Vivian
Nie spostrzegł jej, kiedy przecinała drogę między Enghavevej i Kingosgade. Zniknęła w strefie martwego pola i wjechał prosto w nią.
Na szczęście prędkość nie była duża i kiedy wyszedł z samochodu, żeby jej pomóc, stała już na własnych nogach.
- Bardzo przepraszam, czy coś się pani stało?
Przyjrzał się kobiecie, która poza tym, że wyglądała na nieco niezadowoloną, nie sprawiała wrażenia, jakby doznała jakiegoś poważnego uszczerbku.
- Nie, chyba nie, raczej nic się nie stało.
Wydała z siebie kilka nieznacznych jęków, kiedy, utykając, schodziła na pobocze. On objął ją ramieniem z troską.
- Boli?
- Może trochę... Ale to raczej nic wielkiego.
Spojrzała na niego, jej usta rozciągnęły się w uśmiechu.
- Odwieźć panią do domu?
Odczuwała ból w kostce i wątpiła, czy da radę dojść piechotą do domu, a ten młody mężczyzna sprawiał wrażenie przyjaznego i szczerze przejętego zdarzeniem, więc nic złego nie powinno się zdarzyć.
- Tak, bardzo dziękuję... Jeśli ma pan czas. Nie mieszkam daleko stąd, więc... Jeszcze raz dziękuję.
Otworzył przed nią drzwi samochodu, mówiąc, że chętnie ją odwiezie, żeby zrekompensować jej to przykre zdarzenie.
- Po prostu nie widziałem pani, dopiero od niedawna mam prawo jazdy i... No właśnie, jestem z Jutlandii i nie nawykłem do tak dużego ruchu ulicznego.
Nie mogła powstrzymać uśmiechu. Był czarujący, kiedy tak siedział i przepraszał, jednocześnie walcząc z lokiem czarnych włosów, który nieustannie opadał mu na czoło.
Był niezwykle przystojny, jego skóra miała delikatnie ciemny odcień, oczy miał brązowe, a ciało wysportowane i zadbane.
Jego rodzice musieli pochodzić z innego kraju, być może z Libanu.
- Z Jutlandii... To co pan tutaj robi?
- Studiuję na uniwersytecie, prawo, ale rzadko jeżdżę samochodem po Kopenhadze, pożyczyłem go od ojca.