Lustrzane odbicie - Danielle Steel

Kup ebooka

34.99 zł
27.99 zł (24,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

W pierwszą środę września po południu szofer ojca Donovan odwoził Olivię i Victorię Henderson do Nowego Jorku. Jechali cadillakiem tourerem; za nimi Petrie wiózł fordem panią Peabody. Zabierali nieprzeliczone zapasy, a dzień wcześniej wysłano już dwa inne samochody wyładowane kuframi z obrusami, odzieżą i wszystkim, co Olivia i Bertie uznały za absolutnie niezbędne do porządnego prowadzenia domu. Victoria nie martwiła się takimi rzeczami. Wypełniła dwa kufry książkami, wzięła walizkę gazet, które zamierzała przeczytać, i pozwoliła, aby Olivia zatroszczyła się o jej ubranie. Nigdy nie dbała o to, co ma na sobie, zdawała się na gust siostry, uznając go za wyborny. Olivia czytywała paryskie magazyny, Victoria wolała dzienniki polityczne i podziemną prasę, wydawaną przez członkinie partii kobiecej.

Olivia była bardzo przejęta stanem domu przy Piątej Alei. Przez ostatnie dwa lata stał niezamieszkany, a i wcześniej gospodarze zjawiali się tu niezbyt często. Swego czasu było to miejsce komfortowe, wypieszczone, ale to było dawno temu, przed dwudziestu laty; Olivia zdawała sobie sprawę, że nadanie mu dzisiaj przytulności i ciepła nie będzie zadaniem łatwym. Przecież to tu właśnie zmarła ich matka, a ojciec do tej pory wspominał to z bólem. W tym domu obie się urodziły, a niewiele wcześniej Edward Henderson i jego młoda żona przeżywali tu dni ogromnego szczęścia.

Po sprawdzeniu, czy wszystkie urządzenia działają jak należy, Olivia wysłała Donovana uzbrojonego w klucz francuski, aby we wszystkich łazienkach dokręcił lub poluzował co trzeba, po czym poprosiła Petriego, by zawiózł ją na targ kwiatowy u zbiegu Szóstej Alei i Dwudziestej Ósmej ulicy. Wróciła samochodem wypełnionym astrami i wonnymi liliami. Postanowiła udekorować cały dom ulubionymi kwiatami ojca, który miał przyjechać dwa dni później.

Pozdejmowano z mebli pokrowce, przewietrzono pokoje, wybebeszono łóżka, przełożono na drugą stronę materace, wytrzepano dywany. Była to ogromna praca, ale kiedy nazajutrz po południu Bertie i Olivia usiadły w kuchni przy filiżance herbaty, mogły uśmiechem skwitować sukces, jaki osiągnęły. Żyrandole błyszczały, pokoje zostały przemeblowane, tak że trudno było je rozpoznać, a ciężkie zasłony, rozsunięte przez Olivię, wpuszczały znacznie więcej światła.

- Ojciec będzie bardzo zadowolony - gratulowała jej Bertie przy drugiej filiżance. Olivia zanotowała sobie, że trzeba kupić bilety do teatru. W nowym sezonie zapowiadano kilka sztuk, a Olivia miała zamiar je obejrzeć przed powrotem do Croton-on-Hudson. Myśląc o tym, nagle zadała sobie pytanie, gdzie jest Victoria. Nie widziała jej od rana, kiedy to siostra oznajmiła, że wybiera się do biblioteki Uniwersytetu Columbia i do Metropolitan Museum. Było to dość daleko, więc Olivia zaproponowała, że wyśle z nią Petriego, ale Victoria uparła się, że pojedzie tramwajem. Zawsze lubiła takie przygody. Później Olivia zapomniała o całej sprawie; teraz nagle odczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.

- Jak myślisz, czy ojciec nie pogniewa się, że poprzestawiałyśmy meble? - zapytała z roztargnieniem. Miała nadzieję, że Bertie nie dostrzega jej niepokoju. Po trwającej dwa dni harówce bolały ją plecy, ale teraz ze zmartwienia zapomniała o tym. Zawsze instynktownie wiedziała, co się z Victorią dzieje, nieomylnie wyczuwała, kiedy przytrafiło jej się coś złego. Obie miały taki instynkt - często o tym rozmawiały. Było to swego rodzaju ostrzegawcze urządzenie, włączające alarm, kiedy ta druga zachorowała albo wpadła w kłopoty. Olivia nie miała pewności, co instynkt mówi jej tym razem, wiedziała jednak, że to sygnał.

- Ojciec będzie zachwycony, kiedy zobaczy, jak wygląda teraz dom - zapewniła ją ponownie Bertie, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z rosnącego podenerwowania Olivii. - Ale musisz być wykończona.

- Rzeczywiście, jestem - przyznała bezbarwnym tonem Olivia. Dzięki temu pretekstowi mogła opuścić kuchnię i spokojnie zastanowić się w swoim pokoju. Była czwarta po południu, a Victoria wyszła zaraz po dziewiątej. Olivia wpadła w panikę. Wyrzucała sobie, że nikogo nie wysłała z siostrą. To nie jest Croton-on-Hudson! Victoria jest młoda, dobrze ubrana i z pewnością nie nawykła do poruszania się w wielkim mieście. Może została napadnięta albo porwana? Tej myśli po prostu nie mogła znieść. W panice krążyła po pokoju, gdy nagle usłyszała dzwonek telefonu. Wiedziała, że to siostra. Puściła się biegiem do holu na piętrze, gdzie stał jedyny w tym domu aparat i uchwyciła słuchawkę, zanim zdążył to zrobić ktoś inny.

- Halo - rzuciła zdyszana. Była pewna, że po drugiej stronie odezwie się Victoria, ale ku swemu rozczarowaniu usłyszała nieznany męski głos. Była pewna, że to pomyłka.

- Czy to rezydencja państwa Hendersonów? - zapytał mężczyzna z irlandzkim akcentem. Olivia zmarszczyła brwi. Nie znali w Nowym Jorku nikogo i nie miała pojęcia, kto dzwoni.

- Tak. Kto mówi? - odrzekła pewnym tonem, choć trzęsły jej się ręce, w których trzymała słuchawkę i mikrofon.

- Czy to panna Henderson?

Olivia najpierw skinęła głową, a dopiero później odpowiedziała.

- Owszem. Z kim rozmawiam? - powtórzyła.

- Tu sierżant O'Shaunessy z Piątego Komisariatu - odrzekł zdecydowany głos. Olivia przymknęła oczy i wstrzymała oddech, przewidując, co za chwilę usłyszy.

- Ja... czy z nią wszystko w porządku?... - głos uwiązł jej w gardle. Może jest ranna? Może kopnął ją koń? Zranił nożem jakiś rzezimieszek? Może została potrącona przez powóz albo rozhukanego konia, może przejechał ją samochód? Czuła, że nie wytrzyma tej niepewności.

- Nic jej nie zagraża - w głosie policjanta była raczej irytacja niż współczucie. - Jest tutaj z... powiedzmy, grupą młodych pań, a porucznik uznał na podstawie jej aparycji, że ona... eee... niezupełnie do nich pasuje. Resztę tych, eee... młodych dam... zatrzymaliśmy na noc. Mówiąc prosto z mostu, panno Henderson, aresztowaliśmy te kobiety za zorganizowanie demonstracji bez pozwolenia. Jeżeli jednak będzie pani tak uprzejma, żeby przyjechać tu niezwłocznie i zabrać siostrę, wypuścimy ją bez spisywania protokołu i nikt się o niczym nie dowie. Radzę jednak, aby nie przyjeżdżała tu pani sama, jeśli tylko jest ktoś, kogo może pani wziąć ze sobą.

Olivia miała kompletną pustkę w głowie. Nie chciała, aby Donovan lub Petrie dowiedzieli się, że Victorię przymknęła policja i niewiele brakowało, by ją zaaresztowali. No i oczywiście zależało jej, aby żaden z nich nie poinformował o tym ojca.

- A co takiego ona zrobiła? - zapytała przepełniona wdzięcznością, że policja zamierza Victorię wypuścić, a nie zaaresztować.

- Demonstrowała tak samo jak pozostałe, ale jest bardzo młoda, głupiutka i jak mówi, zaledwie wczoraj przyjechała do Nowego Jorku. Radzę, aby panie jak najszybciej wracały tam, skąd przyjechałyście, zanim napyta sobie kolejnych kłopotów razem z tą idiotyczną organizacją sufrażystek, z którą się zwąchała. Daje tu nam niezły wycisk. Nie życzyła sobie, abyśmy do pani zadzwonili, chciała trafić do aresztu - w głosie sierżanta słychać było rozbawienie. Przerażona Olivia przymknęła oczy.

- O Boże, proszę jej nie słuchać. Zaraz u was będę.

- Niech pani zabierze kogoś ze sobą - przypomniał z naciskiem

- Proszę, nie aresztujcie jej - szepnęła błagalnie do mikrofonu, choć policjant wcale nie miał zamiaru tego robić i wywoływać skandalu. Niezależnie od tego, jak "zwyczajna" mogła się Victoria wydawać sama sobie, łatwo się było zorientować po jej butach, ubraniu, nawet kapeluszu, że nie pasuje do tego towarzystwa. Sierżant nie miał ochoty wylecieć ze służby za aresztowanie pomylonej córki jakiegoś magnata. Wolał się jej jak najszybciej pozbyć.

Olivia nie miała pojęcia, od czego zacząć, do kogo się zwrócić. W przeciwieństwie do siostry nie umiała jeździć samochodem, a nie chciała alarmować służby. Trzeba by chyba wziąć taksówkę? Jazda tramwajem zabierze zbyt dużo czasu. No i oczywiście nie ma nikogo, kto by z nią pojechał; nawet Bertie nie wchodzi w grę. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Victoria dopominała się, by ją zaaresztowano! Zupełnie zwariowała. Olivia obiecała sobie, że zbeszta ją naprawdę ostro, gdy tylko odbierze z komisariatu. Najpierw jednak musi tam dotrzeć. Ale jak? Znała miasto tak mało... Rozważała najrozmaitsze możliwości i uświadomiła sobie, że sierżant ma słuszność, nalegając, aby przyjechała w towarzystwie. Trudno - musiała to zrobić. Choć nie podobał jej się ten pomysł, nie było innej rady. Usiadła w niewielkim boksie, gdzie znajdował się telefon, i powoli podniosła słuchawkę. Kiedy zgłosiła się operatorka, podała jej numer. Była to ostatnia rzecz, o jakiej marzyła, ale po prostu nie było nikogo innego, do kogo mogła zadzwonić - nawet do Johna Watsona, którego znała od urodzenia. Nie miała wątpliwości, że gdyby wprowadziła go w sprawę, Watson powiadomiłby ojca.

Recepcjonistka odezwała się natychmiast, poprosiła o chwilę cierpliwości i zaczęła szukać rozmówcy. Zareagowała bardzo uprzejmie, kiedy Olivia się przedstawiła, choć dziewczyna miała nadzieję, że nie będzie to konieczne. Było już wpół do piątej i obawiała się, że ten, na kogo czekała, mógł wcześniej wyjść z pracy. Ale nie - po chwili w słuchawce rozległ się głęboki, spokojny głos Charlesa Dawsona.

- Panna Henderson? - wydawał się ogromnie zaskoczony. Olivia zmusiła się, by mówić głośno i wyraźnie.

- Strasznie mi przykro, że sprawiam kłopot - zaczęła przepraszająco.

- Ależ skąd. Cieszę się, że panią słyszę.

Wyczuł jednak z jej głosu, że coś się wydarzyło. Miał tylko nadzieję, że nie dotyczy to jej ojca.

- Czy coś się stało? - zapytał najdelikatniej, jak umiał. Z własnego doświadczenia wiedział, że zły los potrafi uderzyć błyskawicznie, bez uprzedzenia... Olivia nie wiedziała, co odpowiedzieć. Walczyła ze łzami, które napływały do jej oczu na myśl o tym, czego dopuściła się Victoria, o niesławie, jaka spadłaby na ojca, gdyby ją zaaresztowano... Odepchnęła te myśli, ale ilekroć przypomniała sobie, że Victoria siedzi w Piątym Komisariacie, chciało jej się krzyczeć z upokorzenia i strachu.

- Ja... obawiam się, że potrzebuję pańskiej pomocy, panie Dawson... a także całkowitej dyskrecji - w głosie Olivii słychać było tak wielkie zdenerwowanie, że Charles bał się nawet domyślać, co się wydarzyło. - Obawiam się, że moja siostra... czy mógłby pan przyjechać do mnie?

- Teraz? - opuścił zebranie, aby podejść do telefonu i nie miał pojęcia, co to za sprawa wymaga tak szybkiego działania. - Czy to bardzo pilne?

- Tak, bardzo - odrzekła zdesperowana. Dawson spojrzał na zegarek.

- Czy mam przyjechać natychmiast?

Skinęła głową z oczami pełnymi łez, przez chwilę niezdolna wydobyć głosu. Kiedy się odezwała, Charles zorientował się, że dziewczyna płacze.

- Ogromnie przepraszam... potrzebuję pańskiej pomocy. Victoria popełniła straszliwe głupstwo.

Przyszło mu do głowy, że Victoria uciekła z domu. Chyba nie jest ranna, bo wówczas jej siostra wezwałaby lekarza, a nie prawnika. Nie sposób było się domyślić, o co chodzi. Wziął taksówkę i w niespełna kwadrans był już pod drzwiami Hendersonów. Otworzył mu Petrie. Olivia czekała, niecierpliwie krążąc po salonie. Bertie znajdowała się gdzieś w głębi domu i na szczęście nie słyszała, o czym rozmawiali.

Kiedy wszedł, natychmiast zobaczyła jego oczy, które tak ją zahipnotyzowały podczas pierwszego spotkania.

- Dziękuję, że przybył pan tak szybko - powiedziała, zakładając szybko kapelusz i chwytając torebkę. - Musimy iść natychmiast.

- Co się stało? Gdzie jest pani siostra, panno Henderson? Czy uciekła z domu? - czuł się zakłopotany całą tą tajemnicą, chciał pomóc, ale nie miał pojęcia, czego się po nim oczekuje.

Olivia wyprostowała się i spojrzała na niego. W jej oczach były zażenowanie i lęk. Z natury była dziewczyną rozsądną, ale to wydarzenie to najbardziej szokujący fragment dziejów siostry. Bardzo jej zależało, by ukryć je przed otoczeniem. Postronni z pewnością nie zrozumieliby, jak emocjonalną osobą jest Victoria i jak niewinne były na ogół jej wyczyny... Tym razem zamiana miejsc niczego by nie rozwiązała. Po raz pierwszy w życiu Olivia czuła się całkowicie bezradna.

- Victoria siedzi w Piątym Komisariacie, panie Dawson - powiedziała złamanym głosem. - Zadzwonili do mnie stamtąd. Zatrzymali ją, ale nie trafi do aresztu, jeśli szybko przyjedziemy i zabierzemy ją.

O ile naturalnie Victoria nie namówi policjantów, by ją zamknęli, zanim pojawią się tam z Charlesem.

- Dobry Boże. - Teraz Dawson był naprawdę zdumiony. Ruszył za Olivią przez drzwi frontowe i zbiegł po schodach, by zatrzymać taksówkę, po czym pomógł dziewczynie wsiąść do samochodu. Miała na sobie szarą suknię, tę samą, którą włożyła rano, oraz modny czarny kapelusz. Pomyślała, że taki sam włożyła rano Victoria. Nawet kiedy nie planowały, że ubiorą się identycznie, często tak wychodziło - i teraz także. Ale w tym momencie nie rozważała kwestii kapeluszy, tylko opowiadała Charlesowi, co jej zdaniem mogło się wydarzyć.

- Ona jest po uszy zakochana w tym głupim Amerykańskim Stowarzyszeniu Sufrażystek i jego przywódczyniach. - Podała ich nazwiska, opowiedziała o demonstracji w Waszyngtonie pięć miesięcy temu i o aresztowaniu pań Pankhurst w Anglii. - One traktują pobyt w areszcie jak rodzaj honorowego wyróżnienia. Przypuszczam, że Victoria poszła tam, gdzie zorganizowały dziś demonstrację, i została zatrzymana razem z innymi. Sierżant, który do mnie telefonował, zapewnia, że policja nie ma zamiaru jej aresztować, ale dodał, że Victoria sama go o to prosiła.

Charles Dawson, patrząc na nią, starał się ukryć uśmiech. Olivia nieoczekiwanie również się uśmiechnęła. Wyjaśnienia, które składała, wydały się jej komiczne, a Victoria jeszcze bardziej.

- Niezłe ziółko z tej pani siostry. Czy ona zawsze robi takie rzeczy, podczas gdy pani prowadzi ojcu dom?

Olivia odrzekła, że była zajęta i nie zwróciła uwagi, gdzie Victoria przepadła na cały dzień. Poważnie traktowała rolę starszej siostry, mimo że różnica wieku między nimi była niewiele większa niż dziesięć minut.

- Któregoś dnia ukradła jeden z samochodów ojca, aby pojechać na mityng sufrażystek. To było akurat tego dnia, kiedy pan przyjechał do Croton-on-Hudson. - Dawson roześmiał się, a ona, pomimo zmartwienia, nagle mu zawtórowała.

- Przynajmniej trudno się z nią nudzić - powiedział. - Niech pani pomyśli o dzieciach, które kiedyś będzie miała. Można się wystraszyć, prawda?

Roześmiał się jeszcze raz, ale dojechawszy na miejsce, wysiedli z taksówki z poważnymi minami. Znaleźli się w podłej dzielnicy; w bramach wystawali biedacy w łachmanach, na ulicy leżały kupy śmieci. Olivia zauważyła szczura, przebiegającego przez jezdnię do rynsztoka, i instynktownie przysunęła się do Charlesa. Po wejściu do komisariatu znaleźli się w towarzystwie pijaków i dwóch skutych złodziejaszków, których właśnie przyprowadzono. Trzy prostytutki wykrzykiwały coś z celi do dyżurnego sierżanta. Charles spojrzał na Olivię, obawiając się, że dziewczynie może zrobić się słabo w takim otoczeniu, ale wyglądała całkiem dobrze. Wydawało się, że nawet komentarze pijaków i prostytutek nie robią na niej specjalnego wrażenia - udawała, że ich nie zauważa.

- Czy dobrze się pani czuje? - zapytał półgłosem, przyciskając ramieniem jej dłoń. Podziwiał odważną postawę dziewczyny oraz równowagę, z jaką znosiła obelgi, wykrzykiwane pod jej adresem przez zawistne dziwki.

- Wszystko w porządku - odpowiedziała szeptem, podnosząc na niego wzrok - ale kiedy stąd wyjdziemy, zabiję ją.

Dawson powstrzymał uśmiech i skierował się do dyżurnego sierżanta, który poprowadził ich do zamkniętego na klucz pokoju. Wewnątrz siedziała na jedynym krześle Victoria i piła herbatę pod okiem pilnującej jej policjantki. Wyglądała na zirytowaną. Na ich widok odstawiła filiżankę i podniosła się, ale nie sprawiała wrażenia zadowolonej.

- To twoja sprawka, co? - zapytała, nie racząc nawet zauważyć Dawsona. Ten zaś ponownie przeżył szok, widząc dwie identyczne w każdym calu istoty, od rysów twarzy i oczu po kapelusze, choć Victoria nosiła swój w sposób nieco zawadiacki i wyzywający. Patrzył na dziewczyny jak urzeczony, wyczuwając utrzymujące się między nimi napięcie.

- Jaka moja sprawka? - zapytała Olivia, wyraźnie zła na siostrę.

- To, że mnie nie aresztowali. - Victoria robiła wrażenie nie mniej zirytowanej.

- Pomieszało ci się w głowie, Victorio Henderson! - podniosła oskarżycielsko głos jej siostra. - Zasługujesz na to, żeby cię zamknąć, ale nie w tym miejscu. Twoim przeznaczeniem jest Bedlam. Czy zdajesz sobie sprawę, jaki to byłby skandal, gdyby cię aresztowali? Czy nie przyszło ci do głowy, jaki wstyd przyniosłabyś ojcu? Czy ty w ogóle myślisz o kimkolwiek poza sobą, czy też w ogóle nie mieści się to w twoim planie postępowania?

Sierżant i pilnująca Victorii funkcjonariuszka uśmiechnęli się do siebie. Trudno byłoby dodać cokolwiek do tej perory. Charles uzgodnił z nimi po cichu, że po prostu zabiorą stąd dziewczynę. W końcu nic złego nie zrobiła - po prostu znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze i policja najwyraźniej starała się zignorować całe wydarzenie. Sierżant doradził, aby w przyszłości mieć na nią oko, po czym zapytał Dawsona, czy obie panny to jego młodsze siostry.

Zaskoczyło go to, a równocześnie czuł się pochlebiony, że Olivia zwróciła się ze swym kłopotem właśnie do niego. Postąpiła słusznie, ponieważ samotne odwiedziny w takim miejscu byłyby dla niej czymś okropnym, wręcz niebezpiecznym. Pamiętając o czekającej taksówce, przerwał wreszcie tę wymianę zdań, proponując siostrom, by prowadziły ją dalej w samochodzie. Przez chwilę obawiał się, że Victoria nie zechce pójść z nimi, ale nie miała tu już nic do roboty. Policja jej nie chciała, podekscytowanie minęło. Olivia gotowała się ze złości i wciąż beształa siostrę, kiedy wychodzili z komisariatu; Charles dyskretnie skierował je do taksówki, a następnie usiadł między siostrami.

- Moje panie, proponuję, aby przerwać dyskusję i zapomnieć o całym incydencie. W końcu nic się nie wydarzyło, nikt się o niczym nie dowie. - Poprosił Olivię, aby wybaczyła siostrze lekkomyślność, po czym zwrócił się do Victorii z prośbą, by wstrzymała się od udziału w demonstracjach do końca pobytu w Nowym Jorku. Jeżeli tego nie zrobi, policja może ją zaaresztować naprawdę.

- To byłoby uczciwsze, niż straszyć ich pozycją społeczną, a potem zwiewać do tatusia, nie sądzi pan? - Victoria była ciągle zła, że została uratowana przez siostrę i adwokata pracującego dla ich ojca. Uważała też, że Charles jest kompletnym durniem, skoro zgodził się pojechać z Olivią. Zamierzała mu powiedzieć, aby na przyszłość pilnował własnego nosa.

- Czy wyobrażasz sobie, jak przeżyłby to ojciec, gdyby się dowiedział? - Olivii trzęsły się ręce, kiedy wkładała rękawiczki. - Dlaczego nie myślisz o nim, tylko o tych idiotycznych organizacjach i prawie głosowania dla kobiet? Czemu nie zaczniesz się przyzwoicie prowadzić? Myś lisz, że zawsze będę cię wyciągała z bagna?

Charles obserwował bliźniaczki z zafascynowaniem. Jedna taka wstrzemięźliwa i rozsądna, druga zapalczywa i tak najzupełniej pozbawiona wyrzutów sumienia. Victoria przypominała mu trochę jego nieżyjącą żonę Susan. Ona też miała skłonność do niezwykłych pomysłów i upodobanie do zajmowania się trudnymi problemami, ale była w niej również łagodność i uległość. W samotne noce tęsknił za tymi jej cechami, choć starał się o niej nie myśleć. Teraz musiał myśleć o synku Geoffreyu, a nie o jego matce. Jednak mimo wysiłków nie potrafił o niej zapomnieć, a w głębi serca wiedział, że w gruncie rzeczy wcale tego nie chce. Nie zmieniało to faktu, że ta popędliwa, nierozsądna dziewczyna w czarnym słomkowym kapeluszu, o błyszczących, niebieskich oczach intryguje go znacznie bardziej niż jej opanowana siostra.

- Chciałabym wam przypomnieć - oświadczyła zimno Victoria, kiedy taksówka zatrzymała się przed domem Hendersonów - że nikogo z was nie wzywałam i nie prosiłam o ratunek. - Była taka dziecinna, że patrząc na nią, Charles nie mógł powstrzymać uśmiechu. Przypominała niegrzeczną dziewczynkę, którą trzeba odsyłać za karę do sypialni albo ostro upominać, żeby wymusić posłuszeństwo. Z pewnością nie czuła skruchy ani wdzięczności za to, że przybyli jej z pomocą.

- Może więc powinniśmy zabrać tam panią z powrotem? - zapytał. Victoria spojrzała na niego, wysiadła z taksówki i wyprzedzając siostrę, wkroczyła do domu. Odwrócona tyłem do obojga, zdjęła kapelusz i rzuciła go na stół.

- Dziękuję panu - powiedziała w zakłopotaniu Olivia, wściekła na siostrę. - Bez pana nie wiedziałabym, co robić.

- Zawsze do usług - uśmiechnął się Charles, a Olivia wzniosła oczy na myśl, że taka sytuacja mogłaby się powtórzyć.

- Mam nadzieję, że nie będzie potrzeby - odparła.

- Niech pani postara się trzymać ją na uwięzi do przyjazdu ojca - powiedział szeptem. Dziewczyna najwyraźniej miała naturę niepoprawnego buntownika; patrząc z bezpiecznej odległości, można było dostrzec w tym swoisty urok.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Rozdział 1

Dochodzące zza okien Henderson Manor głosy ptaków były przytłumione przez ciężkie brokatowe zasłony. Olivia Henderson odgarnęła pasmo długich ciemnych włosów i powróciła do starannego przeglądania ojcowskiej porcelany. Był ciepły letni dzień. Siostra gdzieś się wyniosła jak zawsze; ojciec, Edward Henderson, spodziewał się wizyty swoich prawników. Adwokaci odwiedzali go dość często w tym wygodnym gnieździe rodzinnym w Croton-on-Hudson, położonym o niespełna trzy godziny jazdy samochodem od Nowego Jorku. Edward Henderson kierował z tego miejsca swymi inwestycjami, a także nadzorował stalownie, które wciąż nosiły jego imię, chociaż już nimi bezpośrednio nie zarządzał. Z interesów wycofał się wcześnie, dwa lata temu, w 1911 roku; zatrzymał wszystkie udziały, ale w pełni zaufał swym prawnikom i ludziom, którzy w jego imieniu kierowali przedsiębiorstwami. Nie miał synów, nie przejmował się więc już interesami tak jak dawniej. Córki nigdy nie poprowadzą stalowni. Miał zaledwie sześćdziesiąt pięć lat, ale w ostatnich czasach jego zdrowie zaczynało szwankować; wolał obserwować świat ze spokojnego zacisza Croton-on-Hudson. Poza tym wiejskie życie było zdrowe dla córek. Może nie było szczególnie podniecające, ale nigdy się nie nudzili, no i mieli przyjaciół wśród rodów zamieszkujących posiadłości położone wzdłuż Hudsonu.

Niedaleko znajdowała się rezydencja Van Cortlandów, w starym majątku Lyndhurst zaś mieszkali Shepardowie. Ojcem Heleny Shepard był Jay Gould, który zmarł przed dwudziestu laty i pozostawił wspaniałą posiadłość córce. Wraz z mężem, Finleyem Shepardem, prowadziła ją znakomicie, organizując częste przyjęcia dla okolicznej młodzieży. W Tarrytown Rockefellerowie ukończyli tego roku budowę Kykuit, którego wspaniałe ogrody i pełen przepychu dom rywalizowały z położoną tuż na północ posiadłością Edwarda Hendersona.

Henderson Manor był piękny; ludzie przyjeżdżali z daleka, aby go zobaczyć. Zerkając przez bramę na pełen uroku ogród, ledwie mogli dostrzec dom ukryty za wysokimi drzewami i łagodnymi zakosami drogi wiodącej do majestatycznego podjazdu. Budynek wznosił się na wysokim urwisku na brzegu Hudsonu. Edward lubił przesiadywać godzinami w swoim gabinecie, patrzeć, jak toczy się świat, wspominać miniony czas, starych przyjaciół, dni, w których jego życie płynęło znacznie szybszym nurtem. Przejęcie po ojcu zakładów w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku... sterowanie zmianami w przemyśle w końcu stulecia... Był wówczas tak zajęty! W młodości ożenił się, ale żona i mały synek zmarli na dyfteryt. Później przez wiele lat był samotny - do momentu pojawienia się Elizabeth. O takiej kobiecie mógł marzyć każdy mężczyzna! Była jak połyskliwy promień światła, jak kometa na letnim niebie, taka efemeryczna, zachwycająca - i tak szybko go opuściła. Pobrali się w rok po pierwszym spotkaniu; ona miała lat dziewiętnaście, on niewiele przekroczył czterdziestkę. Odeszła, mając dwadzieścia jeden lat - ku rozpaczy Edwarda zmarła w połogu. Po jej śmierci pracował ciężej niż kiedykolwiek, aż do zatracenia. Córki pozostawił pod opieką gospodyni i pielęgniarek, ale wreszcie zdał sobie sprawę, że jest za nie odpowiedzialny. Wtedy zaczął wznosić Henderson Manor. Chciał, by dziewczynki żyły w zdrowych warunkach, poza miastem; w 1903 roku Nowy Jork nie był odpowiednim miejscem dla dzieci. Kiedy się przeprowadzali, miały po dziesięć lat - teraz skończyły dwadzieścia. Zachował dom w mieście i tam pracował, ale odwiedzał córki tak często, jak mógł. Początkowo jedynie w weekendy, ale później, kiedy pokochał to miejsce, zaczął więcej czasu spędzać nad Hudsonem niż w Nowym Jorku, Pittsburghu czy Europie. Jego serce było w Croton, z dziewczynkami. W miarę jak rosły, jego własne życie zaczęło stopniowo zwalniać tempo. Uwielbiał przebywać z nimi i nigdy ich teraz nie opuszczał. Przez ostatnie dwa lata nie ruszył się dosłownie nigdzie. Trzy czy cztery lata wcześniej zaczęło mu szwankować zdrowie. Miał problemy z sercem, ale tylko wtedy, gdy zbyt ciężko pracował, denerwował się czymś albo wpadał we wściekłość, a obecnie zdarzało się to rzadko. W Croton, z córkami, był szczęśliwy.

Upłynęło dwadzieścia lat, odkąd zmarła ich matka - w piękny wiosenny dzień, który wydał mu się najgorszą zdradą ze strony Boga. Czekał na zewnątrz, tak niesłychanie dumny i podniecony. Wszystkiego by się spodziewał, tylko nie tego, że jeszcze raz doczeka takiej chwili jak przed dwunastu laty z okładem! Teraz miał czterdzieści pięć lat i utrata Elizabeth o mało go nie zabiła. Nie był w stanie wyobrazić sobie dalszego życia bez niej. Zmarła w ich nowojorskim domu i początkowo wyczuwał tam jej obecność. Po jakimś czasie jednak zaczął nienawidzić pustki tego miejsca. Przez długie miesiące podróżował, jednak unikanie domu oznaczało rozłąkę z dwiema córeczkami, które pozostawiła mu Elizabeth. Równocześnie nie mógł się zdobyć na sprzedanie domu, który wzniósł jego ojciec i w którym sam wyrósł. Był do szpiku kości tradycjonalistą i czuł się zobowiązany zachować tę posiadłość dla własnych dzieci. W ostateczności zamknął dom i przez ostatnie dwa lata ani razu się w nim nie pojawił. Teraz, kiedy na stałe zamieszkał w Croton, nie tęsknił ani za domem, ani za Nowym Jorkiem i towarzystwem, które tam pozostawił.

Przy dobiegających zza okna odgłosach lata Olivia cierpliwie i niezmordowanie sprawdzała kolejne sztuki porcelany. Na dużych arkuszach papieru starannym pismem zapisywała konieczne naprawy i uzupełnienia w kolekcji. Od czasu do czasu wysyłała kogoś ze służby do domu w mieście, aby coś przywieźć, ale na ogół budynek w Nowym Jorku pozostawał zamknięty, a one z siostrą nigdy tam nie jeździły. Wiadomo, ojcu by się to nie spodobało. Tata miał kiepskie zdrowie; Olivia, podobnie jak on, lubiła to spokojne życie w Croton-on-Hudson. W Nowym Jorku spędzała bardzo niewiele czasu od lat dziecinnych, wyjąwszy krótki okres dwa lata temu, kiedy ojciec zabrał ją wraz z siostrą do miasta, aby wprowadzić je w świat i przedstawić znajomym. Uznała tę wizytę za interesującą, ale też bardzo wyczerpującą. Nieustanne przyjęcia, wyprawy do teatru, ciągłe oczekiwania ze strony otoczenia... Miała wrażenie, że bez przerwy znajduje się na scenie, a uwaga, jaką ją obdarzano, męczyła ją. Za to Victoria rozkwitała w tej atmosferze; po przyjeździe na Boże Narodzenie do Croton pogrążyła się w głębokiej melancholii. Olivia zaś z ulgą wróciła do domu, książek, koni i spokojnych spacerów po wysokim, urwistym brzegu, które niekiedy prowadziły ją do pobliskich farm. Uwielbiała jeździć tędy na koniu, słuchać odgłosów wiosny, obserwować, jak z wolna odchodzi zima, podziwiać wspaniałe barwy październikowych liści. Bardzo lubiła zajmować się domem ojca i robiła to od wczesnej młodości - z pomocą Alberty Peabody, która wychowała obie panny. Nazywały ją Bertie i traktowały prawie jak matkę. Bertie miała słaby wzrok, ale żywy umysł i potrafiła rozróżnić siostry nawet w ciemności czy z zamkniętymi oczyma.

W tej chwili pojawiła się, by sprawdzić, co się dzieje, i zapytać, jak daleko posunęła się praca. Brak cierpliwości i kiepskie oczy już nie pozwalały jej zajmować się tego rodzaju subtelnymi sprawami, była więc wdzięczna, że Olivia ją wyręcza. Ta ostatnia skrupulatnie sprawdzała stan haftów, kryształów, bielizny. Miała oko na wszystko i bardzo lubiła takie zajęcia w przeciwieństwie do Victorii, która gardziła wszelkimi pracami domowymi. Victoria różniła się od siostry pod każdym możliwym względem.

- No i co, wytłukli nam wszystko czy będziemy jednak w stanie podać świąteczny obiad? - uśmiechnęła się Bertie, wnosząc szklankę zimnej jak lód lemoniady i talerzyk imbirowych ciasteczek prosto z pieca. Alberta Peabody spędziła dwadzieścia lat, opiekując się dziewczynkami, o których stopniowo zaczęła myśleć jak o własnych dzieciach. Od urodzenia były jej, nie opuściła ich nawet na jeden dzień, odkąd zmarła ich matka, a kiedy po raz pierwszy spojrzała w oczy Olivii, zrozumiała, jak bardzo ją kocha.

Była niską, krągłą kobietą o siwych włosach, zebranych z tyłu głowy w niewielki koczek. Na jej obszernym łonie Olivia jako dziecko chętnie kładła głowę. Pocieszała dziewczynki, kiedy tego potrzebowały, a w pobliżu nie było ojca, co w ich dzieciństwie zdarzało się często. Ojciec długi czas w milczeniu przetrawiał żal za ich matką i trzymał się z daleka. Ostatnio zaczął jednak odnosić się do córek cieplej i znacznie złagodniał, odkąd jego zdrowie się pogorszyło. Miał słabe serce, co przypisywał bolesnym przeżyciom po śmierci dwóch młodych żon oraz napięciom związanym z prowadzeniem interesów. Był znacznie szczęśliwszy, mogąc kierować swoimi sprawami stąd, gdzie wszystkie problemy dochodziły do niego niejako przefiltrowane przez doradców prawnych.

- Potrzebne są nam talerze do zupy, Bertie - zameldowała z powagą Olivia, ponownie odgarniając lok, najzupełniej nieświadoma swej uderzającej urody. Miała kremowobiałą skórę, wielkie ciemnoniebieskie oczy i gęste, błyszczące, kruczoczarne włosy. - A także talerze do ryb. W przyszłym tygodniu zamówię je u Tiffany'ego. Musisz powiedzieć dziewczętom w kuchni, żeby były ostrożniejsze. - Bertie skinęła głową i uśmiechnęła się do dziewczyny. Olivia mogłaby już być mężatką i przeglądać własną zastawę, a tymczasem ciągle jest tutaj i jakby nigdy nic dba o dom, ojca i wszystkich jego pracowników. Nigdzie jej nie ciągnie, nawet o tym nie myśli. Czuje się szczęśliwa w Henderson Manor, w przeciwieństwie do Victorii, która wciąż opowiada o rozmaitych miejscach na świecie, a przynajmniej w Europie. Marszczy brwi, ilekroć pomyśli o niezamieszkanym domu w Nowym Jorku i rozrywkach, jakim mogłaby się tam oddawać.

Olivia popatrzyła na Bertie z dziecinnym uśmiechem. Miała na sobie bladoniebieską, jedwabną suknię niemal do kostek i robiła wrażenie owiniętej skrawkiem letniego nieba. Skopiowała tę sukienkę z jakiegoś magazynu i dała do uszycia miejscowej krawcowej. Był to model Poireta i na Olivii prezentował się wspaniale. Zawsze sama wybierała i projektowała swoje stroje. Victoria nie dbała o takie rzeczy. Pozwalała, aby siostra dokonywała za nią wyboru, ponieważ, jak podkreślała, Olivia jest starsza.

- Te ciasteczka są dziś znakomite. Będą bardzo smakowały tacie - Olivia zamówiła wypiek specjalnie dla ojca i jego głównego doradcy prawnego, Johna Watsona. - Powinnam przygotować im tacę czy już o to zadbałaś?

Dwie kobiety wymieniły uśmiechy. Rozumiały się doskonale po latach dzielenia się obowiązkami i odpowiedzialnością. W ciągu kilku ostatnich lat Olivia stopniowo zmieniła się z dziecka w dziewczynę, a potem w młodą kobietę, sprawującą rządy w domu ojca. Miała oko na wszystko, co działo się dookoła i Bertie dobrze o tym wiedziała. Uznawała to i na ogół nie sprzeciwiała się Olivii, nawet jeśli dziewczyna wychodziła na ulewny deszcz albo popełniała jakieś dziecinne głupstwo, do czego niekiedy miała skłonność nawet jako dwudziestolatka. Ostatnio Bertie widziała w tym nie tyle powód do zmartwienia, ile przejaw młodzieńczej świeżości. Olivia jest taka poważna i odpowiedzialna - dobrze jej zrobi, jeśli czasem zapomni o swoich obowiązkach.

- Przygotowałam ci tacę, ale powiedziałam kucharce, że sama zechcesz zamówić ciasteczka w ostatniej chwili - odrzekła.

- Dziękuję. - Olivia zeszła zręcznie z drabiny i pocałowała starą kobietę w policzek, obejmując ją długimi, kształtnymi ramionami. Położyła głowę na ramieniu Bertie jak małe dziecko, jeszcze raz pocałowała ją z uczuciem i wybiegła do kuchni, by zająć się poczęstunkiem dla taty i jego adwokata.

Zamówiła dzbanek lemoniady, duży talerz ciasteczek i małe kanapki z rzeżuchą i ogórkiem, ozdobione cieniutkimi jak papier plasterkami pomidora z własnego ogrodu. Mieli też do dyspozycji sherry i mocniejsze alkohole, jeśli przyjdzie im ochota. Olivia dorastała u boku ojca i nie przeżywała wstrząsu na myśl o mężczyznach popijających whisky czy palących cygara. Prawdę mówiąc, lubiła ich zapach, podobnie jak jej siostra.

Zaaprobowała serwetki i srebrną tacę przygotowaną przez Bertie, po czym opuściła kuchnię i poszła do ojca do biblioteki. Brokatowe zasłony w kolorze głębokiej czerwieni, z dużymi frędzlami, były zaciągnięte, aby zachować chłód w pomieszczeniu. Olivia instynktownie poprawiła je, spoglądając przez ramię na ojca.

- Jak się dzisiaj czujesz, tato? Strasznie gorąco, prawda?

- Lubię taką pogodę - odrzekł i uśmiechnął się do córki, dumny z jej wyjątkowych talentów gospodarskich. Często powtarzał, że gdyby nie Olivia, nie dałby sobie rady z prowadzeniem domu, a już na pewno nie robiłby tego tak sprawnie. Żartował nawet, że obawia się, iż jeden z Rockefellerów może poślubić ją, aby poprowadziła dom w Kykuit. Ostatnio pojechał obejrzeć tę posiadłość. Dom wzniesiony przez Johna D. Rockefellera rzeczywiście robił duże wrażenie. Miał wszystkie możliwe nowoczesne wygody, włącznie z telefonami, centralnym ogrzewaniem i generatorem w powozowni. Ojciec droczył się z Olivią, mówiąc, że w porównaniu z tamtym miejscem ich dom prezentuje się jak chałupka jakichś nieudaczników, co naturalnie nie odpowiadało prawdzie, chociaż Kykuit rzeczywiście było najwspanialszą rezydencją w okolicy.

- Upał to dobra rzecz na moje stare kości - powiedział z zadowoleniem, zapalając cygaro w oczekiwaniu na przybycie prawnika. - A gdzie twoja siostra? - zapytał mimochodem. Olivię zawsze można było znaleźć gdzieś w domu: robiła spisy, notatki dla służby, sprawdzała, czy coś nie wymaga naprawy lub przygotowywała kwiaty na biurko ojca. Wyśledzenie Victorii było zadaniem znacznie bardziej skomplikowanym.

- Myślę, że poszła pograć w tenisa u Astorów - odparła ogólnikowo Olivia. Nie wiedziała, gdzie siostra przebywa naprawdę, miała tylko niejasne przypuszczenia.

- To dla niej typowe - odparł ojciec, uśmiechając się smutno. - Wydaje mi się, że Astorowie wyjechali chyba na lato do Maine.

Tak robili w większości ich sąsiedzi. Dawniej Hendersonowie również wyjeżdżali latem do Maine albo do Newport w stanie Rhode Island. Obecnie jednak Edward Henderson nie lubił opuszczać Croton nawet podczas największych upałów.

- Przepraszam, ojcze! - Olivia zarumieniła się, zakłopotana, że skłamała, chcąc osłonić siostrę. - Myślałam, że może już wrócili z Bal Harbor.

- Nie wątpię, że tak myślałaś. - Uśmiechnął się rozbawiony. - Ale jeden Bóg wie, gdzie twoja siostra przebywa i jakie figle jej w głowie.

Oboje naturalnie zdawali sobie sprawę, że wyczyny Victorii są właściwie nieszkodliwe. Była indywidualistką, osobą samodzielną, pełną energii i determinacji. Była niezależna jak jej nieżyjąca matka; Edward Henderson podejrzewał również, że jego młodsza córka jest nieco ekscentryczna. Dopóki jednak nie posuwała się zbyt daleko, mógł to tolerować. Najgorsze czego mogła się dopuścić to upadek z drzewa, narażenie się na udar słoneczny podczas zbyt długiego marszu do przyjaciół czy zbyt daleka wyprawa łodzią w dół rzeki. Tutejsze rozrywki były bardzo niewinne. Victoria nie miała w okolicy żadnych romansów, nie gonili za nią młodzi mężczyźni, chociaż wyraźnie interesowało się nią kilku młodych Rockefellerów i Van Cortlandów. Wszyscy jednak zachowywali się jak należy i nawet ojciec zdawał sobie sprawę, że Victoria jest raczej intelektualistką niż romantyczką.

- Zaraz jej poszukam - powiedziała cicho Olivia. Przestali się jednak zajmować tą kwestią, bo właśnie z kuchni przyniesiono tacę. Olivia wskazała służącemu, gdzie ma ją postawić.

- Będzie potrzebna jeszcze jedna szklanka, moja droga - zwrócił jej uwagę ojciec, zapalając cygaro, i podziękował chłopcu, którego imienia nigdy nie był w stanie zapamiętać.

Olivia znała wszystkich ludzi, których zatrudniali - ich nazwiska, dzieje, rodziców, rodzeństwo i dzieci. Wiedziała o ich słabych i mocnych stronach, o psotach, jakich się niekiedy dopuszczali. Była prawdziwą panią na Henderson Manor, i to może nawet w większym stopniu niż byłaby jej matka, gdyby żyła. Z jakiegoś powodu Olivia podejrzewała, że matka znacznie bardziej przypominała Victorię niż ją.

- Czy John przywiezie kogoś ze sobą? - zapytała zdziwiona. Adwokat ojca zazwyczaj przyjeżdżał sam, o ile nie było jakichś problemów z fabryką, ale tym razem o niczym takim nie słyszała. Ojciec zwykle dzielił się z córkami tego rodzaju wiadomościami. Cały majątek będzie któregoś dnia należał do nich, chociaż jest więcej niż prawdopodobne, że dziewczęta sprzedadzą zakłady. No, chyba że wyjdą za mąż za ludzi zdolnych nimi kierować, co Edward uważał jednak za mniej prawdopodobne.

Ojciec westchnął.

- Niestety, moja droga, John przywiezie kogoś. Obawiam się, że zbyt długo przebywam na tym świecie. Przeżyłem dwie żony, syna, w ubiegłym roku zmarł mój lekarz, większość przyjaciół odeszła w ciągu ostatniej dekady, a teraz John Watson informuje mnie, że zamierza przejść na emeryturę. Ma przywieźć ze sobą człowieka, który niedawno zaczął pracować w jego firmie i o którym ma bardzo dobre mniemanie.

- Ale John nie jest taki stary. - Olivia wyglądała na zaskoczoną i prawie równie zatroskaną jak ojciec. - Zresztą i ty nie jesteś stary, więc przestań mówić w ten sposób.

Zdawała sobie sprawę, że ojciec zaczął odczuwać swoje lata, kiedy poczuł się gorzej, a zwłaszcza po odsunięciu się od interesów.

- Jestem starcem. Nie masz pojęcia, jak to jest, kiedy wszyscy wokół ciebie zaczynają znikać - powiedział zasępiony, myśląc o nowym prawniku, którego wolałby nie oglądać tego popołudnia.

- Nikt nigdzie nie odchodzi. John też nie, jestem pewna - odrzekła pocieszająco, nalała sherry do niedużego kieliszka i podała go ojcu wraz z talerzem świeżych imbirowych ciasteczek. Wziął jedno i spojrzał na córkę z wielkim zadowoleniem.

- Może rzeczywiście nie odejdzie, kiedy skosztuje tych ciasteczek. Muszę przyznać, Olivio, że potrafisz sprawić, iż ludzie w kuchni czynią cuda.

- Dziękuję - pochyliła się i pocałowała go w policzek. Ojciec patrzył na nią z radością jak zawsze, gdy ją widział. Mimo upalnego dnia wyglądała wyjątkowo rześko i świeżo. Wzięła ciastko i usiadła obok, by poczekać razem z ojcem na Johna Watsona.

- A więc kim jest ten nowy adwokat? - zapytała ciekawie. Wiedziała, że Watson jest o tylko rok lub dwa młodszy niż jej ojciec, ale wydawał się jej zbyt młody, by przechodzić na emeryturę, zwłaszcza że tak młodzieńczo wyglądał. Może jednak robi mądrze, wprowadzając zawczasu w ich sprawy nowego człowieka. - Czy poznałeś go już?

- Jeszcze nie. To będzie pierwsze spotkanie. John twierdzi, że jest znakomity w tym, co robi, to znaczy głównie w sprawach biznesu. Załatwiał też jakieś transakcje nieruchomościowe dla Astorów. Przyszedł do kancelarii Johna z doskonałej firmy i ma świetne referencje.

- Dlaczego zmienił pracę? - spytała zaintrygowana. Lubiła rozmawiać z ojcem o interesach. Victoria też to lubiła, ale jej opinie były znacznie bardziej pochopne. Od czasu do czasu zdarzało się im omawiać we trójkę jakieś problemy ze sfery polityki czy biznesu. Edward Henderson uwielbiał dyskutować o trudnych sprawach z córkami - być może dlatego, że nie miał syna.

- Zgodnie z tym, co mówi John, ten człowiek, Dawson, przeżył w ubiegłym roku straszny cios. Prawdę mówiąc, zrobiło mi się go żal i chyba dlatego zgodziłem się, żeby John go tu sprowadził... Sam rozumiem tego rodzaju przeżycia aż za dobrze! - Uśmiechnął się niewesoło do córki. - W zeszłym roku jego żona zginęła na "Titanicu". Była córką lorda Arnsborough i zdaje się, że jechała w odwiedziny do siostry. Cholerna szkoda, że wracała akurat "Titanikiem". Ich syn też o mało nie utonął; podobno zabrano go do jednej z ostatnich łodzi ratunkowych. Szalupa była już przeładowana, więc matka wsadziła na swoje miejsce inne dziecko i zapowiedziała, że zabierze się następną łodzią. Ale tej kolejnej już nie było. O ile wiem, Dawson opuścił firmę, w której był zatrudniony, zabrał chłopca i spędził rok w Europie. To się zdarzyło zaledwie szesnaście miesięcy temu, a u Watsona pracuje dopiero od maja czy czerwca. Biedny człowiek. John twierdzi, że jest bardzo dobry, ale przygnębiony. Wyjdzie z tego, wszyscy wychodzą. Będzie musiał, dla dobra chłopca.

Aż za dobrze przypominało mu to chwile po stracie Elizabeth. Chociaż był to skutek komplikacji przy porodzie, a nie gigantycznej katastrofy w rodzaju "Titanica", tragedia była taka sama i wiedział, co wówczas człowiek czuje. Zatopił się na chwilę w rozmyślaniach; Olivia też w milczeniu przeżywała zasłyszaną historię. Oboje byli zaskoczeni, kiedy niespodziewanie w drzwiach stanął John Watson.

- Jak się tu dostałeś niezapowiedziany? Czyżbyś wszedł przez okno? - zaśmiał się Edward do starego przyjaciela, wstając na powitanie i idąc mu naprzeciw. Wyglądał przy tym na całkiem zdrowego. Ostatnimi czasy dzięki nieprzerwanej opiece Olivii był w dobrej formie mimo narzekania, że się fatalnie starzeje.

- Nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi - roześmiał się John Watson. Wysoki, z grzywą siwych włosów, był podobny do ojca Olivii, także człowieka słusznego wzrostu, o arystokratycznym wyglądzie, który niegdyś miał takie same lśniące, czarne włosy jak obie córki. Oczy też mieli identyczne, niebieskie; u Edwarda nabrały one blasku podczas ożywionej pogawędki z Johnem. Obaj panowie znali się od czasów szkolnych, Edward był najbliższym kolegą nieco starszego brata Johna. Zmarł on przed laty, Edward i John zaś zaprzyjaźnili się całe wieki temu. Współpracowali również przy wszystkich problemach prawnych Hendersonów.

Widząc, że niemal natychmiast pogrążyli się w rozmowie, Olivia jeszcze raz rzuciła okiem na tacę, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku, i zamierzała wyjść. Odwróciła się i, zaskoczona, o mało nie wpadła w ramiona Charlesa Dawsona. Dziwne było zobaczyć go tutaj chwilę po tym, jak rozmawiała o nim z ojcem; fakt, że wiedziała o nim tak wiele, nie znając go wcześniej, wprawiał ją w zakłopotanie. Spojrzała na niego. Wydawał się bardzo przystojny, ale nieco surowy. Pomyślała, że nigdy nie widziała smutniejszych oczu niż jego; koloru morskiej wody, były niczym dwie ciemnozielone sadzawki. Kiedy ojciec przedstawiał ich sobie, Charles Dawson zdobył się jednak na lekki uśmiech. Podczas rozmowy dostrzegła w nim coś więcej niż tylko tragedię. W jego oczach były wielka łagodność i delikatność, które budziły chęć, by wyciągnąć rękę i go pocieszyć.

- Witam panią - powiedział grzecznie, podając jej rękę i chłonąc ją oczyma, centymetr po centymetrze. Nie przyglądał się jej natrętnie, choć z pewnością miał świadomość, jak bardzo jest piękna - przede wszystkim był nią zaciekawiony.

- Czy mogę zaproponować panu lemoniadę? - zapytała Olivia, próbując ukryć nagłe zawstydzenie za obowiązkowością dobrej gospodyni. - A może woli pan sherry? Obawiam się, że ojciec woli sherry, nawet przy takim upale jak dzisiejszy.

- Lemoniada będzie doskonała. - Uśmiechnął się jeszcze raz, a dwaj starsi panowie wrócili do przerwanej rozmowy.

Johnowi Watsonowi również podała szklankę lemoniady. Wszyscy trzej z przyjemnością poczęstowali się imbirowymi ciasteczkami, po czym Olivia, spełniwszy swoje obowiązki, opuściła pokój, zamykając za sobą drzwi. Czuła, że prześladuje ją spojrzenie Charlesa Dawsona - może dlatego, że ojciec wcześniej opowiedział jej całą historię? Zastanawiała się, ile lat ma jego synek i jak Charles radzi sobie bez żony. A może w jego życiu pojawił się już ktoś inny? Usiłowała odpędzić krążące wokół niego myśli. To przecież śmieszne martwić się o jednego z adwokatów ojca, a nawet niewłaściwe - beształa się w duchu. Pospiesznie skręciła w stronę kuchni i o mało nie zderzyła się z młodszym szoferem. Był to szesnastoletni chłopak, który od dawna pracował w stajniach, ale o samochodach wiedział znacznie więcej niż o koniach. Ponieważ ojciec pasjonował się nowoczesnymi maszynami i kupił jeden z pierwszych samochodów, kiedy jeszcze mieszkali w Nowym Jorku, chłopiec stajenny Petrie przeżył błyskawiczną przemianę.

- O co chodzi, Petrie? Czy coś się stało? - zapytała rzeczowym tonem. Chłopak robił wrażenie wzburzonego.

- Muszę zobaczyć się z pani ojcem, panienko - powiedział, najwyraźniej bliski łez. Olivia postanowiła odciągnąć go od biblioteki, zanim przerwie toczącą się tam konferencję.

- Obawiam się, że nie możesz tego zrobić. Jest zajęty. Może ja mogę ci w czymś pomóc? - powiedziała łagodnie, ale stanowczo.

Petrie zawahał się, a potem rozejrzał dookoła, jakby się bał, że ktoś może go usłyszeć.

- Chodzi o forda - mówił w wyraźnym przestrachem. - Ukradli go.

Oczy chłopca były pełne łez. Wiedział, co się z nim stanie, kiedy wiadomość się rozejdzie: straci najlepszą pracę, jaka mogła mu się trafić. Nie rozumiał, jak do tego doszło.

- Ukradli? - Olivia była równie zaskoczona jak Petrie. - Jak to? W jaki sposób ktoś mógł wejść na nasz teren i zabrać wóz, nie zwracając niczyjej uwagi?

- Nie wiem, panienko. Widziałem go jeszcze dziś rano, kiedy go myłem. Był taki czysty i lśniący jak wtedy, kiedy pani ojciec go kupił. Zostawiłem na chwilę otwarte drzwi do garażu, żeby go przewietrzyć, tam jest tak gorąco, wie pani, kiedy świeci słońce, a po półgodzinie już go tam nie było. Po prostu zniknął. - Oczy chłopca ponownie napełniły się łzami.

Olivia delikatnie położyła mu rękę na ramieniu. W tej opowieści było coś zastanawiającego.

- Która to mogła być godzina, Petrie? Pamiętasz? - spytała spokojnie. Opanowanie to rzecz niecodzienna u dwudziestoletniej dziewczyny, ale Olivia przywykła do rozwiązywania drobnych konfliktów. Ta sprawa była jednak szczególna.

- Było wpół do dwunastej, panienko. Pamiętam dokładnie.

Ostatni raz Olivia widziała siostrę o jedenastej. Ford, którego zniknięciem Petrie tak się przejął, został kupiony przez ojca rok temu z przeznaczeniem na wyprawy do miasta, potrzeby personelu oraz do wszelkich spraw, które powinny być załatwione w innym wozie niż cadillac tourer, którym jeździł Edward, kiedy opuszczał Henderson Manor.

- Wiesz, Petrie - powiedziała cicho Olivia - wydaje mi się, że powinieneś zostawić tę sprawę w spokoju. Bardzo możliwe, że ktoś z personelu pożyczył samochód i nie powiedział ci o tym. Może to ogrodnik; prosiłam go, aby poszukał dla mnie krzewów różanych u Shepardów. Może zapomniał ci o tym powiedzieć.

Nagle nabrała przeświadczenia, że samochodu nikt nie ukradł, i postanowiła chłopaka powstrzymać. Gdyby powiedział o całej sprawie ojcu, wezwano by policję, co byłoby wielce kłopotliwe. Nie mogła do tego dopuścić.

- Ale Kittering nie umie prowadzić, panienko. Nie zabrałby forda, żeby szukać dla pani róż. Wziąłby konia albo wsiadł na rower, ale nie do forda, panienko.

- No cóż, może ktoś inny nim pojechał. W każdym razie sądzę, że nie powinniśmy jeszcze wspominać o tym ojcu. Poza tym on jest teraz zajęty. Poczekajmy do kolacji, zgoda? Zobaczymy, może ktoś przyprowadzi samochód z powrotem. Jestem pewna, że tak się stanie. A może chciałbyś napić się lemoniady i zjeść kilka ciasteczek? - prowadziła go powoli w kierunku kuchni. Chłopak z wolna uspokajał się, chociaż wciąż jeszcze był zdenerwowany i przerażony perspektywą utraty zajęcia, jeżeli chlebodawca dowie się, że dopuścił do kradzieży samochodu prosto z garażu. Jednak Olivia nie przestawała go pocieszać; nalała mu lemoniady i podała talerz z ciasteczkami, którym nie sposób było się oprzeć. Kucharka obserwowała tę scenę.

Dziewczyna obiecała Petriemu, że skontaktuje się z nim później, i wymogła na nim przyrzeczenie, że na razie nie szepnie ojcu ani słowa, po czym na znak kucharki szybko opuściła kuchnię. Chciała uniknąć spotkania z Bertie, która właśnie wracała z ogrodu. Olivia otworzyła prowadzące do niego długie drzwi we francuskim stylu i westchnęła, poczuwszy uderzenie obezwładniającego skwaru nowojorskiego lata. Właśnie dlatego ludzie wyjeżdżali do Newport i Maine. Tutejsze lato było tak nieznośne, że uciekał każdy, kto mógł sobie na to pozwolić. Ale jesienią znowu będzie cudownie. Tak samo wiosną, kiedy wreszcie nadchodzi kres nieskończenie długiej zimy - idylla. Jednak zimy są trudne do wytrzymania, a lata jeszcze bardziej. Większość mieszkańców wyjeżdżała zimą do miasta, a latem nad morze, chociaż jej ojciec już tego nie robił. Mieszkali w Croton-on-Hudson przez okrągły rok.

Żeby tak po południu znaleźć czas i trochę popływać! Olivia w roztargnieniu szła ulubionymi ścieżkami na zaplecze domu, gdzie znajdował się piękny, niewidoczny od frontu ogród. Bardzo lubiła jeździć po nim konno. W ogrodzeniu była furtka prowadząca do posiadłości sąsiada, po którego polach również chętnie kłusowała. Nikomu to nie przeszkadzało. Ludzie mieszkający wśród tutejszych wzgórz żyli jak jedna szczęśliwa rodzina, byli dobrymi przyjaciółmi.

Mimo upału odbyła tego popołudnia długi spacer. Zapomniała o aferze z samochodem, ale - co dziwne - jej myśli krążyły wokół Charlesa Dawsona i opowieści, którą usłyszała od ojca. Jakie to okropne: stracić żonę w tak dramatyczny i tragiczny sposób... Musiał być śmiertelnie przerażony, kiedy się o tym dowiedział; Olivia była w stanie to sobie wyobrazić. Usiadła na pniu drzewa, rozmyślając o Dawsonie, gdy nagle usłyszała w oddali odgłos silnika. Przez chwilę siedziała bez ruchu, nasłuchując, i wkrótce zobaczyła, jak zaginiony ford przeciska się przez wąską drewnianą bramę na tyłach posiadłości. Usłyszała nagły zgrzyt - to samochód otarł się bokiem o deski, nie zwalniając nawet na chwilę. Zaskoczona Olivia wpatrywała się w zbliżający się pojazd. Za kierownicą siedziała jej siostra, która teraz uśmiechnęła się szeroko i pomachała jej. W ręce trzymała papierosa. Victoria pali!

Olivia nie ruszyła się z miejsca. Wpatrywała się w siostrę, kręcąc z niedowierzaniem głową. Victoria zatrzymała wóz, ciągle uśmiechnięta, i dmuchnęła w jej stronę kłębem dymu.

- Czy zdajesz sobie sprawę, że Petrie chciał powiedzieć ojcu, iż samochód został skradziony i wezwałby policję, gdybym mu na to pozwoliła?

Olivia nie była zaskoczona, widząc siostrę w samochodzie, choć nie była także zadowolona. Aż za dobrze znała wyczyny Victorii. Siedziały, patrząc na siebie - jedna idealnie spokojna, choć z pewnością nie uszczęśliwiona, druga ubawiona własną lekkomyślnością. Najbardziej uderzające było jednak to, że pomijając różnicę nastrojów i fakt, iż fryzura Victorii była nieco zburzona przez wiatr, obie wyglądały identycznie, niczym własne odbicie w lustrze. Te same oczy, usta, identyczne kości policzkowe, włosy i gesty. Były między nimi różnice - Victoria miała naturę pogodną i otwartą, z lekką skłonnością do rozrabiania - ale żadnemu człowiekowi z zewnątrz nie udałoby się ich rozróżnić, gdyby ktoś kazał mu to zrobić. Nawet ojciec często się mylił, kiedy spotykał jedną z córek, służba zaś robiła to bez przerwy. Ich koleżanki ze szkoły też nigdy nie potrafiły ich rozróżnić. W końcu ojciec postanowił, że będą się uczyć w domu, ponieważ w szkole wywoływały zbyt wielkie zamieszanie. Zamieniały się miejscami, kiedy im przyszła ochota, bezlitośnie dręczyły nauczycieli - w każdym razie, zdaniem Olivii, robiła to Victoria. Bawiły się znakomicie, ale ojciec miał poważne wątpliwości co do jakości edukacji swych pociech. Z kolei wprowadzenie systemu nauki domowej spowodowało izolację dziewcząt, które zostały skazane wyłącznie na własne towarzystwo. Obie tęskniły za szkołą, ale ojciec postawił sprawę jednoznacznie. Nie zamierzał pozwolić, by córki grały rolę cyrkowych clownów, a o ile nie potrafiła ich poskromić szkoła, umieli to zrobić pani Peabody i domowi nauczyciele. Prawdę rzekłszy, pani Peabody była jedyną osobą na świecie wiedzącą, która z nich jest która. Potrafiła rozpoznać je w dowolnych okolicznościach, z przodu, z tyłu, nawet zanim otworzyły usta. Odkryła też pewien charakterystyczny sekret, pozwalający dokonać rozróżnienia - otóż Olivia miała u nasady prawej dłoni malutki pieprzyk. Victoria miała identyczne znamię, tyle że na lewej ręce. Wiedział o tym, oczywiście, także ojciec, choć już nie znajomi i przyjaciele, ale trudno było sprawdzać dziewczęta w ten sposób za każdym razem. Prościej było zapytać w nadziei, że powiedzą prawdę, co zresztą zazwyczaj robiły, zwłaszcza teraz, kiedy podrosły. Poza tym jednym drobiazgiem były identyczne i od chwili przyjścia na świat wywoływały mnóstwo zamieszania.

Tak też było w czasie ich oficjalnej prezentacji w nowojorskim towarzystwie dwa lata temu i z tego powodu ojciec nalegał wówczas na powrót do domu przed świętami Bożego Narodzenia. Po prostu trudno było wytrzymać zainteresowanie, jakie dziewczęta wzbudzały wszędzie, gdziekolwiek się pojawiły. Miał wrażenie, że są traktowane niczym białe kruki. Victoria była zdruzgotana powrotem, choć Olivia nie miała nic przeciwko temu. Victorię od tej chwili tryb życia rodziny zaczął wyraźnie irytować - mówiła wyłącznie o tym, jak potwornie nudno jest mieszkać nad Hudsonem. Zastanawiała się, jak w ogóle można to wytrzymać.

Poza tym był jeszcze tylko jeden temat, który zajmował Victorię - ruch sufrażystek. Ten problem rozpalał w niej ogień. Olivia miała powyżej uszu słuchania o Alice Paul, która w kwietniu tego roku zorganizowała demonstrację w Waszyngtonie. Wiele kobiet zostało wtedy aresztowanych, czterdzieści odniosło rany, a do przywrócenia porządku trzeba było użyć kawalerii. Doprawdy za często też słyszała o Emily Davison, zabitej przed dwoma miesiącami w Anglii, kiedy to biegła przed koniem króla podczas derby, oraz o pani Pankhurst i jej córkach, które narobiły w Anglii zamieszania pod hasłem praw dla kobiet. Oczy Victorii ciskały ognie, gdy o tym opowiadała, podczas gdy Olivia przewracała swoimi ze znudzeniem. Teraz siedziała, oczekując od siostry usprawiedliwienia i wyjaśnień.

- No i co, wezwali policję? - zapytała Victoria z rozbawieniem. Najwyraźniej nie zamierzała za nic przepraszać.

- Nie - odrzekła ostro Olivia. - Przekupiłam Petriego lemoniadą i ciasteczkami i kazałam mu poczekać do kolacji. Ale należało wezwać policję. Powinnam była na to pozwolić. Wiedziałam, że to twoja sprawka.

Starała się wyglądać na rozgniewaną, ale wyraz jej oczu zdradzał, że jest inaczej. Victoria to zauważyła.

- Skąd wiedziałaś, że to ja? - spytała zachwycona sobą, bez odrobiny skruchy.

