?
Prolog - Uśpienie
Dżungla. Wielka - zdaje się, że niemożliwa do ogarnięcia umysłem. Nieprzebyta i niepoznana, pełna zagadek i tajemnic. Miejsce, w którym wiele gatunków zwierząt współegzystuje w niekończącym się kręgu życia; kręgu wiecznej walki, pogoni, rozrodu i umierania. Wypełniona znanymi wyłącznie sobie zakamarkami, skrywającymi sekrety bardziej nieprawdopodobne niż najwymyślniejsze zaklęcia spisane wiele tysiącleci później w guślarskich księgach, czy też przekazywane obłędnie ludowe podania i legendy. Miejsce, w którym przyroda w najdzikszej, najmocniej bestialskiej postaci króluje nad wszystkimi istotami i wedle swego kaprysu daruje im chwilowe wolność i odpoczynek lub wydaje na nie wyrok śmierci. Miejsce, w którym miliardy mieszkańców - małych, dużych, łagodnych i drapieżnych - pod wpływem trwającego miliony lat cyklu życia i śmierci wytworzyły i odkryły wewnątrz siebie sposoby na to, by przetrwać... a jednak zamieszkujące dżunglę tak licznie życie to mgiełka okalająca olbrzymi masyw terenu, który przed pojawieniem się pierwszych traw i organizmów zwierzęcych stanowił jedynie część jeszcze potężniejszej surowej skorupy - dryfującej w beznamiętnym spokoju pośród obojętnej i bezmiernej ciemni kosmosu...
Ciemność. Coraz śmielej pokonywała broniące się rozpaczliwie resztki światła dziennego, odcinając widoczność. Słońce. Tysiące lat potem czczone przez jego dalekich przodków jako bóg opiekun i dawca życia, który został podstępnie uśmiercony przez bezdusznego księcia ciemności; umarł, a kolejnego dnia odrodził się - w jeszcze większej glorii - i uratował swój umiłowany lud przed rządami zła i tyranią ciemności. A ciemność była nieustępliwa, tępiła zdolność dostrzeżenia zagrożenia, przynosiła chłód prowadzący do wyziębienia ciała, a co najgorsze, była niemożliwa do przebłagania. Żaden z jego przodków toteż nigdy nie uprosił jej żadną ofiarą - czy to ze zwierzęcia, czy to z dorosłego, czy to z dziecka. To ciemność zawsze zwyciężała. I tym razem, kiedy słońce już dawno zniknęło za horyzontem, a mrok coraz intensywniej spowijał zarośnięte nieprzebytymi gęstwinami zieleni jego tereny zbieracko-łowieckie, zagrożenie, które w swojej niezdarności i lekkomyślności sprowokował, zyskiwało nowe siły. Serce szybciej pompowało krew, przepełniała go adrenalina. Uciekał. Ten człekokształtny osobnik - o ile biologicznie podobny do gatunku Homo sapiens, o tyle na polu kultury i świadomości odmienny od niego - uciekał w strachliwym pędzie, raniąc bose stopy o badyle i kamienie, które czule opatulały glebę. Popełnił błąd: chciał zbierać owoce poza terenami, które wcześniej sprawdzili i wyznaczyli jego bracia. Każdy z nich - jeśliby działał w pojedynkę, już dawno zostałby brutalnie wciągnięty i bezapelacyjnie pożarty przez zagrożenia, od których roiło się w dżungli. Działając jednak wspólnie - gromadząc pozyskiwane informacje i przekazując je kolejnym osobnikom - mogli przeżyć.
Pech chciał, że straszliwa ulewa i wichura, które zerwały się tego samego dnia, posiały spustoszenie - połamały drzewa i doprowadziły do wylania rzeki. Wskutek tego pomylił drogę i spotkał istotę, której nie zamierzał spotkać - ani on, ani też jego bracia. Uciekał co sił w nogach, zręcznie odpychając się przednimi kończynami, odgarniając opadające liany, podciągając się na gałęziach - za pomocą gibkości swego ciała starał się pokonać drogę jak najszybciej. Pokryta czarnymi włosami skóra zaczynała wydzielać smrodliwy zapach, zranione stopy puszczały krew. Jego odór niósł się po okolicy coraz silniej; kto wie, jaką jeszcze groźną bestię ściągnie... a ta być może sprowadzi nań ostateczną zagładę... Płuca nieomal pękały mu od bólu, a szeleszczące za nim złowieszczo liście i paprocie oznajmiały, że odległość pomiędzy nim a bestią - maleje. Do jego uszu dobiegło wtem warczenie i chrząknięcia tak straszne, że serce zabiło z nienaturalną prędkością - tak dużą, że zdało mu się, jakby ścigał się z samym sobą, a nagroda za ten wyścig czekała największa z możliwych: przetrwanie. Przed nim gęstniały krzaki, zza których przebijał dobrze mu znany szum spadającej wody. Nie było szans, że zgubi w zaroślach drapieżnika, ani że się przed nim ukryje. Była to jednak jedyna realna droga ucieczki. Rzucił się więc prosto w krzaki, przedzierał się. Warczenie wroga czuł już prawie na plecach.
Przedarł się przez zarośla i oczom jego ukazała się przepaść - śmiertelnie głęboka. Zaledwie kilka kroków obok niego - wodospad. Znikoma nadzieja, że spadając, nie natrafi na żaden kamień, ale była to jego jedyna szansa.
Zwierzę wyskoczyło z krzaków wprost na niego. Poraniło mu pazurami nogę, rozcięło łydkę. Zawył z bólu, po czym rzucił się znów pędem przed siebie, zaciskał przy tym zęby i spinał mięśnie czaszki, walczył z paraliżującym uczuciem.
Bestia przypuściła kolejny atak, poczuł bowiem ześlizgujące się po jego udzie pazury, tym razem zadały tylko powierzchowne obrażenia. Drugi celny cios zapewne powaliłby go, tymczasem miał szczęście. Czy szczęście uratuje go również tam, na dole? Szaleńczym skokiem rzucił się prosto do spadającej wody, a ta z bezkompromisową siłą cisnęła go w głębię jeziora.
Strugi deszczu coraz śmielej uderzały w taflę jeziora i jego wynurzone bezwładne ciało. Huki grzmotów dopełniały obraz grozy sytuacyjnej. Przyroda zdecydowanie występowała przeciw niemu. Jego bystry wzrok niemalże nie mógł przedrzeć się przez ciemność - taka była gęsta. Desperacko wypatrywał brzegu, nie przestawał płynąć. Wreszcie ujrzał niewielkie wgłębienie w skałach niedaleko linii brzegowej.
Noga bolała go tak, że ledwo się wyczołgał na brzeg. Kuśtykając, szedł do jaskini, z której bił nieznany mu rodzaj światła. Rozumiał, że może spotkać w jej środku dosłownie wszystko. Znalazł więc kamień i ścisnął go w dłoni - był wielkości pięści, zakończony ostrym ścięciem. Podążając ostrożnie za pulsującym obcym światłem, wszedł do wnętrza przez wielki skalny łuk.
Ostrożnie zmierzał w głąb tunelu, stąpając po zimnym kamiennym podłożu. Jedną ręką delikatnie podtrzymywał się ściany, w drugiej zaciskał coraz mocniej kamień. Po raz pierwszy w życiu widział, żeby światło dochodziło z wnętrza tunelu, niepokój przepełniał go, narastając z każdym krokiem. W końcu doszedł do miejsca, gdzie tunel zawijał - wydawało się, że zza zakrętu światło bije tak wyraziście, jakby to był biały dzień na polanie! Przylgnął do skały i ostrożnie wychylił się, by zobaczyć zjawisko, które wymykało się wszelkiemu rozumieniu...
W kamiennej komnacie spostrzegł ułożone fragmenty drzew - zadziwiająco równo porwane. Buchało z nich pomarańczowe światło, tańczyło we wszystkie strony, unosiło się i kołysało agresywnie, ale zarazem dostojnie. Widywał już podobne zjawisko - czasami w pochmurne, ciemne dni, gdy szalała wichura, zdarzało się, że białe światło przecinało niebo. Kiedy trafiło w drzewo, niosło się w dół, a niebawem gasił je podmuch wiatru. Nigdy jednak nie widział czegoś równie niezwykłego w samym sercu jaskini - tak zbliżonej wyglądem do tych, w których jego siostry i bracia kładli się na nocny spoczynek. Tutejsze światło wznosiło się niby ku sufitowi, jakby stale odbijając od stosu drewien, i zaraz tam, w górze, rozpływało się. Tak wielce zaabsorbował go ten widok, że nie zauważył kilku sylwetek podobnych jemu istot. Musiały już go spostrzec, bo zbliżały się łagodnym łukiem. Wreszcie uniósł swój kamień, jednak instynkt podpowiedział mu, że mają nad nim przewagę liczebną. Poza tym zmęczone, poranione nogi ledwo pozwalały mu ustać. Pojął, że zdany jest na łaskę zbliżających się stworzeń. Przeczuwał koniec.
Dwa stworzenia ujęły go za ramiona, nie ściskały za mocno. Poprowadziły go w stronę światła, pozostałe otaczały ich asekuracyjnie. Jego strach natychmiast ustąpił - znał dobrze tę mowę ciała: identycznie zachowywali się jego bracia, gdy chcieli zademonstrować coś jakiemuś członkowi plemienia; pokazać coś - nie gwałtem czy inną przemocą, lecz naprowadzić, przewodzić. I tak też obcy - przywiedli go do światła i posadzili przy nim.
Siedział i patrzył się na to niezrozumiałe zjawisko, a jego zdziwienie pęczniało. Podeszła do niego kolejna istota - z kawałkiem dziwnej formy w ręku: zmiękczonej, wydobywającej nadzwyczajnie przyjemny zapach. Przyjrzał się temu osobnikowi - przypominał mu siostry, lecz różne miejsca nagiego, pokrytego włosami ciała były więcej zaokrąglone, podobnie zresztą jak sylwetki innych samic, czy też potężne postury samców w tej jaskini; pożywienia musiało im nie brakować. Wziął dziwną formę z jej ręki. Samica spojrzała mu w oczy i podniósłszy dłoń, wskazała swoje szczęki, z których wydała odgłos pohukiwania. Wszyscy wokoło wydali w ślad za nią jednakowy odgłos. Podniósł dziwną formę do ust i ugryzł. Było miękkie pod zębami, a kiedy dotknęło języka i podniebienia, poczuł najsmaczniejszy pokarm, jaki dane mu było w życiu skosztować. Samica położyła mu dłoń na czuprynie i zadziornie poczochrała, a jej wargi wygięły się w górę, oczy miały wyraz przyjaznych. Pokazała dłonią na coś dużego, leżącego na skalnej podłodze - jakieś duże zwierzę, już obrane do połowy, tusza ta odsłaniała białe kości, ociekające krwią i resztkami zwisającego zakrwawionego mięsa. Spojrzał na to, co właściwie jadł, i na tuszę. Zrozumiał. Pojął też, że właśnie to próbowali mu przekazać.
Przez długi jeszcze czas ucztowali wspólnie nad ogniskiem, piekąc coraz to nowe, wyrywane brutalnie, fragmenty ciała zwierzęcia, aż zostało całkowicie ogołocone - do kości. Niedługo potem część z istot zaczęła stukać kamieniami o kamienie, klepać się dłońmi po udach, brzuchu i pośladkach, inne krążyły wokół ogniska, wywijając ciałami w rozmaite strony i pohukując coraz głośniej i głośniej. Pewien wysoki osobnik podszedł i szturchnął go w żebra, następnie wypchnął na środek. Wkrótce jego zdziwienie odstąpiło i razem z resztą osobników kontynuował dziki taniec wokół ogniska. Na chwilę jego oczy zarejestrowały coś bardzo nietypowego - była to sylwetka istoty podobnej jemu, jego braciom, siostrom i temu zagadkowemu plemieniu, które napotkał w tej oto jaskini, ale stała ona dumnie wyprostowana na dwóch nogach, w jednej ręce zaś trzymała kawałek drewna, który jarzył się migoczącym dziko światłem. Postać była statyczna, zupełnie nieruchoma - w niezrozumiały dla niego sposób odciśnięta płasko w zimnej kamiennej ścianie jaskini.
Minęło kilka tygodni, a on nauczył się wielu zwyczajów nowego plemienia, które umiało okiełznywać światło, a nawet je krzesać.
Odkąd zaczął żyć w nowej jaskini, nie groził mu głód ani żadne niebezpieczeństwo. Dzikie zwierzęta, które jeszcze niedawno stanowiły śmiertelne zagrożenie, bały się tego światła - uciekały za każdym razem, gdy trzymał jarzące się drewno. Z czasem nauczył się wzniecać światło przez pocieranie o siebie suchych szczapek drewna - od tego momentu nie cierpiał już zimna. Ogrzany, mógł odpocząć od nieustannej pogoni i strachu; tańczył wkoło ogniska z osobnikami, do których coraz bardziej się upodabniał. Zaakceptowali go. Regularnie chodził na polowanie i przynosił im zwierzynę, którą udało mu się poskromić. Aż w końcu nadszedł dzień, kiedy miał spłacić swój ogromny dług wdzięczności wobec tego plemienia i ostatecznie dołączyć do swojej nowej rodziny.
W dłoni ściskał palik z najtwardszej gałęzi baobabu, zwieńczony ostrym kamieniem, przymocowanym do rękojeści wysuszoną zwierzęcą skórą. Za nim stało kilkunastu samczych przedstawicieli gatunku, którzy dzierżyli prymitywne maczugi - podobne do owego "pala" w jego dłoni - i płonące pochodnie, służące zwykle do oświetlania swej drogi nocą.
Wyruszyli, gdy tylko księżyc w pełni pokazał się na zimnym niebie, i towarzyszące mu gwiazdy. On wskazywał nowym braciom drogę - bo jedynie on mógł ją znać; wyłącznie on mógł pokazać im, gdzie mieści się jaskinia, którą jeszcze nie tak dawno zamieszkiwał.
Wtargnęli do środka, wyjąc i hucząc przerażająco. Skakali i posuwali się do przodu niczym fala nieokiełznanej dzikości i brutalności. Z kamiennych korytarzy odpowiedziały głosy, wybiegł osobnik z kamieniem w dłoni, lecz przywódca najeźdźczego plemienia natychmiast zdzielił go maczugą prosto w głowę. Ten padł na ziemię.
Patrzył na leżącego - to było oblicze brata, z którym niedawno wychodził do nieposkromionej dżungli na wspólne polowania. Z rozłupanej czaszki wypływała krew, oczy zastygły w ostatnim spojrzeniu - wyrażającym grozę. Na ten widok ścisnęło mu się serce, jakby sam odczuwał ten ból, który przed chwilą zadał swoją maczugą - symbolem harmonii ciała i umysłu; to on powalił niedawnego kompana. Rozległy się dzikie wycia. W wielkim tłumie, który za nim podążał, rozszalała się ekscytacja, i zagłuszyła jego ból i współczucie. Dziesiątki uderzeń kamiennymi maczugami dewastowały powalone ciało, rozcierając je na miazgę.
Nagle rozległo się jeszcze więcej huków i wycia. Z głębi jaskini wyfrunęły wprost na napastników kamienie. Na swoje nieszczęście gospodarze nie byli w stanie odeprzeć grupy bardziej zorganizowanej, lepiej uzbrojonej i zaprawionej w bojach. Wytrzymawszy pierwszą obrończą lawinę, napastnicy rzucili się dziko na przeciwników. Powalili ich na ziemię maczugami, łupali i miażdżyli im czaszki. Krew płynęła po zimnych kamiennych korytarzach, wrzaski obrońców przemieniły się w jazgot zbolałego cierpienia. Przywódca atakujących nie żałował już - nie wstrzymywał ręki, kiedy cięła okrutnie tych, którzy tak niedawno byli mu rodziną. Wszyscy gospodarze padli martwi. Niektórzy zostali zaduszeni gołymi rękami, innym połamali kończyny, a pod leżące bezwładnie na ziemi ciała podłożyli ogień. Większość zabitych miała rozłupane czaszki, poprzetrącane szczęki, zmiażdżone gardła. Straty po stronie napastników były nieliczne - zaledwie dwóch zginęło w ferworze walki, kilku doznało sińców i obić od kamieni. Była to mała cena za nową jaskinię wraz ze wszystkim, co skrywała.
Podążyli dalej kamiennymi korytarzami. Doszli do wielkiej komnaty, w której garstka samic z dziećmi chowała się w przerażeniu, towarzyszyło im paru młodych samców. Niektóre samice poczęły ciskać w napastników kamieniami, ale ten opór nie trwał długo. Atakujący zbliżyli się błyskawicznie do obleganych i ich potomstwa. Te, które walczyły zaciekle, nie mając zamiaru się poddać, zostały zabite, tak jak i młode samce. Resztę zabrali brutalnie z jaskini, wlokąc za włosy, ręce lub nogi. Przywódca ataku rozglądał się po plamach krwi zdobiących jaskinię. Odczuwał przedziwną mieszaninę triumfu, wstydu i pogardy.
Wracali, wyjąc i oklepując się z ekscytacji niczym w rytualnym tańcu nad truchłem poległego. Zatrzymali się przy jeziorze i obmyli z zaschniętej krwi. Wodą schłodzili opuchlizny i rany zadane im w walce.
Przywódca umył twarz i zapatrzył się w spokojną taflę jeziora. W tym brutalnym świecie liczyło się tylko przetrwanie. Każde zwierzę o tym wiedziało; każda istota, u której wykształcał się rozum, również musiała to wiedzieć. I on instynktownie to rozumiał. Wiedział, że za tamten kawałek ciepłego mięsa, który otrzymał, gdy pojawił się w nowej jaskini, że za nowe schronienie i wiedzę, które mu przekazano, będzie musiał zapłacić jakąś ceną, choćby i straszliwą. Nie zabili go, chociaż był intruzem. Był im winien swoje życie, spłacił dług życiem swoich towarzyszy. Przypomniał sobie twarz swojego brata - tamtą twarz, w której uczucie przerażenia i bólu uwolnił pierwszy niszczycielski cios maczugi...
Przyglądał się swojemu odbiciu w wodzie. Zauważył, że jego twarz nie przypominała już oblicza humanoida, upodobniła się raczej do dzikiego zwierza - jednego z tych, na jakie często natykał się w dżungli; jednego z tych, przed którymi zawsze uciekał, bojąc się o swoje życie... Przyglądał się sobie, a strach przepełniał mu ciało; strach i odraza. Z jego czaszki zaczęły wyrastać kręcące się rogi, z ust wydostawała się szarańcza. Wijące się węże oplatały jego ciało... Wrzasnął i odskoczył od jeziora, gwałtownie próbował zrzucić z siebie węże, złapał za zawinięte rogi, chcąc je wyrwać! Wtem rozległo się wycie.
Bracia wojownicy otaczali go, wpatrzeni weń w niezrozumienie zmieszane z niepokojem. Nie widział w nich jednak odrazy czy nienawiści. Uświadomił sobie, że... leży i szamocze się na brzegu jeziora.
Jego zalęknienie ustępowało powoli. Obrócił się na kolana i na czworakach poczłapał do spokojnej tafli jeziora. Spojrzał w milczącą wodę, ujrzał odbicie gwiazd i księżyca, a pomiędzy nimi - swoją twarz. Wyglądała normalnie. Jak zawsze.
Zaczął oddychać głęboko, aż uspokoił się kompletnie. Poszybował wzrokiem prosto do zagadkowego, czarnego nieba, ozdobionego migotliwymi światełkami. Jeszcze nie w pełni rozumiał, że tego dnia przekroczył bezpowrotnie granice; że wstąpił na ścieżkę, z której nie będzie już odwrotu. Być może wkrótce nie będzie również powrotu dla całego jego potomstwa, skoro on jako przyszły ojciec dopuścił się tak straszliwego gwałtu i tak straszliwej przemocy.
Kontynuował swój żywot w nowym, szybko rozwijającym się plemieniu. Cały czas prześladowały go jednak okropne myśli - o tym, co zrobił owej okrutnej księżycowej nocy. I o swoim potwornym odbiciu w wodach jeziora...
Nie mógł pozbyć się tych obrazów, dlatego obok malunku człekopodobnej istoty dzierżącej płomienną pochodnię pojawił się na skalnej ścianie drugi malunek - przedstawiał człekokształtnego o obliczu bestii, potwornym tak, że aż niemożliwym do pojęcia ani opowiedzenia. Zataił te wspomnienia przed swoimi współbraćmi. Starannie ukrywał je w umyśle; osnuł je mgłą, tak aby nikt nigdy ich nie zobaczył.