Luminariusze - Susan Dennard

Kup ebooka

41.90 zł
32.68 zł (32,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Roz­dział

1

Mówią, że wio­sna ni­gdy nie zagląda do lasu przy Hem­lock Falls. To oczy­wi­ście nie­prawda. Wio­sna przy­cho­dzi tu zaraz po zimie, tak jak powinna to mieć w zwy­czaju. Prawdą jest nato­miast to, że w Hem­lock Falls jest ona zupeł­nie inna niż we wszyst­kich pozo­sta­łych czę­ściach świata. Cicha i zabój­cza. Samotna i nie­unik­niona. Skrada się w twoim kie­runku, osło­nięta zimową sza­ro­ścią, która nie lubi odpusz­czać.

Nawet teraz, cho­ciaż wio­sna trwa już od mie­siąca, drzewa od strony pół­noc­nej wciąż pokrywa szron. I cho­ciaż w każ­dej chwili może wzejść słońce, jego pro­mie­nie nie dotrą do tej piasz­czy­stej drogi. Nie dosię­gną Win­nie Wednes­day, która jedzie topor­nym quadem bez wspo­ma­ga­nia kie­row­nicy do miej­sca zbiórki klanu Wednes­dayów.

Las wydy­cha z sie­bie mgłę, która przy­po­mina dym z kadziel­nicy. Świa­tła quada bły­skają i odbi­jają się w ciem­no­ści, two­rząc różne kształty, o któ­rych Win­nie dobrze wie, że nie ist­nieją naprawdę. Są tylko małe klony i jodły, które wyro­sły tu zeszło­rocz­nej wio­sny, przy­bie­ra­jące w mroku przed­świtu kształty szkie­le­tów.

Quad pod­ska­kuje na dro­dze, a Win­nie aż zgrzyta zębami. Dziś są jej szes­na­ste uro­dziny. I to dzi­siaj wszystko się zmieni.

Nagle w świe­tle reflek­to­rów quada uka­zuje się sześć czar­nych SUV-ów. Win­nie z tur­ko­tem zatrzy­muje się przy sośnie, nie­opo­dal kępy śmier­cio­no­śnego sza­leju jado­wi­tego - oba gatunki roślin licz­nie pora­stają te oko­lice i nikt nie wie, od któ­rej z nich pocho­dzi nazwa mia­sta1.

Wyłą­cza świa­tła, naciąga na głowę kap­tur bluzy i czeka. Mgła szybko oble­pia ją niczym macki ośmior­nicy. Win­nie zasta­na­wia się, jak poto­czy się dzi­siej­sza próba. Jak to będzie ruszyć w pościg za kosz­ma­rem, zamiast tylko o nim czy­tać.

Mama nie roz­ma­wia z nią o polo­wa­niach - przy­naj­mniej ostat­nio. A dokład­nie od tam­tego incy­dentu. Jed­nak Win­nie prze­czy­tała Kom­pen­dium kosz­ma­rów tysiąc razy. Tysiąc tysięcy razy. Wła­sno­ręcz­nie naszki­co­wała każdą postać z lasu, każdy kosz­mar, z jakim muszą się mie­rzyć ame­ry­kań­scy Lumi­na­riu­sze. Wyobra­żała też sobie, że sama sta­wia czoła kre­atu­rom, zada­jąc psot­ni­kowi cios w mię­si­ste miej­sce pod szyją albo tra­fia­jąc man­ty­korę w łącze­nie gło­wo­tu­ło­wia z brzu­chem. Ćwi­czyła sekwen­cję "skok i prze­wrót" tyle razy, że jej ciało nauczyło się wyko­ny­wać ten ruch cał­ko­wi­cie auto­ma­tycz­nie.

Będzie gotowa.

Musi być gotowa.

Mijają minuty. Sły­chać wycie wilka. Win­nie podej­rzewa, że jest praw­dziwy, cho­ciaż nie ma pew­no­ści. Kom­pen­dium opi­suje kilka kosz­ma­rów, które wyglą­dają jak wilki, brzmią jak wilki albo na krótką chwilę cał­ko­wi­cie się w nie zmie­niają.

Dziew­czyna popra­wia oku­lary na nosie i dalej czeka. I czeka. Bur­czy jej w brzu­chu; zaczyna żało­wać, że nie zja­dła śnia­da­nia. Żałuje też, że nie zażyła wię­cej snu, cho­ciaż po trzech tygo­dniach powinna być już przy­zwy­cza­jona do bez­sen­no­ści. Jej sen stał się nie­spo­kojny, odkąd roz­po­czął się mie­siąc jej uro­dzin i nad­szedł czas, aby zre­ali­zo­wać to, co pla­no­wała przez ostat­nie cztery lata.

Wilk znowu wyje, ale tym razem już gdzieś dalej. Brzmi, jakby był samotny i zagu­biony. Win­nie aż za dobrze zna te uczu­cia.

Nikomu jesz­cze nie mówiła, że dziś zamie­rza podejść do pierw­szej próby łowiec­kiej. Jeśli się o tym dowie­dzą, nie pozwolą jej na to. Cio­cia Rachel postrada zmy­sły. Mama postrada zmy­sły. Człon­ko­wie Rady postra­dają zmy­sły. I wszy­scy razem znajdą z pew­no­ścią jakiś spo­sób na to, żeby prze­ko­nać ją do zmiany zda­nia. Jed­nak nie są w sta­nie zmie­nić cze­goś, o czym nie wie­dzą. Poza tym ni­gdzie w prze­pi­sach nie ma mowy o tym, że wyrzut­kowi nie wolno przy­stą­pić do próby. Wia­domo, że Inni nie mogą tego robić, ale na pewno nie wspo­mniano nic o wyrzut­kach.

Wystar­czy, że Win­nie stawi się na miej­scu wraz z innymi kan­dy­da­tami na łow­ców, a Thurs­day­owie, odpo­wie­dzialni za prze­pro­wa­dze­nie próby, pozwolą jej spró­bo­wać swo­ich sił.

Muszą jej pozwo­lić. Win­nie nie ma poję­cia, co zrobi, jeżeli się nie zgo­dzą.

Wycie wilka cich­nie, a niebo wresz­cie zaczyna się roz­ja­śniać. Noc dobiega końca. Las budzi się ze snu.

Łowcy z klanu Wednes­dayów bez­sze­lest­nie zeska­kują z drzew. Towa­rzy­szy im kilku łow­ców z innych kla­nów. Zastę­pują oni tych, któ­rzy są kon­tu­zjo­wani, cho­rzy, albo po pro­stu mają dziecko w zespole teatral­nym Hem­lock Falls. Od kiedy dwa mie­siące temu zmarł łowca od Satur­dayów, a trzy tygo­dnie temu od Thurs­dayów, Rada codzien­nie wzmac­niała ich sze­regi.

Lumi­na­riu­sze miesz­kają w róż­nych zakąt­kach świata, ale zawsze w pobliżu któ­re­goś z czter­na­stu śpią­cych duchów. Każ­dej nocy, gdy duchy śnią, ich kosz­mary budzą się do życia. I każ­dej nocy łowcy nale­żący do Lumi­na­riu­szy chro­nią świat przed tymi kosz­ma­rami - jeden klan na każdy dzień tygo­dnia. Wczo­raj­sza noc nale­żała do Wednes­dayów - klanu Win­nie.

A dokład­nie mówiąc, do byłego klanu Win­nie. Prze­stał nim być, gdy z powodu incy­dentu jej rodzina została ska­zana na życie poza grupą i otrzy­mała sta­tus wyrzut­ków.

Dzi­siej­szej nocy polo­wało czter­dzie­stu ośmiu łow­ców, spo­śród któ­rych cał­kiem spora grupa to jej dalecy kuzy­no­wie albo kuzy­no­wie kuzy­nów. Naj­wy­raź­niej zapo­mnieli, że Win­nie ma dziś uro­dziny, a nawet gdyby pamię­tali, to ani tro­chę by ich to nie obe­szło. Wszy­scy są ubrani w czarne stroje z kevlaru i wszy­scy mają tak samo ponure miny. Nie­któ­rzy łowcy krwa­wią, inni mają poła­mane łuki, a kilku wyraź­nie utyka.

Tylko ciotka Rachel odłą­cza się od grupy i pod­cho­dzi do Win­nie z mapą w ręce. W świe­tle reflek­to­rów SUV-a wygląda jak aktorka na teatral­nej sce­nie. Jej ruchy są nie­zgrabne i pospieszne, zupeł­nie takie same jak u matki Win­nie. Ale jej mama jest już cał­kiem siwa, pod­czas gdy włosy Rachel są wciąż czarne i błysz­czące.

Obie sio­stry mają taki sam gar­baty nos. Win­nie rów­nież go odzie­dzi­czyła.

- Masz. - Rachel wyciąga w jej kie­runku mapę, która jest marną kopią kopii kopii.

- Tutaj masz zazna­czone miej­sca, w któ­rych leżą zwłoki kosz­ma­rów. Dzi­siaj znowu mie­li­śmy dwóch Innych. Muszę cię ostrzec: ten w pobliżu liceum to pół­zw­łoki.

Pół­zw­łoki. Połowa ludz­kiego ciała. Nie­zbyt czę­sto spo­ty­kana, ale zda­rza się. Rachel wrę­cza Win­nie mapę i zerka na SUV-y, jakby zapo­mniała, że jej sio­strze­nica wciąż tu stoi.

Tak to zazwy­czaj wygląda. Ciotka Rachel wygła­sza kilka zdaw­ko­wych uwag, a potem, jak każdy inny z klanu Wednes­dayów i każdy inny Lumi­na­riusz, z powro­tem udaje, że Win­nie nie ist­nieje. Po pro­stu odcho­dzi, upusz­cza­jąc mapę, a Win­nie łapie ją w locie.

Rachel wraca do pozo­sta­łych łow­ców i wszy­scy wsia­dają do SUV-ów. Elek­tryczne sil­niki zaczy­nają mia­rowo war­czeć. Odgłos opon roz­pry­sku­ją­cych świeże błoto zwia­stuje ich odjazd.

