PROLOG
Po raz ostatni spojrzał w zimne oczy
trupa.
Były przekrwione i spowite mgłą, jałowe, jakby nigdy nie tliło się w nich życie. Nagie ciało, które zostało już umyte i zdążyło stężeć,
nosiło ślady pobicia, twarz była czerwona i spuchnięta. Żałosny widok.
Ot, kupa połamanych kości, zmiażdżonych mięśni i pozrywanych ścięgien
obleczona skórą. Nic więcej. Ta myśl jednak nie sprawiła mu spodziewanej
przyjemności. Może wcześniej, teraz już nie. Czuł co najwyżej odrazę. I strach przed tym, co nastąpi. W świecie, w którym żył, długi trzeba było
spłacać.
- Wystarczy tych pożegnań - oznajmił jeden ze stojących obok ludzi. Echo
jego słów, wypowiedzianych lekko ochrypłym głosem, odbiło się od zimnych
ścian przestronnej hali.
- Jeszcze chwila.
- Nie mam na to czasu. I tak zbyt wiele go dla ciebie zmarnowałem. A mój
czas jest cenny.
- Wiem o tym i...
- No właśnie nie jestem tego tak do końca pewny - przerwał mu i wytarł
dłonie w chusteczkę. - I, kurwa, spójrz na mnie, gdy do ciebie mówię! -
warknął.
Mężczyzna pochylający się nad trupem przełknął ślinę i przeniósł wzrok
na rozmówcę. Ten mierzył go surowym spojrzeniem. Na co dzień nie
wyglądał na tak groźnego, jak w rzeczywistości był. Pomimo sporej
nadwagi nosił dobrze skrojone garnitury i często się uśmiechał.
Biznesmen, inwestor, filantrop. W mieście znał każdego - i każdy się z nim liczył. Był szanowanym obywatelem, prowadził szereg intratnych
interesów i regularnie płacił podatki. Sponsorował nawet place zabaw dla
dzieci. Działał w wielu branżach, w tym w sektorze trzody chlewnej, a miejsce, w którym właśnie się znajdowali, było ponurą emanacją tego, o czym większość zjadaczy schabowych nigdy nie chciałaby słyszeć i czego
nigdy nie chciałaby oglądać.
- Przepraszam, szefie. Za dużo emocji.
- Emocje to zły doradca. Nigdy nie kieruj się emocjami, bo skończysz jak
on.
- Rozumiem, szefie.
- Nie rozumiesz. Ale kiedyś zrozumiesz. Chcesz dać tatuśkowi buziaka?
Nie odpowiedział, tylko skrzywił się z odrazą. Odniósł wrażenie, że szef
z niego kpi. Odsunął się od zwłok.
- W takim razie kończymy imprezę.
Facet w garniturze przetarł czoło i schował chusteczkę do kieszeni.
Skinął na swojego człowieka stojącego obok. Mięśniak o aparycji
niedźwiedzia wyciągnął rękę, w której na długim kablu trzymał sterownik
z kilkoma kolorowymi przyciskami. Przekazał go rozmówcy swojego szefa.
Ten przez chwilę ważył urządzenie w dłoni, po czym ostatni raz spojrzał
na trupa.
- Spłoń w piekle, skurwysynu - mruknął i splunął na zwłoki. Gdy wcisnął
zielony guzik, halę wypełnił zgrzyt mechanizmu uruchamianej linii
produkcyjnej.
Patrzył w milczeniu, jak ciało powoli się oddala. Nadal nie czuł
satysfakcji. Nie spodobało mu się to, bo liczył, że będzie się karmił
tym uczuciem długie miesiące, a może nawet lata. Ogarnął go zawód, tym
większy, że zdawał sobie sprawę ze swojego położenia. Wiedział, że kiedy
przyjdzie czas zapłaty, nie będzie mógł odmówić.
- Zapowiada się dużo roboty - odezwał się mężczyzna w garniturze, jakby
czytał mu w myślach. - Możesz mi się przydać, więc nie ruszaj się z miasta.
Skinął na znak, że usłyszał, i przeniósł wzrok z powrotem na sunące po
taśmie produkcyjnej zwłoki. Dudniący echem w pustej hali odgłos
przemysłowej rozdrabniarki mięsa wybrzmiewał jakby coraz głośniej,
wwiercał się w skronie, niemal rozsadzał czaszkę. Wtedy poczuł ukłucie
lęku. Co on najlepszego narobił? Czy naprawdę było warto? To nie tak,
kurwa, miało wyglądać! Tylko co z tego? Było już za późno. Teraz mógł
tylko patrzeć.
Zacisnął powieki, zdjęty odrazą do samego siebie. Wtedy zwłoki zsunęły
się z taśmy. Coś zachrzęściło, coś mlasnęło. I już nie było spuchniętej
głowy ani jałowych oczu, nie było rąk, nóg ani obleczonego skórą worka
kości.
Pozostał dług.
ROZDZIAŁ 1
- Metrowa spira, dwie metrowe vangi i chuja. - Luta przymknęła oko i raz jeszcze się upewniła, czy kąt się
zgadza, a jej plan przebudowy rusztowania nie spali na panewce.
- Chuja? - Młody chłopak wyraźnie się speszył.
- No chuja, chuja. Wiesz, jak wygląda chuj?
- No... wiem.
Luta westchnęła.
- Dobra, nie wiesz - mruknęła, po czym zeszła z rusztowania. Poprawiła
kask i uśmiechnęła się do chłopaka. - Chuj to taki vange router z wystającym bolcem. Wiesz, jak wygląda zwykły vange router?
- Wiem. Takie coś z łańcuszkami.
- Otóż to. Więc to coś z łańcuszkami ma jeszcze bolec. Mniej więcej
taki. - Rozsunęła dłonie na około trzydzieści centymetrów. - I to coś z łańcuszkami i bolcem potocznie nazywamy chujem. Powinieneś go znaleźć w jednym z tamtych metalowych koszy. - Wskazała na pokaźne pojemniki
stojące na przestronnym balkonie.
- Okej.
- Tylko migiem, bo chcę skończyć przed przerwą, żeby już tu nie wracać.
- Metrowa spira, dwie vangi...
- Metrowe.
- I chuj. Już się robi.
Odprowadziła chłopaka wzrokiem. Poruszał się, rozglądając po całej
konstrukcji, tak jakby chwilę wcześniej teleportował się tu z innej
planety albo przypadkiem znalazł się na statku kosmicznym obcych. Z jednej strony kompletnie przerażony, z drugiej - totalnie zafascynowany.
Prawie każdy świeżak zachowywał się tak samo. Ona kiedyś też. Co prawda
minęło już dobrych kilka lat, ale doskonale pamiętała to uczucie, gdy po
raz pierwszy znalazła się na zadokowanej w stoczni platformie
wiertniczej. Ogrom konstrukcji ją przytłoczył, a koledzy jej byłego męża
- choć wzięli na nią poprawkę - dodatkowo nie ułatwili jej zadania.
- Luta, weź no mi po... tfu, naciągnij druta - polecił jej Daniel
pierwszego dnia pracy. Jego szyderczy uśmieszek i chichot kumpli
sprawiły, że w środku się zagotowała. Zachowała jednak kamienną twarz.
- A jak długiego chcesz tego druta? - zapytała.
- No...
- No jakiego? - powtórzyła.
Na deku zapadła cisza. Zamilkły nawet szlifierki. Poczuła na sobie
spojrzenia kilkunastu mężczyzn w czerwonych roboczych drelichach. Nawet
spawacze zdjęli maski i odłożyli sprzęt.
- Mogę ci pokazać - odparł Daniel, choć wyraźnie bez przekonania.
Przejrzała go natychmiast. Znalazł się pod presją kolegów i chciał
błysnąć. Były mąż ostrzegał ją, że to krewki typ i lubi się napinać, ale
bez wątpienia szepnął też chłopakom kilka słów na jej temat. Ona również
miała swoją historię.
- To pokaż - poleciła, wbijając w faceta surowe spojrzenie.
Sekunda. Dwie, trzy, pięć. Mięsień pod jego lewym okiem drgnął kilka
razy. To musiał być nerwowy tik i na pewno nad nim nie panował.
Potrafiła czytać z mowy ciała. Daniel wyraźnie się zagalopował i teraz
nie do końca wiedział, jak wybrnąć z sytuacji.
- No, pokaż jej! - poniosło się za jej plecami.
- Musi się dziewucha jakoś wkupić, co nie?
- Niech młoda chapie dzidę!
Posypały się niewybredne teksty, ale zignorowała je. Patrzyła prosto w oczy Daniela. Była w tym dobra. W koszarach twardsi wymiękali i zwieszali głowy. Gdy dostrzegła, że partner z teamu się szykuje, aby coś
powiedzieć, pozwoliła mu uniknąć kompromitacji.
- Żartowałam. - Uśmiechnęła się życzliwie. - To ile ci nawinąć tego
druta?
- Ty... - prychnął i pokręcił głową z niedowierzaniem. - Kilka metrów.
