Część pierwsza
Ten dzień rozpoczyna się jak każdy inny. Powietrze jest ciężkie, powolne ruchy są poza jakąkolwiek realną wolą. Wstając z łóżka, czuje silny wewnętrzny opór. Dzień zapowiada się szaro i zwyczajnie. Nie ma nic, co pozwoliłoby coś poczuć albo choćby dostrzec nadzieję na coś innego. Wszystko jest tak jak zwykle.
Jest przeciętnym mężczyzną z trywialnym życiem. Wprawdzie jest młody. Przynajmniej relatywnie młody. Ale odpowiedni wiek nie jest żadną zaletą, kiedy wszystko inne zdaje się tak beznadziejne, a w dodatku skazane na samotność. Wprawdzie ma pracę, która powinna dawać mu poczucie sensu, motywować go wewnętrznie. Ma też dach nad głową i w terminie płaci rachunki. Żyje życiem bez zastrzeżeń. Powinien się więc cieszyć, być zadowolony. Bo tak mówi norma - dobrze jest być w sam raz. Ni mniej, ni więcej. Jest uwięziony w spirali nieistotności, sam nie rozumie, dlaczego. Nie ma siły, by coś zmienić, uwierzyć w zmianę. Ta wiara opuściła go dawno temu, jest na nią za słaby.
Czuje, jak poranny wzwód uciska jego slipki, zbyt luźne w pasie. Chciałby wyciągnąć penisa, pieścić się, rozładować to napięcie. Ale z przyzwyczajenia odgania od siebie te myśli. Ze skulonymi plecami i zmęczonymi, zaspanymi oczami wygląda przez okno. Widzi beton i pusty wzrok ludzi spieszących do codziennych obowiązków. Powoli zaczyna się ubierać, zdejmując z krzesła jedną po drugiej kolejne części garderoby, gdzie leżą ułożone w równym stosiku. Wykonuje poranne rutynowe czynności. Wychodząc, zamyka drzwi, dla pewności naciska klamkę. Robi to z przyzwyczajenia. Żeby było dobrze, tak jak zwykle. Nie, żeby miało to jakieś znaczenie, teraz już nic nie ma znaczenia, a jednak i tak to robi.
Rusza do pracy. Mija okolicę, zwyczajną, taką, jak każda inna. Napotyka twarze spowite zasłoną obojętności, która sprawia, że ludzie widzą świat w taki sam sposób co on. Tak naprawdę nic nie jest takie, jak by chciał, a jednak to akceptuje. Mimo to daje się nieść kolejnym godzinom, jednej za drugą, od rana do wieczora. Mija dzień za dniem, a on nie czuje w tym wszystkim żadnego głębszego sensu, niczego nie dokonał. Żył? Pewnie, żył. Oddychał. Poruszał się. Myślał i czuł, nawet jeśli poza jakimś pozytywnym rejestrem. Działał, robił coś, choć nie miało to większego znaczenia. Bo jakie znaczenie ma dzień, w którym nie zrobiło się niczego poza trywialnymi czynnościami? Wie, że w życiu zasługuje się na coś więcej i że to nie w porządku wobec niego. Wie o tym. Nie jest głupi. A jednak nie podejmuje żadnego działania. Nie zastanawia się nad tym.
Kiedy tak idzie, nagle ogarnia go pożądanie. Szybko je wypiera. Instynkt podpowiada: mężczyzna. Odgania tę myśli, zanim zdążą się zakorzenić. Przeraża go to, na co brak mu odwagi. Dobrze wie, że jeśli to uczucie w nim zostanie, trudno będzie je przezwyciężyć. Już kiedyś tego doświadczył. Mężczyzna. Musi przezwyciężyć pożądanie, o niczym takim nie może być mowy. Przyspiesza kroku, idzie do pracy, między blade ściany pod niskim sufitem. Idzie, nie myśląc, jego wzrok rejestruje jedynie zdecydowane, jednostajne ruchy własnych stóp.