Win­nie nie odpro­wa­dza ich wzro­kiem. Już od trzech lat zaj­muje się sprzą­ta­niem zwłok, i nawet jeśli dziś ma uro­dziny, nawet jeśli jej żołą­dek jest zwi­nięty w supeł jak war­kocz har­pii, zna­joma rutyna przy­nosi jej uko­je­nie.

Mogłoby się wyda­wać, że sprzą­ta­nie tru­pów - ciał kosz­ma­rów, a także ludz­kich zwłok pozo­sta­wio­nych w lesie - jest pracą, któ­rej nie da się lubić, ale Win­nie zawsze spra­wiało to przy­jem­ność. Jej brat Darian zawsze mówi, że jest chora, a ona odpo­wiada mu, że jest nudzia­rzem.

Oczy­wi­ście, jest to dość przy­gnę­bia­jące zaję­cie, ale prze­cież ktoś musi to robić. W prze­ciw­nym razie zwłoki, które w magiczny spo­sób nie znikną o świ­cie, prze­bu­dzą się na nowo jako upiory, a te są o wiele gor­sze. Poza tym tylko pod­czas sprzą­ta­nia zwłok Win­nie może wyko­rzy­stać wie­dzę zdo­bytą z Kom­pen­dium kosz­ma­rów: każde nowe ciało jest zagadką, którą trzeba roz­wią­zać.

Dziew­czyna stu­diuje uważ­nie mapę, zgrzy­ta­jąc przed­nimi zębami. Pół­zw­łoki leżą nie­da­leko posia­dło­ści Fri­dayów. Ciało dru­giego czło­wieka ozna­czono około pół­tora kilo­me­tra dalej, przy jezio­rze. Dwa trupy to dużo jak na jedną noc. Ostat­nio zda­rza się to coraz czę­ściej.

Zgrzyt, zgrzyt.

- Win­nie? - odzywa się ktoś.

Zza sosny wycho­dzi Mar­cus, syn cioci Rachel - ósmo­kla­si­sta, który dopiero od nie­dawna zaj­muje się sprzą­ta­niem zwłok. Jest miły dla Win­nie, kiedy nikt nie patrzy. Jed­nak gdy tylko wyj­dzie z lasu, podob­nie jak wszy­scy inni Lumi­na­riu­sze z satys­fak­cją nazywa ją "wiedź­mim pomio­tem".

Win­nie czę­sto marzy o tym, żeby wybić mu przed­nie zęby. Mają wprost ide­alny roz­miar, żeby wyce­lo­wać w nie pięść. Może wresz­cie jego bla­do­oliw­kowa cera nabra­łaby tro­chę koloru.

Za Mar­cu­sem stoją dwie nasto­latki: uro­cze bliź­niaczki Wednes­day, czar­no­skóre dziew­czyny, któ­rych cera ma głę­boki odcień umbry, a oczy są ciemne jak tur­ma­lin. Ich dołeczki w policz­kach są obiek­tem zazdro­ści wszyst­kich nasto­la­tek w mie­ście.

Ich rodzina prze­pro­wa­dziła się do Hem­lock Falls w zeszłym roku. Prze­nie­śli się tutaj ze świata zewnętrz­nego. Rodzice bliź­nia­czek są pośred­ni­kami - tym szcze­gól­nym rodza­jem Lumi­na­riu­szy, któ­rzy żyją w świe­cie Innych i zaj­mują się pil­no­wa­niem, aby żaden z nich ni­gdy nie dowie­dział się o Lumi­na­riu­szach ani o lesie.

Podob­nie jak więk­szość osób z klanu Wednes­dayów bliź­niaczki nie są połą­czone wię­zami krwi ani z Win­nie, ani z Mar­cu­sem. Cho­dzą do dru­giej klasy liceum - tak jak Win­nie - i są naj­po­pu­lar­niej­szymi dziew­czy­nami w szkole. Co oczy­wi­ście ozna­cza, że Mar­cus jest w nich zako­chany. I to po same uszy. Naj­wy­raź­niej nie zdaje sobie sprawy z tego, że dziew­czyny są dla niego takie miłe, bo po pro­stu są miłe dla każ­dego. Nawet dla Win­nie, mimo że zwy­kle jest w kiep­skim humo­rze.

Win­nie chcia­łaby być miła tak jak one, naprawdę. Jeżeli jed­nak straci czuj­ność choćby na minutę, ist­nieje ryzyko, że ktoś pokona mur, który wokół sie­bie zbu­do­wała. Wiedźmi pomiot, wiedźmi pomiot.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego! - śpie­wają bliź­niaczki chó­rem.

- Mamy dla cie­bie pre­zent.

Emma wrę­cza jej prze­pięk­nie zapa­ko­wane pudełko z per­fek­cyjną kokardą.

- E, dzięki. - Win­nie bie­rze pre­zent, który oka­zuje się dość ciężki. - Póź­niej otwo­rzę.

Na twa­rzach dziew­cząt poja­wia się gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Dołeczki, które zawsze uwi­dacz­niają się pod­czas uśmie­chu, teraz się wygła­dzają, a Bretta, która dzi­siaj roz­pu­ściła swoje spi­ralne loczki (Emma jest ucze­sana w dłu­gie war­ko­cze), odpo­wiada:

- Ale my chcemy zoba­czyć twoją reak­cję.

Win­nie cała się spina, sły­sząc te słowa. Ręce zaczy­nają jej drżeć, jak gdyby pudełko, które w nich trzyma, było zro­bione z łez ban­shee. Zro­biły jej kawał. Praw­do­po­dob­nie w środku znaj­duje się psia kupa, a gdy Win­nie będzie otwie­rać pudełko, nagrają to tele­fo­nami i pokażą ten fil­mik wszyst­kim w szkole.

Ale to nie­moż­liwe. Win­nie kręci głową. Bliź­niaczki takie nie są. Poza tym, w prze­ci­wień­stwie do reszty miesz­kań­ców Hem­lock Falls, zawsze oka­zy­wały jej szczerą sym­pa­tię. Reguły Lumi­na­riu­szy doty­czące trak­to­wa­nia wyrzut­ków są jasne: należy ich igno­ro­wać. Jed­nak bliź­niaczki jakoś ni­gdy tego nie prze­strze­gały.

Win­nie popra­wia oku­lary na nosie, bie­rze głę­boki wdech i w końcu roz­dziera papier pre­zen­towy. Sze­lest papieru prze­rywa ciszę poranka. Sekundę póź­niej Win­nie dostrzega nazwę sklepu Falls' Finest. Złote litery z zawi­ja­sami są iden­tyczne jak te na witry­nie w mie­ście.

Win­nie gło­śno prze­łyka ślinę, zła na sie­bie za to, że tak bar­dzo ją to ucie­szyło. Boi się, że bliź­niaczki kupiły jej coś dro­giego (co suge­ruje spory cię­żar pudełka) i że praw­do­po­dob­nie jej się to spodoba. Pra­wie żałuje, że to jed­nak nie psia kupa.

Ale teraz nie może się już wyco­fać. Emma i Bretta pra­wie pod­ska­kują z emo­cji.

Win­nie unosi wieko pudełka i odkrywa, że w środku znaj­duje się skó­rzana kurtka. Jedna z tych rze­czy, na które ni­gdy nie mogłaby sobie pozwo­lić, chyba że kupi­łaby bar­dzo, ale to bar­dzo zno­szoną. Tę tutaj uszyto w nie­śmier­tel­nym stylu, który zawsze dobrze się pre­zen­tuje, bez względu na to, ile kurtka ma lat i w któ­rej deka­dzie jest noszona.

Win­nie prze­łyka ślinę po raz drugi. Cyna­mo­nowy brąz kurtki ide­al­nie współ­gra z jej kasz­ta­no­wymi wło­sami.

- Zawsze tak mar­z­niesz pod­czas sprzą­ta­nia zwłok - wyja­śnia Emma. - W tym będzie ci cie­pło!

Win­nie nie mówi tego na głos, bo nie chce być zło­śliwa, ale jest bole­śnie świa­doma tego, co kryje się za tymi sło­wami: "Zawsze mar­z­niesz i zawsze tak będzie, ponie­waż w prze­ci­wień­stwie do nas ty, Win­nie Wednes­day, będziesz sprzą­tać trupy do końca życia".

- Przy­mierz! - prosi Bretta, a w jej policz­kach znów uka­zują się dołeczki. - Możemy wymie­nić, jeśli nie będzie paso­wać.

Win­nie speł­nia jej prośbę - oczy­wi­ście kurtka pasuje ide­al­nie. Nawet nało­żona na zie­loną bluzę z napi­sem "Ratujmy wie­lo­ryby". Win­nie zgina ręce w łok­ciach, a wtedy nowiutka skóra wydaje trzesz­czący dźwięk. Spraw­dza zapię­cie, prze­su­wa­jąc suwak w górę i w dół niczym skal­pel roz­ci­na­jący wam­pi­rze wnętrz­no­ści.

Nie powinna przyj­mo­wać tego pre­zentu. Naprawdę. Powinna grzecz­nie podzię­ko­wać bliź­niacz­kom i powie­dzieć, że jest to zbyt drogi poda­ru­nek, aby mogła go przy­jąć.

Jed­nak tego nie robi. W tej kurtce czuje się jak praw­dziwa twar­dzielka. Jak bab­cia Winona ze sta­rego zdję­cia, na któ­rym stoi z łukiem w ręce, wnętrz­no­ściami kosz­maru roz­pry­ska­nymi po całym ciele i z sze­ro­kim, dzi­kim uśmie­chem, jasnym jak słońce wscho­dzące za jej ple­cami.

Win­nie uśmie­cha się podob­nie, co rzadko jej się zda­rza, i mówi:

- Dzięki. To naprawdę... no, bar­dzo miłe z waszej strony. Dzię­kuję.

Emma pro­mie­nieje z rado­ści, Bretta klasz­cze w dło­nie, a Win­nie po raz kolejny żałuje, że bliź­niaczki nie są ste­reo­ty­po­wymi wred­nymi dziew­czy­nami, któ­rymi powinny być. Jej rela­cje z pozo­sta­łymi miesz­kań­cami, na przy­kład z takimi dra­niami jak Mar­cus, są zupeł­nie inne niż z nimi. Bliź­niaczki są pra­wie jej przy­ja­ciół­kami, ale nie do końca...

Ten nie­pewny stan "pomię­dzy" spra­wia, że Win­nie czuje nagle nie­przy­jemny ucisk w żołądku.

Odchrzą­kuje i odpina kurtkę. A potem znów ją zapina. I znowu, i znowu, ponie­waż z jakie­goś powodu jej palce nie chcą puścić suwaka, który z nie­zwy­kłą lek­ko­ścią prze­suwa się po zamku.

- A kiedy wy macie uro­dziny? - odzywa się Mar­cus do bliź­nia­czek. Jego zain­te­re­so­wa­nie ozna­cza, że dziew­czyny w przy­szło­ści mogą się spo­dzie­wać nie­zręcz­nego poda­runku w postaci bukietu kwia­tów.

- W przy­szłym tygo­dniu - odpo­wiada Emma, dokład­nie w tym samym momen­cie co Bretta.

Dziew­czyny wybu­chają śmie­chem, jak zawsze, gdy powie­dzą coś jed­no­cze­śnie.

Win­nie czuje, że palce na suwaku zaczy­nają jej mar­z­nąć. Ma mało czasu, żeby zna­leźć dla bliź­nia­czek pre­zent, któ­rym odwdzię­czy im się za tę kurtkę.

- Chcemy urzą­dzić imprezę - mówi dalej Emma. - Oboje jeste­ście zapro­szeni.

Mar­cus wygląda, jakby miał zaraz zemdleć z rado­ści. Win­nie nato­miast czuje, że robi jej się nie­do­brze. Wyrzut­ko­wie nie są zbyt mile widziani na impre­zach orga­ni­zo­wa­nych przez Lumi­na­riu­szy.

Dla­tego zmie­nia temat. Jako naj­star­sza z nich dowo­dzi grupą.

- My, e... - zaczyna. Zzzt, zzzt, zzzt. - Mamy pół­zw­łoki nie­da­leko pose­sji Fri­dayów. Może zaczniemy od nich?

- Tak jest, kapi­ta­nie - odpo­wiada Bretta, salu­tu­jąc.

Potem razem z Emmą i Mar­cu­sem pakują się na quada, a Win­nie uru­cha­mia sil­nik. Spa­liny z rury wyde­cho­wej roz­pły­wają się we mgle.

Nastał świt i oto­czył drzewa per­łową sza­ro­ścią. Cie­nie w lesie roz­pra­szają się. Ale zimowa sza­rość pozo­staje.

Angiel­skie słowo hem­lock ozna­cza zarówno sza­lej jado­wity (śmier­cio­no­śną roślinę), jak i cho­inę (drzewo z rodziny sosno­wa­tych) - przyp. tłum. [wróć]

Rozdział 3

Roz­dział

3

Winnie par­kuje quad na ścieżce jakieś dzie­więć metrów od pół­zw­łok. Świa­tła reflek­to­rów prze­szy­wają mgłę, nada­jąc nie­wy­raźny kształt pobli­skim drze­wom. Nie­całą minutę póź­niej Win­nie odnaj­duje ludz­kie szczątki. W ciągu trzech lat sprzą­ta­nia zwłok zdą­żyła już poznać miej­sca, w któ­rych kosz­mary zazwy­czaj porzu­cają swoje ofiary. Ta kon­kretna polana, oto­czona przez błę­kitne świerki i klony, jest ulu­bio­nym żero­wi­skiem wam­pi­rzyc.

Na widok bia­łego krę­go­słupa wysta­ją­cego spod postrzę­pio­nych frag­men­tów brzu­cha Mar­cus zaczyna się krztu­sić. A gdy dostrzega obdarte ze skóry i mię­śni kostki w miej­scu, gdzie jesz­cze nie­dawno znaj­do­wały się stopy, odwraca się gwał­tow­nie i bie­gnie w stronę drzew.

Win­nie jest roz­ba­wiona.

- Witamy w lesie! - woła za nim, a Bretta cicho chi­cho­cze.

Emmie robi się jed­nak żal Mar­cusa, dla­tego stara się swoim melo­dyj­nym gło­sem zagłu­szyć dźwięki wyda­wane przez jego zbun­to­wane gar­dło, z któ­rego na sosnowe igły try­skają wymio­ciny.

Win­nie i Bretta nie mar­nują czasu. Zakła­dają jed­no­ra­zowe ręka­wiczki w kolo­rze cha­brów, które nie­dawno zakwi­tły przed domem Win­nie. Potem Bretta wyciąga pla­sti­kowy worek z tur­ku­so­wego ple­caka, bez któ­rego ni­gdzie się nie rusza. Sły­chać sze­lest opa­ko­wa­nia chip­sów. Zna­jąc Brettę, praw­do­po­dob­nie mają one smak soli i octu. A może są to ulu­bione chipsy Emmy o smaku kwa­śnej śmie­tany i cebulki.

- Nic o nim nie wiemy - mówi Bretta po bez­sku­tecz­nym poszu­ki­wa­niu doku­men­tów zmar­łego.

Jej ręka­wiczki są już brą­zowe od krwi. Jeansy denata wyglą­dają jesz­cze gorzej.

- Myślisz, że powin­ni­śmy poszu­kać dru­giej połowy jego ciała?

- E tam.

Win­nie roz­wija pla­sti­kowe zawi­niątko, które oka­zuje się gigan­tycz­nym prze­zro­czy­stym wor­kiem stru­no­wym. Zapię­cie ma kiep­ską jakość, dla­tego wymaga sta­ran­nego, cier­pli­wego odpi­na­nia. Zupeł­nie ina­czej niż zamek w nowej kurtce Win­nie.

Każdy Inny, który odwie­dza świat Lumi­na­riu­szy, jest prze­ra­żony, kiedy dowia­duje się, że sprzą­ta­nie zwłok należy do obo­wiąz­ków trzy­na­sto-, czter­na­sto- i pięt­na­sto­lat­ków. "To prze­cież dzieci!", mówi. "Ich umy­sły są takie wraż­liwe!" Na co Lumi­na­riu­sze pry­chają i odpo­wia­dają: "No wła­śnie".

Śmierć jest czę­ścią życia w Hem­lock Falls. Jest czę­ścią życia poza lasem. Tra­cisz rodzinę, tra­cisz przy­ja­ciół, tra­cisz sie­bie. Im szyb­ciej te "dzieci" dowie­dzą się, co może zro­bić z nimi las, tym będą szczę­śliw­sze i bez­piecz­niej­sze.

Win­nie prze­ko­nała się o tym na wła­snej skó­rze.

- To ofiara wam­pi­rzycy - mówi do Bretty, kła­dąc worek przy zwło­kach. - Łatwo to stwier­dzić. Zobacz, bra­kuje wszyst­kich narzą­dów wewnętrz­nych. Tułów i głowa mają naj­wię­cej skład­ni­ków odżyw­czych, a hordy wam­pi­rzyc potrze­bują ich, żeby prze­żyć. Lubią czę­ści ciała z dużą zawar­to­ścią żelaza.

- Ach, tak.

Bretta przy­gląda się ciału w sku­pie­niu, a w tym cza­sie Win­nie odwie­sza swoją skó­rzaną kurtkę na czarną gałąź orze­cha. Wspól­nymi siłami pod­no­szą cięż­kie ciało i wkła­dają je do worka. Pla­stik się gnie­cie. Zakrze­pła krew try­ska niczym pasta do zębów z tubki. Dziew­czyny chwy­tają krańce zapię­cia stru­no­wego po obu stro­nach i zaczy­nają je zamy­kać.

- Ale dla­czego on nie ma stóp? - pyta Bretta.

- Mówi się, że wam­pi­rzyce lubią stopy, bo same ich nie mają. Cho­ciaż, z dru­giej strony, melu­zyny i har­pie też nie - zauważa Win­nie, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Kie­dyś spy­tała o to pro­fe­sora Andersa, w cza­sach gdy jesz­cze mogła cho­dzić do szkoły Lumi­na­riu­szy, ale on tylko spoj­rzał na nią gniew­nie i powie­dział ze swoim szwedz­kim akcen­tem: "Jeśli nie ma tego w Kom­pen­dium, to zna­czy, że nie jest to ważne".

Dla­tego Win­nie posta­no­wiła zaj­rzeć do Kom­pen­dium kosz­ma­rów - nie skró­co­nego porad­nika, z któ­rego korzy­stają łowcy, lecz do peł­nego, potęż­nego wyda­nia, dużego jak jej plecy, które jest prze­cho­wy­wane w biblio­tece Mon­dayów. Nie zna­la­zła tam jed­nak odpo­wie­dzi.

- A ty jak myślisz? Dla­czego zabie­rają stopy? - dopy­tuje Bretta.

Twarz Win­nie oblewa rumie­niec.

Dziew­czyna czuje dziwne gorąco. Tro­chę pochle­bia jej to, że Bretta chce poznać jej teo­rię. A tro­chę jest skrę­po­wana, ponie­waż wie, co się sta­nie, jeżeli się nią podzieli. Nawet jeśli Bretta nie będzie się śmiała, praw­do­po­dob­nie powie o tym komuś, kto powie jesz­cze komuś innemu i wkrótce Lumi­na­riu­sze znów okleją jej dom papie­rem toa­le­to­wym. Albo poma­lują sprayem stare volvo jej mamy, na któ­rym wciąż jesz­cze wid­nieją ślady czer­wo­nej farby po ostat­nim akcie wan­da­li­zmu. Wtedy Win­nie znie­na­wi­dzi swo­jego tatę jesz­cze bar­dziej, a przy oka­zji znie­na­wi­dzi mamę za to, że go kie­dyś poko­chała...

Nie, nie może dać się w to wcią­gnąć. Nie w swoje uro­dziny.

Wzru­sza więc ramio­nami i bur­czy pod nosem:

- Nie wiem.

Nagle sły­chać cięż­kie kroki. Win­nie obraca się, spo­dzie­wa­jąc się, że zoba­czy Emmę z Mar­cu­sem wiszą­cym na jej ramie­niu. Ale z zaro­śli wycho­dzi chło­pak o jasno­brą­zo­wych wło­sach, dosko­nale pasu­ją­cych do jego bla­dej cery.

- O - mówi Win­nie, robiąc kwa­śną minę. - Jay.

Na jej widok chło­pak robi krok do tyłu. Wyjąt­kowo wygląda dzi­siaj bar­dziej na zmę­czo­nego niż zja­ra­nego, jakby przez całą noc łaził gdzieś z piwem w jed­nej ręce i join­tem w dru­giej. Stoi przy­gar­biony, ubrany we fla­ne­lową koszulę, z rękami w kie­sze­niach wypło­wia­łych jean­sów i w czar­nych butach moto­cy­klo­wych, na któ­rych widać ślady czer­wo­nej ziemi.

Na tle sza­rego lasu sta­nowi istną eks­plo­zję kolo­rów. Win­nie nagle żałuje, że zdjęła swoją skó­rzaną kurtkę. W obec­no­ści Jaya wola­łaby mieć na sobie ochronną zbroję.

Bretta stoi obok niej nie­ru­chomo, niczym zjawa jele­nia, która zauwa­żyła czło­wieka.

- Po co tu przy­sze­dłeś? - pyta Win­nie, ale Jay ją igno­ruje i prze­jeż­dża dło­nią po roz­czo­chra­nych wło­sach, patrząc gdzieś przed sie­bie.

Nie na ludzi, nie na ciało, lecz na las. Na liście, mech i błoto. Na sub­telne ślady pozo­sta­wione nocą przez potwory.

Win­nie zasta­na­wia się, co takiego widzi Jay. Chło­pak prze­szedł wszyst­kie trzy próby łowiec­kie już ponad rok temu.

- Szy­ko­wa­łem się do szkoły - odpo­wiada w końcu Jay. Jego głos, podob­nie jak on sam, jest przy­ga­szony i zmę­czony. - Zoba­czy­łem ślady i posta­no­wi­łem spraw­dzić, czy nic nie wydo­stało się poza gra­nice.

Posia­dłość klanu Fri­dayów, w któ­rej mieszka Jay, jest jedną z dwóch bez­po­śred­nio sąsia­du­ją­cych z lasem (druga należy do klanu Tues­dayów).

- Wam­pi­rzyca? - pyta.

- Tak - odpo­wiada pospiesz­nie Bretta. - Domy­śli­ły­śmy się po bra­ku­ją­cym tuło­wiu.

Win­nie zerka na nią kątem oka. Pew­nie powinna być zła na Brettę za to, że popi­suje się nie­swoją wie­dzą, ale jest zbyt zasko­czona tym, że jej kole­żanka z tru­dem łapie oddech. I jakoś wyjąt­kowo sze­roko się uśmie­cha.

Jay chyba tego nie zauwa­żył, bo odpo­wiada, zwra­ca­jąc się do Win­nie:

- Jakieś doku­menty?

- Nie - odpo­wiada Bretta.

- Aha.

Jay wkłada ręce głę­biej do kie­szeni i pochyla się do przodu, jakby nagle uznał, że gałę­zie drzew zwi­sają zbyt nisko. Win­nie z nie­chę­cią przy­znaje, że polana zro­biła się dziw­nie mała, od kiedy on się na niej poja­wił.

- Mogę zapy­tać cio­cię, czy coś widziała - zapro­po­no­wał. - Może miała włą­czone kamery...

- Nie - prze­rywa mu Win­nie, a w tym samym cza­sie Bretta mówi cicho:

- Byłoby super.

Win­nie spo­gląda na nią, a potem na Jaya.

- Nie potrze­buję two­jej pomocy. Wiem dokład­nie, co się tutaj wyda­rzyło. Wam­pi­rzyce - wyja­śnia, wska­zu­jąc ciało. - Cała horda.

Jego oczy w kolo­rze cyny zwę­żają się w szparki, ale nie kwe­stio­nuje teo­rii Win­nie. Jed­nak także jej nie potwier­dza, i dziew­czyna czuje nara­sta­jącą złość. Kie­dyś zawsze umiała zgad­nąć, o czym myśli Jay. Teraz nie ma zie­lo­nego poję­cia, co dzieje się w jego gło­wie.

- Nie potrze­buję two­jej pomocy - powta­rza. - Sama sobie pora­dzę ze sprzą­ta­niem zwłok.

- Wiem, Win - odpo­wiada Jay, a Win­nie z iry­ta­cją zauważa, że jego słowa brzmią szcze­rze. - Chcia­łem tylko pomóc.

Odwraca się i idzie w stronę lasu. Na linii drzew zatrzy­muje się na chwilę i woła: "Wszyst­kiego naj­lep­szego". Zaraz potem las połyka go w cało­ści.

- Widzimy się w szkole! - krzy­czy Bretta w stronę sosen, ale nikt nie odpo­wiada.

Bretta wygląda, jakby ktoś spu­ścił z niej powie­trze. Win­nie nato­miast czuje, że znów zaczyna zgrzy­tać przed­nimi zębami. Cie­szy się, że Jay sobie poszedł, i jed­no­cze­śnie jest wście­kła, że pamię­tał o jej uro­dzi­nach. Przede wszyst­kim jed­nak dener­wuje ją to, że w ciągu tych pię­ciu minut swo­jej obec­no­ści zdo­łał zakwe­stio­no­wać jej teo­rię o wam­pi­rzycy. Wspo­mniał, że doszedł do ciała po śla­dach, a w przy­padku wam­pi­rzyc jest to nie­moż­liwe. Ich przy­po­mi­na­jące szczu­dła nogi mają ostre zakoń­cze­nia, które prze­bi­jają zie­mię, nie pozo­sta­wia­jąc po sobie żad­nego śladu.

Win­nie mruży oczy i uważ­nie przy­gląda się leśnemu pod­szy­ciu. Co takiego zoba­czył Jay, co ona sama prze­ga­piła? Czy to jed­nak robota sylfa? A może topielca? Pew­nie mogłaby za nim pobiec i zapy­tać. Pew­nie powinna za nim pobiec i zapy­tać. Tak postą­pi­łaby odpo­wie­dzialna osoba zaj­mu­jąca się sprzą­ta­niem zwłok - i tak zro­biłby też przy­szły łowca.

Ale ona nie zamie­rza tego robić. Nawet za milion lat.

- Jay ni­gdy nie zwraca na mnie uwagi - zauważa ze smut­kiem Bretta, a potem, jakby na pocie­sze­nie samej sie­bie, dodaje - ani w sumie na nikogo innego.

- Co? - Win­nie popra­wia na nosie oku­lary i mruga zdzi­wiona, patrząc na kole­żankę.

- Jay Fri­day - wyja­śnia Bretta. - Ja i Emma rów­nie dobrze mogły­by­śmy być nie­wi­dzialne. On jest kom­plet­nie zato­piony we wła­snych myślach. - Spo­sób, w jaki Bretta to mówi, suge­ruje, że jest to dla niej pocią­ga­jąca cecha. - Wiesz, cho­dzimy na wszyst­kie jego występy w Joe Squ­ared, ale on zawsze znika, jak tylko skoń­czą grać.

Win­nie tego nie wie. Unika lokal­nej klu­bo­ka­wiarni tak jak kosz­mar unika pły­ną­cej wody. Prawdą jest jed­nak, że sły­szała muzykę graną przez zespół Jaya, który wystę­puje tam w sobot­nie wie­czory. I zauwa­żyła, że połowa Hem­lock Falls wydaje się w nim zadu­rzona.

To kom­plet­nie bez sensu, bo Jay nie prze­ja­wia żad­nego zain­te­re­so­wa­nia kim­kol­wiek z mia­sta - można wręcz odnieść wra­że­nie, że nie jest świa­domy ist­nie­nia miesz­kań­ców.

Ale może wła­śnie to jest w nim tak pocią­ga­jące.

Wbrew pod­szep­tom intu­icji Win­nie decy­duje się pocie­szyć Brettę.

- On nie gra po to, żeby przy­cią­gnąć czy­ją­kol­wiek uwagę, więc trudno się dzi­wić, że znika zaraz po wystę­pie. Jeśli chcesz z nim poroz­ma­wiać, spró­buj go poszu­kać u Gun­thera po szkole.

- Na sta­cji ben­zy­no­wej Innych? Poza gra­ni­cami Hem­lock Falls?

Win­nie kiwa głową.

- Prak­tycz­nie codzien­nie tam prze­sia­duje i dłu­bie przy swoim moto­rze.

Albo też przy moto­rze swo­jej ciotki, ale Win­nie nie widzi potrzeby, aby to dopre­cy­zo­wy­wać.

Bretta otwiera sze­roko oczy, a dołeczki w jej policz­kach zni­kają. Win­nie obser­wuje, jak kole­żanka łączy w myślach kolejne wątki: "sta­cja ben­zy­nowa Gun­thera równa się motor równa się Jay równa się czas z Jayem równa się bycie zauwa­żoną"...

Klasz­cze w cha­browe dło­nie pokryte zakrze­płą krwią.

- Wiel­kie dzięki, Win­nie! Na pewno dziś to zro­bię... zro­bimy. Ale skąd ty tyle o nim wiesz? Jeste­ście przy­ja­ciółmi czy coś?

- Nie - odpo­wiada krótko Win­nie, ścią­ga­jąc ręka­wiczki. Po lesie roz­lega się gło­śny trzask, przy­po­mi­na­jący strzał z pisto­letu. - Jay nie jest moim przy­ja­cie­lem.

Rozdział 5

Roz­dział

5

Jako naj­star­sza w eki­pie sprzą­ta­ją­cej zwłoki i jed­no­cze­śnie kie­row­czyni quada Win­nie zawozi ciała do posia­dło­ści Mon­dayów, gdy pozo­stali wra­cają do domów, żeby przy­go­to­wać się do lek­cji. Szlak pro­wa­dzący przez las za chwilę zapro­wa­dzi ją na tereny Mon­dayów. Jest pokryty śla­dami opon pojaz­dów Tues­dayów, któ­rzy byli tu dzień wcze­śniej. Win­nie zawsze stara się jechać w tych żło­bie­niach, jak gdyby dzięki temu mogła stać się jedną z nich.

Wszy­scy uwiel­biają Tues­dayów.

To wła­śnie ta część sprzą­ta­nia zwłok - odwo­że­nie ciał - jest ulu­bio­nym momen­tem dnia Win­nie. Jest wtedy zupeł­nie sama i może szki­co­wać sobie w myślach nowe kosz­mary.

Dziś odna­leźli nie­na­ru­szo­nego ziem­skiego sylfa. Win­nie ni­gdy wcze­śniej nie widziała takiej istoty i nie miała poję­cia, jak... ludzka ona jest. Przy­po­mi­nała minia­tu­ro­wego czło­wieczka z korą zamiast skóry oraz kamien­nymi zębami i rogami. Win­nie koniecz­nie musi nary­so­wać ją na nowo w swoim Kom­pen­dium. Oczyma wyobraźni widzi już, jak to zrobi - małymi kre­skami naszki­cuje tek­sturę twa­rzy, a grub­szym cien­ko­pi­sem pod­kre­śli głę­boką czerń oczu.

Dwa pozo­stałe ciała kosz­ma­rów, które odna­leźli, to pisklęta man­ty­kor, które wyglą­dają jak skor­piony wiel­ko­ści psa. Win­nie sprząta je prak­tycz­nie co tydzień. Są łatwe do nary­so­wa­nia, zbu­do­wane tylko ze sko­rupy i nóg. Pro­ste, czy­ste linie.

Może dla­tego, że Win­nie jest tak bar­dzo pochło­nięta myślami i całą uwagę sku­pia na śla­dach opon po Tues­day­ach, a może po pro­stu dla­tego, że las zawsze ma swój plan, po dotar­ciu do zna­jo­mego wzgó­rza z czer­wo­nym koł­kiem wbi­tym w zie­mię Win­nie zauważa, że coś tu nie pasuje.

Dwie stopy.

A raczej to, co po nich zostało. Są zakrwa­wione, blade i pozba­wione pal­ców.

Win­nie naci­ska hamu­lec. Quad zatrzy­muje się, roz­pry­sku­jąc plamy błota wokół czer­wo­nego kołka ozna­cza­ją­cego naj­dal­szy punkt, w któ­rym mogą poja­wić się kosz­mary. Każ­dej nocy, kiedy powstaje mgła, two­rzą się też one. Więk­szość z nich pozo­staje w sercu lasu, nie­da­leko śpią­cego ducha, ale nie­które pró­bują wyjść na zewnątrz. Część z nich wyru­sza na poszu­ki­wa­nie ludzi, żeby zaspo­koić nocny głód.

Dla­tego Tues­day­owie zamon­to­wali czuj­niki wykry­wa­jące kosz­mary, któ­rym uda się prze­do­stać do zewnętrz­nego świata. Teo­re­tycz­nie. Naj­wy­raź­niej jeden zdo­łał prze­kro­czyć gra­nicę i zosta­wił tutaj stopy swo­jej ofiary. Win­nie koniecz­nie musi o tym komuś powie­dzieć. Musi też zabrać te stopy.

Zeska­kuje z quada i wyciąga spod sie­dze­nia starą torbę na zakupy. Praw­do­po­dob­nie ktoś kie­dyś trzy­mał w niej prze­ką­ski, ale od mie­sięcy jest już tylko pognie­cio­nym śmie­ciem, któ­rego z leni­stwa nie wyrzu­ciła. Teraz posłuży jej jako pry­mi­tywny worek na zwłoki. Albo... na stopy.

Win­nie wkłada ręce do torby i pod­nosi szczątki takim samym ruchem, jakim kie­dyś zbie­rała kupy psa Eriki. Szszt, szszt, jedna stopa. Dwie. Są zaska­ku­jąco cięż­kie, poro­śnięte u góry wło­sami, wokół któ­rych wid­nieją głę­bo­kie, zakrwa­wione rany - zupeł­nie jakby wpa­dły pod kosiarkę.

Ogar­nia ją fala mdło­ści. Pospiesz­nie zamyka torbę. Jesz­cze przed godziną drwiła z Mar­cusa, a teraz ona sama ledwo powstrzy­muje wymioty. To zła wróżba przed dzi­siej­szą wie­czorną próbą.

"Jesteś głodna - mówi sobie. - I bar­dzo nie­wy­spana". Nawet mama i bab­cia Winona musiały nie­kiedy odczu­wać mdło­ści, a prze­cież w swoim cza­sie każda z nich była Pierw­szą Łow­czy­nią klanu Wednes­dayów.

Win­nie wbija kij w miej­sce, w któ­rym leżały stopy. Czer­wona glina pęka pod wpły­wem naci­sku. Kij łamie się na czubku, ale wystar­czy, żeby posłu­żyć jako ozna­cze­nie. Mario z labo­ra­to­rium Mon­dayów znaj­dzie go bez pro­blemu.

Win­nie kła­dzie stopy na plat­for­mie quada obok ciał kosz­ma­rów i Innych i ponow­nie uru­cha­mia sil­nik. Tym razem już nie zwraca uwagi na ślady po Tues­day­ach. Po pro­stu jedzie, aż w końcu dociera do pose­sji Mon­dayów.

Zimno ata­kuje ją ze wszyst­kich stron, kiedy wyjeż­dża z lasu. Jest cicho, a zmar­z­nięte źdźbła trawy chrzęsz­czą pod nogami. Dwa kruki pod­ry­wają się do lotu w tym samym momen­cie, gdy Win­nie szyb­kim kro­kiem rusza przed sie­bie.

To miej­sce przy­po­mina kam­pus uni­wer­sy­tecki, jeden z tych, które Win­nie widziała w tele­wi­zji. Główna rezy­den­cja z pia­skowca jest obro­śnięta blusz­czem, który bez swo­jej zie­lo­nej powłoki przy­po­mina raczej roz­dy­go­tane spa­ghetti. Wokół naj­więk­szego budynku znaj­dują się dodat­kowe pawi­lony, któ­rych jest łącz­nie sie­dem: trzy labo­ra­to­ria, dwie biblio­teki (histo­ryczna i naukowa), szpi­tal i biu­ro­wiec dla tych Mon­dayów, któ­rzy nie­ustan­nie pra­cują nad roz­sze­rza­niem wie­dzy Lumi­na­riu­szy.

Inte­lekt na pierw­szym miej­scu. Wie­dza naj­wła­ściw­szą drogą - to motto klanu. Mija­jąc dwie biblio­teki, Win­nie nie po raz pierw­szy żałuje, że nie uro­dziła się z nazwi­skiem Mon­day. Nie wpły­nę­łoby to wpraw­dzie na to, co stało się z jej tatą, ale przy­naj­mniej wtedy ona, jej mama i brat nie byliby aż tak znie­na­wi­dzeni przez swój klan. Mon­dayowie zawsze są dla niej bar­dzo uprzejmi. Wednes­day­owie nato­miast ni­gdy nie oka­zują jej życz­li­wo­ści.

W końcu motto Wednes­dayów brzmi: Sprawa ponad wszystko. Lojal­ność aż do końca. Czy ist­nieje jakaś więk­sza nie­lo­jal­ność niż życie pod jed­nym dachem z Dianą? Jedną z tych wiedźm, które wykra­dają magię śpią­cym duchom z całego świata? Kto chciałby budzić duchy i wypusz­czać kosz­mary do ludzi?

Z punktu widze­nia Wednes­dayów życie przez dzie­sięć lat ze sta­tu­sem wyrzutka i tak nie jest wystar­cza­jąco surową karą za zbrod­nie, któ­rych dopu­ścili się Win­nie, mama i Darian. I choć jest to bar­dzo fru­stru­jące, Win­nie nie może ich za to winić. Diany są złe. Jej tata jest zły. Koniec tematu.

Na początku ist­nie­nia ame­ry­kań­skich Lumi­na­riu­szy, gdy tam­tej­szy duch dopiero co się prze­bu­dził, Diany wal­czyły o swoją pozy­cję w lesie. Gdzie tylko się dało, zako­py­wały swoje Źró­dła - krysz­tały, meta­lowe kule, drew­niane tali­zmany, kości zwie­rząt - w nadziei na to, że zdo­łają one prze­jąć magię ducha. Potem uży­wały ich do two­rze­nia zaklęć.

W tam­tych cza­sach można było odnieść wra­że­nie, że magiczne przed­mioty leżą wszę­dzie i powoli wysy­sają ener­gię z lasu. Widy­wano je wetknięte mię­dzy korze­nie albo w kamienne szcze­liny. Czę­sto znaj­do­wały je dzieci pod­czas sprzą­ta­nia zwłok. Przed­mioty te zazwy­czaj były chro­nione przez pułapki.

Pra­pra­dzia­dek Win­nie stra­cił w ten spo­sób kciuk.

W końcu jed­nak Lumi­na­riu­sze z Hem­lock Falls oka­zali się sil­niejsi niż Diany. Wiedźmy nie były w sta­nie prze­jąć magii ducha, dla­tego wró­ciły do swo­ich kry­jó­wek na całym świe­cie. Stara syrena alar­mowa sto­jąca w cen­trum mia­sta, która dotąd regu­lar­nie ostrze­gała o ich nadej­ściu, wresz­cie prze­stała wyć.

Jed­nak Diany cał­ko­wi­cie nie znik­nęły. Wciąż pra­gną prze­jąć kon­trolę nad duchami i zapa­no­wać nad świa­tem. Na­dal pod­rzu­cają Źró­dła i kradną magię, gdy tylko nada­rzy się ku temu oka­zja. Ojciec Win­nie jest tego żywym przy­kła­dem, podob­nie jak jej rodzina jest żywym przy­kła­dem tego, co się może zda­rzyć, kiedy czło­wiek straci czuj­ność.

Win­nie prze­jeż­dża obok pose­sji Mon­dayów i macha do dwóch osób ubra­nych w labo­ra­to­ryjne far­tu­chy, ale nikt jej nie odpo­wiada. Pod­jeż­dża do szpi­tala i robi kółko przed wej­ściem do kost­nicy. Na spo­tka­nie wycho­dzi jej główny badacz kosz­ma­rów: Mario.

Wita Win­nie ski­nie­niem głowy, a jego blada skóra w odcie­niu "nosa-nie-wychy­lam-z-labo­ra­to­rium" jest wręcz świe­tli­sta w poran­nym słońcu. Mario robi różo­wego balona z gumy.

- Ech - wzdy­cha Win­nie. - Chyba uzgod­ni­li­śmy, że nie będziesz przy mnie żuć gumy.

- Uzgod­ni­li­śmy też, że nie będziesz się spóź­niać. - Mario stuka pal­cem w tar­czę zegarka. - Czło­wiek musi czymś wypeł­nić sobie życie. - Nad­ciąga kolejny balon. Pyk!

Win­nie uśmie­cha się. Lubi Maria. On ni­gdy nie suge­ruje swoim zacho­wa­niem, że nie powinno jej tutaj być, nie wywraca oczami na jej widok i zawsze odpo­wiada na jej macha­nie. Może dla­tego, że jego bra­ta­nek Andrew i brat Win­nie Darian są parą, a może dla­tego, że miał bli­skie rela­cje z tatą Win­nie przed incy­den­tem. Tak czy ina­czej, Win­nie doce­nia to, że ma w nim sojusz­nika, nawet jeśli ni­gdy nie pozwa­lał, żeby poszła z nim do kost­nicy albo do sali egza­mi­na­cyj­nej.

Nawet jeśli jest cho­dzącą folią bąbel­kową, która wciąż strzela balo­nami z gumy, iry­tu­jąc tym abso­lut­nie wszyst­kich dookoła. Nawet jego matka zawsze go za to karci, gdy przy­jeż­dża w odwie­dziny z wło­skiej filii Lumi­na­riu­szy.

- Zna­la­złam coś. - Win­nie wyłą­cza sil­nik, zeska­kuje na chod­nik i pod­nosi torbę na zakupy.

Przez pla­stik widać zakrwa­wione przed­mioty.

Mario mruży oczy.

- To są... stopy?

- Tak. - Win­nie pod­cho­dzi do niego, wska­zu­jąc wolną ręką w kie­runku plat­formy quada. - I zna­la­złam je poza gra­nicą. Jestem pra­wie pewna, że należą do pół­zw­łok. Nie - popra­wia się, pod­cho­dząc do Maria. - Jestem cał­ko­wi­cie prze­ko­nana, że tak jest. Wiesz, co to ozna­cza, prawda?

Mario wzdy­cha, a jego twarz wykrzy­wia się w gry­ma­sie, który można opi­sać jako nie­skoń­czone cier­pie­nie.

- Oczy­wi­ście mam teo­rię, ale podej­rze­wam, że ty masz inną. Zapewne wysoce nie­praw­do­po­dobną.

I to mówi ktoś, kto sły­nie ze swo­ich dzi­wacz­nych i nie­ty­po­wych pomy­słów.

- To robota wil­ko­łaka - stwier­dza Win­nie.

Mario robi kolej­nego balona. Pyk!

- Mówię poważ­nie. - Win­nie rzuca w niego wor­kiem ze sto­pami. Pla­sti­kowa torba sze­le­ści. - Co może prze­kro­czyć gra­nicę nie­zau­wa­żone, Mario? Albo odmie­niec, albo wil­ko­łak, a odmieńcy nie masa­krują ciał.

- Są wyjąt­kowo rzadko spo­ty­kane. Nie widzie­li­śmy żad­nego wil­ko­łaka od sie­dem­na­stu lat. A wtedy było... - Mario kręci głową. - Było źle, pamię­tasz?

Win­nie nie pamięta, ponie­waż nie było jej jesz­cze wtedy na świe­cie. Ale oczy­wi­ście zna histo­rię o tym, jak Inny zmie­niony w wil­ko­łaka zabił sze­ścioro ludzi w ciągu sze­ściu dni, a wszy­scy w Hem­lock Falls dostali zakaz opusz­cza­nia domów aż do momentu, gdy Tues­day­owie wresz­cie go zastrze­lili. Od tam­tego czasu syrena w cen­trum mia­sta, która wcze­śniej ostrze­gała przed ata­kami Dian, ostrzega rów­nież przed wszel­kimi innymi nie­bez­piecz­nymi stwo­rze­niami gra­su­ją­cymi za dnia.

Win­nie zagryza wargę. Nie chce suge­ro­wać się czymś, co wyda­rzyło się sie­dem­na­ście lat temu... ale ma wra­że­nie, że trop jest dobry.

- Pomyśl tylko, Mario. Wil­ko­łak jest w trak­cie posiłku, gdy nagle zaczyna świ­tać. Wciąż ma stopy w ustach, a jego ciało zaczyna się z powro­tem zmie­niać w ludzką postać...

- Czyli twier­dzisz, że ten wil­ko­łak jest męż­czy­zną?

- ...i po pro­stu - Win­nie prze­biera dwoma pal­cami, naśla­du­jąc chód - wycho­dzi sobie z lasu. A potem porzuca stopy i prze­cho­dzi do naszego świata.

Mario nie wygląda, jakby ta teo­ria go zain­try­go­wała. Co naj­wy­żej jest lekko pobu­dzony. Jakby musiał gdzieś pil­nie pójść, ale nie może, bo Win­nie zatrzy­muje go swo­imi dziw­nymi opo­wie­ściami. Tyle dobrego, że cho­ciaż bie­rze od niej torbę.

- Cie­kawa histo­ria, jak zwy­kle, Win­nie. Ale wyobraź sobie coś innego: to była ta sama horda wam­pi­rzyc, na które polo­wali łowcy przez ostat­nie trzy noce. Osta­tecz­nie zabili je wszyst­kie, praw­do­po­dob­nie pod­czas posiłku, a te dwie stopy po pro­stu zostały przy­pad­kiem prze­rzu­cone poza gra­nicę.

Mario powoli pod­cho­dzi do wózka na kół­kach. Stal nie­rdzewna błysz­czy w świe­tle wscho­dzą­cego słońca.

- Też tak naj­pierw pomy­śla­łam. - Win­nie idzie za nim. Chwy­tają dwa prze­ciw­le­głe końce wózka i pchają go w stronę quada. - Ale ślady na tych sto­pach nie pasują do wam­pi­rzyc. Otwórz torbę i sam zobacz!

Mario nie odpo­wiada, ale Win­nie wie, że roz­my­śla nad jej sło­wami. Zawsze gdy jego naukowy umysł zaczyna inten­syw­nie pra­co­wać, Mario gło­śniej żuje gumę i robi wię­cej balo­nów. Pyk-pyk-pyk!

Win­nie pomaga mu prze­nieść pierw­sze ciało Innego na naj­niż­szą półkę wózka. Jest to star­sza kobieta, któ­rej oczy zmie­niły się w kamień po nie­for­tun­nym spo­tka­niu z bazy­lisz­kiem. Potem prze­kła­dają man­ty­kory na środ­kową półkę. Póź­niej prze­no­szą sylfa (na któ­rego widok Mario wydaje z sie­bie pod­eks­cy­to­wane ochy i achy) i na końcu pół­zw­łoki, które lądują na naj­wyż­szej półce.

- Zde­cy­do­wa­nie robota wam­pi­rzycy - stwier­dza Mario po pobież­nej ana­li­zie. - Ale podoba mi się twoja teo­ria, Win­nie. Jest bar­dzo... - prze­rywa tak samo jak co tydzień, gdy dziew­czyna pre­zen­tuje mu swoje naj­now­sze sza­lone kon­cep­cje.

- Inspi­ru­jąca - Win­nie koń­czy za niego.

Nie jest w sta­nie ukryć roz­cza­ro­wa­nia w swoim gło­sie. Naprawdę sądziła, że tym razem tra­fiła w sedno. Teo­ria z wil­ko­ła­kiem dosko­nale wyja­śniała dziwne uwagi Jaya na pola­nie. Zresztą prze­cież ona sama sły­szała wycie, gdy nasta­wał świt.

Mario uśmie­cha się do niej prze­pra­sza­jąco.

- Nie­zła z nas para, co? Ale naprawdę podoba mi się to, jak pra­cuje twój umysł.

Win­nie popra­wia oku­lary na nosie. Jej kciuk zosta­wia brudny ślad na lewej soczewce.

- Cio­cia Rachel mówiła ci, że zabili hordę wam­pi­rzyc?

- Nie - odpo­wiada Mario. - Wednes­day­owie jesz­cze nie przy­nie­śli dzi­siej­szego raportu, ale założę się z tobą o tygo­dniowy zapas kawy, że to nie był wil­ko­łak.

Kolejna rzecz, którą Mario robi co tydzień: zakłada się z Win­nie o tygo­dniowy zapas kawy, że jej hipo­teza jest błędna. I oczy­wi­ście zawsze, gdy to on for­suje jakieś sza­lone teo­rie, Win­nie pro­po­nuje zakład o taką samą stawkę.

Win­nie jesz­cze raz przy­gląda się pół­zw­ło­kom. Pro­mie­nie słońca odbi­jają się od pla­stiku. Torba ze sto­pami leży teraz pod postrzę­pio­nymi kost­kami. To rze­czy­wi­ście wygląda na robotę wam­pi­rzyc... Ale dla­czego w takim razie jadły stopy? Kom­pen­dium mówi, że wam­pi­rzyce nie jedzą stóp, tylko je usu­wają.

Win­nie zaci­ska zęby. Tutaj cho­dzi o coś wię­cej. Nawet Jay to zauwa­żył.

- Dobrze. - Spo­gląda na Maria, który pisze coś na pod­kładce zwi­sa­ją­cej z kra­wę­dzi stołu. - Tygo­dniowy zapas kawy.

Mario prze­rywa pisa­nie.

- Hę?

- Tygo­dniowy zapas - powta­rza Win­nie i wyciąga rękę. Natych­miast przy­po­mina sobie jed­nak, że jesz­cze jej nie umyła, więc szybko ją wyco­fuje. - Przyj­muję twój zakład. Może być kawa z Joe Squ­ared?

- Jesteś aż tak pewna sie­bie? - Mario patrzy na torbę ze sto­pami, mru­żąc oczy. Pyk-pyk-pyk! Ni­gdy jesz­cze nie zało­żyli się tak na serio. - Jesteś gotowa zapła­cić nawet za wymyślną kawę? W porządku. - Wzru­sza ramio­nami. - Już po tobie. Jeżeli się okaże, że to jest ofiara wil­ko­łaka, kupię ci tygo­dniowy zapas kawy w Joe Squ­ared albo jeśli wolisz, zapro­szę cię wraz z osobą towa­rzy­szącą na posi­łek, który sam przy­rzą­dzę w Reve­nant's Dau­gh­ter.

"Z osobą towa­rzy­szącą". Jakby Win­nie mogła liczyć na jakie­kol­wiek towa­rzy­stwo.

- Wolę kawę - odpo­wiada.

Mario udaje, że zdej­muje przed nią nie­wi­dzialny kape­lusz.

- Wyślę ci maila, kiedy dostanę infor­ma­cje od Wednes­dayów.

- Wspa­niale.

Win­nie zakłada nie­wi­dzialny kape­lusz, a potem wska­kuje z powro­tem na quada. Chłodne podmu­chy wio­sen­nego wia­tru muskają jej skórę. Brudna plama na soczewce oku­la­rów spra­wia, że obraz zama­zuje się w tym miej­scu. Dzwony na budynku Rady w cen­trum mia­sta wybi­jają ósmą, co ozna­cza, że za godzinę zaczną się lek­cje.

W Hem­lock Falls szkoła zawsze zaczyna się późno, żeby na lek­cje mogli zdą­żyć ci, któ­rzy w danym dniu zaj­mo­wali się sprzą­ta­niem zwłok albo polo­wali na kosz­mary poprzed­niej nocy.

- Przy­go­tuj się na prze­graną, Mario! - krzy­czy Win­nie, odjeż­dża­jąc.

Przez krótką chwilę ściga ją jesz­cze odgłos pęka­ją­cych balo­nów.

Rozdział 6

Roz­dział

6

Reve­nant's Dau­gh­ter jest po czę­ści barem, a po czę­ści restau­ra­cją, i wszystko tam aż lepi się od tłusz­czu. Zazwy­czaj Win­nie nie cho­dzi tam przed szkołą, ale poprzed­niego wie­czoru matka wymu­siła na niej obiet­nicę: "Jutro masz uro­dziny. Chcę się z tobą zoba­czyć z samego rana".

Dla­tego Win­nie tu przy­je­chała.

Par­kuje quad obok kosza na śmieci na zaple­czu, w alejce mię­dzy Falls' Finest, Joe Squ­ared i skle­pem spo­żyw­czym nale­żą­cym do Wednes­dayów. Mają tam bar­dzo wyso­kie ceny, ale mogą sobie na to pozwo­lić, bo jest to jedyny tego typu sklep w oko­licy.

Win­nie czuje zapach gorą­cego oleju. Jest jed­no­cze­śnie ohydny i ape­tyczny. Żadne z dań w Reve­nant's Dau­gh­ter nie jest szcze­gól­nie smaczne ani wykwintne, ale wszystko jest panie­ro­wane i sma­żone na tak głę­bo­kim tłusz­czu, że nikt tego nie zauważa. No i keczup. W tej restau­ra­cji keczup to pod­stawa.

Win­nie zgrzyta przed­nimi zębami w ryt­mie na trzy i masze­ruje w stronę cięż­kich tyl­nych drzwi zabez­pie­czo­nych przed zamknię­ciem cięż­kim kamie­niem. Fale tłu­stego cie­pła mie­szają się z poran­nym powie­trzem. Win­nie żałuje, że nie ma czasu, żeby przy oka­zji zjeść tu śnia­da­nie.

- Co się stało? - pyta Fran­ce­sca Wednes­day, gdy tylko Win­nie prze­kra­cza próg zapa­ro­wa­nej kuchni.

Mama prze­kłada wła­śnie dwa placki ziem­nia­czane na tacę, gdzie są już jajka, tosty i kawa. Archie Fri­day smaży kolejne placki i nie pod­nosi wzroku znad patelni. Rzadko się odzywa, ewi­dent­nie woli poro­zu­mie­wać się za pomocą chrząk­nięć.

- Wyglą­dasz, jakby coś się stało. - Mama marsz­czy brwi, aż two­rzą się mię­dzy nimi głę­bo­kie zmarszczki. W kuchen­nym świe­tle jej cera spra­wia wra­że­nie żół­tej i nie­zdro­wej. - Mia­łaś jakieś pro­blemy przy sprzą­ta­niu zwłok?

Win­nie gło­śno prze­łyka ślinę. Ni­gdy nie była naj­lep­szym kłamcą. Nawet naj­zwy­klej­sze, nie­winne kłam­stewko nie potrafi przejść jej przez usta. Dla­tego na przy­kład jej brat Darian ni­gdy nie uwie­rzył, że naprawdę podo­bały jej się wąsy, które zapu­ścił w zeszłym roku. A gdy idzie o poważ­niej­sze sprawy... Jedy­nym spo­so­bem na zata­je­nie pla­nów zwią­za­nych z pró­bami łowiec­kimi jest uni­ka­nie roz­mów z mamą.

Zasta­na­wia­jąc się nad odpo­wie­dzią, Win­nie zapina i odpina swoją skó­rzaną kurtkę. Ciemne oczy mamy przy­glą­dają jej się uważ­nie.

- Skąd to masz? - Fran­ce­sca pod­cho­dzi szybko do córki i facho­wym okiem przy­gląda się skó­rza­nej kurtce. - Ukra­dłaś to gdzieś?

Win­nie się śmieje, a jej reak­cja budzi w mamie jesz­cze więk­sze podej­rze­nia.

- Nie, mamo. Dosta­łam ją od Emmy i Bretty Wednes­day.

- Aha. Wow. - Mama otwiera sze­roko oczy.

Jej policzki nagle oble­wają się rumień­cem. Zerka na tył kuchni, gdzie obok prze­my­sło­wych eks­pre­sów do kawy czeka już żółta torba pre­zen­towa.

- W takim razie będziesz... Pew­nie będziesz roz­cza­ro­wana moim pre­zen­tem. Ale pro­szę. - Ski­nie­niem głowy wska­zuje torbę. - Otwórz, a ja zaraz wrócę.

Wycho­dzi z zaple­cza, trzy­ma­jąc w ręku tacę, na któ­rej jest dużo wię­cej tłusz­czu, niż ona sama miała cztery lata temu, gdy Lumi­na­riu­sze wyklu­czyli ją ze swo­jej spo­łecz­no­ści. Musiała wtedy zatrud­nić się w dwóch miej­scach na raz, żeby mieć z czego opła­cić rachunki. Win­nie nie zda­wała sobie wcze­śniej sprawy z tego, jak wygod­nie im się żyło z pen­sji łowcy - aż do momentu, gdy mama prze­stała ją otrzy­my­wać.

Kiedy otwie­rają się waha­dłowe drzwi, brzę­czący szum gło­sów nabu­zo­wa­nych cho­le­ste­ro­lem i kofe­iną robi się gło­śniej­szy. Win­nie zerka na naj­bliż­szy sto­lik, przy któ­rym sie­dzą Imran i Xawier Satur­day­owie (czwarta klasa, popu­larni, nie­spo­krew­nieni), Mari­sol Sun­day (trze­cia klasa, popu­larna), Casey Tues­day (druga klasa, popu­larny) i Erica Thurs­day.

Oczy Eriki, nie­mal rude na tle jej cie­płej, bursz­ty­no­wej cery, spo­ty­kają się ze wzro­kiem Win­nie. A potem rów­nie szybko ucie­kają. Waha­dłowe drzwi wra­cają do nor­mal­nej pozy­cji. Archie war­czy pod nosem: "Zamó­wie­nie gotowe!", a Win­nie prze­myka w stronę eks­pre­sów do kawy. Serce wali jej jak młot. A zęby znów zgrzy­tają.

To kolejny powód, dla­czego nie przy­cho­dzi rano do restau­ra­cji. Jest to miej­sce, w któ­rym popu­larne dzie­ciaki spo­ty­kają się na śnia­da­niu przed szkołą.

I miej­sce, w któ­rym Erica je śnia­da­nie. Nie roz­ma­wiają ze sobą od czte­rech lat, i cho­ciaż Erica nie nazywa Win­nie wiedź­mim pomio­tem ani łaj­nem Diany, nie reaguje także, kiedy robią to wszy­scy inni. Tylko patrzy, a z jej ide­al­nie uma­lo­wa­nej twa­rzy nie da się nic odczy­tać. W cza­sach, gdy jesz­cze przy­jaź­niła się z Win­nie, dopiero uczyła się uży­wać eyeli­nera i kon­tu­rówki. Teraz już ni­gdzie nie wycho­dzi nie­uma­lo­wana, a jej ubra­nia zawsze są modne i pocho­dzą od topo­wych pro­jek­tan­tów.

Ojciec Eriki, wywo­dzący się z mek­sy­kań­skich Lumi­na­riu­szy, zawsze jest jedną z naj­le­piej ubra­nych osób w Hem­lock Falls, dla­tego nic dziw­nego, że Erica także ma dosko­nale dobrane stroje. I cho­ciaż on cią­gle używa nazwi­ska Jueves, Erica uro­dziła się wśród ame­ry­kań­skich Lumi­na­riu­szy i otrzy­mała nazwi­sko Thurs­day po mamie, która jest przy­wód­czy­nią klanu.

Klan ocze­kuje, że Erica pój­dzie śla­dami swej matki Mar­cii, wyty­czo­nymi przez buty na ośmio­cen­ty­me­tro­wym obca­sie. Patrząc na to, jak Erica wygląda, poru­sza się i mówi, można stwier­dzić, że jest bar­dzo bli­sko osią­gnię­cia tego celu.

Win­nie sięga po żółtą torbę pre­zen­tową i znaj­duje tam papie­rową ser­wetkę z jed­no­roż­cem z zeszło­rocz­nych uro­dzin. "To na pewno nowe cien­ko­pisy" - myśli, ponie­waż co roku dostaje od mamy taki sam pre­zent. Jed­nak gdy zagląda głę­biej do torby, widzi ele­ganc­kie kra­cia­ste etui na oku­lary.

Czuje nara­sta­jącą radość. Od dawna powta­rzała, że chcia­łaby mieć nowe oku­lary, ale nie przy­pusz­czała, że mama naprawdę jej słu­cha.

Otwiera etui i jej oczom uka­zują się kupione przez mamę oku­lary. Cho­ciaż nie są tak znisz­czone jak te, które ma na nosie, mają drobne ryski przy kra­wę­dziach. Poza tym ten model wyszedł z mody już jakieś trzy lata temu - ma grube oprawki, a teraz wszy­scy noszą cien­kie.

Win­nie prze­łyka ślinę.

- Kupi­łam zły model, prawda?

Win­nie aż pod­ska­kuje. Nie zauwa­żyła, kiedy mama zdą­żyła do niej podejść. Fran potrafi dosko­nale się zakra­dać, jakby ni­gdy nie prze­stała być Pierw­szą Łow­czy­nią.

- To jakieś tanie pod­róbki? Kur­czę. - Mama szyb­kim ruchem wyj­muje etui z rąk Win­nie. - Wyda­wało mi się, że są bar­dzo ele­ganc­kie.

- To nie są pod­róbki - odpo­wiada Win­nie, się­ga­jąc po etui.

Mama robi zwinny unik. Patrzy kry­tycz­nym wzro­kiem na oku­lary.

- Wie­dzia­łam, że powin­nam była pocze­kać z tym zaku­pem do mojego wyjazdu do Chi­cago, ale tak się ucie­szy­łam, że udało mi się kupić je tak tanio. A niech to, Fran.

- Nie. - Win­nie chwyta mamę za ramię i ści­ska ją. - Są wspa­niałe, mamo. Dokład­nie takie, jakie chcia­łam. Widzisz? - Bie­rze etui i pospiesz­nie wymie­nia oku­lary na nosie. Smuga przed lewym okiem znika, a wszystko jest teraz widoczne o wiele wyraź­niej. W tym samym momen­cie Archie wykrzy­kuje w ich stronę: "Zamó­wie­nie gotowe!".

Win­nie się uśmie­cha, a mama rumieni się na całej twa­rzy, aż po kra­wędź siwych odro­stów. Win­nie jest przy­kro widzieć mamę tak zde­spe­ro­waną. Chce wie­rzyć córce, a Win­nie też chce, żeby mama jej uwie­rzyła. Ni­gdy dotąd tak bar­dzo nie pra­gnęła być wybit­nym kłamcą.

Nie­stety nie jest dość prze­ko­nu­jąca. Mama wzdy­cha głę­boko. W tym wes­tchnie­niu sły­chać takie przy­gnę­bie­nie i taką nie­chęć do samej sie­bie, że Win­nie po raz tysięczny odkrywa, jak bar­dzo nie­na­wi­dzi swo­jego taty. Zła­mał serce Fran­ce­sce Wednes­day - zła­mał serca im wszyst­kim! - i zmie­nił naj­tward­szą łow­czy­nię klanu Wednes­dayów w...

W to.

Mama się nie zała­mała, co to, to nie! Wszystko tylko nie to. Jest boha­terką Win­nie i zawsze nią będzie. Jed­nak zanim tata ich zdra­dził, mama ni­gdy nie mie­wała chwil zwąt­pie­nia. Była Pierw­szą Łow­czy­nią klanu Wednes­dayów i żyła według jego motta. Wpa­jała swoim dzie­ciom zna­cze­nie lojal­no­ści. Wpa­jała je Win­nie.

I nagle przy­ła­pała tatę w poło­wie rzu­ca­nia zaklę­cia szpie­gu­ją­cego, za pomocą któ­rego zamie­rzał prze­ka­zać sekrety Lumi­na­riu­szy wprost w ręce Dian. Pró­bo­wała go wydać. On ją obez­wład­nił. A reszta to już histo­ria.

- Jak wyglą­dam? - Win­nie robi głup­ko­watą minę, wycią­ga­jąc język i poka­zu­jąc zęby, i z ulgą stwier­dza, że mama sze­roko się uśmie­cha.

- Zamó­wie­nie gotowe! - war­czy Archie, tym razem gło­śniej.

- Wyglą­dasz fan­ta­stycz­nie, Win. - Mama przy­ciąga dziew­czynę do sie­bie, pró­bu­jąc nie­zdar­nie ją uści­snąć (ni­gdy nie były dobre w oka­zy­wa­niu sobie czu­ło­ści), i całuje ją we włosy. - Wszyst­kiego naj­lep­szego dla mojej ulu­bio­nej córki na świe­cie...

- Zamó­wie­nie!

- ...i mam nadzieję, że miło spę­dzisz dzi­siej­szy dzień. Tylko nie zapo­mi­naj, że musimy poćwi­czyć jazdę samo­cho­dem...

- Gotowe!

- Na kostu­chy i upiory, Archie, prze­cież cię sły­szę! - odpo­wiada mama, pio­ru­nu­jąc go wzro­kiem.

W tej chwili bar­dzo przy­po­mina twardą łow­czy­nię, pod któ­rej opieką Win­nie dora­stała. Fran­ce­sca głasz­cze córkę po gło­wie i szybko odcho­dzi po tacę z kolej­nym śnia­da­niem.

A potem zanosi ją Lumi­na­riu­szom, któ­rzy uwa­żają ją za wyrzutka.

Rozdział 7

Roz­dział

7

To nie jest tak, że więk­szość Lumi­na­riu­szy jest wprost okrutna dla Win­nie i jej rodziny. Po tym, jak ucznio­wie pierw­szej klasy poma­lo­wali samo­chód Fran­ce­ski farbą w sprayu i zostali za to surowo uka­rani przez człon­ków Rady, więk­szość miej­sco­wych Lumi­na­riu­szy posta­no­wiła po pro­stu igno­ro­wać Win­nie, Dariana i ich matkę.

Tak przy­naj­mniej zacho­wują się w ich obec­no­ści. Za ple­cami jed­nak lubią sobie z nich żar­to­wać. Albo poplot­ko­wać na ich temat. A cza­sami pozwa­lają sobie na uszczy­pli­wo­ści w stylu: "Ojej, wylało mi się na cie­bie chai latte. Prze­pra­szam!".

Mówiąc "za ple­cami", Win­nie ma na myśli dosłowne zna­cze­nie tych słów. W szkole musi sie­dzieć w dru­gim rzę­dzie z powodu prze­klę­tego układu sto­so­wa­nego przez panią Mor­gan, która roz­sa­dza wszyst­kich według wieku, a to ozna­cza, że dziś Dante Luned? zaśpiewa jej szep­tem "Sto lat" z nieco zmo­dy­fi­ko­wa­nym tek­stem i przy­jem­nym dla ucha wło­skim akcen­tem.

Rodzina Dan­tego prze­pro­wa­dziła się tutaj dopiero dwa lata temu z wło­skiej filii Lumi­na­riu­szy, jed­nak wyrzut­ko­wie tacy jak Win­nie są trak­to­wani z pogardą przez wszyst­kie czter­na­ście filii z całego świata. Dla­tego nawet ci, któ­rzy dopiero nie­dawno dołą­czyli do ame­ry­kań­skich Lumi­na­riu­szy, dokład­nie wie­dzą, jak powinni ich trak­to­wać.

- Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam - śpiewa Dante. - Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam... A kto? Zdraj­czyni!

Przy­naj­mniej ktoś pamię­tał o jej uro­dzi­nach. Zawsze coś, prawda?

Win­nie nie odwraca się, ponie­waż ni­gdy tego nie robi. Zamiast tego kła­dzie swój ołó­wek nr 2 na rogu kartki z zada­niem domo­wym z mate­ma­tyki. Tam, gdzie są nary­so­wane rogi sylfa. Jego zęby. Jego skóra przy­po­mi­na­jąca korę. Win­nie nie sie­dzi już w sali, lecz jest z powro­tem w lesie, w któ­rym oddy­chają sosny i świerki. Wil­goć two­rzy małe kro­pelki na jej skó­rze, a chłód wyostrza zmy­sły.

- Jesz­cze raz, jesz­cze raz, niech żyje pomiot Diany, niech żyje nam! - a potem dodaje już nor­mal­nym tonem: - Tylko nie pró­buj robić Źró­dła z kości moich pal­ców, s??

Więk­szość uczniów zaczyna się śmiać. Jest to cichy, dys­kretny śmiech, tak łagodny, że można go uci­szyć w ułamku sekundy. Jedyną osobą, która się nie śmieje, jest Fatima Wednes­day, córka przy­wód­czyni klanu Wednes­dayów i tym samym człon­kini Rady.

- Skończ! - syczy na Dan­tego. - Żadna Diana nie chcia­łaby two­ich oble­śnych palu­chów - dodaje.

Win­nie chcia­łaby spoj­rzeć na Fatimę z wdzięcz­no­ścią, ale nie chce się odwra­cać. Boi się, że jeśli to zrobi, w jakiś spo­sób potwier­dzi, że żadna Diana nie chcia­łaby oble­śnych palu­chów Dan­tego. A potem ludzie zaczną się zasta­na­wiać, skąd Win­nie wie takie rze­czy, i nie będzie miało już żad­nego zna­cze­nia, że wcale ich nie wie. Win­nie do dziś nie ma poję­cia, z czego było zro­bione Źró­dło jej taty ani w któ­rym miej­scu w lesie mógł je zako­pać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki