Lumpy. Co się czai w second handach - Przemek Srogosz

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (47,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CHAMSTWOI MADAFAKERSTWONA OTWARCIULUMPEKSU

.

Stoimy pod lumpem, dzień otwarcia. Trochę pizga, ale naszło się ludzi. Mój ziomo wali chmurę z epeta, w którym odbywa się, fachowo mówiąc, waporyzacja kanabinoli. Przypominam koledze, że będzie miał baniak jeszcze bardziej niegotowy na to, co się wydarzy. Bo to jest, proszę państwa, otwarcie lumpeksu.

Nie pytaj: jakiego? To byłaby wzmianka. Wzmianka to reklama, a za reklamę się płaci.

Patrzymy przez szkło witryny. W środku pracownice wystrojone jak hostessy; jest tort, fotograf, są balony. Gdy tylko otworzą drzwi o dziewiątej, całym tabunem wjedziemy w to kinderparty na tak zwanej pełnej. Już czuć w narodzie siłę. Buzują emocje. Rosną apetyty. Będzie dobrze, jak się drzwi ostaną w futrynie.

- Co mam robić? - pyta ziomo, bo to jego pierwsza dostawa.

- Nie przewróć się.

Jest za pięć dziewiąta. Już psioczą stare lumpucery, baby lumpowe, które przyłażą tu dla przygód, nie dla zarobku. Lubią mącić, grać ofiary, ustawiać się na zatracenie tuż pod drzwiami. Jeśli myślisz, że szczytem odwagi jest zjazd za kasę od Red Bulla z Kilimandżaro, to chyba znasz życie tylko z virali.

Stuletnia babcia z kośćmi z herbatników staje przed bandą młodych byczków - tak się pluje życiu w twarz. To jest prawdziwy straceńców los. Ona była pierwsza. Pierwsza na OIOM. Ale przecież trudno mieć pretensje, wszystkim nam patronuje święta Chciwość, wszyscy chcemy kupić tanio, a dobrze. Nikt tu nas nie zmusza. Nie przyszliśmy tu w gaciach po kawałek przyodziewku. Biedni nie kupują w lumpeksach, tylko w Pepco. Wchodzisz na ring, to dostajesz w pysk.

Stoimy zbici w kupę. Chodnikiem idą jakieś melanżowe resztki - buzzcuty na bani, na dupie dżins z lajkrą opięty jak skórka na kaszance. Koleś w bluzie z wielkim napisem CHANEL celuje w nas palcem, bo śmieszy go kolejka pod lumpem. Kilka osób odwraca się plecami, chowa twarz w tłumie. No tak, bezbronni, zawstydzeni; co tu robicie w poniedziałek o dziewiątej pod szmateksem?

A koleś nie wie, że beka to z niego. Od wielkości do śmieszności jeden krok. Ma bluzę z linii dyfuzyjnej - a to lukier dla biedaków. Marki robią je, by dać polizać. Prosty patent: na taniego w produkcji zwyklaka walisz napis, który masom kojarzy się z luksusem, a potem gonisz to z narzutem, który jest niczym innym jak melą w oko. Ten napis nie mówi: "Zobacz, mam piniondz". A jest wręcz odwrotnie. Nie masz ich dość, by nosić główną linię - ubrania, które nie drą ryja, ale szepczą. Do innych dzianych kolesi z jachtów, penthousów i zarządów, którzy znają i rozumieją język szeptu.

Gość nigdy się nie dowie.

Ale oto już idzie z uśmiechem pani menedżer. Niesie złoty klucz do bram lumpeksu. Wyciągam głowę, próbuję jej zajrzeć w oczy. Czy się boi, czy przeczuwa, czy ktoś ją uprzedził? Czy wie, że drzwi otwierają się do środka?

Fotograf już przegięty w pozie fotografa. Już gotowy, by uwiecznić ten wyjątkowy moment. Trzy, dwa...

Zgrzyt zamka i wpadamy do środka. Drzwi zmiatają babkę jak wycieraczka ptasiego kleksa z przedniej szyby. Zbita ludzka masa przeciska się przez drzwi. Już ci, co się pchają, drą mordę, żeby się nie pchać. Już jęczą stare baby. Jedna z pracownic rzuca coś w żartobliwym tonie, że proszę państwa, spokojnie, dla wszystkich starczy. Jeszcze nie kuma, że równie dobrze mogłaby mówić do pitbulla, który się wgryzł w dziecięcą nogę.

Nie przyszliśmy tu po szmaty. Przyszliśmy po złoto.

Łapię zioma za ramię i ciągnę za sobą. Wpadamy między wieszaki. Tam już pełen kocioł. Kolesie ze zorganizowanej grupy lumpiarskiej chwytają całe naręcza ubrań i rzucają na podłogę. W mig wyrastają zwały szmat. Stary numer. Pilnują potem tych stert jak pies ogrodnika: że to ich, oni to wszystko biorą, oni tu byli pierwsi, oni to zobaczyli.

Zerkam na fotografa. Gość ma minę, jakby mu właśnie wjechały grzyby. W ogóle nie kuma, co się dzieje. Barbarzyńcy w lumpeksie. Wizygoci rozwalają lokal. Będzie mógł później opowiadać nad sojowym zajzajerem, że świat to chore miejsce, a piekło to inni. Wtedy jednak nie był taki do przodu, bo tylko stał z aparatem na brzuchu, próbując zebrać to jakoś do kupy. Miał tylko zrobić kilka ładnych zdjęć na cele marketingowe, post na fejsa, reels na insta, najlepsze do gablotki w gabinecie szefa, a widzi jak chłop wyrywa staruszce koszyk ze szmatami.

- Po-je-ba-ne - szepcze mój ziomo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki