ROZDZIAŁ I
Zaproszenie na kolację
- Masz być na osiemnastą, to pomożesz mi jeszcze doprawić sałatkę jarzynową. - Róża przyciskała telefon ramieniem do ucha, w tym samym czasie próbując rękami opanować kataklizm, który zrobił jej się na głowie w wyniku użycia cudownej odżywki, mającej według etykiety zamienić jej uczesanie w "ultramodną miejską fryzurę dla świadomych swojego seksapilu fashionistek", i dochodząc do wniosku, że jej włosy przypominają mocno zaniedbany klomb. - Reszta potraw będzie już wtedy gotowa...
Po drugiej stronie panowała grobowa cisza.
- Pepe? Umarłeś tam czy co? - zirytowała się Róża, niepewna, czy aby w wyniku ekwilibrystyki, którą uprawiała z telefonem, przez przypadek nie rozłączyła się ze swoim przyjacielem. - Pamiętaj, żebyś koniecznie przywiózł mi tę przyprawę, co to jest dobra do wszystkiego i na wszystko, a ja nigdy nie pamiętam, jak się nazywa. Tę, co ma nazwę jak kura...
- Kurkuma. - W słuchawce rozległ się nieco przestraszony głos. - Róża... powiedz mi, że sama zrobiłaś tylko sałatkę, a resztę zamówiłaś w cateringu...
- No wiesz! - prychnęła Róża z oburzeniem. - Oczywiście, że wszystko przygotowałam samodzielnie. To w końcu moja parapetówka i chcę wreszcie błysnąć jako perfekcyjna pani domu...
- Raphacholin, espumisan, helicid... - Do ucha Róży dobiegło nieco niewyraźnie mamrotanie Pepe.
- Co tam pleciesz? - zdziwiła się pisarka.
- Patrzę, co mam pod ręką w domowej apteczce - wyjaśnił uprzejmie Pepe. - Bo skoro sama gotujesz, to coś z tego mi się przyda. Przy twoim talencie kucharskim pewnie wszystko...
- Prosiak - powiedziała zimnym tonem Róża, dodatkowo zirytowana faktem, że palce lewej ręki uwięzły jej w splątanym na amen z powodu upiornej odżywki kołtunie i nie za bardzo wiedziała, jak je uwolnić bez wycięcia znacznej części niesfornych kłaków, jakie rosły jej w miejscu, gdzie inni ludzie mieli normalne, miękkie i puszyste włosy. - Zobaczysz, doigrasz się! Wszyscy będą zdychali z zachwytu nad moimi potrawami...
- Zdychali - mruknął Pepe. - W to akurat wierzę.
- A ty dostaniesz miseczkę z solonymi orzeszkami, kubeczek z paluszkami i szklankę wody z kranu.
- A potem zarobię fortunę, opowiadając "Faktowi", jakim cudem jestem jedynym człowiekiem, który uszedł z życiem z twojego przyjęcia. - Pepe słynął z tego, że lubi zawsze mieć ostatnie słowo. - Myślę, że nawet krewnych Popiela czekała bardziej miła niespodzianka, bo przynajmniej zanim się potruli, to zjedli coś smacznego.
- Chyba zaraz w ogóle cofnę ci zaproszenie - zagroziła Róża. - A jak się pokażesz w okolicy mojego bloku, to poproszę ochronę, żeby cię poszczuła psami.
- Już dobrze, dobrze. Po co się tak unosić? Na pewno przygotowałaś coś jedynego w swoim rodzaju - powiedział pojednawczo Pepe. - Pytanie tylko, czy świat jest gotowy, żeby to docenić? Acz z drugiej strony, tyle lat podglądałaś mnie w akcji, że już od samego patrzenia musiałaś się czegoś nauczyć...
- Poczekaj no, inaczej będziesz śpiewał z zębami husky'ego wbitymi w zadek! - mruknęła gniewnie Róża.
- Zawsze mówisz, że tam gdzie inni mają tyłek, ja mam wklęsłe - przypomniał Pepe, faktycznie obdarzony posturą skoczka narciarskiego. - Akurat mi się przyda. A poza tym, odkąd to masz w swoim bloku ochroniarzy z psami? Wynajęłaś prywatnych?
- Psy wyprowadzają staruszki z bloku, a ochroniarze są w biurowcu, który mam vis-a-vis - wyjaśniła pisarka. - I zapewniam cię, że gdybym miała już komuś podpaść, to wolałabym ochroniarzom. Wyglądają na ciapy, w przeciwieństwie do tych bab, które chyba trenują, żeby się zaciągnąć do obrony terytorialnej. Na sam ich widok wróg pierzchnie, gdzie pieprz rośnie. Znasz ten typ? To te, które na manifestacjach walą po łbach parasolkami. Niby chrome, umierające, cierpiące na wszystkie dolegliwości świata i pół kroku niepotrafiące zrobić, żeby się nie zasapać, a jak przyjdzie do walki o ostatnie wolne miejsce w autobusie, to po drodze stratują watahę kiboli...
Choć Róża nie mogła tego zobaczyć, Pepe kiwnął głową ze zrozumieniem. Doskonale pamiętał, jak swego czasu Zarząd Transportu Miejskiego w ramach oszczędzania na składkach i podatkach wpadł na rewolucyjny pomysł zatrudniania takich bojowych emerytek w roli kanarów. Nikt w całej powojennej historii autobusów i tramwajów nie był od nich bardziej skuteczny! Staruszki robiły naloty na pasażerów stadnie, siejąc wszędzie grozę i panikę. Wynikała ona, przynajmniej w przypadku Pepe, nie tyle ze strachu przed wysokością kary, ile raczej z niepokoju, że staruszki na wieść, że nie ma ważnego biletu, padną trupem na zawał, udar albo trafi je apopleksja.
- A ci ochroniarze są kompletnie do bani - kontynuowała pisarka. - Wczoraj obserwowałam z balkonu, jak tuż pod moją klatką usiłują sobie poradzić z jakimś pijaczkiem. Najpierw próbowali go przepędzić, ale pijaczek stawiał opór i coś im wytłumaczył, więc zostawili go w spokoju. Na co on zdjął gatki i chciał sikać na środku chodnika. Więc znowu usiłowali go przepędzić, ale zrobił kilka kroków i przewrócił się na plecy, prosto w klomb. Tam są takie dopiero co obsadzone kwieciem rabatki. Właśnie w nich się umościł. Zaczęli się z nim szarpać, ale co go ustawili do pionu, to znowu leciał prosto w zieleń miejską. Widać było mu tam wygodnie. Najgorsze, że co i rusz spadały mu spodnie, a pod spodem miał czerwone majtasy. Poza ochroniarzami stała tam jeszcze jakaś dziewczyna, ale zamiast wezwać straż miejską albo policję, to tylko się gapiła. Ludzie to teraz są tacy jacyś nieużyci. I jak w końcu litościwie postanowiłam wyręczyć tę całą zgraję i zadzwonić po odpowiednie służy, to nie potraktowano mnie poważnie...
- Czemu? - zdziwił się Pepe.
- Jak już po stu sygnałach dodzwoniłam się do straży miejskiej i podałam adres, to zanim zastanowiłam się nad treścią komunikatu, powiedziałam, żeby przyjechali, bo tu w rabatkach leży żul w czerwonych gatkach. I ten pan, co przyjmował zgłoszenie, zrobił się od razu niemiły i powiedział, że oni mają od zarąbania roboty z prawdziwymi bandziorami i nie mają czasu na takie świruski jak ja.
- Czyli rozgryzł cię w kilkanaście sekund - podsumował Paweł, kiedy przestał rechotać. - A chippendale nadal roztacza swoje wdzięki w okienku?
- Żebyś wiedział - potwierdziła Róża, mimowolnie przybierając rozmarzony ton. - Wczoraj znów siedział w rozpiętej koszuli. Jakie on ma ciało...
- I ty to widzisz z takiej odległości? - zdziwił się Pepe. - Czy tylko sobie wyobrażasz? Przecież dzieli was kilkadziesiąt metrów, o ile nie więcej. Chyba że specjalnie na tę okazję kupiłaś lornetkę, ale wtedy nie tylko straż miejska, ale i ja zacznę cię podejrzewać o zaburzenia psychiczne...
- Jeszcze nie zwariowałam - fuknęła Róża. - Pewnie to kompilacja tego, co widzę, i tego, co podsuwa mi wyobraźnia, ale i tak lubię na niego patrzeć. Tym bardziej że wciąż nie dowieźli mi telewizora i nie mam co robić!
- Myślę, że twój wydawca nie podzieliłby tej opinii. Przypomnij mi łaskawie, na kiedy obiecałaś mu oddać nową książkę?
- Na koniec przyszłego miesiąca. To jeszcze sporo czasu!
- I będzie tak jak zawsze - zawyrokował Pepe. - Panika, histeria, depresja, rozpacz, pisanie po kilkanaście godzin dziennie, wyciskanie siódmych potów, a potem lament i jęki, że popsuł ci się kręgosłup szyjny. Klasyka.
- On musi mieć wredną żonę... - Róża wolała nie wdawać się w dyskusję o swoim, faktycznie wołającym o pomstę do nieba sposobie pracy twórczej, i skierować rozmowę na o wiele wygodniejsze dla niej tory.
- Kto? Chippendale? - upewnił się Pepe. - Dlaczego?!
- Bo przesiaduje do późna w pracy - wyjaśniła pisarka. - Z reguły w całym budynku nie ma już żywego ducha. Wszystko pogaszone i tylko on siedzi nad komputerem.
- Może jest samotny? - podsunął Pepe.
- Nie sądzę... - zaprzeczyła niepewnie Róża. - Samotni chadzają do kina, umawiają się z przyjaciółmi, bawią się w klubach, a on tylko siedzi, stuka w klawiaturę i co jakiś czas odbiera telefon. Pewnie ta małpa go kontroluje...
- Jaka małpa? - pogubił się Pepe.
- Jego żona! - fuknęła Róża. - Mówię ci, to zimna, wredna, despotyczna zołza! Zatruwa mu życie. On na pewno tyra po godzinach, żeby jak najmniej z nią przebywać. Założę się, że w dodatku ona jest rozbestwiona i ma kosmiczne życzenia. Więc on tyra też po to, żeby je spełnić. Poza tym lubi przebywać w pracy, bo jak wraca do domu, to czekają go tylko wyrzuty, awantury i wiecznie nadęta baba z pretensjami i muchami w nosie...
- Widzę, że już dorobiłaś mu cały entourage - skomentował Pepe z przekąsem. - A jak znam życie, to facet pewnie dostał jakąś ekstrafuchę, którą w pocie czoła stara się zrobić jak najszybciej, żeby wrócić do stęsknionej żony i dwójki dzieci...
- W mojej głowie tak to nie wygląda - zaoponowała pisarka, przechodząc do łazienki, nabierając wody w wolną dłoń i próbując sprawdzić, czy zmoczone kudły przestaną przypominać wnyki tudzież czy uda jej się odzyskać powoli już drętwiejącą drugą rękę, która w nich ugrzęzła. - Będę się upierała przy wrednym babsku...
- A on faktycznie jest taki przystojny? - zapytał niewinnym głosem Pepe.
- Jak Apollo Belwederski! - potwierdziła z ogniem w głosie Róża. - Albo Hugh Jackman!
- Zdecyduj się - poprosił Paweł, skonfundowany nieco rozbieżnością porównań. - Albo wygląda jak młody bóg, albo jak stary drwal...
- Żaden drwal! - zaprotestowała Róża. - Jest zawsze elegancko ubrany i w ogóle sprawia wrażenie bardzo zadbanego. Wysoki, smukły, postawny, a do tego blondyn. Wiesz przecież, że mam słabość do blondynów...
Dopóki nie trafi ci się przystojny brunet... - pomyślał Paweł.
- Po prostu ciacho! - zakończyła entuzjastycznie Róża.
- Przypominam ci, że ostatni facet, w stosunku do którego użyłaś tego słowa okazał się psychopatycznym mordercą, który usiłował wykończyć wszystkie polskie pisarki...
Róża wydała z siebie okrzyk. Jego przyczyną nie były jednak słowa Pepe, ale ból, jaki poczuła, wyszarpując rękę z "miejskiej fryzury" i przy okazji wyrywając sobie kilkanaście włosów.
- Tam zaraz wszystkie... - mruknęła. - Poza tym niektóre same się o to prosiły.
- Sama więc widzisz, że twoja intuicja co do facetów jest marna - dokończył Pepe. - Poza tym pamiętasz, jak utyskiwałaś, gdy jedna z recenzentek nazwała cię podstarzałą erotomanką? Zdaje się, że wystając na balkonie w oczekiwaniu na striptizy jakiegoś nieznanego faceta, dobitnie potwierdzasz, że miała rację...
Róża słuchała go jednym uchem. Była zajęta rozmyślaniami, czy jej włosy kiedykolwiek dadzą się doprowadzić do normalności i czy powinna je umyć, czy też raczej od razu iść do fryzjera, kazać się ogolić na zero, a potem ogłosić, że została polską przedstawicielką chińskiej firmy Ningbo Zhenhai Jingcheng Power Engineering, w której kobiety mają obowiązek każdego pierwszego dnia miesiąca upodabniać się do detektywa Kojaka.
- Stripiz robił tylko raz - sprecyzowała z żalem.
- Striptiz? Po prostu zmieniał koszulę! - prychnął Pepe. - A ty od tego czasu wystajesz na balkonie jak głodny pies przed witryną sklepu mięsnego. Naprawdę, weź się lepiej do pisania i stwórz wreszcie coś, czego twój wydawca nie nazwie nowelką!
- Jak każesz! - powiedziała Róża i rozłączyła się, patrząc z niesmakiem w lustro. Jej włosy z jednej strony wyglądały tak, jakby polizała je krowa, a z drugiej tworzyły coś w rodzaju połączenia snopka siana z mopem. W całości zaś nadawały jej wygląd osoby chorej psychicznie, tuż po leczniczych elektrowstrząsach. Pisarka przez chwilę kontemplowała ten straszliwy widok, po czym nagle spłynęło na nią olśnienie.
- Pani Cecylio! - zawołała. - Niech pani tu na chwilę pozwoli!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki