Luizę pilnie sprzedam - Danuta Noszczyńska

Kup ebooka

23.90 zł
19.83 zł (13,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Orzeł czy resz­ka?

– Ta­tuś... a mo­że by jed­nak spró­bo­wać ina­czej? – spy­ta­łam tak bar­dziej re­to­rycz­nie.

– Ina­czej? A jest ja­kieś ina­czej? – od­parł oj­ciec z dość po­wierz­chow­ną tro­ską w gło­sie. – Wał­ko­wa­li­śmy prze­cież ten te­mat wie­lo­krot­nie. I sa­ma do­brze wiesz: nie ma żad­ne­go ina­czej. Po­za tym obie­ca­łaś. Przy­się­głaś. Nie martw się, ja­koś to wszyst­ko się uło­ży...

– Obie­ca­łam – wes­tchnę­łam głę­bo­ko, sta­ra­jąc się uwie­rzyć, że uda mi się z te­go na­sze­go, wspól­ne­go zresz­tą, pla­nu wy­wi­nąć.

A w każ­dym ra­zie do­pro­wa­dzić do sy­tu­acji, że wilk bę­dzie... ca­ły i owca... nie­skon­su­mo­wa­na. W koń­cu to nie śre­dnio­wie­cze ja­kieś al­bo in­ne ro­ko­ko, aże­by pan­na w mo­im wie­ku za mąż we­dług ro­dzi­ciel­skiej wo­li szła. Swo­jej cał­ko­wi­cie wbrew. Ale na­sza sy­tu­acja te­go wy­ma­ga­ła, a czas na­glił... I oj­ciec nie miał in­ne­go po­my­słu, ja, na­wia­sem mó­wiąc, też nie. Fakt, że obo­je z ta­tu­siem prze­rżnę­li­smy na au­to­ma­tach po­wie­rzo­ny mu przez Strasz­ne­go Ma­fio­za ka­pi­tał, ra­zem wdep­nę­li­śmy w ta­ra­pa­ty z per­spek­ty­wą bra­ku da­chu nad gło­wą i pod­sta­wo­we­go po­ży­wie­nia, i tyl­ko ja mo­głam nas wy­star­cza­ją­co pręd­ko z te­go am­ba­ra­su wy­cią­gnąć. W spo­sób pro­sty, jed­nak nie­ko­niecz­nie przy­jem­ny...

– Patrz! Patrz, jak on pięk­nie do cie­bie pi­sze, jak się...

– ...mig­da­li i wy­ckli­wia! – pod­rzu­ci­łam kwa­śno, wy­szar­pu­jąc oj­cu z dło­ni sfa­ty­go­wa­ną bia­łą ko­per­tę. – Mógł­by się przy­naj­mniej po­fa­ty­go­wać i wy­na­jąć ja­kie­goś ży­we­go tłu­ma­cza, bo coś mi się zda­je, że po­śred­ni­kiem je­go mi­ło­snych wy­znań był pro­gram kom­pu­te­ro­wy!

– "Mo­ja ty pur­cha­wecz­ko słod­ka – od­czy­ta­łam na głos, ak­cen­tu­jąc od­po­wied­nio – drgam ca­ły z nie­cier­pli­wo­ści, abym mógł gę­bę two­ją oso­bli­wą obej­rzeć, zmiaż­dżyć twą ki­bić do­oko­ła, do oł­ta­rzu za­cią­gnąć i za­płod­nić na­tych­miast, co nam do­po­móż, wiel­ki Lord, świę­ty Spi­ry­tus, Je­zus Chry­stus i ca­ły Trój­nik".

– Mam na­dzie­ję – do­rzu­ci­łam z ro­sną­cym nie­sma­kiem – że cho­dzi­ło mu ra­czej o tru­ska­wecz­kę niż o pur­cha­wecz­kę. On mnie chce za­płod­nić, ty sły­szysz?

– Nie, chy­ba o tur­ka­wecz­kę. – Ta­tuś za­my­ślił się głę­bo­ko. – Daw­niej tak się ma­wia­ło. A za­pład­niać cię wca­le nie mu­si. Już... two­ja w tym, bab­ska rzecz...

– Daw­niej??? Kie­dy daw­niej?! To ileż ten mój lu­by ma lat?

– Czy to waż­ne? – Ta­tuś po­dej­rza­nie szyb­ko spu­ścił wzrok. – Jak cię chce za­pład­niać, to chy­ba jest jesz­cze re­pro­duk­cyj­ny... Ale prze­cież... eee... nie o je­go fi­zycz­ne wa­lo­ry nam tu­taj idzie.

Wście­kłam się. Do gra­nic wrze­nia, roz­pacz­li­wie, ale... bez moż­li­wo­ści wy­krzy­cze­nia mo­jej wście­kło­ści. Cza­sem w ży­ciu tak jest, że naj­dzie na czło­wie­ka ja­kiś mus bez­względ­ny, wo­bec któ­re­go nic nie za­ra­dzisz i je­dy­ne, co mo­żesz, to zwie­sić łeb. I wście­kać się na sie­bie. Nie na ta­tu­sia. Bo czu­łam się od­po­wie­dzial­na, do­ro­sła, go­to­wa przy­naj­mniej do wzię­cia na swo­je bar­ki po­ło­wy te­go, z czym do­tych­czas zma­gał się ta­tuś w po­je­dyn­kę.

Kie­dy zmar­ła mo­ja ma­ma, mia­łam za­le­d­wie pół­to­ra ro­ku, ta­tuś dwa­dzie­ścia dwa. Nie wiem, na co zmar­ła, ta­tuś też nie wie. I nikt nie wie. Mo­że na gry­pę. A mo­że na za­wał. Ta­tuś mó­wi, że­by się w tym nie grze­bać, bo co to da? Ra­cja... Naj­waż­niej­sze, że ja­koś obo­je prze­trwa­li­śmy. Ży­li­śmy z te­go, co ta­tuś umiał naj­bar­dziej, czy­li z ha­zar­du. Prze­waż­nie ogry­wał lu­dzi na ba­zar­kach w "trzy kar­ty", za­ro­bek był mo­że nie­wiel­ki, ale pew­ny. W każ­dym ra­zie da­wał chleb po­wsze­dni i coś do chle­ba. Naj­chęt­niej jed­nak ta­tuś gry­wał w po­ke­ra, bo tu moż­na by­ło sko­sić nie­zły szma­lec, jak mu się uda­ło wmon­to­wać w od­po­wied­nie to­wa­rzy­stwo. Ale nie gar­dził też roz­mai­ty­mi za­kła­da­mi, usta­wio­ny­mi, rzecz ja­sna, przez nie­go sa­me­go. Nie żad­ne tam pił­kar­skie czy in­ne lot­to, gdyż ta­tuś za­wie­rzał głów­nie spry­to­wi rąk wła­snych i umy­słu. W grun­cie rze­czy ta­tuś był uczci­wym i cha­rak­ter­nym fa­ce­tem. Ni­g­dy nie się­gnął po cu­dze, bo prze­cież wy­gra­ną de­li­kwent mniej lub bar­dziej chęt­nie sam po­da­wał mu do rę­ki... Wszyst­ko by­ło, jak ma­wiał: "tip-top, mu­cha nie sia­da i pod pa­ra­graf nie pod­pa­da".

Dla­te­go, kie­dy trzy ty­go­dnie te­mu, z so­bo­ty na nie­dzie­lę prze­rżnę­li­śmy z ta­tu­siem po­spo­łu ca­łe czte­ry­sta ty­sia­ków, bę­dą­cych, jak się oka­za­ło, wła­sno­ścią Strasz­ne­go Ma­fio­za, wpa­dli­śmy w pa­ni­kę. Od tej fe­ral­nej no­cy bez­u­stan­nie kom­bi­no­wa­li­śmy, jak wyjść z tej przy­krej sy­tu­acji. W przer­wie na my­śle­nie twór­cze snu­li­śmy roz­ma­ite do­mnie­ma­nia, co ta­ki Ma­fio­zo nam mo­że, jak spra­wa się ryp­nie. Pew­ne­go wie­czo­ru, pod wpły­wem ja­kiejś wy­jąt­ko­wo przy­krej i nie­este­tycz­nej wi­zu­al­nie wa­ria­cji, ta­tu­sia olśni­ło. Uznał, że pój­dzie­my w ma­try­mo­nium! Oże­ni się al­bo on, al­bo ja: na ko­go wy­pad­nie, na te­go bęc! Rzu­ci­li­śmy więc mo­ne­tą. Wy­pa­dło na mnie... Ta­tuś za­brał się do wer­to­wa­nia ogło­szeń pra­so­wych, ja prze­cze­sy­wa­łam kom­pa.

– Có­ruś... – Ta­ta wy­rwał mnie z po­nu­rej za­du­my, kła­dąc mi rę­kę na ra­mie­niu. – Weź ty to mo­że... ja­koś... ca­ło­ścio­wo roz­waż. Pod "za" i "prze­ciw", co?

– Ale ty mnie wca­le nie mu­sisz prze­ko­ny­wać! – Jed­nym gwał­tow­nym ru­chem ra­mie­nia strzą­snę­łam z sie­bie je­go dłoń. – Ja wiem, co mam ro­bić!

– Ale mnie jest nie­mi­ło...

– Mnie też jest nie­mi­ło. I ty mi tu te­raz wy­rzu­ta­mi oczu nie mydl. Do­brze wiesz, że to nic nie da!

– No...

– Bę­dzie, co bę­dzie!

– No...

– I ja uwa­żam, ge­ne­ral­nie, że nam to ogło­sze­nie z nie­ba spa­dło!

Ta­tuś roz­pro­mie­nił się wy­raź­nie i się­gnął po ga­ze­tę, któ­rą trzy­mał i ho­łu­bił jak re­li­kwię.

– "Pan Izy­dor Chle­bo­bier­ski, bez na­ło­gów, ma­jęt­ny, gor­li­wy pa­trio­ta, po­szu­ku­je mło­dej, zdro­wej i przy­stoj­nej pan­ny pol­skiej krwi z dzia­da pra­dzia­da (naj­mniej do szó­ste­go po­ko­le­nia). Cel – ma­try­mo­nial­ny" – prze­czy­tał z na­bo­żeń­stwem. – A ty, dziec­ko, Po­lka je­steś, ro­do­wi­ta. Te sześć po­ko­leń da się udo­wod­nić, jak amen w pa­cie­rzu. I czy to nie cud, że to­bą za­in­te­re­so­wał się wła­śnie? Prze­cież pa­nien­ki mu­sia­ły od­pi­sy­wać na ten anons ca­ły­mi zgra­ja­mi! Cud! I... wo­la Bo­ża...

– Cud, ta­tu­siu. Cud – wes­tchnę­łam, od­wra­ca­jąc oczy. – Cud jak cho­le­ra!

– No! – ucie­szył się ta­tuś, jak­by nie wy­czu­wa­jąc iro­nii w mo­im gło­sie. – Pa­nią bę­dziesz, Lu­izo, na wło­ściach! Prze­cież ten Izy­dor to szlach­ciu­ra ja­kiś! Z pew­no­ścią ma za­mek, mo­że i kil­ka... Al­bo choć­by dwór. For­sy jak sia­na, służ­bę w li­be­riach i li­mu­zy­nę. Mo­że i kil­ka... Co by nie po­wie­dzieć – roz­ma­rzył się na ca­łe­go – do­bry chłop, ten Izy­dor. War­to­ści na­ro­do­we so­bie ce­ni, pro­ro­dzin­ne.. i te­go... eee... ho­nor! Bóg, oj­czy­zna i ki­szo­ne ogór­ki! On ci wszyst­ko zre­kom­pen­su­je, zo­ba­czysz!

– Wiesz co, ta­tuś? – Skrzy­wi­łam się nie­znacz­nie. – Ty już przy­naj­mniej nic nie mów. Obo­je wie­my, jak jest...

Bo na­wet, gdy­by zna­lazł się ja­kiś in­ny, bar­dziej es­te­tycz­ny spo­sób wyj­ścia na pro­stą, cza­su jest za ma­ło i miecz Do­me­sto­sa for­mal­nie już ma­ja­czył nam nad gło­wa­mi... Ma­fio­zo mógł la­da dzień upo­mnieć się o swo­je...

Ta­tuś syk­nął bo­le­śnie przez zę­by.

– A więc, do ro­bo­ty, có­recz­ko... I niech cię pa­tron­ka two­ja ma w swej opie­ce!

-

Pra­wie przez ca­łą noc nie mo­głam za­snąć. Jak tyl­ko zmru­ży­łam oko, za­czy­nał ma­ja­czyć mi pod ko­pu­łą ja­kiś ob­le­śny sta­ruch na zmia­nę ze Strasz­nym Ma­fio­zem, któ­rzy uga­nia­li się za mną do utra­ty tchu w ce­lach cał­ko­wi­cie od­mien­nych. Już w koń­cu sa­ma nie wie­dzia­łam, co lep­sze: tor­tu­ry Ma­fio­za czy umi­zgi po­czwar­ne­go, ob­śli­nio­ne­go star­ca...

My­śla­łam tak­że o pew­nym pe­cho­wym dniu, dniu mo­ich dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzin, w któ­rym na­py­ta­li­śmy so­bie z ta­tu­siem tej bie­dy... Do tej po­ry oj­ciec kon­se­kwent­nie trzy­mał mnie z da­la od swo­jej "pra­cy", ale wów­czas, w mo­je uro­dzi­ny, coś mu for­mal­nie od­bi­ło!

– No, cór­ko – rzekł z ta­jem­ni­czym uśmie­chem. – Od dziś je­steś już do­ro­sła. To zna­czy, nie tyl­ko me­try­kal­nie, ale w ogó­le, pod każ­dym wzglę­dem doj­rza­ła. Bo mó­wi się, że do­pie­ro w dwu­dzie­stym pierw­szym ro­ku czło­wiek jest w peł­ni doj­rza­ły.

– Do cze­go? I gdzie się tak mó­wi? – spy­ta­łam tro­chę bez­myśl­nie, bo aku­rat, o ile so­bie przy­po­mi­nam, czy­ta­łam bar­dzo pa­sjo­nu­ją­cy ar­ty­kuł w "Se­kre­tach ser­ca".

– Do wszyst­kie­go – od­parł ta­ta tro­chę zbyt ogól­nie. – I w ogó­le, tak się mó­wi.

– Ale dla­cze­go? – spy­ta­łam znad ga­ze­ty. – Dla­cze­go ty, wła­śnie dzi­siaj mnie o tym in­for­mu­jesz?

– Bo za­mie­rzam urzą­dzić ci nie­za­po­mnia­ny wie­czór. Za­bie­ram cię do ka­sy­na!

No i urzą­dził. Jak bab­cię dryp­cię! Nie po­wiem, że­bym opie­ra­ła się ja­koś za bar­dzo, bo ka­sy­no za­wsze by­ło miej­scem, któ­re chcia­łam zo­ba­czyć od środ­ka, po­sma­ko­wać tych emo­cji, któ­re nie­rzad­ko sta­wa­ły się przy­czyn­kiem dra­ma­tów i tra­ge­dii, zo­ba­czyć, jak to jest i co w tym jest, że wcią­ga... Te­go wła­śnie nie umia­łam po­jąć. Jak nie­pa­lą­cy, któ­ry nie po­tra­fi zro­zu­mieć pa­la­cza, jak abs­ty­nent, dla któ­re­go przy­mus pi­cia jest rów­nie abs­trak­cyj­ny jak... świę­ta We­ro­ni­ka na wi­tra­żu w na­szym ko­ście­le! Po pro­stu – mo­żesz się wy­si­lać do ostat­nich bo­le­ści, a i tak nie je­steś w sta­nie od­czuć te­go, co czu­ją in­ni al­bo jak pa­trzą na świat.

Dla­te­go chy­ba ta­tuś mó­wił mi o tej doj­rza­ło­ści, bo praw­do­po­dob­nie nie umiał się wy­ra­zić bar­dziej wprost: że li­czy na to, że się za bar­dzo nie wcią­gnę. Ale ja się, nie­ste­ty, wcią­gnę­łam, już te­go pierw­sze­go wie­czo­ru. No cóż, w koń­cu oj­cow­skie ge­ny nie idą w las...

Wy­pi­li­śmy na dzień do­bry po dwa du­że nur­ki z wi­śniów­ką na spi­ry­tu­sie, i po-szło! Ta­tuś bie­gał tyl­ko i roz­mie­niał wciąż no­wą stów­kę, a przy for­sie był, jak ma­ło kie­dy... Przy cu­dzej for­sie, nie­ste­ty. Kie­dy wy­szli­śmy z przy­byt­ku rześ­kim świ­tem, mia­łam w kie­sze­ni rap­tem sto trzy­dzie­ści osiem zło­tych, ta­tuś ra­czej nie wię­cej. A ile­śmy prze­rżnę­li?

– Ile­śmy prze­rżnę­li, ta­tu­siu? – spy­ta­łam jesz­cze cał­kiem bez­tro­sko, wciąż na­pę­dza­na wi­śniów­ką na spi­ry­tu­sie to­pio­ną w moc­nym pi­wie, ty­to­nio­wym dy­mem, wo­nią per­fu­mo­wa­ne­go po­tu i mie­sza­ni­ną dźwię­ków, któ­rej skła­do­we trud­no by wy­li­czyć.

– Jed­no ci po­wiem, mo­je dziec­ko – ta­tuś nie­po­ko­ją­co za­stygł na środ­ku tro­tu­aru – kto mie­czem wo­ju­je, od mie­cza gi­nie, eup! – oznaj­mił me­ta­fo­rycz­nie i rów­nie me­ta­fo­rycz­nie bek­nął ku bez­kre­snym prze­stwo­rzom.

– To zna­czy? – Po­cią­gnę­łam go za rę­kaw, wpro­wa­dza­jąc z po­wro­tem w nie­mra­wy ruch po­su­wi­sty. – Zgra­li­śmy się jak mop­sy, tak? Je­ste­śmy go­li, zna­czy się?

– Wię­cej niż go­li... epp... có­recz­ko! – Ta­ta bek­nął po­now­nie, ale tym ra­zem ja­koś bez prze­ko­na­nia. – Wy­bacz mnie, sta­re­mu dur­nio­wi, i nie wspo­mi­naj źle, kie­dy... zło­żę łeb pod tram­waj!

Zła­pa­łam go nie­mal w ostat­niej chwi­li, osa­dza­jąc nie­chcą­cy oraz ze spo­rym im­pe­tem na bru­ko­wa­nym chod­ni­ku. Czu­jąc, że coś tu jest nie tak, i to bar­dzo, usia­dłam obok.

– No to ga­daj! – za­żą­da­łam gru­bym i do­no­śnym gło­sem.

Wów­czas ta­tuś opo­wie­dział mi o Strasz­nym Ma­fio­zie. O tym, jak pew­ne­go ra­zu w ka­sy­nie, nad ra­nem, pe­wien dziw­ny fa­cet ser­decz­nie zbra­tał się z nim, usku­tecz­nia­jąc licz­ne bru­der­sza­fty i in­ne kur­tu­azje, przy czym ta­tuś jesz­cze nie wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia. W za­sa­dzie w ka­sy­nie nikt się z ni­kim nie bra­ta, a już z pew­no­ścią nie ob­ła­pia po pi­ja­ku, de­kla­ru­jąc do­zgon­ne uczu­cie. Już sa­mo to po­win­no by­ło ta­tu­sia tknąć, ale nie tknę­ło.

– On so­bie mnie upa­trzył na swo­ją ofia­rę! – jęk­nął ta­tuś, wkła­da­jąc so­bie sko­ła­ta­ną gło­wę po­mię­dzy ko­la­na. – Wi­dać z gę­by mi ja­koś sym­pa­tycz­nie pa­trzy­ło... Al­bo nie, on mu­siał wie­dzieć, że ja tam ra­czej nie cha­dzam – zmie­nił na­gle zda­nie.

Ta­tuś rze­czy­wi­ście by­wał w ka­sy­nie nie­zmier­nie rzad­ko, po­wie­dzia­ła­bym na­wet: oka­zjo­nal­nie. W tym mo­men­cie jed­nak prze­sta­łam ocze­ki­wać, że co­kol­wiek z tej je­go męt­nej ga­da­ni­ny poj­mę i za­żą­da­łam kon­kret­nych kon­kre­tów.

– No i on w któ­rymś mo­men­cie sko­czył na rów­ne no­gi, we­tknął mi pacz­kę z for­są za pa­zu­chę i uciekł – stre­ścił się ta­tuś.

– Nie ro­zu­miem...

– Pew­nie ktoś na nie­go czy­hał. I on zo­ba­czył te­go ko­goś, żal mu się ta­kiej ku­py for­sy zro­bi­ło, jak­by co, ro­zu­miesz, więc zro­bił so­bie ze mnie de­po­zyta.

Opar­łam się ple­ca­mi o ple­cy ta­tu­sia i jak on pod­cią­gnę­łam ko­la­na pod bro­dę, sta­ra­jąc się zaj­mo­wać jak naj­mniej miej­sca na tro­tu­arze, gdyż mia­sto za­czy­na­ło się po­wo­li za­lud­niać i co rusz ktoś się o nas po­ty­kał.

– Je­steś pe­wien, że to ma­fio­zo był? – upew­ni­łam się na wszel­ki wy­pa­dek.

– Có­ruś... – wes­tchnął ta­ta dra­ma­tycz­nie. – Uwierz, że wiem. Ro­bię w bran­ży ład­nych pa­rę lat i ży­cie mnie na­uczy­ło, że gra­czy moż­na po­dzie­lić na trzy ka­te­go­rie: wy­gra­nych, prze­gra­nych i ta­kich jak ja, śred­nich pty­siów. Prze­gra­ni to prze­gra­ni, ja – to ja, ale ci, co z te­go in­te­re­su wy­cho­dzą z na­praw­dę gru­bym szmal­cem, nie są zwy­kły­mi śmier­tel­ni­ka­mi. A już na pew­no nie ci, co mu­szą w pod­sko­kach ucie­kać!

– To mo­że nie jest tak źle – szep­nę­łam. – Mo­że ktoś go już daw­no uka­tru­pił, co? I w ogó­le, skąd on wie, ko­mu od­dał pacz­kę z for­są, sko­ro obaj by­li­ście zro­bie­ni w si­wy dym? I skąd wie, od ko­go ją po­wi­nien ode­brać?

– A, nie, tak pięk­nie to nie jest. – Ta­tuś nie­bez­piecz­nie prze­giął się na bok. – Za­nim on się ze­rwał, spi­sał so­bie mo­je da­ne oso­bo­we. Imię, na­zwi­sko, ad­res, wsio! I jesz­cze na od­chod­nym na­stra­szył. Strrr­rasz­nie na­stra­szył!

– Pa­mię­tasz cho­ciaż, jak wy­glą­dał?

– No... pew­nie...

– Jak?

– Strrrr­rasz­nie – oznaj­mił ta­tuś, zwi­nął się w kłę­bek i za­czął chra­pać.

Te­go, co usły­sza­łam, nie mo­głam w ża­den spo­sób ogar­nąć ro­zu­mem ani in­nym szó­stym zmy­słem. Ba, nie mo­głam na­wet w to uwie­rzyć, ale skąd by ta­tuś w ta­kim ra­zie miał czte­ry­sta pa­to­li? Wo­bec po­wyż­szej nie­wia­do­mej zmu­si­łam się i uwie­rzy­łam...

Dzi­siaj, w ob­li­czu nie­uchron­ne­go, któ­re zmie­rza­ło ku mnie wiel­ki­mi, Izy­do­ro­wy­mi kro­ka­mi, ani w gło­wie by­ło mi po­da­wa­nie cze­go­kol­wiek w wąt­pli­wość. Mi­mo iż ca­ła ta he­ca za­wie­ra­ła jesz­cze spo­ro lo­gicz­nych luk, wy­ni­ka­ją­cych z luk pa­mię­cio­wych zro­bio­ne­go w si­wy dym ta­tu­sia...

Po­go­dzo­na z fak­tem, że tej no­cy nie­da­ne mi bę­dzie cho­ciaż się zdrzem­nąć, wy­sko­czy­łam z łóż­ka, przej­rza­łam po raz ko­lej­ny mój nie­wiel­ki ba­gaż, wzię­łam prysz­nic, a na­stęp­nie zno­wu przej­rza­łam ba­gaż. Ot, po­dróż­ny nie­zbęd­nik mło­dej dziew­czy­ny: pa­rę ciu­chów, tro­chę bie­li­zny i ko­sme­ty­ki. Tor­bę pa­ko­wa­łam pod dyk­tan­do ta­tu­sia, któ­ry uwa­żał, że im mniej do niej upcham, tym wię­cej zy­skam od mo­je­go ma­jęt­ne­go na­rze­czo­ne­go. Jak sie­rot­ka Ma­ry­sia, eks­po­nu­jąc głów­nie swo­je ubó­stwo i nie­win­ność...

Oka­za­ło się, że ta­tuś też nie mo­że spać, do­trwa­li­śmy więc obo­je do mniej wię­cej przy­zwo­itej go­dzi­ny i uda­li­śmy się do ko­ścio­ła na po­ran­ną mszę. Mu­szę przy­znać, że co jak co, ale wy­cho­wa­nie ta­tuś dał mi sta­ran­ne, ka­to­lic­kie. Obo­je by­li­śmy głę­bo­ko wie­rzą­cy i su­mien­nie prak­ty­ku­ją­cy. Mo­dli­łam się więc te­raz bar­dzo gor­li­wie, pro­sząc Ja­sną Pa­nien­kę, aby ja­kimś cu­dem wy­ba­wi­ła nas z opre­sji, na przy­kład pod­su­wa­jąc ta­tu­sio­wi nad­przy­ro­dzo­ną moż­li­wość ogra­nia ko­goś na te czte­ry­sta ka­wał­ków. Al­bo że­by ktoś po wyj­ściu z ko­ścio­ła ta­ką ka­sę zgu­bił, a my zna­leź­li. Al­bo... że­by cho­ciaż przy­szedł mi do gło­wy ja­kiś ge­nial­ny plan awa­ryj­ny! Do po­łu­dnia by­ło w koń­cu jesz­cze pa­rę go­dzin, bo po­tem to już tyl­ko czar­na roz­pacz. Ta­tuś przy­ga­dał ja­kiś wóz, któ­ry miał mnie za­wieźć do umó­wio­ne­go ho­te­lu w Gdań­sku, gdzie od pa­ru dni re­zy­do­wał już Izy­dor, by na dzień do­bry zmiaż­dżyć mnie oraz za­płod­nić...

Ta­tuś mo­dlił się chy­ba o to sa­mo co ja, bo w prze­rwach, kie­dy nie zie­wał, zgrzy­tał zę­ba­mi i wy­trzesz­czał oczy. Nie­ste­ty – ani on, ani ja nie zo­sta­li­śmy wy­słu­cha­ni.

-