Janusz mówił, żeby na deku wyżej powiązać jakieś planki.
- W porządku.
Za plecami słyszała śmiechy, ktoś nawet gwizdnął, ale kompletnie to
olała. Przygotowała się na takie przytyki. Szymon ją uprzedził, że lekko
nie będzie. To był świat mężczyzn. Wielkich, buzujących od testosteronu
koni pociągowych, często z bagażem doświadczeń, czasem po wyrokach.
Wiedziała, że nie może przesadzać, zwłaszcza że nie wszyscy musieli
kojarzyć jej byłego męża, a ona była świeżakiem i pracę znała tylko z teorii, nie licząc kilku małych robót w Polsce, które jednak nie miały
prawie żadnego przełożenia na warunki panujące na platformie. Tutaj
wszystko było nowe i po prostu inne. Może z wyjątkiem facetów. Oni bez
względu na czas i miejsce zawsze pozostawali takimi samymi ogrami.
- Wejdź na górę i spróbuj to zamontować - powiedziała, gdy chłopak
wrócił z zamówionymi elementami rusztowania. - Wiesz mniej więcej, jak
to zrobić?
- No...
- Dobra, wytłumaczę ci. Właź, a ja podam ci materiał.
Mariusz nie wyglądał na przekonanego, ale dłużej się nie ociągał.
Wiedziała, że jeśli ma się czegoś nauczyć, to prędzej z nią niż z innymi. Nie chciała generalizować, ale podejrzewała, że ze swoim miękkim
charakterem i aparycją uczniaka młody szybko stanie się ofiarą docinków
ze strony starszych i bardziej doświadczonych kolegów, zwłaszcza tych z zaniżoną samooceną, którzy kompleksy próbowali tuszować niezliczoną
liczbą tatuaży i sztucznie zawyżonym stężeniem testosteronu we krwi.
Skinęła dwóm kolegom przechodzącym obok i podała elementy rusztowania
Mariuszowi, który poprawiwszy kask, zabrał się do montażu. Musiała
wytłumaczyć mu jak krowie na rowie, ale ostatecznie chłopak poradził
sobie całkiem zgrabnie.
- Będą z ciebie ludzie - pochwaliła go, gdy zeskoczył na dek. - Za pięć
minut przerwa. Idź coś zjeść.
- A właśnie... wiesz, gdzie jest kantyna?
Luta westchnęła i skinęła, aby chłopak ruszył za nią. W przeciwieństwie
do Mariusza, który dopiero zaczynał rotację, ona swoją na dziś kończyła.
Pomyślała, że zanim chłopak trafi pod skrzydła kogoś innego, pomoże mu
się zadomowić i poczuć odrobinę pewniej.
W kantynie usiadła na swoim miejscu, w towarzystwie najbliższych
kompanów. Przedstawiła im Mariusza - który zachowywał się, jakby włożył
czapkę niewidkę - a potem przy akompaniamencie niewybrednych żartów
zjedli obiad złożony z ryżu i kurczaka curry, popili ohydną kawą i wrócili do pracy. Ostatnie trzy godziny ciągnęły się jak flaki z olejem,
roboty też było niewiele, więc pod rusztowaniem wypytała trochę młodego,
kim jest i czym się wcześniej zajmował. Okazało się, że Mariusz to
ratownik medyczny, który w pewnym momencie miał już serdecznie dość
swojej pracy, zupełnie stracił do niej serce i postanowił zająć się
czymś, co zapewni jego rodzinie byt na przyzwoitym poziomie. Zdziwiła
się, gdy oznajmił, że ma dwie córki - sześcio- i dziewięcioletnią - a żona jest w ciąży z trzecim dzieckiem. W końcu miał być syn.
- Dlatego tu przyjechałeś? - zapytała.
- Miałem kumpla, który tu jeździł. Od dłuższego czasu mnie namawiał, ale
ja przecież nigdy nie miałem nic wspólnego z budowlanką. Gdy Malwina
zaszła w trzecią ciążę, a ja zrozumiałem, że ten cholerny koronawirus
może tak szybko nie odpuścić, zdecydowałem się spróbować. Uwierz mi,
bycie ratownikiem to naprawdę przerąbana praca. Ciągle w tych
kombinezonach, maskach, nawet wysikać się nie można. Tragedia...
- Trochę z deszczu pod rynnę. - Luta się roześmiała, ale szybko umilkła.
- Poczekaj, jak ruszą rozbiórki, zwłaszcza po czarteku, albo co gorsza w ruch pójdzie pyrogel. To cholerstwo jest dopiero szkodliwe, podobno
silnie rakotwórcze. Bez maski i szczelnego kombinezonu ani rusz.
- Słyszałem. Ale przynajmniej ludzie nie będą cię wyzywać od morderców i bandytów. A to już coś.
Godzinę przed końcem Luta pożegnała się z Mariuszem, wcześniej dając mu
kilka wskazówek odnośnie do pracy na platformie, po czym poszła do
szatni, aby się przebrać i spakować sprzęt. W środku czekało już
kilkunastu kumpli z rotacji, którzy od dłuższego czasu odliczali minuty,
aż odbiją kartę i opuszczą teren stoczni. Nie miała oporów, żeby się
przy nich przebierać - zresztą oni przez lata zdążyli się już do tego
przyzwyczaić - więc po przybiciu kilku piątek zrzuciła pas z narzędziami, kask oraz drelich, pod którym w lecie nosiła jedynie
obcisłe szorty i sportowy stanik niemal do zera spłaszczający jej i tak
mało wydatny biust. Do tej pory tylko jedna część ciała Luty sprawiała,
że kolegom, nawet tym najbardziej otrzaskanym z jej obecnością, trudno
było czasem odwrócić wzrok. Jej wyrobione przez lata ciężkich treningów
pośladki były duże i jędrne, a talia z płaskim brzuchem i lekko
zarysowanym sześciopakiem odcinała się od szerokich bioder, jakby ktoś
wyrzeźbił jej sylwetkę z marmuru. Również długie i umięśnione nogi
budziły respekt, zwłaszcza że niejeden ze współtowarzyszy przekonał się
o ich sile na macie, na której od czasu do czasu spotykali się po pracy
entuzjaści sztuk walki, a ona - od ponad dwudziestu lat regularnie
trenująca i odnosząca sukcesy w kick-boxingu, judo i brazylijskim
jiu-jitsu - większości z nich w ciągu pierwszych sekund udowadniała, że
jej reputacja nie wzięła się z niczego. Tylko jeden jedyny raz
przytrafiła jej się przykra sytuacja w szatni. To było cztery dni po jej
przyjeździe do Norwegii. Niejaki Bartosz, ksywa Wuju, nasterydowany
kurdupel o nalanej, wyjątkowo nieprzyjemnej twarzy, chcąc zaimponować
kolegom, klepnął Lutę w tyłek. Ale nie zdążył nawet zacisnąć dłoni na
pośladku, gdy w jego nadgarstku i łokciu coś chrupnęło, a on sam, jęcząc
z bólu, wylądował w parterze z twarzą dociśniętą do podłogi.
- Warto było? - zapytała, gdy go dosiadła i zacisnęła kolana na jego
żebrach.
- Puszczaj, bo mi rękę złamiesz, głupia cipo - odwarknął, czując na
sobie spojrzenia zszokowanych kumpli.
- Następnym razem... - Luta się nachyliła i resztę zdania wyszeptała mu do
ucha.
Wuju tylko jęknął i pokiwał głową. Wtedy z niego zeszła, a w szatni
rozległy się głosy podziwu dla jej umiejętności i szyderstwa z Wuja,
który zdruzgotany zaistniałą sytuacją dwa dni później wyjechał i na
kolejną rotację już nie wrócił.
Od tej pory zyskała szacunek kolegów, a Wuju nie zagrzał już miejsca na
żadnym norweskim projekcie, bo wiadomości o jego kompromitacji
wyprzedzały go, zanim zadokował na innej stoczni, rafinerii czy
platformie wiertniczej. Ostatecznie ponoć zdecydował się podjąć pracę na
projektach w Holandii, a przynajmniej takie krążyły plotki.
- A ty, Luta, masz jakieś plany na wakacje? - zapytał Tomek Czachowicz,
zwany Czachą, wielki jak tur facet z Gdańska. Jak wielu tutaj miał
ciekawą historię, swoje w pierdlu odsiedział, ale choć momentami
wkurzały ją jego sterydowe odpały, tolerowała go, bo był inteligentny, a czasem nawet całkiem sympatyczny.
- Zabieram dzieciaki nad morze - odparła, zamykając szafkę na klucz.
- Gdzie konkretnie, jeśli można spytać?
- Sianożęty.
- Znam. Ale to przecież wiocha. Co ty tam będziesz robić?
- Jadę z dziećmi - podkreśliła Luta. Większość swojego życia spędziła w towarzystwie facetów i nauczyła się z nimi rozmawiać, nie używając zbyt
wielu słów. Tak naprawdę w ogóle nie była zbyt rozmowna i zamiast bić
pianę, wolała działać. Za to chyba ją szanowali, bo nigdy się nie
tłumaczyła, nie doszukiwała się we wszystkim drugiego dna i nie dzieliła
włosa na czworo. Trochę jak przeciętny samiec. Krótko, jasno i na temat.
A gdy nie było innego wyjścia, tak jak samiec po prostu waliła w pysk.
- Baw się dobrze, Luta - rzucił za nią Czacha, gdy z torbą na ramieniu
opuszczała szatnię. Kilku kompanów mu zawtórowało.
- Wy też, ogry - odparła, posyłając im zalotnego buziaka. Za plecami
usłyszała przekomarzanki kolegów kłócących się o to, kto był jego
adresatem. Przyzwyczaiła się i nawet to lubiła, czasem rzucała im
kawałek mięsa, aby się trochę ponakręcali i nie zapominali, że mimo
wszystko jest kobietą.
Gdy wyszła na zewnątrz, odgarnęła włosy i zrobiła z dłoni daszek nad
oczami. Obudowana olbrzymim rusztowaniem majestatyczna platforma
wiertnicza stała w doku, rzucając cień na budynki gospodarcze. Luta
odetchnęła głębiej, wpatrując się w posrebrzoną promieniami słońca taflę
fiordu. Chwilę później odbiła kartę i pewnym krokiem ruszyła w kierunku
baraków pracowniczych. Marzyła już tylko o tym, aby zjeść kolację, wziąć
kąpiel i położyć się spać. Rano miała wsiąść na pokład samolotu i polecieć do domu, a potem czekał ją tydzień wakacji z Frankiem i Werką.
Pomyślała, że bardzo się za nimi stęskniła.
ROZDZIAŁ 2
Nadkomisarz Zygmunt Szatan wyszedł z budynku Komendy Miejskiej w Zielonej Górze i od razu zapalił papierosa.
Druga połowa czerwca była dość upalna, a on nie lubił, jak żar leje się
z nieba. W ostatnim czasie w ogóle wkurzało go wszystko, zwłaszcza
kolejne przydzielane sprawy. Na jego biurku piętrzył się taki stos
teczek, że nie wyobrażał sobie, aby z tego wybrnął przed świętami Bożego
Narodzenia. Wymuszenia, pobicia, w tym jedno ze skutkiem śmiertelnym,
morderstwo na działkach, a teraz jeszcze to...
- Kurwa mać - zaklął pod nosem, odcharknął i splunął. Miał sucho w ustach, a do tego bolało go gardło. Szkoda mu było pieniędzy na tabletki
czy syrop. Ostatnio było u niego krucho z kasą. Nie żeby kiedykolwiek
pławił się w luksusach, ale teraz prządł naprawdę kiepsko.
- Cześć, Zygi - rzuciła w jego kierunku Magda, niska i krępa aspirantka
z fryzurą na jeża.
Nie lubił, jak młodsi funkcjonariusze zdrabniali jego imię, ale
przyzwyczaił się, że traktują go trochę jak wiekowy wiktoriański mebel,
który jest na tyle stary, że głupio go wyrzucić, chociaż nikt już nie
chce z niego korzystać. Wolał po prostu Szatan albo nawet Stary, ale
Zygi czy Zyga go wkurwiało. Odmachnął jej i wrócił do palenia.
Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, jak ugryźć temat. W końcu
podreptał do pobliskiego sklepu i kupił zimne piwo. Wypił je duszkiem.
Wprawdzie gustował w mocniejszych alkoholach, ale zimny browar
najszybciej gasił pragnienie. Może od tego bolało go gardło? Ta myśl
odciągnęła go od głównego problemu, jednak na krótko. Chwilę później
długi znów o sobie przypomniały. Jak z takim bałaganem w głowie miał
szukać tego dzieciaka?
- Przyjrzyj się sprawie. Masz największe doświadczenie - polecił mu
podinspektor Zbigniew Kurowski. Facet miał ksywę Kura, ale to była
wersja oficjalna. Kurwa była tą bardziej rozpowszechnioną, bo należało
uczciwie przyznać, że naczelnik wydziału nie należał do ludzi
sprawiedliwych, a tym bardziej życzliwych czy serdecznych. Szatan jednak
też nie był święty i chyba dzięki temu, w przeciwieństwie do wielu
młodszych podkomendnych, jakoś się dogadywali.
- Wiesz, ile mam roboty? - zapytał swoim wiecznie zachrypniętym głosem.
- Niech ktoś inny weźmie tego dzieciaka.
- A wiesz, ilu ja mam ludzi?
- Tak chcesz podejść starego lisa? Zlituj się, Zbychu. To naprawdę
gówniana wymówka.
- Tak jak i twoja. Zawsze możesz spróbować cofnąć czas i oddać komuś
innemu Maliniaka i całą resztę. Umowa stoi?
- Tonący brzytwy się chwyta... - Szatan skrzywił się i chwycił akta.
Chciał otworzyć teczkę, ale zrezygnował. - Poza tym masz jakieś dowody,
że została porwana?
- W świetle ostatnich zaginięć dzieciaków i sygnałów z Warszawy
zakładamy, że to prawdopodobne.
- Znowu wciskają nos w nie swoje sprawy. - Szatan potarł spocone czoło i westchnął z niesmakiem. - Jeśli to ma być priorytet, to nie licz, że
pozostałe śledztwa ruszą choćby o milimetr - ostrzegł przełożonego.
- Nie pali się. Poczekają.
- No to... poczekają.
Nadkomisarz poprawił krawat i wstał z krzesła. Zawahał się, jakby chciał
coś dodać, ale ostatecznie bez słowa obrócił się na pięcie i ruszył do
wyjścia.
- Poczekaj! - zawołał za nim Kurowski. - Znam przyjaciółkę matki tej
dziewczyny, więc nie odwal jakiejś maniany.
Szatan się zatrzymał i odchrząknął. Podejrzewał, że ta sprawa ma drugie
dno.
- Nie można było tak od razu? - Odwrócił się i posłał przełożonemu
zdegustowane spojrzenie.
- Może i było można. Mogę ci dać kogoś do pomocy...
Znali się wiele lat, a Kurowski do tej pory czasem traktował go jak
faceta z połową mózgu. Był naprawdę wkurzający, ale los tak się ułożył,
że to on został naczelnikiem, a nie Szatan. Zygmunt się z tym pogodził i w sumie tolerował Kurę, pomijając te idiotyczne zagrywki.
Chuj by go strzelił, pomyślał.
- Wiesz dobrze, że pracuję sam, więc nie zmieniaj tematu - odburknął.
- Tylko pytałem...
- Ile mam czasu?
- Wiesz, że przy porwaniach czas to...
- Pytam o tych z centrali.
- Aha... - Kurowski podrapał się po czole i spojrzał w kalendarz. -
Zapowiedzieli się na czwartek. Rzuć im trochę mięsa, żeby się odjebali.
Mogę na ciebie liczyć?
Nadkomisarz pomyślał, że jeśli przed chwilą znalazł się w czarnej dupie,
to teraz będzie musiał zacząć się w niej urządzać. Już dawno chciał
rzucić tę robotę w cholerę. Po tylu latach pracy dostałby nawet całkiem
przyzwoitą emeryturę. Tylko co z tego? Zostałby odcięty od informacji, a na to nie mógł sobie pozwolić. Stara sprawa wciąż tkwiła w nim niczym
drzazga pod paznokciem, a on sam nie chciał pogodzić się z tym, co
wydarzyło się przed laty. Obiecał sobie, że nie popuści, i tego się
trzymał. Tego wymagała przyzwoitość.
- Jasne - odparł, po czym wyszedł z gabinetu szefa.
Spojrzał na akta. Najchętniej by je spalił, wyrzucił przez okno,
ewentualnie zakradł się z powrotem do biura Kurowskiego i wcisnął mu je
w dupę, ale w zaistniałej sytuacji żadna z tych opcji nie wchodziła w grę.
Niestety, w tym mieście to Szatan był łowcą pedofili. Taką łatę
przykleiły mu media i generalnie nie mógł mieć o to pretensji. Na tym
się skupiał od blisko dwudziestu lat. Zaczęło się od niejakiego Ignacego
Maliniaka, nauczyciela, psychologa i pedofila, który w jednym z gimnazjów napastował młode dziewczyny, obiecując im karierę w modelingu.
Facet nieźle kombinował, w związku z czym całkiem długo unikał wymiaru
sprawiedliwości. Miał nieco ponad trzydzieści lat, dbał o siebie, był
przystojny i wysportowany, więc wiele dziewcząt robiło do niego maślane
oczy. Swoje ofiary wybierał bardzo skrupulatnie, działał ostrożnie i planował każdy ruch z wyprzedzeniem. Najpierw wyszukiwał dziewczyny z najpoważniejszymi problemami - głównie z rodzin patologicznych,
zagubione, zahukane, bywało, że już wcześniej bite i molestowane przez
ojców. Następnie dzięki odpowiednim sztuczkom socjotechnicznym wzbudzał
ich zaufanie, a gdy już czuł, że ma je w garści, roztaczał przed nimi
wizję światowej kariery. "Tylko pamiętaj, że to tajemnica - ostrzegał. -
Wybrałem właśnie ciebie, bo widzę w tobie ogromny potencjał. Ale jeśli
piśniesz choćby słowo koleżankom, na pewno zaczną ci zazdrościć, a może
nawet będą chciały ci zaszkodzić i wskoczyć na twoje miejsce. Wtedy
wszystko się posypie, cała kariera legnie w gruzach. Nigdy nie
wyjedziesz na Zachód". Zmanipulowane i zapatrzone w nauczyciela
dziewczyny po kilkumiesięcznym urabianiu były w stanie zrobić dla niego
wszystko. Zaczynało się od pokazywania zdjęć tych już zatrudnionych,
potem były telefoniczne rozmowy po angielsku z ludźmi z branży, w końcu
pierwsza pikantna sesja, podczas której Maliniak zwykle przystępował do
ataku. Żadna nie odmawiała seksu. Potrafił je oczarować do tego stopnia,
że były gotowe spełnić każdą jego zachciankę, przez co stosunkowo szybko
kończyło się na wymyślnych praktykach spod znaku BDSM, zwykle w jego
domku na podmiejskiej działce. Aby jeszcze mocniej je do siebie
przywiązać, regularnie wspomagał je finansowo, zwykle małymi kwotami,
aby nie wzbudzać podejrzeń rodziców czy opiekunów prawnych, byle miały
na sukienkę czy nowe perfumy. A gdy kończyły szkołę, dotrzymywał
obietnicy - wysyłał je na Zachód, nie wspominając jednak, że ich
zadaniem nie będzie chodzenie po wybiegach dla modelek, tylko kurwienie
się w niemieckich, francuskich czy holenderskich burdelach, na których
łapy trzymały rosyjskie, albańskie albo tureckie gangi sutenerów. Z tymi
ostatnimi miał najlepsze kontakty i wypracował sobie świetne warunki, a oni za młode, ale już doświadczone, wyuzdane, generalnie świetnie
przygotowane do pracy piętnasto- czy szesnastolatki płacili nawet po
kilkanaście tysięcy euro za sztukę. Ich zniknięcia zwykle nie były
traktowane przez policję zbyt poważnie, zwłaszcza że patologiczni
opiekunowie albo nie zgłaszali zaginięć podopiecznych, albo robili to
dopiero po kilku czy kilkunastu dniach. Szybki wywiad sugerujący, że
zaginiona nie należała do grzecznych dziewczynek, tylko utwierdzał
śledczych w przekonaniu, że to najpewniej ucieczka z domu - i tak
kolejne sprawy lądowały na dnie stosu akt, aż w końcu o nich zapominano.
Maliniak popełnił jednak jeden błąd, bo choć zawsze skrupulatnie
prześwietlał najbliższe otoczenie swoich potencjalnych ofiar, nie był w stanie ustalić, że siostra matki jednej z nich potajemnie spotyka się z Szatanem. Nadkomisarz, poproszony przez kochankę, przyjrzał się sprawie
i wpadł na trop. Stosunkowo szybko dostrzegł, że wspólnym mianownikiem
pięciu zaginięć młodych dziewcząt jest młody i przystojny nauczyciel
Ignacy Maliniak, który choć musiał się zarzynać, pracując aż w trzech
placówkach, o dziwo dwa, a nawet trzy razy w roku mógł sobie pozwolić na
wyjazdy na Filipiny albo do Tajlandii. Reszty można było się domyślić.
Szatan zawnioskował o obserwację i zasadził się na podejrzanego, a gdy
już był pewny, że facet jest śliski, docisnął jedną z dziewcząt, która
pękła i wszystko mu opowiedziała. Potem wystarczyło już tylko wysłać ją
do domu na działce i przyłapać pedofila na gorącym uczynku.
Nadkomisarz ściągnął marynarkę, przewiesił ją przez oparcie ławki i poluzował krawat. Przez chwilę siedział, bezmyślnie obserwując
mijających go ludzi. Koszula kleiła mu się do pleców, był kompletnie
zajechany, a w jego głowie kołatały się ponure myśli, w tym ta
najbardziej złośliwa.
Dług.
W jego ocenie urósł do niebotycznych rozmiarów. Może przesadzał, ale
podskórnie czuł, że człowiek, który od lat sponsorował jego prywatne
śledztwo, wcześniej czy później się o niego upomni. Cyryl Majski był
bogatym i wpływowym inwestorem z aspiracjami do wielkiej polityki,
ostatnio nie miał jednak dobrej prasy i ciągnął się za nim smród z czasów, gdy zaczynał zdobywać swój majątek. Tak jak większość lokalnych
kacyków, dorobił się w czasach przemiany ustrojowej - głównie na
przemycie papierosów, choć zarzucano mu poważniejsze przestępstwa. Po
latach oczywiście nikt nie miał na nie żadnych dowodów, a nawet jeśli
miał, sprawy dawno uległy przedawnieniu albo rozmyły się na tyle, że
biorąc pod uwagę szereg dokonań Majskiego na polu gospodarczym,
politycznym czy charytatywnym, posądzanie go o takie "pierdoły" z przeszłości nie miało sensu. Ta sytuacja zaczynała jednak Szatanowi
ciążyć, bo choć nie mógł odmówić Majskiemu wsparcia, był gliną i rozumiał, że sponsor nie zawsze działał zgodnie z prawem. Co z tego,
jeśli los tak mocno ich ze sobą związał? Co, jeśli Majski był jedynym
człowiekiem, któremu zależało na szukaniu sprawiedliwości? Szatan nie
był naiwny i wiedział, że gdyby kiedyś jego życie potoczyło się inaczej,
dziś zostałby zupełnie sam.
Nadkomisarz przeciągnął dłonią po bliźnie na szyi. Codziennie
przypominała mu o tym, co się stało dwadzieścia pięć lat wcześniej.
Szrama ciągnęła się od ucha do ucha i była dowodem bestialstwa ludzi,
których ścigał nieprzerwanie od tamtych mrocznych dni. Nie była jedyną
pamiątką, kolejnych pięć straszyło na korpusie: wszystkie między żebrami
tuż pod sercem. Miał wtedy ogromne szczęście, że nie umarł, choć do dziś
nie mógł pozbyć się nękających go wyrzutów sumienia. Może gdyby pomoc
przybyła kilkadziesiąt sekund wcześniej, jego żona i córka wciąż by
żyły?
Poprawił krawat. Wątpił, aby powierzona mu sprawa Martyny Piskorskiej
miała jakikolwiek wspólny mianownik z ludźmi odpowiedzialnymi za to, co
wydarzyło się przed laty, ale oczywiste było, że tamci zwyrodnialcy
wciąż nie zostali ukarani i bez cienia zażenowania prowadzą swoją
haniebną działalność. Taki był świat i tylko ci, którzy nie zetknęli się
bezpośrednio z jego mroczną stroną, mogli żyć w swojej szklanej bańce.
On nie miał tego komfortu. On był, jest i będzie potępiony na zawsze.
Jeszcze przez chwilę obserwował tych wszystkich mniej lub bardziej
szczęśliwych ludzi, a potem podniósł się z ławki i zanurzony w ponurych
myślach ruszył pod adres widniejący w dokumentacji. Matka Martyny
Piskorskiej musiała przeżywać horror. Rozumiał to lepiej niż jakikolwiek
gliniarz w mieście. W końcu żył w tym koszmarze od dwudziestu pięciu
lat.
ROZDZIAŁ 3
Porucznik Lutosława Karabina była kobietą
silną i prawie zgrabną. "Prawie" stanowiło jedno z jej ulubionych słów,
bo - jak twierdziła - była prawie Polką, żyła prawie na własnych
zasadach i prawie miała faceta. Większość jej rówieśniczek z pewnością
marzyłaby o takiej figurze, ale ona - jak to kobieta - widziała rzeczy,
których nie widzieli mężczyźni, jak choćby w jej ocenie masywne i umięśnione nogi, które z pewnością dyskwalifikowałyby ją na wybiegu dla
modelek, ale bezsprzecznie przydawały się na ringu czy macie, siejąc
pośród sparingpartnerów prawdziwy terror. W wieku trzydziestu sześciu
lat wciąż wyglądała bardzo młodo i niepozornie. Długie kruczoczarne
włosy, które zwykle związywała gumkami albo robiła z nich fantazyjne
warkocze, duże czarne oczy i nieco ciemniejsza cera wyróżniały ją
spośród koleżanek, przez co w szkole nie miała lekko. Rówieśnicy dawali
jej odczuć, że jest inna - od czasów przedszkolnych dorobiła się kilku
przezwisk, począwszy od Żaby, a kończąc na Czarnuchu, ale ostatecznie na
dłużej przylgnęła do niej Cyganka. Nie lubiła tej ksywki, podobnie jak
swojego pełnego imienia - Lutosława, które kojarzyło jej się z kimś
starym i brzydkim. Niestety kolegom i koleżankom również, dlatego czas
na przerwach zwykle spędzała sama, słuchając muzyki albo się ucząc,
przez co rówieśnicy dodatkowo uważali ją za kujona. Piątki i szóstki ze
sprawdzianów dla prześladowców były jak woda na młyn. Gnębili ją przy
każdej okazji. Do czasu.
- Chodź, kochanie, coś ci pokażę - rzekł do niej dziadek, gdy w wieku
trzynastu lat zdobyła się na odwagę i powiedziała mu o swoich
problemach. Odwiedziła go w jego rodzinnej wsi Balikçilar, niewielkiej
nadmorskiej osadzie na północnym wschodzie Turcji, niecałe dwie godziny
od granicy z Gruzją. - Może trochę już wyszedłem z formy, ale wiedz, że
twój dziadek był kiedyś niezłym chojrakiem. - Uśmiechnął się, ale zaraz
znów spoważniał. - Myślę, że nadszedł czas, abyś poznała prawdę.
Tego wieczoru Lutosława Karabina usłyszała historię swojej rodziny, a parę dni później znała już kilka technik, dzięki którym była w stanie
powalić większego i silniejszego przeciwnika.
Często wracała myślami do tamtego czasu, zwłaszcza do ciepłej nocy w domku na wzgórzu. Pamiętała grające cykady, świece, zapach tytoniu i płonący w kominku ogień. Dziadka w fotelu, z fajką w dłoni, której
końcówka nikła pod dorodnym wąsem kryjącym mięsiste usta. Głębokie
bruzdy na jego czole i policzkach, cień rzucany na ścianę z orderami.
- Karabina to w Turcji szanowane nazwisko, moje dziecko - zaczął senior,
gdy uznał, że nadszedł już czas. - Powinnaś być z niego dumna i nigdy,
ale to nigdy nie wstydzić się swojego pochodzenia. Jesteś Lutosława
Karabina, córka Ogüna Karabina, wnuczka Tunahana Karabina, emerytowanego
podpułkownika Millî ?stihbarat Teşkilat?.
Dziadek opowiedział jej swoją historię, a ta była niezwykła, tak jak
niezwykła była historia jego jedynej wielkiej miłości, niemal filmowej,
niespotykanej, spontanicznej i zakazanej. Babci Luta nigdy nie poznała,
bo Anastasia Karabina z domu Krawczenko zmarła dwa lata przed jej
narodzinami - dopadł ją nowotwór, znienacka, zdewastował jej organizm w trzy miesiące i dziś leżała pod ziemią, niedaleko domu dziadka, na
niewielkim cmentarzu na wzgórzu. Poznali się w Odessie, gdzie dziadek
czasem bywał jako operujący na terenie ZSRR dyplomata, a przynajmniej
oficjalnie, bo prawda była trochę inna, bardziej złożona i z dyplomacją
nie miała zbyt wiele wspólnego. To było niczym erupcja wulkanu,
prawdziwa Tambora miłości, która nie miała prawa się zdarzyć, a jednak
się zdarzyła. Już rok później na świecie pojawił się syn, który pomimo
nienachalnych sprzeciwów matki otrzymał imię Ogün, półkrwi Turek,
półkrwi Ukrainiec, chłopak piekielnie zdolny, tak po ojcu, "dyplomacie",
jak i po matce, wybitnej onkolog, która okrutnym zrządzeniem losu
dwadzieścia lat później zmarła na raka.
W czasie pierestrojki i odwilży, która zapanowała w stosunkach
międzynarodowych, ojciec Luty poszedł w ślady dziadka i został
dyplomatą, tym razem przed duże "d", gdyż w przeciwieństwie do Tunahana
jego funkcja rzeczywiście polegała na dyplomacji, a nie niebezpiecznych
tajnych misjach wywiadowczych. Ponieważ Ogün odziedziczył po ojcu
zdolności do nauki języków obcych, już w wieku dwudziestu trzech lat
władał biegle tureckim, angielskim, ukraińskim i rosyjskim, a dzięki
bliskim kontaktom z rodzinami polskich i niemieckich dyplomatów całkiem
dobrze radził sobie również z polskim i niemieckim. Tunahan był z niego
dumny, jednak tęsknił za ojczyzną, zwłaszcza że dwa lata wcześniej
odeszła jego ukochana Anastasia i już nic go w Ukrainie nie trzymało. A że szpiegowska przeszłość też nie działała na jego korzyść, postanowił
nie kusić losu i wrócił do Turcji, Ogün zaś się uparł, że chce zostać w Odessie, w której się wychował i którą pokochał całym sercem. Miał ku
temu także inne powody, a jednym z nich była Krystyna, dwudziestoletnia
turystka z Polski, którą poznał przez swoją przyjaciółkę Agnieszkę,
córkę ambasadora, podczas wspólnych wakacji nad Morzem Czarnym. Być może
kierowała nimi młodzieńcza fantazja, a może do głosu doszły geny, w każdym razie Ogün zakochał się w Krystynie po uszy, a i ona gotowa była
pójść za wybrankiem na koniec świata.
- Jesteś córką prawdziwej bogini, Luciu - powtarzał ojciec, gdy Luta
zaczęła zadawać pierwsze, niekoniecznie przemyślane pytania. - Nigdy nie
zapomnę, jak spóźniony dotarłem na plażę i ją zobaczyłem. Mamusia z ciocią Agą akurat wychodziły z morza i...
- I co? I co? - dopytywała, kiedy odpływał myślami.
- I... wtedy... tatuś... - dozował kolejne słowa, rozbudzając ciekawość
dziewczynki. Jej oczy błyszczały z podniecenia, a on co rusz wymyślał
kolejne niestworzone historie, które chłonęła całą sobą. - I wtedy tatuś
rzucił się do wody i najpierw pokonał rekina, a potem wieeelką
ośmiornicę! A gdy już myślałem, że mamusia jest bezpieczna, z wody
wyłonił się ogromny wąż i...
- Jego też pokonałeś?
- Porwał mamusię, ale chwyciłem go za ogon i zanurkowałem. Potem
wspiąłem się po jego twardym pancerzu i wyrwałem mamusię z jego paszczy.
- I co było dalej? - Mała Luta miała oczy okrągłe jak spodki.
- Wsadziłem ją na konia i ruszyliśmy hen, za góry i lasy. A później na
świat przyszłaś ty.
Wtedy zaczynał ją gilgotać albo ubarwiał historię, opowiadając o potyczkach ze smokiem czy sforą wilków.
Prawda oczywiście była nieco inna, choć samo uczucie nie mniej bajkowe,
bo od momentu, gdy Krystyna wyszła z wody, Ogün już wiedział, że kiedyś
ta wysoka brunetka o ciele Afrodyty zostanie jego żoną. Już rok później,
w niewielkiej miejscowości pod Poznaniem, stanęli na ślubnym kobiercu.
Nie miał problemu z katolickim obrzędem, bo sam nie przywiązywał wagi do
religii, a że przyszłą żonę wychowano w głębokiej wierze, poszedł jej na
rękę. Na ceremonię przyjechał Tunahan z wujami i kuzynostwem. Brakowało
tylko matki, która odeszła dwa lata wcześniej, czego Ogün bardzo
żałował. Ojciec, który wciąż miał koneksje w świecie dyplomacji,
postarał się o angaż dla syna w konsulacie Turcji w Poznaniu, a także
wsparł go przy budowie domu, z którym trzeba było się spieszyć, bo mała
Luta już się pchała na świat. A potem przyszła i rozgościła się w Puszczykowie, gdzie rodzina Karabinów osiadła i zaczęła wieść życie
spokojne, zwyczajne, powszednie, jakiego większość ludzi mogłaby
zazdrościć, bo było w nim szczęście. Do czasu...
Luta się zbudziła, gdy samolot wylądował. Podszczecińskie lotnisko w Goleniowie było małym portem obsługującym głównie trasy krajowe i kierunki skandynawskie w związku z dużym zapotrzebowaniem tamtejszego
rynku na tanią siłę roboczą z Polski. Dochodziła dziesiąta. Niebo było
bezchmurne, temperatura oscylowała w granicach dwudziestu kilku stopni,
a z zachodu niósł się lekki ożywczy wiatr. Wystawiła twarz do słońca i odetchnęła głęboko, by już po chwili wraz z kolegami z rotacji przebić
się przez halę przylotów. Nie musiała czekać na bagaż, bo wszystkie
robocze ciuchy i narzędzia zostawiła w stoczni. Miała przy sobie tylko
podręczny sportowy plecak z kilkoma niezbędnymi rzeczami.
Po wyjściu z terminala pożegnała się z kompanami i ruszyła w stronę
parkingu. Uśmiechnęła się na widok czekającej na nią maszyny.
- Cześć, kochany - mruknęła, gdy zbliżyła się do czarno-zielonego
kawasaki ninja. Kochała motory i wiatr we włosach, a od blisko
dziewięciu lat była wierna swojemu ulubionemu modelowi. Matka czasem
przynudzała, że powinna go sprzedać, bo kiedyś się zabije, ale taka
opcja nie wchodziła w grę. Nawet Lucie coś się od życia należało.
- Szerokiej drogi! - usłyszała za plecami.
Odwróciła się i przez uchyloną szybę audi ujrzała uśmiechniętą twarz
Andrzeja, z którym kilka razy przyszło jej pracować w teamie. W Polsce
produkował miody, miał kilka pasiek. Lubiła go, bo był naturalny i nigdy
nie udawał kogoś, kim nie jest. Musiał wyjść z samolotu jako jeden z pierwszych i właśnie wyjeżdżał z parkingu.
- Dzięki. I pamiętaj o zamówieniu! - rzuciła, wyciągając z plecaka
skórzaną kurtkę.
- Masz to jak w banku. A wrzosowy to mercedes wśród miodów. Zaufaj mi!
- Trzymam za słowo.
- Raz jeszcze spokojnej podróży, Luta.
Andrzej odjechał, a ona włożyła kurtkę i kask. Chwilę później silnik
mruknął z zadowolenia, a gdy wyjechała na asfaltówkę i odkręciła
manetkę, znów poczuła się wolna.
Droga do Zielonej Góry minęła jak z bicza strzelił. Luta nie pędziła na
złamanie karku, chociaż gdy na S3 robiło się luźniej, momentami
podkręcała do dwustu na godzinę. Na osiedle Pomorskie dotarła przed
południem. Zaparkowała motor pod blokiem, tradycyjnie wzbudzając
zainteresowanie bawiących się w okolicznym skate parku dzieciaków. Do
mieszkania wpadła, po czym z niego wypadła, przebrana w szorty i krótki
obcisły top, odkrywający pępek. Jej druga maszyna nie była już tak
efektowna. Szesnastoletni volkswagen passat w wersji kombi trzeszczał i piszczał, jakby zaraz miał wydać z siebie ostatnie tchnienie. A jednak
wciąż jeździł i nawet specjalnie się nie psuł. Dotarła nim na drugą
stronę miasta, gdzie mieszkała jej matka. To tam Szymon zawsze zostawiał
dzieci, gdy wymieniali się rotacjami, z tą różnicą, że on wylatywał do
pracy z Berlina.
Osiedle Leśne przywitało ją zapachem żywicy i grzybów. Luta zaparkowała
pod jednym ze stosunkowo nowych czteropiętrowców, zamknęła szybę i wysiadła.
- Mama!
Odwróciła się zaskoczona. Zwykle była bardziej czujna. Może to te
buzujące w niej emocje? Tęsknota? Przy ławce dostrzegła dwie postaci, z których jedna wystrzeliła do niej jak z procy. Przebierała małymi
nóżkami, jakby zaraz miała się wywrócić i wyrżnąć brodą w płytę
chodnikową.
- Werka, chodź do mnie, kochanie... - Luta mocno przytuliła córkę i jak
zwykle w takich momentach poczuła, że oczy jej wilgotnieją. Trzymała ją
mocno przez kilka sekund, a potem dodatkowo wycałowała. - Bardzo się za
tobą stęskniłam, wiesz?
- Bibi Kotek też się stęsknił.
Luta wytarła łzę. Do tej pory nie miała pojęcia, skąd jej trzyletniej
córce wpadł do głowy pomysł, by przybrać taką ksywkę. Kilka miesięcy
temu po prostu oznajmiła, że jest Bibi Kotkiem - i do tej pory uparcie
się tego trzymała.
- A gdzie Franek?
- Gra na tablecie - odparła mała.
- Jest w domu z Nikosem - dodała stojąca przy ławce kobieta. Choć już po
pięćdziesiątce, Krystyna Karabina wciąż trzymała się świetnie. Jej
szlachetne rysy konserwowały nieprzeciętną urodę, choć córka miała
wrażenie, że oczy matki już na zawsze pozostaną smutne.
- Z Nikosem? - Luta zmarszczyła brwi, a kąciki jej ust nieznacznie
opadły. Nie spodziewała się, że matka może być tak nieodpowiedzialna.
Podniosła Werkę i zrobiła krok w jej kierunku.
- Pojawił się wczoraj. Wygląda lepiej niż ostatnio...
- Na pewno - obruszyła się Luta, rzucając rodzicielce pełne wyrzutu
spojrzenie. - Nie powinnaś...
- Jestem też jego matką - weszła jej w słowo Krystyna, kiedy córka
przemknęła obok, wyraźnie rozdrażniona. - Mam nadzieję, że zjesz z nami
obiad. Zrobiłam rosół i gołąbki - dodała, ale nie doczekała się
odpowiedzi.
Ostatecznie Luta została, choć niechętnie. Zjadła, chwilę pobawiła się z dziećmi, ale wobec brata trzymała wyraźny dystans. Krótko później się
pożegnała i wyszła. Gdy tylko wsiadła do samochodu, odetchnęła z ulgą.
- Co się stało, mamo? - zapytał Franek, który najwyraźniej dostrzegł, że
coś jest nie w porządku.
- Nic takiego, bąbel. Mama jest po prostu trochę zmęczona.
- Fajnie, że wujek wrócił, no nie?
- No... fajnie.
Wcale nie była z tego powodu zadowolona. Nikos był ćpunem, pijakiem i hazardzistą, a jeszcze do niedawna bezdomnym menelem. Z przyrodnim
bratem nigdy nie żyła blisko - po pierwsze dzieliła ich duża różnica
wieku, po drugie nie znosiła ojczyma, który go spłodził, a po trzecie
Nikos stanowił jej całkowite przeciwieństwo. Owszem, kiedy jeszcze był
dzieckiem, a ona zaczynała wyjeżdżać na misje, kilka razy starała się
przemówić mu do rozumu, a gdy to nie pomogło, próbowała wyciągnąć go z kolejnych tarapatów. Niestety, choć zawsze obiecywał poprawę, i tak
zawsze kończył w rynsztoku. Nieco ponad trzy lata temu, tuż po
narodzinach Werki, miarka się przebrała i Luta powiedziała mu kilka słów
prawdy, być może o kilka za dużo. Od tamtej pory się nie widzieli, ale
na mieście chodziły słuchy, że niewiele się zmienił. To tylko
utwierdziło ją w przekonaniu, że podjęła słuszną decyzję, a Nikos, aby
się odbić, najpierw musi sięgnąć dna.
Gdy wyjechała na główną drogę, myśli o bracie uleciały, a humor poprawił
się jej na tyle, że zaproponowała dzieciakom lody. Kiedy kwadrans
później siedziała z Frankiem i Werką pod parasolem jednej z kawiarni,
gdzieś całkiem niedaleko przestraszona dziewczynka płakała w kącie, bo
bardzo się bała, tęskniła za mamą, a do tego usłyszała od brzydkiej
kobiety ze szpiczastym nosem i papierosem w ustach, że jest za młoda i za gruba i najpierw trzeba ją "trochę oszlifować". Martyna Piskorska nie
miała pojęcia, że tylko dzięki temu zdołała uszczknąć z życia kilka dni
względnego spokoju.
ROZDZIAŁ 4
Cyryl Majski był sześćdziesięciodwuletnim
mężczyzną, którego majątek wyceniono na blisko sześćset osiemdziesiąt
milionów złotych. Miał niezwykle bystry umysł i wiedział, z kim pić
wódkę, zwłaszcza na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdy w Polsce powstawały pierwsze fortuny. Sam
zaczął zarabiać na przygranicznym bazarze, gdzie jego ojciec Mirosław
Majski prowadził stoisko z przemycanymi zza muru berlińskiego ciuchami,
a potem podróbkami różnych zachodnich marek, komiksami, słynną niemiecką
chemią i oczywiście pornosami, w których występowały panie z owłosieniem
wszelakim i brzuchaci panowie z dorodnym wąsem.
"Pracuj ciężko, a będziesz żył lekko", powtarzał ojciec, lecz Cyryl jego
słowa jednym uchem wpuszczał, a drugim wypuszczał. Miał siedemnaście lat
i nie chciało mu się wystawać całymi dniami na zbitym z blachy falistej
straganie. Wolał pić wódkę, palić zioło i bzykać na potęgę inne dzieci
kwiaty, oczywiście przy akompaniamencie rockowych rytmów Led Zeppelin,
Sex Pistols czy Rolling Stonesów.
Lata osiemdziesiąte rządziły się swoimi prawami i zdarzało się, że
dzieci robiły sobie dzieci. Brak edukacji seksualnej i kiepski dostęp do
środków antykoncepcyjnych, a do tego młodzież na haju bzykająca się na
prawo i lewo - wszystko to zaowocowało wyżem demograficznym, jakiego nie
powstydziłyby się kraje afrykańskie. Cyryl Majski również wpisał się w ten schemat i pewnej czerwcowej nocy w starym ojcowskim namiocie
spłodził syna, któremu dziewięć miesięcy później dał na imię Florian.
Życie sprawiło, że musiał nieco otrzeźwieć, zwłaszcza że Teresa, matka
Florianka, z chęcią wzięła na siebie rolę wiernej i dobrej żony
pilnującej domowego ogniska. Młodemu, acz nie do końca wyhulanemu
Cyrylowi pozostał więc powrót na przygraniczny stragan z blachy falistej
i sprzedawanie niemieckich pornosów.
Interes szedł całkiem nieźle, a sytuacja polityczna sprzyjała jak nigdy
wcześniej. Cyryl może i nie należał do przodowników pracy, ale w przeciwieństwie do swojego nie do końca rozgarniętego ojca miał łeb na
karku i potrafił kombinować, dlatego stosunkowo szybko nawiązał
znajomości z rosyjskimi i niemieckimi przemytnikami. Wypił z nimi morze
wódki, a że był łebskim facetem i przewyższał kompanów pod względem
ilorazu inteligencji przynajmniej o trzydzieści punktów, szybko
przyklepał pierwsze poważne interesy na całkiem znośnych dla siebie
warunkach, a przez następne lata prowadził biznes w taki sposób, aby
wszyscy myśleli, że ruchają go w odbyt, podczas gdy to on ruchał ich, i to bez mydła. Kiedy niedługo później pewien elektryk doprowadził do
upadku komuny w Polsce, a za zachodnią granicą runął mur berliński,
przed Cyrylem otworzyły się możliwości, o jakich nawet nie śnił.
Majski strzepnął tytoń do popielniczki i odchylił się w fotelu, który
lekko zaskrzypiał pod jego ciężarem. Westchnął na myśl o starych dobrych
czasach. Wszystko toczyło się idealnie aż do tamtej feralnej nocy.
Zgasił do połowy wypalonego papierosa, gdy usłyszał stukot szpilek
jednej ze swoich długonogich sekretarek. Chwilę później rozległo się
pukanie i drzwi ustąpiły.
- Przyszedł umówiony gość, profesorze - oznajmiła młoda blondynka o figurze modelki.
Oczywiście Majski nie miał tytułu profesora ani nawet doktora, ale
podobno papier przyjmie wszystko, a w swoich papierach był profesorem
prawa, co, jak sądził, brzmiało lepiej niż dyrektor, przewodniczący czy
po prostu szef.
- Niech wejdzie - polecił, po czym niechlujnym gestem kazał dziewczynie
opuścić gabinet.
Chwilę później próg przekroczył stary znajomy.
- Cześć, Cyryl - mruknął nadkomisarz Zygmunt Szatan.
- Cześć. - Majski poruszył się niezgrabnie w fotelu. - Wyglądasz jak
gówno.
- Dzięki.
- Nie ma za co. Znów pijesz?
- Piję, nie piję. Jakie to ma znaczenie?
- Fundamentalne. No chyba że...
- Może po prostu mi nalej.
Majski wydął usta i cmoknął niepysznie, ale chwilę później wstał,
podszedł do barku i wyjął karafkę oraz dwie szklanki z grubego szkła.
Nalał do każdej po solidnej porcji whisky i jedną z nich wręczył
Szatanowi.
- Zdrowie tych, których nie ma z nami. - Wzniósł toast i upił słuszny
łyk.
- Zdrowie. - Szatan uniósł swoją szklankę i w milczeniu wychylił do dna.
Alkohol lekko nim wstrząsnął.
- Dawno cię tu nie było, Zygmunt. Co cię do mnie sprowadza? - zapytał
Majski, gdy usiedli przy stoliku kawowym.
Nadkomisarz poczekał, aż gospodarz naleje mu drugą porcję. Kiedyś w biurze MajskiCorp bywał znacznie częściej, nawet kilka razy w miesiącu.
Obaj potrafili zarwać noc na planowaniu czegoś, co dziś wydawało się już
tylko złudnym poczuciem trwania w przysiędze złożonej nad grobami tych,
których kochali ponad wszystko. Mieli już swoje lata, byli realistami.
On, zniszczony przez życie gliniarz, któremu nie udało się pogodzić z traumatyczną przeszłością, i Majski - bogaty przedsiębiorca, który
owszem, żył w luksusach i coraz odważniej zgłaszał aspiracje polityczne,
ale tak naprawdę wciąż taplał się w bagnie tamtej czerwcowej nocy. Obie
rany ropiały i nie chciały się zabliźnić, choć od lat regularnie
podlewali je mocnymi i szlachetnymi trunkami z północy Wysp Brytyjskich,
mimo to żaden z nich nigdy nie miał odwagi, aby powiedzieć "dość". I choć obecnie widywali się nie częściej niż raz, góra dwa razy do roku,
żaden nigdy oficjalnie nie wycofał się z umowy, jaką zawarli blisko
ćwierć wieku temu.
- A czy coś musi mnie do ciebie sprowadzać? - odpowiedział pytaniem
Szatan. Wziął kolejny łyk, sięgnął po paczkę papierosów i wbił
spojrzenie w gospodarza, który wyraźnie czekał na rozwój sytuacji. - No
dobra, konkretnie... - podjął i odpalił jednego. - Wczoraj dostałem sprawę
zaginionej dziewczyny. Nazywa się Martyna Piskorska, ma dwanaście lat i według wstępnych ustaleń mogła zostać zawinięta przez nową grupę
zajmującą się handlem żywym towarem. A wiesz, jak jest. Wszyscy, którzy
operują na tym terenie, wcześniej czy później nawiązują kontakt z Turkami albo Albańczykami.
- Hmm...
- To musi być gruba sprawa, bo rozkazy przyszły z samej góry. A jeśli w śledztwo zaangażował się bezpośrednio Wydział do Walki z Handlem Ludźmi,
to pewnie CBŚ współpracuje z Niemcami.
- Jaka w tym twoja rola?
- Mam zbadać temat tej Piskorskiej. Poszperać, popytać, dowiedzieć się,
co w trawie piszczy. A jeśli jest choć minimalna szansa, żeby...
- Naprawdę jeszcze w to wierzysz? - Majski nie dał mu dokończyć.
Kąciki ust Szatana opadły bezwiednie. Cyryl zaskoczył go tym pytaniem.
Do tej pory nic nie wskazywało na to, że planuje odpuścić. Owszem, obaj
doskonale zdawali sobie sprawę, że pewnych rzeczy nie da się
przeskoczyć, a dotarcie do ludzi odpowiedzialnych za ich krzywdę może
być bardzo trudne, ale właśnie nadarzała się okazja - nikła bo nikła,
ale jednak - by nieco odkurzyć temat i spróbować coś na tym ugrać.
- Nie rozumiem - mruknął, wyraźnie zniesmaczony.
- Minęło dwadzieścia pięć lat, Zygmunt. Dwadzieścia pięć cholernych lat.
I co? Co zdołałeś osiągnąć przez ten czas? Pomijając oczywiście te twoje
kalambury w piwnicy...
Nadkomisarz zastygł z papierosem przy skroni. Wpatrywał się w rozmówcę,
jakby nie do końca rozumiał, co właśnie usłyszał. Kalambury? Zamrugał
nerwowo. A więc dwadzieścia pięć lat infiltrowania, demaskowania i rozkładania na czynniki pierwsze klanu Ozalanów to dla Majskiego
pierdolone kalambury? Tego klanu Ozalanów, który...
- Co ty do mnie pierdolisz? - warknął, a nadmiar popiołu z papierosa
spadł na podłogę.
- Tylko bez takich...
- Powtórz, bo chyba się przesłyszałem. Co miałeś na myśli, mówiąc o kalamburach w piwnicy?
- Zygmunt... - Majski wypił drinka do dna i odstawił pustą szklankę na
stolik, po czym się nachylił, skracając dystans. - Minęło dwadzieścia
pięć lat, a my wciąż żyjemy, jakby to było dwadzieścia pięć godzin.
Różnica jest taka, że dwadzieścia pięć lat temu Hakan Ozalan był jeszcze
do zdjęcia, a dziś... - Wykrzywił usta w nerwowym grymasie. - Dziś jest w Niemczech pierdolonym bogiem. Jego majątek szacuje się na kilka
miliardów euro. Ma kilkuset krewnych i kilka tysięcy żołnierzy gotowych
oddać za niego życie w każdej chwili. Kontroluje szlaki przerzutowe
kokainy z Kolumbii, heroiny z Afganistanu i żywego towaru z Rosji na
zachód Europy. Podporządkował sobie Albańczyków, Serbów, boi się go
nawet cosa nostra, a na jego dzielnice w Berlinie policja nawet nie
zajeżdża, bo wie, że nie ma tam czego szukać. Jak ty sobie, kurwa,
wyobrażasz, że jesteśmy w stanie mu zagrozić? Naprawdę myślisz, że jakiś
frajer z CBŚ albo nawet ten zasrany Interpol ruszą palcem, bo w Zielonej
Górze zniknęła gówniara, a bez urazy, nikomu nieznany moczymorda żyjący
traumą z przeszłości ustalił, że dziewczyna mogła zostać porwana i sprzedana do berlińskiego burdelu ludziom z jego klanu? - Majski
wymownie pokręcił głową.
Czas zwolnił, jakby ktoś nasypał piasku do zegara odmierzającego kolejne
sekundy. Szatan wpatrywał się w gospodarza, który sięgnął po karafkę i ponownie napełnił szklanki.
- Chcesz odpuścić? - zapytał po długiej chwili milczenia.
- A jesteś w stanie podać mi choć jeden sensowny powód, aby tego nie
zrobić?
- Przysięgaliśmy...
- Nie znając realiów! Zygmunt, zrozum to, kurwa mać! Działaliśmy pod
wpływem emocji. Od początku to wszystko nie miało najmniejszego sensu. A nawet jeśli kiedyś mieliśmy jakieś szanse, to w ciągu tych dwudziestu
pięciu lat straciliśmy je bezpowrotnie.
Znów zapadła cisza. W tle dało się słyszeć tykanie ściennego zegara i cichy szum miejskiego zgiełku za oknem.
- I chcesz to wszystko wyrzucić na śmietnik? Chcesz o tym zapomnieć, ot
tak? Jakby to się nigdy nie stało? - W tonie nadkomisarza po raz
pierwszy dało się wyczuć narastającą trwogę.
- Mój syn stracił życie, bo taką wybrał sobie pracę. Policjanci czasem
giną na służbie. I najwyższy czas się z tym pogodzić.
- Mój syn nie zginął na służbie. Nawet się nie uro...
- Daj spokój, Zygmunt. To już nie ma sensu.
- Moja żona i córka też nie nosiły odznaki, a wracały do mnie miesiącami
w kawa...
- Dość! - Majski rąbnął pięścią w stół z taką siłą, że jedna ze szklanek
podskoczyła. Wychlapana whisky stworzyła nieregularny rozbryzg na
blacie.
Niemal natychmiast drzwi do gabinetu się otworzyły i w progu stanął
postawny ochroniarz. Cyryl wygonił go machnięciem dłoni i próbując
zapanować nad emocjami, podjął:
- Zrozum, Zygmunt, że nie jesteśmy w stanie nic poradzić. Musisz się z tym pogodzić albo to cię zeżre, przetrawi i wysra.
- Nigdy się z tym nie pogodzę, i dobrze o tym wiesz.
- W takim razie musisz sobie radzić sam. Ja już nie mogę dłużej babrać
się w tym gównie. Niedługo zaczyna się kampania. Mam szansę dostać się
do parlamentu i...
- A więc o to chodzi. - Usta Szatana wygięły się w podkowę. Podniósł się
z fotela i poprawił krawat. Przez chwilę z nieukrywanym obrzydzeniem
przyglądał się staremu towarzyszowi niedoli. - Zmieniłeś się, Cyryl.
Zmieniła cię kasa i te pierdolone luksusy. Twój syn... - Sięgnął po
szklankę i wychylił alkohol do dna. - Przewraca się w grobie, jak na to
patrzy.
- Wypierdalaj - syknął Majski. - Wypierdalaj i nigdy tu nie wracaj!
- Powodzenia w wyborach.
Chwilę później nadkomisarz Zygmunt Szatan odwinął się na pięcie i opuścił biuro szefa MajskiCorp. W drodze do domu myślał już tylko o tym,
aby jak najszybciej się dopić.
ROZDZIAŁ 5
Dwa kolejne dni Luta spędziła z dziećmi,
próbując nadrobić stracony czas. Rosły jak na drożdżach i strasznie
żałowała, że nie może z dnia na dzień obserwować, jak się rozwijają. Ale
czy tu, na miejscu, zarobiłaby tyle co na platformie? Zaraz po odejściu
ze służby zahaczyła się w firmie ochroniarskiej, potem jeździła w konwojach, ale choć praca wymagała pełnej dyspozycyjności, zarabiała
grosze. Odpowiedź była zatem oczywista. Jeśli chciała utrzymać rodzinę
na przyzwoitym poziomie, musiała wyjechać, a system rotacyjny,
polegający na tym, że pracowała dwa tygodnie, a później trzy miała
wolne, i tak był o niebo lepszy od wielomiesięcznych misji, na które
jeździła przed urodzeniem Franka. Gdy tylko nachodziły ją ponure myśli,
przypominała sobie o niezależności, którą tak ceniła, oraz o codziennych
dylematach i problemach znajomych, których ona nie musiała doświadczać.
Chciała kupić córce nowe buciki? Pytanie nie brzmiało, czy kupi, tylko
jakie. Pragnęła zafundować sobie nowe perfumy albo wypad w góry? Proszę
bardzo. W sklepach też nie musiała szukać promocji i do koszyka wkładała
to, na co akurat miała ochotę. Generalnie dzieciom niczego nie
brakowało, no, może z wyjątkiem matki. Ale i to miało swoje plusy, bo
podczas jej nieobecności - przynajmniej w teorii, bo często lądowały u dziadków - Franka i Werkę wychowywał były mąż Luty. Uważała, że dzieci
powinny mieć ojca, nawet jeśli był niedojrzałym synalkiem mamusi, który
po zjechaniu z rotacji większość czasu spędzał na przesiadywaniu z kolegami na parkowej ławce, paleniu zioła i bzykaniu małolat. Czasem się
zastanawiała, gdzie miała oczy, gdy za niego wychodziła, ale tłumaczyła
sobie, że miłość jest ślepa. Była wtedy młoda i głupia. Tylko że ona z tego wyrosła, a on głupi pozostał.
Po obiedzie u matki zabrała dzieci do domu i resztę dnia spędzili,
ciesząc się swoim towarzystwem. Rysowali, grali w planszówki, a Franek
jak zwykle przymarudził i musiał poszaleć na tablecie. Nie obyło się bez
wszystkich tych głupkowatych zabaw w zombie, duchy czy samoloty, które w sumie powinny być domeną ojca, ale Luta starała się go godnie
zastępować. Potem przyszedł czas na zapasy, które uskuteczniała głównie
z Frankiem, a następnie wojna na poduszki - tu brylowała Werka.
Wycieńczone aktywnym popołudniem dzieciaki usnęły już przed dziewiątą, a ona mogła chwilę poczytać i obejrzeć film. Zadzwoniła też do Emila,
swojego kochanka. Wszak brak stałego partnera nie oznaczał, że nie
potrzebuje czy nie ma prawa do bliskości.
- Mogę przyjechać jutro wieczorem? - zapytała, gdy już się przywitali.
- Jasne - odparł mężczyzna. - Mam wino, sery, jakieś owoce. No i specjalnie z myślą o tobie kupiłem nowy zestawik...
- Wrr...
Umówili się na kolejny wieczór, bo musiała się upewnić, czy może liczyć
na swoją przyjaciółkę. Mirka jako jedyna znała jej małą tajemnicę i gdy
Luta potrzebowała poskromić żądze, pomagała jej w opiece nad dziećmi.
Chwilowo taki układ jej pasował, bo znalazła mężczyznę, który potrafił
spełnić jej oczekiwania, co wbrew pozorom wcale nie było takie łatwe,
gdyż miała potrzeby niekoniecznie przyjęte powszechnie za standardowe.
Kolejny dzień postanowiła spędzić z dziećmi w Niesulicach nad pobliskim
jeziorem Niesłysz. Umówiła się z Kamą i Elą, koleżankami jeszcze z czasów liceum, a dziś tak jak ona samotnymi matkami. Cała piątka ich
maluchów w podobnym wieku dogadywała się świetnie - pluskały się w wodzie, łobuzowały i jadły lody, a Luta, popijając piwo malinowe w cieniu rosnącego przy plaży dębu, rozkoszowała się tymi chwilami.
Późnym popołudniem wróciła do Zielonej Góry, spędziła z dziećmi jeszcze
kilka godzin w domu, a potem przyszła Mirka, która przejęła pałeczkę,
aby Luta mogła się oporządzić przed randką. Gdy dzieci zasnęły, wsiadła
na motor i popędziła do Emila, który już na nią czekał w stroju
wieczorowym, a konkretnie w stroju Adama. Tylko przez chwilę był dla
niej miły - potem odegrali zaplanowany scenariusz, o który Luta sama
wcześniej poprosiła.
- Na kolana! - warknął kochanek, chwytając ją za włosy, a ona posłusznie
przed nim uklękła, dopadła jego penisa i zaczęła go drapieżnie ssać.
Taka była jej mała tajemnica, o której nie wiedział nikt poza Emilem,
mężczyzną, któremu zaufała. Podczas kolejnej godziny pozwalała się
poskramiać na każdy możliwy sposób. Lubiła taki seks. Ostry, agresywny,
bez tabu, pełen dzikiej, niepohamowanej namiętności. Uwielbiała być
wiązana, zniewalana i zmuszana do uległości.
- Skąd w tobie takie potrzeby? - zapytał kiedyś Emil, niedługo po tym,
jak zaczęli się spotykać. Był całkiem zdolnym pisarzem i po prostu
fajnym facetem, a że w łóżku lubił i - co najważniejsze - potrafił
dominować, dogadywali się doskonale.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki