Rozdział 1
Rozdział
1
Mówią, że wiosna nigdy nie zagląda do lasu
przy Hemlock Falls. To oczywiście nieprawda. Wiosna przychodzi tu zaraz
po zimie, tak jak powinna to mieć w zwyczaju. Prawdą jest natomiast to,
że w Hemlock Falls jest ona zupełnie inna niż we wszystkich pozostałych
częściach świata. Cicha i zabójcza. Samotna i nieunikniona. Skrada się w twoim kierunku, osłonięta zimową szarością, która nie lubi odpuszczać.
Nawet teraz, chociaż wiosna trwa już od miesiąca, drzewa od strony
północnej wciąż pokrywa szron. I chociaż w każdej chwili może wzejść
słońce, jego promienie nie dotrą do tej piaszczystej drogi. Nie dosięgną
Winnie Wednesday, która jedzie topornym quadem bez wspomagania
kierownicy do miejsca zbiórki klanu Wednesdayów.
Las wydycha z siebie mgłę, która przypomina dym z kadzielnicy. Światła
quada błyskają i odbijają się w ciemności, tworząc różne kształty, o których Winnie dobrze wie, że nie istnieją naprawdę. Są tylko małe klony
i jodły, które wyrosły tu zeszłorocznej wiosny, przybierające w mroku
przedświtu kształty szkieletów.
Quad podskakuje na drodze, a Winnie aż zgrzyta zębami. Dziś są jej
szesnaste urodziny. I to dzisiaj wszystko się zmieni.
Nagle w świetle reflektorów quada ukazuje się sześć czarnych SUV-ów.
Winnie z turkotem zatrzymuje się przy sośnie, nieopodal kępy
śmiercionośnego szaleju jadowitego - oba gatunki roślin licznie
porastają te okolice i nikt nie wie, od której z nich pochodzi nazwa
miasta1.
Wyłącza światła, naciąga na głowę kaptur bluzy i czeka. Mgła szybko
oblepia ją niczym macki ośmiornicy. Winnie zastanawia się, jak potoczy
się dzisiejsza próba. Jak to będzie ruszyć w pościg za koszmarem,
zamiast tylko o nim czytać.
Mama nie rozmawia z nią o polowaniach - przynajmniej ostatnio. A dokładnie od tamtego incydentu. Jednak Winnie przeczytała Kompendium
koszmarów tysiąc razy. Tysiąc tysięcy razy. Własnoręcznie naszkicowała
każdą postać z lasu, każdy koszmar, z jakim muszą się mierzyć
amerykańscy Luminariusze. Wyobrażała też sobie, że sama stawia czoła
kreaturom, zadając psotnikowi cios w mięsiste miejsce pod szyją albo
trafiając mantykorę w łączenie głowotułowia z brzuchem. Ćwiczyła
sekwencję "skok i przewrót" tyle razy, że jej ciało nauczyło się
wykonywać ten ruch całkowicie automatycznie.
Będzie gotowa.
Musi być gotowa.
Mijają minuty. Słychać wycie wilka. Winnie podejrzewa, że jest
prawdziwy, chociaż nie ma pewności. Kompendium opisuje kilka
koszmarów, które wyglądają jak wilki, brzmią jak wilki albo na krótką
chwilę całkowicie się w nie zmieniają.
Dziewczyna poprawia okulary na nosie i dalej czeka. I czeka. Burczy jej
w brzuchu; zaczyna żałować, że nie zjadła śniadania. Żałuje też, że nie
zażyła więcej snu, chociaż po trzech tygodniach powinna być już
przyzwyczajona do bezsenności. Jej sen stał się niespokojny, odkąd
rozpoczął się miesiąc jej urodzin i nadszedł czas, aby zrealizować to,
co planowała przez ostatnie cztery lata.
Wilk znowu wyje, ale tym razem już gdzieś dalej. Brzmi, jakby był
samotny i zagubiony. Winnie aż za dobrze zna te uczucia.
Nikomu jeszcze nie mówiła, że dziś zamierza podejść do pierwszej próby
łowieckiej. Jeśli się o tym dowiedzą, nie pozwolą jej na to. Ciocia
Rachel postrada zmysły. Mama postrada zmysły. Członkowie Rady postradają
zmysły. I wszyscy razem znajdą z pewnością jakiś sposób na to, żeby
przekonać ją do zmiany zdania. Jednak nie są w stanie zmienić czegoś, o czym nie wiedzą. Poza tym nigdzie w przepisach nie ma mowy o tym, że
wyrzutkowi nie wolno przystąpić do próby. Wiadomo, że Inni nie mogą tego
robić, ale na pewno nie wspomniano nic o wyrzutkach.
Wystarczy, że Winnie stawi się na miejscu wraz z innymi kandydatami na
łowców, a Thursdayowie, odpowiedzialni za przeprowadzenie próby, pozwolą
jej spróbować swoich sił.
Muszą jej pozwolić. Winnie nie ma pojęcia, co zrobi, jeżeli się nie
zgodzą.
Wycie wilka cichnie, a niebo wreszcie zaczyna się rozjaśniać. Noc
dobiega końca. Las budzi się ze snu.
Łowcy z klanu Wednesdayów bezszelestnie zeskakują z drzew. Towarzyszy im
kilku łowców z innych klanów. Zastępują oni tych, którzy są
kontuzjowani, chorzy, albo po prostu mają dziecko w zespole teatralnym
Hemlock Falls. Od kiedy dwa miesiące temu zmarł łowca od Saturdayów, a trzy tygodnie temu od Thursdayów, Rada codziennie wzmacniała ich
szeregi.
Luminariusze mieszkają w różnych zakątkach świata, ale zawsze w pobliżu
któregoś z czternastu śpiących duchów. Każdej nocy, gdy duchy śnią, ich
koszmary budzą się do życia. I każdej nocy łowcy należący do
Luminariuszy chronią świat przed tymi koszmarami - jeden klan na każdy
dzień tygodnia. Wczorajsza noc należała do Wednesdayów - klanu Winnie.
A dokładnie mówiąc, do byłego klanu Winnie. Przestał nim być, gdy z powodu incydentu jej rodzina została skazana na życie poza grupą i otrzymała status wyrzutków.
Dzisiejszej nocy polowało czterdziestu ośmiu łowców, spośród których
całkiem spora grupa to jej dalecy kuzynowie albo kuzynowie kuzynów.
Najwyraźniej zapomnieli, że Winnie ma dziś urodziny, a nawet gdyby
pamiętali, to ani trochę by ich to nie obeszło. Wszyscy są ubrani w czarne stroje z kevlaru i wszyscy mają tak samo ponure miny. Niektórzy
łowcy krwawią, inni mają połamane łuki, a kilku wyraźnie utyka.
Tylko ciotka Rachel odłącza się od grupy i podchodzi do Winnie z mapą w ręce. W świetle reflektorów SUV-a wygląda jak aktorka na teatralnej
scenie. Jej ruchy są niezgrabne i pospieszne, zupełnie takie same jak u matki Winnie. Ale jej mama jest już całkiem siwa, podczas gdy włosy
Rachel są wciąż czarne i błyszczące.
Obie siostry mają taki sam garbaty nos. Winnie również go odziedziczyła.
- Masz. - Rachel wyciąga w jej kierunku mapę, która jest marną kopią
kopii kopii.
- Tutaj masz zaznaczone miejsca, w których leżą zwłoki koszmarów.
Dzisiaj znowu mieliśmy dwóch Innych. Muszę cię ostrzec: ten w pobliżu
liceum to półzwłoki.
Półzwłoki. Połowa ludzkiego ciała. Niezbyt często spotykana, ale zdarza
się. Rachel wręcza Winnie mapę i zerka na SUV-y, jakby zapomniała, że
jej siostrzenica wciąż tu stoi.
Tak to zazwyczaj wygląda. Ciotka Rachel wygłasza kilka zdawkowych uwag,
a potem, jak każdy inny z klanu Wednesdayów i każdy inny Luminariusz, z powrotem udaje, że Winnie nie istnieje. Po prostu odchodzi, upuszczając
mapę, a Winnie łapie ją w locie.
Rachel wraca do pozostałych łowców i wszyscy wsiadają do SUV-ów.
Elektryczne silniki zaczynają miarowo warczeć. Odgłos opon
rozpryskujących świeże błoto zwiastuje ich odjazd.
Winnie nie odprowadza ich wzrokiem. Już od trzech lat zajmuje się
sprzątaniem zwłok, i nawet jeśli dziś ma urodziny, nawet jeśli jej
żołądek jest zwinięty w supeł jak warkocz harpii, znajoma rutyna
przynosi jej ukojenie.
Mogłoby się wydawać, że sprzątanie trupów - ciał koszmarów, a także
ludzkich zwłok pozostawionych w lesie - jest pracą, której nie da się
lubić, ale Winnie zawsze sprawiało to przyjemność. Jej brat Darian
zawsze mówi, że jest chora, a ona odpowiada mu, że jest nudziarzem.
Oczywiście, jest to dość przygnębiające zajęcie, ale przecież ktoś musi
to robić. W przeciwnym razie zwłoki, które w magiczny sposób nie znikną
o świcie, przebudzą się na nowo jako upiory, a te są o wiele gorsze.
Poza tym tylko podczas sprzątania zwłok Winnie może wykorzystać wiedzę
zdobytą z Kompendium koszmarów: każde nowe ciało jest zagadką, którą
trzeba rozwiązać.
Dziewczyna studiuje uważnie mapę, zgrzytając przednimi zębami. Półzwłoki
leżą niedaleko posiadłości Fridayów. Ciało drugiego człowieka oznaczono
około półtora kilometra dalej, przy jeziorze. Dwa trupy to dużo jak na
jedną noc. Ostatnio zdarza się to coraz częściej.
Zgrzyt, zgrzyt.
- Winnie? - odzywa się ktoś.
Zza sosny wychodzi Marcus, syn cioci Rachel - ósmoklasista, który
dopiero od niedawna zajmuje się sprzątaniem zwłok. Jest miły dla Winnie,
kiedy nikt nie patrzy. Jednak gdy tylko wyjdzie z lasu, podobnie jak
wszyscy inni Luminariusze z satysfakcją nazywa ją "wiedźmim pomiotem".
Winnie często marzy o tym, żeby wybić mu przednie zęby. Mają wprost
idealny rozmiar, żeby wycelować w nie pięść. Może wreszcie jego
bladooliwkowa cera nabrałaby trochę koloru.
Za Marcusem stoją dwie nastolatki: urocze bliźniaczki Wednesday,
czarnoskóre dziewczyny, których cera ma głęboki odcień umbry, a oczy są
ciemne jak turmalin. Ich dołeczki w policzkach są obiektem zazdrości
wszystkich nastolatek w mieście.
Ich rodzina przeprowadziła się do Hemlock Falls w zeszłym roku.
Przenieśli się tutaj ze świata zewnętrznego. Rodzice bliźniaczek są
pośrednikami - tym szczególnym rodzajem Luminariuszy, którzy żyją w świecie Innych i zajmują się pilnowaniem, aby żaden z nich nigdy nie
dowiedział się o Luminariuszach ani o lesie.
Podobnie jak większość osób z klanu Wednesdayów bliźniaczki nie są
połączone więzami krwi ani z Winnie, ani z Marcusem. Chodzą do drugiej
klasy liceum - tak jak Winnie - i są najpopularniejszymi dziewczynami w szkole. Co oczywiście oznacza, że Marcus jest w nich zakochany. I to po
same uszy. Najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy z tego, że dziewczyny są
dla niego takie miłe, bo po prostu są miłe dla każdego. Nawet dla
Winnie, mimo że zwykle jest w kiepskim humorze.
Winnie chciałaby być miła tak jak one, naprawdę. Jeżeli jednak straci
czujność choćby na minutę, istnieje ryzyko, że ktoś pokona mur, który
wokół siebie zbudowała. Wiedźmi pomiot, wiedźmi pomiot.
- Wszystkiego najlepszego! - śpiewają bliźniaczki chórem.
- Mamy dla ciebie prezent.
Emma wręcza jej przepięknie zapakowane pudełko z perfekcyjną kokardą.
- E, dzięki. - Winnie bierze prezent, który okazuje się dość ciężki. -
Później otworzę.
Na twarzach dziewcząt pojawia się grymas niezadowolenia. Dołeczki, które
zawsze uwidaczniają się podczas uśmiechu, teraz się wygładzają, a Bretta, która dzisiaj rozpuściła swoje spiralne loczki (Emma jest
uczesana w długie warkocze), odpowiada:
- Ale my chcemy zobaczyć twoją reakcję.
Winnie cała się spina, słysząc te słowa. Ręce zaczynają jej drżeć, jak
gdyby pudełko, które w nich trzyma, było zrobione z łez banshee. Zrobiły
jej kawał. Prawdopodobnie w środku znajduje się psia kupa, a gdy Winnie
będzie otwierać pudełko, nagrają to telefonami i pokażą ten filmik
wszystkim w szkole.
Ale to niemożliwe. Winnie kręci głową. Bliźniaczki takie nie są. Poza
tym, w przeciwieństwie do reszty mieszkańców Hemlock Falls, zawsze
okazywały jej szczerą sympatię. Reguły Luminariuszy dotyczące
traktowania wyrzutków są jasne: należy ich ignorować. Jednak bliźniaczki
jakoś nigdy tego nie przestrzegały.
Winnie poprawia okulary na nosie, bierze głęboki wdech i w końcu
rozdziera papier prezentowy. Szelest papieru przerywa ciszę poranka.
Sekundę później Winnie dostrzega nazwę sklepu Falls' Finest. Złote
litery z zawijasami są identyczne jak te na witrynie w mieście.
Winnie głośno przełyka ślinę, zła na siebie za to, że tak bardzo ją to
ucieszyło. Boi się, że bliźniaczki kupiły jej coś drogiego (co sugeruje
spory ciężar pudełka) i że prawdopodobnie jej się to spodoba. Prawie
żałuje, że to jednak nie psia kupa.
Ale teraz nie może się już wycofać. Emma i Bretta prawie podskakują z emocji.
Winnie unosi wieko pudełka i odkrywa, że w środku znajduje się skórzana
kurtka. Jedna z tych rzeczy, na które nigdy nie mogłaby sobie pozwolić,
chyba że kupiłaby bardzo, ale to bardzo znoszoną. Tę tutaj uszyto w nieśmiertelnym stylu, który zawsze dobrze się prezentuje, bez względu na
to, ile kurtka ma lat i w której dekadzie jest noszona.
Winnie przełyka ślinę po raz drugi. Cynamonowy brąz kurtki idealnie
współgra z jej kasztanowymi włosami.
- Zawsze tak marzniesz podczas sprzątania zwłok - wyjaśnia Emma. - W tym
będzie ci ciepło!
Winnie nie mówi tego na głos, bo nie chce być złośliwa, ale jest
boleśnie świadoma tego, co kryje się za tymi słowami: "Zawsze marzniesz
i zawsze tak będzie, ponieważ w przeciwieństwie do nas ty, Winnie
Wednesday, będziesz sprzątać trupy do końca życia".
- Przymierz! - prosi Bretta, a w jej policzkach znów ukazują się
dołeczki. - Możemy wymienić, jeśli nie będzie pasować.
Winnie spełnia jej prośbę - oczywiście kurtka pasuje idealnie. Nawet
nałożona na zieloną bluzę z napisem "Ratujmy wieloryby". Winnie zgina
ręce w łokciach, a wtedy nowiutka skóra wydaje trzeszczący dźwięk.
Sprawdza zapięcie, przesuwając suwak w górę i w dół niczym skalpel
rozcinający wampirze wnętrzności.
Nie powinna przyjmować tego prezentu. Naprawdę. Powinna grzecznie
podziękować bliźniaczkom i powiedzieć, że jest to zbyt drogi podarunek,
aby mogła go przyjąć.
Jednak tego nie robi. W tej kurtce czuje się jak prawdziwa twardzielka.
Jak babcia Winona ze starego zdjęcia, na którym stoi z łukiem w ręce,
wnętrznościami koszmaru rozpryskanymi po całym ciele i z szerokim,
dzikim uśmiechem, jasnym jak słońce wschodzące za jej plecami.
Winnie uśmiecha się podobnie, co rzadko jej się zdarza, i mówi:
- Dzięki. To naprawdę... no, bardzo miłe z waszej strony. Dziękuję.
Emma promienieje z radości, Bretta klaszcze w dłonie, a Winnie po raz
kolejny żałuje, że bliźniaczki nie są stereotypowymi wrednymi
dziewczynami, którymi powinny być. Jej relacje z pozostałymi
mieszkańcami, na przykład z takimi draniami jak Marcus, są zupełnie inne
niż z nimi. Bliźniaczki są prawie jej przyjaciółkami, ale nie do
końca...
Ten niepewny stan "pomiędzy" sprawia, że Winnie czuje nagle nieprzyjemny
ucisk w żołądku.
Odchrząkuje i odpina kurtkę. A potem znów ją zapina. I znowu, i znowu,
ponieważ z jakiegoś powodu jej palce nie chcą puścić suwaka, który z niezwykłą lekkością przesuwa się po zamku.
- A kiedy wy macie urodziny? - odzywa się Marcus do bliźniaczek. Jego
zainteresowanie oznacza, że dziewczyny w przyszłości mogą się spodziewać
niezręcznego podarunku w postaci bukietu kwiatów.
- W przyszłym tygodniu - odpowiada Emma, dokładnie w tym samym momencie
co Bretta.
Dziewczyny wybuchają śmiechem, jak zawsze, gdy powiedzą coś
jednocześnie.
Winnie czuje, że palce na suwaku zaczynają jej marznąć. Ma mało czasu,
żeby znaleźć dla bliźniaczek prezent, którym odwdzięczy im się za tę
kurtkę.
- Chcemy urządzić imprezę - mówi dalej Emma. - Oboje jesteście
zaproszeni.
Marcus wygląda, jakby miał zaraz zemdleć z radości. Winnie natomiast
czuje, że robi jej się niedobrze. Wyrzutkowie nie są zbyt mile widziani
na imprezach organizowanych przez Luminariuszy.
Dlatego zmienia temat. Jako najstarsza z nich dowodzi grupą.
- My, e... - zaczyna. Zzzt, zzzt, zzzt. - Mamy półzwłoki niedaleko
posesji Fridayów. Może zaczniemy od nich?
- Tak jest, kapitanie - odpowiada Bretta, salutując.
Potem razem z Emmą i Marcusem pakują się na quada, a Winnie uruchamia
silnik. Spaliny z rury wydechowej rozpływają się we mgle.
Nastał świt i otoczył drzewa perłową szarością. Cienie w lesie
rozpraszają się. Ale zimowa szarość pozostaje.
Angielskie słowo hemlock oznacza zarówno szalej jadowity (śmiercionośną roślinę), jak i choinę (drzewo z rodziny sosnowatych) - przyp. tłum. [wróć]
Rozdział 3
Rozdział
3
Winnie parkuje quad na ścieżce jakieś
dziewięć metrów od półzwłok. Światła reflektorów przeszywają mgłę,
nadając niewyraźny kształt pobliskim drzewom. Niecałą minutę później
Winnie odnajduje ludzkie szczątki. W ciągu trzech lat sprzątania zwłok
zdążyła już poznać miejsca, w których koszmary zazwyczaj porzucają swoje
ofiary. Ta konkretna polana, otoczona przez błękitne świerki i klony,
jest ulubionym żerowiskiem wampirzyc.
Na widok białego kręgosłupa wystającego spod postrzępionych fragmentów
brzucha Marcus zaczyna się krztusić. A gdy dostrzega obdarte ze skóry i mięśni kostki w miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdowały się stopy,
odwraca się gwałtownie i biegnie w stronę drzew.
Winnie jest rozbawiona.
- Witamy w lesie! - woła za nim, a Bretta cicho chichocze.
Emmie robi się jednak żal Marcusa, dlatego stara się swoim melodyjnym
głosem zagłuszyć dźwięki wydawane przez jego zbuntowane gardło, z którego na sosnowe igły tryskają wymiociny.
Winnie i Bretta nie marnują czasu. Zakładają jednorazowe rękawiczki w kolorze chabrów, które niedawno zakwitły przed domem Winnie. Potem
Bretta wyciąga plastikowy worek z turkusowego plecaka, bez którego
nigdzie się nie rusza. Słychać szelest opakowania chipsów. Znając
Brettę, prawdopodobnie mają one smak soli i octu. A może są to ulubione
chipsy Emmy o smaku kwaśnej śmietany i cebulki.
- Nic o nim nie wiemy - mówi Bretta po bezskutecznym poszukiwaniu
dokumentów zmarłego.
Jej rękawiczki są już brązowe od krwi. Jeansy denata wyglądają jeszcze
gorzej.
- Myślisz, że powinniśmy poszukać drugiej połowy jego ciała?
- E tam.
Winnie rozwija plastikowe zawiniątko, które okazuje się gigantycznym
przezroczystym workiem strunowym. Zapięcie ma kiepską jakość, dlatego
wymaga starannego, cierpliwego odpinania. Zupełnie inaczej niż zamek w nowej kurtce Winnie.
Każdy Inny, który odwiedza świat Luminariuszy, jest przerażony, kiedy
dowiaduje się, że sprzątanie zwłok należy do obowiązków trzynasto-,
czternasto- i piętnastolatków. "To przecież dzieci!", mówi. "Ich
umysły są takie wrażliwe!" Na co Luminariusze prychają i odpowiadają:
"No właśnie".
Śmierć jest częścią życia w Hemlock Falls. Jest częścią życia poza
lasem. Tracisz rodzinę, tracisz przyjaciół, tracisz siebie. Im szybciej
te "dzieci" dowiedzą się, co może zrobić z nimi las, tym będą
szczęśliwsze i bezpieczniejsze.
Winnie przekonała się o tym na własnej skórze.
- To ofiara wampirzycy - mówi do Bretty, kładąc worek przy zwłokach. -
Łatwo to stwierdzić. Zobacz, brakuje wszystkich narządów wewnętrznych.
Tułów i głowa mają najwięcej składników odżywczych, a hordy wampirzyc
potrzebują ich, żeby przeżyć. Lubią części ciała z dużą zawartością
żelaza.
- Ach, tak.
Bretta przygląda się ciału w skupieniu, a w tym czasie Winnie odwiesza
swoją skórzaną kurtkę na czarną gałąź orzecha. Wspólnymi siłami podnoszą
ciężkie ciało i wkładają je do worka. Plastik się gniecie. Zakrzepła
krew tryska niczym pasta do zębów z tubki. Dziewczyny chwytają krańce
zapięcia strunowego po obu stronach i zaczynają je zamykać.
- Ale dlaczego on nie ma stóp? - pyta Bretta.
- Mówi się, że wampirzyce lubią stopy, bo same ich nie mają. Chociaż, z drugiej strony, meluzyny i harpie też nie - zauważa Winnie, wzruszając
ramionami.
Kiedyś spytała o to profesora Andersa, w czasach gdy jeszcze mogła
chodzić do szkoły Luminariuszy, ale on tylko spojrzał na nią gniewnie i powiedział ze swoim szwedzkim akcentem: "Jeśli nie ma tego w Kompendium, to znaczy, że nie jest to ważne".
Dlatego Winnie postanowiła zajrzeć do Kompendium koszmarów - nie
skróconego poradnika, z którego korzystają łowcy, lecz do pełnego,
potężnego wydania, dużego jak jej plecy, które jest przechowywane w bibliotece Mondayów. Nie znalazła tam jednak odpowiedzi.
- A ty jak myślisz? Dlaczego zabierają stopy? - dopytuje Bretta.
Twarz Winnie oblewa rumieniec.
Dziewczyna czuje dziwne gorąco. Trochę pochlebia jej to, że Bretta chce
poznać jej teorię. A trochę jest skrępowana, ponieważ wie, co się
stanie, jeżeli się nią podzieli. Nawet jeśli Bretta nie będzie się
śmiała, prawdopodobnie powie o tym komuś, kto powie jeszcze komuś innemu
i wkrótce Luminariusze znów okleją jej dom papierem toaletowym. Albo
pomalują sprayem stare volvo jej mamy, na którym wciąż jeszcze widnieją
ślady czerwonej farby po ostatnim akcie wandalizmu. Wtedy Winnie
znienawidzi swojego tatę jeszcze bardziej, a przy okazji znienawidzi
mamę za to, że go kiedyś pokochała...
Nie, nie może dać się w to wciągnąć. Nie w swoje urodziny.
Wzrusza więc ramionami i burczy pod nosem:
- Nie wiem.
Nagle słychać ciężkie kroki. Winnie obraca się, spodziewając się, że
zobaczy Emmę z Marcusem wiszącym na jej ramieniu. Ale z zarośli wychodzi
chłopak o jasnobrązowych włosach, doskonale pasujących do jego bladej
cery.
- O - mówi Winnie, robiąc kwaśną minę. - Jay.
Na jej widok chłopak robi krok do tyłu. Wyjątkowo wygląda dzisiaj
bardziej na zmęczonego niż zjaranego, jakby przez całą noc łaził gdzieś
z piwem w jednej ręce i jointem w drugiej. Stoi przygarbiony, ubrany we
flanelową koszulę, z rękami w kieszeniach wypłowiałych jeansów i w czarnych butach motocyklowych, na których widać ślady czerwonej ziemi.
Na tle szarego lasu stanowi istną eksplozję kolorów. Winnie nagle
żałuje, że zdjęła swoją skórzaną kurtkę. W obecności Jaya wolałaby mieć
na sobie ochronną zbroję.
Bretta stoi obok niej nieruchomo, niczym zjawa jelenia, która zauważyła
człowieka.
- Po co tu przyszedłeś? - pyta Winnie, ale Jay ją ignoruje i przejeżdża
dłonią po rozczochranych włosach, patrząc gdzieś przed siebie.
Nie na ludzi, nie na ciało, lecz na las. Na liście, mech i błoto. Na
subtelne ślady pozostawione nocą przez potwory.
Winnie zastanawia się, co takiego widzi Jay. Chłopak przeszedł wszystkie
trzy próby łowieckie już ponad rok temu.
- Szykowałem się do szkoły - odpowiada w końcu Jay. Jego głos, podobnie
jak on sam, jest przygaszony i zmęczony. - Zobaczyłem ślady i postanowiłem sprawdzić, czy nic nie wydostało się poza granice.
Posiadłość klanu Fridayów, w której mieszka Jay, jest jedną z dwóch
bezpośrednio sąsiadujących z lasem (druga należy do klanu Tuesdayów).
- Wampirzyca? - pyta.
- Tak - odpowiada pospiesznie Bretta. - Domyśliłyśmy się po brakującym
tułowiu.
Winnie zerka na nią kątem oka. Pewnie powinna być zła na Brettę za to,
że popisuje się nieswoją wiedzą, ale jest zbyt zaskoczona tym, że jej
koleżanka z trudem łapie oddech. I jakoś wyjątkowo szeroko się uśmiecha.
Jay chyba tego nie zauważył, bo odpowiada, zwracając się do Winnie:
- Jakieś dokumenty?
- Nie - odpowiada Bretta.
- Aha.
Jay wkłada ręce głębiej do kieszeni i pochyla się do przodu, jakby nagle
uznał, że gałęzie drzew zwisają zbyt nisko. Winnie z niechęcią
przyznaje, że polana zrobiła się dziwnie mała, od kiedy on się na niej
pojawił.
- Mogę zapytać ciocię, czy coś widziała - zaproponował. - Może miała
włączone kamery...
- Nie - przerywa mu Winnie, a w tym samym czasie Bretta mówi cicho:
- Byłoby super.
Winnie spogląda na nią, a potem na Jaya.
- Nie potrzebuję twojej pomocy. Wiem dokładnie, co się tutaj wydarzyło.
Wampirzyce - wyjaśnia, wskazując ciało. - Cała horda.
Jego oczy w kolorze cyny zwężają się w szparki, ale nie kwestionuje
teorii Winnie. Jednak także jej nie potwierdza, i dziewczyna czuje
narastającą złość. Kiedyś zawsze umiała zgadnąć, o czym myśli Jay. Teraz
nie ma zielonego pojęcia, co dzieje się w jego głowie.
- Nie potrzebuję twojej pomocy - powtarza. - Sama sobie poradzę ze
sprzątaniem zwłok.
- Wiem, Win - odpowiada Jay, a Winnie z irytacją zauważa, że jego słowa
brzmią szczerze. - Chciałem tylko pomóc.
Odwraca się i idzie w stronę lasu. Na linii drzew zatrzymuje się na
chwilę i woła: "Wszystkiego najlepszego". Zaraz potem las połyka go w całości.
- Widzimy się w szkole! - krzyczy Bretta w stronę sosen, ale nikt nie
odpowiada.
Bretta wygląda, jakby ktoś spuścił z niej powietrze. Winnie natomiast
czuje, że znów zaczyna zgrzytać przednimi zębami. Cieszy się, że Jay
sobie poszedł, i jednocześnie jest wściekła, że pamiętał o jej
urodzinach. Przede wszystkim jednak denerwuje ją to, że w ciągu tych
pięciu minut swojej obecności zdołał zakwestionować jej teorię o wampirzycy. Wspomniał, że doszedł do ciała po śladach, a w przypadku
wampirzyc jest to niemożliwe. Ich przypominające szczudła nogi mają
ostre zakończenia, które przebijają ziemię, nie pozostawiając po sobie
żadnego śladu.
Winnie mruży oczy i uważnie przygląda się leśnemu podszyciu. Co takiego
zobaczył Jay, co ona sama przegapiła? Czy to jednak robota sylfa? A może
topielca? Pewnie mogłaby za nim pobiec i zapytać. Pewnie powinna za
nim pobiec i zapytać. Tak postąpiłaby odpowiedzialna osoba zajmująca się
sprzątaniem zwłok - i tak zrobiłby też przyszły łowca.
Ale ona nie zamierza tego robić. Nawet za milion lat.
- Jay nigdy nie zwraca na mnie uwagi - zauważa ze smutkiem Bretta, a potem, jakby na pocieszenie samej siebie, dodaje - ani w sumie na nikogo
innego.
- Co? - Winnie poprawia na nosie okulary i mruga zdziwiona, patrząc na
koleżankę.
- Jay Friday - wyjaśnia Bretta. - Ja i Emma równie dobrze mogłybyśmy być
niewidzialne. On jest kompletnie zatopiony we własnych myślach. -
Sposób, w jaki Bretta to mówi, sugeruje, że jest to dla niej pociągająca
cecha. - Wiesz, chodzimy na wszystkie jego występy w Joe Squared, ale on
zawsze znika, jak tylko skończą grać.
Winnie tego nie wie. Unika lokalnej klubokawiarni tak jak koszmar unika
płynącej wody. Prawdą jest jednak, że słyszała muzykę graną przez zespół
Jaya, który występuje tam w sobotnie wieczory. I zauważyła, że połowa
Hemlock Falls wydaje się w nim zadurzona.
To kompletnie bez sensu, bo Jay nie przejawia żadnego zainteresowania
kimkolwiek z miasta - można wręcz odnieść wrażenie, że nie jest świadomy
istnienia mieszkańców.
Ale może właśnie to jest w nim tak pociągające.
Wbrew podszeptom intuicji Winnie decyduje się pocieszyć Brettę.
- On nie gra po to, żeby przyciągnąć czyjąkolwiek uwagę, więc trudno się
dziwić, że znika zaraz po występie. Jeśli chcesz z nim porozmawiać,
spróbuj go poszukać u Gunthera po szkole.
- Na stacji benzynowej Innych? Poza granicami Hemlock Falls?
Winnie kiwa głową.
- Praktycznie codziennie tam przesiaduje i dłubie przy swoim motorze.
Albo też przy motorze swojej ciotki, ale Winnie nie widzi potrzeby, aby
to doprecyzowywać.
Bretta otwiera szeroko oczy, a dołeczki w jej policzkach znikają. Winnie
obserwuje, jak koleżanka łączy w myślach kolejne wątki: "stacja
benzynowa Gunthera równa się motor równa się Jay równa się czas z Jayem
równa się bycie zauważoną"...
Klaszcze w chabrowe dłonie pokryte zakrzepłą krwią.
- Wielkie dzięki, Winnie! Na pewno dziś to zrobię... zrobimy. Ale skąd ty
tyle o nim wiesz? Jesteście przyjaciółmi czy coś?
- Nie - odpowiada krótko Winnie, ściągając rękawiczki. Po lesie rozlega
się głośny trzask, przypominający strzał z pistoletu. - Jay nie jest
moim przyjacielem.
Rozdział 5
Rozdział
5
Jako najstarsza w ekipie sprzątającej
zwłoki i jednocześnie kierowczyni quada Winnie zawozi ciała do
posiadłości Mondayów, gdy pozostali wracają do domów, żeby przygotować
się do lekcji. Szlak prowadzący przez las za chwilę zaprowadzi ją na
tereny Mondayów. Jest pokryty śladami opon pojazdów Tuesdayów, którzy
byli tu dzień wcześniej. Winnie zawsze stara się jechać w tych
żłobieniach, jak gdyby dzięki temu mogła stać się jedną z nich.
Wszyscy uwielbiają Tuesdayów.
To właśnie ta część sprzątania zwłok - odwożenie ciał - jest ulubionym
momentem dnia Winnie. Jest wtedy zupełnie sama i może szkicować sobie w myślach nowe koszmary.
Dziś odnaleźli nienaruszonego ziemskiego sylfa. Winnie nigdy wcześniej
nie widziała takiej istoty i nie miała pojęcia, jak... ludzka ona jest.
Przypominała miniaturowego człowieczka z korą zamiast skóry oraz
kamiennymi zębami i rogami. Winnie koniecznie musi narysować ją na nowo
w swoim Kompendium. Oczyma wyobraźni widzi już, jak to zrobi - małymi
kreskami naszkicuje teksturę twarzy, a grubszym cienkopisem podkreśli
głęboką czerń oczu.
Dwa pozostałe ciała koszmarów, które odnaleźli, to pisklęta mantykor,
które wyglądają jak skorpiony wielkości psa. Winnie sprząta je
praktycznie co tydzień. Są łatwe do narysowania, zbudowane tylko ze
skorupy i nóg. Proste, czyste linie.
Może dlatego, że Winnie jest tak bardzo pochłonięta myślami i całą uwagę
skupia na śladach opon po Tuesdayach, a może po prostu dlatego, że las
zawsze ma swój plan, po dotarciu do znajomego wzgórza z czerwonym
kołkiem wbitym w ziemię Winnie zauważa, że coś tu nie pasuje.
Dwie stopy.
A raczej to, co po nich zostało. Są zakrwawione, blade i pozbawione
palców.
Winnie naciska hamulec. Quad zatrzymuje się, rozpryskując plamy błota
wokół czerwonego kołka oznaczającego najdalszy punkt, w którym mogą
pojawić się koszmary. Każdej nocy, kiedy powstaje mgła, tworzą się też
one. Większość z nich pozostaje w sercu lasu, niedaleko śpiącego ducha,
ale niektóre próbują wyjść na zewnątrz. Część z nich wyrusza na
poszukiwanie ludzi, żeby zaspokoić nocny głód.
Dlatego Tuesdayowie zamontowali czujniki wykrywające koszmary, którym
uda się przedostać do zewnętrznego świata. Teoretycznie. Najwyraźniej
jeden zdołał przekroczyć granicę i zostawił tutaj stopy swojej ofiary.
Winnie koniecznie musi o tym komuś powiedzieć. Musi też zabrać te stopy.
Zeskakuje z quada i wyciąga spod siedzenia starą torbę na zakupy.
Prawdopodobnie ktoś kiedyś trzymał w niej przekąski, ale od miesięcy
jest już tylko pogniecionym śmieciem, którego z lenistwa nie wyrzuciła.
Teraz posłuży jej jako prymitywny worek na zwłoki. Albo... na stopy.
Winnie wkłada ręce do torby i podnosi szczątki takim samym ruchem, jakim
kiedyś zbierała kupy psa Eriki. Szszt, szszt, jedna stopa. Dwie. Są
zaskakująco ciężkie, porośnięte u góry włosami, wokół których widnieją
głębokie, zakrwawione rany - zupełnie jakby wpadły pod kosiarkę.
Ogarnia ją fala mdłości. Pospiesznie zamyka torbę. Jeszcze przed godziną
drwiła z Marcusa, a teraz ona sama ledwo powstrzymuje wymioty. To zła
wróżba przed dzisiejszą wieczorną próbą.
"Jesteś głodna - mówi sobie. - I bardzo niewyspana". Nawet mama i babcia Winona musiały niekiedy odczuwać mdłości, a przecież w swoim
czasie każda z nich była Pierwszą Łowczynią klanu Wednesdayów.
Winnie wbija kij w miejsce, w którym leżały stopy. Czerwona glina pęka
pod wpływem nacisku. Kij łamie się na czubku, ale wystarczy, żeby
posłużyć jako oznaczenie. Mario z laboratorium Mondayów znajdzie go bez
problemu.
Winnie kładzie stopy na platformie quada obok ciał koszmarów i Innych i ponownie uruchamia silnik. Tym razem już nie zwraca uwagi na ślady po
Tuesdayach. Po prostu jedzie, aż w końcu dociera do posesji Mondayów.
Zimno atakuje ją ze wszystkich stron, kiedy wyjeżdża z lasu. Jest cicho,
a zmarznięte źdźbła trawy chrzęszczą pod nogami. Dwa kruki podrywają się
do lotu w tym samym momencie, gdy Winnie szybkim krokiem rusza przed
siebie.
To miejsce przypomina kampus uniwersytecki, jeden z tych, które Winnie
widziała w telewizji. Główna rezydencja z piaskowca jest obrośnięta
bluszczem, który bez swojej zielonej powłoki przypomina raczej
rozdygotane spaghetti. Wokół największego budynku znajdują się dodatkowe
pawilony, których jest łącznie siedem: trzy laboratoria, dwie biblioteki
(historyczna i naukowa), szpital i biurowiec dla tych Mondayów, którzy
nieustannie pracują nad rozszerzaniem wiedzy Luminariuszy.
Intelekt na pierwszym miejscu. Wiedza najwłaściwszą drogą - to motto
klanu. Mijając dwie biblioteki, Winnie nie po raz pierwszy żałuje, że
nie urodziła się z nazwiskiem Monday. Nie wpłynęłoby to wprawdzie na to,
co stało się z jej tatą, ale przynajmniej wtedy ona, jej mama i brat nie
byliby aż tak znienawidzeni przez swój klan. Mondayowie zawsze są dla
niej bardzo uprzejmi. Wednesdayowie natomiast nigdy nie okazują jej
życzliwości.
W końcu motto Wednesdayów brzmi: Sprawa ponad wszystko. Lojalność aż do
końca. Czy istnieje jakaś większa nielojalność niż życie pod jednym
dachem z Dianą? Jedną z tych wiedźm, które wykradają magię śpiącym
duchom z całego świata? Kto chciałby budzić duchy i wypuszczać koszmary
do ludzi?
Z punktu widzenia Wednesdayów życie przez dziesięć lat ze statusem
wyrzutka i tak nie jest wystarczająco surową karą za zbrodnie, których
dopuścili się Winnie, mama i Darian. I choć jest to bardzo frustrujące,
Winnie nie może ich za to winić. Diany są złe. Jej tata jest zły. Koniec
tematu.
Na początku istnienia amerykańskich Luminariuszy, gdy tamtejszy duch
dopiero co się przebudził, Diany walczyły o swoją pozycję w lesie. Gdzie
tylko się dało, zakopywały swoje Źródła - kryształy, metalowe kule,
drewniane talizmany, kości zwierząt - w nadziei na to, że zdołają one
przejąć magię ducha. Potem używały ich do tworzenia zaklęć.
W tamtych czasach można było odnieść wrażenie, że magiczne przedmioty
leżą wszędzie i powoli wysysają energię z lasu. Widywano je wetknięte
między korzenie albo w kamienne szczeliny. Często znajdowały je dzieci
podczas sprzątania zwłok. Przedmioty te zazwyczaj były chronione przez
pułapki.
Prapradziadek Winnie stracił w ten sposób kciuk.
W końcu jednak Luminariusze z Hemlock Falls okazali się silniejsi niż
Diany. Wiedźmy nie były w stanie przejąć magii ducha, dlatego wróciły do
swoich kryjówek na całym świecie. Stara syrena alarmowa stojąca w centrum miasta, która dotąd regularnie ostrzegała o ich nadejściu,
wreszcie przestała wyć.
Jednak Diany całkowicie nie zniknęły. Wciąż pragną przejąć kontrolę nad
duchami i zapanować nad światem. Nadal podrzucają Źródła i kradną magię,
gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Ojciec Winnie jest tego żywym
przykładem, podobnie jak jej rodzina jest żywym przykładem tego, co się
może zdarzyć, kiedy człowiek straci czujność.
Winnie przejeżdża obok posesji Mondayów i macha do dwóch osób ubranych w laboratoryjne fartuchy, ale nikt jej nie odpowiada. Podjeżdża do
szpitala i robi kółko przed wejściem do kostnicy. Na spotkanie wychodzi
jej główny badacz koszmarów: Mario.
Wita Winnie skinieniem głowy, a jego blada skóra w odcieniu
"nosa-nie-wychylam-z-laboratorium" jest wręcz świetlista w porannym
słońcu. Mario robi różowego balona z gumy.
- Ech - wzdycha Winnie. - Chyba uzgodniliśmy, że nie będziesz przy mnie
żuć gumy.
- Uzgodniliśmy też, że nie będziesz się spóźniać. - Mario stuka palcem w tarczę zegarka. - Człowiek musi czymś wypełnić sobie życie. - Nadciąga
kolejny balon. Pyk!
Winnie uśmiecha się. Lubi Maria. On nigdy nie sugeruje swoim
zachowaniem, że nie powinno jej tutaj być, nie wywraca oczami na jej
widok i zawsze odpowiada na jej machanie. Może dlatego, że jego bratanek
Andrew i brat Winnie Darian są parą, a może dlatego, że miał bliskie
relacje z tatą Winnie przed incydentem. Tak czy inaczej, Winnie docenia
to, że ma w nim sojusznika, nawet jeśli nigdy nie pozwalał, żeby poszła
z nim do kostnicy albo do sali egzaminacyjnej.
Nawet jeśli jest chodzącą folią bąbelkową, która wciąż strzela balonami
z gumy, irytując tym absolutnie wszystkich dookoła. Nawet jego matka
zawsze go za to karci, gdy przyjeżdża w odwiedziny z włoskiej filii
Luminariuszy.
- Znalazłam coś. - Winnie wyłącza silnik, zeskakuje na chodnik i podnosi
torbę na zakupy.
Przez plastik widać zakrwawione przedmioty.
Mario mruży oczy.
- To są... stopy?
- Tak. - Winnie podchodzi do niego, wskazując wolną ręką w kierunku
platformy quada. - I znalazłam je poza granicą. Jestem prawie pewna, że
należą do półzwłok. Nie - poprawia się, podchodząc do Maria. - Jestem
całkowicie przekonana, że tak jest. Wiesz, co to oznacza, prawda?
Mario wzdycha, a jego twarz wykrzywia się w grymasie, który można opisać
jako nieskończone cierpienie.
- Oczywiście mam teorię, ale podejrzewam, że ty masz inną. Zapewne
wysoce nieprawdopodobną.
I to mówi ktoś, kto słynie ze swoich dziwacznych i nietypowych pomysłów.
- To robota wilkołaka - stwierdza Winnie.
Mario robi kolejnego balona. Pyk!
- Mówię poważnie. - Winnie rzuca w niego workiem ze stopami. Plastikowa
torba szeleści. - Co może przekroczyć granicę niezauważone, Mario? Albo
odmieniec, albo wilkołak, a odmieńcy nie masakrują ciał.
- Są wyjątkowo rzadko spotykane. Nie widzieliśmy żadnego wilkołaka od
siedemnastu lat. A wtedy było... - Mario kręci głową. - Było źle,
pamiętasz?
Winnie nie pamięta, ponieważ nie było jej jeszcze wtedy na świecie. Ale
oczywiście zna historię o tym, jak Inny zmieniony w wilkołaka zabił
sześcioro ludzi w ciągu sześciu dni, a wszyscy w Hemlock Falls dostali
zakaz opuszczania domów aż do momentu, gdy Tuesdayowie wreszcie go
zastrzelili. Od tamtego czasu syrena w centrum miasta, która wcześniej
ostrzegała przed atakami Dian, ostrzega również przed wszelkimi innymi
niebezpiecznymi stworzeniami grasującymi za dnia.
Winnie zagryza wargę. Nie chce sugerować się czymś, co wydarzyło się
siedemnaście lat temu... ale ma wrażenie, że trop jest dobry.
- Pomyśl tylko, Mario. Wilkołak jest w trakcie posiłku, gdy nagle
zaczyna świtać. Wciąż ma stopy w ustach, a jego ciało zaczyna się z powrotem zmieniać w ludzką postać...
- Czyli twierdzisz, że ten wilkołak jest mężczyzną?
- ...i po prostu - Winnie przebiera dwoma palcami, naśladując chód -
wychodzi sobie z lasu. A potem porzuca stopy i przechodzi do naszego
świata.
Mario nie wygląda, jakby ta teoria go zaintrygowała. Co najwyżej jest
lekko pobudzony. Jakby musiał gdzieś pilnie pójść, ale nie może, bo
Winnie zatrzymuje go swoimi dziwnymi opowieściami. Tyle dobrego, że
chociaż bierze od niej torbę.
- Ciekawa historia, jak zwykle, Winnie. Ale wyobraź sobie coś innego: to
była ta sama horda wampirzyc, na które polowali łowcy przez ostatnie
trzy noce. Ostatecznie zabili je wszystkie, prawdopodobnie podczas
posiłku, a te dwie stopy po prostu zostały przypadkiem przerzucone poza
granicę.
Mario powoli podchodzi do wózka na kółkach. Stal nierdzewna błyszczy w świetle wschodzącego słońca.
- Też tak najpierw pomyślałam. - Winnie idzie za nim. Chwytają dwa
przeciwległe końce wózka i pchają go w stronę quada. - Ale ślady na tych
stopach nie pasują do wampirzyc. Otwórz torbę i sam zobacz!
Mario nie odpowiada, ale Winnie wie, że rozmyśla nad jej słowami. Zawsze
gdy jego naukowy umysł zaczyna intensywnie pracować, Mario głośniej żuje
gumę i robi więcej balonów. Pyk-pyk-pyk!
Winnie pomaga mu przenieść pierwsze ciało Innego na najniższą półkę
wózka. Jest to starsza kobieta, której oczy zmieniły się w kamień po
niefortunnym spotkaniu z bazyliszkiem. Potem przekładają mantykory na
środkową półkę. Później przenoszą sylfa (na którego widok Mario wydaje z siebie podekscytowane ochy i achy) i na końcu półzwłoki, które lądują na
najwyższej półce.
- Zdecydowanie robota wampirzycy - stwierdza Mario po pobieżnej
analizie. - Ale podoba mi się twoja teoria, Winnie. Jest bardzo... -
przerywa tak samo jak co tydzień, gdy dziewczyna prezentuje mu swoje
najnowsze szalone koncepcje.
- Inspirująca - Winnie kończy za niego.
Nie jest w stanie ukryć rozczarowania w swoim głosie. Naprawdę sądziła,
że tym razem trafiła w sedno. Teoria z wilkołakiem doskonale wyjaśniała
dziwne uwagi Jaya na polanie. Zresztą przecież ona sama słyszała wycie,
gdy nastawał świt.
Mario uśmiecha się do niej przepraszająco.
- Niezła z nas para, co? Ale naprawdę podoba mi się to, jak pracuje twój
umysł.
Winnie poprawia okulary na nosie. Jej kciuk zostawia brudny ślad na
lewej soczewce.
- Ciocia Rachel mówiła ci, że zabili hordę wampirzyc?
- Nie - odpowiada Mario. - Wednesdayowie jeszcze nie przynieśli
dzisiejszego raportu, ale założę się z tobą o tygodniowy zapas kawy, że
to nie był wilkołak.
Kolejna rzecz, którą Mario robi co tydzień: zakłada się z Winnie o tygodniowy zapas kawy, że jej hipoteza jest błędna. I oczywiście zawsze,
gdy to on forsuje jakieś szalone teorie, Winnie proponuje zakład o taką
samą stawkę.
Winnie jeszcze raz przygląda się półzwłokom. Promienie słońca odbijają
się od plastiku. Torba ze stopami leży teraz pod postrzępionymi
kostkami. To rzeczywiście wygląda na robotę wampirzyc... Ale dlaczego w takim razie jadły stopy? Kompendium mówi, że wampirzyce nie jedzą
stóp, tylko je usuwają.
Winnie zaciska zęby. Tutaj chodzi o coś więcej. Nawet Jay to zauważył.
- Dobrze. - Spogląda na Maria, który pisze coś na podkładce zwisającej z krawędzi stołu. - Tygodniowy zapas kawy.
Mario przerywa pisanie.
- Hę?
- Tygodniowy zapas - powtarza Winnie i wyciąga rękę. Natychmiast
przypomina sobie jednak, że jeszcze jej nie umyła, więc szybko ją
wycofuje. - Przyjmuję twój zakład. Może być kawa z Joe Squared?
- Jesteś aż tak pewna siebie? - Mario patrzy na torbę ze stopami, mrużąc
oczy. Pyk-pyk-pyk! Nigdy jeszcze nie założyli się tak na serio. - Jesteś
gotowa zapłacić nawet za wymyślną kawę? W porządku. - Wzrusza ramionami.
- Już po tobie. Jeżeli się okaże, że to jest ofiara wilkołaka, kupię ci
tygodniowy zapas kawy w Joe Squared albo jeśli wolisz, zaproszę cię wraz
z osobą towarzyszącą na posiłek, który sam przyrządzę w Revenant's
Daughter.
"Z osobą towarzyszącą". Jakby Winnie mogła liczyć na jakiekolwiek
towarzystwo.
- Wolę kawę - odpowiada.
Mario udaje, że zdejmuje przed nią niewidzialny kapelusz.
- Wyślę ci maila, kiedy dostanę informacje od Wednesdayów.
- Wspaniale.
Winnie zakłada niewidzialny kapelusz, a potem wskakuje z powrotem na
quada. Chłodne podmuchy wiosennego wiatru muskają jej skórę. Brudna
plama na soczewce okularów sprawia, że obraz zamazuje się w tym miejscu.
Dzwony na budynku Rady w centrum miasta wybijają ósmą, co oznacza, że za
godzinę zaczną się lekcje.
W Hemlock Falls szkoła zawsze zaczyna się późno, żeby na lekcje mogli
zdążyć ci, którzy w danym dniu zajmowali się sprzątaniem zwłok albo
polowali na koszmary poprzedniej nocy.
- Przygotuj się na przegraną, Mario! - krzyczy Winnie, odjeżdżając.
Przez krótką chwilę ściga ją jeszcze odgłos pękających balonów.
Rozdział 6
Rozdział
6
Revenant's Daughter jest po części barem, a po części restauracją, i wszystko tam aż lepi się od tłuszczu. Zazwyczaj
Winnie nie chodzi tam przed szkołą, ale poprzedniego wieczoru matka
wymusiła na niej obietnicę: "Jutro masz urodziny. Chcę się z tobą
zobaczyć z samego rana".
Dlatego Winnie tu przyjechała.
Parkuje quad obok kosza na śmieci na zapleczu, w alejce między Falls'
Finest, Joe Squared i sklepem spożywczym należącym do Wednesdayów. Mają
tam bardzo wysokie ceny, ale mogą sobie na to pozwolić, bo jest to
jedyny tego typu sklep w okolicy.
Winnie czuje zapach gorącego oleju. Jest jednocześnie ohydny i apetyczny. Żadne z dań w Revenant's Daughter nie jest szczególnie
smaczne ani wykwintne, ale wszystko jest panierowane i smażone na tak
głębokim tłuszczu, że nikt tego nie zauważa. No i keczup. W tej
restauracji keczup to podstawa.
Winnie zgrzyta przednimi zębami w rytmie na trzy i maszeruje w stronę
ciężkich tylnych drzwi zabezpieczonych przed zamknięciem ciężkim
kamieniem. Fale tłustego ciepła mieszają się z porannym powietrzem.
Winnie żałuje, że nie ma czasu, żeby przy okazji zjeść tu śniadanie.
- Co się stało? - pyta Francesca Wednesday, gdy tylko Winnie przekracza
próg zaparowanej kuchni.
Mama przekłada właśnie dwa placki ziemniaczane na tacę, gdzie są już
jajka, tosty i kawa. Archie Friday smaży kolejne placki i nie podnosi
wzroku znad patelni. Rzadko się odzywa, ewidentnie woli porozumiewać się
za pomocą chrząknięć.
- Wyglądasz, jakby coś się stało. - Mama marszczy brwi, aż tworzą się
między nimi głębokie zmarszczki. W kuchennym świetle jej cera sprawia
wrażenie żółtej i niezdrowej. - Miałaś jakieś problemy przy sprzątaniu
zwłok?
Winnie głośno przełyka ślinę. Nigdy nie była najlepszym kłamcą. Nawet
najzwyklejsze, niewinne kłamstewko nie potrafi przejść jej przez usta.
Dlatego na przykład jej brat Darian nigdy nie uwierzył, że naprawdę
podobały jej się wąsy, które zapuścił w zeszłym roku. A gdy idzie o poważniejsze sprawy... Jedynym sposobem na zatajenie planów związanych z próbami łowieckimi jest unikanie rozmów z mamą.
Zastanawiając się nad odpowiedzią, Winnie zapina i odpina swoją skórzaną
kurtkę. Ciemne oczy mamy przyglądają jej się uważnie.
- Skąd to masz? - Francesca podchodzi szybko do córki i fachowym okiem
przygląda się skórzanej kurtce. - Ukradłaś to gdzieś?
Winnie się śmieje, a jej reakcja budzi w mamie jeszcze większe
podejrzenia.
- Nie, mamo. Dostałam ją od Emmy i Bretty Wednesday.
- Aha. Wow. - Mama otwiera szeroko oczy.
Jej policzki nagle oblewają się rumieńcem. Zerka na tył kuchni, gdzie
obok przemysłowych ekspresów do kawy czeka już żółta torba prezentowa.
- W takim razie będziesz... Pewnie będziesz rozczarowana moim prezentem.
Ale proszę. - Skinieniem głowy wskazuje torbę. - Otwórz, a ja zaraz
wrócę.
Wychodzi z zaplecza, trzymając w ręku tacę, na której jest dużo więcej
tłuszczu, niż ona sama miała cztery lata temu, gdy Luminariusze
wykluczyli ją ze swojej społeczności. Musiała wtedy zatrudnić się w dwóch miejscach na raz, żeby mieć z czego opłacić rachunki. Winnie nie
zdawała sobie wcześniej sprawy z tego, jak wygodnie im się żyło z pensji
łowcy - aż do momentu, gdy mama przestała ją otrzymywać.
Kiedy otwierają się wahadłowe drzwi, brzęczący szum głosów nabuzowanych
cholesterolem i kofeiną robi się głośniejszy. Winnie zerka na najbliższy
stolik, przy którym siedzą Imran i Xawier Saturdayowie (czwarta klasa,
popularni, niespokrewnieni), Marisol Sunday (trzecia klasa, popularna),
Casey Tuesday (druga klasa, popularny) i Erica Thursday.
Oczy Eriki, niemal rude na tle jej ciepłej, bursztynowej cery, spotykają
się ze wzrokiem Winnie. A potem równie szybko uciekają. Wahadłowe drzwi
wracają do normalnej pozycji. Archie warczy pod nosem: "Zamówienie
gotowe!", a Winnie przemyka w stronę ekspresów do kawy. Serce wali jej
jak młot. A zęby znów zgrzytają.
To kolejny powód, dlaczego nie przychodzi rano do restauracji. Jest to
miejsce, w którym popularne dzieciaki spotykają się na śniadaniu przed
szkołą.
I miejsce, w którym Erica je śniadanie. Nie rozmawiają ze sobą od
czterech lat, i chociaż Erica nie nazywa Winnie wiedźmim pomiotem ani
łajnem Diany, nie reaguje także, kiedy robią to wszyscy inni. Tylko
patrzy, a z jej idealnie umalowanej twarzy nie da się nic odczytać. W czasach, gdy jeszcze przyjaźniła się z Winnie, dopiero uczyła się używać
eyelinera i konturówki. Teraz już nigdzie nie wychodzi nieumalowana, a jej ubrania zawsze są modne i pochodzą od topowych projektantów.
Ojciec Eriki, wywodzący się z meksykańskich Luminariuszy, zawsze jest
jedną z najlepiej ubranych osób w Hemlock Falls, dlatego nic dziwnego,
że Erica także ma doskonale dobrane stroje. I chociaż on ciągle używa
nazwiska Jueves, Erica urodziła się wśród amerykańskich Luminariuszy i otrzymała nazwisko Thursday po mamie, która jest przywódczynią klanu.
Klan oczekuje, że Erica pójdzie śladami swej matki Marcii, wytyczonymi
przez buty na ośmiocentymetrowym obcasie. Patrząc na to, jak Erica
wygląda, porusza się i mówi, można stwierdzić, że jest bardzo blisko
osiągnięcia tego celu.
Winnie sięga po żółtą torbę prezentową i znajduje tam papierową serwetkę
z jednorożcem z zeszłorocznych urodzin. "To na pewno nowe cienkopisy" -
myśli, ponieważ co roku dostaje od mamy taki sam prezent. Jednak gdy
zagląda głębiej do torby, widzi eleganckie kraciaste etui na okulary.
Czuje narastającą radość. Od dawna powtarzała, że chciałaby mieć nowe
okulary, ale nie przypuszczała, że mama naprawdę jej słucha.
Otwiera etui i jej oczom ukazują się kupione przez mamę okulary. Chociaż
nie są tak zniszczone jak te, które ma na nosie, mają drobne ryski przy
krawędziach. Poza tym ten model wyszedł z mody już jakieś trzy lata temu
- ma grube oprawki, a teraz wszyscy noszą cienkie.
Winnie przełyka ślinę.
- Kupiłam zły model, prawda?
Winnie aż podskakuje. Nie zauważyła, kiedy mama zdążyła do niej podejść.
Fran potrafi doskonale się zakradać, jakby nigdy nie przestała być
Pierwszą Łowczynią.
- To jakieś tanie podróbki? Kurczę. - Mama szybkim ruchem wyjmuje etui z rąk Winnie. - Wydawało mi się, że są bardzo eleganckie.
- To nie są podróbki - odpowiada Winnie, sięgając po etui.
Mama robi zwinny unik. Patrzy krytycznym wzrokiem na okulary.
- Wiedziałam, że powinnam była poczekać z tym zakupem do mojego wyjazdu
do Chicago, ale tak się ucieszyłam, że udało mi się kupić je tak tanio.
A niech to, Fran.
- Nie. - Winnie chwyta mamę za ramię i ściska ją. - Są wspaniałe, mamo.
Dokładnie takie, jakie chciałam. Widzisz? - Bierze etui i pospiesznie
wymienia okulary na nosie. Smuga przed lewym okiem znika, a wszystko
jest teraz widoczne o wiele wyraźniej. W tym samym momencie Archie
wykrzykuje w ich stronę: "Zamówienie gotowe!".
Winnie się uśmiecha, a mama rumieni się na całej twarzy, aż po krawędź
siwych odrostów. Winnie jest przykro widzieć mamę tak zdesperowaną. Chce
wierzyć córce, a Winnie też chce, żeby mama jej uwierzyła. Nigdy dotąd
tak bardzo nie pragnęła być wybitnym kłamcą.
Niestety nie jest dość przekonująca. Mama wzdycha głęboko. W tym
westchnieniu słychać takie przygnębienie i taką niechęć do samej siebie,
że Winnie po raz tysięczny odkrywa, jak bardzo nienawidzi swojego taty.
Złamał serce Francesce Wednesday - złamał serca im wszystkim! - i zmienił najtwardszą łowczynię klanu Wednesdayów w...
W to.
Mama się nie załamała, co to, to nie! Wszystko tylko nie to. Jest
bohaterką Winnie i zawsze nią będzie. Jednak zanim tata ich zdradził,
mama nigdy nie miewała chwil zwątpienia. Była Pierwszą Łowczynią klanu
Wednesdayów i żyła według jego motta. Wpajała swoim dzieciom znaczenie
lojalności. Wpajała je Winnie.
I nagle przyłapała tatę w połowie rzucania zaklęcia szpiegującego, za
pomocą którego zamierzał przekazać sekrety Luminariuszy wprost w ręce
Dian. Próbowała go wydać. On ją obezwładnił. A reszta to już historia.
- Jak wyglądam? - Winnie robi głupkowatą minę, wyciągając język i pokazując zęby, i z ulgą stwierdza, że mama szeroko się uśmiecha.
- Zamówienie gotowe! - warczy Archie, tym razem głośniej.
- Wyglądasz fantastycznie, Win. - Mama przyciąga dziewczynę do siebie,
próbując niezdarnie ją uścisnąć (nigdy nie były dobre w okazywaniu sobie
czułości), i całuje ją we włosy. - Wszystkiego najlepszego dla mojej
ulubionej córki na świecie...
- Zamówienie!
- ...i mam nadzieję, że miło spędzisz dzisiejszy dzień. Tylko nie
zapominaj, że musimy poćwiczyć jazdę samochodem...
- Gotowe!
- Na kostuchy i upiory, Archie, przecież cię słyszę! - odpowiada mama,
piorunując go wzrokiem.
W tej chwili bardzo przypomina twardą łowczynię, pod której opieką
Winnie dorastała. Francesca głaszcze córkę po głowie i szybko odchodzi
po tacę z kolejnym śniadaniem.
A potem zanosi ją Luminariuszom, którzy uważają ją za wyrzutka.
Rozdział 7
Rozdział
7
To nie jest tak, że większość Luminariuszy
jest wprost okrutna dla Winnie i jej rodziny. Po tym, jak uczniowie
pierwszej klasy pomalowali samochód Franceski farbą w sprayu i zostali
za to surowo ukarani przez członków Rady, większość miejscowych
Luminariuszy postanowiła po prostu ignorować Winnie, Dariana i ich
matkę.
Tak przynajmniej zachowują się w ich obecności. Za plecami jednak lubią
sobie z nich żartować. Albo poplotkować na ich temat. A czasami
pozwalają sobie na uszczypliwości w stylu: "Ojej, wylało mi się na
ciebie chai latte. Przepraszam!".
Mówiąc "za plecami", Winnie ma na myśli dosłowne znaczenie tych słów. W szkole musi siedzieć w drugim rzędzie z powodu przeklętego układu
stosowanego przez panią Morgan, która rozsadza wszystkich według wieku,
a to oznacza, że dziś Dante Luned? zaśpiewa jej szeptem "Sto lat" z nieco zmodyfikowanym tekstem i przyjemnym dla ucha włoskim akcentem.
Rodzina Dantego przeprowadziła się tutaj dopiero dwa lata temu z włoskiej filii Luminariuszy, jednak wyrzutkowie tacy jak Winnie są
traktowani z pogardą przez wszystkie czternaście filii z całego świata.
Dlatego nawet ci, którzy dopiero niedawno dołączyli do amerykańskich
Luminariuszy, dokładnie wiedzą, jak powinni ich traktować.
- Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam - śpiewa Dante. - Sto lat, sto
lat, niech żyje, żyje nam... A kto? Zdrajczyni!
Przynajmniej ktoś pamiętał o jej urodzinach. Zawsze coś, prawda?
Winnie nie odwraca się, ponieważ nigdy tego nie robi. Zamiast tego
kładzie swój ołówek nr 2 na rogu kartki z zadaniem domowym z matematyki.
Tam, gdzie są narysowane rogi sylfa. Jego zęby. Jego skóra
przypominająca korę. Winnie nie siedzi już w sali, lecz jest z powrotem
w lesie, w którym oddychają sosny i świerki. Wilgoć tworzy małe kropelki
na jej skórze, a chłód wyostrza zmysły.
- Jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje pomiot Diany, niech żyje nam! - a potem dodaje już normalnym tonem: - Tylko nie próbuj robić Źródła z kości moich palców, s??
Większość uczniów zaczyna się śmiać. Jest to cichy, dyskretny śmiech,
tak łagodny, że można go uciszyć w ułamku sekundy. Jedyną osobą, która
się nie śmieje, jest Fatima Wednesday, córka przywódczyni klanu
Wednesdayów i tym samym członkini Rady.
- Skończ! - syczy na Dantego. - Żadna Diana nie chciałaby twoich
obleśnych paluchów - dodaje.
Winnie chciałaby spojrzeć na Fatimę z wdzięcznością, ale nie chce się
odwracać. Boi się, że jeśli to zrobi, w jakiś sposób potwierdzi, że
żadna Diana nie chciałaby obleśnych paluchów Dantego. A potem ludzie
zaczną się zastanawiać, skąd Winnie wie takie rzeczy, i nie będzie miało
już żadnego znaczenia, że wcale ich nie wie. Winnie do dziś nie ma
pojęcia, z czego było zrobione Źródło jej taty ani w którym miejscu w lesie mógł je zakopać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki