ROZDZIAŁ 1
Zamykam drzwi i czuję, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze.
Radość i ekscytacja, które wypełniały mnie po brzegi jeszcze kilka godzin temu, gdzieś się ulotniły, a pojawiły się same wątpliwości.
Czy dam radę sama w obcym mieście?
Czy znajdę tu znajomych?
Czy zadomowię się w nowym miejscu?
Czy praca, którą dostałam, będzie odpowiednia?
Pytania w głowie krążą z prędkością światła. Czuję się jak potrzebująca wsparcia mała dziewczynka. Chciałabym usłyszeć jakieś słowo pocieszenia, móc się wypłakać komuś w rękaw lub chociaż pobyć z kimś innym niż futrzasty miauczun.
Kocham go, ale teraz oddałabym wszystko za możliwość rozmowy.
Opieram się o framugę.
Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.
Z tyłu głowy czuję lekki ucisk. Ciągnę barki w dół, wydłużam szyję. Fizjoterapeuta, do którego jeszcze niedawno chodziłam regularnie, twierdził, że moje bóle, kwalifikowane przez mamę jako migreny, są wywołane stresem i powinnam walczyć z napięciem w ciele. Dużo się rozciągać, a gdy pojawia się chociaż ćmienie, luzować szyję i rozciągać plecy.
Robię te wszystkie dziwne ruchy, które mi pokazał.
Głowa w dół. Głowa w górę. W prawo, w lewo. Po skosie w prawo. Po skosie w lewo. Każdą pozycję trzymam dwadzieścia sekund. I tak po pięć razy.
Od razu czuję się lepiej.
Ruszam do salonu. Największej części mojego nowego mieszkania. Aktualnie nie wygląda zachęcająco. Kilkanaście kartonów z dobytkiem, meble w pudłach. Jedynie kuchnia nadaje się do użytku. Podobno całkiem niedawno zrobiono tu remont. Wyrzucono wszystkie stare sprzęty. Pomalowano, po czym ponownie zabudowano, do tego wstawiono nową lodówkę oraz piekarnik z jakimiś super opcjami. Nie potrafię dobrze gotować, ale posiadanie tych urządzeń stanowiło wisienkę na torcie. Gdy agentka nieruchomości o tym opowiadała, odczytałam to jako znak z niebios. Czas rozwinąć się pod kątem kulinarnym i rozszerzyć zakres umiejętności, a z takim osprzętem na pewno będzie to łatwiejsze.
Poza meblami, na które patrzę, w mieszkaniu została jeszcze kanapa w pokoju gościnnym. Nie planuję jej zbyt często używać. Jest brzydka, niewygodna, ale na razie musi tu zostać. Na nową mnie nie stać.
Resztę mogłam przywieźć ze sobą lub kupić.
Ta pierwsza opcja nie wchodziła w grę. Nie chciałam niczego zabierać ze starego mieszkania. Wolałam się odciąć od wszystkiego, a nawet w meblach widziałam sporo symboliki.
Poza tym kupowanie nowych rzeczy stanowiło miły akcent w tej całej przygodzie.
Zaczęłam od salonu. Znalazłam kanapę. Niezbyt dużą, bo nie planowałam przyjmować zbyt wielu gości jednocześnie. Potem kupiłam szafkę pod telewizor, no i samo urządzenie. Nie przyda mi się za często, więc wybrałam takie nie za wielkie. Do oglądania komedii romantycznych i reality show w zupełności wystarczy.
Nie jestem jak mój brat, który musi mieć wszystko największe. Lata temu sprawił sobie rzutnik, bo przekątna dostępnych plazm mu nie odpowiadała. Za to gdy ostatnio z nim gadałam, chwalił się, że kupił gigantyczny monitor do pracy. Nie wiem, jak to możliwe, ale podobno jest długi i wygięty. Od lat nie pracuje na laptopie, bo musi wyświetlać sobie projekty na monitorach. Wcześniej robił to na trzech, teraz może na jednym. Miał mi przesłać zdjęcie tego nowego nabytku, lecz jak zwykle zapomniał.
Ja na szczęście jestem inna i mogłam śmiało wybrać jeden z mniejszych i tańszych monitorów, co pana w sklepie wprawiło w zdziwienie. Koniecznie chciał mi wcisnąć ten najnowszy i najdroższy, ale ja się nie dałam, co wywołało u niego westchnienia i wielce niezadowolony grymas.
W tym aspekcie wiedziałam dokładnie, czego chciałam, za to utknęłam na sypialni. Tam się okazało, że jednak nie jestem taka łatwa w obsłudze i gdy mam wybór, to potrafię wybrzydzać niegorzej niż brat.
Zaczęło się od ramy łóżka. Obejrzałam kilkanaście ofert na stronach sklepów meblarskich. Większość była taka prosta, nijaka. A te bardziej wyszukane dobrze prezentowałyby się w burdelu, przynajmniej ja tak to sobie wyobrażałam. W końcu trafiłam na eleganckie łóżko z pikowanym obiciem. I gdy myślałam, że już będzie z górki, znowu pojawił się problem.
Materac.
Wiem, że powinnam pojechać do jakiegoś salonu, poleżeć na kilku materacach, zobaczyć, czy będzie mi wygodnie, ale nie miałam na to czasu. Zamówiłam ten, który zdobył sporo pozytywnych opinii, licząc, że spełni i moje wymagania.
Siadam na jedynym krześle, które złożyłam, gdy panowie z kartonami kręcili się między mieszkaniem a niewielką ciężarówką, i się rozglądam.
Co najmniej tydzień zajmie mi wypakowanie całego tego majdanu, skręcenie szafek, reszty krzeseł, rozłożenie zawartości kartonów na miejsce, ale i tak czuję, jak te negatywne emocje gdzieś się oddalają, a ich miejsce zajmują ulga i radość. Jakbym była u siebie w domu, jestem tu raptem drugi dzień.
Momentalnie przychodzi Coco. Wskakuje mi na kolana i robi trzy kółka, zanim znajdzie odpowiednią pozycję, która zawsze jest taka sama, po czym zaczyna uderzać mnie główką w dłoń. To sygnał, żebym ją głaskała.
- Oj, bąbelku. - Drapię ją pod bródką. - Jak ci minął dzień?
Patrzy na mnie małymi oczkami, w których jest ocean miłości do mnie i nic poza tym.
Często zazdroszczę jej tego luzu, braku problemów. Je, śpi, korzysta z kuwety i znowu śpi. Zero kłopotów, zero zmartwień. Tak bardzo chciałabym mieć wszystko gdzieś, a ja jak zawsze się przejmuję. A teraz lista trosk wydłużyła się niemiłosiernie.
Praca.
Rodzina.
Przyjaciele.
Nowe miejsce.
No i wracające migawki wspomnień z tego dnia.
Ona zupełnie się nie przejmuje takimi rzeczami. Mam wrażenie, że zmiana miejsca zamieszkania nawet jej jakoś mocno nie obeszła.
Siedzę tak chwilę, aż słyszę dźwięk klaksonu. Podchodzę do okna. Na podwórku nie ma żadnego samochodu. Zauważyłam, że ludzie czasami trąbią, gdy chcą wjechać lub wyjechać.
Teraz jednak nikogo nie dostrzegam.
Na zewnątrz biegają dzieciaki. Tak jak kiedyś. To jeden z powodów, dla których wybrałam to miejsce. Jest tak swojsko. Jak tylko tu wjechałam, pomyślałam o dzieciństwie. O bezpowrotnie minionych czasach, gdy wraz z koleżankami siedziałyśmy na huśtawkach, bawiłyśmy się w dom pod drabinkami, na które nakładałyśmy kartony. Co chwilę chłopcy anektowali sobie naszą budowlę, twierdząc, że to baza wojskowa, aż w końcu zrobiliśmy większą wspólną i wszyscy się zmieścili.
Raz nawet wpadliśmy na pomysł, aby tam spać, ale rodzice się nie zgodzili. Padało strasznie, jednak nam to nie przeszkadzało. Siedzieliśmy tak długo, aż mama siłą mnie wyciągnęła, strasząc całą listą chorób, które mogłabym złapać, gdybym tam została. Teraz dzieci mają inne zabawy, a ich nieodzownym elementem jest telefon, tablet lub jakieś inne urządzenie elektroniczne. Inaczej się już nie odnajdują. Tutaj mam wrażenie, że ktoś postanowił o dzieciaki powalczyć, a nie jak większość stawiać na nich krzyżyk.
Ale nie tylko to mnie urzekło.
Cztery budynki otoczone ogrodzeniem, wzdłuż którego posadzono gęsto rośliny. Nikt obcy nie ma prawa się tu dostać, a także nie może sam opuścić tego terenu w sposób niekontrolowany, a na tym zależało mi jeszcze bardziej.
Siadam na parapecie, na którym ułożyłam kilka poduszek. Gdy tylko zobaczyłam tę szeroką półkę, wiedziałam, że urządzę sobie tutaj miejsce do czytania książek, ale też i punkt obserwacyjny.
Uwielbiam to robić.
Patrzeć, jak ludzie się zachowują, gdy myślą, że nikt ich nie widzi.
Przyglądać się im, kiedy rozmawiają czy się kłócą.
Aktualnie śledzę wzrokiem dwóch chłopców i dziewczynkę, siedzą na krawężniku i rzucają kamieniami. Wygląda, jakby robili to zupełnie bez sensu, ale dopiero po chwili dostrzegam małe wiaderko, które jest ich celem.
Przenoszę wzrok na budynek obok. Tam nic się nie dzieje, za to w tym naprzeciwko w oknie pojawia się kobieta.
Pierwszy raz ją widzę, co nie jest dziwne. Dotychczas spotkałam raptem dwie osoby, z jedną wymieniłam zdawkowe "dzień dobry", a z drugą chwilę porozmawiałam.
Sąsiadka ma blond włosy do ramion i piękną twarz, jakby ktoś stworzył ją w programie komputerowym. Otwiera okno i krzyczy coś do dzieci, ale nie słyszę co. Chętnie uchyliłabym swoje, lecz nie chcę wyjść na wścibską, szczególnie że mnie zauważyła.
Macham do niej i zaczynam drapać Coco po brzuchu. Nie mogę się ordynarnie gapić na tę kobietę.
Raz po raz zerkam w jej kierunku.
Kim może być?
To pytanie zawsze sobie zadaję, gdy komuś bacznie się przyglądam.
Po reakcji dzieci zakładam, że jest mamą wyższego chłopca. Tylko on się prostuje. Kiwa głową, nagle wstaje i na potwierdzenie moich domysłów idzie do klatki w budynku naprzeciwko, a pozostała dwójka siedzi naburmuszona.
Raczej to, co im powiedziała, nie było miłe.
Dzieciaki tkwią nadal na krawężniku, ale już nie rzucają kamieniami. Wszystkie położyły za sobą.
Może zwróciła im uwagę, że nie powinny tego robić.
Po chwili drzwi do budynku na wprost mojego się otwierają i pojawia się sąsiadka, a za nią idzie młodzieniec, który zapewne jest jej synem.
Teraz widzę ją w całej okazałości.
Wygląda niezwykle atrakcyjnie. Luźne spodnie, do tego koszula w kratę i buty na płaskiej podeszwie. Niby elegancko, ale na luzie. Zawsze chciałam potrafić się tak nosić, lecz mi to nie wychodzi. Coś robię nie tak, bo w efekcie ubieram się albo totalnie sportowo, albo zbyt wizytowo, jakbym szła na rozmowę o pracę lub pogrzeb. Mój gust nie potrafi stworzyć czegoś pośrodku.
Układam Coco na poduszce obok i przybliżam twarz do szyby, jakbym dzięki temu mogła usłyszeć, o czym mówią. Niestety to nie pomaga. Patrzę, jak kobieta podchodzi do dzieci, a te momentalnie wstają. Coś im tłumaczy. Słuchają, potakując, chociaż w pewnym momencie chłopiec, ten niższy, kręci głową na boki, czerwieniąc się przy tym.
Nie wygląda na zadowolonego. Kobieta podchodzi bliżej. Twarz wygina się jej w nienaturalnym grymasie. Jest zła. Rozmawiają przez chwilę, gdy nagle buzie dzieciaków się rozpromieniają. Nie widzę, co jest tego powodem. Chyba ktoś idzie w ich stronę.
Ktoś znajomy, kogo lubią.
Pochylam głowę.
Ten ktoś wyszedł z mojego budynku.
Kobieta stojąca z dziećmi się odwraca.
Od razu wiem, że nie podziela entuzjazmu maluchów. Prostuje się i napina. Nawet z daleka zauważam, jak wyraz jej twarzy się zmienia. Na policzkach uwydatniają się napięte mięśnie żwaczy.
Przysuwam się jeszcze bliżej. Nosem dotykam szyby, ale ignoruję plamy, które zostawiam.
W końcu dostrzegam nadchodzącą osobę.
- Pani Teresa? - mówię sama do siebie. Rozmawiałam o niej z agentką nieruchomości, pokazała mi nawet jej zdjęcie.
Dałabym wszystko, żeby wiedzieć, o czym mówią.
Patrzę na dwie kobiety i już wiem, że młodsza na sto procent nie lubi tej starszej. Nie słyszę ani słowa, ale jej zachowanie o tym świadczy.
Ewidentnie nie pozwala synowi podejść do zbliżającej się sąsiadki, mimo że ten wykonał w jej stronę mały krok.
Zamiast tego chwyta go za ramię i ciągnie do samochodu. Wsiadają i w pośpiechu odjeżdżają.
- Ciekawe - szepczę do Coco. - Nawet w raju czasami dzieje się coś niepokojącego.