Prolog
Zamek z zewnątrz wyglądał inaczej.
To pierwsze, o czym pomyślała królewna, gdy znów go zobaczyła. Zdawało
jej się, że minęły długie lata, odkąd ostatnio na niego patrzyła, choć w rzeczywistości upłynęło tylko kilka tygodni. Teraz, oglądając to
olbrzymie straszydło górujące nad okolicą ze szczytu wzgórza, czuła, że
dech zamiera jej w piersiach. Jego mury kryły tak wiele duchów i wspomnień z życia, które utraciła.
Ale wcale nie musiało tak dłużej być.
Jeśli uda im się to, co zamierzali, wszystko mogło się zmienić. Zamek i ci, którzy zasiadali na królewskim tronie, mogli znów stać się źródłem
nadziei i wzorem dla całej krainy. Jednak by to osiągnąć, królewna
musiała stawić czoła temu, co czekało na nią w środku, choć całą sobą
pragnęła zawrócić.
- Musimy się pośpieszyć - powiedziała Anna, zamaszystymi ciosami miecza
torując im drogę wśród zarośli. Na skraju lasu znajdowała się droga
prowadząca do stolicy. Tylko tak mogły dostać się do zamku niezauważone.
- Do rozpoczęcia uroczystości zostało niewiele czasu.
Królewna przyśpieszyła kroku w ślad za przyjaciółką.
Wracała do domu.
Zamek już od dawna nie wydawał się jej domem, choć teoretycznie wciąż
nim był. Ledwo pamiętała czasy, gdy czuła się w nim dobrze i bezpiecznie
- to było dawno, dawno temu.
Jeśli wystarczająco się skupiła, potrafiła przywołać obraz zamku, jaki
zapamiętała z dzieciństwa. W jej wyobraźni królestwo było piękne i dostatnie, a zamek napawał dumą wszystkich mieszkańców (którzy wznieśli
go przecież własnymi rękami, kamień po kamieniu). Szarych murów nie
skrywała mroczna kurtyna dzikiego bluszczu. Każdy krzew, każde drzewo
były przycięte, każdy kwiat - wypielęgnowany. Woliera rozbrzmiewała
śpiewem ptaków. Okna lśniły. Jezioro u stóp zamkowego wzgórza mieniło
się wesoło, ciesząc oczy licznych gości, którzy spacerowali wzdłuż jego
brzegów. Bramy zamku były niemal zawsze otwarte, a zabawy i uczty
odbywały się nierzadko zupełnie spontanicznie.
Ale wszystko to się zmieniło. Teraz okna były ciemne, a szczelnie
zaciągnięte zasłony powodowały, że gmaszysko sprawiało wrażenie
opuszczonego. Wody otaczające stolicę wyglądały jak szkło, bo nie mącił
ich żaden statek - niewielu podróżników ważyło się przekroczyć granice
królestwa. Bramy, pokrzywione i zardzewiałe, były zamknięte na cztery
spusty. Po terenach wokół zamku nie chodził nikt z wyjątkiem kilku
wiernych strażników. Po latach świetności nie pozostał prawie żaden
ślad.
Przed laty król Jerzy i królowa Katarzyna rządzili roztropnie i łaskawie. Ziemia była urodzajna, a ukryte wśród wzgórz kopalnie
diamentów stanowiły źródło dobrobytu dla całej krainy. Królewska para
świętowała nieprzerwany rozkwit państwa licznymi uroczystościami na
dziedzińcu zamku, na których mile widziani byli wszyscy poddani,
niezależnie od statusu i pochodzenia. Zamykając oczy, królewna widziała
siebie wirującą w ramionach ojca wśród setek innych par tańczących w takt wesołej muzyki. Ale to wspomnienie szybko zniknęło, zagłuszone
dźwiękiem kolejnych ścinanych gałęzi.
Zbyt wiele dni i nocy spędziła zamknięta w murach tej twierdzy, marząc,
by ktoś ją uwolnił. Tak długo żyła pozbawiona miłości, bez odrobiny
śmiechu i towarzystwa, które mogłoby podnieść ją na duchu. Może dlatego
mimo całej swojej wspaniałości zamek wydawał się jej skażony, splamiony.
Jeszcze niedawno była pogodzona z rzeczywistością i starała się
zadowalać tym, co dawał jej los, ale dłużej już tak nie mogła.
Dopiero gdy znalazła się poza murami zamku, zrozumiała prawdę: tylko ona
sama mogła się uwolnić. Dlatego wróciła. By odebrać to, co do niej
należało. Nie tylko zamek, ale całe królestwo i koronę. Pragnęła walczyć
nie tylko o własne szczęście, lecz także o szczęście poddanych.
Przyszła pora na jej ruch. Dlatego przebyła tak daleką drogę, dlatego
tyle zaryzykowała, dlatego odkryła w sobie siłę, z której istnienia
wcześniej nie zdawała sobie sprawy. Królowa Ingrid nigdy nie cieszyła
się miłością poddanych, ale w ostatnich latach obojętność przerodziła
się w nieskrywany strach. Królewna nie mogła dłużej godzić się na
cierpienie swego ludu. Nadszedł czas.
- No i proszę! - zawołała Anna, po raz ostatni biorąc zamach mieczem.
Promienie słońca rozświetliły leśny mrok. - Dotarłyśmy do drogi. Jeszcze
tylko krótki odcinek i będziemy mogły prześlizgnąć się przez bramę, koło
sklepu rzeźnika. Królowa nakazała wszystkim zjawić się na uroczystości,
więc przy bramie powinien być tłum.
Królewna otuliła się brązową peleryną, którą uszyła jej Anna. Ta
peleryna szybko stawała się jednym z jej najcenniejszych skarbów. Była
ciepła i wygodna, a żakardowy wzór przypominał jej podróżny płaszcz
matki. Nosząc ją, miała poczucie, że matka jest blisko albo przynajmniej
czuwa nad nią i upewnia się, że ma przy sobie odpowiednich kompanów.
Bardzo ceniła sobie przyjaźń Anny i wszystkich poddanych, którzy dotąd
jej pomogli. Nigdy nie zapomni o ich dobroci.
Królewna odwróciła się do Anny.
- Czy w tłumie nie będzie nam trudniej dostać się do środka?
Anna chwyciła ją za ręce.
- Nie martw się, przyjaciółko. Będziesz miała spokojniejszą przeprawę
niż ja i królewicz Henrik dziś rano. W tłumie dużo łatwiej będzie nam
zakraść się do środka niepostrzeżenie.
- Masz jakieś wieści od Henriego? - spytała królewna z nadzieją.
Anna pokręciła głową.
- Jestem pewna, że jest bezpieczny. Gdyby coś mu się przytrafiło, na
pewno byśmy o tym usłyszały. - Anna pociągnęła ją za rękę i obie ruszyły
w dalszą drogę. - To o ciebie się martwię. Gdy przekroczysz tę bramę,
wszyscy cię rozpoznają. Musimy się upewnić, że dostaniesz się do środka,
zanim ktoś cię zauważy. Trzeba działać sprawnie i jak najszybciej
doprowadzić cię do twojego ukochanego. Na pewno na ciebie czeka.
Twojego ukochanego. Na te słowa na ustach królewny pojawił się
uśmiech. Ostatni tydzień był dla niej i królewicza Henrika pasmem
wyzwań, a przecież już wcześniej wiele razem przeżyli. Królewna
przyśpieszyła kroku.
Jak przewidziała Anna, trakt do miasta był tego ranka pusty. Nie minął
ich żaden powóz, a drogą nie szedł ani jeden wędrowiec, choć w wydeptanej ziemi było wiele świeżych śladów. Spodziewała się, że brama
miasta będzie strzeżona, ale na posterunku przy szeroko otwartych
wrotach nie było żywej duszy. Na kolumnie z kutego żelaza wisiało
obwieszczenie. Królewna zatrzymała się, by je przeczytać:
Królowa Ingrid nakazuje wszystkim wiernym poddanym, by towarzyszyli jej
w świątecznych obchodach na królewskim dziedzińcu dziś w południe. W przygotowaniu do tej uroczystej chwili wszystkie przybytki pozostaną
zamknięte przez cały dzień. Ci, którzy nie zjawią się na obchodach, nie
umkną królewskiej uwadze.
Po plecach królewny przeszedł dreszcz. Anna miała rację: obchody były
obowiązkowe. To żądanie wydało jej się osobliwe. Nie dziwił jej zimny
ton zarządzenia królowej Ingrid, ale w królestwie od lat niczego nie
świętowano, bo też nie było ku temu powodów. Ludzie tak lękali się
swojej władczyni, że unikali wszystkiego, czym mogliby zwrócić na siebie
jej uwagę. Przemykali ulicami ze spuszczonymi głowami, kryjąc się w cieniu. Obowiązek stawienia się na tak rzadko organizowanych
uroczystościach - jeśli rzeczywiście tym miały być - budził niepokój. Co
też mogła knuć królowa?
W milczeniu przemierzały zakurzony miejski trakt prowadzący do zamku.
Królewna spędziła nieco czasu wśród tych uliczek, ale nie pamiętała, by
kiedykolwiek były tak opustoszałe. Ciągnące się wzdłuż drogi niewielkie
drewniane domy kryte strzechami były pozamykane na cztery spusty. Na
wieży klasztoru rozbrzmiał dzwon, uroczyście ogłaszając nadejście
południa, ale wokół nie było nikogo, kto mógłby go usłyszeć.
Najwyraźniej wszyscy posłuchali rozkazu królowej Ingrid. Królewna
westchnęła ciężko, a Anna spojrzała na nią z troską.
- Nie musisz tego robić. Wiesz o tym, prawda? - Głos Anny przepełniała
łagodność. - Tylko ty i królewicz Henrik... Pozwól mi do was dołączyć.
Chcę stanąć do walki u waszego boku!
- Nie - pokręciła głową królewna. - Doceniam wszystko, co dla nas
zrobiłaś, ale dalej będę musiała iść sama.
Anna patrzyła na nią, jakby chciała powiedzieć coś więcej, ale przerwał
jej jakiś krzyk. Z drugiej strony ulicy w ich kierunku nadbiegał
mężczyzna. Na jego twarzy malowało się przerażenie.
- Królowa jest wiedźmą! - zawołał. - Nie zbliżajcie się do rynku!
Uciekajcie! Kryjcie się! Albo dosięgnie was klątwa królowej Ingrid.
Królewna była tak zdumiona, że w pierwszej chwili nie zrozumiała słów
mężczyzny. Anna wyglądała na równie przestraszoną. Co takiego zrobiła
królowa swoim poddanym? Królewna rzuciła się biegiem w stronę rynku,
żeby przekonać się na własne oczy.
Anna ruszyła za nią.
- Czekaj! Słyszałaś, co powiedział tamten człowiek. To może być pułapka!
Nawet jeśli Ingrid podejrzewała, że królewna jest blisko - trudno.
Dziewczyna podświadomie czuła, że dzieje się coś naprawdę złego. Musiała
się przekonać.
Zbliżając się do zamku, zobaczyła nieprzeliczony tłum. Zebrali się tam
chyba wszyscy mieszkańcy miasta. Bramy prowadzącej na zamkowy
dziedziniec pilnowali strażnicy uzbrojeni w halabardy, a stłoczeni
ludzie zaglądali ciekawie przez jej żelazne pręty. Było oczywiste, że
niczego nie świętowano. Królewna patrzyła, jak mieszkańcy niespokojnie
przepychali się, żeby zobaczyć, co się dzieje. Niektórzy krzyczeli i płakali, a inni sadzali sobie dzieci na ramionach, by mogły popatrzeć.
Anna i królewna wspięły się na palce i wytężyły wzrok.
- Nie patrz - odezwała się jakaś kobieta do swojego synka. - Musimy stąd
iść! Zanim będziemy następni.
- Kto to taki, ktoś wie? - odezwał się jakiś głos.
- Wygląda mi na królewską krew.
Królewna zaczęła przepychać się przez tłum, próbując dostać się na sam
przód. Anna kurczowo trzymała ją za ramię, nie chcąc dopuścić, by się
rozdzieliły.
- Przepraszam, przepraszam - powtarzała królewna. - Czy mogłabym
przejść?
Ale zaaferowany tłum dalej wpatrywał się w bramę, nie zwracając na nią
uwagi.
- To magia, jakem żywy!
- Ostrzeżenie! - mruknął ktoś. - Żeby nie wchodzić jej w drogę!
- On śpi czy nie żyje?
- Nawet nie drgnął. Musi być martwy.
Ale kto? Królewna przepychała się coraz gwałtowniej, zapominając o manierach, które wpojono jej w dzieciństwie. Pragnęła tylko dostać się
do bramy i zobaczyć to, co tak wszystkich zaniepokoiło. Ale gdy w końcu
jej się udało, natychmiast tego pożałowała.
- Nie! - zawołała, wyrywając się z uścisku Anny i chwytając pręty
żelaznych wrót.
To Henrik. Jej Henri. Leżał na podwyższeniu w czymś, co wyglądało na
szklaną trumnę. Miał zamknięte oczy i był odziany w najznakomitsze
szaty. Jego twarz wydawała się niemal spokojna. W złożonych na piersi
dłoniach miał zatkniętą białą różę. To była wiadomość. Dla niej, co do
tego nie było wątpliwości. Czy naprawdę nie żył? Musiała wiedzieć.
- Poczekaj! - zawołała Anna, ale jej przyjaciółka pchnęła wrota i wślizgnęła się do środka tak szybko, że strażnicy nie zdołali jej
zatrzymać. - Poczekaj!
Królewna biegła dalej, coraz szybciej, aż peleryna zsunęła się jej z ramion.
- To królewna! - zawołał ktoś, ale ona nie zareagowała. Nie dbała o to,
kto ją rozpozna. Wbiegła po stopniach podwyższenia i pochyliła się nad
trumną, podnosząc szklane wieko.
- Henri! Henri! - wołała, ale jego oczy pozostały zamknięte. Ścisnęła
jego dłonie w swoich. Wciąż były ciepłe. Przyłożyła głowę do piersi
ukochanego. Szmer głosów za jej plecami nabierał mocy. Powietrze
wypełniły okrzyki i lamenty.
- To ona!
- Wróciła do nas!
- Królewno, ratuj nas!
Królewna zignorowała te nawoływania i skupiła się na najważniejszym
dźwięku na całym świecie: biciu serca. Ale nim miała szansę je usłyszeć,
ktoś oderwał ją od trumny i obrócił ku sobie.
Natychmiast rozpoznała rosłego, barczystego mężczyznę, który trzymał ją
w żelaznym uścisku.
Mężczyzna uśmiechnął się, a w jego ustach błysnął złoty ząb.
- Zabierzcie tę zdrajczynię do królowej Ingrid. Oczekuje jej.
Trzymała głowę wysoko, gdy prowadzono ją do zamku. Anna i zebrani w tłumie poddani odprowadzali ją wzrokiem. Mężczyzna ze złotym zębem
nachylił się do ucha królewny i szepnął:
- Witaj w domu, Śnieżko.
Śnieżka
Dziesięć lat wcześniej
Płatki śniegu opadały miękko, pokrywając skute mrozem błonia zamku. Gdy
wystawiła język, poczuła zimny dotyk jednego z nich. Z takich drobin
zamarzniętej wody mogła ulepić kulę, która nazywała się tak jak ona:
Śnieżka.
Czy to ona została nazwana na cześć śniegu, czy też na odwrót? Bardzo ją
to nurtowało, a pytanie wcale nie wydawało jej się nie na miejscu. Była
przecież królewną - może pogoda mogła być nazwana na jej cześć?
Z drugiej strony śnieg istniał znacznie dłużej niż ona. W końcu miała
dopiero siedem lat.
- Co to za zapach? - Głos matki wyrwał ją z zamyślenia.
Śnieżka przylgnęła do muru zamkowego ogrodu i zamarła w bezruchu, tak by
nikt jej nie zauważył.
- Pachnie słodko i apetycznie... Czy to jakaś mała gąska jest tu ze mną w ogrodzie?
Śnieżka zachichotała.
- Matko, gęsi nie zostają w zamku na zimę. Odlatują na południe. Wszyscy
to wiedzą.
- Wszyscy wiedzą też, że kto odzywa się podczas zabawy w chowanego,
zostanie szybciej znaleziony. - Matka wyszła zza rogu i wskazała ją
palcem. - Mam cię!
Może Śnieżka nie była w pełni obiektywna, ale głęboko wierzyła, że jej
matka była najwspanialszym człowiekiem na świecie. Ojciec twierdził, że
są jak dwie krople wody, a królewna nie wyobrażała sobie większego
komplementu. Oczy matki zachwycały kolorem kasztanów, a hebanowe włosy
były dziś spięte w luźny kok. Na głowie nie miała swojej ulubionej
korony - zwykle nie nosiła jej podczas zabaw w ogrodzie, szczególnie
zimą - ale założy ją, gdy za parę chwil wrócą do zamku. Królowa musiała
się przyszykować do dorocznego balu maskowego. Śnieżka nie mogła się
pogodzić z tym, że była za mała, by wziąć w nim udział, i że będzie
musiała zjeść kolację w swojej komnacie pod okiem niańki. Tak bardzo
pragnęła zobaczyć prawdziwy bal. I nie chciała ani na chwilę rozstawać
się z matką.
- Zaraz cię złapię! - zawołała matka śpiewnie, naciągając na głowę
obszyty futrem kaptur czerwonej peleryny. Śnieżka uwielbiała tę
pelerynę, a najbardziej lubiła jej złote guziki. Bawiła się nimi zawsze,
gdy wraz z rodzicami oglądała przechodzące ulicami miasta procesje.
Nadrywała je, czym doprowadzała do szału nadworną krawcową, ale zabawa
guzikami dawała królewnie poczucie ciepła i bezpieczeństwa i zdaje się,
że jej matce również. Śnieżka rzadko miała ochotę się od niej odłączać -
chyba że podczas zabawy w chowanego.
- Ale jeszcze mogę ci uciec! - zawołała i popędziła przez labirynt
żywopłotów. Matka wybuchła śmiechem.
Śnieżka nie była pewna, w którą stronę pobiec. Wszystkie ścieżki
wydawały się takie same. Wysokie, równo przycięte żywopłoty zasłaniały
wszystko prócz szarego śnieżnego nieba. Większość krzewów była
przystrzyżona na zimę, a zwykle bujne ogrody stały obnażone, pozbawiając
Śnieżkę jej ulubionych kryjówek. Dziewczynka ruszyła labiryntem,
pamiętając, że jeśli będzie skręcać wciąż w tym samym kierunku, dotrze
do samego środka, gdzie stała ulubiona woliera matki. Dwupiętrowa kopuła
z kutego żelaza wyglądała jak olbrzymia klatka dla ptaków. Była to
pierwsza rzecz, jaką jej matka poleciła zbudować, gdy została królową, i od tego czasu stanowiła dla niej nieustające źródło dumy i radości. Od
zawsze kochała ptaki. Pomiędzy ścianami z delikatnej siatki trzymała
kilka różnych gatunków i cierpliwie wyjaśniała Śnieżce naturę i zwyczaje
każdego z nich. Matka i córka spędzały w wolierze długie godziny, a Śnieżka zabawiała się, nadając imiona wszystkim jej mieszkańcom. Jej
ulubieńcem był Puszek, biały kanarek.
Gdy Śnieżka wybiegła zza żywopłotu i znalazła się przed kopułą, Puszek
sfrunął na gałązkę i zaćwierkał radośnie, zdradzając jej kryjówkę.
Nie zmartwiła się tym. Czasem bycie znalezioną było największą atrakcją.
- Nadchodzę! - zawołała matka.
Śnieżka zaśmiała się głośniej, a z jej ust uniósł się obłok pary.
Słyszała zbliżające się kroki, więc pobiegła wokół woliery, żeby schować
się po drugiej stronie. Ale była nieuważna - a matka zawsze
przestrzegała ją, by uważała - i poczuła, jak jej stopa ślizga się po
zamarzniętej ziemi. Straciła równowagę i wylądowała bezwładnie w różanym
krzewie.
- Auć! - zawołała, oswobadzając się z kolczastych gałązek, które
przebiły jej pelerynę i zraniły prawą rękę. Śnieżka zobaczyła, jak
kropla krwi spływa po jej bielutkiej dłoni. Zaczęła płakać.
- Śnieżko! - rozległ się pełen niepokoju głos, a po chwili nadbiegła
matka. - Co się stało? Skaleczyłaś się? - Królowa pochyliła się, a wzrok
Śnieżki zaczął się rozmywać, jakby nagle śnieżyca przybrała na sile.
Nawet przez tę mgłę Śnieżka dostrzegała ciemne oczy matki, które
przyglądały się jej uważnie.
- Wszystko w porządku, kochanie. Wszystko będzie dobrze. - Królowa
uniosła zranioną rękę Śnieżki. Z kieszeni peleryny wyciągnęła haftowaną
chustkę, zanurzyła ją w świeżym śniegu i przyłożyła do rany. Śnieg
ochłodził palące skaleczenie. Matka owinęła chustkę ciasno wokół dłoni
Śnieżki.
- No już. Od razu lepiej. Porządniej opatrzymy rękę po powrocie do
zamku.
Śnieżka wydęła usta.
- Nie znoszę róż! Róże bolą!
Matka uśmiechnęła się, a jej twarz rozmyła się wraz z jej łagodnym
głosem. Wydawała się tak daleko.
- To prawda. Bolą, jeśli ukłujesz się kolcem. - Królowa zerwała różę z krzewu. Śnieg i zimno całkiem ją zamroziły, ale zachowała się idealnie i dalej czerwieniała głębokim karmazynem. Śnieżka uważnie się jej
przyjrzała. - Ale nie bój się chwytać piękna, nawet jeśli po drodze
trafisz na kolce. Jeśli czegoś pragniesz, czasem musisz być gotowa
zaryzykować. A jeśli to zrobisz - dodała królowa, podając Śnieżce różę -
czeka cię wspaniała nagroda.
- Pani, nie powinnaś tu być.
Śnieżka podniosła głowę. Siostra matki i zarazem jej najbliższa dama
dworu, ciotka Ingrid, patrzyła na nie z niezadowoleniem. Niemal ze
złością. Śnieżka dobrze znała ten wzrok.
- Już jesteś spóźniona, pani.
***
Siedemnastoletnia Śnieżka zbudziła się nagle i gwałtownie nabierając
powietrza, usiadła na łożu.
- Matko! - zawołała.
Ale nie było nikogo, kto mógłby ją usłyszeć.
Była sama. Już od dawna.
Powitała ją tylko cisza.
"Czy to kolejny sen, który zmienił się w koszmar, czy prawdziwe
wspomnienie?", zastanawiała się, ocierając pot z czoła. Podobne wizje
nawiedzały ją coraz częściej. Minęło ponad dziesięć lat, od kiedy po raz
ostatni widziała twarz matki. Czasem nie była pewna.
W ostatnich latach rzadko widywała ciotkę Ingrid. Podobnie jak wszyscy
mieszkańcy zamku. Ciotka żyła w niemal całkowitym odosobnieniu i dopuszczała do siebie tylko kilku zaufanych wybrańców. A siostrzenica,
którą niechętnie wychowywała, do nich nie należała.
Ciotka Ingrid w jej snach zawsze wyglądała tak samo, może dlatego, że za
każdym razem, gdy Śnieżka spotykała ją w zamku, miała na sobie inną
wersję tej samej sukni. Choć wszystkie miały bardzo podobny fason,
ciotka nosiła tylko najlepiej skrojone stroje, z najwspanialszych tkanin
dostępnych w królestwie i wyłącznie w odcieniach fioletu. W komnatach
zamku panował wieczny przeciąg, może dlatego nigdy nie rozstawała się z ciemną peleryną, która spowijała ją niczym całun. Śnieżka nie pamiętała,
kiedy ostatnio widziała włosy ciotki (nie mogła sobie nawet przypomnieć,
jakiego były koloru), bo Ingrid zawsze przykrywała je ciasno
przylegającym kapturem zwieńczonym królewską koroną. Nie mogła też sobie
przypomnieć, kiedy sama ostatnio dostała nową suknię. Nie przeszkadzało
jej to zbytnio - bo kto miałby ją w niej oglądać? - ale byłoby
przyjemnie móc założyć coś, co nie piło jej w ramionach i sięgało dalej
niż do łydek. Miała dwie suknie, które nosiła na zmianę, a obie były
niemiłosiernie połatane. Naprawiała swoją burgundową spódnicę, którą
uszyła ze starych zasłon, więcej razy, niż mogła zliczyć. Skończył jej
się nawet zapas materiału na łaty, więc pierwotny kolor przykryły beżowe
i białe skrawki w miejscach, w których rozerwała ją na kamiennych
stopniach lub o kolce różanego krzewu.
Róże. Co takiego śniła o nich tej nocy?
Nie mogła sobie przypomnieć. Sen zaczynał jej już umykać. Pamiętała
jedynie pełną spokoju twarz matki. Może lepiej nie wracać do tego
wspomnienia. Miała dziś wiele do zrobienia.
Śnieżka podniosła się z łoża i podeszła do okna, żeby rozsunąć ciężkie
kotary. Do tej pory powstrzymała się przed uszyciem sobie z nich ciepłej
peleryny, ale jeśli kolejna zima okaże się tak sroga jak poprzednia, być
może nie będzie miała wyboru. Wpuściła do komnaty promienie porannego
słońca i wyjrzała na zamkowe błonia.
Lato było w pełni, a jasne promienie słońca przydawały niszczejącemu
zamkowi blasku, którego bardzo potrzebował. Choć nie dało się nie
zauważyć, jak podupadł przez ostatnie dziesięć lat, Śnieżka czuła dumę,
patrząc na ogrody i ukochaną wolierę matki. Regularnie strzygła krzewy i sumiennie pieliła rabatki. Świeże kwiaty zwisały ze srebrnych donic
umocowanych na ceglanych murach, dodając ogrodowi koloru. Na pewno nie
szkodziło też, że królewna przycinała bluszcz, który coraz śmielej piął
się po ścianach zamku. Sięgała tylko do pewnej wysokości, ale
przynajmniej blisko ziemi kamienie znów wyłoniły się spod zielonej
gęstwiny. Wciąż jednak wymagały wyszorowania. (Śnieżka zapamiętała, by
dorzucić to do listy rzeczy do zrobienia). Mogła sobie tylko wyobrażać,
jak wyglądała fasada zamku spoza jego bram, bo ciotka zabraniała jej
opuszczać jego mury. Mówiła, że to dla jej bezpieczeństwa, ale Śnieżka
czuła się jak w więzieniu. Dobrze, że przynajmniej wciąż mogła spędzać
czas w ogrodzie.
Przebywanie na świeżym powietrzu, poza mrocznymi komnatami zamku, było
jej jedynym wytchnieniem. Miała zakaz rozmawiania z tymi kilkoma
strażnikami, których ciotka wciąż trzymała w zamku, ale już sama
obecność innego człowieka podczas spaceru dawała jej poczucie, że nie
jest zupełnie sama. Ciotka od wielu lat nie pozwalała jej pokazywać się
poddanym (choć ostatnio nawet ona z rzadka decydowała się na publiczne
wystąpienia), a w zamku niemal nie widywało się gości. Śnieżka
zastanawiała się czasem, czy w królestwie ktokolwiek jeszcze pamięta o istnieniu królewny. Nie miała nawet kogo o to spytać.
Cały swój czas starała się wypełniać porządkami i drobnymi zajęciami. W chwilach, w których nie była zajęta pracą, natychmiast zaczynała
rozmyślać o wszystkim, co straciła w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Jej
ukochaną matkę, królową Katarzynę, choroba zabrała tak szybko, że
Śnieżka nie zdążyła nawet się z nią pożegnać. Po jej śmierci ojca
pochłonęła zbyt wielka rozpacz, by mógł pocieszyć córkę. Zamiast tego
zwrócił się do ciotki Ingrid, którą wkrótce poślubił. Śnieżka wciąż
pamiętała wszystkie szepty i skryte rozmowy o tym małżeństwie, które
zdawało się być owocem rozsądku, a nie miłości.
Uznała, że ojciec zdecydował się na ten krok, by zapewnić jej matczyną
opiekę, a Ingrid wydawała się najodpowiedniejszym zastępstwem. Ale nim
nie była. Śnieżka zauważyła, że ojciec nigdy więcej nie uśmiechał się
tak, jak wtedy, gdy matka jeszcze żyła.
Być może właśnie dlatego opuścił zamek kilka miesięcy później: miał
złamane serce. Tak to sobie tłumaczyła. Trudno było jej uwierzyć w to,
co opowiadała wszystkim ciotka Ingrid - że ojciec stracił rozum.
Twierdziła, że bez pomocy Katarzyny Jerzy zupełnie nie radził sobie z królewskimi obowiązkami i całkowicie pogrążył się w żałobie. Śnieżka
usłyszała raz, jak ciotka powiedziała swoim dworzanom, że Jerzy mówił o Katarzynie, jakby wciąż żyła, a jego zachowanie napawało lękiem straż,
służbę, a nawet jego córkę. Ale Śnieżka nie pamiętała, żeby kiedykolwiek
coś takiego zrobił.
Po raz ostatni widziała ojca w wolierze. Zakradła się tam, żeby zająć
się ptakami matki. W pewnym momencie wyczuła czyjąś obecność, a odwróciwszy się, zobaczyła króla, który patrzył na nią ze łzami w oczach.
- Tak bardzo przypominasz mi swoją matkę - powiedział zachrypniętym
głosem. Wyciągnął rękę i delikatnie pogładził ją po włosach. - Żal mi,
że nie może patrzeć, jak dorastasz.
- To nie twoja wina, ojcze - powiedziała Śnieżka, ale jej słowa wzmogły
tylko jego płacz. Król upadł na kolana, chwycił ją za ramiona i spojrzał
prosto w oczy.
- Nie popełnij tych samych błędów co ja, Śnieżko - powiedział. - Nie daj
się omamić miłości. Przychodzi tylko raz. Zaufaj swojej intuicji. Zaufaj
swojemu ludowi. Ale przede wszystkim zaufaj temu, czego nauczyłaś się od
matki. Niech jej duch prowadzi cię podczas twoich rządów. - Ojciec objął
jej policzki dłońmi. - Będziesz kiedyś wspaniałą królową. Nie pozwól
nikomu zwieść cię z twojej ścieżki.
- Nie pozwolę, ojcze - powiedziała wtedy, ale jego słowa przepełniły ją
lękiem. Brzmiały jak pożegnanie.
Następnego ranka już go nie było.
Początkowo się nie zorientowała. Dopiero gdy udała się do jego komnat,
żeby zjeść z nim śniadanie, tak jak mieli w zwyczaju, usłyszała dworzan
rozmawiających o jego zniknięciu. Ingrid, niedawno koronowana na
królową, została wezwana w "sprawach niecierpiących zwłoki" i nie
odszukała Śnieżki, żeby osobiście przekazać jej tę wiadomość. Królewna
dowiedziała się wszystkiego z podsłuchanej rozmowy dwóch strażników.
- Królowa twierdzi, że oszalał. Że lepiej nam będzie bez niego. Że nie
był taki sam, odkąd zmarła królowa Katarzyna - powiedział jeden. - Ale
jaki król ucieka i opuszcza swoją córkę?
- Jaki król opuszcza swoich poddanych? - dodał drugi.
Śnieżka nie znała odpowiedzi. Wiedziała tylko, że jeszcze nigdy nie
czuła się tak samotna. Po odejściu ojca ciotka Ingrid też jakby
zniknęła. Nowa królowa nie miała czasu nawet zjeść śniadania ze Śnieżką,
a co dopiero zajmować się ptakami w wolierze. Była zbyt zajęta
spotkaniami ze swoimi nowo powołanymi doradcami, których Śnieżka nigdy
wcześniej nie widziała. Wszyscy członkowie starej rady zostali odesłani,
a nowych nominowała bezpośrednio Ingrid. Śnieżka coraz częściej słyszała
nowy przydomek ciotki: "Zła Królowa" szeptano, gdy władczyni nie było w pobliżu. Poza spotkaniami z radą królowa nie udzielała niemal żadnych
audiencji i nie przyjmowała wizyt dyplomatycznych. Po kilku latach do
zamku nie miał wstępu nikt obcy. Krążyły plotki, że bała się zdrajców,
co zdawała się potwierdzać jej decyzja, by odesłać prawie całą służbę
poza kilkoma zaufanymi wybrańcami.
W swojej próżności nie mogła się jednak obyć bez nadwornej krawcowej
Małgorzaty, grupki wiernych strażników i kilku kucharzy, ale naturalnie
nie zatroszczyła się o nikogo, kto zająłby się Śnieżką. Królewna
wychowywała się więc sama, spędzając resztę dzieciństwa w opuszczonych
komnatach, które przypominały jej grobowiec. Dojmująca samotność mogła
doprowadzić ją do szaleństwa. By do tego nie dopuścić, zajmowała myśli
tworzeniem coraz to nowych list rzeczy do zrobienia, którymi zapełniała
sobie czas dzień po dniu.
Dzisiaj nie było inaczej. Śnieżka odeszła od okna, zdjęła koszulę nocną
i umyła się w misie, którą poprzedniego dnia napełniła wodą ze studni.
Założyła suknię z połataną jasnobrązową spódnicą i wygładziła fałdy na
biało-brązowej bluzce, która niemal do niej pasowała. Wsunęła stopy w chodaki, które niedawno wyszorowała. Spoglądając w świeżo wypolerowane
lustro - wczoraj, tak jak co tydzień, posprzątała w swojej komnacie -
przewiązała włosy niebieską wstążką, którą uszyła ze skrawka materiału
wyrzuconego przez krawcową królowej. Zadowolona podeszła do garderoby.
Ta była prawie pusta. Wisiało w niej kilka sukien, z których już dawno
wyrosła. Zachowała je ze względów sentymentalnych i na wypadek, gdyby
potrzebowała materiału do załatania ubrań, które wciąż nosiła. Nie
znosiła myśli, że będzie zmuszona pociąć swoje jedyne pamiątki po
szczęśliwym dzieciństwie - wisiała tam sukienka, którą miała na sobie
podczas siódmych urodzin, i ta, w której wraz z ojcem przyjęła
wizytującego króla Prunamii - ale z czasem mogło się to okazać
konieczne. Na razie suknie były wspomnieniem nie tylko dawnego
beztroskiego życia, ale także doskonałą skrytką. Śnieżka odsunęła swoją
urodzinową suknię i zerknęła na ukryty za nią portret.
Z obrazu patrzyli na nią ojciec i matka. I jej młodsze wcielenie. Został
namalowany na krótko przed chorobą matki. To był pierwszy raz, gdy ich
rodzina pozowała wspólnie do portretu, od kiedy Śnieżka była
niemowlęciem. Wisiał w zamku zaledwie kilka tygodni, nim król polecił go
zdjąć. Ciotka twierdziła, że zrobił to, bo widok twarzy zmarłej królowej
był dla niego zbyt bolesny. Ale Śnieżka nie podzielała tego uczucia.
Korzystała z każdej okazji, by popatrzeć na swoich rodziców.
Dzień dobry, matko. Dzień dobry, ojcze.
Śnieżka miała rysy swojej matki, ale to oczy ojca, choć błękitnoszare,
miały ten sam kształt co jej. Patrzyły życzliwie, a ona starała się
naśladować ich wyraz, nawet gdy nie było to łatwe. Delikatnie dotknęła
palcem chropowatej farby. "Ojcze, dlaczego mnie opuściłeś?",
pomyślała, próbując stłumić wzbierające w niej poczucie rozżalenia.
Wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi, ponownie zakryła obraz.
Podeszła do dwuskrzydłowych drzwi i otworzyła je cicho. Jak każdego
ranka stała przed nimi taca z pieczywem i owocami. Śnieżka wiedziała, że
zawdzięczała ją nielicznym służącym, którzy wciąż pracowali na zamku, i doceniała ten gest bardziej, niż była w stanie wyrazić. Śniadanie zawsze
czekało przed jej sypialnią, ale o kolację musiała zadbać sama, bo
służba była zajęta szykowaniem wymyślnych potraw dla królowej. Śnieżce
to nie przeszkadzało. Po kuchni krzątała się zawsze główna kucharka,
pani Zgoda, która nie ignorowała Śnieżki tak jak pozostali mieszkańcy
zamku. To oznaczało, że królewna choć przez kilka chwil każdego dnia
miała z kim porozmawiać.
- Błagam, panie, nie jadłem od dwóch dni.
Śnieżka właśnie podnosiła tacę z jedzeniem, gdy usłyszała czyjś błagalny
głos. Przestraszona schowała się w cieniu wgłębienia, w którym
znajdowały się drzwi jej sypialni, i zaczęła nasłuchiwać.
- Skoro nie zostawili ci jedzenia, to znaczy, że go nie dostaniesz.
Ten głos Śnieżka znała bardzo dobrze. To Brutus, jeden z wiernych
strażników królowej. Drugiego głosu nie rozpoznawała.
- Ale obiecano mi, że jako stróż będę dostawał dwa posiłki dziennie. Nie
chodzi o mnie, panie. Większość jedzenia zanoszę mojej żonie i maleństwu. Nie wytrzymamy trzeciego dnia bez pożywienia.
- Twoim zadaniem jest strzec korytarzy, a nie biadolić o strawie.
- Ale... - nie poddawał się strażnik, lecz Brutus nie dał mu dokończyć.
- Czyżbyś kwestionował decyzję królowej? Wiesz chyba, co przytrafiło się
chłopakowi, który pracował tu przed tobą, co? - Śnieżka przyglądała się,
jak w mroku korytarza Brutus nachylił się nad twarzą młodego mężczyzny.
- Nikt go więcej nie widział. Niektórzy twierdzą, że został zmieniony w jednego z węży, które pełzają po ogrodzie. Ciekawe, co by się stało z twoją rodziną, gdybyś to ty nagle zniknął?
- Nie! - zawołał młody stróż głosem drżącym z przerażenia. - Nie mów o tym królowej, panie. Poczekam, aż jedzenie zostanie mi dostarczone... Nie
będę więcej cię tym niepokoił.
Śnieżka nie mogła powstrzymać głośnego westchnienia. Słyszała wcześniej,
jak kucharka i służący opowiadali, że jej ciotka praktykuje magię. "To
dlatego wciąż wygląda tak młodo", mówili jedni. "Dlatego nikt nie
podważa jej rozkazów - boją się, że zmieni ich w ropuchę, owada albo coś
gorszego", dodawali inni. Wspominali o komnacie, w której królowa spędza
większość czasu, wiecznie z kimś rozmawiając - choć nie wchodzi tam nikt
prócz niej.
Śnieżka nie była pewna, co ma o tym myśleć, ale co do jednego nie było
wątpliwości: ludzie, którzy sprzeciwiali się ciotce, rzeczywiście
znikali. Sama obecność królowej wzbudzała postrach w całym zamku. A Brutus, jej wierny sługus, bywał równie przerażający.
