Lustereczko, powiedz przecie - Alek Rogoziński

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

Za­pro­sze­nie na ko­la­cję

- Masz być na osiem­na­stą, to po­mo­żesz mi jesz­cze do­pra­wić sa­łatkę ja­rzy­nową. - Róża przy­ci­skała te­le­fon ra­mie­niem do ucha, w tym sa­mym cza­sie pró­bu­jąc rę­kami opa­no­wać ka­ta­klizm, który zro­bił jej się na gło­wie w wy­niku uży­cia cu­dow­nej od­żywki, ma­ją­cej we­dług ety­kiety za­mie­nić jej ucze­sa­nie w "ul­tra­modną miej­ską fry­zurę dla świa­do­mych swo­jego sek­sa­pilu fa­shio­ni­stek", i do­cho­dząc do wnio­sku, że jej włosy przy­po­mi­nają mocno za­nie­dbany klomb. - Reszta po­traw bę­dzie już wtedy go­towa...

Po dru­giej stro­nie pa­no­wała gro­bowa ci­sza.

- Pepe? Umar­łeś tam czy co? - zi­ry­to­wała się Róża, nie­pewna, czy aby w wy­niku ekwi­li­bry­styki, którą upra­wiała z te­le­fo­nem, przez przy­pa­dek nie roz­łą­czyła się ze swoim przy­ja­cie­lem. - Pa­mię­taj, że­byś ko­niecz­nie przy­wiózł mi tę przy­prawę, co to jest do­bra do wszyst­kiego i na wszystko, a ja ni­gdy nie pa­mię­tam, jak się na­zywa. Tę, co ma na­zwę jak kura...

- Kur­kuma. - W słu­chawce roz­legł się nieco prze­stra­szony głos. - Róża... po­wiedz mi, że sama zro­bi­łaś tylko sa­łatkę, a resztę za­mó­wi­łaś w ca­te­ringu...

- No wiesz! - prych­nęła Róża z obu­rze­niem. - Oczy­wi­ście, że wszystko przy­go­to­wa­łam sa­mo­dziel­nie. To w końcu moja pa­ra­pe­tówka i chcę wresz­cie bły­snąć jako per­fek­cyjna pani domu...

- Ra­pha­cho­lin, espu­mi­san, he­li­cid... - Do ucha Róży do­bie­gło nieco nie­wy­raź­nie mam­ro­ta­nie Pepe.

- Co tam ple­ciesz? - zdzi­wiła się pi­sarka.

- Pa­trzę, co mam pod ręką w do­mo­wej ap­teczce - wy­ja­śnił uprzej­mie Pepe. - Bo skoro sama go­tu­jesz, to coś z tego mi się przyda. Przy twoim ta­len­cie ku­char­skim pew­nie wszystko...

- Pro­siak - po­wie­działa zim­nym to­nem Róża, do­dat­kowo zi­ry­to­wana fak­tem, że palce le­wej ręki uwię­zły jej w splą­ta­nym na amen z po­wodu upior­nej od­żywki koł­tu­nie i nie za bar­dzo wie­działa, jak je uwol­nić bez wy­cię­cia znacz­nej czę­ści nie­sfor­nych kła­ków, ja­kie ro­sły jej w miej­scu, gdzie inni lu­dzie mieli nor­malne, mięk­kie i pu­szy­ste włosy. - Zo­ba­czysz, do­igrasz się! Wszy­scy będą zdy­chali z za­chwytu nad mo­imi po­tra­wami...

- Zdy­chali - mruk­nął Pepe. - W to aku­rat wie­rzę.

- A ty do­sta­niesz mi­seczkę z so­lo­nymi orzesz­kami, ku­be­czek z pa­lusz­kami i szklankę wody z kranu.

- A po­tem za­ro­bię for­tunę, opo­wia­da­jąc "Fak­towi", ja­kim cu­dem je­stem je­dy­nym czło­wie­kiem, który uszedł z ży­ciem z two­jego przy­ję­cia. - Pepe sły­nął z tego, że lubi za­wsze mieć ostat­nie słowo. - My­ślę, że na­wet krew­nych Po­piela cze­kała bar­dziej miła nie­spo­dzianka, bo przy­naj­mniej za­nim się po­truli, to zje­dli coś smacz­nego.

- Chyba za­raz w ogóle cofnę ci za­pro­sze­nie - za­gro­ziła Róża. - A jak się po­ka­żesz w oko­licy mo­jego bloku, to po­pro­szę ochronę, żeby cię po­szczuła psami.

- Już do­brze, do­brze. Po co się tak uno­sić? Na pewno przy­go­to­wa­łaś coś je­dy­nego w swoim ro­dzaju - po­wie­dział po­jed­naw­czo Pepe. - Py­ta­nie tylko, czy świat jest go­towy, żeby to do­ce­nić? Acz z dru­giej strony, tyle lat pod­glą­da­łaś mnie w ak­cji, że już od sa­mego pa­trze­nia mu­sia­łaś się cze­goś na­uczyć...

- Po­cze­kaj no, ina­czej bę­dziesz śpie­wał z zę­bami hu­sky'ego wbi­tymi w za­dek! - mruk­nęła gniew­nie Róża.

- Za­wsze mó­wisz, że tam gdzie inni mają ty­łek, ja mam wklę­słe - przy­po­mniał Pepe, fak­tycz­nie ob­da­rzony po­sturą skoczka nar­ciar­skiego. - Aku­rat mi się przyda. A poza tym, od­kąd to masz w swoim bloku ochro­nia­rzy z psami? Wy­na­ję­łaś pry­wat­nych?

- Psy wy­pro­wa­dzają sta­ruszki z bloku, a ochro­nia­rze są w biu­rowcu, który mam vis-a-vis - wy­ja­śniła pi­sarka. - I za­pew­niam cię, że gdy­bym miała już ko­muś pod­paść, to wo­la­ła­bym ochro­nia­rzom. Wy­glą­dają na ciapy, w prze­ci­wień­stwie do tych bab, które chyba tre­nują, żeby się za­cią­gnąć do obrony te­ry­to­rial­nej. Na sam ich wi­dok wróg pierzch­nie, gdzie pieprz ro­śnie. Znasz ten typ? To te, które na ma­ni­fe­sta­cjach walą po łbach pa­ra­sol­kami. Niby chrome, umie­ra­jące, cier­piące na wszyst­kie do­le­gli­wo­ści świata i pół kroku nie­po­tra­fiące zro­bić, żeby się nie za­sa­pać, a jak przyj­dzie do walki o ostat­nie wolne miej­sce w au­to­bu­sie, to po dro­dze stra­tują wa­tahę ki­boli...

Choć Róża nie mo­gła tego zo­ba­czyć, Pepe kiw­nął głową ze zro­zu­mie­niem. Do­sko­nale pa­mię­tał, jak swego czasu Za­rząd Trans­portu Miej­skiego w ra­mach oszczę­dza­nia na skład­kach i po­dat­kach wpadł na re­wo­lu­cyjny po­mysł za­trud­nia­nia ta­kich bo­jo­wych eme­ry­tek w roli ka­na­rów. Nikt w ca­łej po­wo­jen­nej hi­sto­rii au­to­bu­sów i tram­wa­jów nie był od nich bar­dziej sku­teczny! Sta­ruszki ro­biły na­loty na pa­sa­że­rów stad­nie, sie­jąc wszę­dzie grozę i pa­nikę. Wy­ni­kała ona, przy­naj­mniej w przy­padku Pepe, nie tyle ze stra­chu przed wy­so­ko­ścią kary, ile ra­czej z nie­po­koju, że sta­ruszki na wieść, że nie ma waż­nego bi­letu, padną tru­pem na za­wał, udar albo trafi je apo­plek­sja.

- A ci ochro­nia­rze są kom­plet­nie do bani - kon­ty­nu­owała pi­sarka. - Wczo­raj ob­ser­wo­wa­łam z bal­konu, jak tuż pod moją klatką usi­łują so­bie po­ra­dzić z ja­kimś pi­jacz­kiem. Naj­pierw pró­bo­wali go prze­pę­dzić, ale pi­ja­czek sta­wiał opór i coś im wy­tłu­ma­czył, więc zo­sta­wili go w spo­koju. Na co on zdjął gatki i chciał si­kać na środku chod­nika. Więc znowu usi­ło­wali go prze­pę­dzić, ale zro­bił kilka kro­ków i prze­wró­cił się na plecy, pro­sto w klomb. Tam są ta­kie do­piero co ob­sa­dzone kwie­ciem ra­batki. Wła­śnie w nich się umo­ścił. Za­częli się z nim szar­pać, ale co go usta­wili do pionu, to znowu le­ciał pro­sto w zie­leń miej­ską. Wi­dać było mu tam wy­god­nie. Naj­gor­sze, że co i rusz spa­dały mu spodnie, a pod spodem miał czer­wone maj­tasy. Poza ochro­nia­rzami stała tam jesz­cze ja­kaś dziew­czyna, ale za­miast we­zwać straż miej­ską albo po­li­cję, to tylko się ga­piła. Lu­dzie to te­raz są tacy ja­cyś nie­użyci. I jak w końcu li­to­ści­wie po­sta­no­wi­łam wy­rę­czyć tę całą zgraję i za­dzwo­nić po od­po­wied­nie służy, to nie po­trak­to­wano mnie po­waż­nie...

- Czemu? - zdzi­wił się Pepe.

- Jak już po stu sy­gna­łach do­dzwo­ni­łam się do straży miej­skiej i po­da­łam ad­res, to za­nim za­sta­no­wi­łam się nad tre­ścią ko­mu­ni­katu, po­wie­dzia­łam, żeby przy­je­chali, bo tu w ra­bat­kach leży żul w czer­wo­nych gat­kach. I ten pan, co przyj­mo­wał zgło­sze­nie, zro­bił się od razu nie­miły i po­wie­dział, że oni mają od za­rą­ba­nia ro­boty z praw­dzi­wymi ban­dzio­rami i nie mają czasu na ta­kie świ­ru­ski jak ja.

- Czyli roz­gryzł cię w kil­ka­na­ście se­kund - pod­su­mo­wał Pa­weł, kiedy prze­stał re­cho­tać. - A chip­pen­dale na­dal roz­ta­cza swoje wdzięki w okienku?

- Że­byś wie­dział - po­twier­dziła Róża, mi­mo­wol­nie przy­bie­ra­jąc roz­ma­rzony ton. - Wczo­raj znów sie­dział w roz­pię­tej ko­szuli. Ja­kie on ma ciało...

- I ty to wi­dzisz z ta­kiej od­le­gło­ści? - zdzi­wił się Pepe. - Czy tylko so­bie wy­obra­żasz? Prze­cież dzieli was kil­ka­dzie­siąt me­trów, o ile nie wię­cej. Chyba że spe­cjal­nie na tę oka­zję ku­pi­łaś lor­netkę, ale wtedy nie tylko straż miej­ska, ale i ja za­cznę cię po­dej­rze­wać o za­bu­rze­nia psy­chiczne...

- Jesz­cze nie zwa­rio­wa­łam - fuk­nęła Róża. - Pew­nie to kom­pi­la­cja tego, co wi­dzę, i tego, co pod­suwa mi wy­obraź­nia, ale i tak lu­bię na niego pa­trzeć. Tym bar­dziej że wciąż nie do­wieźli mi te­le­wi­zora i nie mam co ro­bić!

- My­ślę, że twój wy­dawca nie po­dzie­liłby tej opi­nii. Przy­po­mnij mi ła­ska­wie, na kiedy obie­ca­łaś mu od­dać nową książkę?

- Na ko­niec przy­szłego mie­siąca. To jesz­cze sporo czasu!

- I bę­dzie tak jak za­wsze - za­wy­ro­ko­wał Pepe. - Pa­nika, hi­ste­ria, de­pre­sja, roz­pacz, pi­sa­nie po kil­ka­na­ście go­dzin dzien­nie, wy­ci­ska­nie siód­mych po­tów, a po­tem la­ment i jęki, że po­psuł ci się krę­go­słup szyjny. Kla­syka.

- On musi mieć wredną żonę... - Róża wo­lała nie wda­wać się w dys­ku­sję o swoim, fak­tycz­nie wo­ła­ją­cym o po­mstę do nieba spo­so­bie pracy twór­czej, i skie­ro­wać roz­mowę na o wiele wy­god­niej­sze dla niej tory.

- Kto? Chip­pen­dale? - upew­nił się Pepe. - Dla­czego?!

- Bo prze­sia­duje do późna w pracy - wy­ja­śniła pi­sarka. - Z re­guły w ca­łym bu­dynku nie ma już ży­wego du­cha. Wszystko po­ga­szone i tylko on sie­dzi nad kom­pu­te­rem.

- Może jest sa­motny? - pod­su­nął Pepe.

- Nie są­dzę... - za­prze­czyła nie­pew­nie Róża. - Sa­motni cha­dzają do kina, uma­wiają się z przy­ja­ciółmi, ba­wią się w klu­bach, a on tylko sie­dzi, stuka w kla­wia­turę i co ja­kiś czas od­biera te­le­fon. Pew­nie ta małpa go kon­tro­luje...

- Jaka małpa? - po­gu­bił się Pepe.

- Jego żona! - fuk­nęła Róża. - Mó­wię ci, to zimna, wredna, de­spo­tyczna zołza! Za­truwa mu ży­cie. On na pewno tyra po go­dzi­nach, żeby jak naj­mniej z nią prze­by­wać. Za­łożę się, że w do­datku ona jest roz­be­stwiona i ma ko­smiczne ży­cze­nia. Więc on tyra też po to, żeby je speł­nić. Poza tym lubi prze­by­wać w pracy, bo jak wraca do domu, to cze­kają go tylko wy­rzuty, awan­tury i wiecz­nie na­dęta baba z pre­ten­sjami i mu­chami w no­sie...

- Wi­dzę, że już do­ro­bi­łaś mu cały en­to­urage - sko­men­to­wał Pepe z prze­ką­sem. - A jak znam ży­cie, to fa­cet pew­nie do­stał ja­kąś eks­tra­fu­chę, którą w po­cie czoła stara się zro­bić jak naj­szyb­ciej, żeby wró­cić do stę­sk­nio­nej żony i dwójki dzieci...

- W mo­jej gło­wie tak to nie wy­gląda - za­opo­no­wała pi­sarka, prze­cho­dząc do ła­zienki, na­bie­ra­jąc wody w wolną dłoń i pró­bu­jąc spraw­dzić, czy zmo­czone ku­dły prze­staną przy­po­mi­nać wnyki tu­dzież czy uda jej się od­zy­skać po­woli już drę­twie­jącą drugą rękę, która w nich ugrzę­zła. - Będę się upie­rała przy wred­nym bab­sku...

- A on fak­tycz­nie jest taki przy­stojny? - za­py­tał nie­win­nym gło­sem Pepe.

- Jak Apollo Bel­we­der­ski! - po­twier­dziła z ogniem w gło­sie Róża. - Albo Hugh Jack­man!

- Zde­cy­duj się - po­pro­sił Pa­weł, skon­fun­do­wany nieco roz­bież­no­ścią po­rów­nań. - Albo wy­gląda jak młody bóg, albo jak stary drwal...

- Ża­den drwal! - za­pro­te­sto­wała Róża. - Jest za­wsze ele­gancko ubrany i w ogóle spra­wia wra­że­nie bar­dzo za­dba­nego. Wy­soki, smu­kły, po­stawny, a do tego blon­dyn. Wiesz prze­cież, że mam sła­bość do blon­dy­nów...

Do­póki nie trafi ci się przy­stojny bru­net... - po­my­ślał Pa­weł.

- Po pro­stu cia­cho! - za­koń­czyła en­tu­zja­stycz­nie Róża.

- Przy­po­mi­nam ci, że ostatni fa­cet, w sto­sunku do któ­rego uży­łaś tego słowa oka­zał się psy­cho­pa­tycz­nym mor­dercą, który usi­ło­wał wy­koń­czyć wszyst­kie pol­skie pi­sarki...

Róża wy­dała z sie­bie okrzyk. Jego przy­czyną nie były jed­nak słowa Pepe, ale ból, jaki po­czuła, wy­szar­pu­jąc rękę z "miej­skiej fry­zury" i przy oka­zji wy­ry­wa­jąc so­bie kil­ka­na­ście wło­sów.

- Tam za­raz wszyst­kie... - mruk­nęła. - Poza tym nie­które same się o to pro­siły.