- Wyczułam, ty łajdaczko. Ale któregoś dnia przyjedzie z twojego powodu policja, a ja nie będę się sprzeciwiać.

- Nie zrobisz tego - oświadczyła z przekonaniem Victoria, z charakterystycznym błyskiem w oczach, który przypominał ojcu zmarłą żonę i matkę dziewcząt, Elizabeth. Victoria wyglądała niczym portret Olivii, włącznie z niebieską jedwabną suknią, którą miała na sobie.

Każdego ranka Olivia przygotowywała siostrze ubranie, a Victoria wkładała wybrane rzeczy bez sprzeciwu. Uwielbiała swój status bliźniaczki, w gruncie rzeczy obie bardzo go lubiły. Dzięki temu Victoria wydobywała się z każdego kłopotu. Olivia zawsze chętnie ją tłumaczyła czy nawet brała winę na siebie; czasem po to, by pomóc nieszczęsnej, a czasem - zwłaszcza gdy były dziećmi - po prostu dlatego, że było to zabawne. Ojciec często prawił im kazania o odpowiedzialności, o tym, że nie powinny wykorzystywać swojej wyjątkowej sytuacji, ale czasem trudno było się temu oprzeć. Były sobie bliższe, niż można to sobie wyobrazić. Niekiedy wydawało się im, że są jedną i tą samą osobą, choć równocześnie miały świadomość, że różnią się, i to bardzo. Victoria była odważniejsza, znacznie bardziej skłonna do psot i poszukiwania przygód. Z nich dwu to ona wiecznie pakowała się w kłopoty, o wiele też bardziej niż Olivię fascynował ją szeroki świat; Olivia szczęśliwsza była w domu, w granicach wyznaczonych przez rodzinę, dom i tradycję. Victoria chciała walczyć o prawa kobiet, demonstrować, wygłaszać przemówienia. Uważała, że małżeństwo jest barbarzyństwem, najzupełniej zbędnym dla prawdziwie niezależnej kobiety. Olivia uważała to za kompletne szaleństwo, miała jednak nadzieję, że chodzi wyłącznie o przelotny kaprys siostry. Istniały inne ruchy polityczne, które ją fascynowały, inne ideały religijne i koncepcje intelektualne. Była osobą bardziej przyziemną, mniej skłonną do angażowania się w walkę o jakieś mętne sprawy. Jej świat był znacznie mniejszy. Mimo tych odmienności obie siostry na pierwszy rzut oka wydawały się identyczne, również ludziom, którzy je znali.

- Kiedy nauczyłaś się prowadzić? - zapytała Olivia. Victoria zaśmiała się i cisnęła jej pod nogi niedopałek papierosa. Olivia zawsze odgrywała rolę starszej, surowej siostry. Była starsza zaledwie o jedenaście minut, które jednak stanowiły o wielkiej różnicy. W przypływie poważnego nastroju, kiedy dziewczyny zwierzały się sobie, Victoria wyznawała czasem, że ma wrażenie, iż to ona zabiła matkę.

- Nie ty ją zabiłaś - mówiła z przekonaniem Olivia, gdy były jeszcze dziećmi. - Zrobił to Bóg.

- On tego nie zrobił! - oburzona siostra broniła Najwyższego. Pani Peabody była wstrząśnięta, kiedy odkryła istotę ich sporu. Później wytłumaczyła dziewczynkom, że połóg jest zawsze przeżyciem bardzo trudnym, a wydanie na świat bliźniąt to wysiłek wręcz nadludzki, możliwy jedynie dla aniołów. Najwidoczniej więc matka była aniołem, zesłanym na ziemię wraz z ojcem, który tak bardzo je kocha, a potem wróciła do nieba. Ta koncepcja na jakiś czas wyjaśniła kwestię winy, chociaż w głębi serca Victoria zawsze czuła, że tak naprawdę to ona zabiła matkę i że Olivia też to wie, więc nic z tego, co mówiła w ciągu ich dwudziestoletniego życia, nie było w stanie zmienić rzeczywistości.

Teraz jednak o tych sprawach nie myślały - Olivia pytała siostrę o jej umiejętności kierowcy.

- Nauczyłam się ostatniej zimy. - Victoria wzruszyła ramionami, rozbawiona.

- Sama się nauczyłaś? Jak?

- Po prostu, wzięłam kluczyki i spróbowałam. Na początku parę razy stuknęłam w coś, ale Petrie niczego się nie domyślił. Myślał, że ktoś uderzył w forda w czasie parkowania, kiedy był nim w mieście. - Victoria była z siebie bardzo zadowolona. Olivia zmusiła się, by ją ofuknąć, żeby ukryć, jak bardzo chce się jej śmiać, ale siostra znała ją doskonale.

- Nie patrz tak na mnie. To bardzo pożyteczna umiejętność. Mogę cię podrzucić do miasta, ile razy zechcesz.

- Prędzej wjedziesz na drzewo. - Olivia nie dawała się ugłaskać. Przecież siostra mogła się zabić, jeżdżąc po okolicy samochodem, którego nie umiała prowadzić jak należy. To było szaleństwo. - A w dodatku palisz. To okropne.

O tej drugiej sprawie Olivia wiedziała już od jakiegoś czasu. Zimą znalazła w komodzie Victorii paczkę papierosów Fatima i była zszokowana tym odkryciem. Kiedy jednak wracała do tej sprawy, Victoria tylko się śmiała, wzruszała ramionami i odmawiała komentarza.

- Nie bądź taka staroświecka - powiedziała teraz pogodnie. - Gdybyśmy mieszkały w Londynie albo Paryżu, ty także paliłabyś, bo to jest modne. Dobrze o tym wiesz.

- Nic o tym nie wiem, Victorio Henderson. To oburzający obyczaj w przypadku damy, z czego doskonale zdajesz sobie sprawę. Gdzie ty byłaś?

Siostra zawahała się na moment. Olivia czekała. Spodziewała się, że Victoria powie jej prawdę, jak zawsze. Siostry nie miały przed sobą sekretów, a jeśli już bardzo rzadko tak się zdarzało, ta druga instynktownie orientowała się, gdzie leży prawda. Można było odnieść wrażenie, że każda z nich wie, co myśli ta druga.

- Zwierz mi się - powiedziała Olivia z naciskiem, a Victoria niespodziewanie zaczęła wyglądać na znacznie mniej niż swoje dwadzieścia lat.

- Zgoda. Pojechałam do Tarrytown na spotkanie Amerykańskiego Stowarzyszenia Sufrażystek. Była Alice Paul, przyjechała specjalnie, żeby zorganizować konferencję i dopilnować utworzenia oddziału organizacji u nas, nad Hudsonem. Miała też być sama przewodnicząca ASS Anna Howard Shaw, ale nie mogła przyjechać.

- Na Boga, Victorio, co ty wyprawiasz? Ojciec zawoła policję, jeżeli będziesz brała udział w demonstracjach lub czymś podobnym. Jest więcej niż prawdopodobne, że trafisz do aresztu, a tato będzie musiał wpłacać za ciebie kaucję - powiedziała z oburzeniem siostra. Jednakże Victoria wcale nie robiła wrażenia wystraszonej taką perspektywą, przeciwnie, chyba się to jej nawet podobało.

- Warto zaryzykować, Ollie. Ona była niesłychanie inspirująca. Powinnaś pojechać następnym razem.

- Następnym razem przywiążę cię do łóżka. A jeżeli jeszcze raz podwędzisz samochód z powodu takiego głupstwa, pozwolę Petriemu wezwać policjantów i powiadomię ich, kto to zrobił.

- Nie zrobisz tego. No, dalej, wskakuj. Odwiozę cię do garażu.

- Znakomicie, wpakujesz w bagno nas obie. Serdeczne dzięki, kochana siostrzyczko.

- Nie bądź taka sztywna. W ten sposób nikt się nie dowie, która z nas to zrobiła.

Ich ogromne podobieństwo, jak zawsze, zapewniało znakomitą przykrywkę. Nikt nigdy nie wiedział, która z nich zawiniła. Sytuacja ta była korzystna szczególnie dla Victorii, ponieważ Olivia rzadko potrzebowała kozła ofiarnego.

- Domyślą się, jeżeli będą mieli trochę oleju w głowie - mruknęła Olivia, ostrożnie wsiadając do samochodu. Siostra ruszyła ostro po wyboistej drodze, wywołując głośne skargi pasażerki na taki styl jazdy. Kiedy Victoria zaproponowała jej papierosa, Olivia zamierzała potępić kolejny wybryk siostry, ale niespodziewanie wybuchnęła śmiechem na myśl o absurdalności tej sytuacji. Próby podporządkowania sobie Victorii były skazane na niepowodzenie i dobrze o tym wiedziała. Siostra tymczasem podjechała wprost do garażu, omal nie taranując Petriego. Chłopak gapił się na siostry z otwartymi ustami, gdy te jak na komendę wysiadły z wozu. Podziękowały mu, a Victoria przeprosiła za niewielkie uszkodzenie, które spowodowała.

- Ale ja myślałem... ja... kiedy pani... to znaczy, panno Olivio... panno Victorio... panienko... - nie miał pojęcia, która jest która i kto co zrobił, ale nie zamierzał tego dochodzić. Musiał jedynie wymienić gumę na stopniu wozu i poprawić lakier. W każdym razie samochód nie został skradziony.

Młode kobiety z wielką godnością ruszyły w stronę domu, weszły po schodach i zaczęły chichotać.

- Doprawdy, jesteś okropna - beształa siostrę Olivia. - Ten biedak myś lał, że tato go za to zabije. Któregoś dnia skończysz w więzieniu, jestem pewna.

- Ja również - odparła beztrosko Victoria, ściskając ją. - A może zamienisz się ze mną na miesiąc czy dwa, żebym mogła się trochę przewietrzyć i pochodzić na mityngi? Jak ci się to podoba?

- Okropność. Wybij to sobie z głowy. Minęły czasy, kiedy cię kryłam - powiedziała Olivia, grożąc siostrze palcem, choć czuła, że kocha ją bardziej niż kiedykolwiek. Bliźniaczka była jej najlepszą przyjaciółką, drugą stroną jej duszy. Znały się na wylot i najszczęśliwsze były ze sobą. Oczywiście, Victoria spędzała poza tym niemało czasu na swoich eskapadach.

Przechodziły przez główny hol, zagadane i roześmiane, kiedy drzwi biblioteki otworzyły się i z pokoju wyszło trzech mężczyzn, wciąż rozprawiających o swoich planach i decyzjach, które należało podjąć. Siostry umilkły. Olivia patrzyła na Charlesa, który z kolei przyglądał się im, kompletnie zaskoczony tym widokiem. Przenosił wzrok z jednej na drugą i z powrotem, jakby szukał wytłumaczenia tego niesłychanego podobieństwa oraz urody obu dziewcząt i usiłował znaleźć między nimi różnicę. Intensywnie wpatrywał się w Victorię, której włosy były nieco bardziej potargane niż fryzura Olivii, a choć miały identyczne suknie, Victoria nosiła swoją jakoś bardziej swobodnie. Ta dziewczyna roztaczała wokół siebie szczególną aurę. Na oko nie było widać, do czego jest zdolna, wyczuwało się jednak pogardę dla konwenansów i skłonność do szokowania innych.

- No tak - zaśmiał się Edward Henderson, widząc reakcję Charlesa. - Czyżbym zapomniał pana ostrzec?

- Obawiam się, że tak, sir - odparł zaczerwieniony Dawson, przenosząc wzrok z Victorii i patrząc w pomieszaniu na Olivię, a potem znów na jej ojca. Domownicy byli do takich scen przyzwyczajeni i dobrze się bawili, ale Charles z pewnością nie.

- Zwyczajne złudzenie optyczne, nie ma się czym przejmować - żartował z niego Edward Henderson. Charles mu się spodobał - robił wrażenie dobrego człowieka. Właśnie odbyli bardzo pożyteczne spotkanie, pełne nowych pomysłów na ożywienie interesów i ochronę poczynionych inwestycji. - To na pewno sprawka sherry.

Uśmiechnął się do młodego mężczyzny, Charles Dawson zaś wybuchnął śmiechem, niespodziewanie przybierając chłopięcy wygląd. Miał trzydzieści sześć lat, ale w zeszłym roku bardzo spoważniał i jego znajomi uznali, że wygląda znacznie starzej. Teraz zmieszany i patrzący z niedowierzaniem na stojące przed nim dwie śliczne dziewczyny znów wyglądał jak chłopiec. Jego konfuzję pogłębił fakt, że ruszyły w jego stronę w tym samym momencie, nieświadome, że poruszają się w dokładnie taki sam sposób. Przywitały się, podając mu dłoń, a Edward ponownie przedstawił mu Olivię, a następnie - po raz pierwszy - Victorię. Córki roześmiały się, wytykając ojcu, że je ze sobą pomylił, co wprawiło Charlesa w jeszcze większą wesołość.

- Czy często to robi? - zapytał. Czuł się już nieco swobodniej, ale wciąż jeszcze był oszołomiony. Trudno zresztą było tego uniknąć.

- Bez przerwy, chociaż nie zawsze mu o tym mówimy - odparła Victoria, patrząc młodemu prawnikowi prosto w oczy. Charles wpatrywał się w nią zafascynowany. Wyczuwał w dziewczynie jakąś niezwykłość. Na swój bardzo subtelny sposób była bardziej zmysłowa od siostry; miały identyczne sukienki, włosy, w ogóle wygląd, ale różniły się wewnętrznie.

- Kiedy były małe, wplataliśmy we włosy każdej inną wstążkę, aby móc je rozpoznać - opowiadał Edward. - Działało to bez zarzutu, aż pewnego dnia przekonaliśmy się, że te diablęta nauczyły się je rozwiązywać i zamieniać. Dzięki temu mogły grać jedna drugą, a my dostrzegaliśmy to dopiero po paru miesiącach. Jako dzieci były okropne.

Mówił to z jawną dumą i czułością. Mimo niechęci do sensacji, jaką wzbudzały córki poza rodzinną posiadłością, uwielbiał je. To był ostatni dar otrzymany od kobiety, którą kochał. Później nie kochał już tak nikogo, z wyjątkiem jej córek.

- A czy teraz mają lepsze maniery? - zapytał Charles, wciąż rozweselony szokiem, w jaki go wprawiły. Ani Edward Henderson, ani John Watson nie uprzedzili go, że gospodarz jest ojcem bliźniaczek.

- Nie za bardzo - powiedział smętnie Edward i wszyscy wybuchnęli śmiechem. Następnie zwrócił się do córek, jakby je upominał: - Macie się przyzwoicie zachowywać, jasne? Ci dwaj panowie utrzymują, że muszę na jakiś miesiąc pojechać do Nowego Jorku, aby dopilnować niektórych interesów.

Jeżeli przyrzekniecie, że nie postawicie tego miasta na głowie, zabiorę was ze sobą. Tylko żadnych wygłupów, bo natychmiast odeślę z powrotem.

Bardzo chciałby wiedzieć, która z nich jest Victorią, ale nie potrafił ich rozróżnić.

- Tak jest, sir - odrzekła z uśmiechem Olivia, zdając sobie sprawę, że ostrzeżenie zostało skierowane nie do niej, tylko do siostry. Zorientowała się, że ojciec nie ma pewności, do której z nich się zwraca w tej chwili; zawsze potrafiła wyczuć jego niepewność.

Natomiast Victoria nie składała żadnych przyrzeczeń. Jej oczy rozbłysły na myśl o miesięcznym pobycie w mieście.

- Mówisz poważnie? - zapytała z zachwytem.

- O tym, że was odeślę? Absolutnie poważnie - zagrzmiał ojciec.

- Nie, chodzi mi o wyjazd do Nowego Jorku - spoglądała to na ojca, to na jego prawników. Wszyscy trzej panowie się uśmiechali.

- To mogą być nawet dwa miesiące - odrzekł Edward. - Będzie mnóstwo zawracania głowy, kiedy już tam dotrzemy.

- Tatusiu, proszę! - zawołała Victoria, klaszcząc w ręce. Zrobiła piruet, okręcając się na pięcie i chwyciła siostrę za ramiona. - Ollie, pomyśl tylko! Nowy Jork! Ollie! Nowy Jork!

Nie posiadała się z radości i podniecenia. Ojciec poczuł skrupuły na myśl, że córki czują się izolowane. W tym wieku powinny przebywać w wielkim mieście, poznawać ludzi, szukać mężów. On jednak bał się utracić je na zawsze, szczególnie Olivię. Tak bardzo mu pomagała! Co on by bez niej zrobił? Jeszcze nie zdążyli spakować walizek i wyjechać z domu, a Edward już wyobraził sobie, że córki wyszły za mąż i porzuciły go.

- Mamy nadzieję częściej pana widywać, Charles, kiedy przyjedziemy do miasta - powiedział, żegnając się z Dawsonem u wyjścia. Victoria wciąż paplała o Nowym Jorku, nie zwracając uwagi na gości. Olivia dyskretnie obserwowała Charlesa, który żegnał się z ojcem. Zapewniał go, że będą się często spotykać w biurze, jeżeli tylko pan Watson pozwoli mu prowadzić interesy pana Hendersona. Watson był przekonany, że tak się stanie, a Edward zachęcał Charlesa, aby odwiedzał ich również w domu. Ten uprzejmie podziękował za zaproszenie. Wychodząc, spojrzał ponad ramieniem gospodarza wprost w oczy Victorii. Nie miał pewności, którą z dziewcząt widzi, ale czuł do niej dziwny pociąg. Gdyby ktoś go zapytał, nie umiałby tego wytłumaczyć - biła od niej jakaś elektryczność, a od jej siostry nie. To było bardzo dziwne: nie wiedzieć, która jest która, a przy tym czuć fascynację obydwiema. Nigdy nie spotkał podobnych istot.

Edward Henderson odprowadził obu panów do samochodu. Kiedy odjeżdżali, Olivia patrzyła za nimi z okna. Mimo podniecenia wizją wyjazdu do Nowego Jorku Victoria to zauważyła.

- O co chodzi? - zapytała siostrę. Dostrzegła napięcie, z jakim ta śledziła oddalający się powoli pojazd.

- Co masz na myśli? - odpowiedziała pytaniem Olivia, odwracając się, by sprawdzić, czy po zakończeniu spotkania posprzątano w bibliotece.

- Wyglądasz okropnie poważnie, Ollie - zauważyła Victoria. Znały się przecież na wylot; czasami było to niebezpieczne, a czasami tylko niepokojące.

- Jego żona zginęła w zeszłym roku na "Titanicu". Ojciec mówi, że on ma małego synka.

- Ach, jakie to przykre - odparła Victoria, najwyraźniej wcale się nie przejmując. - Ale on wygląda na straszliwego nudziarza. - Skreśliła Charlesa w imię niezliczonych rozkoszy, jakich miała nadzieję niebawem zaznać w Nowym Jorku - między innymi wieców politycznych i spotkań sufrażystek, które kompletnie nie interesowały jej siostry. - Okropny z niego ponurak.

Olivia skinęła głową i bez słowa przeszła do biblioteki. Chciała uciec od siostry. Kiedy stamtąd wyszła, ustaliwszy, że tacę już wyniesiono, Victoria szła po schodach do swego pokoju, aby się przebrać do kolacji. Olivia już wcześniej przygotowała jej strój. Obie miały włożyć białe suknie z jedwabiu, każda z akwamarynową szpilą. Ozdoby te należały niegdyś do matki.

W kilka minut później Olivia zeszła do kuchni, gdzie spotkała Bertie. Staruszka natychmiast zorientowała się, która to z sióstr.

- Dobrze się czujesz? - zapytała z niepokojem w głosie. Dzień był bardzo upalny, a Bertie wiedziała, że Olivia wychodziła na spacer. A teraz jest taka blada.

- Nic mi nie jest. Po prostu ojciec zapowiedział, że na początku września jedziemy do Nowego Jorku. Spędzimy tam miesiąc lub dwa, dopóki on nie pozałatwia swoich spraw.

Wymieniły uśmiechy. Zdawały sobie sprawę, co to oznacza: niezmierną ilość pracy. Wyjazd, otwarcie nowojorskiego domu...

- Pomyślałam, że jutro rano mogłybyśmy we dwie zacząć planowanie - powiedziała spokojnie Olivia. Miała do załatwienia mnóstwo spraw, o których ojciec nie miał zielonego pojęcia.

- Dobre z ciebie dziecko - szepnęła miękko Bertie, dotykając bladej buzi Olivii i patrząc w jej ogromne niebieskie oczy. Widziała, że najwyraźniej jest czymś zmartwiona. A Olivia przeżywała coś, co nie zdarzyło się jej jeszcze nigdy w życiu. Denerwowało ją to i wprawiało w zakłopotanie; martwiła się też, że Victoria odgadnie jej myśli i wszystko wygada.

- Tak ciężko pracujesz - chwaliła ją Bertie. Doskonale znała obie dziewczyny i obie kochała, ze wszystkimi ich podobieństwami i różnicami. To dobre dzieci, choć tak odmienne w głębi duszy.

- A zatem zobaczymy się rano - powiedziała spokojnie Olivia i poszła na górę, aby się przebrać. Na schodach starała się uporządkować myśli, tak by Victoria nie mogła ich przejrzeć. Nie potrafiły utrzymać przed sobą tajemnicy. Nigdy nawet nie próbowały.

Weszła do ogromnego pokoju, mieszczącego łóżko z baldachimem, w którym razem spały przez całe życie. Usiłowała myśleć o czymś innym, ale na próżno. Nie mogła wyrzucić go z głowy. Myślała jedynie o tych zielonych oczach, przypominających głębokie, ciemne jeziora. Stracił żonę w odmętach Atlantyku... Przymknęła na chwilę oczy i nacisnęła klamkę, zmuszając się do myśli o czymś bardziej przyziemnym, na przykład o nowych prześcieradłach, które chyba będzie musiała zamówić na wyjazd do Nowego Jorku, czy o powłoczkach na poduszki, które trzeba zanieść ojcu. Wypełniła sobie głowę banalnymi sprawami, po czym szybkim krokiem przemierzyła pokój, podchodząc do siostry.