- Mądry chłopak - powiedział Brutus i ruszył dalej korytarzem w kierunku
komnaty Śnieżki. Na jego ustach błądził złośliwy uśmiech.
Śnieżka przylgnęła do zimnej ściany, mając nadzieję, że jej nie zauważy.
Gdy zniknął za zakrętem, wytknęła głowę i spojrzała na strażnika. Był
młody i wychudzony. Nie mógł być wiele starszy od niej. A jego rodzina
była zależna od posiłków, które nie przybywały. Śnieżka zerknęła na
jeszcze ciepły chleb i owoce na swojej tacy. W żołądku czuła jeszcze
wczorajszą kolację. Mogła wytrzymać do kolejnego wieczora. Rozejrzała
się dokładnie, żeby upewnić się, że są sami, po czym wyszła z cienia i ruszyła w stronę strażnika z oczami wbitymi w posadzkę. Strażnik
popatrzył na nią ze zdumieniem, gdy postawiła tacę u jego stóp.
- Wasza Wysokość - wydusił w końcu. - Nie mogę tego przyjąć, to twój
posiłek.
Śnieżka nie ośmieliła się odezwać. Podsunęła tylko tacę bliżej do jego
butów, po czym pożegnała go nieśmiałym uśmiechem i skinieniem głowy i pośpiesznie schroniła się w swojej komnacie.
Chciała mieć pewność, że nikt nie zobaczy, jak rozmawiają, i nie
doniesie o tym królowej. Nim zamknęła drzwi, usłyszała jeszcze ciche:
- Dziękuję, wspaniałomyślna królewno. Dziękuję z całego serca.
Już od dawna nie czuła się jak królewna, ale zawsze była gotowa nieść
pomoc innym. W sypialni ponownie zaczęła szykować się do rozpoczęcia
dnia. Ponieważ ciotka nie planowała spotkać się dziś z radą, Śnieżka
wiedziała, że będzie mogła w spokoju wyszorować posadzkę w wielkim holu.
Wydała jej się zabłocona, gdy przechodziła tamtędy poprzedniego dnia. Na
drugim piętrze było też kilka witrażowych okien, które domagały się
mycia. A w komnacie koło sali tronowej leżał dywan, który planowała
wyczyścić. Nie znosiła zbliżać się do części zamku, w której mogła
natknąć się na ciotkę, ale dywan był jedną z pierwszych rzeczy, które
goście oglądali po wejściu do zamku. Wrażenie, jakie zamek sprawiał na
przybyszach, nawet tak nielicznych, było jedną z niewielu rzeczy, na
które Śnieżka mogła mieć wpływ. Była dumna ze swojej pracy... nawet gdy po
całym dniu szorowania posadzek bolały ją plecy, a od pielenia rabatek w ogrodzie jej dłonie pokrywały się odciskami. Próbowała dzielić swój
czas między zajęcia w zamkowych wnętrzach i na dworze, kiedy tylko
pozwalała na to pogoda. Ten dzień zapowiadał się pięknie, więc już nie
mogła doczekać się, aż wyjdzie do ogrodu. Chciała zebrać kwiaty, żeby
ozdobić bukietami zamkowe wazy. Niewiele oczu mogły nacieszyć, ale
przynajmniej służbie zrobi się przyjemniej.
Chwyciła misę ze szczotkami i szmatami i już miała ruszyć korytarzem,
gdy usłyszała czyjeś kroki. Znów instynktownie ukryła się w mroku, gdzie
mogła pozostać niezauważona. Zza zakrętu wyszła nadworna krawcowa
Małgorzata. Towarzyszyła jej córka i zarazem pomocnica, dziewczyna mniej
więcej w wieku Śnieżki. Śnieżka wiele razy słyszała ich rozmowy, gdy
przechodziły zamkowymi korytarzami. Wiedziała, że dziewczyna ma na imię
Anna, ale sama nigdy nie zamieniła z nią słowa.
- Mówiłam ci: nie wiem, dlaczego zostałyśmy wezwane - odezwała się
Małgorzata, popychając przed sobą wózek z belkami materiału i przyrządami krawieckimi. Kółka wózka terkotały o nierówną posadzkę, a ich stukot niósł się echem po korytarzu. - Jestem pewna, że nie ma
powodu do niepokoju.
- Ale co, jeśli znów zmieniła zdanie? - spytała Anna, a w jej piwnych
oczach malowało się zmartwienie. Odgarnęła kosmyk włosów z opalonej
twarzy. - Nie możemy sobie pozwolić na wyrzucanie więcej materiału,
matko. Królowa nie pozwoli nam sprzedać odrzuconych sukien ani ich
zachować. Jednego dnia żąda fioletu, kolejnego czerni, a jeszcze
następnego granatu. Zła Królowa nie może się na nic zdecydować!
- Jak śmiesz tak ją nazywać! Zamilcz! - Małgorzata rozejrzała się
niespokojnie, a Śnieżka wcisnęła się głębiej w ukryty w mroku kąt. -
Zapomniałaś, jakie to szczęście być w naszym położeniu? Jest królową i chyba zdajesz sobie sprawę, że może robić, co tylko jej się podoba - w tym pozbyć się nas w każdej chwili.
Anna zwiesiła głowę, wbijając wzrok w kosz wypełniony szpulkami nici.
- Przepraszam, matko, ale trudno mi jest pogodzić się z takim
marnotrawstwem! Pod jej rządami tylu przymiera głodem. Gdybyśmy mogły
przekazać niechciane stroje potrzebującym...
Śnieżka słyszała podobne słowa z ust innych mieszkańców zamku i za
każdym razem robiło jej się coraz ciężej na sercu. Zamknięta w zamkowych
murach nie mogła wiedzieć tego na pewno, ale podejrzewała, że dla
większości mieszkańców królestwa codzienność nie była łatwa.
Nienawidziła poczucia, że jej własne życie utknęło w miejscu. Oddałaby
wszystko, żeby pomóc potrzebującym, ale wiedziała, że nigdy nie przekona
ciotki, by zainteresowała się ich losem.
Małgorzata zatrzymała wózek.
- Starczy! Mówię poważnie! - Anna zamilkła. - Szkolę cię, żebyś przejęła
tę pracę, gdy ja zrobię się za stara, żeby nawlekać igły. Chcesz, by tak
dobra posada dostała się komuś innemu?
- Szczerze? - zaczęła Anna, a Śnieżka nie mogła powstrzymać śmiechu.
Anna wydawała się zabawna i filuterna, a Śnieżka poczuła, że chętnie
spędziłaby z nią trochę czasu. Ale to było wykluczone.
- Co to za dźwięk? - spytała zaniepokojona Anna, a Śnieżka zamarła. Anna
patrzyła w stronę jej kryjówki.
- Teraz widzisz, o czym mówię, dziewczyno? - syknęła Małgorzata. - Ona
zawsze patrzy. Zawsze! Dość tych narzekań. Wszystko, co królowa dziś
odrzuci, odłożysz razem z innymi śmieciami.
Anna westchnęła ciężko.
- Dobrze, matko.
"Więcej ścierek!", pomyślała Śnieżka. Zastanawiała się, co pomyślałaby
królowa, gdyby wiedziała, że jej niechciane suknie były darte na kawałki
i używane do sprzątania. (Służący lubili żartować, że w zamku używano
najwykwintniejszych szmat w królestwie).
Odczekała, aż kobiety ruszą dalej i skręcą w korytarz prowadzący do
komnat królowej, zanim wyszła ze swojej kryjówki. Nagle usłyszała czyjeś
kroki i zesztywniała, po czym odwróciła się powoli. Anna wróciła zza
zakrętu i zamarła, przyglądając się jej. Dziewczyny wpatrywały się w siebie przez chwilę. Śnieżka nie była pewna, co robić, więc stała tylko,
nieruchoma niczym posąg. Anna uśmiechnęła się i zrobiła coś
zaskakującego: dygnęła przed Śnieżką.
- Dobrego dnia, Wasza Wysokość - powiedziała i zniknęła za ścianą.
Śnieżka chwyciła swoją misę i czmychnęła, na wypadek, gdyby Anna
postanowiła wrócić. Choć tak miło było być zauważoną, wiedziała, że nie
może zareagować. Nie tutaj, gdzie ktoś mógłby je zobaczyć. Królowa na
pewno by się o tym dowiedziała i ukarała Śnieżkę - albo gorzej, Annę, za
"narażenie bezpieczeństwa królewny" swoim towarzystwem. Ruszyła
korytarzem w przeciwnym kierunku. Zbiegła po schodach, przemknęła koło
sali bankietowej, jadalni, nieużywanej kwatery mieszkalnej i skierowała
się prosto do drzwi prowadzących do ogrodu jej matki.
Błękit. Zawsze zdumiewało ją, jak intensywnie błękitne było bezchmurne
niebo. Czy zawsze miało taki kolor, czy też dziś wydawało jej się
bardziej zachwycające, bo tak dawno go nie widziała? Przez ostatnie trzy
dni nieustannie padało, więc musiała zostać w zamku, co bardzo jej
doskwierało. Czuła wdzięczność za promienie słońca oświetlające jej
twarz. Odkąd się zbudziła, wciąż rozmyślała o matce, a przebywanie w ogrodzie w pobliżu woliery zawsze sprawiało, że mocniej czuła jej
obecność.
Spojrzała na kamienne stopnie pod swoimi stopami. Mech zaczął wdzierać
się na alejkę i pokrył białe kamienie warstwą zieleni. To od nich dziś
zacznie. Z westchnieniem opadła na kolana i zaczęła szorować je zwilżoną
gąbką, nucąc pod nosem. Po chwili wokół niej zebrała się gromadka
białych ptaków, które przyglądały się jej ciekawie.
- Witajcie! - powiedziała. Wyciągnęła z kieszeni trochę ziaren i rozsypała je na stopniach. Ptaki wydziobały je co do jednego, po czym
dalej obserwowały pracę Śnieżki. Nie przeszkadzało jej to. Przyjemnie
było mieć towarzystwo, nawet jeśli ci kompani nie potrafili mówić.
Czasem łapała się na tym, że sama do nich zagadywała. Ktoś mógłby
uznać to za objaw szaleństwa, ale nie martwiła się tym - w końcu i tak
nikt się nią nie interesował.
Mech znikał pod ruchami gąbki i po chwili schody znów zalśniły.
Zadowolona Śnieżka podeszła do studni, żeby nabrać więcej wody.
Jeśli uda jej się szybko uporać z pracą, może zdąży odwiedzić wolierę.
Ptaki podążyły za nią, przypatrując się, jak wyciąga wiadro ze studni.
Śnieżka nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- Chcecie usłyszeć sekret? - spytała je. - Ta studnia jest magiczna.
Spełnia życzenia. Może jakieś pomyślimy?
To matka powiedziała jej kiedyś, że studnia ma moc spełniania życzeń.
- Czego sobie życzysz? - pytała, a Śnieżka pamiętała, jak zamykała oczy
i mocno się zamyślała.
- Życzę sobie - mówiła... i prosiła o to, czego pragnęła najbardziej na
świecie w tamtej chwili. Czasem był to kucyk. Innym razem lalka albo
diadem przypominający koronę matki. Wszystkie życzenia spełniały się w ciągu kilku dni od momentu, gdy wypowiedziała je przy studni. Teraz
wiedziała, że to jej rodzice stali za spełnionymi marzeniami, ale wciąż
lubiła myśleć, że studnia może być magiczna. Nie wypowiedziała żadnego
życzenia, od kiedy była dzieckiem, ale dziś wydało jej się to tak
naturalne, że nie mogła się powstrzymać. Zamknęła oczy.
- Życzę sobie...
Czego sobie życzyła?
Nie potrzebowała już kucyków ani lalek. Potrzebowała miłości swoich
rodziców, ale żadna studnia nie mogła cofnąć czasu i odmienić jej losu.
Musiała pogodzić się ze swoim trudnym, samotnym życiem i czerpać z niego
wszystko, co jej oferowało... Jednak wciąż tak bardzo pragnęła, by pojawił
się ktoś, z kim mogłaby dzielić się swoją codziennością.
- Życzę sobie miłości - powiedziała w końcu. To zdanie wybrzmiało
zupełnie prosto, choć opisywało tak przemożne pragnienie.
Otworzyła oczy i zajrzała w głąb studni.
Miłość - prawdziwa czy przelotna - nie czekała na nią tam w dole.
Ale w marzeniach nie było nic złego. Do tego wciąż była w ogrodzie i mogła cieszyć się cudownym dniem. Piękna pogoda sprawiała, że miała
ochotę śpiewać. Znów pomyślała o matce i zanuciła jedną z jej ulubionych
melodii - tę, którą śpiewała ojcu Śnieżki, nim się pobrali. Ptaki
siedziały zasłuchane w jej dźwięczny głos.
Śnieżka tak zapomniała się w śpiewaniu, że zupełnie nie zauważyła, kiedy
pojawił się przed nią nieznajomy młodzieniec.