LUMP - Cezary Startek

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Strażnicy miejscy, niczym bezosobowe postacie wykonujące tylko swój obowiązek, odstawili go do schroniska. W miejscu tym - bez względu na to, co się działo w świecie zewnętrznym - zawsze istniała zasada: "Muszą przyjąć każdego, kto przyjdzie". Choć wiedzieli, że nie ma już miejsca, a czasami serca były równie puste jak te sale, ich to nie obchodziło. To nie ich problem.

Schronisko miało swój statut i swoje procedury, w które nie musieli się zagłębiać. Nawet w przypadku, gdy miejsce dla duszy samotnej było już tylko w powietrzu, czekały w zapasie materace, by położyć je na zimnym korytarzu. W końcu musieli być przygotowani na wszystko.

Zima tego roku przypomniała o sobie w sposób, którego nie dało się zignorować. Wiatr, jak tnący nóż, przeszywał wszystko, co napotkał na swojej drodze. Wiał bez litości, jakby chciał pozbyć się wszystkich, którzy nie potrafili znaleźć swojego miejsca. Był mroźny, nieubłagany. W porównaniu z minionymi latami, gdy zima stawała się coraz łagodniejsza, ta przypomniała o swoich dawnych siłach - śnieg spadał przez tygodnie, tworząc zaspy, które zdawały się chować całe miasta w białej ciszy. Służby miejskie nie miały na to wystarczających zasobów, bo ich budżet składał się jedynie z soli i piachu, które miały pomóc przez kilka tygodni zimy. Jednak to, co ludzkie, często zderza się z tym, co nieuchronne w naturze.

Schronisko miało miejsce dla dwudziestu pięciu osób, tak jakby w mieście liczącym trzydzieści tysięcy mieszkańców, nie było prawa być ich więcej. Kiedy liczba przekraczała tę magiczną granicę, władze wpadały w panikę. Mimo to, ich umysły starały się znaleźć usprawiedliwienie, pozwalając sobie na to, by tylko ci dwudziestu pięciu mieli "prawo" do bycia bezdomnymi.

Zimowa noc była brutalna, a ci, którzy stali w drzwiach schroniska, czuli, że ciepło, które było tam dostępne, to tylko złudzenie. Było ich coraz więcej, a każdy kolejny dzień przynosił nowych, gotowych stać się częścią tej nędzy. Czasami było ich siedemdziesięciu pięciu. I choć miejsce było ciasne, nikt nie mówił o tym głośno, bo to oznaczało, że władze nie spełniają swojej roli.

Grupka stałych bywalców schroniska, jakby otulona w puch beznadziei, siedziała wokół stołu, nie do końca żywa, nie do końca martwa.

- Przywieźli znów nowego - zaczął mężczyzna z czerwonym nosem, który od lat niósł ze sobą wspomnienie zamrożonych dni. Nosił ksywkę "Nochal" - nie tylko z powodu nosa, ale także dlatego, że od dawna nie chciał już dostrzegać tego, co było dla niego życiem.

- To nie jeden z nas - odpowiedział inny głos. - Odys odszedł wczoraj, znaleźli go na ławce pod dworcem. Schlał się i zamarzł. Chyba lepiej, że już ma to za sobą.

- A życie, cóż... Zdycha jak pies - rzucił ktoś z tyłu.

- Ale to nasz wybór, pamiętasz? - dodał Nochal, z odrobiną goryczy, której nie potrafił zignorować.

- Nie gadaj tyle, bo cię zjedzą motyle - odezwał się ktoś zniecierpliwiony, spoglądając na innych, by upewnić się, że nikt ich nie zobaczy. W tym miejscu, jak w wielu innych, picie było zakazane, ale nie codziennie można odnaleźć odrobinę zapomnienia.

W ciszy, która nastała, każdy z nich trwał w swoich myślach. W ciszy, która mówiła więcej niż słowa. Byli tu już tak długo, że czas stał się czymś nieważnym - niczym mgliste wspomnienie, które nie miało znaczenia w obliczu zimowego chłodu.

Zatem życie toczyło się w nieustannym oczekiwaniu. Czasami bywało, że przez chwilę pojawiała się nadzieja - ta iluzja, która na moment sprawiała, że wszystko wydawało się łatwiejsze. Jednak nadzieja była rzadkim gościem, jak niewielki promyk słońca, który przez chwilę przebijał się przez gęste chmury, by zniknąć zaraz po tym, jak zdążył rozgrzać serca. W tej zimnej rzeczywistości nikt nie pytał o marzenia, nikt nie zastanawiał się nad przyszłością. Każdy z nich żył tu i teraz, wśród brudu, zapachów, ciszy nocy i zgiełku dnia.

Wieczór zbliżał się nieubłaganie. Wschodzący księżyc nie przynosił ukojenia, tylko uwypuklał cienie, które rozciągały się na wilgotnych chodnikach. Gdyby spojrzeć z góry, można by było dostrzec, jak miasto, pełne tętniącego życia, oddziela się od tej enklawy, gdzie czas nie istnieje. Schronisko wznosiło się na przedmieściach niczym zapomniane sanktuarium. Z drzwiami, które otwierano o osiemnastej, jakby całe miasto czekało na ten sygnał, by zapomnieć o tym, co się za nimi kryło.

Wśród ludzi czekających przed wejściem na ten mały kawałek "ich ziemi", panowała cisza. Każdy z nich starał się unikać wzroku innych, jakby wstydząc się tego, że jeszcze tu byli, że wciąż tkwią w tym piekle. Wzrok błądził po ziemi, ręce trzymały się kurczowo toreb, plecaków, nadziei na ciepły kąt i kawałek chleba. Żaden z nich nie mówił nic głośno, bo słowa w tym miejscu nie miały wartości. Tylko cichy szelest kroków, stłumione oddechy i nieśmiałe spojrzenia. I tak, jak codziennie, czekali.

Zimno wbijało się w kości, czuli to bardziej niż inne osoby. Czuło się to w zmęczonych twarzach, w chudych dłoniach, w wyrazach tych, którzy spędzili tu za dużo czasu. Czekali na moment, w którym drzwi w końcu się otworzą, ale wiedzieli, że nie wszyscy dostaną się do środka. Zawsze zostawał ktoś na zewnątrz. Nie była to jednak tragedia, bo tu na zewnątrz, pomiędzy tymi, którzy "zostali", toczyły się niepisane zasady. Zawierali układy, czasem trzymali się razem, czasem każdy z nich zamieniał się w obcego. Zasady były twarde, jak te same, które trzymali w sercu - nieufność, ostrożność i zrozumienie, że jutro to już może być tylko daleka nadzieja, zbyt ulotna, by na nią czekać.

Dźwięk klucza przekręcanego w zamku rozbrzmiał w ciszy. Był to ten dźwięk, który po chwili otworzył drzwi na nową noc, pełną cienia, zapachów, nieznanych twarzy. "Nochal" wszedł jako pierwszy, wślizgując się pośród innych. Szum rozmów, szelest ubrań, dźwięk wyszukiwanego miejsca na podłodze - wszystko to napełniało przestrzeń beznadzieją. Każdy z nich czuł, jak cienka granica dzieli ich od tych, którzy zmagali się z jeszcze gorszymi demonami - tymi, którzy nie potrafili już oderwać się od swojego ciężaru.

"Nowy" był dziś zagadką. Miał na sobie kurtkę, która w tej okolicy wyglądała jak coś nieodpowiedniego. Jakby coś zbyt czystego, coś, co nie pasowało do reszty. Jego twarz była zaczerwieniona, ale nie tylko od wstydu. Był zmęczony, zrozpaczony. Każdy jego ruch świadczył o tym, że nie miał tu być. A mimo to wkrótce zostanie jednym z nich. Tak to działało. Z czasem każdy tu był, z wyjątkiem tych, którzy za daleko zaszli. Ale ci to nie wracali.

"Strucel" rzucił cichym tonem:

- Dobrze się wpasuje, albo nie...

Zgromadzeni nie zwracali już uwagi na to, co się działo dookoła. Dla nich wszystko stawało się w końcu jedno - niekończący się cykl tej samej walki, tej samej codzienności. Bo w tej rzeczywistości nie było zwycięzców. Byli tylko ci, którzy nie poddali się jeszcze całkowicie.

I znowu przyszła noc.