Ludzka skaza - Philip Roth

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Wszy­scy wie­dzą

To wła­śnie la­tem dzie­więć­dzie­sią­te­go ósme­go roku mój są­siad, Co­le­man Silk - któ­ry za­nim dwa lata wcze­śniej prze­szedł na eme­ry­tu­rę, był przez dwa­dzie­ścia parę lat pro­fe­so­rem fi­lo­lo­gii kla­sycz­nej w po­bli­skim Ko­le­gium Ate­na, a przez szes­na­ście ko­lej­nych lat peł­nił tam do­dat­ko­wo funk­cję dzie­ka­na - zwie­rzył mi się, że jako sie­dem­dzie­się­cio­jed­no­la­tek ro­man­su­je z trzy­dzies­to­czte­ro­let­nią sprzą­tacz­ką, za­trud­nio­ną w jego ma­cie­rzy­stej uczel­ni. Dwa razy w ty­go­dniu ko­bie­ta Co­le­ma­na sprzą­ta­ła rów­nież lo­kal­ny urząd pocz­to­wy, nie­po­zor­ny, sza­ry, drew­nia­ny ba­ra­czek, któ­ry wy­glą­dał tak, jak­by w la­tach trzy­dzie­stych chro­nił przed pla­gą trąb po­wietrz­nych ro­dzin­kę ga­star­be­ite­rów z Okla­ho­my. Te­raz przy­cup­nął sa­mot­nie na od­lu­dziu, na­prze­ciw­ko sta­cji ben­zy­no­wej i skle­pu wie­lo­bran­żo­we­go, z po­wie­wa­ją­cą ame­ry­kań­ską fla­gą na sty­ku dwóch dróg, wy­zna­cza­jąc cen­trum han­dlo­we na­sze­go gór­skie­go mia­stecz­ka.

Co­le­man uj­rzał swo­ją ko­bie­tę po raz pierw­szy, kie­dy zmy­wa­ła mo­pem pod­ło­gę na po­czcie, a on aku­rat za­szedł tam póź­no, parę mi­nut przed za­mknię­ciem, żeby ode­brać swo­je prze­sył­ki - chu­da, wy­so­ka, kan­cia­sta syl­wet­ka, si­wie­ją­ce blond wło­sy, ścią­gnię­te w ku­cyk, i ta swo­ista, ostra rzeź­ba ry­sów, po­tocz­nie ko­ja­rzo­na z po­boż­ny­mi, pra­co­wi­ty­mi nie­wia­sta­mi, któ­re dziel­nie zno­si­ły trud­ne po­cząt­ki No­wej An­glii; z su­ro­wy­mi ko­lo­nist­ka­mi, za­sko­ru­pia­ły­mi w obo­wią­zu­ją­cej mo­ral­no­ści i bez­względ­nie jej po­słusz­ny­mi. Na­zy­wa­ła się Fau­nia Far­ley, a co­kol­wiek w ży­ciu prze­cier­pia­ła, skry­wa­ła to za po­zba­wio­ną wy­ra­zu, ko­ści­stą twa­rzą - twa­rzą, któ­ra ni­cze­go nie su­ge­ru­je i wy­ra­ża bez­brzeż­ną sa­mot­ność. Fau­nia wy­naj­mo­wa­ła po­kój na nie­od­le­głej far­mie mle­czar­skiej, gdzie po­ma­ga­ła przy do­je­niu krów i w ten spo­sób spła­ca­ła czynsz. Jej edu­ka­cja za­koń­czy­ła się na dru­giej kla­sie szko­ły śred­niej.

Tego sa­me­go lata, kie­dy Co­le­man Silk do­pu­ścił mnie do kon­fi­den­cji w spra­wie Fau­nii Far­ley i łą­czą­ce­go ich se­kre­tu, wy­szedł też na jaw, jak­że a pro­pos, se­kret Bil­la Clin­to­na, i to z wszyst­ki­mi kom­pro­mi­tu­ją­cy­mi de­ta­la­mi - z wszyst­ki­mi ż y w o t n y m i de­ta­la­mi, któ­rych ży­wot­ność, jak i ogól­ną kom­pro­mi­ta­cję, po­głę­bia­ła pi­kan­te­ria nie­któ­rych szcze­gó­łów. Taki se­zon nie tra­fił nam się od cza­su, gdy ktoś przy­pad­kiem na­tknął się na zdję­cia ak­tu­al­nej Miss Ame­ry­ki w sta­rym nu­me­rze "Pen­tho­use'a", uka­zu­ją­ce ją na go­la­sa, upo­zo­wa­ną ele­ganc­ko na ko­la­nach i na wznak - zdję­cia, któ­re zmu­si­ły za­wsty­dzo­ną mło­dą ko­bie­tę do zrze­cze­nia się ko­ro­ny miss i po­zo­sta­nia słyn­ną gwiaz­dą po­pkul­tu­ry. Lato roku dzie­więć­dzie­sią­te­go ósme­go za­sły­nę­ło w No­wej An­glii z nie­zwy­kłe­go cie­pła i słoń­ca; w ba­se­bal­lu - z mi­tycz­ne­go po­je­dyn­ku bia­ło­skó­re­go boga bie­gów do bazy z ciem­no­skó­rym bo­giem bie­gów do bazy, a w ca­łej Ame­ry­ce - z ma­so­wej eks­plo­zji po­boż­no­ści i ry­go­ry­zmu mo­ral­ne­go, kie­dy to ter­ro­ryzm - któ­ry za­stą­pił ko­mu­nizm w roli głów­ne­go za­gro­że­nia bez­pie­czeń­stwa kra­ju - ustą­pił pola sto­sun­ko­wi oral­ne­mu, a jur­ny, mło­dzie­niasz­ko­wa­ty pre­zy­dent w śred­nim wie­ku i za­dzior­na, za­lot­na, dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia pra­cow­ni­ca Bia­łe­go Domu, za­ba­wia­ją­cy się w Ga­bi­ne­cie Owal­nym jak dwo­je na­sto­lat­ków w au­cie na par­kin­gu, oży­wi­li naj­star­szą zbio­ro­wą emo­cję Ame­ry­ki, jej naj­zdra­dliw­szą i naj­bar­dziej de­struk­tyw­ną roz­kosz: eks­ta­zę świę­tosz­ko­wa­to­ści. W Kon­gre­sie, w pra­sie i w me­diach za­ro­iło się od pra­wo­myśl­nych, pryn­cy­pial­nych li­zu­sów, żąd­nych po­tę­pie­nia, je­re­mia­dy i kary, prze­ści­ga­ją­cych się w umo­ral­nia­ją­cych ka­za­niach; wszy­scy w sta­ran­nie kon­tro­lo­wa­nej go­rącz­ce, któ­rą Haw­thor­ne (miesz­ka­ją­cy w la­tach sześć­dzie­sią­tych dzie­więt­na­ste­go wie­ku parę za­le­d­wie mil od mo­ich drzwi) zdia­gno­zo­wał przed laty w ro­dzą­cym się do­pie­ro pań­stwie jako "du­cha prze­śla­dow­cze­go"; wszy­scy sko­rzy do od­pra­wia­nia sro­gich ry­tu­ałów oczysz­cze­nia, któ­re raz na za­wsze wy­ru­go­wa­ły­by erek­cję z bran­ży ad­mi­ni­stra­cyj­nej, gwa­ran­tu­jąc tym sa­mym at­mos­fe­rę spo­ko­ju i bez­pie­czeń­stwa, w któ­rej dzie­się­cio­let­nia cór­ka se­na­to­ra Lie­ber­ma­na bę­dzie mo­gła znów oglą­dać te­le­wi­zję w to­wa­rzy­stwie swo­je­go, dziś zbul­wer­so­wa­ne­go, ta­tu­sia. Nie, kto nie prze­żył roku dzie­więć­dzie­sią­te­go ósme­go, ten nie wie, co to zna­czy świę­tosz­ko­wa­tość. Sta­ły fe­lie­to­ni­sta kon­ser­wa­tyw­nej ga­ze­ty, Wil­liam F. Buc­kley, pi­sał: "Kie­dy to samo uczy­nił Abe­lard, zna­le­zio­no spo­sób, aby za­po­biec po­wtó­rze­niu się in­cy­den­tu..." - in­sy­nu­ując, iż naj­lep­szym le­kar­stwem na wy­kro­cze­nie, zwa­ne prze­zeń w in­nym fe­lie­to­nie "nie­okieł­zna­ną chu­tli­wo­ścią" Clin­to­na, by­ła­by nie ane­micz­na pro­ce­du­ra w ro­dza­ju im­pe­ach­men­tu, lecz ra­czej kara sto­so­wa­na w dwu­na­stym wie­ku i wy­mie­rzo­na ka­no­ni­ko­wi Abe­lar­do­wi przez zbroj­nych w nóż so­jusz­ni­ków jego za­kon­ne­go to­wa­rzy­sza, ka­no­ni­ka Ful­ber­ta, w od­we­cie za po­ta­jem­ne uwie­dze­nie i po­ślu­bie­nie sio­strze­ni­cy rze­czo­ne­go Ful­ber­ta, dzie­wi­cy He­lo­izy. W od­róż­nie­niu od fa­twy Cho­me­inie­go, ska­zu­ją­cej na karę śmier­ci Sal­ma­na Ru­sh­die­go, żar­li­wy apel Buc­kleya o słusz­ną karę ka­stra­cji nie wią­zał się z gra­ty­fi­ka­cją fi­nan­so­wą dla po­ten­cjal­ne­go wy­ko­naw­cy. Wy­rósł jed­nak­że z du­cha nie mniej ry­go­ry­stycz­ne­go niż duch aja­tol­la­ha, w obro­nie nie mniej wznio­słych ide­ałów.

Było to dla Ame­ry­ki lato na­wra­ca­ją­cych mdło­ści, gdy żar­ty, do­my­sły, teo­rie i alu­zje mno­ży­ły się bez koń­ca; gdy uchy­lo­no mo­ral­ny obo­wią­zek uświa­da­mia­nia dzie­ci - na rzecz pod­trzy­my­wa­nia wśród nich nie­do­rzecz­nych ilu­zji o do­ro­słym ży­ciu; gdy ma­łość ludz­ka oka­za­ła się wprost po­ra­ża­ją­ca; gdy ja­kiś de­mon wstą­pił w na­ród i lu­dzie po obu stro­nach spo­ru za­da­wa­li so­bie py­ta­nie: "Cze­mu my się tak wy­głu­pia­my?"; gdy męż­czyź­ni i ko­bie­ty bu­dzi­li się rano ze świa­do­mo­ścią, że nocą, kie­dy sen po­zwa­la czło­wie­ko­wi wznieść się po­nad za­wiść i nie­na­wiść, oni śni­li o nie­go­dzi­wo­ści Bil­la Clin­to­na. Mnie oso­bi­ście przy­śnił się gi­gan­tycz­ny trans­pa­rent, udra­po­wa­ny da­da­istycz­nie, jak pa­kun­ki Chri­sto, wzdłuż ca­łe­go Bia­łe­go Domu, z wiel­kim na­pi­sem: TU MIESZ­KA ISTO­TA LUDZ­KA. Tego lata - po raz mi­liar­do­wy - po­mie­sza­nie, pan­de­mo­nium i cha­os oka­za­ły się sub­tel­niej­sze niż nie­jed­na oso­bi­sta ide­olo­gia, nie­jed­na oso­bi­sta mo­ral­ność. Tego lata wszy­scy mie­li w gło­wie pe­nis pre­zy­den­ta; tego lata ży­cie, w ca­łej swo­jej bez­wstyd­nej nie­czy­sto­ści, raz jesz­cze zbi­ło Ame­ry­kę z pan­ta­ły­ku.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki