LUST. Pożądanie - zbiór opowiadań erotycznych - Malva B

Kup ebooka

19.99 zł
15.99 zł (4,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Miesiąc miodowy

- Jesteście świetni! - José, błyszczący od potu i z wciąż sztywnym członkiem, pokonuje niewielki odcinek drogi dzielący łazienkę od podwójnego łóżka, które dzielę z Jonathanem.

Drapie się po kroczu i pyta, czy mógłby pożyczyć szczoteczkę do zębów. José to łysiejący trzydziestotrzylatek z Madrytu z lekką nadwagą. Poznaliśmy go w zeszłym roku na wczasach All inclusive na Ibizie, podczas których wprowadził nas w tajniki świata trójkątów erotycznych.

- Też jedziesz do Ericssona? - pyta go Jonathan, gdy zjedliśmy śniadanie i szykowaliśmy się do pierwszego dnia tygodnia. - W takim razie możesz pojechać ze mną i Julią.

Mieszkanie, które dzielę z Jonathanem w Gamla Stan w Sztokholmie, z powodu naszej pracy w Kista nie ma idealnej lokalizacji, ale nie jesteśmy gotowi na opuszczenie centrum Sztokholmu i przeprowadzkę do północnych obrzeży, nawet gdy weźmie się pod uwagę fakt, że za pół roku zamierzamy wziąć ślub.

- Pod koniec maja będzie wasz wielki dzień - często przypomina nam mój tata. - Zamierzacie przeprowadzić się z powrotem do domu?

Mój tata jest rodowitym mieszkańcem Göteborga i nie potrafi zrozumieć, dlaczego ktoś z własnej woli mógłby opuścić zachodnie wybrzeże Szwecji, gdzie można zobaczyć zachód słońca nad morzem i gdzie przez siedem dni w tygodniu dostarczają do sklepów świeże ryby.

- Może kiedy założymy rodzinę - odpowiadam wymijająco, zastanawiając się, jak by to było nie tylko mieć męża i kochanka za współpracowników, ale też codziennie obawiać się, że spotka się własnego ojca na spotkaniach biznesowych.

Głośno się roześmiałam.

- Co cię tak śmieszy? - pyta Jonathan, gdy wyjeżdżamy z parkingu po odstawieniu José.

- Dziś rano mam spotkanie z szefową. Mam nadzieję, że będę w stanie skupić się na tym, co mówi, i że moje myśli nie będą zajęte wspomnieniami o naszych nocnych wyczynach.

- Jeśli tylko nie będziesz jęczeć, piszczeć i rzucać się jak w orgazmie, to wszystko powinno być w porządku - odpowiada Jonathan, szczerząc zęby w uśmiechu.

- Co widzą w nim kobiety? - dodaję, wskazując dłonią w stronę José, który powolnym krokiem szedł w stronę drzwi wejściowych.

Jego luźne dziadkowe spodnie podkreślają obwisły tyłek. Serio, kto takie jeszcze nosi? Do tego niewyprasowana koszula. A myślałam, że w Hiszpanii mają bardziej rygorystyczny dress code! Chociaż może właśnie dlatego wysyłają go tak często do Sztokholmu? Wygląda jak ktoś, kto w niczym nie ma umiaru: w pracy, paleniu, piciu i pieprzeniu. Bon vivant, jak mógłby to określić sam José.

- Prawdopodobnie to samo co ty - ze śmiechem odpowiada Jonathan. - Po prostu wygląda na dobrego w łóżku.

- Tylko dlatego, że mam zamknięte oczy i trzymam cię za rękę. - Klepię go czule po ramieniu.

Wjeżdżając windą na czwarte piętro, zadaję sobie pytanie, czy naprawdę jestem taka powierzchowna. Jak to możliwe, że ta w ciągu dnia elegancko ubrana pani rewizor potrafi zmienić się w napaloną kocicę, która kilka godzin temu leżała między dwoma spoconymi kolesiami? Równie pewna siebie, jak wtedy, gdy w nocy rozsuwam nogi przed praktycznie obcym mężczyzną, wchodzę do sali konferencyjnej. Na dużym, okrągłym, drewnianym stole kładę iPada i spoglądam na szefową, która w pośpiechu wchodzi do pokoju. Ciężko opada na krzesło, jak zwykle ścierając z brwi trzy kropelki potu. Słucham jej tylko jednym uchem, gdy opowiada mi o czterolatku, który obudził się z grypą, i o jednolatku, który nie może przyzwyczaić się do żłobka. Po czym bierze głęboki oddech, kładzie dłonie na stole, rzuca mi "spojrzenie szefowej" i pyta:

- Gotowa na przedyskutowanie wyzwań nadchodzącego tygodnia?

- Jak najbardziej - odpowiadam.

Po skończonej pracy sprzeczam się z Jonathanem, czy w Kista jest miejsce, gdzie po ciężkim dniu można wypić relaksującego drinka. Mimo że pracujemy tu od trzech lat, nie spędziliśmy w Kista żadnego wieczoru, by pozwiedzać okolicę, i znamy tę dzielnicę Sztokholmu bardzo pobieżnie.

- To niemożliwe - stwierdza José, gdy pojawia się z półgodzinnym spóźnieniem, a my wciąż nie jesteśmy w stanie podjąć decyzji. - Chodźmy na obiad do Riche - dodaje. - Można tam zaparkować. Taksówka z Kista do Gamla Stan musi kosztować fortunę.

- A co jest nie tak z metrem? - pytam retorycznie, przyznając, że kolacja w dzielnicy Östermalm brzmi o wiele przyjemniej niż w tym getcie ze szkła i betonu.

- Napijmy się czegoś z bąbelkami - mówi José po jakimś czasie.

- Mogę polecić szampana Charles Lafitte, rocznik tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć - odpowiada kelner.

- A ile kosztuje? - pyta Jonathan.

- Czterdzieści tysięcy - mówi kelner, śmiejąc się z osłupiałego wyrazu twarzy Jonathana. - Żartuję. Czy będą państwo jedli u nas kolację?

- Oczywiście. Ja stawiam - odpowiada José, wbijając wzrok w menu. - Proszę dać nam kilka minut.

- Nie można jeść w Riche i nie spróbować słynnego tostu skagen - mówię do José, wskazując w menu opis dania po angielsku. - W latach pięćdziesiątych jeden z tutejszych kucharzy stworzył go jako przystawkę.

- A można się nim najeść?

- Raczej nie, ale ja i tak od tego zacznę.

- Okej, brzmi w porządku - mówi José, odrzucając menu na bok i przywołując skinieniem kelnera. - Już wybraliśmy.

Po chwili słynne odkrycie kulinarne sprzed ponad pół wieku zostaje nam gustownie zaserwowane na dużych, białych talerzach.

- Jakie są wasze plany na wakacje? - pyta José.

- Pod koniec maja bierzemy ślub, a potem chcemy pojechać na miesiąc miodowy, ale jeszcze nie wiemy dokąd - odpowiada Jonathan.

- Pojedźcie ze mną na tydzień do Cap d'Agde.

- Cap co? - pytamy razem z Jonathanem.

- I wy nazywacie się swingersami? - José z dezaprobatą kręci głową. - Cap d'Agde to stolica hedonizmu. Wejdźcie na ich stronę i zadzwońcie do mnie, jeśli się zdecydujecie. Nie pożałujecie. To będzie niepowtarzalne przeżycie.

Siedem miesięcy później, w sobotni poranek, José w towarzystwie swojej nowej dziewczyny zatrzymuje się dużym, czarnym bmw przed naszym hotelem w Barcelonie. Zgodnie z tym, co powiedział nam José, jego dziewczyna jest Amerykanką pakistańskiego pochodzenia, a jej imię brzmi tak egzotycznie, że ani Jonathan, ani ja nie byliśmy w stanie go zapamiętać.

- Jak wymawia się twoje imię? - pyta Jonathan, gdy już się przywitaliśmy i wsiedliśmy do auta.

- Diana - odpowiada, rzucając mu zdziwione spojrzenie.

Dociera do nas, że to nie ta sama dziewczyna, z którą mieliśmy spędzić urlop. José znalazł kogoś na zastępstwo.

- Skąd jesteś? - pytam.

- Z Wysp Kanaryjskich - odpowiada Diana.

- Ale super! - wykrzykuję podekscytowana. - Jak tam jest?

W lusterku wstecznym widzę, jak José się do mnie uśmiecha, wdzięczny za uratowanie nas od niezręcznej sytuacji, która mogła z tego wyniknąć.

W ciągu czterech godzin pogawędek i podszytych oczekiwaniem na to, co nastąpi, oraz wybuchów śmiechu, przemierzamy Pireneje i przekraczamy hiszpańsko-francuską granicę. Po zjedzeniu lunchu i krótkim postoju, w końcu docieramy do śródziemnomorskiego, liczącego dwa tysiące sześćset lat francuskiego miasteczka, zamieszkałego przez dwadzieścia tysięcy obywateli. Z tym że liczba przebywających tu ludzi znacząco wzrasta podczas miesięcy letnich. Na przykład w położonej na obrzeżach Cap d'Agde wiosce dla nudystów, która jest celem naszej podróży, ta liczba sięga czterdziestu tysięcy.

Dojeżdżamy do wysokiej, jasnoniebieskiej, metalowej bramy. W przylegającym do niej okrągłym budynku ktoś naciska guzik. Gdy brama, głośno skrzypiąc, otwiera się, odpadają z niej płaty farby. José parkuje i wychodzi z auta.

- Chodźmy się zameldować - mówi, biorąc Dianę za rękę.

Wraz z Jonathanem idę kilka kroków za nimi, jakby podświadomie unikając wychwycenia nas przez kamery monitoringu. Kilku mężczyzn w uniformie opryskliwie prowadzi nas do miejsca przypominającego ogromną wartownię dla strażników lub stację narciarską w Alpach.

- Wszyscy goście muszą się zarejestrować - wyjaśnia José, wręczając nam białe formularze, przypominające wnioski o wizę do USA.

Stojąc przy zamontowanym w ścianie biurku, które wygląda jak szkolna ławka, wpisujemy nasze dane osobowe. Po zapłaceniu opłaty za parking otrzymujemy kartę wstępu ważną przez okres zaplanowanego pobytu - i wkraczamy do równoległego wszechświata.

- O mój Boże! - wykrzykuję, przyciskając nos do samochodowej szyby.

Powoli przejeżdżamy wśród tłumu mieszkańców wioski: wysokich i niskich. Grubych i chudych. Starych i młodych. Wszędzie aż się od nich roi: na plaży, przy basenie, na ulicach, wchodzących i wychodzących ze sklepów. Czterdzieści tysięcy ludzi na stosunkowo małej powierzchni to dużo. A w szczególności gdy wszyscy są nadzy. Nawet znaki drogowe ostrzegają przed osobami w ubraniu.

- Przestań zachowywać się, jakbyśmy byli w Kolm?rden Wildlife Park! - syczy Jonathan.

- Fascynujące, co nie? - chichocze José. - Szkoda tylko, że nie udało się nam wynająć prywatnego apartamentu. Zbyt długo zwlekaliście z podjęciem decyzji i wszystko było już zajęte, więc musimy zadowolić się najżałośniejszym hotelem w całej Europie.

José nie przesadzał. Pomimo ceny, hotel czasy świetności miał już za sobą. Prawdopodobnie był to jeden z pierwszych hoteli wybudowanych w tej założonej w latach siedemdziesiątych wiosce dla nudystów, i nie wyglądało na to, by od tego czasu był remontowany. Pokoje są małe, jak zresztą w całej Francji. Jonathan, który dorastał w okazałej rezydencji w Saltsjöbaden, zdradza objawy klaustrofobii.

- Nie złość się na mnie, stary! - José klepie go po ramieniu. - Gdybym powiedział ci, gdzie się zatrzymamy, nigdy byś nie przyjechał, co nie? Ale nie martw się, w Cap d'Agde rzadko bywa się w swoim pokoju. Wrócimy po was za dwadzieścia minut, okej?

Marudząc pod nosem, Jonathan zaczyna rozpakowywać walizkę i układać swoje świeżo wyprasowane ubrania w równe kupki na syntetycznej narzucie na łóżko o gówniano-brązowym kolorze. Otwieram okno po jednej stronie pokoju i drzwi balkonowe po drugiej, w desperackiej próbie zrobienia przeciągu, aby usunąć stęchły zapach brudu, dymu i tanich perfum.

Proszę Jonathana o suszarkę.

- Au! - wykrzykujemy jednocześnie, gdy nasze ręce się dotykają i przechodzi nas prąd.

Suszarka ląduje na jedynym kawałku podłogi hotelowej, który nie jest pokryty kwiecistą wykładziną dywanową, a plastikowa obudowa z rozdzierającym hałasem pęka na dwie części.

- W co my się wkopaliśmy, Julia? - pyta Jonathan.

Opadamy na brzeg łóżka, które jest tak miękkie, że niemal lądujemy na podłodze.

- To co teraz nas czeka? Uraz kręgosłupa? - wysilam się na odrobinę humoru, choć tak naprawdę mam ochotę wybuchnąć płaczem.

Miesiące niecierpliwego oczekiwania. Podekscytowanie podczas długiej podróży. A teraz TO!

Nagle w drzwiach pojawia się José i podchodzi do nas tym swoim lekko chybotliwym, nerwowym krokiem, z przyrodzeniem huśtającym się w gaciach. Zatrzymuje się za naszym łóżkiem i drapie się po kroczu.

Dlaczego nie może zapukać? - myślę. I czemu zawsze drapie się po kroczu?

José wskazuje palcem na kupkę ubrań ułożoną na łóżku:

- Macie świadomość, że nie będziecie tego potrzebować? Czy umknęło to waszej uwadze, że znajdujemy się w wiosce dla nudystów? No dalej, ruszcie się. Widzimy się przy basenie.

Wymieniamy spojrzenia z Jonathanem, po czym wybuchamy śmiechem.

- I to jest właśnie to niepowtarzalne przeżycie - mówi Jonathan, wstając z łóżka. - Wiesz, że kocham cię najmocniej na całym świecie? - dodaje, chwytając moją twarz w dłonie. - To tak na wypadek, gdybyśmy nie przeżyli tej eskapady.

- Oczywiście, że przeżyjemy. Dopiero teraz zacznie się prawdziwa zabawa. - Całuję go w czubek nosa.

Zbiegamy po schodach z ręcznikami plażowymi owiniętymi wokół bioder.

- Bonjour! - wita nas recepcjonistka, od spotkania z nieprzyjemnymi ochroniarzami pierwsza ubrana osoba.

Diana siedzi na brzegu basenu i moczy nogi w wodzie. Z ulgą dostrzegam, że zostawiła na sobie dół od bikini. Siadam obok niej, robiąc to samo.

- Też już tu kiedyś byłaś? - pytam.

- Nie, znam José dopiero od czterech miesięcy.

Jonathan kładzie się na leżaku obok José i przykrywa fiuta kawałkiem ręcznika. Stara się, by wyglądało to naturalnie i swobodnie, ale José ma inne zdanie.

- A myślałem, że Szwedzi naprawdę są wyzwoleni! - kwituje ze śmiechem. - Na zdrowie!

Dwie czy trzy pi?a colady później nikt nie pomyślałby nawet, że to nasza pierwsza wizyta w tej części Saint-Tropez. Wyruszając na spacer po plaży, zrzucamy z siebie ręczniki, a gdy idziemy po ulicy, nadal jesteśmy nadzy. José prowadzi ożywioną rozmowę przez telefon ze swoim szefem, a pod ramieniem niesie laptopa. José albo pracuje, albo spółkuje, nigdy inaczej.

- Plaża, choć nie ma formalnych oznaczeń, dzieli się na trzy części - wyjaśnia José. - My kierujemy się na sam koniec zajmowany przez swingersów.

Rozumiemy, co miał na myśli, gdy mijamy francuskie, hiszpańskie, a także szwedzkie rodziny paradujące jak je Pan Bóg stworzył. Mama, tata i dzieciaki radośnie opalają się nago. Są też rodziny, które zabrały ze sobą psa.

Kilkaset metrów dalej wkraczamy na terytorium gejów. Przystojni mężczyźni pozują na brzegu morza i podziwiają idealnie wymodelowane mięśnie. Opryskująca ich słona woda sprawia, że wydepilowane ciała wyglądają w słońcu na białe. Jak marmur. Adonisi.

- To może my tu zostaniemy? - pytam Dianę, puszczając do niej oczko, ale wpatruje się we mnie z tępą miną, więc szepcę do Jonathana: - Nie tylko jest głupia, ale kompletnie brak jej poczucia humoru.

- Ale jest młoda i ładna - odpowiada pokrzepiającym tonem Jonathan - i nie jesteśmy tu po to, żeby ucinać z nią pogaduszki.

- Powinniśmy zabrać prowiant na piknik - mówię. - Boże, co za wyprawa!

- Po tak długiej podróży samochodem przyda nam się trochę ruchu. Ale plecy zaczynają mnie już palić w słońcu - odpowiada Jonathan.

- Jak tylko gdzieś usiądziemy, posmaruję cię kremem do opalania.

- Co do kur...?! - wykrzykuję, kiedy w końcu udaje nam się usadowić pod parasolem we właściwej części plaży.

Do oczu wpada mi piasek, gdy patrzę, jak obok nas przebiega ze dwudziestu nagich i pulchnych mężczyzn podążających za innym gołym kolesiem, który dzierży groszkowozieloną flagę i dmucha w gwizdek.

Jeden z tych mężczyzn zatrzymuje się przy wydmie piaskowej naprzeciwko nas.

- Zobaczcie to - mówi José, a my posłusznie podążamy za nim wzrokiem, jakby był Dickiem z serialu Piątka detektywów.

To już przesada, myślę na widok pary pieprzącej się w wgłębieniu za wydmą. Nie potrafię zrozumieć, co jest seksownego w tych chorobliwie bladych i uparcie kopulujących przybyszach z Irlandii w średnim wieku. Jednak ich zmagania okazują się skuteczne i w ciągu kilku minut para zostaje otoczona przez starych facetów robiących sobie dobrze. Z każdego z nich po kolei wytryskuje biała sperma, która ląduje na ciele kobiety. Ich nasienie miesza się z piaskiem i na samą myśl o tym, jak bardzo musi ją to drapać i irytować, przechodzi mnie dreszcz.

- Chcę wrócić do domu, zanim zwymiotuję - ogłaszam zdecydowanym tonem.

- Nie psuj nam zabawy - mówi José.

- José, tu nie ma żadnej zabawy do zepsucia - odpowiadam ze złością i zaczynam pakować swoje rzeczy.

Jonathan mi pomaga.

- Widzimy się wieczorem - mówi do José i Diany.

- To nie przyjdziecie do Nat Hamman?

- Co to?

- Sauna, ale w ciągu dnia zmienia się też w seksklub. Zaraz się tam wybieramy.

- Nie, zużyliśmy już całą energię na dziś - odpowiada Jonathan, otaczając mnie ramieniem.

- Au! - syczę.

- Ciebie też poparzyło słońce?

- Najwidoczniej.

- Powinniśmy trochę się opalić przed przyjazdem tutaj.

- Podczas tych ośmiu słonecznych dni w Sztokholmie?

- Są przecież solaria.

W ciszy wracamy do hotelu. Dociera do mnie, że już zaczynają mnie dziwić ludzie w ubraniu, choć też narzuciliśmy na siebie cienkie białe sarongi, by chronić się przed upałem. Zatrzymujemy się w sklepie spożywczym, żeby kupić colę i coś na kolację. W powietrzu czuję unoszący się zapach świeżego chleba z pobliskiej piekarni.

- Przepraszam, że byłam taka marudna - mówię do Jonathana. - Po prostu jestem głodna.

- Też uważam, że to było obleśne.

- A widziałeś jego trzęsący się tyłek?

- Tak! A jej brzuch zwisał aż do cipki. Ledwo co można było ją dostrzec.

Między półkami sklepowymi wpadamy na kilku roznegliżowanych klientów i zastanawiam się, w jaki sposób dochodzi do zarażenia salmonellą.

Wieczorem, po drzemce w hotelu, wyruszamy do tętniących życiem barów, restauracji, sklepów z odzieżą i sex-shopów. W promieniu kilkuset metrów znajduje się pięć klubów dla swingersów. L'Extasia, jeden z najbardziej znanych na świecie, leży tuż za miastem, kilka minut jazdy samochodem. Mimo że tańce pod gołym niebem na terenie dawnych winnic to kusząca perspektywa, jednak pierwszą noc postanawiamy spędzić w Le Glamour. Zbyt długo byliśmy dzisiaj w aucie, wolimy krótki wieczorny spacer do lokalu.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.