- Sama więc wi­dzisz, że twoja in­tu­icja co do fa­ce­tów jest marna - do­koń­czył Pepe. - Poza tym pa­mię­tasz, jak uty­ski­wa­łaś, gdy jedna z re­cen­zen­tek na­zwała cię pod­sta­rzałą ero­to­manką? Zdaje się, że wy­sta­jąc na bal­ko­nie w ocze­ki­wa­niu na strip­tizy ja­kie­goś nie­zna­nego fa­ceta, do­bit­nie po­twier­dzasz, że miała ra­cję...

Róża słu­chała go jed­nym uchem. Była za­jęta roz­my­śla­niami, czy jej włosy kie­dy­kol­wiek da­dzą się do­pro­wa­dzić do nor­mal­no­ści i czy po­winna je umyć, czy też ra­czej od razu iść do fry­zjera, ka­zać się ogo­lić na zero, a po­tem ogło­sić, że zo­stała pol­ską przed­sta­wi­cielką chiń­skiej firmy Ningbo Zhen­hai Jing­cheng Po­wer En­gi­ne­ering, w któ­rej ko­biety mają obo­wią­zek każ­dego pierw­szego dnia mie­siąca upo­dab­niać się do de­tek­tywa Ko­jaka.

- Stri­piz ro­bił tylko raz - spre­cy­zo­wała z ża­lem.

- Strip­tiz? Po pro­stu zmie­niał ko­szulę! - prych­nął Pepe. - A ty od tego czasu wy­sta­jesz na bal­ko­nie jak głodny pies przed wi­tryną sklepu mię­snego. Na­prawdę, weź się le­piej do pi­sa­nia i stwórz wresz­cie coś, czego twój wy­dawca nie na­zwie no­welką!

- Jak ka­żesz! - po­wie­działa Róża i roz­łą­czyła się, pa­trząc z nie­sma­kiem w lu­stro. Jej włosy z jed­nej strony wy­glą­dały tak, jakby po­li­zała je krowa, a z dru­giej two­rzyły coś w ro­dzaju po­łą­cze­nia snopka siana z mo­pem. W ca­ło­ści zaś nada­wały jej wy­gląd osoby cho­rej psy­chicz­nie, tuż po lecz­ni­czych elek­trow­strzą­sach. Pi­sarka przez chwilę kon­tem­plo­wała ten strasz­liwy wi­dok, po czym na­gle spły­nęło na nią olśnie­nie.

- Pani Ce­cy­lio! - za­wo­łała. - Niech pani tu na chwilę po­zwoli!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PO­STACI

Róża Krull - znana au­torka kry­mi­na­łów, która po­sta­no­wiła, że nic nie zmąci jej ucie­chy z no­wego miesz­ka­nia, i szło jej to cał­kiem do­brze, póki w sprawę nie wmie­szał się trup

Pa­weł "Pepe" Kwia­tek - agent Róży, pró­bu­jący, z róż­nym efek­tem, nie dać się jej zwa­rio­wać

Be­ata "Betty" Jan­kow­ska - me­na­dżerka Róży obar­czona przez nią za­da­niem uwie­dze­nia w nie­cnych ce­lach swo­jego wła­snego na­rze­czo­nego, co w su­mie nie było zbyt trud­nym za­da­niem

Ce­cy­lia Jo­dełka - wpa­da­jąca po­woli w de­wo­cję po­moc do­mowa Róży

Ra­fał Ma­ślak - po­ma­ga­jący w śledz­twie były Mi­ster Pol­ski, w któ­rym Róża za wszelką cenę sta­rała się nie za­ko­chać

Ser­giusz Pro­kop - de­pre­syjny mło­dzie­niec, któ­rego naj­więk­szym prze­kleń­stwem była uroda amanta fil­mo­wego i źle ulo­ko­wane uczu­cia

Mar­tyna Mro­ziak - in­ter­ne­towa sym­pa­tia Ser­giu­sza, któ­rej nie­do­rzeczny upór do­pro­wa­dził do licz­nych kom­pli­ka­cji na­tury kry­mi­nal­nej

Ja­kub Per­chuć - nar­cyz go­towy na­giąć każdą za­sadę (i przy oka­zji swój cha­rak­ter) dla zdo­by­cia ty­tułu naj­przy­stoj­niej­szego Po­laka

Se­ba­stian Or­łow - ofiara nie­cnych in­tryg swo­jej mamy, która uparła się, że nie spo­cznie, póki głowy jej je­dy­naka nie ozdobi ko­rona Mi­stera Po­lo­nia

Ma­nu­ela Or­łow - mama Se­ba­stiana, skry­cie ma­rząca o wi­zy­cie w Dzień Do­bry TVN wraz z sy­nem i o po­zna­niu Kingi Ru­sin, któ­rej była (psy­cho)fanką

Wa­syl Mi­ruk - za­ko­chany w so­bie Ukra­iniec, który po zdo­by­ciu pol­skiego oby­wa­tel­stwa, po­sta­no­wił za wszelką cenę udo­wod­nić, że jest o wiele bar­dziej atrak­cyjny niż jego nowi ro­dacy

Ro­land Zdu­nek - wiej­ski ca­sa­nova, uwa­ża­jący po­rad­nik Bio­me­cha­niczne aspekty ćwi­czeń do­sko­na­lą­cych tech­nikę spor­tową za naj­waż­niej­szą książkę w hi­sto­rii ludz­ko­ści

Ma­riusz "Ma­rio" Ko­sek - po­pu­larny blo­ger i youtu­ber, przed któ­rym pu­der, bron­zer, ma­scara oraz jego ko­le­dzy nie mieli ta­jem­nic

Da­riusz No­wicki - typ spod ciem­niej gwiazdy, była gwiazda wy­bie­gów, obec­nie szef agen­cji mo­deli "Her­ku­lesi i Apolla", or­ga­ni­za­tor wy­bo­rów Mi­ster Po­lo­nia

Ad­rian Mę­drzycki - psy­cho­te­ra­peuta, któ­remu trudno było uwie­rzyć, że po se­an­sach u niego ktoś mógł wpaść na tak nie­do­rzeczny po­mysł jak po­peł­nie­nie sa­mo­bój­stwa

Mag­da­lena "Lala" Ja­słoń - dzien­ni­karka sta­cji Te­le­Pol, a przy oka­zji była dziew­czyna Ser­giu­sza, nie­mo­gąca się zde­cy­do­wać, czy dać ich związ­kowi ko­lejną szansę

Bar­bara Pa­jąk - sze­fowa firmy, w któ­rej za­trud­niony był Ser­giusz, spe­cja­li­zu­jąca się w kre­atyw­nej księ­go­wo­ści i mo­gąca swo­imi umie­jęt­no­ściami wy­wo­łać ru­mie­niec wstydu wszyst­kich mi­ni­strów fi­nan­sów, któ­rzy - jak wia­domo - ro­bią to samo, tyle że na więk­szą skalę

Ma­ria Ty­cjan - re­stau­ra­torka, która ko­niecz­nie chciała stać się sław­niej­sza od Magdy Ges­sler i na­wet jej się to na chwilę udało

Ania Misz­tak - re­dak­tor na­czelna Naj­więk­szego Por­talu Czy­tel­ni­czego, która "przez przy­pa­dek" znała na pa­mięć ży­cio­rysy kan­dy­da­tów na Mi­stera Po­lo­nia, choć oczy­wi­ście ta im­preza "w ogóle jej nie in­te­re­so­wała"

Ma­rek Kraw­czyk - ochro­niarz, który li­cząc na ła­twy za­ro­bek, mocno się prze­li­czył

Klau­dia Hut­niak - diwa pol­skiej pio­senki, która nie mo­gła się zde­cy­do­wać, czy swoim wy­stę­pem na gali Mi­stera Po­lo­nia chce słu­cha­czy uśpić czy ogłu­szyć

To­mek - przy­ja­ciel Róży, który wpadł na po­mysł, że Ra­fał Ma­ślak mógłby jej po­móc, nie prze­wi­du­jąc, ja­kie wy­woła to kom­pli­ka­cje

Krzysz­tof Dar­ski - ko­mi­sarz po­li­cji i na­rze­czony Betty, ma­jący ochotę pro­fi­lak­tycz­nie za­mknąć w mam­rze wszyst­kich za­mie­sza­nych w sprawę, łącz­nie ze swoją uko­chaną