczu, który nosiła do końca życia. (Ten warkocz kiedyś wpadł ojcu w oko i spowodował, że się tata z panną Basią ożenił).

Poza uzdolnieniami aktorskimi i muzycznymi mama miała piękny głos. Naturalny sopran o niezwykle ciepłej barwie. Głos ten był na tyle obiecujący, że ówczesny rektor Konserwatorium w Warszawie, profesor Stanisław Kazuro, u którego mama śpiewała w chórze, zaproponował jej bezpłatne lekcje śpiewu. Mama jednak z tej kuszącej oferty nie skorzystała, bo ja się właśnie urodziłem. Mój głos w wózku był ważniejszy. Miała szansę zostać śpiewaczką operową i przeze mnie w jakimś sensie nie została.

Parę wizyt w "Domu Sierot" szczególnie zapamiętałem.

Jedną, gdy rozbestwiony wysokim protektoratem babci Stefy i mamy, zacząłem dokazywać i popisywać się grą w piłkę. Nieszczęsnym strzałem stłukłem szybę we frontowych drzwiach. Powiedziano mi, że czeka mnie za to sąd dziecięcy i ani mama, ani babcia Stefa mi nie pomogą, bo takie tu prawo. Mocno się przeląkłem. Skończyło się na niczym, bo - jako gościa - mnie oszczędzono, ale strach pozostał. Z innej, późniejszej wizyty zapamiętałem grządki na tyłach domu, gdzie dzieci sadziły kartoflane obierki, z których wyrastały zielone liście. Widać z żywnością było już krucho.

Z jednej z ostatnich wizyt, tuż przed przeprowadzką "Domu Sierot" do getta, pamiętam występ aktorów, wśród których był Michał Znicz. Mama powiedziała mi, że to słynny warszawski aktor. Wkrótce zginął w getcie, a ja po wojnie zobaczyłem go w przedwojennym filmie granym w naszej "Tęczy". Wtedy w "Domu Sierot" grał doktora Dolittle. Musiała być jakaś duża uroczystość, bo mój pobyt na Krochmalnej przedłużył się. W wielkiej sali trwała zabawa, dzieci tańczyły, a pan Szydełko grał na harmonii, chodząc między tańczącymi parami. Patrzyłem na niego z podziwem, jak mu lekko to rozciąganie harmonii idzie i jak szybko przebiera palcami. Ktoś mi powiedział, że pan Szydełko jest ojcem Lutka, najzdolniejszego ucznia pani Wandy Landy, i po nim Lutek ma taki talent. Pani Wanda zawsze stawiała go nam za wzór, mówiąc, że kiedyś wyrośnie z niego wielki pianista. Nie wyrósł. Lutek Szydełko zginął w getcie.

Ze Stefanią Wilczyńską, babcią Stefą, podczas oglądania piegów w lusterku (fot. Edward Poznański).Zdjęcie po raz pierwszy zostało opublikowane we Lwach... i dzięki mojej książce zrobiło karierę. Unikatowy kadr trafił potem do biografii Pani Stefy i Janusza Korczaka.

W 1940 roku byłem w Gocławku na ostatnich koloniach dzieci "Domu Sierot". Zachorowałem wtedy na odrę i doktor Korczak, który sam leżał chory w swojej separatce, wziął mnie na chwilę do swego łóżka.

- Chodź, Maciuś! - powiedział, bo często tak zwracał się do chłopców. Ja się wtedy bardzo zawstydziłem.

Na tych koloniach zdążyłem wziąć udział w walnej bitwie stoczonej na kule z piasku z miejscowymi gocławskimi chłopakami. Walczyliśmy na olbrzymiej pustynnej przestrzeni wśród żółtych wydm. Z głośnym okrzykiem: - Hurrra! - rzuciłem się do ataku. Mój zapał był tak wielki, że z nadgorliwości nasypałem sobie sam piasku do oczu. Po tym samobójczym strzale musiano mnie wycofać z linii frontu.

Dziś rozumiem, że na gocławskiej pustyni walczyłem po żydowskiej stronie.

* * *

Kiedy Niemcy wydali rozkaz przeniesienia się Żydów do getta, mama gotowa była ze mną tam pójść, nie chcąc narażać ojca na niebezpieczeństwo. Tata jednak kategorycznie zabronił:

- Nigdzie nie pójdziecie! Zostajecie tu! Ja za was odpowiadam.

I tym mężnym postawieniem sprawy, o którym nigdy nie wspominał, uratował nam życie. Przypuszczam, że w zdobyciu dla nas aryjskich papierów sporo pomógł ojcu jego przyjaciel z Wolnej Wszechnicy Polskiej Ludwik Kacperski.

Lutek pochodził ze starej rodziny warszawskich masarzy. Jego matka, Maria Płońska, posiadała dwa duże sklepy rzeźnicze, jeden przy ulicy Grójeckiej na Ochocie, drugi gdzieś dalej, i Lutek po jej śmierci je odziedziczył. Powodziło mu się świetnie. Poza wrodzoną żyłką kupiecką miał duszę artysty. Kochał poezję i lubił ją głośno recytować.

Przed wojną chodził do ogniska młodzieży rzemieślniczej prowadzonego przez panią Korniłowiczową7.

Duch tego oświatowego ogniska miał wielki wpływ na ukształtowanie jego poglądów, smaku artystycznego i charakteru. Podczas wojny Lutek utrzymywał też żywy kontakt z innym znanym działaczem oświatowym, Stanisławem Tazbirem.

Ludwik Kacperski podziwiał mego ojca i był pod jego przemożnym wpływem. O pięć lat młodszy, uważał go za swego mistrza. Mimo że ojciec jeszcze niczego nie napisał, wierzył, podobnie jak moja mama, że ma wielki talent i jeszcze napisze. Sam tata nie miał co do tego wątpliwości. Uważał się już za literata, co dumnie podkreślił w przedwojennej książce telefonicznej. Wywołało to lekki popłoch mamy, która uznała, że to nieco przedwczesne i że jak ktoś ją spyta, co mąż napisał, to będzie jej wstyd. Ale tata się tym nie przejmował. Wystarczył mu sąd doktora Korczaka i ocena profesora Ludwika Krzywickiego, który za pracę z socjologii za treść postawił mu trójkę, za to za formę - piątkę.

- Pan powinien pisać, młody człowieku - powiedział. - Ma pan duży talent literacki.

Lutek też tak twierdził. I chyba właśnie on zetknął ojca z tajemniczą postacią o pseudonimie Pan Zielony. "Pan Zielony" pracował w magistracie i miał wszędzie dojścia i znajomości. Był wszędobylski, nadzwyczaj operatywny i skuteczny. Sądzę, że on właśnie załatwił mamie odpowiednią kenkartę i metrykę urodzenia. Tak się złożyło, że w tej metryce mama była z domu Jarecka. Kiedy na pierwszym roku studiów poznałem Andrzeja Jareckiego, od razu stał mi się bliski jak brat. Nic dziwnego, skoro mieliśmy wspólnych dziadków.

W życiu prawdziwych dziadków nie znałem. Ze strony mamy wcześnie umarli, podobnie jak i ze strony ojca. Dziadek Mikołaj Abramow był kapitanem 8. Pułku Strzelców Estlandzkich i dowodził kompanią karabinów maszynowych. Jego pułk stacjonował przed pierwszą wojną światową w Jabłonnie8 pod Warszawą.

Tego dziadka Koli nigdy nie widziałem, bo umarł w 1910 roku. Późną jesienią ratował na manewrach żołnierza, który wpadł do wody. Po tej kąpieli w lodowatej rzece dziadek przeziębił się, wdało się ropne zapalenie płuc, wtedy nieuleczalne, i w szybkim czasie umarł. Pochowano go na starym cmentarzu prawosławnym w Białowieży.

Mikołaj Abramow, mój dziadek, w szkole podchorążych.

Sporządzony przez tatę plan dojścia do grobu babci Teresy na cmentarzu "Bajkowo" w Kijowie.

Matka ojca, babcia Teresa, której wielki portret w złoconych ramach wisiał u nas do Powstania Warszawskiego (w tym pokoju, gdzie był schron gazowy), umarła na serce w 1930 roku i pochowana została na cmentarzu w Kijowie. Ojciec dopiero w 1957 roku mógł pojechać na jej grób. Odszukał go w polskim sektorze cmentarza i na zrujnowanej mogile położył granitową płytę i postawił krzyż. Sporządził też dokładny plan, który wraz z fotografią wkleił do rodzinnego albumu. Dzięki temu wiem, że jest to cmentarz "Bajkowo Kładbiszcze".

Ciocia Helenka w Bostonie czyta niepuszczony przez cenzurę w pierwszych wydaniach Leśnego morza rozdział "Na wieczne osiedlenie", przysłany przez tatę w 1986 roku.

Walter Moskalew, syn Helenki, a mój jedyny kuzyn, w okresie studiów na Harvardzie.

Ciocia Helenka ze swoim drugim mężem Igorem Kwiatkowskim.

Babcia, chcąc ratować tatę przed grożącym mu aresztowaniem i wysyłką na Wyspy Sołowieckie - jego pierwszego wysłała do Polski, a sama z córką, siostrą ojca, Helenką miała przejść granicę w drugiej kolejności. Nie przeszła. Przed wojną nie wiedzieliśmy dlaczego. Tata wielce nad tym bolał. Bardzo kochał swoją matkę. Po jej śmierci utrzymywał kontakt z siostrą, która przeniosła się do Żytomierza i tam wyszła za mąż za Michaiła Moskalewa, wuja wielkiego, niedawno zmarłego pianisty Światosława Richtera. Rodzice przed wojną posyłali jej paczki żywnościowe, za które Helenka dziękowała w rzadkich listach ze znaczkami CCCP. (Namiętnie je zbierałem. Był to mój pierwszy kontakt z Krajem Rad). Potem prosiła, żeby paczek nie przysyłać, bo są zbyteczne. "Na Ukrainie jest dość żywności" - pisała.

W czasie wojny kontakt się urwał i ojciec był pewien, że siostra nie żyje. Aż pewnego dnia, gdzieś pod koniec lat 50., ktoś zatelefonował do niego z ambasady USA, że pewna Amerykanka z Bostonu chce się z nim widzieć. Gdy przyszła, wyjęła z torby zdjęcie i spytała, czy tata zna tę panią.

- Oczywiście - odparł bez wahania. - To moja siostra Helenka.

Okazało się, że Helenka w jakiejś niemieckiej gazecie znalazła recenzję ze zdjęciem ojca i poprosiła tę znajomą Amerykankę, która była jej fryzjerką, by będąc w Polsce, spróbowała odszukać jej brata.

Dzięki temu byłem świadkiem spotkania ojca z siostrą po blisko pół wieku, gdy obaj zostaliśmy przez nią zaproszeni do Ameryki. Rozstali się na stacji kolejowej w Kijowie w 1924, a spotkali w porcie w Montrealu w 1973 roku. Żegnając się wtedy, wierzyli, że rozstają się na krótko. Byli młodzi. Ona miała osiemnaście lat, tata ledwie dwadzieścia. Teraz ojciec miał siedemdziesiąt.

Ciotka czekała wraz ze swym synem Walterem w tłumie innych rodaków wypatrujących krewnych na nabrzeżu portowym. Przed ojcem, pierwszy ją z tego tłumu wyłowiłem. Twarz znałem ze zdjęć.

- Tato! To Helenka - krzyknąłem, wskazując palcem przystojną, starszą panią w kapeluszu.

- Nie może być?! - zdziwił się.

Gdy rzucili się sobie na szyję, Helenka z płaczem krzyknęła:

- Goga! A gdzież u ciebie bujna szewieliura?! Przecież ty byłeś taki kudriawyj! Goga! Mój drogi Gogoczka! - zaczęła tulić się do niego jak mała dziewczynka.

- Lena! Lenoczka! - gładził ją tata, przechodząc jak ona na rosyjski, język białowieskiego dzieciństwa. Akurat opisał je w Zostało z uczty bogów, kończąc opowieść na ucieczce z Sowietów i przejściu granicy na Zbruczu. Cenzura tych wspomnień nie puściła i tata przemycał je w walizce z myślą o wydaniu ich na Zachodzie. W końcu wydał książkę w Instytucie Literackim Jerzego Giedroycia w Paryżu. Pisząc ją, nie wiedział, co dalej się stało po tym rozstaniu na dworcu w Kijowie. I Helenka w Bostonie dopiero mu o tym opowiedziała.

Wkrótce po jego ucieczce pojechały z matką do tej samej co on nadgranicznej wioski. Podczas pierwszej próby sforsowania rzeki przewodnik je obrabował i uciekł. Wróciły z powrotem na wieś. Zrozpaczone opowiedziały wszystko swemu gospodarzowi. Na szczęście chłop ten okazał się uczciwy. Zgodził się je dalej u siebie trzymać i drugi raz przeprowadzić przez granicę za cenę usług krawieckich. Babcia świetnie szyła i obszywając chłopów, czekała na moment wyznaczony przez przewodnika. Przejście przez Zbrucz było coraz trudniejsze i nie każdy chciał ryzykować. Wiadomo było, czym to grozi.

Pewnej nocy babcia miała zły sen. Czuła, że jakieś wielkie niebezpieczeństwo zawisło w powietrzu. Wierzyła w swe sny i przeczucia. Miała wielką intuicję.

- Pakuj się! - rzekła do Helenki. - Natychmiast wyjeżdżamy - zdecydowała.

Uciekły w ostatniej chwili. Następnego dnia NKWD dokonało wielkiej pacyfikacji nadgranicznych wiosek. Chłopów wywieziono, a domy zrównano z ziemią. Utworzono szczelny kordon sanitarny nad Zbruczem, nie do przebycia. Sen babci się sprawdził.

Po tej próbie, tracąc nadzieję na powrót do Polski, zostały w Kijowie. Po śmierci babci Helenka wyszła za mąż i przeniosła się z mężem - o czym rodzice wiedzieli - do Żytomierza. Tam - o czym już nie wiedzieli - przeżyła straszliwy głód na Ukrainie. Z głodu dochodziło do ludożerstwa. Ciotka opowiadała, że widziała, jak głodni i wyczerpani chłopi, nie mogąc dojść do miasta, w którym liczyli na żywność, po drodze padali jak muchy, konając wzdłuż torów kolejowych.

Paczki z Polski były wielką pomocą, ale NKWD wezwało Helenkę i zagroziło jej aresztowaniem i wywózką, jeśli natychmiast nie zerwie kontaktów z bratem w "pańskiej Polsze". Dlatego napisała list, żeby jej żadnych paczek nie przysyłać.

Przyjście Niemców powitała jak wybawienie. W 1943 roku, korzystając z niemieckich koneksji Richterów w Wiedniu i w strachu przed ponownym wejściem bolszewików, postanowiła uciec wraz z całą ro- dziną na Zachód. Uznano ich niemieckie papiery i pozwolono wsiąść do ewakuacyjnego pociągu. To wtedy memu kuzynowi Witalemu, synowi Helenki, zmieniono imię na Walter, a jego ciotecznemu bratu Mirosławowi na Fritz9.

Ten ewakuacyjny pociąg z Żytomierza zatrzymał się na Dworcu Gdańskim w Warszawie i Helenka próbowała do nas zadzwonić, ale nikt się nie zgłaszał. Tata w tym czasie przebywał już w obozie na Majdanku, a mamy i mnie widać nie było w domu. Ten nasz okupacyjny numer telefonu pamiętam do dziś: 12-60-46.

W drodze na Zachód mąż Helenki, Michaił, zachorował na tyfus i zmarł. Ona z synem trafiła do Niemiec. Tam pracowała u bauera, a Walter chodził do niemieckiej szkoły. W 1952 roku z całą rodziną Richterów wyjechali do Bostonu. Tam ciotka poznała Igora Kwiatkowskiego10, Rosjanina o polskim nazwisku, i wyszła za niego za mąż. Pracowała w szpitalu jako pielęgniarka i nam z kolei posyłała paczki do Polski. Jak urodziła się moja córka Magda, to Helenka przysłała nam z Ameryki olbrzymią paczkę ze wszystkimi niedostępnymi wówczas u nas rarytasami. W stanie wojennym zaś, sama doświadczona głodem na Ukrainie, pakowała do tych paczek nawet mąkę i kaszę.

Wuj Igor Kwiatkowski był wielkim patriotą rosyjskim. Monarchistą. Na ścianie w jego pokoju wisiał afisz z fotografiami wszystkich białych generałów z okresu Rewolucji i wojny domowej - od Denikina i Wrangla po Kołczaka i Judenicza. Nosił tytuł Naszyje biełyje wożdża!

U ciotki Helenki i wuja Igora spałem pod dwugłowym carskim orłem. W 1973 roku było to dość niezwykłe i zabawne.

W bibliotece wuja znalazłem luksusowy album wydany w rocznicę koronacji cara Mikołaja II - tego, którego Helenka, mój ojciec i ciocia Tusia widzieli w powozie na polowaniu w Białowieży. W tym albumie też była taka jego fotografia, w powozie.

Tata, który przeżył detronizację Mikołaja II i powszechną radość z jego abdykacji, uważał ostatniego cara za trochę dobrotliwego durnia i tragicznego poczciwca. Z niejakim rozbawieniem przyglądał się pośmiertnemu kultowi cara podtrzymywanemu przez szwagra. Ja, kartkując ten album, też monarchizm wuja uznałem za niewinny bzik - tęsknotę za czasem, który nigdy nie wróci. Tymczasem okazało się, że wuj Igor miał rację. Znów jest St. Petersburg i kult cara męczennika. To Breżniew, KPZR i Leningrad przeminęli. Tego nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł wtedy w Bostonie przewidzieć.

Mój kuzyn Walter, jedyny, jakiego mam, pod koniec lat 60. pisał pracę doktorską o Horacym i otrzymał roczne stypendium w Niemczech. Korzystając z bliskości, wystąpił do polskiej misji wojskowej w Berlinie Zachodnim z prośbą o wizę. Uzasadnił ją tym, że w Polsce ma wuja, Igora Newerlego, i bardzo chce się z nim zobaczyć. Trzykrotnie otrzymał odmowę. Jako obywatel amerykański nie bardzo to rozumiał. W końcu jego wuj był znanym polskim pisarzem i nic takiego nie zrobił. Okazało się, że zrobił. Złożył legitymację partyjną w 1966 roku i PZPR postanowiło dać mu prztyczka. Nie wpuścić do Polski jego siostrzeńca.

Jedynym naszym kontaktem z Walterem stał się teatr. Właśnie w Berlinie Zachodnim grali moją sztukę Licytacja i on ją obejrzał. Przysłał mi z niej program i zdjęcia. Ja tego przedstawienia nie widziałem, bo miałem wtedy kłopoty paszportowe. Berlin był wówczas dla mnie za daleko...

Walter doktoryzował się na Harvardzie i przez lata wykładał filologię klasyczną na Uniwersytecie w Muncie - w stanie Indiana - a dziś jest profesorem emeritusem tej uczelni.

Do Muncie za nim przeniosła się ciotka Helenka z mężem. Wuj Igor zmarł w 1992 roku, dożywając rozpadu komunizmu w Rosji. Pochowany został w Jordan Ville, małym miasteczku pod Nowym Jorkiem, na cmentarzu rosyjskiego klasztoru prawosławnego Świętej Trójcy - Holy Trinity Russian Orthodox Monastery.

Ciotka Helenka umarła w 1999 roku i spoczęła na tym samym prawosławnym cmentarzu.

* * *

Z początkiem srogiej zimy 1939 roku ojciec przestał szklić i został prezesem Spółdzielni Stolarsko-Zabawkarskiej utworzonej przez WSM i SPB przy szkole RTPD na I Kolonii. Gimnazja w Warszawie były wtedy zamknięte i tę spółdzielnię założono z myślą o dokształcaniu młodzieży na kompletach pod przykrywką lekcji robót ręcznych. Miała też wykonywać doraźne zamówienia stolarskie. Tata jak zawsze z pasją przystąpił do tworzenia spółdzielni. Ściągnął wytrawnych stolarzy, u których terminował. Chociaż przed wojną uczył robót ręcznych zarówno w "Domu Sierot", jak i w "Naszym Domu", w sumie był stolarzem amatorem. Prawdziwej sztuki stolarskiej nauczył się dopiero u takich mistrzów meblowych jak Jan Gosiński11. W skład spółdzielni wchodziła pracownia lalkarska, którą kierował artysta malarz Witold Miller, projektant lalek do teatru "Baj".

Pierwszą korzyścią z pracy ojca w stolarni było wstawienie u nas dużego pieca trociniaka. Spod czarnego kapelusza naszej kotłowni wciąż nie dymiło i kaloryfery były zimne. Nie mieli dość miału węglowego, którego zapasy składali w dużych hałdach na tyłach kotłowni. Widziałem zawsze to czarne wzgórze z naszego przedszkola. A potem, jak zaczęli podgrzewać, to te kaloryfery były ledwie letnie. Mama zawsze do nich podchodziła, badała, kładąc na żeberkach swoje wiecznie zziębnięte ręce, i oświadczała: - Palą tyle, co kot napłakał...

Jak nagrzaliśmy w tym trociniaku, którego blacha rozpalała się do czerwoności, wreszcie mamie było ciepło. Trociny do niego tata nosił z warsztatu w worku, więc z opałem nie było kłopotu...

Jako prezes spółdzielni tata mało zarabiał. Mniej od swych stolarzy, i mama postanowiła mu pomóc. Już wcześniej przestała pracować w szkole i zajmowała się domem. Do tej pory zawsze jednak była zawodowo czynna i nie najlepiej czuła się w kuchni. Przed wojną były służące i mama praktycznie nie umiała nic ugotować. Ledwie jajko na miękko - śmiała się. Ale wkrótce wszystko umiała upiec i przyrządzić. Problem był tylko z czego. Ceny szły w górę i pensja ojca nie wystarczała na życie. Trzeba było dorobić. Tak jak wszyscy zaopatrzyliśmy się u chłopa w kapustę, którą sami kisiliśmy w beczce, oraz kartofle na zimę. Parę metrów leżało w piwnicy złożonych za specjalną przegrodą zrobioną przez ojca. Ale na wiosnę te ziemniaki stały się przerośnięte i zgniłe. Ciężko je było jeść. Nie nadawały się ani na kartoflankę, ani na placki ziemniaczane, które wciąż jedliśmy. Ojciec pracował ciężko fizycznie i był głodny. Nie skarżył się, udawał, że ma dość, ale mama wiedziała, że specjalnie tak mówi, by nie robić jej przykrości.

Helena Adelberg, matka wychowanka taty z "Małego Przeglądu", Witka Adelberga, dała mamie w komis trochę towaru, by postarała się go sprzedać wśród swoich znajomych na Żoliborzu. Były to głównie mydła, świece, pasty i wyroby kosmetyczne. - Niech pani spróbuje, pani Basiu. Co pani szkodzi? - zachęcała ją. Mama nie bardzo wierzyła w swój talent handlowy, ale z konieczności spróbowała. Parę sąsiadek kupiło i tak się zaczęła jej wielka przygoda z handlem podręcznym.

Rodzina Adelbergów odegrała w tym dużą rolę.

Helena Adclberg (Zofia Waśkiewicz).

Witek Adelberg (Adam Wiciński) w czasie gdy mieszkał na Czarnieckiego i był moim nadwornym rysownikiem.

Ryszard Adelberg.

Byli to przed wojną ludzie bardzo zamożni, właściciele modnego kantoru wymiany walut w Alejach Jerozolimskich. Wtedy było to coś więcej niż kantor. Raczej mały, prywatny bank z sejfami na przechowywanie kosztowności i biżuterii. Z usług tego banku korzystali ludzie ze sfer artystycznych, często aktorzy, których obydwoje Adelbergowie uwielbiali. Mieli wśród nich wielu znajomych. Helena Adelberg była damą w każdym calu, ze świetnej rodziny, jej dziadek Liskau był znanym kupcem, bywalcem kawiarni Semadeniego przy placu Teatralnym. Pani Helena, zawsze modnie ubrana, siedziała w kasie i pilnie śledziła warszawskie nowinki. Chodziła na wszystkie koncerty i premiery teatralne. Sama grała na fortepianie i świetnie czytała nuty, co mnie zawsze zadziwiało. Ja przebijałem się przez nie w męce.

Jej mąż, Alfred Adelberg, był hojnym mecenasem, prezesem znanego żydowskiego klubu sportowego Makabi. Kochał sport i na sportsmenów wychowywał swych dwóch synów - Witka i Ryśka. Obydwaj należeli do "Małego Przeglądu". Ze starszym, Witkiem, ojciec się przyjaźnił. Był on młodszy od mego taty o szesnaście lat, ale już jako dziecko zdradzał niepospolite zdolności. Ojciec lubił go brać na długie spływy kajakowe, które wymagały hartu i odporności. Często były to wariackie wyprawy. Trzeba się było przebijać przez głuszę, obnosić wiele razy kajak przez płycizny, wiosłować kilkadziesiąt kilometrów dziennie, czasem na próżno szukając wioski, by coś w niej kupić do zjedzenia. Tata gardził przetartą trasą kajakową. Wybierał własne. Najczęściej były to dzikie, dziewicze szlaki, którędy nikt przed nim nie płynął. Nie na darmo nazwał się włóczywiosłem i ze złotej odznaki Polskiego Towarzystwa Kajakowego, którą wręczyła mu prezes PTK pani Maria Podhorska-Okołów, był najbardziej dumny: - Uczciwie zapracowana tymi rękami, synu - powtarzał. - Bez literackiej blagi. Twój tatko był wszędzie tam, gdzie woda sięga do pół wiosła. - I była to prawda.

Właśnie do tych najcięższych wypraw wybierał Witka.

To na ich przyjazd z miesięcznego spływu czekałem na przystani w Zaleszczykach wraz z mamą i panią Heleną w 1936 roku. W umówionym dniu mieli tu dotrzeć. Nie dotarli, co wzbudziło zrozumiały niepokój. W końcu z trzydniowym opóźnieniem dobili do brzegu i obie mamy rzuciły się na nich z płaczem i wyrzutami:

- Odchodziłyśmy od zmysłów! Nie wiedziałyśmy już, co się z wami stało!

- A co się miało stać? - zdziwił się tata z miną, jakby się rozstali wczoraj. - Nigdzie nie było poczty. Nie mogliśmy zadzwonić ani zadepeszować - wyjaśnił krótko.

- Ale ja się bałam o Witusia, panie Jerzy - przerwała mu pani Helena.

- O Witusia?! - ojciec klepnął Witka w plecy. - Chłop jak dąb! Jak on ze mną taką katorgę przeszedł, to wszystko przejdzie i wytrzyma, pani Heleno. Zuch chłopak! Gratuluję pani Witka 12.

Rzeczywiście było czego. Oprócz atletycznej budowy i wielkiej urody13 Witek był wszechstronnie utalentowany. Od dziecka miał sukcesy. Pierwszy odniósł - mając pięć lat - w Belwederze. Aktor Henryk Małkowski urządzał występy dzieci przed Marszałkiem Piłsudskim. Witek brał w nich udział. Gdy ze swymi jasnymi włosami przyciętymi na "polkę" i wielkimi niebieskimi oczami recytował wiersz Tuwima Zbudujemy wielki dom, odpowiednio gestykulując, zachwycony Marszałek spytał, co to za pyszny chłopiec. W nagrodę wziął Witka na kolana, uściskał i podarował mu swoją fotografię wraz z wielką bombonierą Wedla.

Jakiś czas potem Witek jako młody architekt taki właśnie wielki dom budował.

Pan Adelberg przed wojną, kiedy karcił swych synów, miał zwyczaj mówić do nich: - Ty nie bądź taki hitlerowski typek. - Wtedy ten "hitlerowski typek" całkiem niewinnie brzmiał.

Pan Alfred był besserwisserem. Wszystko wiedział najlepiej i wszystkich pouczał. Ojciec śmiał się, że raz zaprosił go na przystań nad Wisłę i wsadził do składaka. Pan Alfred pływał w regatach, a w kajaku nigdy nie siedział. Ale już za trzecim pociągnięciem wiosła pouczał ojca, jak ma je prawidłowo trzymać: - Pan je za płytko wsadzasz, panie Jerzy. Trzeba głębiej. Patrz pan na mnie i rób jak ja! Raz dwa, raz dwa - dyrygował.

Obu młodych Adelbergów od dziecka uwielbiałem. Witek cudownie rysował mi konie. Późną jesienią 1939 roku po długiej przerwie wreszcie do nas przyszedł. Był po sowieckiej stronie, uciekł ze Lwowa i opowiadał, jak tam było. Nagle odsłonił swój atletyczny tors, walnął się pięścią w pierś i krzyknął:

- Widzisz?! Tu mnie kłuli, tu! Igłą!

- W pierś?! - przeraziłem się.

- Tak. Zaszczepili mnie przeciw tyfusowi i nic nie bolało - zaśmiał się.

Nie mogłem w to uwierzyć. Mnie po ukłuciu w nogę całe udo spuchło jak bania i bolało przez parę dni.

Młodszy od Witka Rysio, równie udany i wysportowany, uczył mnie jeździć na łyżwach. Zabrał mnie raz na nasz placyk, gdzie dozorca Wiśniewski wylał wodę i zrobił ślizgawkę. Trzymał mnie pod pachami, ale gdy puścił, zwaliłem się jak snop. Nogi mi się rozjechały i tylko w głębokim śniegu mogłem ustać.

Te łyżwy turfy podarował mi na pierwszą wojenną Gwiazdkę inny przyjaciel ojca - Aleksander Paliński, zwany Kolegą Betką.

Olka Palińskiego ojciec sportretował w Za Opiwardą, za siódmą rzeką, pisząc, jak świetnie na spływie pitrasił i gotował zupę na gwoździu. Olek nie tylko był smakoszem i wybornym kucharzem, ale człowiekiem wielu talentów. Na co dzień kasjer w dyrekcji PKP na Pradze, dopiero po pracy rozwijał skrzydła. Grał ze słuchu na wszystkich instrumentach, nie tylko na moim brzuchu. Akompaniował w teatrze "Baj" - stąd znajomość z mamą, a potem z ojcem. Poza tym miał złote ręce. Umiał wszystko zrobić. Przede wszystkim wkręcić mi blaszki do butów, co mnie wtedy najbardziej interesowało. Bez tego nie mogłem jeździć. Olek wyróżniał się bujną siwą czupryną zapuszczoną na kark w artystyczną plerezę. Brwi miał też bujne i siwe, prawie mleczne, które odbijały od jego rumianej, zdrowej cery. Tylko żoliborski ksiądz Aleksander Plewko-Plewczyński, popularny katecheta, miał taką białą grzywę, ale był dużo starszy od Olka. Olek Paliński bardzo wcześnie osiwiał.

Gdy do nas pierwszy raz przyszedł, wydał z siebie dziwny dźwięk, sugerując, że wychodzi z mego brzucha, i krzyknął:

- Serwus! Kolega Betka!

Mnie się to tak spodobało, że za każdym razem, gdy wchodził, wołałem: - Kolega Betka! Zrób mi Kolegę Betkę! - On robił i został Kolegą Betką. Nawet rodzice potem inaczej na niego nie mówili. Od dziecka lubiłem przezywać innych.

Tej srogiej zimy oprócz tego, że podarował mi łyżwy i przykręcił do obcasów blaszki, to zaczął robić kapce. Były to modne damskie buty z białego filcu lub łaciatej skóry z sierścią, które prawie każda kobieta wtedy nosiła. Ponadto, żeby z czegoś żyć, Olkowie (jego żona też była Ola) prowadzili u siebie w domu na XIII klatce małą stołówkę kolonijną. Wydawali obiady. Do tego dochodził sklepik, w którym można było kupić podstawowe artykuły spożywcze. Sklepik cieszył się coraz większym powodzeniem. W rozwoju tego domowego interesu nie przeszkadzało pierwsze piętro i ciasny lokal. Olkowie mieli tylko dwa pokoje z kuchnią. W tej małej kuchni, na kaflowym piecu z fajerkami Ola Palińska przygotowywała tyle obiadów, co dziś w dużej stołówce.

Jedynym dostawcą produktów był Olek. Po żywność jeździł do Łomianek, które wtedy były podwarszawską wsią. W tym celu skonstruował sobie cztery bagażniki z przodu i z tyłu po dwóch stronach kół i na swoim rowerze wiózł tyle towaru, co dzisiejszy kontener.

O piętro wyżej nad Palińskimi mieszkali inni przyjaciele rodziców - Janowie Pięcińscy. Pan Janek14 był wychowawcą w "Naszym Domu" na Bielanach, a tuż przed wojną został kierownikiem szkoły. Co ważniejsze, był powiernikiem i wykonawcą planów wychowawczych Maryny Falskiej. Jemu też zamierzała przekazać z czasem kierownictwo "Naszego Domu".

Janek Pięciński, podobnie jak Witek Adelberg i Olek Paliński, był częstym kompanem ojca w spływach kajakowych. Przystojny, wysoki blondyn był chorobliwie nieśmiały. W obcym towarzystwie nie odezwał się, wśród swoich czarował rozmową. Wychowankowie uwielbiali go. Janek miał bardzo ładną żonę, przedszkolankę z "Naszego Domu" - Marysię zwaną Rysią. Rysia nosiła długi warkocz jak moja mama i była trochę do niej podobna. Przed wojną urodziła się Janom córka Rozmaryna, a na początku wojny druga córka, Kalina. I właśnie u nich pod koniec września 1939 roku pierwszy raz zetknąłem się z pojęciem mordu na Wschodzie. Pod koniec września, gdy przyszliśmy do Janów, Ryśka Pięcińska stała z głową opartą o białą framugę i spazmując, coraz to biła w nią czołem. Kiedy spytałem taty, dlaczego Rysia tak płacze, odparł cicho:

- Bo Rysię spotkało wielkie nieszczęście, synu. Dowiedziała się właśnie od tego pana - wskazał obcego kolejarza na krześle - o śmierci swego ojca i brata...

- Niemcy ich zabili?

- Ukraińcy.

- Przecież my z nimi nie walczymy...

- No właśnie. Ja też tak myślałem - mruknął.

W pokoju panował grobowy nastrój. Wszyscy milczeli, tylko Rysia zanosiła się płaczem, powtarzając swoją litanię:

- I za co? Za co? Rozumiem ojciec. Starszy. Ale Zbyszek?! Szesnaście lat, uczeń! Co im zrobił? Coo? Żeby go tak zarąbać. Siekierami...

Nikomu nie mieściło się to w głowie. Jeszcze latem 1939 roku tata z Jankiem Pięcińskim przepływali kajakiem przez to ciche kresowe miasteczko, gdzie na małej kolejowej stacji ojciec Rysi był dróżnikiem. Rozbili namiot nad rzeką i nikt ich nie zaczepił. Chłopi ukraińscy chętnie sprzedawali im mleko. Pamiętam ojca Rysi, jak w swym kolejarskim mundurze bawił się z Rozmaryną. I tego Zbyszka w gimnazjalnej czapce. W lecie jeszcze tu, u Pięcińskich, razem byli i nagle zarąbani siekierami...

- Strach żyć dziś w naszych stronach - rzekł kolejarz. - Ukraińcy, jak słyszą Polak, to już rżną. Straszni ludzie. Straszni. Bez serca rezuny.

Byłem innego zdania. Mój ukochany przybrany dziadzio, dziadek Wania15, był Ukraińcem i najłagodniejszym człowiekiem pod słońcem. Jeśli podniósł rękę, to po to, by zrobić nią trąbę słonia i jak słoń wepchnąć mi nią do ust cukierek. Gdzież on by brał za siekierę? Miał szlachetną twarz, siwą brodę i wąsy, a z jego jasnych oczu biła sama dobroć. Podobnie jak z oczu babci Zoi. Tyle że babcia Zoja jedno oko miała piwne, a drugie niebieskie. Jak dalmatyńczyk. Pobrali się późno, na emigracji, gdy mieli już dorosłe dzieci z poprzednich małżeństw. On dwoje. Ona pięcioro16.

Rysia Pięcińska z mężem Janem przed wybuchem wojny.

Wielki przyjaciel rodziców Jan Pięciński z córką Rozmaryną. Zdjęcie robione tuż przed wojną.

Choć babcia Zoja była Rosjanką, a dziadzio Wania Ukraińcem, kochali się jak dwa gołąbki. Między sobą rozmawiali po rosyjsku. Ale dziadek często podkreślał swą ukraińską narodowość i w święta zawsze wkładał długą wyszywaną ludową koszulę, "harasimkę". Często w niej ze mną się bawił. Z radością jeździłem na Bielany do ich domu w pięknym sosnowym zagajniku przy ulicy Cegłowskiej. Lubiłem u nich nocować - bo tam nie musiałem pić tranu i myć zębów. Babcia na wszystko mi pozwalała. Obydwoje kochali mnie bardziej niż własne wnuki i ich miłość wynagradzała mi brak własnych dziadków.

Babcia Zoja do mego ojca zwracała się: Igor Nikołajewicz. Imię mamy zruszczyła na Warię. Na mnie zaś wołała: Sławoczka. I jako Sławoczka robiłem, co chciałem. Brykałem do woli. Mama była czasem na babcię Zoję zła, że mnie rozpuściła jak bicz dziadowski. Babcia jednak zawsze mnie broniła: - Warieńka! Toż to malczyk. Każdyj malczyk chuligan. A dziś my byli ze Sławoczkoj na górkie, zjeżdżali na sanoczkach i Sławoczka był maładiec!

W przeciwieństwie do dziadzia Wani, który świetnie mówił po polsku, babcia Zoja uroczo mieszała wszystkie nasze rodzaje, tryby i przypadki, co dodawało jej jeszcze większego uroku. Mimo swego wieku była żywa jak iskra. Co prawda i ją trapiły choroby, głównie astma. Wtedy w popielniczce paliła specjalne zioła, których dym wdychała, i to jej pomagało. Zapach tego dymu po "ziołowych papierosach" unosił się w całym domu na Bielanach.

Nie sądziłem, że dziadzio Wania, który tak pięknie robił mi trąbę słonia, woził na plecach i nauczył ukraińskiej piosenki: "Kowale, kowale, skuj ty mene lalą i z ruczkami, i z nóżkami to je pochitaje", jest wielkim uczonym. Tymczasem Iwan Szowhenow w Rosji carskiej był wybitnym specjalistą od inżynierii wodnej, profesorem Uniwersytetu w Kijowie i głównym projektantem zapory wodnej na Dnieprze - słynnego Dnieprostroju. Wybuch rewolucji przerwał tę budowę i dopiero Sowieci z wielką propagandową pompą ją dokończyli w 1932 roku. I tu stał się cud. Uczniowie dziadzia Wani, którzy po jego wyjeździe do Polski kierowali budową Dnieprostroju, złożyli mu kurtuazyjną wizytę w Warszawie. W dowód uznania wręczyli pamiątkowy album ze zdjęciami zapory. Rzecz niezwykła. W końcu Iwan Szowhenow był białym emigrantem, ale to dla Moskwy się nie liczyło. Autorytet uczonego zdominował trefny polityczny życiorys.

Iwan Szowhenow (pośrodku) w gronie profesorów Ukraińskiej Akademii Gospodarczej w Podiebradach w Czechosłowacji w 1928 roku.

Dziedzio Wania (tyłem) wita w imieniu władz uczelni prezydenta Czechosłowacji Tomáša Masaryka.

Mój przyszywany dziadzio Wania, profesor Iwan Szowhenow.

O Ukraińskiej Akademii Gospodarczej w Podiebradach też wtedy pierwszy raz usłyszałem, bo dziadzio Wania na niej wykładał.

Tej srogiej zimy 1940 roku wysłano mnie na tydzień do dziadków na Bielany. Moje brązowe buty od Baty były za ciasne i babcia Zoja dała mi swoje śniegowce. Stopę mieliśmy prawie równą, gorzej było z obcasem słupkiem. Jak biegałem, to się wywalałem. Chłopaki się ze mnie śmiali i przezywali - Kalosznik! (Tym "kalosznikiem" byłem do końca pobytu na Bielanach).

Kiedy mama po mnie przyjechała, zdziwiła się, widząc mnie w tych kaloszach na śniegu, ale babcia Zoja przyjęła to normalnie:

- Ty sztoż, Warieńka! Dała Sławoczkie moi kaloszy i wsio. O czym tu dumać!

Wkrótce potem Niemcy poznali się na wartości dziadzia Wani i w tym samym 1940 roku zaoferowali mu katedrę na Politechnice w Gdańsku. Po chwili wahań dziadkowie tam wyjechali.

Iwan Szowhenow musiał być nie lada uczonym, skoro te dwa tak drapieżne totalitaryzmy z równą siłą rzuciły się na jego talent i wiedzę.

Jeden z synów dziadzia Wani działał w narodowym ruchu ukraińskim i Niemcy go rozstrzelali. Nie wiem, czy był działaczem OUN, czy innej organizacji. Dziadzio Wania zaś zmarł na serce w 1942 w Gdańsku i babcia Zoja przeniosła się do swych córek pod Hanower. Po wojnie cierpiała straszny głód i mama wysyłała jej paczki z Polski.

Babcia Zoja w jednym z listów oddała też mamie pod opiekę swą przyjaciółkę, panią Plemiannikow. Mama zaraz do niej poszła i przeraziła się. Pani Plemiannikow przymierała głodem. Mieszkała w starej kamienicy na Śniadeckich w małej suterenie. Była to siwiutka staruszeńka podobna do babci Zoi, o niezwykłej wprost szlachetności twarzy. Nawet w "piwnicznej izbie" zachowywała klasę17.

Od czasu tej pierwszej wizyty mama regularnie już do niej jeździła z pieniędzmi, paczkami i lekarstwami. Wiele razy towarzyszyłem mamie w tych wizytach.

Za każdym razem, gdy zjawialiśmy się na Śniadeckich, pani Plemiannikow, siedząc na łóżku, witała nas jak swych wybawicieli. Samotna, opuszczona i niedołężna nikogo już nie miała. Zostaliśmy tylko my. Jedyni łącznicy z jej dawnym, starym światem.

Taki był los przyjaciółki babci Zoi, pani Plemiannikow, po wojnie.

Taki był los w czasie wojny projektanta Dnieprostroju profesora Iwana Szowhenowa, mego przyszywanego dziadka.

* * *

Wciąż słyszało się o nowych aresztowaniach i ulicznych egzekucjach. Po szoku, jakim był mord zakładników w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia na stacji kolejki podmiejskiej w Wawrze, nowy cios spadł bezpośrednio na nasz Żoliborz. Po raz pierwszy przeżyliśmy blokadę. Tak nazwano otaczanie przez żandarmów naszych Kolonii i wygarnianie ludzi z mieszkań. Głównie mężczyzn. Wsadzano ich do stojących przed domem bud i wywożono w nieznanym kierunku.

Z IV Kolonii wzięli ojca Krzysi, Tadeusza Brzezińskiego. W innym czasie aresztowano jej wujka, Stanisława Landego. Z naszej klatki schodowej zabrali też Henryka Gaudasińskiego z trzeciego piętra, tego, co miał motocykl, i jego młodego syna Zygmunta. Również wzięto dobrego kolegę taty ze spływów kajakowych Stanisława Jelińskiego18, który miał zwyczaj zawsze do ojca na pożegnanie mówić: - Jerzy, trzym się!

Z tej pierwszej żoliborskiej blokady we wrześniu 1940 roku szczęśliwie wyszli mieszkańcy V Kolonii. Niemcy mieli stare plany Warszawy, na których nie figurowała nowa nazwa części ulicy Marymonckiej - ulicy Słowackiego. Wprowadzona została dopiero w marcu 1939. Na ich planie była stara nazwa. Ponieważ Niemcy nowej nie znaleźli, nie zablokowali Słowackiego, choć sama logika na to wskazywała. Nie mieli jednak rozkazu. Paradoksalnie Ordnung niemiecki uratował V Kolonię.

W tej blokadzie wsławił się Jan Mulak19 z IV Kolonii, który po linie spuścił się z trzeciego piętra na ulicę Płońską, dziś Próchnika, i uciekł Niemcom.

Janka Pięcińskiego zabrali z jego nowego domu na Bielanach, do którego przeprowadził się na początku wojny. Niemcy specjalnie po niego przyszli. Związał się z pierwszą organizacją podziemną, wydał ich agent i gestapo dokonało aresztowań. Podobno Niemiec, który po niego przyszedł, widząc Kalinę w wózku i trzyletnią Rozmarynę obok, powiedział:

- Człowieku! Gdzie twój rozum?! Tu młoda żona, dwoje małych dzieci, a ty się bawisz w konspirację?!

Janek, podobnie jak jego przyjaciel Jerzy Jurkowski, z Oświęcimia już nie wrócił. Wkrótce Rysia otrzymała oficjalne zawiadomienie o jego zgonie20. W ciągu roku straciła ojca, brata i męża.

Oprócz Lutka Kacperskiego te wczesne aresztowania dotknęły niemal wszystkich przyjaciół ojca z kajakowych spływów.

Olka Palińskiego, mojego Kolegę Betkę, aresztowano wraz z całą rodziną i osadzono na Pawiaku. Po wyjaśnieniu pomyłki panią Olę z Krysią po pewnym czasie zwolniono, a jego wywieziono do Oświęcimia. To był sam początek Oświęcimia i czasem udawało się kogoś wyreklamować. Z tym, że z Olkiem była sprawa dość szczególna. W Oświęcimiu nieco po amatorsku grał w obozowej orkiestrze na skrzypcach. Dyrygent esesman miał muzyczne ambicje, chciał postawić orkiestrę na wysokim poziomie i brał do niej najlepszych skrzypków, koncertmistrzów z całego świata. Dlatego zrezygnował z Olka i zgodził się go zwolnić. Słabsza gra uratowała Kolegę Betkę.

Po wyjściu z Oświęcimia zmienił się bardzo. Przestał przypominać dawnego Kolegę Betkę. Nie żartował i nie uśmiechał się. Siedział smutno na zydlu i robił modne drewniaki na koturnach. Jedne takie zrobił mojej mamie - z zielonym, pluszowym paskiem. Mama była niewysoką, szczupłą kobietą o niezwykle zgrabnych nogach. Na tych koturnach wyglądała bajecznie. Zachwycona, wylewnie dziękowała Olkowi, ale nawet wtedy ledwie się uśmiechnął.

Przestał grać na pianinie. Nie mówił, co widział. Nawet memu tacie nie pisnął słowa. Pod tym warunkiem go wypuszczono. Bał się, że drugi raz trafi za druty. Długo przełamywał w sobie ten strach. Dopiero podczas Powstania Warszawskiego odzyskał dawną energię i zaczął aktywnie działać w cywilnych władzach powstańczych.

Ojciec Krzysi też został wyreklamowany. Jej mamie udało się dotrzeć do gestapowca w alei Szucha, który za olbrzymią łapówkę załatwił zwolnienie. W tej reklamacji pomogła nieco panu Tadeuszowi Brzezińskiemu jego praca w SPB21.

Wrócił z Oświęcimia z ogoloną głową, wychudzony i mizerny - ale żył i wszyscy się z tego cieszyli. Radość trwała krótko. Niedługo potem zaczął chorować. Podczas przesłuchania odbito mu nerki i teraz to pobicie się odezwało. Lekarze stwierdzili raka. Ponad rok po powrocie - umarł. Zapamiętałem go jako smukłego blondyna w złotych okularach. W chwili śmierci miał niewiele ponad trzydzieści lat. Pamiętam, jak tuż przed wojną oglądaliśmy z nim piękne, trzypokojowe mieszkanie w nowym bloku na placu Inwalidów, które Brzezińscy właśnie kupili. Asia Brzezińska pracowała w Białym Krzyżu i napisała dla żołnierzy analfabetów podręcznik do nauki czytania i pisania. Ten podręcznik tuż przed wojną został wydany w dużym nakładzie i właśnie za to honorarium Brzezińscy kupili to mieszkanie. Pan Tadeusz był niezwykle szczęśliwy i namawiał moich rodziców, by kupili podobne, do czego byli już skłonni. Wojna przekreśliła wszystko.

Wuj Krzysi, Staś Landy, młodszy brat Asi i jedyny syn doktora Landego, nie wrócił z Oświęcimia. Rodzina dostała oficjalne zawiadomienie o jego zgonie.

W związku z wprowadzeniem w grudniu 1939 roku przez Niemców nakazu noszenia przez Żydów opasek z gwiazdą Dawida wielu ludzi pochodzenia żydowskiego musiało się zdecydować: włożyć je czy nie. Sporo naszych przyjaciół wybrało to drugie. Wyrobili sobie aryjskie papiery, niektórzy zmienili mieszkania i nazwiska lub nawet nie i dalej żyli na naszym osiedlu. Ja nie bardzo zdawałem sobie z tego sprawę. Miałem starszą koleżankę w przedszkolu, Lilkę Wolman, którą wciąż przezywałem: - Wolmanowa stara krowa! - Lilka bardzo się tym denerwowała, co mnie jeszcze bardziej zachęcało. Razem z Piotrkiem Wesołowskim ciągnęliśmy ją za warkocze. Mama musiała się o tym dowiedzieć, bo pewnego dnia posadziła mnie na kolanach i uroczystym tonem oświadczyła:

- Słuchaj, syneczku. Jesteś już dużym chłopcem i pewne rzeczy powinieneś rozumieć. Jest wojna, są Niemcy. Bardzo cię proszę. Nie mów więcej do Lilki Wolmanowa, bo ona nie jest już Wolmanowa, tylko Wiśniewska. Jeśli dalej będziesz ją przezywać Wolmanowa, możesz jej bardzo zaszkodzić. A chyba nie chcesz. Więc przyrzeknij mi, że nigdy nie wymówisz jej starego nazwiska. Przyrzekasz mi?

- Przyrzekam - odparłem. I nigdy więcej go nie wymówiłem.

Ze względu na modne wówczas monogramy na zastawach stołowych, pościeli i bieliźnie ludzie starali się dobierać sobie te nowe imiona i nazwiska tak, żeby zaczynały się na te same litery. Tak więc Witek Adelberg odwrócił ich kolejność i został Adamem Wicińskim. W razie rewizji zawsze mógł się wytłumaczyć i przyznać do swoich przedwojennych koszul. Wyhaftowane litery "WA" zgadzały się. Witek Adelberg - Wiciński Adam.

Witek wyprowadził się ze swego dużego mieszkania w Śródmieściu i zamieszkał na Żoliborzu przy ulicy Czarnieckiego na tyłach fortów Cytadeli Warszawskiej. Wynajął pokój u jakiegoś przedwojennego oficera, który też się ukrywał, tyle że z innych powodów. Witek jako Adam Wiciński zapuścił wąsy i chodził jak większość młodzieży w zielonych bryczesach i wysokich oficerkach. Robione były one u najlepszych warszawskich szewców i krawców. Chłopcy chodzili w nich oraz świetnie skrojonych kurtkach i płaszczach o głębokich kieszeniach. Na głowie mieli cyklistówki lub kapelusze. Z podniesionymi kozacko kołnierzami w tych "szklankach" maszerowali z oficerską gracją, a ludzie, zwłaszcza panie, zerkali na nich z prawdziwą przyjemnością.

Patrzyłem na Witka i Ryśka Adelbergów jak na dwóch bogów. Prawdziwe Młode lwy. Gdy tę książkę Irwinga Shawa i film z Marlonem Brando obejrzałem, od razu Ryś z Witkiem mi się przypomnieli. Ci nasi mężni chłopcy. Z polotem, brawurą i gotowością do ofiar. Byli jak wszyscy inni. I na tych lewych papierach gwizdali sobie na szmalcowników w bramie. Na Czarnieckiego Witek zamieszkał ze swoją narzeczoną Lusią, która też nosiła bryczesy i oficerki. Tyle że nie czarne, a brązowe. Razem tworzyli piękną parę. Lusia bardzo mi się podobała. Może bardziej niż moja przedszkolanka Marysia Minasiewicz.

Powoli zacząłem się przyzwyczajać, że tego, o czym mówi się w domu, nie wolno mi powtarzać na podwórku. Najwięcej zwierzałem się Krzysi i lubiłem sobie z nią poplotkować, ale nawet przed nią trzymałem język za zębami. Do naszego domu przychodziło pełno koleżanek mamy z "Domu Sierot" i młodzieży z "Małego Przeglądu". Lubiłem wtedy razem z nimi siadać przy stole i przysłuchiwać się rozmowom. Mama często mówiła: - Jareńku, nie podpieraj tak stołu, tylko idź na podwórko bawić się z chłopcami.

Ale ja wolałem podpierać stół. To było zdecydowanie ciekawsze.

Dyskrecja domowa nie przychodziła mi łatwo. Wciąż zdarzały mi się wpadki. Po powrocie z kolonii "Domu Sierot" w Gocławku, grając z kolegami w pikuty, pochwaliłem się w piaskownicy, że moim najlepszym przyjacielem jest teraz Moniek. Wisiek Dziedzic i Karus zaczęli się śmiać:

- Jaki Moniek! Zwariowałeś?! - krzyknęli. - Chyba Maniek!

- Moniek! - upierałem się.

- Nie ma u nas Mońków - orzekli kategorycznie.

Kiedy powiedziałem o tym mamie, znów mnie przestrzegła:

- Przyjaźniłeś się z Mońkiem, to prawda, ale teraz, synku, lepiej się do tego nie przyznawać. O wiele bezpieczniej przyjaźnić się z Mańkiem. Pod tym względem oni mają rację. Niestety.

* * *

Moim najlepszym przyjacielem na podwórku był Kazik Orłowski. Mieszkał na IX klatce w samym rogu III Kolonii. Nasze podwórko zamknięte było dwoma blokami. Wzniesionym wzdłuż ulicy Krasińskiego wyższym, trzypiętrowym, i tylnym, dwupiętrowym. Ten niższy blok wychodzący na kotłownię WSM-u i nasze przedszkole był krótszy i jego XVI, ostatnia klatka, w której mieszkał dozorca Wiśniewski i Karus, kończyła się na wysokości mojego okna od podwórka. Dlatego z byłego schronu przeciwgazowego mogłem widzieć inspekty WSM-u przyległe do przedszkola, wykop pod fundamenty VI i część V Kolonii z Poradnią dla dzieci doktora Landego i oknem mojej nauczycielki muzyki pani Wandy. Widziałem też narożny balkon Andrzeja Jakubowskiego, a za Piątką asfaltową jezdnię ulicy Słowackiego, dawnej Marymonckiej, biegnącą na Bielany i dalej do Młocin i Łomianek. Ulica wysadzana była wiekowymi topolami, których korzenie sięgały ponoć czasów króla Jana III Sobieskiego i królowej Marysieńki22.

Przy tej ulicy stał żółty dom, zwany feniksowym, którego wyższy, pięciopiętrowy front wychodził na plac Wilsona.

Lokatorzy od IV klatki schodowej do narożnej IX takiego widoku jak ja z mego okna nie mieli. Widzieli tylko nasz niższy, dwupiętrowy blok i podwórko.

W narożnych klatkach były największe, czteropokojowe mieszkania z małymi balkonami. Miały dwoje wejściowych drzwi (jedne kuchenne dla służącej) i wyposażone były w łazienki, których my nie mieliśmy. Kąpaliśmy się w publicznej łaźni lub w balii.

Nic dziwnego, że te narożne mieszkania wynajmowali najzamożniejsi ludzie. Często lekarze i dentyści. Na trzecim piętrze I klatki mieszkał z rodziną pan Sokołowski od małego fiata, ojciec Anki i Adasia. Na parterze w tej samej klatce mieściła się administracja osiedlowa i biuro Zarządu WSM.

Właśnie w takim największym i najnowocześniejszym czteropokojowym mieszkaniu z łazienką w narożnej IX klatce na pierwszym piętrze mieszkał Kazik Orłowski. Jego ojciec był lekarzem. Kazik miał starszego brata Jurka, który już chodził do szkoły i z nami się nie zadawał. Bawiliśmy się sami. Doszła do nas jeszcze Krzysia Brzezińska i razem tworzyliśmy zwarty trójkąt. Łączyło nas wspólne nieszczęście. Piegi. Kazik też je miał. Co prawda mniej niż ja, ale miał. Przynajmniej przyjemnie było mi na niego popatrzeć i pocieszyć się, że nie tylko mnie spotkała ta przeklęta piegowata dola.

Kazik miał dużo zabawek, co też wzmacniało naszą przyjaźń. To właśnie z nim mroźnej zimy 1940 roku jeździliśmy na sankach i łyżwach, które mi ciągle spadały z nóg. Ciężko je było znów przypiąć do buta. Z blaszki też potrafiły spaść. Czasem z blaszką i obcasem. Te wiecznie spadające i przykręcane kluczykiem turfy były zmorą mego dzieciństwa. O ileż szczęśliwszy był Kazik ze swymi salkofami przybitymi do butów. Bardzo mu ich zazdrościłem.

To z Kazikiem pierwszej okupacyjnej zimy odgrzebywaliśmy spod śniegu ciemne placki płytko pochowanych na naszym dołku kawaleryjskich koni i skakali po ich brązowej sierści.

Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia zapukałem do drzwi Kazika i zamiast jego mamy otworzyła mi jakaś obca pani, która oświadczyła, że Orłowscy już tu nie mieszkają.

- A gdzie? - spytałem.

- Wyprowadzili się do getta - ucięła krótko i zamknęła drzwi.

Uderzony tym słowem, zgłupiałem. Uważałem Kazika za takiego samego jak my i nagle poszedł do getta. Wtedy po raz pierwszy boleśnie odczułem to słowo. Nie przeszkodziło mi to jednak dalej grać w plomby, puszczać smroda i brać udział w wojnie z V Kolonią. Również bić się i przezywać. Oczywiście innych. Bo jak mnie przezywano - cierpiałem strasznie. Najbardziej, gdy ktoś wymyślał mi od piegusów i rudzielców. Jako blondyn o ryzykownym odcieniu (jak później kpił ze mnie Andrzej Jarecki), miałem lekko złotawe włosy i ze swymi piegami mogłem prowokować do takiej obelgi. Kiedy więc Myca sprzed swojej VI klatki wołał: - Ryżi, ryżi, ryżi fajans! - pół dnia miałem z głowy.

I zazdrościłem Wiśkowi z trzeciego piętra jego pszennych włosów i wspaniałej cery. Nawet najbardziej słonecznego lata Wisiek miał nos czysty jak łza. I opalał się na brązowo, nie jak ja przez sitko. Dziś zadziwia mnie moja głupota. O ryzykowny kolor włosów więcej drżałem niż o moje pochodzenie. Co prawda nie w pełni zdawałem sobie z niego sprawę, koledzy z podwórka też mi o nim nie przypominali. Zakrawało to na cud. Prawie każdy miał przezwisko, a ja nie, moje nazwisko aż się o to prosiło. A jednak nikt mnie nie przezywał Abram ani nie wymyślał od Żydów. Jedynie od piegusów i ryżych. Miałem szczęście.

Nie znaczy, że inni je mieli i że nie interesowano się cudzym pochodzeniem na naszym podwórku. Kolegom, których rodzice mieli aryjskie papiery, często w złości wymyślano od Żydów. W piaskownicy jednak nie było to takie groźne.

Najbardziej dociekliwy pod tym względem był starszy ode mnie o parę lat Kucio. Jego dociekliwość związana była bardziej z przedwczesnym dojrzewaniem płciowym niż poglądami. Kucio z pasją podglądał dziewczyny, opowiadał sprośne kawały i klął jak szewc. Mimo że jego ojciec, prawdziwy szewc, nie klął nigdy. Był to spokojny, kulturalny pan. Podobnie jak mój ojciec stracił nogę, tyle tylko, że poniżej kolana, więc utykał mniej. Nie mógł jednak biec za synem, co dla Kucia było zbawieniem. Gdy coś w domu przeskrobał i ojciec chwytał za pas, zawsze zdążył mu zwiać.

- Czekaj! Wróć ty tylko do domu, wyrodku! Już ja ci pokażę! - odgrażał się ojciec, wymachując szewskim pocięglem.

- Akurat! - Kucio odwracał się tyłem do ojca i ze zgiętą w łokciu ręką ryczał zwycięsko: - Takiego owłosionego!

Kucio na swoją kolonijną ofiarę obrał sobie młodszego od nas Zbyszka Rudnickiego z XIII klatki, który miał pecha nosić w zimie modną czapkę pilotkę z wyłożonym nad czołem szarym, karakułowym barankiem. Z tej racji Kucio zaraz go przezwał Owłosiony Hełm. Zbyszek Owłosionym Hełmem został i był - nawet w lecie, bez tej pilotki.

Zgodnie z nazwiskiem, Kucio interesował się też Zbyszka kuciem. Często gdy siedzieliśmy razem na klatce, mówił: - Pokaż no, Zbysiu, swego obrzynka. Obejrzymy go sobie, jaki on jest.

Pojęcia nie miałem, co to obrzynek, ale rechotałem wraz z nim. Pod tym względem miałem wredny charakter.

Moim kolegą był Janusz Tarski z VI klatki, syn Alfreda Tarskiego, jednego z największych logików matematycznych, którego nazwisko można dziś znaleźć w każdej encyklopedii świata. Przed wojną Alfred Tarski wyjechał do USA i zrobił tam wielką karierę. Ale ja o tym nie wiedziałem i dokuczałem słabszemu Januszkowi, który był chłopcem lękliwym i kruchym. Wszystkiego się bał i o byle co płakał. Przezwałem go więc zaraz Cykorią i nikt na podwórku już inaczej na niego nie mówił. Znęcałem się też nad nim wraz z Kuciem i innymi, ale potem po cichu przepraszałem i w domu podlizywałem mu się w nadziei, że mi pomoże w rachunkach. Wtedy Cykoria zmieniał się w Januszka. Januszek wielkodusznie wybaczał mi publiczne zdrady i w mig podliczał za mnie arytmetyczne słupki. Po swym ojcu odziedziczył wielki talent do matematyki.

Kucio dokuczał również Wiśkowi Dziedzicowi. Nie czepiałby się go, gdyby niania Wiśka Nata tak fatalnie nie wymawiała jego imienia. Nata była z Rosji i strasznie zaciągała. Wychylając się z trzeciego piętra, wołała na całe podwórko: - Wisj! Wisjeczku! Siódma godzina! Chodź na posiłek!

Kucio zaraz to podchwycił i widząc Wiśka, z dala krzyczał: - Wisj! Wisj! Wisj!

A Wisiek mu: - Kut! Kut! Kut!

I tak przerzucali się przez całe podwórko. Kucio cienko: - Wisj! Wisj! Wisj!

Wisiek nisko: - Kut! Kut! Kut! - z szewską pasją.

Duet ten trwał przez chwilę, zmieniając kadencję i głos o ton wyżej. Wreszcie Kucio nie wytrzymywał tego Kuta i z rykiem: - Ach ty gnoju! Ja ci zaraz dam Kuta, platfusie! - ruszał na Wiśka wielkim susami. A gnał jak kangur. Wtedy Wisiek wiał do swej klatki, rwąc po dwa schody w górę. Wiedział, co go czeka. Na pięści z Kuciem nie miał szans. Tylko w tym podwórkowym duecie mógł się z nim mierzyć.

* * *

Chodziłem czasem z mamą do jej koleżanek, które przenosiły się do getta i chciały się pożegnać. Wkrótce opuszczały swój dom.

Jedno takie mieszkanie zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Miało chyba z osiem pokoi. Wszystkie okna były pozasłaniane. Wszędzie panował półmrok. Krzesła były przykryte czarnymi pokrowcami i poustawiane do góry nogami jak przed zamknięciem lokalu. Krążyłem po tym domu jak po labiryncie. Nie było tam zabawek, więc się nudziłem. Przy dużym stole siedziała mama z przyjaciółką i rozmawiały szeptem. Były bardzo zdenerwowane. Mama ją do czegoś namawiała, ale nie wiedziałem do czego. Wciąż powtarzały się te same słowa: - Może nie powinnaś tam iść, lecz zostać tu. Pomyśl. Może nie powinnaś tam iść...

Koleżanka bezradnie rozkładała ręce. Mało rozumiałem z tych słów, ale czułem podświadomie lęk. Chciałem jak najszybciej wyjść z tego domu. Gdy wreszcie znaleźliśmy się na ulicy, odetchnąłem z ulgą.

Nie wiem, jak ta koleżanka miała na imię. Może Dorka, a może nie. Na pewno nie Leonka, z którą mama się przyjaźniła. Leonka Asz też zdecydowała się pójść do getta. Z dwoma synami - Olesiem i Witusiem. Jej mąż Edward Asz był na placówce i wojna zastała go za granicą. To właśnie u Leonki spędzaliśmy w Kazimierzu nasze ostatnie przedwojenne wakacje. Leonka wynajęła tam cały dom i zaprosiła na letnisko swoje koleżanki z dziećmi. Bawiłem się z jej młodszym synem Witusiem, który był o dwa lata młodszy ode mnie i nad wiek rozwinięty. Dawno płynnie czytał, podczas gdy ja znałem ledwie parę liter. Wituś urodził się z jedną rączką krótszą, zakończoną małą piąstką bez palców. Mimo tego kalectwa świetnie sobie dawał radę. W bójce tłukł nas tą piąstką jak buławą. Miał wielki temperament i był nadzwyczaj bystry. We wszystkich loteryjkach wygrywał, a w kartach i szachach nie dawał się nawet dorosłym. Starszego syna Leonki, Olesia, zapamiętałem jako łagodnego blondynka o opalonej, miłej twarzy. Leonka była całkowicie zasymilowana i nie wyglądała na Żydówkę. Miała jasnoblond włosy i niebieskie oczy. Do tego była bardzo ładna i niezwykle wprost zaradna. Obdarzona wielkim sprytem. Mama tego sprytu i zaradności zawsze jej zazdrościła. Z powodzeniem mogła zostać po tej stronie dzielnicy i nie iść do getta. Ale postanowiła inaczej. Nikt nie wiedział, czym to getto będzie. Gdy jej mąż wrócił po wojnie, Leonki i dwóch swoich synów już nie zastał. Wszyscy zginęli w Treblince.

"Dom Sierot" wyprowadził się z ulicy Krochmalnej, która została po aryjskiej stronie, do domu znajdującego się na terenie getta. Długoletni dozorca na Krochmalnej, Piotr Zalewski, prosił Niemców, by pozwolili mu wraz żoną Kazimierą pójść razem z doktorem Korczakiem, Stefanią Wilczyńską i całym zakładem do getta. Niemcy pobili go i kazali zostać. Zalewscy byli bezdzietnym małżeństwem. Kochali szczególnie jedną dziewczynkę o imieniu Różyczka. Chcieli bardzo, by Różyczka została z nimi, ale jej matka, również pracownica "Domu Sierot", na to się nie zgodziła. Zalewscy byli niepocieszeni.

Zostali dalej w swej stróżówce na terenie "Domu Sierot", pilnując murów, które od lat kochali. Z początku łudzili się, że doktor Korczak tu wróci. Potem, gdy zobaczyli, co się w getcie dzieje, stracili nadzieję. Boleśnie przeżyli śmierć Doktora, opiekunek i dzieci. Kochali je jak swoje.

W pierwszych dniach sierpnia 1944 roku Niemcy zdusili Powstanie na Woli. Własowcy i Ukraińcy pod niemiecką komendą wtargnęli do domu na Krochmalnej. Piotra Zalewskiego, jego teścia Wincentego Szymanowskiego i innych mężczyzn wywlekli z domu, postawili pod murem na dziedzińcu "Domu Sierot" i rozstrzelali. Dziś stoi tu kamień pamiątkowy ku czci Zalewskiego ufundowany przez Komitet Korczakowski23.

Kazimiera Zalewska po wojnie pracowała u nas w domu na Krasińskiego. Moi starzy koledzy ze studiów i STS-u pamiętają panią Kazię. Gdy przychodzili do mnie, kochała ich karmić. Znakomicie gotowała. Mówiła czysto po warszawsku. Szczególnie lubiła karmić Andrzeja Jareckiego, który był wyjątkowo szczupły i przy swoim wzroście i chudej twarzy wyglądał jeszcze chudziej. Andrzej był jej faworytem i ulubionym stołownikiem. Nazywała go Suchar. Ciągle pytała, czy Suchar przyjdzie na obiad. Kiedy przychodził, poprawiała białą chustkę na głowie, brała się pod boki i wzdychając, użalała się nad nim: - Boże! Jakie to chude! Mizerne! Same kości. Jezu słodki! Niech siada i je. Mam dziś dla niego fajne golonkie z kopytkamy. Sobie wreszcie poje.

I Andrzej jadł, ceniąc bardzo kuchnię pani Kazi.

Pani Kazia ocalała wtedy, w 1944 roku, w "Domu Sierot". Wraz ze swoją matką widziała śmierć męża i ojca. Jej siostra Regina, która przed wojną też pracowała w "Domu Sierot" wraz ze swym mężem Eugeniuszem Kucińskim, zdążyła uciec dosłownie w ostatniej chwili. Oboje przebili się pod ostrzałem wykopami i piwnicami do Śródmieścia.

Właśnie szwagier Piotra Zalewskiego, Gienio, był tym Polakiem, który dostarczył platformę ziemniaków do getta dla "Domu Sierot". Urodzony na Kiercelaku, od dziecka handlował. Był typowym cwaniakiem warszawiakiem w najlepszym tego słowa znaczeniu. Z humorem i fantazją. Rodem z Wiecha. Dzięki swej przebiegłości i sprytowi w mig wyczuł, co się święci, i w porę zwiał. Do tego samego namawiał Zalewskiego i swego teścia, ale oni nie chcieli. Zostali i zginęli w "Domu Sierot".

Pan Gienio do końca życia był wiemy Korczakowi. Uważał go za świętego: - Takich ludzi jak pan Doktor nie ma, panie Jaruś! - powtarzał. - Nie ma i nie będzie! To był człowiek!

Znał mnie od dziecka i zawsze dla niego byłem Jaruś. Już jako schorowany starzec bez zaproszenia, bo nigdy mu z żadnych komitetów zaproszeń nie przysyłano, wsparty o lasce, zawsze dowlókł się na wszystkie uroczystości korczakowskie. Umarł w całkowitym zapomnieniu w 1992 roku. Jego żona, ostatnia chyba pracownica "Domu Sierot" na świecie, żyje do dziś. Mieszka w Zakładzie dla Chronicznie Chorych - bo tak ten dom starców prowadzony przez siostry felicjanki na ulicy Nowowiejskiej w Warszawie się nazywa. Nikt jej nie odwiedza. I nikt o niej nie pamięta. Po mężu otrzymuje głodową rentę. Tak odchodzą ostatni prawdziwi korczakowcy.

Brat babci Stefy Wilczyńskiej, Stanisław, znany inżynier, nie zmienił nazwiska i nie włożył opaski. Mieszkał dalej z żoną Ireną obok nas na Żoliborzu, na ulicy Pogonowskiego. Był olbrzymi - miał blisko dwa metry wzrostu. Przed wojną wziął mnie swoim wielkim czarnym chevroletem na przejażdżkę. Pojechaliśmy ulicą Marymoncką, tą z topolami, po nowej asfaltowej szosie do Młocin i przez Łomianki w stronę Puszczy Kampinoskiej. Mknęliśmy jak lukstorpedą z Warszawy. Pamiętam tylko czubki sosen, które śmigały mi nad głową i uciekały do tyłu. Gdy wysiadłem z tego auta, byłem oszołomiony. Jak liliput patrzyłem na mego Guliwera. Pan Stanisław ze śmiechem podniósł mnie w górę. Z tej niebotycznej wysokości jeszcze raz ujrzałem tę jego czarną limuzynę. Dziś każdy chevrolet z tym pierwszym pana Stanisława mi się kojarzy.