Łuska w cieniu - Rachel Hartman

Kup ebooka

33.50 zł
28.48 zł (28,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

wprowadzenie

Fragment Splątanych zarośli historii ojca Fargle'a

Zacznijmy od rozważenia roli Serafiny Dombegh w wydarzeniach, które doprowadziły do wstąpienia na tron królowej Glisseldy.

Niemal czterdzieści lat po podpisaniu historycznego traktatu przez Ardmagara Comonota i królową Lavondę Wspaniałą, pokój między ludźmi i smokami wciąż pozostawał niebezpiecznie kruchy. W Lavondaville Synowie świętego Ogdy wygłaszali na ulicach antysmocze hasła, wzniecali zamieszki i dopuszczali się aktów przemocy wobec saarantrai. W owym czasie smoki w ludzkiej postaci zmuszano do noszenia dzwoneczków, po czym było je łatwo rozpoznać. Saarantrai i ich jaszczurkowatych krewniaków, quigutle, dla bezpieczeństwa zamykano na noc w dzielnicy nazywanej Quigowo, co jednak jedynie zwiększało ich izolację. W miarę zbliżania się rocznicy podpisania traktatu - i oficjalnej wizyty Ardmagara Comonota - napięcie rosło.

Dwa tygodnie przed przybyciem Ardmagara doszło do tragedii. Jedyny syn królowej Lavondy, książę Rufus, został zamordowany w sposób charakterystyczny dla smoków - przez dekapitację. Jego głowy nigdy nie odnaleziono, najprawdopodobniej została pożarta. Jednak czy to smok go zabił, czy Synowie świętego Ogdy, liczący na podsycenie niechęci do smoków?

W tę gęstwinę polityki i uprzedzeń wkroczyła Serafina Dombegh, niedawno zatrudniona asystentka nadwornego kompozytora Viridiusa. W owym czasie określenie "plugastwo" wyszło z mody, ale tak właśnie mieszkańcy Goreddu nazwaliby Serafinę, gdyż jej matka była smoczycą, a ojciec człowiekiem. Gdyby ta tajemnica wyszła na jaw, mogłoby to oznaczać dla dziewczyny śmierć, więc ojciec trzymał ją w ukryciu, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Srebrne smocze łuski wokół pasa i lewego przedramienia od razu by ją zdradziły. Ona jednak, kierowana samotnością lub talentem muzycznym, podjęła ogromne ryzyko, opuściła dom i udała się do zamku Orison.

Łuski nie były jej jedynym problemem. Serafinę dręczyły również matczyne wspomnienia i wizje groteskowych istot. Brat matki, smok Orma, nauczył ją, jak stworzyć w umyśle symboliczny ogród, w którym te zadziwiające istoty mogły zamieszkać. Serafina musiała każdego wieczoru zajmować się Ogrodem Grotesek, by wizje jej nie przytłoczyły.

Jednak niedługo po pogrzebie księcia Rufusa troje mieszkańców duchowego ogrodu Serafiny odnalazło ją w rzeczywistości - pani Okra Carmine, ambasador Ninysu; samsamski dudziarz imieniem Lars; i młody porfiriański tancerz. Serafina w końcu zorientowała się, że ci ludzie podobnie jak ona byli półsmokami, że nie była sama na tym świecie. Wszyscy mieli łuski i zadziwiające zdolności, umysłowe lub fizyczne. Musiała to być dla niej ulga, a jednocześnie dodatkowe zmartwienie. W końcu żadne z nich nie było bezpieczne. A szczególnie Lars, któremu przy kilku różnych okazjach groził Josef, hrabia Apsig - jego przyrodni brat, a jednocześnie nienawidzący smoków członek Synów świętego Ogdy.

Serafina mimo wszystko mogłaby trzymać się z dala od polityki i intryg, gdyby nie wuj Orma. Przez większość jej życia był jej jedynym przyjacielem, nauczył ją nie tylko panowania nad wizjami, ale też muzyki i wiedzy o smokach. Orma z kolei zaczął darzyć Serafinę niemal ojcowską miłością, głębokim uczuciem, które smoki uznały za niedopuszczalne. Smoczy Cenzorzy, przekonani o emocjonalnej niestabilności Ormy, od lat go zadręczali, grożąc, że odeślą go do Tanamoot, smoczej ojczyzny, na zabieg chirurgicznego usunięcia wspomnień.

Po pogrzebie księcia Rufusa Orma dowiedział się, że w Goreddzie przebywa jego ojciec, wygnany dawny generał Imlann. Orma sądził, co potwierdzały również matczyne wspomnienia Serafiny, że Imlann jest zagrożeniem dla Ardmagara Comonota i członkiem koterii niezadowolonych generałów, którzy pragnęli położyć kres pokojowi z Goreddem. Orma obawiał się Cenzorów i nie był przekonany, czy uda mu się podejść beznamiętnie i obiektywnie do własnego ojca. Poprosił Serafinę, by poinformowała o obecności Imlanna księcia Luciana Kiggsa, kapitana Gwardii Królowej. Choć Serafina wolałaby nie zwracać na siebie uwagi, nie mogła odmówić ukochanemu wujowi.

Czy czuła niepokój, gdy zwróciła się do księcia Luciana Kiggsa? Każdy rozsądny człowiek tak by się czuł. Książę miał reputację wnikliwego i upartego śledczego - jeśli ktoś we dworze mógł odkryć jej tajemnicę, to z pewnością on. Jednak Serafina miała trzy niespodziewane przewagi. Po pierwsze, zupełnym przypadkiem już zwróciła na siebie życzliwą uwagę księcia, cierpliwie ucząc gry na klawesynie jego kuzynkę i narzeczoną, księżniczkę Glisseldę. Po drugie, Serafina często znajdowała się w sytuacjach, w których pomagała dworzanom zrozumieć smoki, a książę był jej za to wdzięczny. Po trzecie, książę Lucian, wnuk królowej i bękart, nigdy nie czuł się do końca swobodnie na dworze, a w Serafinie rozpoznał pokrewną duszę, nawet jeśli nie umiał powiedzieć dokładnie, dlaczego.

Uwierzył w to, co powiedziała o Imlannie, nawet jeśli zauważył, że pewne kwestie zachowała dla siebie.

Dwaj wygnani rycerze - sir Cuthberte i sir Karal - przybyli do pałacu z informacją, że na wsi widziano smoka-renegata. Serafina podejrzewała, że to Imlann. Książę Lucian Kiggs towarzyszył jej w drodze do tajemnej enklawy rycerzy, by zorientować się, czy któryś z nich umiałby zidentyfikować renegata. Bardzo stary sir James rozpoznał w nim "generała Imlanna" z bitwy przed czterdziestu laty. Kiedy tam przebywali, giermek sir Jamesa, Maurizio, zademonstrował ginącą sztukę walki zwaną drakomachią. Drakomachia, wymyślona przez samego świętego Ogdę, niegdyś pozwalała Goreddowi walczyć przeciwko smokom, ale teraz znali ją nieliczni. Serafina uświadomiła sobie, jak bezradni byliby ludzie, gdyby smoki złamały traktat.

Czy to Imlann, w całej swojej łuskowatej i ognistej grozie ukazał się Serafinie i księciu Lucianowi w drodze powrotnej, czy też cały ten epizod jest jedynie legendą i upiększeniem, wciąż pozostaje kwestią dyskusyjną. Jest jednak jasne, iż Serafina i książę doszli do wniosku, że to Imlann zabił księcia Rufusa. Zaczęli podejrzewać, że przebiegły stary smok ukrywa się w ludzkiej postaci wśród dworzan. Ardmagar Comonot nie słuchał jednak ostrzeżeń Serafiny. Choć to Ardmagar pomógł doprowadzić do pokoju, okazał się arogancki i niesympatyczny, nie był jeszcze tym smokiem, którym stał się w późniejszych latach.

Imlann zaatakował w Wigilię Traktatu, podając zatrute wino księżniczce Dionne, matce księżniczki Glisseldy. (Choć wino było przeznaczone również dla Comonota, wbrew twierdzeniom niektórych innych uczonych, nie ma żadnych dowodów, że księżniczka Dionne i Comonot mieli tajemny romans). Serafina i książę Lucian powstrzymali księżniczkę Glisseldę przed wypiciem wina, ale królowa Lavonda nie miała tyle szczęścia.

Niech to będzie dowód na cierpliwość smoków - Imlann spędził piętnaście lat wśród dworzan jako guwernantka księżniczki Glisseldy, zaufana doradczyni i przyjaciółka. Zrozumiawszy prawdę, Serafina i książę Lucian rzucili wyzwanie Imlannowi, który wówczas porwał księżniczkę Glisseldę i uciekł.

Wszystkie półsmoki odegrały swoją rolę w pojmaniu i zabiciu Imlanna. Przeczucia pani Okry pomogły Serafinie i księciu Lucianowi go odnaleźć. Lars odwrócił jego uwagę dudami, dzięki czemu książę Lucian mógł uratować księżniczkę Glisseldę. A młody Abdo ściskał nadal miękkie gardło Imlanna, nie pozwalając mu splunąć ogniem. Serafina zatrzymała Imlanna, ujawniając mu prawdę, że jest jego wnuczką, i dając Ormie czas na przeobrażenie. Niestety, Orma nie mógł dorównać Imlannowi i został ciężko ranny. To inna smoczyca, podsekretarz Eskar ze smoczej ambasady, w końcu dobiła Imlanna wysoko nad miastem.

Jak dowiodła historia, Imlann rzeczywiście był częścią koterii smoczych generałów, która zamierzała obalić Comonota i zniszczyć pokój. Podczas gdy on wywoływał chaos w Goreddzie, inni przeprowadzili zamach stanu w Tanamoot i przejęli kontrolę nad smoczym rządem. Generałowie, którzy później nadali sobie nazwę "Stary Ard", wysłali królowej pismo, w którym ogłosili Comonota zbrodniarzem i zażądali, by Goredd natychmiast go wydał. Trucizna sprawiła, że królowa Lavonda była nieprzytomna, a księżniczka Dionne umarła. Pierwszym, co księżniczka Glisselda zrobiła jako królowa, było ogłoszenie, że Goredd nie odeśle Comonota, by stawił czoło wydumanym zarzutom i że, gdyby okazało się to konieczne, Goredd wyruszy na wojnę w imię pokoju.

Jeśli historykowi przystoi uwaga o charakterze osobistym - około czterdziestu lat temu, kiedy byłem zaledwie nowicjuszem u świętej Prue, podawałem wino na bankiecie, który nasz opat wydał na cześć Serafiny, podówczas damy w szacownym wieku ponad stu dziesięciu lat. W owym czasie nie odkryłem jeszcze powołania, by zostać historykiem - sądzę wręcz, że to jej obecność pobudziła moje zainteresowania - ale kiedy pod koniec wieczoru znalazłem się blisko niej, miałem okazję zadać dokładnie jedno pytanie. Jeśli zechcecie, wyobraźcie sobie pytanie, które wy byście zadali. Niestety, młody byłem i głupi, więc wyrzuciłem z siebie: "Czy to prawda, że jeszcze przed rozpoczęciem smoczej wojny domowej wyznaliście sobie miłość z księciem Lucianem Kiggsem, niech Niebiosa go przyjmą?".

Jej ciemne oczy zamigotały i przez chwilę widziałem w staruszce o wiele młodszą kobietę. Ścisnęła moją młodą pulchną dłoń swoją starą i powykrzywianą, i powiedziała: "Książę Lucian był najbardziej uczciwym i honorowym człowiekiem, jakiego spotkałam, a to było dawno temu".

I tak oto niedoświadczony, romantyczny młodzik zmarnował okazję, jaką ma się raz w życiu. Czułem jednak i wciąż czuję, że jej błyszczące oczy odpowiedziały, nawet jeśli język nie chciał.

Jedynie pobieżnie opisałem wydarzenia, którym inni historycy poświęcili całe życie. Moim zdaniem jednak historia Serafiny rozpoczęła się dopiero w chwili, gdy jej wuj Orma, z pomocą podsekretarz Eskar, zaczął ukrywać się przed Cenzorami, a Serafina w przeddzień wojny uznała, że nadszedł czas, by odnaleźć resztę mieszkańców ogrodu jej umysłu, inne półsmoki rozrzucone po całych Krainach Południa i Porfirii. Tymi wydarzeniami zamierzam się zająć.

 

prolog

Wróciłam do siebie.

Przetarłam oczy, zapominając, że lewe mam podbite, i ból natychmiast przywrócił mi przytomność. Siedziałam na popękanej drewnianej podłodze w gabinecie wuja Ormy, w głębi biblioteki konwersatorium św. Idy, a wokół mnie, niczym gniazdo wiedzy, piętrzyły się książki. Unosząca się nade mną twarz wyostrzyła się, ukazując haczykowaty nos, czarne oczy, okulary i brodę Ormy. Na jego twarzy malowała się raczej ciekawość niż troska.

Miałam jedenaście lat. Orma od wielu miesięcy uczył mnie medytacji, ale nigdy wcześniej nie znalazłam się tak głęboko we własnej głowie i nie czułam się tak zdezorientowana, kiedy się z niej wyłoniłam.

Wcisnął mi pod nos kubek z wodą. Chwyciłam go niepewnie i się napiłam. Nie chciało mi się pić, ale wszelkie przejawy życzliwości wuja smoka należało nagradzać.

- Raport, Serafino - powiedział, wyprostował się i poprawił okulary na nosie.

W jego głosie nie było ciepła ani niecierpliwości. Dwoma krokami przeszedł przez pokój i usiadł na biurku - nie zdjąwszy z niego wcześniej książek.

Zaczęłam się kręcić na twardej podłodze. Zapewnienie mi poduszki wymagałoby więcej empatii, niż mógł znaleźć w sobie smok - nawet w ludzkiej postaci.

- Udało się - powiedziałam głosem starzejącej się żaby. Napiłam się wody i dodałam: - Wyobraziłam sobie zagajnik drzewek pomarańczowych i umieściłam wśród nich małego porfiriańskiego chłopca.

Orma zetknął dłonie czubkami długich palców i uniósł je przed sobą. Spoglądał na mnie.

- I udało ci się wywołać prawdziwą wizję jego osoby?

- Tak. Wzięłam go za ręce i wtedy... - Trudno mi było opisać kolejny etap, mdlący wir, jakby moja świadomość była wciągana do odpływu. Czułam się zbyt zmęczona, by wyjaśnić. - Widziałam go w Porfirii, bawił się w pobliżu świątyni, gonił za szczeniakiem...

- Żadnego bólu głowy ani mdłości? - przerwał mi Orma, którego smoczego serca nie dało się zmiękczyć szczeniakiem.

Potrząsnęłam głową, żeby się upewnić.

- Nie.

- Opuściłaś wizję, kiedy chciałaś?

Brzmiał, jakby wykreślał kolejne punkty z listy.

- Tak.

- Sięgnęłaś po wizję, nie zaś zostałaś przez nią pociągnięta. Nadałaś imię symbolicznemu obrazowi chłopca w twojej głowie, awatarowi?

Poczułam, że się rumienię, co było głupie. Orma nie umiałby mnie wyśmiać.

- Nazwałam go Nietoperzem.

Orma poważnie pokiwał głową, jakby to było najbardziej stosowne i właściwe imię, które kiedykolwiek wymyślono.

- Jak nazwałaś pozostałych?

Patrzyliśmy na siebie. Gdzieś w bibliotece poza gabinetem Ormy mnich bibliotekarz pogwizdywał fałszywie.

- M-miałam zrobić to samo z pozostałymi? - spytałam. - Nie powinniśmy dać im trochę czasu? Jeśli Nietoperz zostanie w swoim wyjątkowym ogrodzie i nie będzie mnie męczył wizjami, możemy mieć pewność...

- Dlaczego masz podbite oko? - spytał Orma, wpatrując się we mnie uważnie.

Zacisnęłam wargi. Doskonale to wiedział - podczas lekcji muzyki poprzedniego dnia opanowała mnie wizja, spadłam z krzesła i uderzyłam głową w kant jego biurka.

"Dobrze, że nie zmiażdżyłaś oudu", powiedział wtedy.

- To tylko kwestia czasu, gdy taka wizja spadnie na ciebie na ulicy i przejedzie cię powóz - powiedział Orma i pochylił się, opierając łokcie na kolanach. - Nie możesz sobie pozwolić na luksus czekania, chyba że w najbliższym czasie nie zamierzasz opuszczać łóżka.

Ostrożnie ostawiłam kubek na podłogę, z dala od jego książek.

- Nie chcę zapraszać ich wszystkich jednocześnie do swojej głowy - powiedziałam. - Niektóre z tych stworów są dość przerażające. To straszne, kiedy bez zaproszenia wdzierają się do mojego umysłu, ale...

- Nie rozumiesz mechanizmu - przerwał mi łagodnie Orma. - Gdyby te groteski wdzierały się do twojej świadomości, nasze strategie medytacyjne by je powstrzymały. To twój umysł jest odpowiedzialny, kompulsywnie sięga w ich stronę. Awatary, które stworzysz, będą prawdziwym, trwałym połączeniem z tymi istotami, więc twój umysł nie będzie już musiał się szarpać. Jeśli będziesz chciała ich zobaczyć, wystarczy, że sięgniesz do środka.

Nie umiałam sobie wyobrazić, że kiedykolwiek miałabym zechcieć odwiedzić którąkolwiek z tych grotesek. Nagle wszystko zaczęło mi ciążyć. Jako pierwszego wybrałam ulubieńca, najbardziej przyjaznego, i to mnie wyczerpało. Znów zaczęłam widzieć niewyraźnie. Otarłam zdrowe oko rękawem, nie chciałam, by mój wuj smok widział, jak płaczę.

Obserwował mnie z przechyloną głową, jak ptak.

- Nie jesteś bezradna, Serafino. Jesteś... dlaczego "radny" nie jest antonimem "bezradny"?

Wydawał się tak szczerze zdezorientowany tym pytaniem, że zaśmiałam się wbrew sobie.

- Ale jak mam działać dalej? - spytałam. - Nietoperz był oczywisty, ciągle wspina się na drzewa. Tamten koszmarny bagienny ślimak pewnie może taplać się w błocie, a dzikusa umieszczę w jaskini. Ale co z resztą? Jaki ogród mam zbudować, by ich pomieścić?

Orma podrapał się po fałszywej brodzie. Chyba go drażniła.

- Wiesz, co jest nie tak z waszą religią?

Zamrugałam, próbując zrozumieć nagłą zmianę tematu.

- Nie ma porządnego mitu kreacyjnego - powiedział. - Wasi święci pojawili się sześć czy siedem stuleci temu i wykopali pogan... którzy, jeśli mogę dodać, mieli całkiem znośny mit wiążący się ze słońcem i samicami tura. Ale z jakiegoś powodu wasi święci nie kłopotali się wymyślaniem mitu o pochodzeniu. - Wytarł okulary rąbkiem dubletu. - Znasz porfiriański mit kreacyjny?

Spojrzałam na niego znacząco.

- Mój nauczyciel, niestety, zaniedbuje porfiriańską mitologię. - To on był moim nauczycielem.

Orma zignorował przytyk.

- Jest względnie krótki. Bliźniacza para bogów, Konieczność i Przypadek, chodziła wśród gwiazd. Co musiało powstać, powstało, co mogło powstać, czasem powstawało.

Czekałam na ciąg dalszy, ale wydawało się, że to już koniec.

- Podoba mi się ten mit - mówił dalej. - Zgadza się z prawami natury, pomijając ten fragment o bogach.

Zmarszczyłam czoło, próbując zrozumieć, dlaczego mi to mówi.

- Czy sądzisz, że w taki właśnie sposób powinnam stworzyć resztę ogrodu? - zaryzykowałam. - Przejść przez swój umysł jak bóg?

- To nie bluźnierstwo - powiedział, znów założył okulary i wpatrzył się we mnie. - Tylko metafora, jak wszystko inne, co budujesz w swoim umyśle. Wolno jest być bogiem własnych metafor.

- Bogowie nie są bezradni - powiedziałam.

- Serafina nie jest bezradna - odparł poważnie Orma. - Ten ogród będzie twoim szańcem. Zapewni ci bezpieczeństwo.

- Chciałabym w to uwierzyć - stwierdziłam, znów głosem żaby.

- Pewnie by pomogło, gdybyś rzeczywiście wierzyła. Zdolność ludzkiego mózgu do wiary powoduje interesujące efekty neurochemiczne...

Zignorowałam wykład, wyprostowałam się, rozsunęłam kolana i oparłam na nich dłonie. Zamknęłam oczy i oddychałam coraz głębiej.

Zeszłam do swojego drugiego świata.

 

postacie

Na zamku Orison

Serafina Dombegh - nasza czarująca bohaterka, często zwana Finą, półsmok

królowa Lavonda - abdykowała ze względu na chorobę

Rufus, Dionne i Laurel - nieszczęsne dzieci Lavondy, wszyscy nie żyją

królowa Glisselda - dzielna nowa władczyni

książę Lucian Kiggs - krewniak i narzeczony księżniczki Glisseldy

Viridius - nadworny kompozytor, niegdyś pracodawca Serafiny

Lars - projektant trebuszy, miłośnik głośnej muzyki, półsmok

Abdo - tancerz i nicpoń, być może własność boga, półsmok

Tython - pobożny dziadek Abdo

pani Okra Carmine - mało dyplomatyczna ninyska ambasadorka, półsmok

Alberdt - odporny strażnik

senny paź - śpi na służbie

W Ninysie

Josquin - odległy krewny pani Okry, herold z bródką

kapitan Moy - dowódca Ósemki, posiadacz imponującej bródki

Nan - nieustraszona córka Moya

Des Osho - Ósemka, eskorta Finy w Ninysie

Nedouard Basimo - lekarz chorych na zarazę, kleptoman, półsmok

Blanche - pustelniczka, wielbicielka pająków, półsmok

Od Fredericka des Uurne - przewrażliwiona malarka, półsmok

Gianni Patto - potwór o szponiastych nogach, którym w ninyskich górach straszy się dzieci, półsmok

hrabia Pesavolta - władca Ninysu i niechętny sponsor wypraw

W Samsamie

Hanse - lakoniczny stary myśliwy, który eskortuje Finę w Samsamie

Rodya - niemyty młodzieniec, drugi członek eskorty

Josef, hrabia Apsig - przyrodni brat Larsa, gardzący smokami, niebezpieczny

Jannoula - wygnana z umysłu Finy, półsmok

Ingar, hrabia Gasten - wielbiciel książek i języków obcych, uczeń Jannouli, półsmok

W Porfirii

Naia - ulubiona ciotka Abdo

Paulos Pende - stary kapłan o potężnym umyśle, przywódca porfiriańskich półsmoków, inaczej ityasaari

Zythia Perdixis Camba - posągowa dama, ityasaari

Amalia Perdixis Lita - matka Camby, Agogoi

Mina - skrzydlata strażniczka, ityasaari

Brasidas - ślepy śpiewak, ityasaari

Phloxia - prawniczka o rekinich zębach (dosłownie), ityasaari

Gaios i Gelina - przystojne bliźnięta, ityasaari

Smoczy przyjaciele i wrogowie

Ardmagar Comonot - obalony przywódca smoczego świata, zamęczający królową

Orma - wuj Finy, uciekinier

Eskar - niegdyś podsekretarz smoczej ambasady; ucieka z Ormą czy realizuje własne plany?

Ikat - lekarz, przywódca smoczych wygnańców w Porfirii

Colibris - córka Ikat, wiecznie młoda

Lalo - wygnany saarantras, marzący o powrocie do domu

Mifa - quigutl z Laboratorium Czwartego, przyjaciel Eskar, powstaniec i pieśniarz ludowy

generał Zira - ważny generał Lojalistów

generał Palonn - ważny generał Starego Ardu

generał Damma - nowy strateg Starego Ardu, rzeźnik z Homand-Eynn

Szlachetni rycerze

sir Cuthberte Pettybone - rycerz znany Serafinie, zbyt stary, by walczyć, zbyt młody, by umrzeć

sir Maurizio Foughfaugh - niegdyś giermek znany Serafinie, wciąż gorliwy utrapieniec

sir Joshua Pender - szkoli nowe pokolenie drakomachistów

giermek Anders - następne pokolenie, łatwo go oszołomić

 

słowniczek

Agogoi - rody założycielskie Porfirii, teraz tworzą rządzące Zgromadzenie

ard - słowo z mootya oznaczające "porządek, poprawność". Może też oznaczać batalion smoków

Ardmagar - tytuł przywódcy smoczego rodzaju, oznacza w przybliżeniu "najwyższy generał"

Bibliagathon - wielka biblioteka Porfirii

Blystane - stolica Samsamu

Cenzorzy - niezależna od rządu smocza agencja, której zadaniem jest stanie na straży smoczej czystości

Chakhon - porfiriański bóg przypadku, czasem zwany Wesołym Przypadkiem

destultia - smoczy lek, tłumiący uczucia, przeciwbólowy, również lek na pyrocardię

Donques - wioska w ninyskich górach

dublet - krótka, dopasowana i często watowana męska kurtka

drakomachia - sztuka wojenna opracowana do walki ze smokami. Wedle legendy wymyślił ją święty Ogdo

Fnark - samsamska wioska, w której znajduje się świątynia świętego Abastera

Goredd - ojczyzna Serafiny, jedna z Krain południa

Homand-Eynn - miejsce straszliwej porażki Lojalistów

houppelande - szata z grubej tkaniny z szerokimi rękawami, zazwyczaj noszona z paskiem. Kobieca sięga do ziemi, męska może kończyć się na wysokości kolan

ityasaari - porfiriańskie określenie półsmoków

Ker - rada smoczych generałów, która doradza Ardmagarowi

Kerama - stolica Tanamoot

Laboratorium Czwarte - tajny obiekt Cenzorów w Tanamoot

Laika - wyspa w pobliżu Porfirii, przy której cumuje pofiriańska marynarka

Lakhis - porfiriańska bogini konieczności, czasami zwana Straszliwą Koniecznością

Krainy Południa - trzy kraje na południowym krańcu świata - Goredd, Ninys i Samsam

Lavondaville - rodzinne miasto Serafiny i największe miasto w Goreddzie, nazwane na cześć królowej Lavondy, która przed czterdziestu laty zawarła pokój ze smokami

Lojaliści - smoki, które w wojnie domowej stanęły po stronie Comonota

Meconi - rzeka prowadząca od doliny Omigi w głąb Tanamoot

Metasaari - dzielnica Porfirii zamieszkana przez smoczych wygnańców

Montesanti - klasztor zakonu świętego Abastera w Ninysie

mootya - język smoków wyrażony dźwiękami, które może powtórzyć człowiek

Niebiosa - w wierze Krain Południa, życie po śmierci, opisane przez Świętych w pismach

Ninys - kraj na południowy wschód od Goreddu

Omiga - najważniejsza rzeka Porfirii

oud - instrument przypominający lutnię, często gra się na nim za pomocą plektronu

palasho - pałac (z ninyskiego)

Porfiria - mały kraj, właściwie państwo-miasto u ujścia Omigi, na północny zachód od Krain Południa; pierwotnie kolonia ciemnoskórych ludzi z jeszcze dalszej północy; nazwa może odnosić się również do terenów leżących wzdłuż Omigi

psałterz - księga poezji religijnej, zazwyczaj ilustrowana. Goreddzkie psałterze zawierają jeden wiersz dla każdego z głównych Świętych

pyria - lepka palna substancja wykorzystywana w drakomachii do podpalania smoków; zwana też ogniem świętego Ogdy

pyrocardia - śmiertelna choroba serca u smoków

Quigowo - getto smoków i quigutli w Lavondaville

quigutl - rasa małych, pozbawionych zdolności lotu smoków, obdarzona dodatkową parą rąk zamiast skrzydeł; wykonują brudne i żmudne prace, do których smoki nie są zdolne lub których nie chcą wykonywać

saar - porfiriańskie określenie na smoka, często używane przez Goreddów jako skrót od "saarantras"

saarantras - porfiriańskie określenie na smoka w ludzkiej postaci (liczba mnoga saarantrai)

Samsam - deszczowy kraj na południe od Goreddu, jedna z Krain Południa

Segosh - stolica Ninysu, ośrodek sztuki i kultury

Skondia - portowa dzielnica Porfirii

Stary Ard - smoki sprzeciwiające się Comonotowi i jego Lojalistom

szałamaja - średniowieczny instrument podobny do oboju

święta Capiti - patronka uczonych, nosi głowę na talerzu

święta Clare - patronka wnikliwych

święta Fionnuala - Pani Wód, w Ninysie zwana Fionani

święta Gobnait - patronka pracowitych i wytrwałych; jej imię nosi katedra w Lavondaville

święta Ida - patronka muzyków i artystów; jej imię nosi konserwatorium w Lavondaville

święta Yirtrudis - heretyczka, prawdziwa patronka Finy, autorka niezwykle interesującego testamentu

święty Abaster - obrońca wiary; nienawidzi smoków, a uwielbia gromienie; oddają mu cześć w Samsamie, ale pojawia się wszędzie

święty Ogdo - twórca drakomachii, patron rycerzy i Goreddu

święty Szarlota - zaginiony Święty

święty Tarkus - kolejny

święty Willibald - patron targowisk i wiadomości, zwany Wilibaoi w Ninysie, a Villibaltus w Samsamie

Tanamoot - ogromna kraina smoków na północ od Goreddu, dzika i górzysta

Traktat Comonota - porozumienie, które ustanowiło pokój między Goreddem a smokami

tury - wielkie, dzikie bydło, w naszym świecie wymarły, ale w Europie żyły aż do okresu renesansu

Vasilikon - siedziba władz Porfirii

wycięcie - chirurgiczne usunięcie wspomnień u smoczych dewiantów, przeprowadzane wedle uznania Cenzorów

Zokalaa - wielki plac w centrum Porfirii

Zamek Orison - siedziba goredzkiej władzy, w Lavondaville

 

1

To królowa Glisselda jako pierwsza zobaczyła smoka. Był szybko poruszającą się plamą ciemności na tle nocnego nieba, która unicestwiała gwiazdy i znów je rodziła.

Wskazała na niego.

- Pojedynczy, nadlatuje z zachodu, niech nas święty Ogda ma w swojej opiece! - wykrzyknęła, naśladując dawnych rycerzy.

Nieco popsuła imitację, gdyż jednocześnie kołysała się na palcach i śmiała. Wiatr porwał ten radosny dźwięk - daleko poniżej miasto kuliło się pod śniegową pierzyną, milczące i zamyślone jak śpiące dziecko.

Wyszkoleni obserwatorzy z tego właśnie miejsca, szczytu Wieży Ard na zamku Orison, wypatrywali niegdyś smoczych batalionów. Tego wieczoru znalazłam się tam sama z królową, a zbliżający się "pojedynczy" był przyjazny, chwała niech będzie Wszystkim Świętym - smoczyca Eskar, dawna podsekretarz smoczej ambasady. Przed niecałymi trzema miesiącami, gdy wybuchła smocza wojna domowa, pomogła wujowi Ormie uciec przed Cenzorami.

Ardmagar Comonot, obalony przywódca smoków, spodziewał się, że Eskar znajdzie Ormie bezpieczne schronienie i powróci do Goreddu, w którym znajdował się sztab Comonota na wygnaniu. Chciał ją mianować jednym ze swoich doradców, a może nawet generałem, ale Eskar nie wracała przez całe miesiące, nie przysłała też wyjaśnienia.

Wcześniej tego wieczoru skontaktowała się z Comonotem przez quigutlowe urządzenie. Przy kolacji smok poinformował królową Glisseldę, że Eskar przyleci o północy. Następnie udał się na spoczynek, pozostawiając królowej decyzję, czy czekać do późna, czy nie.

Postawił sprawę w sposób bardzo dla siebie typowy. Królowa zaczynała już mieć go dosyć.

Nie wspomniał ani słowem, dlaczego Eskar nagle postanowiła powrócić albo gdzie była. Być może sam nie wiedział. Razem z Glisseldą dla odwrócenia uwagi od zimna wymieniałyśmy się sugestiami.

- Eskar uznała, że smocza wojna domowa ciągnie się zbyt długo, i postanowiła samodzielnie ją zakończyć - uznała w końcu Glisselda. - Spiorunowała cię kiedyś wzrokiem, Serafino? Mogłaby nim zatrzymać ruch planet.

Nie doświadczyłam tego wzroku, ale widziałam, jak przed trzema miesiącami patrzyła na mojego wuja. Z pewnością spędziła ten czas z nim.

Obie trzymałyśmy pochodnie, by dać Eskar do zrozumienia, że ma wylądować na szczycie wieży. To był pomysł księcia Luciana Kiggsa - coś związanego z prądami wznoszącymi i obawą, że wybiłaby okno, gdyby próbowała wylądować na dziedzińcu. Nie powiedział na głos, że gdyby zeszła niżej, mogłaby wzbudzić niepokój. W Goreddzie zaczęto widywać smoki na niebie, gdy sojusznicy Comonota przybywali i odchodzili, ale przesadą byłoby stwierdzenie, że ludzie przyzwyczaili się do tego widoku.

Jednakże, kiedy Eskar się zbliżyła, wydawała się zbyt wielka, by wylądować na szczycie wieży. Może ona również doszła do takiego wniosku, gdyż zamachnęła się ciemnymi błoniastymi skrzydłami, posyłając w naszą stronę podmuch gorącego wiatru, i skręciła na południe, w stronę skraju miasta. W tamtych okolicach wciąż tliły się trzy kwartały domów, wznosiła się nad nimi para ze świeżego śniegu.

- Co ona wyprawia, chce ocenić robotę swojego krajana? Jakiś człowiek cierpiący na bezsenność ją zobaczy.

Glisselda zsunęła z głowy kaptur lamowanego futrem płaszcza, a jej wcześniejsze rozbawienie ustąpiło niepokojowi. Niestety, w ostatnim czasie zdarzało jej się to coraz częściej. Jej złote loki błyszczały absurdalnie w blasku pochodni.

Eskar wzniosła się w gwiaździste niebo, a później opadła gwałtownie z ciemności, nurkując w stronę centrum miasta jak sokół w pogoni za strzyżykiem. Glisselda westchnęła przestraszona. Smoczyca w ostatniej sekundzie zahamowała - czarny cień na tle świeżego śniegu - i musnęła zamarzniętą powierzchnię Stajennej Rzeki, miażdżąc lód wężowym ogniem.

- A teraz pokazuje nam, jak może ominąć nasze linie obrony, lecąc zbyt wysoko, by dosięgły ją pociski i płonąca pyria. Te domy nie zostały zrównane z ziemią w taki sposób, Eskar! - zawołała młoda królowa na wiatr, jakby smok mógł ją usłyszeć z takiej odległości. - On już był za murami!

"On" był trzecim smoczym skrytobójcą, którego wypłoszył książę Lucian, nasłanym na Comonota przez Stary Ard. Saarantras przeobraził się w smoka, żeby uciec. Wówczas Comonot również się przeobraził i zabił napastnika, zanim ten zdążył uciec, ale w pożarze zginęło pięcioro ludzi, a pięćdziesięcioro sześcioro straciło domy.

Tak wielkie szkody spowodowane przez zaledwie dwa smoki. Nikt z nas nie ważył się zgadywać, jak straszliwe byłyby zniszczenia, gdyby Lojalistom Comonota nie udało się powstrzymać Starego Ardu i wojna dotarłaby na dobre do Goreddu.

- Lars projektuje nowe machiny wojenne - powiedziałam, próbując obudzić nieco optymizmu. - I nie ignorujcie drakomachistów szkolących się w Nadmorskim Forcie.

Starzy rycerze i ich giermkowie w średnim wieku, pośpiesznie pasowani na rycerzy, połączyli siły w tym przedsięwzięciu.

Glisselda prychnęła pogardliwie, śledząc wzrokiem krążącą nad miastem Eskar.

- Nawet kiedy mieliśmy wielu rycerzy... a pośpiesznie wyszkoleni drakomachiści nie są rycerzami... to miasto regularnie płonęło aż do fundamentów. Żadna z nas tego nie widziała, bo zostałyśmy wychowane w czasach pokoju.

Uderzał w nas wiatr, niepozwalający zapomnieć, jak wysoko się znajdowałyśmy. Moje dłonie pociły się w rękawiczkach.

- Lojaliści Comonota nas obronią.

- Wierzę, że obronią nasz lud, ale miasto samo w sobie nic dla nich nie znaczy. Lucian mówi, że powinniśmy skupić się na ponownym przystosowaniu tuneli do mieszkania. Już wcześniej tam żyliśmy, a miasto zawsze możemy odbudować. - Uniosła rękę i opuściła ją, jakby uznała, że nawet ten gest jest jałowy. - To miasto jest dziedzictwem mojej babki, w czasie pokoju rozkwitło. Nie podoba mi się, że być może będę musiała je pozostawić.

Eskar wracała, złapała prąd wznoszący na wschodnim zboczu zamkowego wzgórza. Przycisnęłyśmy się z Glisseldą do blanków, kiedy smoczyca opadła, by wylądować. Siarkowy podmuch wzbudzony przez jej ciemne skrzydła zgasił nasze pochodnie. Zgięłam się wpół, obawiając się, że wiatr zrzuci mnie z wieży. Eskar dotknęła łapami szczytu wieży i zatrzymała się z rozłożonymi skrzydłami, jak żywy cień na tle nieba. Miałam kontakty ze smokami - sama byłam półsmoczycą - ale ten widok wciąż sprawiał, że włosy stawały mi dęba. Na moich oczach zębata, pokryta łuskami ciemność zwinęła się i zmniejszyła, ochłodziła i skupiła, zwijając się w sobie tak długo, aż pozostała jedynie posągowa kobieta o krótkich włosach, stojąca nago na szczycie lodowatej wieży.

Glisselda z wdziękiem zsunęła futrzaną pelerynę i podeszła do saarantraski - smoka w ludzkiej postaci - trzymając w wyciągniętej ręce ogrzaną szatę. Eskar pochyliła głowę, a Glisselda łagodnie otuliła jej ramiona płaszczem.

- Witamy z powrotem, pani podsekretarz - powiedziała młoda królowa.

- Nie zostanę tu dłużej - stwierdziła beznamiętnie Eskar.

- W rzeczy samej. - W głosie Glisseldy nie było ani śladu zaskoczenia. Została królową zaledwie przed trzema miesiącami, kiedy jej babka rozchorowała się z powodu trucizny i żalu, ale już opanowała sztukę wyglądania na niewzruszoną. - Czy Ardmagar Comonot o tym wie?

- Tam, gdzie byłam, bardziej się przydam. On zrozumie, kiedy mu wyjaśnię. Gdzie jest?

- Najpewniej śpi - odparła Glisselda.

Jej uśmiech ukrywał wyjątkową irytację, że Comonot nie kłopotał się nawet, by zaczekać i osobiście przywitać Eskar. Narzekania na przywódcę smoków Glisselda zachowywała na czas lekcji gry na klawesynie, więc regularnie wysłuchiwałam, jak bardzo był nietaktowny, jak bardzo dosyć miała przepraszania ludzkich sojuszników za jego gburowate zachowanie i jak bardzo by się ucieszyła, gdyby zwyciężył w swojej wojnie i wrócił do domu.

Dzięki wujowi Ormie i wspomnieniom pozostawionym przez matkę całkiem dobrze rozumiałam smoki. Comonot nie mógł urazić Eskar, cokolwiek by zrobił. W rzeczy samej, podsekretarz pewnie zastanawiała się, dlaczego same się nie położyłyśmy. Glisselda czuła, że konwenanse wymagały od niej powitania gościa, ja zaś tak bardzo czekałam na wieści o wuju Ormie, że ucieszyłam się z okazji, by osobiście powitać Eskar.

Ponowne spotkanie z nią nieco mnie przytłoczyło. Kiedy widziałam ją ostatnio, trzymała mojego rannego wuja za rękę w infirmerii świętej Gobnait. Wydawało się, że od tego czasu minęły całe wieki. Odruchowo wyciągnęłam do niej rękę i spytałam:

- Orma czuje się dobrze? Mam nadzieję, że nie przynosicie złych wieści.

Eskar spojrzała na moją dłoń i uniosła brew.

- Nic mu nie jest, o ile nie wykorzysta mojej nieobecności, by zrobić coś nierozsądnego.

- Proszę wejść do środka, pani podsekretarz - powiedziała Glisselda. - Noc jest zimna.

Eskar przyniosła w szponach węzełek ubrań. Podniosła je ze śniegu i ruszyła za nami wąskimi schodami. Glisselda rozsądnie zostawiła jeszcze jedną płonącą pochodnię w dzwonnicy poniżej, a teraz ją zabrała. Przeszłyśmy przez niewielki, zaśnieżony dziedziniec. Większość zamku Orison spała, ale nocna straż patrzyła, jak idziemy tylnym korytarzem do pałacu. Jeśli nocne przybycie smoka ich zaniepokoiło, byli zbyt wielkimi profesjonalistami, by to po sobie okazać.

Paź, tak rozespany, że wydawało się, że nie zauważył Eskar, otworzył drzwi gabinetu nowej królowej. Glisselda niemal przesądnie pozostawiła wypełnioną księgami komnatę babki bez zmian, a sama wybrała sobie inne pomieszczenie, bardziej przypominające salon niż bibliotekę. Pod ciemnymi oknami stało szerokie biurko, a ściany pokrywały grube gobeliny. Książę Lucian Kiggs energicznie podsycał ogień w kominku po lewej.

Kiggs ustawił przed kominkiem cztery krzesła o wysokich oparciach, nastawił też czajnik. Wyprostował się, by nas powitać, i wygładził szkarłatny dublet. Na jego twarzy nie malowały się żadne uczucia, ale ciemne oczy patrzyły wnikliwie.

- Pani podsekretarz - powiedział i ukłonił się na wpół nagiej saarantrasce.

Eskar go zignorowała, a ja stłumiłam uśmiech. Przez te ostatnie trzy miesiące rzadko go widywałam, ale każdy jego gest i każdy lok ciemnych włosów były dla mnie cenne. Przez chwilę patrzył mi w oczy, po czym odwrócił się do Glisseldy. Nie mógł się zwrócić najpierw do drugiego nadwornego kompozytora, a dopiero później do kuzynki, narzeczonej i królowej.

- Usiądź, Seldo - zaproponował, strzepując nieistniejące pyłki z jednego ze środkowych krzeseł i podając jej rękę. - Wydajesz się zmarznięta.

Glisselda przyjęła jego dłoń i pozwoliła zaprowadzić się na miejsce. Miała śnieg na rąbku wełnianej sukni, strąciła go na malowane kafle kominka.

Zajęłam miejsce najbliżej drzwi. Zostałam zaproszona ze względu na wieści o wuju i powinnam wyjść, gdyby rozmowa przeszła na tajemnice wagi państwowej, ale nieoficjalnie byłam również swego rodzaju tłumaczem, pomagałam w kontaktach między smokami a ludźmi. Jeśli Glisselda nie wygoniła jeszcze Comonota z pałacu, przynajmniej częściowo była to zasługa mojej dyplomacji.

Eskar rzuciła węzełek na siedzenie między mną a Glisseldą i zaczęła go rozwiązywać. Kiggs odwrócił się zdecydowanie do kominka i dorzucił kolejne polano do ognia, wzbudzając fontannę iskier.

- Przybyłaś z dobrymi wieściami o przebiegu wojny, Eskar? - spytał.

- Nie - odparła Eskar. Znalazła swoje spodnie i przewróciła je na prawą stronę. - Nie byłam w pobliżu frontu. I nie zamierzam się tam zbliżać.

- Gdzie byliście? - wyrzuciłam z siebie, zupełnie niestosownie, jednak nie umiałam nad sobą zapanować.

Kiggs spojrzał mi w oczy i ze współczuciem uniósł brwi.

Eskar stężała.

- Z Ormą, jak się pewnie domyślałaś. Wolałabym nie mówić, gdzie. Jeśli Cenzorzy dowiedzą się o miejscu jego pobytu, jego umysł będzie w niebezpieczeństwie. Pozbawią go wspomnień.

- Rzecz jasna żadne z nas im nie powie - stwierdziła Glisselda wyraźnie oburzonym tonem.

Eskar zarzuciła tunikę na głowę.

- Wybacz mi - powiedziała, gdy jej głowa wyłoniła się z tkaniny. - Ostrożność staje się nawykiem. Przebywamy w Porfirii.

Zalała mnie ulga, jakbym trzy miesiące spędziła pod wodą, a teraz w końcu zaczerpnęłam tchu. Nagle zapragnęłam uściskać Eskar, ale nawet nie spróbowałam tego zrobić. Smoki zwykle się jeżyły, kiedy ktoś je przytulał.

Glisselda patrzyła na Eskar zmrużonymi oczyma.

- Twoja lojalność wobec Ormy jest podziwu godna, ale swemu Ardmagarowi jesteś winna jeszcze więcej. Przydałby mu się taki bystry i silny wojownik jak ty. Widziałam, jak zabiłaś smoka Imlanna.

Zapanowała cisza. Imlann, mój smoczy dziadek, zaatakował zimą - zabił matkę Glisseldy, otruł jej babkę i próbował zamordować Ardmagara Comonota. Orma walczył z Imlannem na niebie i został poważnie ranny. Eskar przybyła w ostatniej chwili i zabiła starego smoka. Tymczasem koteria smoczych generałów, Stary Ard, która gardziła traktatem pokojowym z Goreddem, przeprowadziła w Tanamoot zamach stanu. Zdobyli stolicę i ogłosili Comonota wyjętym spod prawa.

Gdyby Comonot zginął, Stary Ard mógłby po prostu zaatakować Goredd i na nowo rozpocząć wojnę, którą Ardmagar i królowa Lavonda zakończyli przed czterdziestu laty. Jednak Comonot przeżył i miał swoich Lojalistów gotowych walczyć w jego imieniu. Wojna jak na razie ograniczała się do północnych gór, smok przeciwko smokowi, Goredd zaś uważnie obserwował rozwój sytuacji. Stary Ard chciał zabić Comonota, zakończyć pokój z ludzkością i odzyskać południowe tereny łowieckie. Gdyby Lojaliści ich nie powstrzymali, w końcu udaliby się na południe.

Eskar przeczesała palcami krótkie czarne włosy, strosząc je, i usiadła.

- Nie mogę zostać generałem Comonota - powiedziała bez ogródek. - Wojna jest nielogiczna.

Kiggs, który właśnie zdjął czajnik z ognia i zaczął rozlewać herbatę do kubków, nalał za dużo i poparzył sobie palce.

- Pomóż mi zrozumieć, Eskar - powiedział, potrząsając dłonią i marszcząc czoło. - Czy to nielogiczne, że Comonot chce odzyskać swój kraj albo bronić siebie... i Goreddu... przed agresją Starego Ardu?

- Ani to, ani to - odparła smoczyca, przyjmując kubek herbaty z rąk księcia. - Comonot ma prawo stawiać opór. Ale odpowiadanie agresją na agresję to działanie reaktywne.

- Wojna rodzi wojnę - powiedziałam, cytując Pontheusa, ulubionego filozofa Kiggsa.

Książę spojrzał mi w oczy i zaryzykował szybki uśmiech.

Eskar obracała kubek w dłoniach, ale nie zaczęła pić.

- Reaktywność ogranicza mu perspektywę. Skupia się na bezpośrednich zagrożeniach i traci z oczu prawdziwy cel.

- A co jest, w twojej ocenie, tym prawdziwym celem? - spytał Kiggs, podając kubek swojej kuzynce.

Glisselda przyjęła go, ale nie odrywała wzroku od Eskar.

- Zakończenie wojny - odparła smoczyca, patrząc na Glisseldę. Żadna z nich nawet nie mrugnęła.

- To właśnie chce osiągnąć Ardmagar - sprzeciwił się Kiggs i popatrzył na mnie pytającym wzrokiem.

Wzruszyłam ramionami, gdyż sama również nie rozumiałam argumentów Eskar.

- Nie, Ardmagar próbuje zwyciężyć - stwierdziła smoczyca, piorunując nas spojrzeniem. Kiedy zauważyła, że mimo tego wyjaśnienia nadal nic nie rozumiemy, mówiła dalej: - Smoczyca za jednym razem składa tylko jedno jajo, a młode rosną bardzo powoli. Każda śmierć się liczy, więc rozwiązujemy konflikty na drodze sądowej albo ostatecznie w walce jeden na jednego. Nigdy nie mieliśmy w zwyczaju walczyć na taką skalę, a jeśli wojna potrwa dłużej, jako gatunek wiele na tym stracimy. Comonot powinien powrócić do naszej stolicy, Keramy, wziąć Opal Urzędu i przedstawić swoje stanowisko, do czego ma prawo. Jeśli tam dotrze, zgodnie z naszymi prawami i tradycjami Ker go wysłucha. Walki natychmiast się zakończą.

- Pewna jesteś, że Stary Ard to zaakceptuje? - spytał Kiggs, podając mi ostatni kubek herbaty.

- W Tanamoot jest zaskakująca liczba smoków, które nie opowiedziały się po żadnej ze stron - wyjaśniła Eskar. - Opowiedzą się po stronie porządku i tradycji.

Glisselda postukała stopą w kafle kominka.

- Jak Comonot miałby tam dotrzeć, nie walcząc z każdym ardem, który znajdzie się na jego drodze? Od stolicy oddzielają go wrogowie.

- Nie, jeśli postąpi zgodnie z moim rozsądnym planem - stwierdziła Eskar.

Wszyscy się pochyliliśmy. Z pewnością właśnie z tego powodu wróciła. Ale ona podrapała się po brodzie i nic nie powiedziała.

- A jak on dokładnie brzmi? - zachęciłam, gdyż moją rolą było metaforyczne szturchanie smoków.

- Powinien wrócić ze mną do Porfirii - wyjaśniła smoczyca - i wkroczyć do Tanamoot z drugiej strony, przez dolinę rzeki Omiga. Stary Ard nie spodziewa się wtargnięcia z tej strony. Nasz traktat z Porfirianami jest tak stary, że zapomnieliśmy, iż nie jest on prawem naturalnym, lecz dokumentem, który można zmienić lub w miarę potrzeb zignorować.

- A Porfirianie na to pozwolą? - spytał Kiggs, kręcąc kubkiem.

- Ardmagar musiałby się targować - powiedziała Eskar. - I przewiduję, że i na tej drodze może go czekać walka, więc nie może wyruszyć sam.

Królowa Glisselda z namysłem uniosła wzrok do ciemnego sklepienia.

- Zabierze ze sobą ard?

- To by zaniepokoiło Porfirian i zniechęciło ich do współpracy - odparła poważnie Eskar. - Porfiria ma swój własny ard, społeczność smoczych wygnańców, którzy, by uniknąć wycięcia przez Cenzorów, wybrali pełne ograniczeń życie w ludzkiej postaci. To jeden z warunków naszego traktatu: Porfiria ma oko na tych dewiantów, a my zostawiamy w spokoju ich cenną dolinę. Niektórzy wygnańcy mogą towarzyszyć Comonotowi, jeśli ich ułaskawi i pozwoli wrócić do domu.

- Niektórzy, to znaczy ile? - spytał Kiggs, od razu zauważając słabe ogniwo. - Dosyć?

Eskar wzruszyła ramionami.

- Pozostawcie to mnie.

- I Ormie - dodałam, gdyż spodobała mi się myśl, że pomoże sprawie Ardmagara.

Na wspomnienie imienia wuja Eskar na chwilę spuściła wzrok, a jej dolna warga zadrżała. Zobaczyłam - a może wyczułam - cień uśmiechu. Spojrzałam na królewskich krewniaków, ale wydawało się, że w ogóle nie zauważyli tej miny.

Lubiła Ormę. Wiedziałam o tym. Przez chwilę ogromnie za nim tęskniłam.

Eskar sięgnęła do głębokiej kieszeni spodni i wyciągnęła zapieczętowany list.

- Dla ciebie - powiedziała. - Dla własnego bezpieczeństwa Orma nie może wysyłać nic pocztą ani porozumiewać się przez thniki. Jak twierdzi, troszczę się o jego bezpieczeństwo z całą bezwzględnością.

Woskowa pieczęć listu, krucha od zimna, rozpadła się pod moimi palcami. Rozpoznałam pismo i serce zabiło mi szybciej. Pochyliwszy się w stronę blasku ognia, przeczytałam kochane, znajome bazgroły.

Eskar powie Ci, gdzie jestem. Często z Tobą o tym rozmawiałem - prowadzę badania, które zaproponowałem. Na pewno pamiętasz. Miałem niespodziewane szczęście, ale nie mogę umieścić swoich odkryć tutaj. Odważyłem się napisać do Ciebie (mimo ostrzeżeń Eskar), gdyż dowiedziałem się czegoś, co potencjalnie mogłoby się przydać Twojej królowej.

Mam powody, by sądzić, że Ty i inne półsmoki możecie połączyć swoje umysły. "Jak paciorki na nitce", tak to opisano. Kiedy to zrobicie, utworzycie barierę w powietrzu, niewidzialny mur, dość mocny, by powstrzymać smoka w locie. "Jak ptak uderzający w okno", według mojego źródła, które ma większy ode mnie talent do kwiecistych opisów. Będziesz zaskoczona, kiedy dowiesz się, kim ono jest.

Proces ten wymaga ćwiczeń. Im więcej ityasaari na Twojej nitce, tym bardziej wytrzymała bariera. Zastosowanie z pewnością jest oczywiste. Zalecam Ci pośpiech w odszukaniu towarzyszy, zanim wojna dotrze na południe. O ile nie zrezygnujesz przedwcześnie, poszukiwania doprowadzą Cię tutaj.

Wszystko w ard.

O.

Kiedy czytałam, Eskar ogłosiła, że jest zmęczona. Glisselda odprowadziła ją do przedsionka i obudziła sennego pazia, który miał zaprowadzić smoczycę do jej komnat. Byłam tego na wpół świadoma, podobnie jak wzroku Luciana Kiggsa, gdy czytałam list. Kiedy skończyłam, podniosłam wzrok i napotkałam pytające spojrzenie ciemnych oczu księcia.

Próbowałam uśmiechnąć się uspokajająco, ale list wywołał we mnie taką burzę uczuć, że czułam jedynie wewnętrzny konflikt. Wiadomość od Ormy wzbudziła jednocześnie moją radość i żal, miłość do niego splotła się ze smutkiem z powodu jego wygnania. A propozycja jednocześnie fascynowała mnie i przerażała. Pragnęłam odnaleźć innych podobnych do mnie, ale pamiętałam też straszliwe doświadczenie innego półsmoka, który wtargnął w mój umysł. Sama wizja połączenia z innym umysłem wywoływała we mnie obrzydzenie.

- Ciekawe, co Comonot powie na jej plan - stwierdziła królowa Glisselda, wracając na swoje miejsce. - Z pewnością już o tym pomyślał i odrzucił ten pomysł. I istnieje też duże ryzyko, że przedstawi swoją sprawę i przegra. - Patrzyła to na mnie, to na Kiggsa. - Macie dziwne miny. Co przegapiłam?

- Orma ma pomysł - wyjaśniłam i podałam jej list.

Glisselda trzymała kartkę, a Kiggs czytał jej przez ramię, jasne loki przy ciemnych lokach.

- Nad czym on prowadzi badania? - spytał Kiggs, spoglądając na mnie nad pochyloną głową Glisseldy.

- Historycznymi wzmiankami o półsmokach - wyjaśniłam. - Mój dziwny przypadek przynajmniej w części wywołał w nim obsesję dowiedzenia się, czy byli też inni.

Opowiedziałam im o ogrodzie grotesek, mieli więc pewne pojęcie, co oznaczał "dziwny przypadek".

- W części? - spytał Kiggs, od razu zwracając uwagę na kwantyfikator.

Był stanowczo zbyt bystry. Musiałam odwrócić wzrok, by mój uśmiech nie zdradził rzeczy, których nie powinien.

- Orma uznał również za denerwująco nielogiczne, że w smoczych archiwach nie ma żadnych zapisków o mieszańcach, podobnie w literaturze Goreddu. Święci wspominają o "plugastwach", a prawo zakazuje związków między ludźmi a smokami, ale nic poza tym. Pomyślał, że ktoś kiedyś musiał z pewnością przeprowadzić eksperyment i zapisać jego wyniki.

Wzmianki o smoczych "eksperymentach" wywołują u ludzi dziwną minę, na wpół rozbawioną, a na wpół przerażoną. Królowa i książę nie byli tu wyjątkami.

- Porfirianie mają określenie na to, kim jestem... ityasaari... a Orma słyszał pogłoski, że mogą być też bardziej otwarci na możliwość... - Urwałam. Nawet teraz, kiedy wszyscy już o mnie wiedzieli, wciąż nie umiałam mówić o pewnych praktycznych kwestiach związanych z moim pochodzeniem. - Miał nadzieję, że znajdzie w ich zapiskach coś użytecznego.

- Wydaje się, że miał rację. - Glisselda znów przejrzała list. Odwróciła się do mnie i uśmiechnęła, po czym poklepała puste krzesło Eskar; przesiadłam się bliżej królewskich krewniaków. - Co sądzisz o tym pomyśle "niewidzialnego muru"?

Pokręciłam głową.

- Nigdy nie słyszałam o niczym takim. Nie umiem sobie go wyobrazić.

- Musi przypominać pułapkę świętego Abastera - powiedział Kiggs.

Wpatrzyłam się w niego z niedowierzaniem, na co zareagował zadowolonym uśmiechem.

- Czyżbym tylko ja czytał pisma? Święty Abaster umiał ujarzmić ognie Niebios, z których tworzył świetlistą sieć, by ściągać smoki z nieba.

Jęknęłam.

- Przestałam czytać świętego Abastera, kiedy dotarłam do: "Niewiasty Południa, nie przyjmujcie jaszczura w łożnicy, gdyż zrodzicie swe własne potępienie".

Kiggs zamrugał powoli, jakby właśnie sobie coś uświadomił.

- I to nie jest najgorsze, co mówi o smokach albo... albo...

- Nie jest też wyjątkiem - dodałam. - Święty Ogdo, święty Vitt. Orma kiedyś przygotował mi pamflet, na który złożyły się najgorsze fragmenty. Szczególnie czytając świętego Abastera, czułam się, jakby ktoś mnie spoliczkował.

- Ale spróbujesz tego nawlekania umysłów? - spytała Glisselda z trudem skrywaną nadzieją. - Jeśli istnieje jakaś szansa na ocalenie naszego miasta...

Zadrżałam, lecz zamaskowałam to przesadnym kiwaniem głową.

- Porozmawiam z pozostałymi.

Szczególnie Abdo miał niezwykłe zdolności. Zamierzałam zacząć od niego.

Glisselda uścisnęła moją dłoń.

- Dziękuję ci, Serafino. I nie tylko za to. - Jej uśmiech stał się nieśmiały, a może przepraszający. - Ta zima jest wyjątkowo ciężka... skrytobójcy palą domy, Comonot zachowuje się jak Comonot, a babcia tak ciężko zachorowała. Nigdy się nie spodziewała, że w wieku piętnastu lat zostanę królową.

- Jeszcze może wyzdrowieć - powiedział łagodnie Kiggs. - I wcale nie była od ciebie o wiele starsza, kiedy zawarła pokój z Comonotem.

Glisselda wyciągnęła do niego drugą rękę, on uścisnął jej dłoń.

- Kochany Lucian. Tobie też dziękuję. - Odetchnęła głęboko, jej oczy błyszczały w blasku ognia. - Oboje jesteście dla mnie tak ważni. Czasem mam wrażenie, że korona zaczęła mnie pochłaniać i wkrótce pozostanie ze mnie już tylko królowa. Glisseldą mogę być tylko z tobą, Lucianie albo... - znów ścisnęła moją dłoń - podczas lekcji gry na klawesynie. Potrzebuję tego. Przepraszam, że nie ćwiczę więcej.

- Zaskoczyło mnie, że w ogóle miałaś czas na lekcje - odparłam.

- Nie mogę z nich zrezygnować! - wykrzyknęła. - Mam tak mało okazji, by zdjąć maskę.

- Jeśli ta niewidzialna bariera zadziała - powiedziałam. - Jeśli Abdo, Lars, pani Okra i ja połączymy nasze umysły, wówczas będę chciała wyruszyć na poszukiwanie innych półsmoków.

Glisselda zaproponowała taką podróż w połowie zimy, kiedy dowiedziała się o istnieniu pozostałych, ale nic z tego nie wyszło.

Królowa zarumieniła się gwałtownie.

- Nie chciałam utracić nauczycielki muzyki.

Spojrzałam na list Ormy i doskonale wiedziałam, jak się czuła.

- Mimo to - mówiła dalej, stanowczym tonem - zniosę to, jeśli będę musiała, dla dobra Goreddu.

Napotkałam wzrok Kiggsa ponad głową Glisseldy. Lekko przytaknął i stwierdził:

- Sądzę, że każde z nas tak sądzi, Seldo. Nasze obowiązki są najważniejsze.

Glisselda zaśmiała się i ucałowała go w policzek. A później mnie.

Wkrótce ich opuściłam, zabierając list Ormy i życząc kuzynom dobrej nocy - albo miłego dnia. Słońce właśnie wschodziło, a w mojej głowie kłębiły się myśli. Mogłam wkrótce wyruszyć na poszukiwanie towarzyszy, a pragnienie wkrótce zatriumfowało nad wszystkimi innymi uczuciami. Przy drzwiach drzemał paź, obojętny na wszystko.

 

2

Zamknęłam okiennice przed nadchodzącym świtem. Wcześniej powiedziałam Viridiusowi, nadwornemu kompozytorowi i swojemu pracodawcy, że najpewniej położę się późno i powinien się mnie spodziewać dopiero po południu. Nie miał nic przeciwko. Lars, jeden z ityasaari, mieszkał obecnie z Viridiusem i był właściwie jego asystentem. Ja zostałam awansowana na drugiego nadwornego kompozytora, co dawało mi pewną autonomię.

Padłam wyczerpana na łóżko, jednak byłam pewna, że nie zasnę. Myślałam o ityasaari, o udaniu się w egzotyczne miejsca, by ich poznać, ile mogło to potrwać. Co miałabym im powiedzieć? "Witaj, przyjacielu. Śniłam o tym...".

Nie, to brzmiało głupio. "Czy czułeś się kiedyś głęboko samotny? Czy pragnąłeś mieć rodzinę?".

Zmusiłam się, by przestać, czułam się zbyt zażenowana. Poza tym i tak musiałam jeszcze odwiedzić ogród grotesek, uspokoić jego mieszkańców przed snem. Jeśli tego nie robiłam, koszmarnie bolała mnie głowa, a czasem nawet wracały wizje.

Minęło trochę czasu, nim uspokoiłam oddech, i jeszcze więcej, nim oczyściłam umysł, który upierał się przy wyimaginowanych rozmowach z Ormą. "Jesteś pewien, że nawlekanie umysłów jest niebezpieczne? Pamiętasz, co zrobiła mi Jannoula?", chciałam spytać. I "Czy porfiriańska biblioteka jest tak wspaniała, jak zawsze marzyliśmy?".

Dość gadania w głowie. Wyobraziłam sobie każdą myśl zamkniętą w bąblu powietrza. Wypuściłam je wraz z oddechem. Hałas stopniowo cichł, a mój umysł stał się ciemny i nieruchomy.

Przede mną ukazała się brama z kutego żelaza, wejście do drugiego świata. Chwyciłam kraty wyobrażonymi dłońmi i wypowiedziałam rytualne słowa, jak nauczył mnie Orma:

- To jest ogród mojego umysłu. Pielęgnuję go, nadaję mu porządek. Nie mam się czego bać.

Brama otworzyła się bezgłośnie. Przeszłam przez próg i poczułam, że się rozluźniam. Byłam w domu.

Ogród miał za każdym razem inny rozkład, ale zawsze wydawał się znajomy. Tego dnia zaczęłam od jednego z ulubionych miejsc, tego pierwszego - zagajnika Nietoperza. Składała się na niego kępa porfiriańskich drzewek owocowych - cytryny, pomarańcze, figowce, daktylowce, gola - wśród których bawił się chłopiec o brązowej skórze, pozostawiając wszędzie resztki owoców.

Wszyscy mieszkańcy mojego ogrodu byli półsmokami, choć dowiedziałam się tego zaledwie przed kilkoma miesiącami, kiedy troje z nich wkroczyło w moje życie. Nietoperz był tak naprawdę chudym dwunastolatkiem imieniem Abdo. Twierdził, że dźwięk mojego fletu przywołał go z daleka. Wyczuł więź między nami i ruszył na poszukiwanie. Przybył wraz z trupą tancerzy w czasie zimowego przesilenia - wciąż pozostawali w Lavondaville, czekając, aż stopnieją śniegi, by móc wyruszyć w dalszą drogę.

Nietoperz był bardziej swobodny niż większość mieszkańców mojego ogrodu, mógł opuścić swoje terytorium, być może dlatego, że sam Abdo miał niezwykłe umysłowe zdolności. Na przykład mógł przemawiać w umyśle do innych ityasaari. Tego dnia Nietoperz przebywał w swoim zagajniku, zwinięty w kłębek na stercie puchatych figowych liści. Smacznie spał. Uśmiechnęłam się do niego z góry, sprawiłam, że pojawił się koc, i przykryłam go. To nie był prawdziwy koc ani prawdziwy Abdo, ale ten symbol coś dla mnie znaczył. Był moim ulubieńcem.

Ruszyłam dalej. Przed sobą ujrzałam rozpadlinę Głośnego Chłopa, zajodłowałam z góry. Głośny Chłop, masywny i jasnowłosy, odpowiedział jodłowaniem z dołu; wydawało się, że buduje tam łódź ze skrzydłami. Pomachałam mu - on nigdy nie potrzebował więcej uspokajania.

Głośnym Chłopem był Lars, samsamski dudziarz, który mieszkał z Viridiusem. Pojawił się w okresie zimowego przesilenia, podobnie jak Abdo. Wyobrażałam sobie każdą groteskę tak, by wyglądem przypominała osoby, które widziałam w wizjach. Poza tym jednak każdy awatar miał swoje dziwactwa, cechy, których nie nadawałam im świadomie, ale które pasowały do ich realnych odpowiedników. Zupełnie jakby mój umysł je odgadł i obdarzył analogicznymi cechami ich awatary. Głośny Chłop był hałaśliwym majsterkowiczem - prawdziwy Lars projektował i budował dziwne instrumenty i machiny.

Zastanawiałam się, czy tak samo będzie z tymi, których jeszcze nie spotkałam, czy dziwactwa, które prezentowali w ogrodzie, przełożą się na rzeczywistość. Na przykład tłusty, łysy Bibliotekarz siedział w kamieniołomie i przez kwadratowe szkła okularów wpatrywał się w skamieniałe paprocie, po czym rysował ten sam kształt palcem w powietrzu. Paproć, narysowana dymem, przez jakiś czas pozostawała widoczna. Migotliwa, blada i eteryczna, składała papierowe motyle, a one latały wielkimi stadami wokół jej ogrodu. Niebieska o nastroszonych rudych włosach brodziła w strumieniu, ciągnąc za sobą wirujące zielone i fioletowe pasma. Jak te charakterystyki przekładały się na rzeczywistość?

Mówiłam uspokajająco do każdego z nich, ściskałam ramiona, całowałam czoła. Nigdy nie spotkałam żadnego z nich, ale czułam, że jesteśmy starymi przyjaciółmi. Byli mi równie bliscy, jak rodzina.

Dotarłam do trawnika z zegarem słonecznym, otoczonego przez różany ogród, w którym rezydowała Panna Grymaśnica. Była trzecim i ostatnim półsmokiem, którego jak na razie poznałam, ninyską ambasador w Goreddzie, panią Okrą Carmine. W moim ogrodzie jej sobowtór pełzał na kolanach wśród róż, wykopując chwasty zanim zdążyły wykiełkować. W życiu pani Okra miała wyjątkowy talent przewidywania.

W rzeczywistości bywała również zrzędliwa i nieprzyjemna. Przypuszczałam, że na tym także polegało ryzyko zgromadzenia ich wszystkich. Niektórzy byli z pewnością trudnymi ludźmi albo zostali zranieni, gdy próbowali jedynie przeżyć. Minęłam złote gniazdo Ziarnojada, starego mężczyzny z dziobem. Ludzie z pewnością się na niego gapili, szydzili z niego, grozili mu. Czy zgorzkniał? Czy poczułby ulgę, gdyby w końcu znalazł bezpieczne miejsce, miejsce, w którym półsmoki mogły wspierać się nawzajem i być wolne od strachu?

Minęłam kilkoro Porfirian: Nag i Nagini, ciemnoskóre, smukłe, muskularne bliźnięta, które ścigały się ze sobą po trzech wydmach; dystyngowany, starszy Człowiek-Pelikan, którego uważałam za filozofa albo astronoma; skrzydlata Miserere krążąca po niebie. Abdo sugerował, że w Porfirii ityasaari uważano za dzieci boga Chakhona, i oddawano im cześć. Może Porfirianie nie będą chcieli przybyć?

Niektórzy być może nie, ale miałam przeczucie, że część zechce. Abdo nie wydawał się zachwycony czcią, marszczył nos, kiedy o tym wspominał, wiedziałam też z pierwszej ręki, że Mistrzowi Niszczycielowi nie zawsze było łatwo.

Zbliżałam się do należącej do Mistrza Niszczyciela Łąki Rzeźb, na której spośród trawy wyrastały osiemdziesiąt cztery marmurowe rzeźby. Większości z nich brakowało fragmentów - rąk, głów, palców u nóg. Mistrz Niszczyciel, sam wysoki i dobrze zbudowany, przeszukiwał trawę, zbierając odłamane fragmenty i nadając im nowy kształt. Stworzył kobietę z dłoni i byka wyłącznie z uszu.

- Ten łabędź z palców jest nowy, prawda? - powiedziałam, ruszając w jego stronę.

Nie odpowiedział - byłabym przestraszona, gdyby to zrobił. Jednak sama jego bliskość znów przypomniała mi ten straszliwy dzień, kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, w czasach, gdy wciąż dręczyły mnie przypadkowe wizje, zanim wybudowałam ten ogród i zapanowałam nad nimi.

W wizji widziałam poszarpany szczyt góry wysoko nad miastem Porfirią. Kamienistą drogą, zbyt stromą dla obdarzonego choćby odrobiną rozsądku zwierzęcia pociągowego, szedł mężczyzna, ciągnący za sobą wóz załadowany skrzyniami. Napinał żylaste ramiona, ale był silniejszy niż mogłoby się wydawać. Na jego splątanych włosach osiadł pył, pot przesiąknął haftowaną tunikę. Wspinał się pełną kolein dróżką, przez krzewy i zarośla, wokół stert głazów. Kiedy wóz utknął, zdjął z niego skrzynie i zaniósł je do ruin starożytnej wieży, które jak korona otaczały szczyt. Przeniesienie sześciu dużych skrzyń wymagało trzech wycieczek - umieścił je wszystkie na zniszczonym murze.

Gołymi rękami otwierał każdą skrzynię po kolei i rzucał ją w niebo. Skrzynie koziołkowały w pustce, wyrzucając w słońce siano i szklane naczynia. Słyszałam głośny brzęk szkła, niepokojący trzask miażdżonego drewna, a ten przystojny młody mężczyzna stał na górze i krzyczał w języku, którego nie znałam, z wściekłością i rozpaczą, które znałam aż za dobrze.

Kiedy skończył tłuc wszystko, co przyniósł, stanął na niskim murku i patrzył ponad miastem w stronę horyzontu, gdzie niebo stykało się z fioletowym morzem. Jego wargi się poruszały, jakby recytował modlitwę. Stał niepewnie, szarpany wiatrem, i wpatrywał się w dół stromego zbocza na odłamki szkła mrugające zachęcająco w słońcu.

W tej chwili zrozumiałam, co myślał. Zamierzał rzucić się z góry. Jego rozpacz mnie zalała i doprowadziła do desperacji. Byłam unoszącym się w powietrzu okiem wizji - on nie wiedział, że tam jestem. Nie miałam jak go dosięgnąć, tego nie dało się zrobić.

Spróbowałam, ponieważ musiałam. Sięgnęłam w jego stronę - czym? - dotknęłam jego twarzy i powiedziałam "Żyj, proszę. Proszę".

Zamrugał jak ktoś budzący się ze snu i odszedł od krawędzi. Przeczesał włosy palcami, zatoczył się w kąt starego fortu i zwymiotował. Następnie, przygarbiony jak starzec, powlókł się z powrotem w stronę wozu.

Mistrz Niszczyciel wyglądał tak spokojnie, gdy na nowo tworzył rzeźby w moim ogrodzie. Mogłabym wziąć go za ręce, by wywołać wizję, spojrzeć z góry na to, czym zajmował się w rzeczywistości, ale nie chciałam tego robić. Za bardzo przypominało to szpiegowanie.

Nigdy nie zrozumiałam, co się wydarzyło tamtego dnia, jak byłam zdolna sięgnąć do niego, i nigdy się to nie powtórzyło. Mogłam wykorzystać ogród, by rozmawiać z ityasaari, których poznałam w realnym świecie, ale nie z pozostałymi. Mogłam jedynie ich obserwować, jak przez lornetkę.

Poczułam, że przepełnia mnie zmęczenie. Pośpiesznie ruszyłam dalej, gotowa dotrzeć do końca i pójść spać. Zajęłam się starszym Trytonem o krótkich kończynach, który z zadowoleniem taplał się w błotku pośród dzwonków. Powiedziałam dobranoc Gargulec o szerokich ustach i zębach jak rekin, którą znalazłam przy fontannie Pani bez Twarzy, gdzie gulgotała wodą. Zatrzymałam się przy bagnie, by niepewnie potrząsnąć głową nad Szarlotką, najbardziej potwornym z nich wszystkich, pozbawionym rąk i nóg robakiem pokrytym srebrzystą łuską, wielkim jak menhir, który krył się pod powierzchnią błotnistej wody.

Szarlotka był tym, którego wolałabym nie szukać. Jak bym zabrała go z powrotem, gdybym go znalazła? Wtoczyłabym go po rampie do wozu? Czy miał oczy albo uszy, żebyśmy mogli nawiązać kontakt? Stworzenie jego awatara w ogrodzie było bardzo trudne - musiałam wejść do brudnej wody i położyć dłonie na jego łuskach, zamiast wziąć go za nieistniejące ręce. Był lodowato zimny i obrzydliwie pulsował.

Może nie musiałam zebrać wszystkich, by niewidzialna barykada była dość silna. Miałam taką nadzieję, bo nie zamierzałam również odszukać Jannouli. Jej Mały Domek był tuż obok, przylegał do mokradeł. Otaczający go ogród, niegdyś pełen ziół i kwiatów, zarosły pokrzywy i cierniste krzewy. Ostrożnie ruszyłam w stronę drzwi chatki, a w sercu miałam mieszane uczucia - litość, żal, resztki goryczy. Sprawdziłam kłódkę na drzwiach, była uspokajająco ciężka w mojej dłoni - zimne żelazo, bez śladu rdzy, niezniszczone. Wśród mieszanych uczuć pojawiła się też ulga.

Awatar Jannouli od początku był inny, nie pasywny i dobroduszny jak pozostałe. Była aktywnie świadoma tego miejsca - mnie - i w końcu przeniosła całą swoją świadomość do mojej głowy, by przejąć nade mną kontrolę. Udało mi się uwolnić jedynie dlatego, że podstępem skłoniłam ją do wejścia do chatki i zamknęłam ją w środku.

Bałam się, że sytuacja się powtórzy, również dlatego, że nie byłam pewna, jak to się stało, dlaczego ona była inna. Abdo też był inny, ale aktywne połączenie wzrastało powoli, w miarę upływu czasu, a poza tym on nie sprawiał wrażenia, że ma ochotę się wprowadzić i zostać na zawsze.

Na tym polegało moje podstawowe zmartwienie związane z planem Ormy. Z czym tak naprawdę wiązało się to nawlekanie umysłów? Czy przypominało to, czego doświadczyłam z Jannoulą, czy było płytsze? A jeśli później nie moglibyśmy rozdzielić naszych... naszych umysłów? A jeśli zrobilibyśmy sobie krzywdę? Tak wiele mogło pójść nie tak.

Zaprzątnięta tymi myślami odwróciłam się od Małego Domku i znalazłam się twarzą w twarz z niepasującym do niczego zaśnieżonym szczytem. Musiałam zająć się jeszcze ostatnią groteską, Małym Tomem, który mieszkał w kamiennej grocie pod tym miniaturowym szczytem. Imię zawdzięczał, niestety, niezbyt subtelnemu poczuciu humoru jedenastolatki - miał osiem stóp wzrostu, był silny jak niedźwiedź (widziałam kiedyś, jak w prawdziwym świecie walczył z żywym niedźwiedziem) i chodził ubrany w poszarpane koce, prymitywnie zszyte, by stworzyć ubranie.

Nie był jednak w grocie, tylko na śniegu przed nią. Skrajnie podekscytowany, trzymał się za kudłatą głowę i krążył dookoła, pozostawiając wielkie ślady.

Kiedyś takie zachowanie oznaczało nadchodzącą wizję, ale teraz wiedziałam, jak to powstrzymać. Dzięki mojej troskliwej opiece, wizje stały się rzadkie. Miałam tylko jedną w ciągu ostatnich trzech lat, wizję Abdo w środku zimy, a w tym przypadku chłopiec świadomie mnie szukał. To nie była typowa sytuacja.

- Słodki Tom, wesoły Tom - powiedziałam cicho, krążąc wokół dzikiego mężczyzny, jednak bezpiecznie poza zasięgiem jego łokci. Trudno było na niego patrzeć bez litości - brudne ubranie, spalona słońcem czupryna, gałązki w brodzie, psujące się zęby. - Żyjesz całkiem sam na tej górze - powiedziałam do groteski, podchodząc bliżej. - Co musiałeś zrobić, by przeżyć? Ile wycierpiałeś?

Wszyscy cierpieliśmy, od Małego Toma po Mistrza Niszczyciela. Na Wszystkich Świętych w Niebiosach i ich psy, nie musieliśmy cierpieć samotnie. Już nie.

Mały Tom oddychał szybko, ale uspokajał się. Opuścił dłonie, wybałuszył w moją stronę załzawione oczy. Nie odwróciłam się ani nie wzdrygnęłam, ale wzięłam go za łokieć i łagodnie odprowadziłam z powrotem do jaskini, do gniazda z kości, które sobie przyszykował. Pozwolił się posadzić, jego wielka głowa zaczęła opadać. Pogłaskałam splątaną czuprynę i pozostałam przy nim aż zasnął.

Potrzebowaliśmy tego miejsca, tego ogrodu, w rzeczywistości. Zamierzałam go stworzyć. Byłam im to wszystkim winna.

* * *

Wsparcie królowej dla tego projektu zależało jednak bardziej od tego, czy uda nam się stworzyć niewidzialną barierę, niż od mojego pragnienia, by odnaleźć pozostałych. Tego popołudnia zebrałam troje znanych mi ityasaari, by sprawdzić, co uda nam się zrobić. Lars zaproponował, byśmy wykorzystali komnaty Viridiusa.

Viridius był w domu i wydawało się, że podagra niezbyt mu dokucza, gdyż siedział w brokatowym szlafroku przy klawesynie i głaskał jego klawisze powykręcanymi palcami.

- Mną się nie przejmujcie - powiedział, kiedy przybyłam. Uniósł krzaczaste brwi. - Lars powiedział mi, że to sprawy półsmoków. Nie będę wam przeszkadzał, muszę jedynie wymyślić drugi temat tego concerto grosso.

Z sąsiedniej komnaty wyłonił się Lars, w potężnej dłoni trzymał ostrożnie delikatny porcelanowy czajniczek. Zatrzymał się przy Viridiusie i ścisnął ramię starego kompozytora. Viridius na chwilę oparł się o Larsa, po czym wrócił do pracy. Dudziarz podszedł do nas i nalał herbatę do pięciu filiżanek ustawionych na ozdobnym stoliku przy kanapie. Pani Okra zajęła kanapę, podciągnęła nogi i rozłożyła wokół siebie sztywną zieloną spódnicę. Abdo, otulony dla ochrony przed chłodem w długą wełnianą tunikę, podskakiwał na tapicerowanym krześle, jakby z trudem mógł usiedzieć w miejscu, a długie rękawy łopotały wokół jego rąk jak płetwy. Ja zajęłam drugą kanapę, a Lars ostrożnie usiadł obok mnie i wymienił filiżankę herbaty na list Ormy, który pozostała dwójka zdążyła już przeczytać.

- Słyszeliście kiedyś o czymś podobnym? - spytałam, przenosząc wzrok z ropuszego grymasu pani Okry na szeroko otwarte brązowe oczy Abdo. - Niektórym z nas zdarzało się połączenie umysłów. Abdo potrafi mówić w naszych głowach, mój umysł kompulsywnie sięgał do pozostałych półsmoków. - Jannoula weszła do mojego umysłu i opanowała go, ale o tym nie lubiłam mówić. - Jakim rodzajem połączenia jest to nawlekanie umysłów?

- Od razu ci powiem, że nie wezmę udziału w żadnym nawlekaniu umysłów - stwierdziła beznamiętnie pani Okra, spoglądając na mnie zza grubych szkieł. - To brzmi koszmarnie.

Mnie się wydaje interesujące, rozległ się głos Abdo w mojej głowie.

- Wiesz może, czy porfiriańscy ityasaari kiedykolwiek łączyli się w taki sposób albo wykorzystywali swoje... swoje umysłowe zdolności w celu stworzenia czegoś materialnego? - spytałam na głos, by pani Okra i Lars mogli usłyszeć choć połowę rozmowy.

Wnętrze ust i język Abdo pokrywała srebrna smocza łuska i nie mógł wydać z siebie głosu.

Nie. Ale wiemy o umysłowych zdolnościach. Nazywamy je światłem duszy. Po odpowiednim wyszkoleniu niektórzy z nas uczą się spostrzegać je wokół innych ityasaari, jak drugą postać stworzoną z promieni słońca. Ja mogę sięgnąć swoim, choć niezbyt daleko, tak z nimi rozmawiam. Wysyłam palec ognia, powiedział Abdo, powolnym ruchem wysuwając swój realny palec, by wbić go w brzuch Larsa.

Lars, który poruszał ustami przy czytaniu, odtrącił dłoń Abdo.

Abdo wskazał głową na panią Okrę. Jej światło jest spiczaste, jak jeż, a światło Larsa jest łagodne i przyjazne.

Nie widziałam nic wokół żadnego z nich, ale zauważyłam przeoczenie. A co ze mną?

Abdo wpatrywał się w powietrze wokół mojej głowy, bawiąc się jednym z licznych supełków we włosach. Widzę pasma światła wyrastające z twojej głowy jak węże albo pępowiny, za pomocą których nasza trójka - i pozostali - jest z tobą połączona. Sznury naszego światła. Twojego światła nie widzę i nie wiem dlaczego.

Zarumieniłam się. Mojego światła brakowało? Co to znaczyło? Czegoś mi brakowało? Byłam anomalią nawet pośród anomalii?

Pani Okra wtrąciła się głosem jak ryk muła.

- Czy moglibyśmy wszyscy brać udział w tej rozmowie? A to znaczy, że ma być słyszalna. - Przerwała i skrzywiła się. - Nie, nie mów do mnie bezgłośnie, ty łotrze. Nie będę tego tolerować.

Spiorunowała Abdo wzrokiem i pomachała ręką wokół głowy, jakby odpędzała komary.

- Mówi, że wszyscy mamy... - Określenie "światło duszy" niezbyt mi pasowało, trąciło religią, co szybko prowadziło mnie do osądzających Świętych. - Ogień umysłu. On go widzi.

Lars starannie złożył list Ormy i położył go na kanapie między nami, wzruszając masywnymi ramionami.

- O ile wiem, nie mogę zrobić nic wyjątkowego z umysłem, ale chętnie będę paciorkiem, jeźli ktoź inny bęzie nitką.

- To na pewno wystarczy, Lars - powiedziałam, kiwając zachęcająco głową. - Odkryjemy, jak cię nawlec.

Nie sądzę, byś umiała sięgnąć w taki sposób, Fina madamina, powiedział Abdo.

- Już wcześniej sięgałam umysłem - powiedziałam ostrzej niż zamierzałam.

Wcześniej sięgnęłam do umysłu Jannouli; natychmiast stłumiłam to wspomnienie.

Ostatnio? - spytał, zasłaniając twarz golfem.

- Daj mi chwilę, żebym się odpowiednio rozluźniła. Pokażę ci.

Spiorunowałam wzrokiem małego sceptyka. Skuliłam się w kącie kanapy, zamknęłam oczy i skupiłam się na oddychaniu. Zajęło to trochę czasu, ponieważ pani Okra prychała jak koń, a Viridius cały czas brzdąkał na klawesynie, aż Lars podszedł do niego i łagodnie poprosił, by przestał.

W końcu odnalazłam swój ogród, a w nim rozpadlinę Głośnego Chłopa. Sam Głośny Chłop siedział na jej krawędzi, jakby na mnie czekał, a na okrągłej twarzy miał szczęśliwy uśmiech. Skłoniłam go, żeby wstał, a później skupiłam się na sobie. Zawsze wyobrażałam sobie, że jestem obecna ciałem w ogrodzie, lubiłam dotyk pokrytej rosą trawy pod stopami. Kiedy spróbowałam tego wcześniej - z Jannoulą - musiałam sobie wyobrazić, że obie jesteśmy niematerialne.

Z wysiłkiem sprawiłam, że Głośny Chłop zaczął się rozmywać na krawędziach, a później stał się przezroczysty wewnątrz. Moje własne dłonie stały się przezroczyste, a gdy zrobiłam się odpowiednio niematerialna, weszłam w Głośnego Chłopa, by połączyć jego umysł z moim.

Przeszłam przez niego, jakby był mgłą. Druga próba skończyła się podobnym rezultatem.

- To jak próba przejścia przez lunetę - rozległ się głos za moimi plecami w ogrodzie. - Gdybyśmy mogli to zrobić, przeszedłbym na drugą stronę i odwiedził księżyc.

Odwróciłam się i zobaczyłam Nietoperza - sobowtóra Abdo - poruszanego przez świadomość chłopca. W moim ogrodzie mówił bez ograniczeń narzuconych łuskami w gardle, tak właśnie odzywał się w moim umyśle.

- Już wcześniej to robiłam - powiedziałam z irytacją.

- Owszem, ale twój umysł mógł się od tego czasu zmienić - odparł, patrząc na mnie poważnie. - Zmienił się, od kiedy cię poznałem. Raz wyszedłem z tego ogrodu do twojej świadomości... pamiętasz?

Pamiętałam. Byłam przygnębiona, a wtedy w niewyraźnej mgle... reszty mojego umysłu pojawiły się drzwi. Przeszedł, żeby mnie pocieszyć, ale ja wzięłam go za drugą Jannoulę.

- Kazałam ci obiecać, że już więcej nie opuścisz ogrodu - powiedziałam.

Pokiwał głową.

- Nie tylko to zrobiłaś. Podjęłaś środki ostrożności. W murze był otwór rozmiarów Abdo, ale ty go zamurowałaś.

Jeśli tak nawet zrobiłam, to nieświadomie. Miałam krawędź ogrodu w zasięgu wzroku. Pokazałam z irytacją.

- Zamurowałam? Przecież to płotek z wikliny.

- Ach, madamina. Wiem, że nazywasz to miejsce ogrodem, ale dla mnie ono tak nie wygląda. Ja widzę, że jesteśmy uwięzieni w niewielkiej strażnicy i nie możemy wejść do zamku reszty twojego umysłu.

Omiotłam wzrokiem bujną roślinność, błękitne niebo, głęboką rozpadlinę Głośnego Chłopa.

- To absurd - powiedziałam i spróbowałam się roześmiać, ale czułam dezorientację.

Rzecz jasna, stworzyłam to miejsce swoją wyobraźnią, ale czy jego wygląd mógł być aż tak subiektywny?

Co jednak nie rozwiązywało naszego problemu z nawlekaniem umysłów.

- Nawet jeśli ja nie mogę sięgnąć do Larsa - powiedziałam - to może tobie udałoby się sięgnąć i połączyć swój ogień umysłu z moim? Uczynić mnie paciorkiem na nitce?

Abdo zagryzł wargę i rozejrzał się niepewnie.

- Może - powiedział powoli.

- Spróbuj.

Po krótkiej chwili przeszył mnie oślepiający ból, jakby moja głowa rozpadła się na dwie części. Krzyknęłam - w głowie? w rzeczywistości? - i zaczęłam się miotać po ogrodzie, szukając wyjścia. Znalazłam je i wróciłam do siebie. Ktoś trzymał w dłoniach moją pulsującą głowę.

Abdo.

Pochylał się nade mną, w oczach miał głęboki żal. Skrzywdziłem cię, Fina madamina?

Wyprostowałam się niepewnie, mrużąc oczy przed blaskiem padającym przez okna komnaty Viridiusa.

- Już dobrze.

Powinienem pokierować się instynktem. Westchnął, pogłaskał mnie po policzku, a później po włosach. Mogę wejść w Nietoperza, ale nie mogę sięgnąć głębiej do twojego umysłu. Nie mogę zobaczyć twojego światła duszy, ani tym bardziej go dotknąć, nawet z twojego ogrodu. Nie wiem, czego jeszcze mógłbym spróbować.

Odetchnęłam z drżeniem.

- S-spróbuj z Larsem. Królowa nie pozwoli mi wyruszyć na poszukiwanie pozostałych, jeśli to się nam nie uda.

Lars wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi szarozielonymi oczyma. Niepewnie przeczesał dłonią najeżone jasne włosy. Abdo musiał się odezwać uspokajająco w jego głowie, bo Lars usiadł obok niego na zibouskim dywanie, skrzyżował nogi i wziął go za ręce. Co jakiś czas kiwał głową, po czym odwrócił się do nas i powiedział:

- Wypróbujemy jeden pomyzł Abdo. On nie wie, czy to zię uda. Prozi, żeby pani Okra mu powiedziała, szy coź wizi.

- Jakie coś? - spytała ostrożnie pani Okra.

- Źwiatło duszy. Ogień umyzłu. Jakkolwiek to nazwać - powiedział Lars z uśmiechem. - Abdo jest ciekawy, czy je zobaczy, jeźli je połączymy.

Kwaśno zauważyłam, że sama zostałam wyłączona z tej nadziei. Czy to dlatego, że nie miałam widocznego ognia umysłu? Czy to sprawiało, że bardziej przypominałam zwyczajnego człowieka? Przez całe życie pragnęłam zwyczajności, a teraz, gdy w końcu okazało się, że taka jestem, byłam absurdalnie niezadowolona. Zazdrość nie miała jednak sensu, każde z nas było inne.

Pani Okra mruknęła sceptycznie. Viridius, który zdążył wrócić do komponowania, teraz obrócił się nieco od stołu przed klawesynem, by lepiej widzieć ogień umysłu. Jego Abdo również nie uwzględnił - cóż, przynajmniej nie byłam sama.

Abdo i Lars zamknęli oczy, szczupłe brązowe dłonie chłopca prawie ginęły w potężnych, różowych dłoniach dudziarza. Wpatrzyłam się w ich twarze i z ulgą - nie z zazdrością - stwierdziłam, że nie widzę w nich bólu. Właściwie twarz Larsa obwisła, jakby był senny. Abdo zacisnął wargi, skupiając się.

- Na siną świętą Prue! - wykrzyknęła pani Okra.

- Widzisz to? Gdzie to jest? - spytał Viridius, rozglądając się dookoła swoimi niebieskimi oczyma.

Pani Okra wpatrzyła się w pustą przestrzeń nad głowami Larsa i Abdo, zmarszczki wokół jej ust się pogłębiły.

- Smoka to nie powstrzyma - powiedziała.

Wypiła resztki herbaty i z całej siły rzuciła filiżanką w stronę tej przestrzeni.

Viridius, który znajdował się na linii ostrzału, uniósł obandażowane ręce, ale filiżanka nawet się do nich nie zbliżyła. Zatrzymała się w powietrzu i zakołysała, jakby trafiła na olbrzymią pajęczynę, przez kilka chwil wisiała w miejscu, a w końcu opadła na dywan między Abdo a Larsem.

- Na psy Świętych! - zaklął Viridius. Podłapał to wyrażenie ode mnie.

Pani Okra prychnęła.

- Cóż, nie jest to nic, ale więcej nie umiecie?

Abdo otworzył jedno oko, w którym pojawił się psotny błysk, po czym znów je zamknął. Pani Okra założyła ręce na piersi i patrzyła. Nagle wykrzyknęła:

- Kryć się!

Sama padła płasko na ziemię.

Viridius podążył za jej przykładem i zsunął się z taboretu. Mój żałosny refleks był jednak zbyt powolny. Struny klawesynu popękały, a z okien wypadły szyby, ja zaś zostałam zrzucona z kanapy.

* * *

Ocknęłam się na łóżku w solarium Viridiusa - jego okna były poza zasięgiem i pozostały nietknięte. Słońce schowało się za górami, ale niebo wciąż było niebieskie. Obok mnie siedziała pani Okra. Przykręcała właśnie knot lampki, którą trzymała na kolanach, a która podświetlała od dołu jej ropuszą twarz. Zauważyła mój ruch i spytała:

- Jak się czujesz?

Jak na nią, spytała niezwykle delikatnie. W uszach mi dzwoniło, a głowa pulsowała bólem, ale ze względu na nią powiedziałam odważnie:

- Nie najtragiczniej.

Będę przynajmniej miała coś dobrego do przekazania królowej, kiedy już uda mi się wstać.

- Oczywiście, że nic ci się nie stało - warknęła pani Okra, stawiając lampkę na stoliku obok. - Abdo prawie wpadł w histerię, myśląc, że zrobił ci krzywdę.

Próbowałam usiąść, ale moja głowa ważyła tysiąc funtów.

- Gdzie on jest?

Pani Okra zbyła moje pytanie machnięciem ręki.

- Wkrótce go zobaczysz. Chciałam najpierw zamienić z tobą słowo. - Przesunęła różowym językiem po wargach. - Całe to przedsięwzięcie jest nierozważne.

Zamknęłam oczy.

- Jeśli nie podoba wam się pomysł łączenia umysłów, nie musicie...

- W rzeczy samej, nigdy tego nie zrobię - przerwała mi niecierpliwie. - Ale nie chodzi jedynie o to, lecz o ten twój plan zgromadzenia razem półsmoków. - Znów otworzyłam oczy, kobieta wpatrywała się we mnie. - Ależ tak, wiem, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Sądzisz, że znajdziesz rodzinę. Wszyscy zbierzemy się pod jednym dachem... ciepła wspólnota dziwadeł!... i nasze problemy zostaną rozwiązane.

Uśmiechnęła się, ukazując zęby, i zatrzepotała powiekami.

Jej szyderstwo sprawiło, że się najeżyłam.

- Chcę pomóc pozostałym - powiedziałam. - Widziałam ich smutki. W porównaniu z nimi nam było łatwo.

Tym razem to ona się obraziła.

- Łatwo? Ach tak, z łuskowatym ogonem i chłopięcą figurą, cóż mogło być prostsze? Nigdy nie zostałam wykopana z domu matki w wieku piętnastu lat, nie musiałam żyć na ulicach Segoshu ani kraść jedzenia. - Jej głos stał się piskliwy. - Zdobycie pracy sekretarki było banalnie proste, poślubienie starego ambasadora z moją oszałamiającą urodą trywialne. Przeżycie go... cóż, to rzeczywiście nie było trudne. Ale przekonanie naszego panującego hrabiego, by przekazał mi obowiązki ambasadora, choć żadna kobieta nigdy wcześniej nie pełniła tej funkcji, było równie łatwe jak zmoczenie łóżka. - Zaczęła krzyczeć: - Albo wyskoczenie przez okno! Każdy mógł to zrobić, bo to zupełnie nic!

Piorunowała mnie wzrokiem, wybałuszyła oczy.

- Spokojnie, pani Okro - powiedziałam. - Sądziliście, że jesteście sami na świecie. Z pewnością odkrycie innych podobnych do was było ulgą?

- Abdo i Lars są znośni - przyznała. - A ty nie jesteś aż tak koszmarna.

- Dziękuję - powiedziałam, próbując mówić przekonująco. - Ale naprawdę pożałujecie tego innym? Niektórzy nigdy nie wyszli poza życie na ulicach Segoshu i wciąż kradną jedzenie. - Otworzyła usta, ale ja przewidziałam, co miała do powiedzenia. - I to nie dlatego, że są głupi czy gorsi od was.

Sapnęła.

- Może. Ale nie popełnij tego błędu, Serafino, i nie myśl, że cierpienie uszlachetnia. Niektórzy mogą być kochani, ale większość zada ci rany tak głębokie, że ich nie wyleczysz. - Wstała i poprawiła sztuczne piersi. - Przyprowadzisz ze sobą naprawdę nieprzyjemnych ludzi. Wiesz, że moim darem jest prognozowanie, i mówię ci, że to się źle skończy. Przewidziałam to.

- Zapamiętałam - odparłam, czując dreszcz. Czy mogła patrzeć tak daleko w przyszłość?

Odwróciła się do wyjścia, ale jeszcze spojrzała na mnie wyniośle.

- Kiedy wszystko pójdzie w diabły, a wiem, że tak będzie, przynajmniej będę miała przyjemność powiedzenia, że cię ostrzegałam.

I kończąc tym optymistycznym akcentem, pozostawiła mnie z bólem głowy.

 

3

Do rana ból głowy ustąpił, za to odzyskałam entuzjazm. Być może wcale się nie liczyło, czy mój ogień umysłu jest ukryty ani czy mogłam stać się częścią niewidzialnego muru. Z rozrzuconymi po całym świecie braćmi i siostrami łączyły mnie więzi, których Abdo, pani Okra i Lars nie mieli. Moim zadaniem - a właściwie zaszczytem - było ich odnalezienie i zabranie do domu.

Przed pójściem spać napisałam do Glisseldy wiadomość o sukcesie Abdo i Larsa. Śniadanie przerwał mi paź z zaproszeniem do komnat królowej. Włożyłam ładniejszą suknię niż zazwyczaj i udałam się do skrzydła pałacu należącego do rodziny królewskiej. Strażnicy, którzy się mnie spodziewali, wpuścili mnie do przestronnego salonu o wysokich sklepieniach, fotelach ustawionych wokół kominka i złoto-biało-niebieskich draperiach. Na tyłach komnaty, pod wysokimi oknami stał okrągły stół, a na nim śniadanie. Za nim w fotelu na kółkach siedziała babka Glisseldy, królowa Lavonda. Przygarbiła się, a jej skóra wydawała się blada i krucha, jak pomięty papier. Wnuki siedziały po obu jej stronach, mówiąc do niej zachęcająco. Glisselda wlewała owsiankę do ust babki, otwartych jak dziób pisklaka, a później Kiggs łagodnie ocierał jej brodę.

Stara królowa nie wróciła do siebie po wydarzeniach zimowego przesilenia. Zdaniem najlepszych smoczych lekarzy, jakich mógł zapewnić Comonot, trucizna Imlanna została zneutralizowana. Nie widzieli innych przyczyn dla jej ciągłego niedomagania, choć jeden z nich postawił hipotezę serii niewielkich udarów głęboko w mózgu. Jako smoki, od razu odrzucili pomysł, że przyczyną mógł być smutek, jednak ludzcy mieszkańcy Goreddu mieli na ten temat inne zdanie. Królowa Lavonda straciła wszystkie swoje dzieci - matka Kiggsa, księżniczka Laurel, zginęła przed laty, ale książę Rufus i księżniczka Dionne zostali zamordowani jedno po drugim w ciągu zimy, przy czym księżniczka zginęła od tej samej trucizny, którą królowa przeżyła.

Stara królowa miała mnóstwo służby i pielęgniarek, ale słyszałam, że Kiggs i Glisselda nalegają, by codziennie osobiście podawać babce śniadanie. Widziałam to po raz pierwszy i poczułam głęboki smutek, jak również podziw dla ich miłości i szacunku wobec staruszki, nawet kiedy nie była już w pełni sobą.

Podeszłam i ukłoniłam się głęboko.

- Serafino! - wykrzyknęła Glisselda, przekazując łyżkę kuzynowi. Wytarła ręce. - Twój raport był tak zachęcający, że wraz z Lucianem zaczęliśmy planować. Wyjedziesz dzień po wiosennej równonocy, jeśli nagle nie chwyci mróz.

Otworzyłam usta i znów je zamknęłam. Zostało sześć dni.

- Próbowaliśmy ocenić, ile czasu zajmie ci podróż - powiedział Kiggs, nie spuszczając wzroku z babki. Spojrzała w jego stronę brązowymi oczyma, a jej wargi zadrżały niepewnie. Poklepał ją po dłoni. - Gdybyś spędziła sześć tygodni w Ninysie i kolejne sześć w Samsamie, mogłabyś przybyć do Porfirii tuż po letnim przesileniu.

- Oficjalnie byłabyś wysłanniczką Goreddu, uprawnioną do zwracania się z prośbą o zapasy i wsparcie militarne, jak również przyjmowania obietnic - dodała Glisselda, poprawiając serwetkę pod brodą babki. - Nie, żebyśmy nie ufali drogiemu hrabiemu Pesavolcie i regentowi Samsamu, że zrobią, co konieczne. Jednak osobisty kontakt jest o wiele bardziej uprzejmy.

- Twoim głównym celem jest odnalezienie ityasaari - powiedział Kiggs.

- A jeśli mi się to nie uda? - spytałam. - Albo nie znajdę ich dość szybko? Czy ważniejsze jest trzymanie się harmonogramu, czy sprowadzenie ich tutaj?

Krewniacy popatrzyli po sobie.

- Będziemy oceniać każdy przypadek z osobna - stwierdził Kiggs. - Seldo, musimy poprosić Comonota, by zezwolił na użycie thnika dla Serafiny.

- A kiedy mówisz "my", masz na myśli mnie - powiedziała z irytacją Glisselda, kładąc dłonie na biodrach. - Ten saar! Po tej wczorajszej kłótni o pomysł Eskar...

Stara królowa zaczęła cicho łkać. Glisselda natychmiast się poderwała i objęła kruche ramiona babki.

- Babciu, nie! - powiedziała, całując jej siwe włosy. - Jestem zła na tego irytującego starego smoka, nie na ciebie. Ani nie na Luciana, widzisz?

Podeszła do Kiggsa i jego też uścisnęła.

- Naprawdę, Lucian, powinniśmy jutro wziąć ślub - mruknęła pod nosem Glisselda. - Niech by miała choć jedną radość w życiu, zanim umrze.

- Hm - mruknął Kiggs, wybierając resztki owsianki z miski. Starannie nie patrzył w moją stronę.

Królowa Lavonda była jednak niepocieszona.

- Porozmawiamy później, Serafino - powiedziała Glisselda przepraszającym tonem i odprowadziła mnie do drzwi.

Znów złożyłam pełen ukłon, żałując, że nic nie mogę zrobić.

Skupiłam się na tym, co mi powiedzieli. Sześć dni to wcześniej niż przewidywałam. Ruszyłam w stronę swoich komnat, w myślach robiąc spis ubrań podróżnych. Nie miałam żadnych. Miałam nadzieję, że został czas na ich uszycie.

Poszłam do szwaczki Glisseldy, która skierowała mnie do szwaczek dla mniej ważnych dworzan.

- Jest ich osiem, panienko, więc mogą uszyć osiem sukni jednocześnie.

Udałam się do skrzydła rzemieślników, ale im bardziej zbliżałam się do warsztatu szwaczek, tym wolniej szłam. Nie potrzebowałam ośmiu sukien, nie, jeśli miałam jechać konno przez całe Krainy Południa. Cofnęłam się i po chwili wahania zapukałam do innych drzwi.

Otworzył mi drobny, łysiejący mężczyzna w okularach na wąskim nosie. Na szyi, niczym szal, nosił miarkę.

- Damy... - zaczął mówić, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.

- Jak szybko możesz uszyć spodnie do konnej jazdy? - spytałam. - Chcę, żeby były dobrze watowane.

Krawiec uśmiechnął się lekko i przepuścił mnie do środka.

* * *

Abdo i Lars przez kolejne dni ćwiczyli łączenie umysłów na zewnątrz, a ćwiczyli dużo, zafascynowani własną mocą. Królowa Glisselda, książę Lucian i nawet Ardmagar Comonot stawali czasem na pokrytym mokrym śniegiem dziedzińcu i patrzyli na nich. Abdo szybko nauczył się poruszać siecią umysłu (jak ją nazwałam) w bardziej kontrolowany sposób - aby rozbawić królową, tworzył szerokie, przypominające misę wgłębienia w topniejącym śniegu, zrzucał sople z okapów i sprawiał, że gołębie podrywały się przerażone z dachu. Zauważyłam, że bardzo starał się nie uderzać w gołębie.

Glisselda podeszła do mnie bliżej, kiedy się im przyglądałam.

- Choćbyś nie odnalazła innych ityasaari - powiedziała, biorąc mnie pod rękę - to nawet ta dwójka może zrobić coś dobrego.

- Ta sieć umysłu nie ochroniłaby zamku, nie mówiąc już o mieście - rzucił Ardmagar Comonot, który stał w odległości kilku stóp od nas. W postaci saarantrasa był niskim, krępym mężczyzną o orlim nosie i obwisłych policzkach. Ciemne włosy zaczesał gładko do tyłu. - Wgłębienie w śniegu wskazuje, że to sfera o średnicy co najwyżej piętnastu stóp. Mieliby szczęście, gdyby udało im się ściągnąć choć jednego smoka.

- Każdy drobiazg może być pomocny - powiedziała Glisselda z irytacją. - W miarę ćwiczeń nauczą się skutecznie nią poruszać, a smoki jej nie zobaczą.

- Z pewnością nie widzę jej tymi oczyma - mruknął Comonot - ale nie mogę ręczyć za swoją naturalną postać. Smoki mają o wiele bystrzejszy wzrok, widzimy nawet ultrafiolet...

- Na litość Niebios! - wykrzyknęła królowa i odwróciła się do niego plecami. - Jeśli ja mówię, że niebo jest niebieskie, on tłumaczy mi, że wcale nie jest.

- Zamierzałam wam powiedzieć, Wasza Wysokość - powiedziałam, czując, że nadszedł czas, bym stanęła między tą dwójką. - Chciałabym, by Abdo wyruszył w podróż ze mną. Widzi ogień umysłu innych półsmoków, co byłoby dla mnie wielką pomocą.

Glisselda spojrzała na mnie z dołu - była ode mnie o dobre pół głowy niższa.

- Już wysyłamy z tobą panią Okrę, byś mogła wykorzystać jej ninyski dom jako bazę. Ona nie wystarczy? - Nim zdążyłam odpowiedzieć, wskazała na Abdo i Larsa, dodając: - Czułabym się lepiej z tą dwójką tutaj, w naszym arsenale.

- Moi Lojaliści nie pozwolą, by wojna dotarła do Goreddu - wtrącił Comonot. - Nie lekceważ nas.

Glisselda poczerwieniała na twarzy.

- Ardmagarze - powiedziała - wybacz mi, ale utraciłam nieco wiarę w ciebie.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem do pałacu. Comonot odprowadzał ją wzrokiem, jego twarz była nieprzenikniona, a grube palce w roztargnieniu trącały złote medaliony, które wisiały na jego szyi.

Posłałam spojrzenie Abdo i Larsowi, którzy wciąż trzymali się za ręce i śmiali ze skonsternowanych gołębi. Nie zauważą naszej nieobecności. Wzięłam Ardmagara pod rękę - wzdrygnął się, ale nie cofnął. Razem weszliśmy do pałacu.

W zimie Ardmagar Comonot nazwał mnie swoim nauczycielem, co wśród smoków było niezmiernie zaszczytnym tytułem. Oznaczało, że dawał mi pewną władzę nad sobą - a dokładniej, w kwestii zrozumienia ludzi. Gdybym powiedziała mu, że się myli, miał mnie potraktować poważnie. W ciągu tej długiej zimy kilka razy się ze mną konsultował, ale czasami nie zauważał, że potrzebuje pomocy. Czasami to ja musiałam zwracać na to uwagę.

Nie przeszkadzało mi to, wiele razy byłam pośredniczką wuja Ormy i ten obowiązek mi go przypominał.

Comonot musiał mieć jakieś pojęcie, o czym chciałam z nim porozmawiać, gdyż w milczeniu szedł korytarzem, a nasze kroki odbijały się echem od marmurowej posadzki. Poprowadziłam go do południowego solarium, w którym udzielałam królowej lekcji gry na klawesynie. Nikt nie korzystał z tej komnaty w żadnym innym celu, a długi spacer pozwolił mi zastanowić się nad tym, co zamierzałam powiedzieć. Usiadłam na sofie pokrytej zieloną satyną, a Comonot ustawił się przy oknie i wyjrzał na zewnątrz.

Odezwał się jako pierwszy:

- Tak, królowa złości się na mnie bardziej niż zwykle.

- Utrata wiary to coś więcej niż złość. Wiesz, dlaczego tak się stało? - spytałam.

Stary saar założył ręce za plecami i bez ustanku kręcił upierścienionymi palcami.

- Odesłałem Eskar i jej szalony plan z powrotem do Porfirii - odparł.

Poczułam ukłucie, miałam nadzieję, że porozmawiam z nią o Ormie.

- To był zły plan?

Przestąpił z nogi na nogę, założył ręce na beczułkowatej piersi.

- Zapomnijmy na chwilę, że chodzi tu o starożytny traktat, na którego punkcie Porfirianie są bardzo drażliwi. Eskar nie zauważyła, że próba prześlizgnięcia się przez dolinę Omiga na nic się nie zda, jeśli większość Starego Ardu nie będzie walczyć gdzie indziej. Jej plan wymaga jednoczesnego pozorowanego ataku moich Lojalistów na południu, by odciągnąć wrogie oddziały od Keramy.

- Na południu, to znaczy aż po Goredd? - spytałam.

- Zgadza się. Koszmarnie trudno skoordynować ataki na odległość, nawet przy pomocy thników. - Dla podkreślenia swoich słów zabrzęczał medalionami. Były urządzeniami służącymi do porozumiewania się na odległość, stworzonymi przez quigutle, pomniejszą odmianę smoków. - Goredd musiałby stawiać opór przez całe tygodnie. Widziałaś zniszczenia, do jakich doprowadził jeden zdeterminowany smok.

Nad tą dzielnicą miasta nawet po tygodniu wznosił się dym. Ale słowa Comonota nie uzasadniały reakcji Glisseldy.

- Jeśli jedynie wykazałeś błąd w planie, mając przy tym na uwadze bezpieczeństwo Goreddu, to nie powinno rozzłościć królowej.

Opuścił ramiona i oparł czoło o szybę.

- Eskar w czasie kłótni poruszyła kwestię pewnych... porażek, o których nie wspomniałem wcześniej królowej.

Gwałtownie wciągnęłam powietrze.

- Poważne?

- A bywają niepoważne? Stary Ard ma nowego stratega, generała Dammę... jakiś karierowicz, nigdy wcześniej o nim nie słyszałem... a on oszukuje w wyjątkowo oburzający sposób. Atakuje z zasadzki z wylęgarni, nie przejmując się, że zniszczy młode. Jego ardy udają, że się poddają, a później tego nie robią. Nawet nasze zwycięstwa są niemal stratami, gdyż siły Dammy walczą nawet po tym, jak zostaną pokonane, by maksymalnie zwiększyć liczbę ofiar. - Comonot popatrzył na mnie, wyraźnie zakłopotany. - Co to w ogóle za strategia?

Mnie bardziej niepokoiła strategia, jaką przyjął Comonot w kontaktach z Glisseldą.

- Dlaczego ukrywałeś ważne informacje przed królową?

- Jest błyskotliwa i zdolna, ale również bardzo młoda. Robi się... - Zrobił gest, jakby chciał pokazać wznoszący się dym.

- Zdenerwowana?

Pokiwał energicznie głową.

- To dla niej coś zupełnie nowego. Nie krytykuję jej, sam jestem w podobnej sytuacji. Ale o to właśnie chodzi, i tak mam dość problemów, nie potrzebuję do tego jeszcze jej emocji.

Znów zaczął spacerować.

- Musisz odzyskać zaufanie Glisseldy - powiedziałam. - Czy mogę coś zaproponować, Ardmagarze?

Zatrzymał się z wyraźnym oczekiwaniem, a jego czarne oczy były równie wnikliwe, jak u kruka.

- Po pierwsze, bądź bardziej szczery. Może twoje straty ją zdenerwują, ale emocje przemijają. Później będzie myśleć jaśniej i logiczniej, ale najpierw musi to poczuć. Przypomina to kolejność działań matematycznych.

Comonot wydął grube wargi.

- Nie może pominąć tego kroku?

- Tak samo, jak ty nie możesz przestać spać, choć sen sprawia, że przez wiele godzin każdego dnia jesteś bezradny i podatny na cios - powiedziałam.

- Nie jestem pewien, czy akceptuję tę analogię - powiedział, ale widziałam, że dałam mu do myślenia.

- Druga rzecz, którą powinieneś zrobić, być może ważniejsza: zrób gest dobrej woli, by znów wzbudzić zaufanie królowej. Najlepiej duży gest.

Krzaczaste brwi Comonota uniosły się gwałtownie do góry.

- Tur?

Gapiłam się na niego przez kilka uderzeń serca zanim zaświtało mi, że chodziło mu nie tylko o ogromne bydło, ale jedzenie. Chciał pogodzić się z Glisseldą, wyprawiając ucztę.

- To jedna z możliwości - powiedziałam, powoli kiwając głową, a w mojej głowie kłębiły się myśli. - Myślałam o czymś jeszcze większym. Twoja strategia wojenna wykracza poza moje kompetencje i nie śmiałabym ci doradzać, ale sądzę, że twój gest powinien mieć taką skalę. Może udałbyś się na jakiś czas na front albo... albo skierował jeden ard do ochrony Lavondaville, jeśli możesz sobie na to pozwolić. Cokolwiek, co przekona królową Glisseldę, że troszczysz się o bezpieczeństwo Goreddu.

Podrapał się po policzkach.

- "Troska" to być może zbyt mocne słowo...

- Ardmagarze! - wykrzyknęłam, zirytowana na niego. - Udawaj.

Westchnął.

- Gdybym opuścił miasto, zmniejszyłoby to szkody wyrządzane przez niekompetentnych skrytobójców. Z pewnością z chęcią stanąłbym twarzą w twarz z tym generałem Dammą i rozszarpał mu gardło. - Przez chwilę wpatrywał się w przestrzeń, po czym znów skupił się na mnie. - Twoje słowa są rozsądne. Rozważę najlepsze posunięcie.

W ten sposób zostałam odprawiona. Wstałam i złożyłam pełen ukłon. Przyglądał mi się z powagą, po czym wziął moją dłoń i położył ją na swoim karku. W ten sposób okazywał mi posłuszeństwo - prawdziwy smoczy nauczyciel by go ugryzł.

* * *

Kiedy Abdo skończył ćwiczenia z Larsem, zwróciłam się do niego z prośbą, by towarzyszył mi w podróży. Zareagował z entuzjazmem, ale ostrzegł mnie: Musisz poprosić moją rodzinę o pozwolenie. Trzy lata dzielą mnie od Dnia Decyzji. Pokiwałam głową, udając, że rozumiem, o co chodzi, ale on zauważył moje zmieszanie i dodał: Dorosłości. Kiedy każdy z nas decyduje, jak inni mają się do niego zwracać i wybiera swoją ścieżkę w świecie.

Gdy w zimowe przesilenie poznałam Abdo, wędrował na południe z trupą taneczną, w której byli jego ciotka i dziadek. To dziadka, jako najstarszego członka rodziny, musiałam poprosić. Abdo następnego ranka przyprowadził starszego mężczyznę do moich komnat, a ja zapewniłam im herbatę, ciastka serowe i improwizowany koncert na oud. Dziadek, Tython, jadł ciastka jedną ręką, drugą trzymał Abdo za rękę.

- Obiecuję, że zaopiekuję się twoim wnukiem - powiedziałam w końcu, wstając i stawiając oud na swoim siedzeniu.

Tython poważnie pokiwał głową. Siwe włosy miał zaplecione w równe warkoczyki. Pogłaskał węzełki włosów Abdo i powiedział powoli po goredzku:

- Muszę zwrócić się do ciebie po porfiriańsku. Wybacz mi.

Powiedział coś do Abdo, który pokiwał głową.

Będę tłumaczył, powiedział chłopak, jednocześnie robiąc znaki palcami. Musiałam mieć skonsternowaną minę, ponieważ Abdo wyjaśnił: Nie wie, że mogę mówić w twojej głowie. Sądzę, że byłby zazdrosny. Do niego nie umiem tak mówić.

Rozumiem trochę po porfiriańsku, odparłam. Abdo zrobił sceptyczną minę.

Tython odchrząknął.

- Abdo należy do boga Chakhona, nie na jeden, ale na dwa sposoby - powiedział, a Abdo tłumaczył. - Po pierwsze, wszyscy ityasaari należą do Chakhona.

Nawet wy, cudzoziemscy głupcy, powiedział Abdo. Niezbyt dobrze rozumiałam porfiriański, ale wiedziałam, że jego dziadek tego nie powiedział.

- Po drugie, jego matka jest kapłanką Chakhona. Każdy jego fragment, ciała i duszy, należy do boga - mówił dalej Tython. - Abdo narodził się, by zostać następcą Paulosa Pendego, naszego najbardziej szanowanego kapłana ityasaari. Jednak - mężczyzna pochylił głowę, jakby zawstydzony - Abdo drażniły obowiązki i nie chciał traktować ich poważnie. Kłócił się z Pendem, gardził matką i uciekał.

To nie wszystko, powiedział Abdo, marszcząc czoło.

Choć byłam ciekawa, jak wyglądała cała historia z punktu widzenia Abdo, jeszcze bardziej zaciekawiło mnie, że w Porfirii byli kapłani ityasaari. Zupełnie inaczej niż w Krainach Południa, gdzie musieliśmy się ukrywać.

- Troszczyłem się o bezpieczeństwo Abdo z nadzieją, że pewnego dnia weźmie na swoje barki ciężar, do którego się narodził. Musisz zrozumieć, jak poważny to obowiązek.

Trata-ta-ta, powiedział Abdo, wydymając wargi. Jestem poważną odpowiedzialnością. Chakhon patrzy. Sarkazm z trudem maskował jego zawstydzenie.

- Chakhon to... bóg przypadku? - zapytałam ostrożnie, wpatrując się w twarz Abdo.

Starszy mężczyzna tak gwałtownie podniósł się z miejsca, że bałam się, że go uraziłam. On jednak objął mnie i ucałował w oba policzki.

Spojrzałam na Abdo, który wyjaśnił ponuro: Cieszy się, że wiesz, kim jest Chakhon.

Szanse miałam pół na pół, ale lepiej, żebym się do tego nie przyznawała ani nie powiedziała: "Zdam się więc na łaskę przypadku", które to słowa przyszły mi na myśl jako pierwsze.

Tython cofnął się z poważną miną i powiedział niepewnie po goredzku:

- Pamiętaj. Obowiązek.

- Abdo jest moim przyjacielem - powiedziałam i złożyłam Tythonowi pełen ukłon. - Zatroszczę się o jego bezpieczeństwo.

Starszy mężczyzna z niejakim rozbawieniem przyglądał się moim skomplikowanym gestom. Powiedział coś po porfiriańsku. Abdo wstał i ruszył za nim do drzwi. Poszłam za nimi i powiedziałam w ich języku:

- Dziękuję. Do widzenia.

Oszołomione spojrzenie Abdo dało mi do zrozumienia, że powinnam popracować nad wymową, jednak na twarzy Tythona pojawił się uśmiech, jakby uważał mnie za uroczo dziwaczną.

Zamknęłam za nimi drzwi, skonsternowana całą tą rozmową o bogach. Opieka nad dwunastolatkiem wymagała z pewnością sporego wysiłku, niezależnie od jego pochodzenia. Dwunastolatek, który należał do boga... a co to właściwie oznaczało? Gdyby miał ochotę na słodycze na kolację, a ja bym się sprzeciwiła, czy Chakhon by się o tym dowiedział? Czy Chakhon był bogiem, który powalał ludzi? W Goreddzie mieliśmy tego rodzaju Świętych.

Głośne pukanie do drzwi sprawiło, że aż podskoczyłam. Abdo albo Tython musieli o czymś zapomnieć. Otworzyłam drzwi.

A za nimi stał książę Lucian Kiggs w swoim szkarłatnym dublecie, pod pachą miał płaską skórzaną sakiewkę. Jego ciemne włosy kręciły się uroczo, moje serce zabiło niepewnie. Niewiele z nim rozmawiałam od czasu zimowego przesilenia, kiedy oboje przyznaliśmy, że coś do siebie czujemy, i postanowiliśmy za obopólną zgodą unikać się nawzajem. On był narzeczonym księżniczki Glisseldy, a ja jej przyjaciółką. Nie była to jedyna przeszkoda, ale usuwała w cień wszystkie pozostałe.

- Książę. Proszę, wejdź - powiedziałam, zbyt zaskoczona, by pomyśleć.

Oczywiście nie zamierzał tego zrobić. Wiedziałam, że nie powinnam prosić, ale mnie zaskoczył.

Rozejrzał się po pustym korytarzu, po czym zwrócił wzrok na mnie.

- Mogę? - spytał ze smutną miną. - Tylko na chwilę.

Zamaskowałam zmieszanie dygnięciem i wprowadziłam go do salonu, w którym na stole wciąż stały ciastka i herbata. Po raz pierwszy widział moje komnaty i żałowałam, że nie miałam czasu na posprzątanie. Przyjrzał się zapchanym regałom na książki, ekscentrycznej kolekcji quigutlowych figurek i zasypanemu nutami szpinetowi. Oud wciąż zajmował krzesło przy kominku, jak dżentelmen o długiej szyi.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam - powiedział Kiggs z uśmiechem. - Często zapraszasz swoje instrumenty na herbatę?

- Tylko kiedy mam ciastka serowe - odparłam i podałam mu jedno.

Odmówił. Zdjęłam oud i usiadłam na innym krześle, by między nami znalazł się stół.

- Przyszedłem z prezentami - wyjaśnił Kiggs i sięgnął za pazuchę.

Wyciągnął cienki łańcuszek, na którym wisiały dwa thniki - okrągły brązowy medalion i srebrna plecionka, cicho brzęczące o siebie.

- Zakładaliśmy, że będziemy musieli się o nie wykłócać z Comonotem - dodał Kiggs - ale był pod wrażeniem, że ostatnio wyświadczyłaś mu przysługę.

- Dobrze - odparłam. - To znaczy, mam nadzieję, że mu pomogłam. Trudno to ocenić.

Książę uśmiechnął się smutno.

- Przeżyłem to. Któregoś dnia musimy porównać notatki. - Zabrzęczał thnikami, powracając do teraźniejszości. - Brązowy łączy się z tym, który daliśmy pani Okrze, więc będziecie pozostawać w kontakcie, gdy znajdziecie się w Ninysie. Ona zakłada, że ty będziesz podróżować, ona zaś dzielnie pozostanie w domu w Segoshu.

- Ależ oczywiście - stwierdziłam.

Znów się uśmiechnął. Podsycanie tych uśmiechów wywoływało we mnie niejakie poczucie winy - nie powinnam tego robić.

- Plecionka - uniósł skomplikowany srebrny węzeł - łączy się z główną skrzynią w gabinecie Seldy. Ona chce, żebyś odzywała się do niej dwa razy w tygodniu, niezależnie od tego, jak ci będzie szło. Stwierdziła, że jeśli się do niej nie odezwiesz, będzie się niepokoić, a jej niepokój ma teraz konsekwencje na skalę międzynarodową.

Wyciągnęłam rękę, uśmiechając się na myśl o tym, jak nieświadomie naśladował jej akcent. Położył thniki na mojej dłoni i zacisnął wokół nich moje palce. Zaparło mi dech w piersiach.

Szybko mnie puścił, odchrząknął i sięgnął do sakiewki pod pachą.

- Kolejna sprawa: dokumenty. Masz tu listy dłużne królowej, gdybyś potrzebowała pieniędzy; listę składników pyrii do zamówienia w imieniu korony; kolejną z ninyskimi baronetami i samsamskimi hrabiami, którzy nas szczególnie interesują, wraz z listami polecającymi. Odnalezienie ityasaari to priorytet, ale w czasie podróży będziesz się zatrzymywać u miejscowych ziemian. Równie dobrze możesz ich zachęcać do udzielania pomocy.

- Mam wzbudzać we wszystkich poczucie winy, by nam pomogli? - zażartowałam.

- Masz im delikatnie przypomnieć - odparł - o tym, co hrabia Pesavolta i regent już obiecali w ich imieniu. Pomniejsi szlachetnie urodzeni będą bardziej skłonni pomóc, jeśli uwierzą, że to zauważymy.

Podał mi teczkę. Wzięłam ją i zajrzałam do sterty pergaminów.

- Miło zyskać prawowitość.

Kiggs się zaśmiał, na co liczyłam. Był bękartem i miał dziwne poczucie humoru. Jego ciemne oczy błyszczały w blasku ognia.

- Będę za tobą tęsknić, Fino.

Bawiłam się teczką na kolanach.

- Ja już za tobą tęsknię - odparłam. - Tęskniłam przez te trzy miesiące.

- Ty też? - Zacisnął dłonie na oparciach fotela. - Tak mi przykro.

Próbowałam się uśmiechnąć, jednak uśmiech wydawał mi się sztuczny.

Kiggs postukał palcami w oparcie fotela.

- Nie spodziewałem się, że unikanie kontaktów z tobą będzie tak trudne. Nie możemy zapanować nad sercami, ale sądziłem, że moglibyśmy chociaż zapanować nad czynami i ograniczyć kłamstwa...

- Nie musisz usprawiedliwiać się przede mną - powiedziałam cicho. - Zgadzałam się z tobą.

- Zgodziłaś się... czas przeszły? - spytał, zauważając coś, czego nie chciałam ujawnić.

Książę był zbyt przenikliwy. Kochałam go za to.

Szybko podeszłam do regału i bez trudno znalazłam wśród bałaganu pewną książkę. Pomachałam cienkim egzemplarzem "Miłości i pracy" Pontheusa, który mi dał.

- Czy to wyrzuty? - spytał, pochylając się. - Wiem, co zamierzasz zacytować. "W prawdzie nie ma cierpienia, a w kłamstwach pocieszenia". Wszystko się zgadza, pomijając sytuację, gdy wiesz, że prawda zrani kogoś, kogo kochasz, i wiesz również, jaki ból musi już znosić ta osoba: jej matka umarła, babka umiera, a ona sama została wrzucona na głęboki ocean królowania zanim była do tego gotowa. - Podniósł się i stwierdził: - Przeprowadzę ją przez to, Serafino. Zniosę ten ból, wycierpię wszystko za nią, aż przepłynie przez ten sztorm.

- Kiedy mówisz w ten sposób, wydaje się to takie szlachetne - powiedziałam ostrzej niż zamierzałam.

Zgarbił się.

- Nie próbuję być szlachetny, tylko dobry.

Podeszłam do niego, aż znaleźliśmy się twarzą w twarz i dzieliła nas tylko książka.

- Wiem, że tak jest - powiedziałam cicho. Postukałam go w pierś tomem Pontheusa. - Nadejdzie dzień.

Uśmiechnął się smutno i objął moje dłonie tak, że razem trzymaliśmy księgę.

- Wierzę w to, z całego serca - powiedział, patrząc mi w oczy.

Pocałował brzeg książki, ponieważ nie mógł pocałować mnie.

Puścił moje dłonie - i dobrze, bo musiałam w końcu zaczerpnąć powietrza - i znów sięgnął do ukrytej kieszeni w dublecie.

- Ostatnia rzecz - powiedział, wyciągając kolejny medalion, tym razem złoty. - Nie jest to thnik - dodał szybko, podając mi go.

Był to medal Świętego ze starannie wygrawerowaną sylwetką kobiety trzymającej swoją głowę na tacy - święta Capiti, moja patronka.

To znaczy moja oficjalna patronka. Kiedy byłam dzieckiem, psałterz wybrał świętą Yirtrudis, heretyczkę. Bystry kapłan zastąpił ją świętą Capiti. Cieszyłam się, że to zrobił, byłam i tak dość przerażająca bez powiązania ze świętą Yirtrudis. Nigdy się nie dowiedziałam, na czym polegała jej herezja, ale miano "heretyczki" plugawiło wszystko, co się z nią wiązało. Jej kapliczki zostały zniszczone, a obrazy zamazane.

Nigdy nikomu o niej nie powiedziałam, nawet Kiggsowi.

- Niech Niebiosa patrzą na ciebie przychylnie - powiedział książę. - Wiem, że nie jesteś pobożna. To bardziej dla spokoju mojego umysłu niż twojego. A pomijając kwestię wiary, chcę, żebyś coś wiedziała. - Przełknął ślinę. - Cokolwiek napotkasz na drodze, masz dom i przyjaciół, do których możesz wrócić.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Owszem, miałam przyjaciół, więcej niż kiedykolwiek. Czułam się tu jak u siebie w domu. Jaką lukę próbowałam wciąż zapełnić przez zgromadzenie ityasaari? Czy tę pustkę w ogóle da się zapełnić?

Kiggs ruszył do drzwi, a ja poszłam za nim, cicha jak cień. Zatrzymał się z dłonią na klamce, jeszcze raz na mnie spojrzał, odwrócił się i odszedł.

Zamknęłam za nim drzwi i ruszyłam w stronę sypialni. Na łóżku leżała sterta ubrań, które zamierzałam zabrać, i torby, w których się nie do końca mieściły. Uniosłam tom Pontheusa do serca, przycisnęłam medalion Świętej do warg i wepchnęłam je głęboko w jedną z toreb, pod lniane koszulki.

Zabierałam swój dom ze sobą, w świat, szukając innych, których chciałam do niego sprowadzić.