Lunia i Modigliani - Sylwia Zientek

Kup ebooka

36.99 zł
33.29 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Powieść oparta na faktach

 
 
Szczęście jest aniołem o srogim obliczu

- Amedeo Modigliani -

na pocztówce do Paula Alexandre'a, Lucca, 1913 rok

 
 
- lipiec 1916 -
Pierwszy raz

Z zalanej światłem ulicy wchodzę do okazałego budynku. W pustej sali z ciemnych prostokątów ścian wyłaniają się wydłużone twarze o ostrych rysach i łabędzich szyjach. Skóra koloru przypominającego miąższ dyni odcina się od niejednolitego, niedbale namalowanego tła, stanowiącego ledwie namiastkę prawdziwej scenerii, w jakiej musieli pozować portretowani. Kobiety, mężczyźni, dziewczęta i chłopcy patrzą wprost, ale nie wiem, czy na mnie. Przybliżam się do rozmieszczonych na ścianie nieoprawionych obrazów. Oczy ludzi na portretach to jedynie puste plamy, ujęte czarną linią w kształt migdałów. Przyglądam się starannemu podpisowi na płótnach - Modigliani.

- Luniu, przyznaj, że nigdy nie widziałaś tak oryginalnych portretów. Jak ci się podobają? - pyta towarzyszący mi Leopold Zborowski, starszy ode mnie o kilka lat przyjaciel mojego męża Kazimierza Czechowskiego z czasów krakowskich, poeta. Z okazji moich dwudziestych drugich urodzin zaprosił mnie na niewielką wystawę prac kilkunastu nowoczesnych malarzy. Chciał mi koniecznie pokazać obrazy pewnego włoskiego artysty.

Do Salon d'Antin przyszłam ubrana w najlepszą kremową sukienkę, w której przed rokiem brałam ślub, przejęta faktem, że wkraczam do domu słynnego projektanta.

Leopold przygląda mi się wnikliwie i z ledwie widocznym uśmiechem triumfu mówi:

- Niezwykłe, prawda? Każdy z tych portretów przyśpiesza bicie mojego serca.

Przybliżam się do obrazów. Moje spojrzenie błąka się od jednej postaci do drugiej. Mam ochotę dotknąć chropowatej, pokrytej warstwami farb powierzchni. Obrazy wyzwalają spokój. Widoczni na portretach ludzie są jakby wyrzeźbieni na płaszczyźnie płótna, wydobyci za sprawą śmiałej linii z poprzecinanego prostopadłymi liniami tła. Szkic postaci pozostaje doskonale widoczny. Czarna linia tworzy wydłużony owal twarzy, zaznacza nos, usta, brwi, linię włosów i oczy.

Podchodzę jeszcze bliżej. Chcę się przyjrzeć widocznym na płótnie śladom ruchów pędzla, pozornie niedbałych. Czuję wibracje w tych gestach, jakąś nerwowość podszytą bezgranicznym smutkiem.

Mój wzrok biegnie ku zafrasowanej twarzy kobiety, która została stworzona zaledwie kilkoma liniami czarnej farby. Wydłużona szyja. Puste oczy w formie migdałów, mocno nakreślone usta i nos. Na głowie czarny kapelusz z pobieżnie zarysowanymi piórami. Tło przecinają linie tworzące prostokątne płaszczyzny. Zielonkawa szarość została nałożona tak niestarannie, że pod spodem widoczne są sploty materii płótna. Czerń bluzki, plama bieli na kapeluszu, brzoskwiniowy odcień skóry i modelujące twarz muśnięcie zielenią, które ożywia płaski portret. Frywolne litery informują: "Madam Pompadour 1915". Ciekawe, czy "e" na końcu wyrazu "madame" gdzieś się zgubiło, czy zostało celowo pominięte? Może ten Włoch niedostatecznie zna francuski.

Nawet nie wiem, skąd bierze się silne wrażenie, jakie robią na mnie te obrazy. Od jakiegoś czasu obracam się w kręgach polskich artystów żyjących w Paryżu, ale obrazy Modiglianiego są odmienne od uroczych kwiatów i martwych natur, jakie maluje moja przyjaciółka i świadkowa na moim ślubie Stefania Łazarska.

- To podobno autoportret samego Modiglianiego. - Leopold wskazuje na niewielkich rozmiarów płótno i widniejącego na nim smutnego pierrota. - Właściwie do niedawna uważał się za rzeźbiarza. Dał sobie spokój z kamieniem, bo trudno teraz go zdobyć, jest zbyt drogi i za dużo przy tym niezdrowego dla płuc pyłu.

Teraz dokładnie widzę rękę rzeźbiarza, która trzyma pędzel i żłobi zarysy postaci w warstwach gęstej farby.

- Te twarze przypominają maski, prawda? Widziałaś kiedyś afrykańskie statuetki albo starożytne maski? - pyta Zbo z błyskiem w oku.

Przecząco kiwam głową.

- To niewiarygodne! Gdyby kilku artystów tu, w Paryżu, nie odkryło statuetek wykonanych przed setkami lat przez jakiegoś czarnego człowieka, który nie umiał pisać ani czytać, sztuka nowoczesna wyglądałaby dzisiaj zupełnie inaczej - stwierdza Leopold.

Nie znam się zbytnio na sztuce, ale przed Zbo nie muszę niczego udawać. Kazik zabrał mnie którejś niedzieli do Luwru, dla niego całe to bogactwo to burżuazyjny przeżytek. Kręciło mi się w głowie od tych wszystkich arcydzieł, kobiet w dziwnych pozach, madonn, generałów i starożytnych posągów. Chciałam wiedzieć o nich więcej.

 

- Leopold zupełnie zwariował, cały czas opowiada o tym Włochu, którego nazwiska nie umiem powtórzyć. Idź z nim obejrzeć te obrazy, nie będziesz się nudzić sama w domu w dniu swoich urodzin. Rozerwij się trochę - powiedział wczoraj rano mój mąż przed wyjściem do pracy. Od pół roku przez kilkanaście godzin dziennie pracuje jako szofer pewnego arystokraty o polskich korzeniach.

Od kiedy cukier stał się w Paryżu dobrem deficytowym, a w piekarniach nie można kupić nawet croissantów, dla Kazimierza nie ma już pracy w jego wyuczonym zawodzie cukiernika. Wiem, że przed dziesiątą wieczorem nie wróci do domu. Towarzystwo Leopolda jest dla mnie wybawieniem. Wysoki, szczupły, ubrany w skromny, ale schludny garnitur, z wypielęgnowaną brodą i opadającymi na czoło ciemnymi włosami, w ciemnoszarym kapeluszu borsalino - Zbo nie tylko dzisiaj prezentuje się niezwykle szykownie.

Kazik przedstawił mi go pod koniec zeszłego roku i od tego czasu Zbo jest dla mnie jak opiekuńczy i serdeczny starszy brat. Przyjechał do Paryża - tak jak ja - przed trzema laty. Chciał studiować historię sztuki i pisać wiersze. Gdy latem 1914 roku wybuchła wojna, jako obywatel Galicji został uznany za wroga Francji i umieszczony w obozie dla internowanych. Po kilku miesiącach, dzięki staraniom hrabiny Czartoryskiej, schorowany i osłabiony wyszedł wreszcie na wolność. Pobyt na południu Francji przywrócił go do zdrowia.

 

- Jeśli chcesz i masz czas, mogłabyś towarzyszyć mi w poszukiwaniach skarbów na straganach bukinistów i pchlich targach. Będę ci opowiadał o sztuce, co ty na to? - proponuje Leopold. - Ledwie w zeszłym tygodniu, wyobraź sobie, wyszperałem u takiego jednego malutką akwarelę. Spodobała mi się, kupiłem za pięć franków, a później poszedłem pokazać ją antykwariuszowi i okazało się, że to osiemnastowieczna praca znanego malarza. Dostałem za nią - Zbo ścisza głos - tysiąc franków!

Wydaję z siebie okrzyk zaskoczenia. Że też coś takiego może się przytrafić biednemu poecie w trudnych czasach.

- A skąd mam nowy garnitur, buty i kapelusz, jak myślisz? - Zbo się uśmiecha. - Zamierzałem zaprosić ciebie i Kazia na une coupe de champagne!

Z uznaniem kiwam głową. Leopold ewidentnie zna się nie tylko na modzie, ale też na sztuce.

- Z chęcią pójdę z tobą buszować w straganach bukinistów - deklaruję. Kiedy nie pomagam Stefanii w jej atelier przy szyciu lalek, potwornie się nudzę, zwłaszcza gdy Kazik całymi dniami jeździ z hrabią.

Mój wzrok zatrzymuje się na dłużej na smutnej, zielonkawopomarańczowej twarzy młodego mężczyzny, którego długą szyję ozdabia biały kołnierz odcinający się od ponurych szarości i butelkowej zieleni tła. Na dole obrazu niedbałe litery, przypominające napisy wyryte na murach czy kamieniach pomników, tworzą wyraz "Pierrot".

- Dlaczego on ma jedno oko otwarte, a drugie zamknięte? - pytam Leopolda, zbliżając się do portretu mężczyzny w kapeluszu. Jedno z jego oczu jest puste, drugie okalają rzęsy, a obok postaci widnieje napis wielkimi literami: "Paul Guillaume".

- Kiedy ledwie przedwczoraj tu, w tej sali, poznałem Modiglianiego, zadałem mu dokładnie to samo pytanie - zaczyna opowieść mój przewodnik. - Przedstawił nas sobie Mojżesz Kisling, pewnie go znasz, malarz z Krakowa. Wiesz, jaką odpowiedź otrzymałem? "Bo tylko jednym okiem patrzysz na świat, a drugim w głąb duszy". Ciekawe, prawda? Modigliani to bardzo elokwentny człowiek.

Myśl o tym, że te dziwne obrazy namalował ktoś, kto mieszka w Paryżu, intryguje mnie. Mogłabym go spotkać, być może minęłam go na bulwarze, może siedział gdzieś obok w jednej z kawiarni, w których czasami bywam. Zbo jakby czytał w moich myślach:

- Mam nadzieję, że poznasz go osobiście. Mieszka na Montparnassie, codziennie można go spotkać w café La Rotonde.

- Czy jest sławny?

- Nie, skąd! Na razie nie - podkreśla Leopold. - Jego obrazy wcale się nie podobają. Ale zapamiętaj moje słowa, niedługo te obrazy będą się doskonale sprzedawać. Niech tylko skończy się wojna i ten potworny zastój na rynku sztuki! Nikt nie maluje tak jak on, jest jedyny w swoim rodzaju.

Zbo co chwila przeczesuje dłonią opadającą na czoło falę grzywki, gładzi się po wypielęgnowanej brodzie. Krąży po sali, podchodząc to do jednego, to do innego obrazu.

- Gdybym tylko miał pieniądze, żeby podpisać z nim kontrakt, zająć się sprzedażą jego obrazów... - snuje plany Zbo. - Zrobiłbym, co w mojej mocy, aby mógł w spokoju pracować i nie musiał dzień w dzień rysować po kawiarniach portretów, żeby wymienić je za posiłek czy kieliszek wina.

A więc on też klepie biedę. Wiem, że niemal wszyscy polscy artyści w Paryżu cienko teraz przędą. Wielu z nich widuję w atelier Stefanii Łazarskiej. Odcięci od pomocy z kraju, przymieraliby głodem, gdyby nie pomysł Stefanii na szycie szmacianych lalek.

Teraz, gdy trwa wojna, wiele galerii zamknięto, nie odbywają się coroczne wystawy. Rynek sztuki wpadł w zastój. Taki wernisaż to wyjątkowe wydarzenie. Malarze sami je sobie zorganizowali, a zwolniony z frontu rozchwytywany krawiec Paul Poiret użyczył na wystawę swoich pomieszczeń.

Nikt nie ma już złudzeń, że wojna szybko się skończy. Z każdym miesiącem jest coraz gorzej. Co prawda bosze, jak się tutaj mówi, nie wkroczyli do Paryża, nie zniszczyli go zbytnio bombami zrzucanymi z zeppelinów, ale każdego dnia zabijają tysiące żołnierzy. Przed dwoma miesiącami pod Ypres zaatakowali ich gazem, który jednego dnia wybił przeszło pięć tysięcy ludzi.

 

Może uda mi się pomóc. Pytam Leopolda, czy ten Włoch nie chciałby szyć lalek.

- O nie! Modigliani to dumny człowiek. - Odpowiedź jest natychmiastowa. - Osobliwy typ. Musiałabyś go poznać, żeby zrozumieć, o czym mówię. Jest ubogi, ale ma się wrażenie, że to arystokrata. W jego sposobie bycia jest coś wyniosłego, a jednocześnie szczerego, sam nie wiem, jak to ująć. Na Montmartrze słynie z awanturniczych wyczynów. Na Montparnassie mówią na niego Modi. Wiesz dlaczego?

Kręcę przecząco głową.

- Po francusku ten skrót jego nazwiska brzmi jak maudit, czyli "przeklęty". Jak poeci przeklęci - tłumaczy Leopold i patrzy na mnie badawczo, jakby chciał sprawdzić, czy wiem, o czym mówi.

- Jak Rimbaud, Baudelaire? - odpowiadam potulnie jak uczennica, która chce usatysfakcjonować nauczyciela.

- Dokładnie! Jest w nim trochę z poetyckiego włóczęgi żyjącego poza społeczeństwem. Rozmawiałem z nim co nieco o poezji, mówi o niej zdecydowanie więcej niż o sztuce. Sam też pisze wiersze. Zna podobno całą "Boską komedię" na pamięć i często ją cytuje.

- Malarz-poeta! Ty możesz być poetą-marszandem - zwracam się do Leopolda.

- Przyznam ci się, że chciałbym spróbować. - Zbo odwraca wzrok i uśmiecha się odrobinę kokieteryjnie. - Ale na to potrzeba pieniędzy. Czuję, że moja determinacja pomogłaby Modiglianiemu. Teraz opiekuje się nim obiecujący i sprytny marszand Paul Guillaume. Widziałaś jego portret, ten z napisem "Novo Pilota". Zdaje się, że Modigliani wiązał z nim duże nadzieje. Guillaume jest młody, a już ma spore sukcesy i cieszy się dobrą opinią wśród artystów.

 

Z wytwornego budynku wychodzimy na Avenue d'Antin zalaną miodowym światłem, które jest niczym symfonia opiewająca koniec dnia: oblewa wierzchołki platanów i najwyższe piętra strzelistych kamienic o rzeźbionych gzymsach i balkonach z kutego żelaza. Nie mogę pohamować wzruszenia wszystkim, co pulsuje teraz we mnie: wrażeniami, jakie wyniosłam z wystawy, uniesieniem, jakie wzbudza pełnia lata, faktem, że kocham i jestem kochana.

To nie do wiary, powtarzam sobie w myślach, że już od trzech lat mieszkam w Paryżu. Ja, Ludwika Makowska, od niedawna Czechowska - córka stolarza! Latami marzyłam o wyrwaniu się z ponurych przedmieść robotniczego Krakowa. Do Paryża przyjechałam w końcu z państwem Wańkowskimi. Przygoda miała trwać tylko kilka tygodni, ale udało mi się zdobyć tu pracę i pozostać. A na wieczorku Towarzystwa Artystów Polskich poznałam recytującego swoje poezje Kazika. On też mieszkał wcześniej w Krakowie. Był dyplomowanym cukiernikiem i, podobnie jak mój ojciec, zagorzałym socjalistą. Miał w sobie jakąś miękkość, która nie pasowała do jego surowej fizjonomii: ogolonej na łyso głowy, wąskich ust, drobnej budowy ciała. Zaintrygował mnie ten poeta, cukiernik i komunista. Kiedy przedstawiono nas sobie, wpatrywał się we mnie z takim pragnieniem w oczach, że nie miałam wątpliwości, jak bardzo mu się spodobałam. Już w pierwszych zdaniach podkreślił swoją wiarę w rewolucję. Odczułam pewne rozczarowanie na wieść o jego działalności politycznej. Przez całe dzieciństwo i młodość nasiąkałam socjalistycznymi ideami. Uciekłam do Paryża także po to, aby odciąć się od ideologii, przez którą nasza rodzina żyła w nędzy i lęku przed stróżami prawa.

Kazik wydał mi się inny od fanatyka, jakim był mój ojciec. Zjednał mnie sobie melancholijnymi wierszami. Tego właśnie pragnęłam. Tu, w Paryżu, wciąż dostawałam coraz więcej.

Jak to się stało, że życie okazało się dla mnie tak łaskawe?

 
 
- wrzesień 1916 -
La Rotonde

Ostatnio coraz rzadziej widuję męża. Ciężko pracuje, a resztę jego czasu i energii pochłaniają komitety, zebrania z towarzyszami, pisanie tekstów do socjalistycznej prasy emigracyjnej, a niekiedy wierszy, które sławią życie zwykłego robotnika, takiego jak mój ojciec. Kazik jest zaaferowany swoimi sprawami - mniej wojną tutaj, u granic Francji, a bardziej sytuacją w Rosji.

Dał mi ostatnio dziesięć franków i powiedział, żebym kupiła sobie nowe, praktyczne ubranie.

- Tylko nic burżuazyjnego, nic zbytkowego! My, socjaliści, z szacunku dla ludzi pracy musimy się ubierać najskromniej, jak to możliwe - zastrzegł. Ten komentarz mógł sobie darować, w końcu mieszkamy w Paryżu.

Czasami bywamy z Kazimierzem w ulubionej kawiarni polskiej kolonii na Montparnassie - La Rotonde, usytuowanej przy skrzyżowaniu bulwarów Montparnasse i Raspail, w sercu dzielnicy. Przed lokalem, na tarasie z racji ekspozycji na słońce nazywanym "plażą", zwykle siedzi ktoś znajomy.

To tutaj przychodzi się, gdy brak pieniędzy nie pozwala napełnić żołądka i biała kawa - café cr?me - za kilka sous zastępuje posiłek. Na szczęście właściciel lokalu, nazywany Papą Libion, toleruje te wielogodzinne posiedzenia przy filiżance. Ma słabość do artystów: pozwala im podbierać kawałki bagietki z wystawionego przy barze koszyka, czasami karmi wygłodniałych, przyjmuje ich prace jako zapłatę za wypite trunki i zjedzone croissanty. Każdy twórca jest tu mile widziany, o ile nie urządza burd i awantur, zwłaszcza na tle politycznym.

Tutaj przesiadują oni w chłodnie dni, gdy trudno wytrzymać w nędznej, nieogrzanej pracowni. Tu wreszcie przychodzą pobyć z ludźmi, uśmierzyć tęsknotę za domem, rodziną, bliskimi, dowiedzieć się, co w trawie piszczy, omówić skandale i zadumać się nad cudzym nieszczęściem, bo tych nigdy nie brakuje. Czasami można wznieść toast za czyjś sukces, o ile ów szczęściarz zafunduje znajomym kieliszek czegoś mocniejszego.

Kazimierz lubi ten lokalik. Parę lat temu grali tutaj w szachy Lenin i Trocki! Z głównego pomieszczenia można popatrzeć przez okna na bulwar Montparnasse. Chyba że siedzi się na zewnątrz, przy ciasno ustawionych stolikach na tarasie. Wówczas chłonie się paryską ulicę, zgodnie z tutejszym zwyczajem przygląda się ludziom, rozpoznaje niektórych przechodniów.

W ten wrześniowy wieczór chowamy się w środku. Pada deszcz, więc jest tłoczno. Tumult i szum ożywionych rozmów. Papierosowy dym.

Mój wzrok nieustannie kieruje się w stronę drzwi i na widoczny za szybą trotuar. Czy dzisiaj pojawi się Modigliani? Wypatruję go od przeszło dwóch tygodni. Od kiedy zobaczyłam jego portrety w Salon d'Antin, często wracam do nich myślami.

Bardziej niż rozmowa i zimna już kawa interesują mnie wchodzący do lokalu ludzie. Właściciel, potężnej postury Francuz, pilnuje, żeby do środka nie dostały się damy z półświatka, czyli modelki malarzy albo pracownice fabryk produkujących uzbrojenie. Ponoć zachęcają mężczyzn do lubieżnego zachowania, śmieją się w wyuzdany sposób i piją za dużo alkoholu. Nie tak łatwo rozpoznać te panie, więc Papa Libion nie wpuszcza żadnej kobiety bez kapelusza na głowie. Najwyraźniej kapelusz jest biletem wstępu do świata rządzonego przez ugruntowane normy społeczne.

Ubiór każdej z wchodzących kobiet poddawany jest natychmiastowej ocenie, podczas gdy panowie ostentacyjnie noszą kombinezony mechaników - jak choćby Kisling, paradujący w uniformie z poprzeczną dziurą pod pośladkiem - albo typowo robocze drelichy. Ich nikt nie osądza, wręcz przeciwnie, są uznawani za oryginalnych. To przecież artyści! Widać im wolno więcej.

Moją uwagę przykuwa skromnie ubrana, smukła kobieta o wyglądzie arystokratki, łagodnych rysach twarzy i ciemnobrązowych, falujących włosach spiętych w luźny kok, nie tak ścisły i ugładzony jak mój. Jest szykowna i piękna.

Rozgląda się dyskretnie dookoła przez moment, po czym pełnym gracji skinieniem głowy odpowiada na entuzjastyczne zachowanie Leopolda, który niczym rażony prądem, unosi się z krzesła, macha ręką, gasi papierosa i poprawia grzywkę spadającą mu na lewe oko.

- To ona! To Hanka - szepcze w moim kierunku, nie kryjąc ekscytacji. Kobieta podchodzi do naszego stoliczka. Emanuje gracją i powściągliwością.

- Anna Sierzpowska, ale wszyscy mówią na mnie Hanka. - Dama podaje mi rękę.

Czuję ukłucie zazdrości, gdy patrzę na jej cerę pełną blasku i świeżości. Przedstawiam się z zakłopotaniem. Przy pięknej kobiecie znowu czuję się jak córka krakowskiego robotnika. Co ja robię wśród tych dystyngowanych ludzi?

Następuje wymiana grzeczności. Okazuje się, że Kazik miał już okazję poznać panią Hankę. Wspominał zresztą o nauczycielce o szlacheckim pochodzeniu, która uczy polskiego i niemieckiego dzieci pochodzące z arystokratycznych rodzin polskich emigrantów w Paryżu.

Muszę się pilnować, aby nie patrzeć na nią cały czas. Jest swobodna, elokwentna, a jednocześnie zdystansowana. Jakby miała ten sposób bycia we krwi. Ma na sobie ciemną sukienkę i żakiet w kolorze gołębiego błękitu, z perłowymi guzikami. Na pewno jest starsza ode mnie, od Zborowskiego też. Ile może mieć lat? Na pewno ponad trzydzieści. Zdradzają ją drobne zmarszczki wokół oczu.

Spod pukli kasztanowych włosów prześwieca matowy blask kolczyków z pereł. Rysunek wąskich ust jest tak subtelny! Uśmiecha się kurtuazyjnie w odpowiedzi na poufałe zachowanie Zborowskiego, który bierze jej dłoń i obwieszcza, że Hanka zgodziła się zostać jego żoną. Stolik reaguje owacją, wszyscy wznoszą kieliszki w toaście. Hanka spuszcza wzrok i uprzejmie dziękuje. Będąc obok niej, Zbo zachowuje się jak pijany. Przytacza od razu historię ich pierwszego spotkania, do którego doszło tuż po rozpoczęciu wojny właśnie w La Rotonde. To był coup de foudre - zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia.

Zamawiamy po jeszcze jednym kieliszku wina na koszt Zborowskiego. Kurtuazyjna rozmowa schodzi na kwestię niedawnych odkryć Leopolda, jego wyjątkowo fartownej transakcji i sprzedaży akwareli Fragonarda kupionej u bukinistów. Kieruję pochwały pod adresem Leosia, a Hanka dorzuca swoje trzy grosze:

- Przekonuję go, że z jego darem opowiadania o sztuce i siłą perswazji powinien zająć się sprzedażą obrazów. Ten Włoch, który tak cię zachwycił, jak się nazywa? Modigliani?

- Ach, Modigliani! - podchwytuje z emfazą Leopold. - To jeden z najwspanialszych modernistów, nie gorszy niż Picasso. Wiem, co mówię. Od kiedy zobaczyłem jego prace, nie mogę przestać o nich myśleć.

Hanka przerywa mu stanowczo i kontynuuje swoją myśl:

- Pozostaje niedoceniony, mimo że reprezentuje go tak sprawny marszand jak Paul Guillaume. Jestem przekonana, że gdybyś to ty zajął się jego sprawami, byłbyś w stanie sprzedać każdy jego obraz!

Następnie Hanka zwraca się do mnie:

- Namawiam go, żeby spróbował swoich sił jako marchand sans galerie, marszand bez galerii, jeśli tylko udałoby się uzyskać jakąś sumę na start.

Przytakuję z entuzjazmem, choć nie mam pojęcia, o czym właściwie mówią.

- Jeśli André Derain dotrzyma słowa i przekaże mi swój obraz na sprzedaż, będzie można spróbować, prawda, mon chéri?

Hanka patrzy na Leopolda, który wlepia w nią maślany wzrok, po czym ujmuje jej dłoń i składa na niej szarmancki pocałunek:

- Ty wiesz najlepiej, na co mnie stać.

- Na początku kilka obrazów zaprzyjaźnionych artystów z Krakowa, znasz ich przecież wszystkich, dadzą ci jakieś prace w komis. - Hanka już planuje. Podoba mi się energia tej kobiety. - A dalej może umowa z Modiglianim? On zdecydowanie potrzebuje kogoś, kto się nim zaopiekuje, zapewni mu stabilizację i warunki do pracy. Słyszałam o nim to i owo, zdaje mi się, że wiem, czego ten człowiek oczekuje. A na pewno nie da mu tego ktoś taki jak Paul Guillaume!

- No to wypijmy za nową życiową drogę! - Kazik wznosi toast niemal pustym kieliszkiem.

- Ja przecież jestem poetą, przynajmniej chciałem nim być, gdy tu przyjeżdżałem. Żaden ze mnie znawca paryskiego rynku sztuki, jestem tu kimś obcym. - Zbo kryguje się, uśmiecha przepraszająco.

- I to jest właśnie twoja przewaga! Masz instynkt i sam wiesz najlepiej, jakie obrazy poruszają twoje serce! Wypijmy za marszanda-poetę! - pokrzykuje Kazik, przywołując gestem kelnera.

Za kolejne toasty będzie musiał zapłacić Zbo. Jesteśmy z moim mężem bez pieniędzy. Kazimierz dopiero jutro dostanie wypłatę, ale powiedział mi na ucho, że Leoś wygrał tego popołudnia niezłą sumkę w karty. Może jeśli będzie miał passę w pokerze, powiodą mu się inne plany. Trochę się dziwię, że taka osoba jak Hanka zgodziła się zostać żoną Zborowskiego, choć oboje tworzą elegancką i przystojną parę.

Kiedy śpiesząc się przed godziną policyjną, wracamy z Kazikiem do domu, poruszam temat małżeństwa Zborowskich.

- On tylko tak mówi, że wezmą ślub. Tak naprawdę będą po prostu żyć ze sobą i twierdzić, że są małżeństwem - wyjaśnia mój mąż. - Ona arystokratka, on biedny jak mysz kościelna, i do tego o cztery lata od niej młodszy! Jej rodzina kategorycznie nie zgodziła się na taki mezalians. Wuj, który od dziecka wychowywał Hankę - już ci opowiadałem, że wcześnie została sierotą - zapowiedział, że odetnie ją od rodziny i wykreśli z testamentu. Wtedy jej młodsza siostra, która uczy się tu w uczelni prawniczej, straci finansowanie. Zbo wyjawił mi to w tajemnicy. Nie możesz się przyznać, że o tym wiesz. Leopold jest tak zakochany, że zgodzi się na wszelkie warunki, byle tylko być z Hanką.

 
 
- wrzesień 1916 -
Wieloryb na czarnym niebie

To już moja trzecia jesień w Paryżu. Niosące się po ulicach dym i zapach pieczonych kasztanów są dla mnie coraz mniej obce.

Coraz trudniej za to zdobyć podstawowe produkty. Moje dni wypełnia teraz wyczekiwanie w długich kolejkach pod boulangerie, gdzie chleb dostępny jest tylko o określonych porach dnia, i poszukiwanie czegoś na kolację. Codziennie rano z wiklinowym koszykiem w dłoni opuszczam trzecie piętro naszej wciśniętej pomiędzy wyższe i nowsze budowle kamieniczki i wyruszam na łowy. Zajmujemy jednopokojowe mieszkanko, które Kazik wynajmuje od pewnego Polaka, socjalisty. Budynek mieści się przy wąskiej, wiekowej rue de Seine, łączącej lewe nabrzeże Sekwany z bulwarem Saint-Germain.

Najczęściej idę w stronę Panteonu, za którym przy uliczce Mouffetard od czasów średniowiecza odbywa się targ żywności i staroci. Stragany z serami obok wozów z kapustą sąsiadują tu ze stoiskami ze zdekompletowanymi sztućcami, porcelaną, bibelotami. Handlarze przekrzykują się, zagadują z humorem do młodych kobiet, racząc je aluzjami, które momentami ocierają się o nieprzyzwoitość. Nie zawsze wszystko rozumiem, przez co odzywki i spojrzenia starszych mężczyzn ogromnie mnie peszą. Czerwienię się i bąkając merci beaucoup, jak najszybciej płacę i odchodzę, nie odpowiadając na flirt. Wolę stare przekupki, od nich nauczyłam się najwięcej, jeśli chodzi o potoczny francuski, a poza tym zawsze podpowiadają, jak przyrządzić kalarepę czy mizerne w tym roku kabaczki.

Mój mąż wychodzi z domu bardzo wcześnie, zawsze ubrany w granatowy uniform ze złotymi guzikami, którego nienawidzi. Większość dnia spędza za kierownicą lśniącego, czarnego citroëna, a jeśli ma wolny czas, widuje się z polskimi kolegami, których wciąż ma w Paryżu, bardzo wielu. Wszyscy znają wszystkich i zwłaszcza ci z Montparnasse'u mogą się czuć jak w domu. Wystarczy przyjść do La Rotonde, aby porozmawiać po polsku, większość i tak nie zna innego języka. Czasem Towarzystwo Artystów Polskich organizuje wieczorki muzyczne czy literackie. Kazimierz już trzykrotnie deklamował przed grupą rodaków swoje wiersze o rewolucji.

Najczęściej jednak Kazik pędzi na spotkania w podejrzanych spelunach XIII dzielnicy, gdzie dyskutuje z anarchistami i komunistami o aktualnej sytuacji w Rosji albo o innych istotnych sprawach. Denerwuję się bardzo, jeśli nie wraca do domu przed zmrokiem.

Wieczorami gasną latarnie gazowe, ulice zalewa lawa ciemności, zaprawiając goryczą wspomnienie rozjarzonego Paryża, jaki zobaczyłam, gdy tu przyjechałam. Ale w końcu samochody zaczynają trąbić, stukot uderzających o bruk końskich kopyt przyśpiesza, słychać pokrzykiwania, nerwowe gwizdki, nawoływania ludzi chroniących się w bramach. Rozlega się budzący we mnie trwogę alarm.

Ilekroć zaczyna się nalot, a ja jestem sama w domu, serce galopuje mi jak szalone. Niekiedy pokonuję strach i spoglądam przez okno. Czerń kominów i dachów paryskich kamienic ledwo odcina się od szafirowej połaci nieba, na nim tylko kropki gwiazd, czasami rożek księżyca. Nagle nad miasto napływa złowrogi cień. To zawieszone w nicości monstrum, stworzony ludzkimi rękoma wieloryb, piękny i groźny zeppelin. Niebo niekiedy rozświetla łuna zrzuconej przez niego bomby. Mimo niebezpieczeństwa wiele osób wychodzi na balkony, na ulicę, aby obejrzeć ten apokaliptyczny spektakl.

Obowiązuje zaciemnienie, zapalam więc tylko maleńką świecę i wykładam na wyszczerbiony talerz w różyczki to, co udało mi się zdobyć w ciągu dnia. Czasami to trochę kaszanki, częściej jakaś zapiekanka gratin czy quiche z niemal niewidzialnymi drobinami boczku, gotowana fasola, czasem jedynie zupa cebulowa i chleb. I tak siedzę przy stole i czekam na niego. Starając się ignorować wycie syren, odtwarzam w głowie zasłyszane na ulicy sprośne piosenki - mój francuski poprawił się na tyle, iż rozumiem większość słów.

Z coraz słabszą nadzieją patrzę na stalowe niebo i wyczekuję złotawej poświaty babiego lata. Ilekroć przemierzam otoczone szpalerem kasztanowców alejki Ogrodu Luksemburskiego, marzę o wrażeniach, jakie wywołuje światło sączące się przez delikatną materię żółtych, czerwonych i rudych liści. Pewne miejsca tego ogrodu odrobinę przypominają mi krakowskie Planty. Szkoda, że tu, w Paryżu, z zadymionych wnętrz małych knajpek rozlegają się dźwięki akordeonu, za to rzadko słychać melodie wygrywane przez kościelne dzwony.

Pomyśleć, że dwa lata temu cieszyliśmy się ze zwycięstwa Francuzów w bitwie pod Marną, dzięki któremu miasto obroniło się przed wkroczeniem znienawidzonych boszów.

Na froncie bez zmian. Prasa nie donosi o wyczekiwanym przełomie ani żadnych sukcesach armii francuskiej, za to na ulicach Paryża widok młodego, zdrowego mężczyzny to rzadkość. Coraz częściej pojawiają się poruszający się o kulach ludzie bez nóg, bez rąk, z obandażowanymi głowami. Na ich twarzach malują się rezygnacja bądź trwoga, która mnie przeraża. Ilekroć mijam rannego w mundurze, serce bije mi mocniej i myślę o moich pięciu braciach. Dwóch z nich już wcielono do armii austriackiej. Nie wiem, co się z nimi dzieje, nie wiem nawet, czy moja siostra urodziła już swoje pierwsze dziecko.

Okrągłe słupy reklamowe są oblepione plakatami. Teatry i kina nie mają nic do zaoferowania. Państwo francuskie wzywa rodaków, aby sadzili ziemniaki. Ruchem omnibusów kierują teraz kobiety w męskich uniformach. Na ulicach rzadko widać olśniewająco ubrane damy, które w pierwszych tygodniach mojego pobytu w Paryżu tak bardzo poruszały moją wyobraźnię. Przypominały mi rajskie ptaki, mieniące się w blasku gazowych lamp boginie. Paryż był wówczas niekończącym się świętem, iskrzącym się widowiskiem próżności, piękna, beztroski i dekadencji, miejscem całkowicie niepodobnym do ponurego Krakowa.

Wspominam tamto lato 1913 roku jako ostatni akord belle époque. Myślę, że miałam szczęście, że zdążyłam chociaż przez krótki czas nacieszyć się światem, który zgasł. Tamte pierwsze tygodnie były życiem w bajce, do której wkroczyłam, zupełnie nie spodziewając się cudów, jakich przyjdzie mi być świadkiem.

Kiedy w nagrodę za ukończenie szkoły doktor Wańkowski - mój dobroczyńca, dzięki którego finansowej pomocy mogłam się uczyć w żeńskim gimnazjum - zaprosił mnie, abym towarzyszyła jego rodzinie w letniej wyprawie do Paryża, uznałam, że los przygotował dla mnie szczególny plan. Ojciec nie był zadowolony z tej propozycji, jako zacięty socjalista nie pochwalał idei wakacji w scenerii zepsutego - jak mawiał - Paryża burżujów i zgniłej arystokracji. Matka przekonała go jednak, że to dla mnie szansa. Kiedy odjeżdżałam koleją do Wiednia, nie krył nawet rozczarowania.

- Myślałem, że skoroś taka teraz wykształcona, swoim umysłem służyć będziesz ważnym sprawom, a nie szukać blichtru i rozrywek - powiedział. Zabolały mnie te słowa i nieustannie je sobie przypominam. Kochałam ojca jak nikogo na świecie. A jednak pojechałam, tak bardzo marzyłam o życiu innym niż to, które znałam w Krakowie.

Pani doktorowa przygotowała mi garderobę, polecając swojej służbie przerobić dawne ubrania panienki Wańkowskiej, tak abym nie przyniosła im wstydu. I tak, wystrojona jak nigdy dotąd, trafiłam do Miasta Świateł, jak słusznie nazywa się Paryż (zwłaszcza w porównaniu z ciemnym Krakowem) - miejsca przypominającego nierealne, skąpane w ostrym świetle barwne dekoracje. Pamiętam, jak nie mogłam się nadziwić, patrząc na młodych mężczyzn i kobiety całujących się publicznie na jednym z mostów czy nawet w kawiarni. W Krakowie nigdy nie widziałam tak śmiałego zachowania.

Widok pochłoniętych sobą par wzbudził we mnie pragnienie, jakiego dotąd nie znałam. Romanse i ckliwe opowieści, którymi ekscytowały się koleżanki, w gimnazjum nigdy mnie nie absorbowały. Zaczytywałam się w poezji drukowanej w magazynie "Chimera" i utożsamiałam z natchnionymi młodopolskimi wizjami duchowych zmagań.

Paryż mnie olśnił, zawrócił mi w głowie. Pragnęłam zostać tu na stałe. Spotkałam koleżankę, która przyjechała rok przede mną z Krakowa - ona pomogła mi znaleźć pracę opiekunki do dzieci w rodzinie pewnego polskiego pianisty. Później pracowałam w salonie urody, a następnie w rosyjskiej herbaciarni.

Kiedy wybuchła wojna, Francuzów opanowała euforia i wiara w szybkie zwycięstwo. Jako obywatelka wrogich Francji Austro-Węgier nie byłam w Paryżu mile widziana. Na szczęście na początku sierpnia na jednym z wieczorków w Towarzystwie Artystów Polskich poznałam Kazimierza.

Pamiętałam go z Krakowa. Niedługo przed moim wyjazdem do Paryża było o nim głośno za sprawą oskarżeń wobec głoszącego idee anarchistyczne doktora Wróblewskiego. Kazimierz był zagorzałym uczniem Wróblewskiego i współoskarżonym w procesie. Gdy sąd uniewinnił Wróblewskiego, Kazik został skazany na wydalenie z granic monarchii austro-węgierskiej. Przez Zurych dotarł do Paryża.

Zakochał się we mnie i mimo iż uważał małżeństwo za relikt burżuazyjnej moralności, zaproponował mi ślub, abym nie musiała opuszczać Paryża jako wróg Francji.

W maju 1915 roku pobraliśmy się w ratuszu VI dzielnicy przy placu Saint-Sulpice. Kazimierz wykazał się praktycznym podejściem.

- Kiedy wyjadę na wojnę walczyć, jak przystało na prawdziwego bolszewika, będziesz bezpieczniejsza jako mężatka - stwierdził, a ja przystałam na ten pomysł. Trzy lata ode mnie starszy Kazik nie zauroczył mnie bynajmniej aparycją, ale pracowitością i wrażliwością. Najbardziej urzekło mnie to, że ten żarliwy komunista o dużym bagażu życiowych doświadczeń pisał wiersze.

Świadkową na naszym ślubie była Stefania Łazarska, moja starsza koleżanka poznana na dobroczynnym koncercie jeszcze w Krakowie. Sama przerobiła swoją starą sukienkę i cudownie przyozdobiła mój kapelusz. W swoim mieszkaniu na Montparnassie Stefania wydała uroczysty obiad z cudem zdobytą perliczką jako daniem głównym i z prawdziwym makowcem kupionym w żydowskiej dzielnicy Marais, prawie tak dobrym jak ten, który robiła moja mama.

 

W te wypełnione trwogą wojenne dni niemal codziennie pomagam Stefanii w jej pracowni. Popołudniami salon jej skromnego domostwa ożywa. Przy słabiutkiej herbacie wokół okrągłego stołu siadają rozmaici artyści, którzy dzięki pomysłowi Stefci są w stanie przetrwać w Paryżu. Pan Tadeusz Łazarski, ceniony pracownik paryskiego Instytutu Pasteura, częstuje niekiedy wychudzonych gości samodzielnie sporządzoną nalewką z pigwy. Toczą się ożywione rozmowy po polsku, wszyscy wymieniają się wieściami otrzymanymi od bliskich.

Czasami ktoś siada do pianina i zaczyna grać Szopena, atmosfera staje się dość podniosła. Niektórzy mówią o szansie, jaką wojna może być dla naszej nieistniejącej ojczyzny. Goście opuszczają dom państwa Łazarskich pocieszeni i gotowi przetrwać kolejny dzień pod stalowym paryskim niebem. Kiedyś ta wojna musi się skończyć, ludzie znowu zaczną kupować obrazy. Na razie jednak trzeba szyć lalki, aby zdobyć kilka franków na godziwy posiłek, nieraz kwitował sytuację malarz Tadeusz Makowski.

Te śliczne lalki to coś więcej niż zwykłe bibeloty. Zdaję sobie z tego sprawę i podziwiając inicjatywę Stefci, bardzo chcę uczestniczyć w całym przedsięwzięciu. Niestety, mam dwie lewe ręce, jeśli chodzi o szycie. Czasami doszywam wstążki do czapki krakowiaka, Stefania daje mi też zadania polegające na drobnych poprawkach. Najczęściej wszywam lalkom metalową plakietkę z napisem "Atelier Lazarski" - lalki mają już ustaloną renomę i wkrótce będą sprzedawane w wielkim domu handlowym Printemps.

Niekiedy pomagam Stefanii rozstawić stoisko w holach przeróżnych sal koncertowych, gdzie po dobroczynnym spektaklu na rzecz ofiar wojny można wesprzeć walczących zakupem lalki wystylizowanej na osiemnastowieczną damę. Kobiety szybko ulegają impulsowi posiadania czegoś tak uroczego, zwłaszcza gdy pieniądze za ten kaprys przyczynić się mają szlachetnej sprawie. Produkcja idzie zatem pełną parą.

Powstają kolejne pomysłowe postacie, damulki w krynolinach, atłasowych kapeluszach i współczesne elegantki. Podziwiam artystki i artystów, którzy potrafią stworzyć coś tak prostego, a jednocześnie niepowtarzalnego. Ja tymczasem nie potrafię schludnie zszyć ubranka dla lalki. Owszem, w domu szyłam, przecież każda dziewczynka szyje. Ale cerowanie skarpet czy dziur na kolanach spodni młodszych braci to nie sztuka. Tutaj, w pracowni Stefanii, obok tych wszystkich zdolnych ludzi, przy artystach jestem nikim, nie umiem niczego i niczym nie potrafię zaskarbić sobie ich uwagi. Nie mam żadnych zdolności, niczego nie ma we mnie szczególnego, a tak bardzo chciałabym być zauważona. Każdy chce być kimś, będąc po prostu sobą.

Czasami spaceruję nabrzeżem, napawając się widokami mostów przerzuconych nad Sekwaną. Nie licząc niedzielnych wypraw do Luwru, rzekę przekroczyłam zaledwie kilka razy, zawsze w towarzystwie Leopolda. Niekiedy snuję się wąskimi uliczkami VI dzielnicy, przyglądam się wystawom zagraconych antykwariatów i sklepów z antykami albo maleńkich galerii, patrzę na obrazy. W żadnej z nich nie zobaczyłam portretów wykonanych przez Modiglianiego. Wiem, że rozpoznałabym jego kreskę.

Często wspominam tamtą wizytę w Salon d'Antin. Modiglianiego nadal nie udało mi się spotkać, chociaż słyszę o nim ostatnio coraz częściej - fascynacja Leopolda malarstwem Włocha przybiera na sile, odkąd zarobił trochę franków jako pośrednik w sprzedaży obrazów polskich znajomych.

Kilka razy towarzyszyłam Zborowskiemu w jego wyprawach "w poszukiwaniu skarbów", jak sam je nazywa. Przetrząsaliśmy wspólnie setki starych książek i rycin w ustawionych wzdłuż nabrzeża budkach bukinistów, spędziliśmy godziny w zatęchłych sklepikach z antykami pełnych zakurzonych gratów. Pewnego dnia znaleźliśmy prawdziwy skarb: pochodzący z siedemnastowiecznej paryskiej drukarni egzemplarz encyklopedii Kartezjusza!

Niewielkich rozmiarów książka, kupiona za niecałe dziesięć franków w antykwariacie pod arkadami Palais-Royal okazała się warta tysiąc pięćset franków! W egzemplarzu brakowało jednej kartki (właściciel przybytku z lupą sprawdzał książkę przez ponad godzinę!), gdyby nie to, suma byłaby dużo wyższa. Ale i tak cieszyliśmy się jak dzieci. Za część tej kwoty Zbo kupił sobie nową panamę, Hance sprawił kapelusik o niewielkim rondzie, a mnie szal w ulubionym kolorze bordo.

Kiedy ja i mój mąż spotykamy się z Leopoldem w taniej restauracyjce Chez Rosalie na Montparnassie, przy wąskiej uliczce Campagne-Premi?re, gdzie niedrogie pracownie zajmuje wielu artystów, Zbo gada jak w amoku.

Jak na marszanda bez własnej galerii idzie mu zaskakująco gładko. Wykupił jedynie w prefekturze patent zwykłego sprzedawcy. Martwą naturę Henryka Haydena sprzedał za sześćdziesiąt franków, a kobiecy portret Kislinga - za pięćdziesiąt.

Ostry zapach smażonego czosnku drażni moje nozdrza. Zbo snuje plany wobec Modiglianiego. On umiałby się nim zająć - ten artysta potrzebuje opieki, przyjaźni, odpowiedniego traktowania, podczas gdy jego marszand Paul Guillaume jest zbyt zajęty ważniejszymi transakcjami, wyrasta na eksperta od sztuki prymitywnej, ma podopiecznych, których prace sprzedaje się z łatwością.

Właścicielka restauracji, pani Rosalia - koścista, ruchliwa kobieta w neapolitańskiej chuście na włosach - sprawnie wiruje między zaledwie kilkoma pokrytymi obrusem w biało-czerwoną krateczkę stolikami, donosi oliwę, chleb, dolewa wina.

Jak opowiada Zborowski, podobno od lat stołuje się tutaj Modigliani. Za posiłki i wino płaci Rosalii swoimi rysunkami, które ta upycha po kątach, nie widząc w nich wartości. Czasami malarz obiera nawet ziemniaki i zmywa naczynia po gościach.

Jestem coraz bardziej zaintrygowana. Chciałabym go spotkać. Czekam na ten moment.

 
 
- wrzesień 1916 -
Chciałbym panią namalować

Słońce chyli się ku zachodowi. Zanika złocistoróżowe światło, które tak efektownie obleka haussmannowskie kamienice, które obserwuję z tarasu La Rotonde. Wokół mnie wszystkie miejsca zajęte. Siedzimy ściśnięci jak sardynki w puszce, ale taki jest urok paryskich kawiarni.

Wewnątrz, w roziskrzonym elektrycznym światłem lokalu, grupa głośnych mężczyzn gra w bilard. W toalecie, do której schodzi się krętymi żelaznymi schodkami, czeka pewna kobieta i proponuje zakup pigułek haszyszu, białego proszku - kokainy, która ponoć pobudza i wszystko czyni atrakcyjniejszym - albo dziwnych ampułek z nieznaną nikomu substancją. Jeśli ktoś ma ochotę na chwilę zapomnienia, wystarczy kilka franków. Kosztują mniej niż porządne wino.

Przy naszym stoliczku, zwróconym w stronę skrzyżowania bulwarów Montparnasse i Raspail, mężczyźni - Zbo i mój Kazik - dyskutują o Arthurze Rimbaud, który ponoć mieszkał przez jakiś czas w pobliżu, przy rue Campagne-Premi?re. Hanka wygląda na znudzoną tą rozmową. Popija kawę zajęta swoimi myślami.

Jako siedemnastoletnia dziewczyna przepisywałam do kajetu "Sezon w piekle" i "Iluminacje". Czułam się jak odkrywczyni nowych planet, rzeczywistości tak odmiennej od świata, w jakim żyła moja niezamożna rodzina na obrzeżach Krakowa. Udręczona, nieustannie zmęczona matka, młodsze rodzeństwo, którym wiecznie musiałam się zajmować, hardy, spracowany ojciec i jego komunistyczne raje - odrzucałam to wszystko, marząc o ucieczce. Wyjechać na zawsze, zostawić krakowskie mgliste nastroje, poczucie beznadziei, drobnomieszczańskie ambicje i socjalistyczne ideały. Ja, uczennica żeńskiego gimnazjum, byłam kimś, kto rwał się poza tak zakreślony horyzont.

Dzięki ofiarności sympatyzujących z komunistami zamożnych protektorów ojca jako pierwsza w rodzinie mogłam się kształcić. Wiedziałam już, że moje miejsce jest w lepszym świecie, w którym nie trzeba pracować po dwanaście godzin dziennie po to tylko, aby zjeść na kolację okraszone słoniną ziemniaki. Rimbaud był moim sprzymierzeńcem. Wdychałam zapach kwitnących bzów i czekałam, aż wszyscy domownicy pójdą spać, a ja będę siedzieć przy otwartym oknie, patrzeć na obsypane kwiatami drzewa, księżyc, napawać się blaskiem i wonią nocy i marzyć o lepszym życiu.

Nikomu nie wyjawiałam moich zamiarów. Wyjadę stąd, myślałam, na zawsze. Ale jak to zrobić? Kiedyś z całą dziewczęcą klasą udałyśmy się na wystawę nowej sztuki w Sukiennicach. Nauczycielka polskiego pokonała wszelkie przeciwności i przyprowadziła nas do galerii obrazów. Nigdy nie widziałam niczego podobnego. Utkwił mi w pamięci zwłaszcza wizerunek kobiety namalowanej przez Wojciecha Weissa. Miała omdlewający wyraz twarzy, jakby nieziemska rozkosz zalała jej ciało albo siła nieczysta wzięła ją w swoje posiadanie. Jej mlecznobiałe ciało i czerwone włosy wryły mi się w pamięć. Nie uważałam się nigdy za piękną, ale zapragnęłam być kimś takim jak ta ruda kobieta - zostać uwiecznioną na obrazie, który pewnego dnia będzie eksponowany w muzeum.

Oszołomiona i zauroczona wizerunkami dam w egzaltowanych pozach, zapragnęłam zostać kimś takim jak one - modelką malarzy. W Krakowie wydawało mi się to niemożliwe. Dla mojego ojca sztuka była burżuazyjnym przeżytkiem. Hasło "sztuka dla sztuki" działało na niego jak płachta na byka. Wiedziałam, że aby zrealizować marzenie, muszę uciec od rodziny.

Zaczęłam czytać relacje prasowe z paryskich wystaw sztuki. W jednej z nich napisano, że tam, w mieście sztuki, zapotrzebowanie na modelki jest bardzo duże, a niektóre z nich cieszą się wielką sławą. Od tamtej pory moje myśli biegły już wyłącznie w kierunku Paryża.

 

Zamiast włączyć się w dyskusję o rewolucji, jakiej dokonał w poezji Rimbaud, swobodnie dryfuję między swoimi wspomnieniami a marzeniami.

I nagle spostrzegam Modiglianiego.

To musi być on. Zbliża się do kawiarni z przeciwległej strony bulwaru Montparnasse. Wyprostowany, z wypiętą piersią, kroczy przez jezdnię, nie zwracając uwagi na zbliżający się wóz zaprzężony w konie ani dwójkę mężczyzn na rowerach. Idzie wprost ku wejściu do kawiarni, zupełnie jakby nie zauważał świata wokół siebie. Śledzę każdy jego ruch. Za kilka kroków minie nasz stolik!

Twarz zasłania mu szerokie rondo burego kapelusza. Ubrany jest w musztardowy garnitur z grubego sztruksu, czerwona szarfa materiału zastępuje pasek, czerwona apaszka przewiązana na szyi wystaje z rozchylonej lekko białej koszuli. Jest szczupły, ale raczej barczysty. Pod pachą niesie czarną teczkę z rysunkami.

Jest zadziwiająco niski. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy na jego widok wyraźnie przejęty Leopold wstaje z krzesła i wyciąga rękę, mówiąc: "Bonjour, monsieur Modigliani!". Zbo ma prawie metr dziewięćdziesiąt, a szczupła, tyczkowata budowa ciała dodatkowo podkreśla jego wzrost. Nawet w kapeluszu Modigliani sięga mu zaledwie do ramienia. Nie może mieć więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu, tyle co ja.

Włoch jest bardziej powściągliwy, jego gesty są wytworne, to od razu rzuca się w oczy. Uchyla kapelusza, ale jego oczy od razu wędrują ku Hance. Ubrana w ciemną sukienkę z obszernym, białym kołnierzem przypominającym kryzę wyraźnie mu się podoba. W ramach powitania obdarza ją uśmiechem.

- Bonjour, madame Zborowska. Jak się pani dzisiaj miewa? - mówi, przenikliwie się w nią wpatrując. Podoba mi się sposób, w jaki dobitnie akcentuje słowo madame.

Zdejmuje z głowy kapelusz i wówczas odsłania się przede mną twarz, która nasuwa mi natychmiast skojarzenie z ożywioną antyczną rzeźbą z Luwru, przedstawiającą młodego boga o przydługich, kręconych włosach, nieco wystającym podbródku i doskonale wykrojonych ustach. Oliwkowa cera, harmonijne rysy twarzy i niemal czarne, czujne oczy odróżniają go od wszystkich mężczyzn, jakich spotkałam dotąd w Paryżu. Onieśmiela mnie jego uroda. Ile może mieć lat? Zbo chyba wspominał, że trzydzieści jeden czy dwa.

Po kilku słowach przywitania Leopold dokonuje prezentacji Kazimierza i mnie.

- Oto moi serdeczni przyjaciele z Krakowa, Kazimierz Czechowski, poeta i socjalista, oraz jego młoda żona Lunia - mówi.

Na dźwięk tych słów artysta z galanterią ściska dłoń mojego męża, moją i przedstawia się z niewyraźnym uśmiechem:

- Jestem Modigliani, Żyd.

Kłania się i zupełnie ignorując Kazimierza, kieruje na mnie przenikliwy wzrok. Czerwienię się. Fala gorąca zalewa moje uszy i policzki.

W zasadzie, nie licząc kilku chłopaków z krakowskich przedmieść, z którymi włóczyłam się wokół glinianek, nauczyciela łaciny z gimnazjum - mojego pierwszego zauroczenia, no i Kazika oraz Zbo, nie miałam wiele doświadczenia z mężczyznami. Tym bardziej z roztaczającymi urok starszymi ode mnie przystojnymi artystami z Paryża.

Zakładam, że ktoś o takiej aparycji jak Modigliani ma za sobą nieprzebraną ilość przygód z rozmaitymi kobietami. Widzę, że szybko uzmysławia sobie, z kim właśnie rozmawia. Jako potwierdzenie tego traktuję ledwie widoczny, nieco arogancki uśmiech, jaki widnieje na jego twarzy.

- Niezwykłe ma pani imię, madame - mówi, w ten sam sposób akcentując madame, jak czynił to, witając się z Hanką.

Uśmiecha się czarująco. Jego francuski jest perfekcyjny, ale w intonacji słychać melodyjność włoskiej piosenki. W tym madame zawiera się przesłanie wielkiego uwodziciela, jakby wypowiadając to nobliwe skądinąd słowo, jednocześnie uzbrajał je w dodatkowy przekaz, którego sens sprowadza się do stwierdzenia: "jeśli uznam, że jesteś dość interesująca, możesz być moja". Spłoszona szepczę merci i udaję, że wychylam łyk kawy. Ale filiżanka od dawna stoi pusta.

- Modi, Modi! Chodź na moment, zapraszamy na wino! - Ktoś z innego stolika woła Modiglianiego. Ten macha ręką do znajomych, mówi nam Au revoir i natychmiast przemieszcza się w ich kierunku. Leopold z miejsca zaczyna opowiadać Kazikowi o geniuszu malarstwa Modiglianiego.

- Jego obrazy tylko pozornie wydają się proste - zaczyna. - Powstały jako synteza wielu elementów, jakich nie dostrzega się, nie znając pewnych faktów i patrząc zbyt pobieżnie. Tu chodzi o synkretyzm!

Kazimierz nie zna tego słowa. Słucha z obojętną miną. Ostentacyjnie pokazuje brak zainteresowania malarstwem owego Włocha.

Ale Leoś jest już w temacie. Z papierosem w jednej dłoni, wymachując drugą, żarliwie wyjaśnia, że ów synkretyzm to połączenie pozornie nieprzystających do siebie stylów. Żeby to dobrze zrozumieć, najlepiej udać się najpierw do Muzeum Etnograficznego i zobaczyć afrykańskie maski i figurki, sztukę prymitywną Azji i Oceanii, rzeźby egipskie i głowy z Kambodży. A kiedy się to wszystko dokładnie obejrzy, trzeba iść do Luwru, do sal ze sztuką włoskiego renesansu: da Vinciego, Rafaela, Parmigianina, Tycjana. Ale nie tylko, dobrze jest także odwiedzić średniowieczne madonny.

Trzecim elementem owego synkretyzmu jest sztuka nowoczesna - kubistyczne obrazy Braque'a i Picassa. Ważne są też prace Celnika Rousseau, Gauguina i Cézanne'a. No i rzeźby! Nie można zapomnieć o rzeźbach nowoczesnych, najlepiej Brâncuşiego.

Widzę, że Kazik wierci się na krześle i ma serdecznie dość tych wywodów. Kogo to obchodzi? Hanka ratuje sytuację i zagaduje mojego męża o nowe wiersze. I tak rozmowa schodzi na odczyt Reymonta, który z żoną zjechał niedawno do Paryża.

Odwracam się, żeby zlokalizować Modiglianiego. Siedzi teraz przy stoliku w rzędzie za nami. Przed nim stoi kieliszek czerwonego wina. On szkicuje, ręka bardzo szybko, z biegłością śmiga po kartce. Żadnego wahania, żadnego zawieszenia ołówka nad białą powierzchnią. Kogo on rysuje?

Nagle mój wzrok spotyka się z jego spojrzeniem. Patrzy wyraźnie na mnie, jakby szukał czegoś w mojej twarzy. Jednocześnie spogląda w taki sposób, że czuję się nieswojo - jak samiec patrzący na wybraną zdobycz.

Nie mija pięć minut, powoli zbieramy się z Kazikiem do domu. Zrobiło się chłodno i trzeba zdążyć przejść przez Ogród Luksemburski przed godziną policyjną. Do naszego stolika podchodzi Modigliani i po prostu wyciąga w moją stronę kartkę, na której widnieje rysunek mojej twarzy z profilu, z włosami ściągniętymi w ciasny kok i wydłużoną szyją.

- Voila - mówi Amedeo. Kazik ogląda rysunek w milczeniu. Ja jestem tak zaskoczona, zmieszana i dumna, że nie wiem nawet, co powiedzieć. Narysował mnie prawdziwy artysta!

- Zapraszam panią dzisiaj wieczorem na lampkę wina - zwraca się do mnie Modi i patrzy na mnie wyzywająco. Wszyscy przy stoliku zamieramy. Przecież obok siedzi mój mąż! Jak mogłabym tak po prostu opuścić go i udać się gdzieś z mężczyzną, którego poznałam chwilę temu?! Kazimierz jest tak zszokowany propozycją, że nie wypowiada nawet słowa.

Jedynie Hanka wykazuje się przytomnością umysłu.

- Amedeo, jest pan bardzo miły - mówi spokojnie. - Lunia jest na pewno wdzięczna za portret, ale mamy plany na dzisiejszy wieczór. Idziemy odwiedzić pewną znaną polską malarkę, która mieszka niedaleko, na bulwarze Montparnasse.

- Chętnie kupię rysunek! - odzywa się Leopold i sięga po portfel. - Może zechciałby pan udać się z nami na łyk prawdziwej polskiej herbaty? - zwraca się do Amedeo.

Ten krzywi się i ze śmiechem odpowiada, że tam, skąd pochodzi, w Livorno w Toskanii, herbatę pije się tylko wtedy, jeśli jest się obłożnie chorym.

- Ach, wy, Polacy! Nie mogę pojąć waszej namiętności do ziołowego naparu o wątpliwym zapachu. Mój przyjaciel Kisling woli nawet herbatę od wina. W każdym razie dziękuję za zaproszenie, może innym razem złożę wizytę owej polskiej damie - kwituje.

Modigliani kłania się, obrzuca mnie przeciągłym spojrzeniem i zostawia rysunek na stoliku. Zbo wręcza mu standardową kwotę, jaką malarz bierze za taki szkic - pięć franków. Modigliani chowa błękitny banknot do kieszeni i szepcze coś Leopoldowi do ucha.

Następuje seria kurtuazyjnych pożegnań. Ja wciąż nie mogę się otrząsnąć z tego, co się wydarzyło. Kazik wygląda na rozbawionego. Gładzi swój wąs i szepcze mi do ucha:

- Proszę, proszę, moja Lunia spodobała się włoskiemu artyście.

Roziskrzona światłem La Rotonde pozostaje kilkanaście metrów za nami, gdy Zbo mówi:

- Luniu, Modigliani chce cię namalować! Powiedział mi to przed chwilą. Jest gotów przyjść na sesję do naszego hotelu, abyś tam pozowała do portretu. Hanka będzie cały czas z tobą. Muszę tylko dostarczyć farby, płótno i butelkę wina. Za dwadzieścia franków obraz będzie mój. Bardzo cię proszę, musisz się zgodzić! To dla mnie i dla ciebie ogromna szansa.

 
 
- październik 1916 -
Pierwszy portret

Serce podchodzi mi do gardła, kiedy w chłodny jesienny poranek kroczę pod rękę z Kazimierzem w kierunku hoteliku Sunny przy bulwarze Port-Royal, gdzie mieszkają Hanka i Leopold Zborowscy.

Teraz żałuję, że zgodziłam się na to pozowanie. Myśl o byciu uwiecznioną (dokładnie tak to widzę: uwiecznioną) na obrazie malarza była początkowo ekscytująca, nawet jeśli artysta jest nieznany. Kiedy Modigliani powiedział, że chce mnie namalować, ogarnęły mnie duma i euforia. Poczułam się tak jak wtedy, gdy doktorostwo Wańkowscy zaproponowali mi wyjazd w ich towarzystwie do Paryża.

Ale teraz bardzo boję się tego spotkania. Chciałabym to wszystko odwołać. Kazik mógłby przecież przeprosić w moim imieniu, powiedzieć, że źle się czuję. On sam nie jest zadowolony z tego pozowania, ale nie oponuje. Zbo przekonał go, że to dla niego bardzo ważne, a mój mąż zrobi wszystko dla swojego przyjaciela. Leopold uzgodnił z Modiglianim, że będzie mógł spróbować sprzedać mój portret i jeśli mu się powiedzie, malarz dostanie swoją część, a także Kazimierz będzie coś z tego mieć.

- A co będzie miała z tego Lunia? - zapytała Hanka, słuchając tych uzgodnień. - Kupisz jej chociaż coś niepraktycznego? Wiesz, że kobietom potrzeba czasami ładnych rzeczy?

Kazik zrobił taką minę, że sama nie wiedziałam, co ona oznacza. I na tym stanęło.

A teraz stajemy przy bulwarze Port-Royal, naprzeciwko typowej paryskiej kamienicy z balkonikami z kutego żelaza, gdzie nad wejściem, przez zrudziałe korony kilku mizernych platanów przebija się tandetny szyld z napisem "Sunny Hôtel". A więc to tutaj.

Wczoraj Hanka, z którą przeszłam na "ty", prosiła mnie, żebym postarała się być miła dla Modiglianiego. Obruszyło mnie to, bo przecież jestem uprzejma dla każdego, kto zachowuje się wobec mnie kulturalnie. Protekcjonalne traktowanie wynika pewnie z faktu, że Hanka jest ode mnie o dziewięć lat starsza i postrzega mnie jako młodą, nieroztropną gąskę.

- Jest dumny i wydaje się mieć wszystkich i wszystko w poważaniu, ale w istocie jest mu bardzo ciężko. Nie chodzi nawet o to, że nie ma często czego do ust włożyć, ale wyobraź sobie, mieć tak wielki talent i wiedzieć - bo przecież on WIE - o tym, że jest o niebo lepszy od setek innych malarzy paryskich, i patrzeć, jak inni robią kariery, sprzedają obrazy, pysznią się sukcesami, podczas gdy on nie może sprzedać dosłownie niczego.

- Luniu, nie masz się czego obawiać. Taka śliczna z ciebie dziewczyna, masz taką szczerą twarz. - Hanka przygląda mi się i głaszcze po włosach, jakbym była małą dziewczynką. - On zachowuje się jak należy. Kiedy wypije kilka szklanek wina, deklamuje po włosku. Najczęściej Dantego. Kiedy dojdziecie do tego etapu, po prostu siedź spokojnie. Modigliani będzie już w swoim świecie, przestanie zwracać na ciebie uwagę.

Zaniepokoiły mnie te słowa. Nie będzie na mnie patrzył, a mimo to będzie mnie nadal malował? Wydało mi się to dziwne. Ale Hanka już pozowała mu do jednego portretu i zapewniała, że zachowywał się jak przystało na dżentelmena.

Spotkała któregoś dnia Amedea na bulwarze Montparnasse. On zakończył właśnie zajęcia w pobliskiej Académie de la Grande Chaumi?re. Chodził tam czasami na seanse rysowania modeli na żywo. Ona wracała z lekcji od jednego ze swoich uczniów - chłopca urodzonego już w Paryżu, z polskich rodziców, którego uczyła polskiej gramatyki i literatury. Wpadli na siebie, Modigliani wypuścił z rąk teczkę z rysunkami, które upadły na chodnik.

Zmieszana tą sytuacją Anna pomogła mu pozbierać szkice, a wtedy on wykorzystał moment i powiedział:

- Teraz nie może mi pani odmówić pozowania! Chcę namalować trzy portrety! Dwa będą moje, a trzeci będzie należał do pani.

Hanka zgodziła się na ten układ.

Przypominam sobie opowieści Stefanii, która ostatnio dzieliła się ze mną anegdotami zasłyszanymi w kantynie otworzonej przez Marię Wasiliewą, rosyjską malarkę, która także szyje lalki i konkuruje z Łazarską.

Artyści z Montparnasse'u, którzy nie walczyli na wojnie - jak Picasso czy Modigliani, albo ci, którzy zdążyli wrócić, najczęściej okaleczeni fizycznie i psychicznie, przede wszystkim towarzystwo międzynarodowe - przychodzą na tanie posiłki do kantyny w zaułku przy Avenue du Maine. Przestrzeń niewielkiego pomieszczenia w drewnianym baraku, któremu uroku dodaje dzikie wino porastające ściany, wypełniają stół i krzesła przywleczone z pchlego targu. W rogu stoi sofa, na której Wasiliewa czasami spędza noce. Na ścianach wiszą obrazy Chagalla i Modiglianiego. W prowizorycznej kuchni obok Maria przygotowuje obiady dla co najmniej czterdziestu osób. Za zaledwie sześćdziesiąt centymów dostaje się zupę, mięso, sałatkę i deser. Wino kosztuje dodatkowo dziesięć centymów.

Jak przekazała mi Stefania, tam właśnie Modigliani w pijackim szale uwielbia wchodzić na stół i wygłaszając strofy z Dantego, rozbierać się do rosołu! Gorszy tym zwłaszcza amerykańskie malarki i poetki, które często bywają w kantynie. Inne są za to zachwycone i powtarzają, że "ten Włoch wygląda jak młody bóg".

Wasiliewa i jej przyjaciółka, malarka Marevna, znają wszystkich bywalców kantyny i wszelkie plotki dotyczące ich życia prywatnego i sukcesów bądź porażek artystycznych. Co nowego sprzedał Picasso, jak bardzo zbiedniał albo nisko upadł ten czy tamten, co jest nie tak z raną w głowie Apollinaire'a, z którą wrócił z frontu, albo kto z kim aktualnie sypia.

Ponoć po głośnym tego lata rozstaniu Modiglianiego z angielską poetką Beatrice Hastings Amedeo teraz prowadza się z Kanadyjką Simone, a Beatrice nadal żyje z rzeźbiarzem Piną, z którym zdradzała Włocha, gdy jeszcze byli parą. Podobno niedawno Wasiliewa i Marevna zorganizowały uroczystą kolację z okazji powrotu z wojny jakiegoś malarza. Zaproszono całą śmietankę artystyczną, ale Modiglianiemu powiedziano, żeby nie przychodził. Marevna zaprosiła bowiem Beatrice i Pinę, obawiano się więc, że dojdzie do rozróby. Nie wiadomo dlaczego, ale koniec końców Amedeo przyszedł na kolację. Ledwo się pokazał, a Pina wyciągnął w jego stronę rewolwer i zaczął strzelać! Obyło się bez strat, jeśli nie liczyć jakiejś rzeźby, którą roztrzaskała kula, a Modigliani czym prędzej uciekł.

Kiedy powtórzyłam te opowieści Hance, ta machnęła tylko ręką i powiedziała, że wszyscy wiedzą, że Marevna podkochuje się w Modiglianim, a ten pomimo jej gotowości do romansu nie ma zamiaru się z nią zadawać, bo sam wybiera sobie kochanki. Fakt ten doprowadza Rosjankę do wściekłości i prowokuje różne sytuacje. I że na pewno sama Marevna tak to wszystko rozegrała, żeby skończyło się awanturą. Spodziewała się draki i dostała to, czego chciała.

- To jej sprawka - uznaje Hanka.

Tyle się nasłuchałam o tym, jak łatwo Włoch wpada w szał i że wystarczy iskra, aby doprowadzić go do pasji, że naprawdę obawiam się pozowania. A co, jeśli będzie chciał ode mnie czegoś więcej? Tyle się słyszy o modelkach i o tym, że niemal zawsze przed seansem albo po nim dochodzi do intymnego zbliżenia z malarzem. A ja tego nie chcę!

- Zgodziłaś się, więc idź. Nie zawiedź Hanki i Leopolda - stwierdza krótko Kazik i lekko popycha mnie ku ponuremu wnętrzu hoteliku, w którym czuć zjełczałym tłuszczem i tanim winem. Mój mąż nie chce tam wchodzić.

Po chwili wspinam się wąskimi, obdrapanymi i skrzypiącymi schodami na ostatnie, szóste piętro, gdzie niewielką mansardę zajmują Zborowscy. Z okna roztacza się widok na szare dachy i ceglane kominy stłoczonych kamienic. Typowy pejzaż cieszący oczy każdego biedaka w Paryżu.

Hanka stawia na stoliku obok drewnianej skrzynki z farbami butelkę czerwonego wina i jedną szklankę. Przegląda jeszcze zawartość pudełka, sprawdza, czy wszystkie tubki farb, jakie wskazał na swojej liście malarz, są na miejscu.

Podchodzi do okna, odsłania niezbyt czyste, bure zasłonki. Mój wzrok bezwiednie podąża za rządkiem pluskiew, które wychodzą z miejsca, gdzie odstaje brzeg okropnej tapety w pasy w zielonkawym kolorze. Wzdrygam się. Ale w Paryżu do takich widoków trzeba się przyzwyczaić, zwłaszcza w tanich hotelach, jak ten.

Nagle słychać pukanie do drzwi. W progu staje Modigliani w swoim ciemnym kapeluszu i sztruksowym garniturze. Wita się kurtuazyjnie, pyta o samopoczucie i komentuje paryską wilgoć.

Mam wrażenie, że mnie nie widzi. Denerwuję się. On zaczyna się krzątać po pokoju. Zdejmuje marynarkę, podwija zacerowane w wielu miejscach rękawy koszuli. Mimo znoszonych ubrań wydaje się schludny. Jak to możliwe, skoro - jak twierdzi Stefania - każdą noc spędza na popijawach w podejrzanych spelunach, wbrew przepisom czasu wojny otwartych nawet nocą?

Modigliani ustawia dwa krzesła - jedno naprzeciwko drugiego, trzecie w niewielkim oddaleniu, bliżej okna. Ciasnota pomieszczenia jest sporym wyzwaniem. Merde! Manewrując krzesłami, niekiedy przeklina. Trochę pokasłuje.

Ja stoję w milczeniu. Wreszcie wskazuje mi miejsce na krześle ustawionym blisko okna. O szybę bębni deszcz.

- Dzisiaj chyba brakuje światła, może wolałby pan kiedy indziej... - zaczynam z nadzieją, że seans nie dojdzie do skutku. Ale on macha ręką i pogodnym tonem odpowiada:

- W Paryżu nie ma sensu liczyć na coś więcej. Kiedyś myślałem, że właśnie przez to światło nie mogę malować tak, jak chcę, ale już się przyzwyczaiłem. To, co widzę w modelach, i tak nie zależy od światła.

- To ja was już zostawię. Luniu, powodzenia! - mówi nagle Hanka i nie dając mi chwili na to, by zaoponować, szybko wychodzi po sprawunki. Nie zdążyłam zapytać, dlaczego nie ma tu sztalug. Czy malarze nie potrzebują sztalug, aby namalować obraz? Nie mam odwagi zapytać o to Modiglianiego.

Zostajemy sami. Siedzę sztywno na niewygodnym, twardym krześle i myślę, że nie wytrzymam trwania w bezruchu przez kilka godzin. Bicie serca słyszę jakby poza mną.

Modigliani wcale się nie odzywa. W kącie izby stoją oparte o ścianę, zgromadzone przez Zbo gotowe już do wykorzystania płótna na blejtramach oraz kilka starych obrazów, które nabył na pchlim targu, aby je od nowa zamalować. Włoch bierze do rąk każde z naciągniętych na ramę płócien i dokładnie je ogląda. Żaden z formatów widocznie mu nie pasuje, bo co rusz przegląda je od nowa, coraz bardziej nerwowo. Może teraz wścieknie się na Leopolda i nic nie wyjdzie z tego malowania?

Napięcie wzmaga coraz głośniej dzwoniący o dach deszcz.

- To się nada. Nieukończony portret tej okropnej dziwki nie jest mi do niczego potrzebny - mówi bardziej do siebie i w końcu wybiera jedno z płócien, na którym widnieje już wstępny zarys kobiecej sylwetki w bieli, brązie i czerni. Czy wspominając ową dziwkę, ma na myśli Angielkę Beatrice? Nie zasługuję na nietknięte płótno, myślę. Pewnie już nie wydaję się mu interesująca. Ale milczę.

Modigliani opiera obraz o zwrócone ku niemu krzesło. A więc tak będzie malował.

Rozsiada się, zakłada nogę na nogę i opiera o udo teczkę, na niej kładzie czystą białą kartkę. I wtedy zaczyna. Patrzy na mnie tak przenikliwie, że z początku zalewa mnie fala gorąca. Czuję, jak dostaję rumieńców, pieką mnie uszy. Oddycham nerwowo.

- Jestem wdzięczny, że założyła pani tak skromne ubranie. Ciemna sukienka jest idealna, ten prosty, jasny kołnierzyk wspaniale odcina się od jednolitego materiału. Pani uczesanie jest takie, jak lubię najbardziej: ciemne, naturalne włosy upięte w gładki kok. Cudowna powściągliwość! Nie znoszę materiałów we wzory, wymyślnych fryzur, ozdób i modnych fatałaszków. Kiedy modelka przychodzi w czymś takim i upiera się, że tak ma być, często rezygnuję z portretu - odzywa się nagle. - I proszę nie obcinać włosów! Te nowoczesne krótkie fryzury u kobiet zupełnie mi się nie podobają. Okropność!

Ma przyjazny, ciepły ton głosu. Rozluźniam się.

Kiwam głową. Jest miły. Chyba mnie polubił. A może się mylę. Jakie to ma znaczenie, pewnie po dzisiejszym seansie już nigdy nie będę z nim sam na sam.

- A ta owalna broszka? Co to jest? - pyta i podnosi się z krzesła. Przybliża się na tyle, abym poczuła zapach tytoniu i skóry dawno temu skropionej drzewną wodą kolońską. On nachyla się, przygląda broszce przypiętej pośrodku owalnego kołnierzyka.

- To kamea?

- Podarowała mi ją moja matka z okazji ukończenia gimnazjum z wyróżnieniem - wyjaśniam ciągle bardzo spięta.

- Dobra uczennica, brawo! - Uśmiecha się do mnie trochę dwuznacznie. - Wygląda na starą. - Modigliani wstaje i podchodzi blisko, aby przyjrzeć się broszce. Pachnie czymś słodkim, czego nie rozpoznaję. Czuję, jak oblewam się rumieńcem.

- To była chyba najcenniejsza rzecz, jaką mama w ogóle miała. Rodzinna pamiątka, pochodzi od jakiejś hrabianki, która bywała na balach u Napoleona - mówię spontanicznie i w ostatniej chwili powstrzymuję się przed dodaniem, że ten klejnocik otrzymała moja babka w podziękowaniu za wieloletnią służbę u owej damy.

Modigliani wraca na swoje krzesło i zaczyna szkicować. Obserwuję, jak z wielką biegłością, kilkoma pewnymi liniami wyczarowuje zarys mojej sylwetki.

- Proszę siedzieć w wyprostowanej pozycji. Dłonie złożone prosto, jedna na drugiej. O tak! - instruuje. Jeden rysunek jest skończony, ląduje na podłodze. Teraz zaczyna drugi. Kątem oka widzę zarys sylwetki w trzech czwartych.

- Proszę jedną rękę oprzeć o krzesło i położyć na niej drugą dłoń.

Skrupulatnie wypełniam te polecenia. Drugi szkic spada na ziemię. Zaraz po nim trzeci. Rysując, Modigliani patrzy na mnie przenikliwie. Ja zaś skupiam wzrok na widocznym za jego plecami lustrze, w którym odbija się skrawek pochmurnego nieba.

Przestało padać.

Moje ciało nadal jest spięte, ale przestaję kontrolować przyjętą pozycję.

Kolejna kartka ląduje na ziemi. Czy będę mogła zachować te szkice? Nie śmiem zapytać.

- No dobrze, zaraz zaczynam malować.

Wstaje i podchodzi do stolika, zapala papierosa. Jego ruchy są spokojne, wręcz nieco spowolnione. Z papierosem w ustach bierze do rąk kawałek prostej deseczki i wyciska na nią farby. Robi to jak gdyby od niechcenia, zupełnie jakby brał tubki w ciemno, nie zastanawiając się, jaka barwa jest w środku. Deska zapełnia się górkami połyskliwej mazi. Po chwili znowu siada na krześle. Cienkim pędzelkiem nabiera ciemnej farby i zaczyna wodzić nim po płótnie. Niestety poza prostokątem obrazu niewiele widzę. Domyślam się, że najpierw szkicuje zarys mojej sylwetki.

- Pani jest taka dystyngowana. Luniu, kiedy przekrzywia pani głowę, przypominają mi się obrazy Fra Angelico. Pani zapewne pochodzi z rodziny szlacheckiej, jak Hanka?

Czuję, że się czerwienię. Z trudem przełykam ślinę. W głowie paniczna myśl: powiedzieć prawdę? Odpowiadam szczerze, rzeczowym tonem:

- Jestem córką stolarza.

Modigliani na moment zastyga z pędzlem nad płótnem.

- Ha! - wykrzykuje radośnie zaskoczony. - To wspaniałe! Pani jest nadzwyczajna! Teraz jestem jeszcze bardziej zaintrygowany. Lubię pani ciemne włosy uczesane w gładki kok, z przedziałkiem pośrodku, podoba mi się skromność, te rumieńce, to rzadkie u mężatki. - Posyła mi szczery uśmiech. Nie jest to jednak uśmiech mężczyzny, który pragnie mieć kobietę w łóżku. Dzisiaj zupełnie nie czuję, żeby patrzył na mnie w taki sposób.

Wraca do malowania. Patrzy na mnie jakby mniej uważnie. Milczę. Serce zaczyna przyśpieszać. W takich emocjonalnych sytuacjach często odzywa się moja arytmia.

Włoch podchodzi do stolika, bierze do ręki butelkę wina, ogląda ją przez moment i nalewa sobie pełną szklankę. Pije, jakby to była woda. Wychyla całość i nalewa kolejną. Stawia ją obok krzesła, na którym siedzi w trakcie malowania. Z energią wraca do pracy.

- Od czego zaczyna pan portret? - zbieram się na odwagę.

- Zawsze od oczu! Ale proszę opowiedzieć, w jaki sposób córka polskiego stolarza znalazła się w Paryżu?

Raczę go opowieścią, jaką nieraz przytaczałam w odpowiedzi na pytanie stawiane przez obcych ludzi. Ale kiedy wypowiadam swoją historyjkę o ukończeniu gimnazjum z wyróżnieniem, wspaniałomyślności doktorostwa Wańkowskich, czuję, że akurat jemu powinnam powiedzieć coś bardziej zbliżonego do prawdy.

- Tak naprawdę nie znalazłabym się tutaj, gdyby nie poezja.

- Czułem, że w pani jest to coś, wiedziałem! Czyja poezja? - Marszczy czoło.

- Keats, Baudelaire, Rimbaud... - wymieniam nazwiska moich poetyckich bogów, których poznałam dzięki pismu "Chimera". Było ono dla mnie kluczem do prawdziwego tajemniczego królestwa.

- Bravo! Ecco! - wykrzykuje. - To moi ukochani poeci! Od pierwszej chwili, kiedy panią zobaczyłem, czułem, że coś nas łączy! - mówi i podniosłym tonem zaczyna deklamować po francusku. Też znam te wersy niemal na pamięć, ale po polsku. Kiedy Modigliani swoim melodyjnym głosem wypowiada słowa Baudelaire'a, ja szepczę znany mi przekład.

- Najpiękniej pani wygląda, kiedy tak przymyka pani oczy i bezwiednie rozchyla lekko wargi. Wiem, że ten jeden obraz to za mało. Chcę panią malować ponownie i potem może raz jeszcze. Dopóki nie uchwycę tej melancholii. Skąd ona się bierze?

- Z marzeń? Trudno to opowiedzieć w kilku słowach. Bieda, marzenia karmione poezją, Kraków?

Paryskie dachy zalewa ostre po deszczu słońce.

- Cudowna jest ta pani broszka! Chcę panią namalować ponownie z kameą - oświadcza władczym tonem. - Zgodzi się pani na kolejny portret?

Kiwam głową. Nie umiem mu odmówić.

- Lun-i-a, co to za zdrobnienie? Brzmi prawie jak "luna", księżyc.

- Tak naprawdę mam na imię Ludwika. Tak mówiła na mnie babcia z Warszawy. Tam się urodziłam, krakowianką zostałam dopiero później.

- Zbo, pani i pani mąż, nawet Mojżesz Kisling, wszyscy jesteście z Krakowa!

- Przez pierwsze dziewięć lat życia mieszkałam w Warszawie. Kiedy byłam mała, ojciec poszedł na kilka lat do więzienia za działalność w organizacjach robotniczych. Gdy wyszedł, przenieśliśmy się wszyscy do Krakowa.

- W domu w Livorno na mnie mówiono i nadal mówi się Dedo. Mój starszy brat też jest socjalistą i też siedział w więzieniu. - Modigliani uśmiecha się dobrotliwie. - Mogę zwracać się do ciebie po imieniu, Lunia? Pięknie to brzmi. Mów do mnie Amedeo.

Zapada cisza. Chciałabym zobaczyć, jak w tym momencie wygląda obraz. Oto materializuję się na skrawku materiału. Zyskuję świadectwo istnienia. Czy to nie dziwne? Jaką mnie przedstawił? Niepokoję się, że nie będę mogła zobaczyć portretu. Hanka uprzedzała mnie, że Modigliani nie znosi, gdy ktoś patrzy na niego w trakcie pracy i gdy modelka czy model oglądają jeszcze świeży obraz i komentują swoje podobieństwo do przedstawionego wizerunku.

- Pamiętaj, możesz być wcale niepodobna do swojego odbicia, do którego jesteś przyzwyczajona. On cię widzi na swój sposób. Jego przyjaciel Max Jacob mówi, że Amedeo przedstawia wspaniałość duszy - przestrzegała Hanka.

Uświadamiam sobie, że muszę tak trwać w jednej pozie od przeszło dwóch godzin. Ale już mi to nie przeszkadza. Uspokoiłam się. Mój umysł oddziela się od ciała, a ono trwa w bezruchu. Przymykam oczy. Modigliani nie oponuje. Jest skupiony, ale jakby już mnie nie widział. Jego ręka pewnym ruchem sunie po płótnie.

Pracuje w ciszy. Ja gdzieś odpływam, nie wiem, czy na łąkę przy gliniance, gdzie chodziliśmy się kąpać z grupą dzieciaków, czy może w wypełnione zapachem kadzidła wnętrze kościoła, który odwiedzałam czasami w tajemnicy przed rodzicami. Ojciec byłby wściekły. Córka komunisty nie wierzy w bujdy o Bogu. Ale ja lubiłam zakradać się do wypełnionego tyloma dziwnymi przedmiotami wnętrza. Podobały mi się wysokie sklepienia starych kościołów, których w Krakowie nie brakuje.

Jak bardzo to jest intymne, myślę sobie zaklęta w nieruchomej pozie. Malarz patrzący na mnie, ja trwająca tak dla niego. Momentami czuję napięcie, jakie się między nami wytwarza. W niewielkiej przestrzeni hotelowego pokoju gęstnieje energia. Czuję jego ciepło i przychylność, a to dużo więcej niż świadomość podobania się mężczyźnie. Modigliani w niezrozumiały sposób oddziałuje na moje "ja". Nie mogę powiedzieć, że się przed nim odkrywam, nie - to nie to. Raczej poddaję się wizji artysty bez zahamowań i skrupułów. Mam wrażenie, że ciemnymi, bystrymi oczami czyta we mnie jak w otwartej księdze. Jakimś komentarzem albo komplementem ujawnia to, czego nikomu nie powiedziałam, a nawet nie śmiałam przyznać przed sobą. Naturalnie, niemalże od niechcenia Amedeo sprawia, że rosnę we własnych oczach. Kiedy patrzę na swoje odbicie, moja twarz wydaje mi się odmieniona. I podoba mi się to, co widzę. Z każdą kolejną godziną pozowania pęcznieje we mnie ciche uniesienie. Co przeżywam? Z pewnością coś ważnego. Otwieram się, jak tylko mogę najszczerzej.

Modigliani bierze do rąk grubszy pędzel. Domyślam się, że służy do malowania tła. Zaczyna podśpiewywać jakąś włoską piosenkę. Jedynym słowem, jakie jestem w stanie wyróżnić, jest mare, morze.

Z zapałem, wręcz furią naciera na płótno. Robi to coraz szybciej, coraz gwałtowniej. Atakuje materię z takim impetem, że widzę, jak pędzel robi w niej wgłębienia. Zaraz przebije płótno! Dźga je agresywnie, nabiera dużą ilość tłustej, ciemnej farby i dynamicznie przenosi na obraz. Popiół z tkwiącego w kąciku ust papierosa sypie się na jego koszulę i podłogę. On nie zwraca na to uwagi. Kolejna farba, rudobrązowa. I znowu atak na płótno, aż nagle rozlega się huk. Krzesło przewraca się na podłogę, atakowany pędzlem obraz upada na podłogę. Wydaję z siebie krzyk.

Modigliani zrywa się, podnosi obraz, ustawia z powrotem krzesło.

- Przepraszam, że cię wystraszyłem! Wybacz!

Patrzy na płótno i ocenia straty. Przez moment widzę portret, moją ciemną sylwetkę ze skromnie ułożonymi dłońmi, brzoskwiniową twarz, świecące się od niewyschniętej farby ciemne tło. Przez sekundę widzę moje oczy - puste, obrysowane kształty migdałów, wypełnione intensywnym błękitem, który emanuje z zamalowanego ciemnymi barwami płótna.

- Nic się na szczęście nie stało! - stwierdza nonszalancko. Poprawia coś palcem na powierzchni obrazu. - Ależ się zapędziłem! Wszystko jest w porządku. Możesz już właściwie iść. Zapewne mąż czeka. Ja tu sobie w spokoju popracuję nad detalami - informuje i nie patrzy już na mnie wcale. Wraca do pracy.

Nie pozostaje mi nic innego, jak wstać. Zastałe kości trochę bolą. Wkładam płaszcz, kapelusz. Boję się zapytać, czy mogę zerknąć na obraz.

- Dziękuję, do widzenia - żegnam się cicho.

On nie odrywa wzroku od płótna.

- Bardzo dziękuję, jesteś wspaniałą modelką! - mówi. - Do zobaczenia! - rzuca, gdy zamykam za sobą drzwi.

Schodzę na dół krętymi schodami. Siedzący na dole pracownik hotelu obrzuca mnie nieprzyjemnym spojrzeniem. Spoglądam na zegar wiszący nad kontuarem. Minęły cztery godziny!

Jest już ciemno. Z ulgą oddycham świeżym, wilgotnym powietrzem. Kiedy żwawym krokiem ruszam w dół ulicy, zauważam stojącą nieopodal wejścia do hotelu młodą kobietę. Ubrana w szary płaszcz i takiego samego koloru beret, spod którego wystają popielate pasma włosów, patrzy na mnie badawczo. Czyżby to była kochanka Modiglianiego, owa Kanadyjka Simone? Odwracam twarz i przyśpieszam kroku.

Nagle czuję, że jestem potwornie głodna.

 

[...]