Ludzie z nieba - Ignacy Karpowicz

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
.

Nic z dłoni

Pięk­nie tu było prze­jaz­dem, Kora jed­nak miesz­kała tam stale. Miesz­kała przy ulicy Nie­ta­kiej 7 w Bie­nia­ko­niach, mia­steczku na tra­sie ko­le­jo­wej do Wilna. Naj­więk­szą jego atrak­cją był grób Ma­ryli We­resz­cza­kówny, dziew­czyny Adama Mic­kie­wi­cza. Cza­sem wy­obra­żała so­bie, że za­pró­sza się ogień i mie­ścina idzie z dy­mem. Z wy­jąt­kiem grobu Ma­ryli rzecz ja­sna.

W gło­wie od kilku lat pi­sała list do nie­zna­jo­mego nie stąd. Pierw­szy list, uwzględ­nia­jący póź­niej­sze ko­rekty, brzmiał mniej wię­cej tak:

Drogi Czło­wieku,

na­zy­wam się Kora, znowu koń­czę kil­ka­na­ście lat. Mam sześć sióstr i brata bliź­niaka. Tata pra­cuje na ko­lei, więc miesz­kamy w służ­bo­wym domku z ka­wał­kiem ziemi. Mama pro­wa­dzi ten dom, kiedy nie jest w ciąży, bo kiedy jest, to prace spa­dają na nas.

Mó­wię i czy­tam po pol­sku, po ro­syj­sku, po fran­cu­sku i sła­biej po nie­miecku. Znam rów­nież kil­ka­na­ście prze­kleństw po ży­dow­sku. Po­dobno jedno z nich po prze­ło­że­niu na ję­zyk ludzki brzmi: "Znowu po­nie­dzia­łek? Jak do tego do­szło?".

Uczy­łam się także ła­ciny i greki. Tych dwóch ostat­nich uczy mnie bab­cia, gdy się nu­dzimy. Po­nie­waż czę­sto za­po­mina o róż­nych rze­czach, nie mam pew­no­ści, czy ła­cina i greka nie są tylko na­sze, przez nią wy­my­ślone. Fran­cu­skiego uczy nas matka. Obok fran­cu­skiego i roz­stro­jo­nego pia­nina nic wię­cej nie wy­nio­sła z ro­dzin­nego domu.

Nie­na­wi­dzę gry na pia­ni­nie. Wo­la­ła­bym grać na pu­zo­nie. Po­dobno dmu­cha­nie nie ucho­dzi pa­nien­kom.

Płci żeń­skiej już się ra­czej nie bija, chyba że baby z chło­pów.

Nie ma tu o co wal­czyć.

Na wio­snę wszystko za­lewa woda, la­tem wszystko wy­sy­cha.

Drogi Czło­wieku, nie­na­wi­dzę miej­sca, w któ­rym utknę­łam przez po­myłkę. Je­śli mo­żesz, za­bierz mnie gdzie in­dziej.

Do­dam, że nie przy­wią­zuję zbyt­niej wagi do wy­glądu. Nie po­sia­dam rów­nież żad­nego ma­jątku. Wy­kształ­ce­nie za to po­sia­dam sto­sowne do płci, czyli go tak na­prawdę też nie po­sia­dam. Mogę zo­stać na­rze­czoną albo słu­żącą, albo kimś po pro­stu, kto coś robi. Do usta­le­nia. Umiem szyć, pleść maty i ko­szyki, raz wi­dzia­łam z bli­ska pio­run ku­li­sty. Je­śli nie przy­po­mi­nasz ojca, bę­dzie do­brze.

Kora

Kra­inę wy­peł­niały roz­le­głe ba­gna, su­che ła­chy pia­sku, lasy, rzeki i je­ziorka. Dróg pra­wie nie bito, więk­szych miast kilka, po­nadto nie­ważne mia­steczka i po­roz­rzu­cane po la­sach nie­bo­gate wio­ski. Kiedy to­pił się wio­sną śnieg, za­le­wało wszystko.

Do są­sia­dów naj­ła­twiej do­stać się ło­dzią albo, je­śli ją usy­pano, dróżką pro­wa­dzoną po gro­bli. Domy bu­do­wano na pa­lach, tak samo stogi, sto­doły, skła­dziki, ko­ściółki czy cer­kiewki. Na­wet ule bart­nicy pod­wie­szali na drze­wach, choć to aku­rat nie prze­ciwko wo­dzie, ale niedź­wie­dziom.

Nie­raz wi­działa taką za­laną wieś. Nie­bie­skie domki z blond strze­chą nie wy­da­wały się re­alne. Przy­po­mi­nały spi­cza­ste ka­pe­lu­sze grzy­bów, wy­ra­sta­jące z wie­lo­zie­lo­nych łąk i wód. Spo­kój był złudny.

Po­ro­śnięte gę­stą ro­ślin­no­ścią ba­gna i roz­le­wi­ska sta­no­wiły śmier­telną pu­łapkę. Ru­sałki wa­biły nie­roz­waż­nych chło­pa­ków. Gdy zaś ci sta­wiali pierw­szy krok na zie­lo­nym dy­wa­nie, prze­są­dzali swój los. Ba­gno wcią­gało i rzadko zwra­cało zwłoki.

Prze­jezdni kra­jo­brazy okre­ślali mia­nem za­chwy­ca­ją­cych albo dzie­wi­czych, zu­peł­nie jakby tra­fili na wy­spy pa­cy­ficzne.

Och, po­my­ślała Kora, gdy­by­ście tylko, nie­do­roby, mu­sieli spę­dzić tu­taj rok, od razu uwiel­bie­nie by wam prze­szło.

Po­my­ślała tak, po­nie­waż oj­ciec wła­śnie stresz­czał ro­dzi­nie kon­wer­sa­cję, jaką dziś od­był na sta­cji ko­le­jo­wej z nie­miec­kimi po­dróż­ni­kami.

- Szcze­rze za­ko­chali się w na­szych oko­li­cach - skoń­czył papa.

- Wielka za­tem to strata dla na­szych oko­lic - rzu­ciła hardo - że nie za­trzy­mali się u nas. Znowu zo­stali wy­łącz­nie ci nie­za­ko­chani.

- Koro - za­częła matka - nie mu­sisz wszyst­kiego ko­men­to­wać.

- A papa nie musi wszyst­kiego po­wta­rzać - od­pa­ro­wała.

- Za­wsze mu­sisz wszystko ze­psuć! - włą­czyła się Hia­cynta, jedna z młod­szych sióstr.

- Nie ja psuję! Było po­psute.

Po­wie­dziaw­szy to, wstała z krze­sła i opu­ściła po­kój.

Za­rzu­ciła płasz­czyk, do kie­szeni wsy­pała garść drob­nych i wy­szła na ze­wnątrz.

Ostat­nio co­raz czę­ściej zda­rzały się po­dobne sy­tu­acje. Iry­to­wała ją ro­dzina, wście­kało mia­steczko, nie za­wsze po­tra­fiła za­cho­wać zimną krew.

Po­sta­no­wiła przejść się do Składu Hencla, za­raz za ko­ścio­łem. Wy­star­czyło skrę­cić w prawo przy dawno temu żół­tym domu z dawno temu czer­wo­nymi okien­ni­cami, gdzie miesz­kała przy­ja­ciółka Ka­ta­rzyna, zwana życz­li­wie Wie­wió­rem dla uho­no­ro­wa­nia roz­miaru sie­ka­czy, na­stęp­nie iść ulicą Utraty aż do sy­na­gogi, przy­po­mi­na­ją­cej ra­czej nor­malny dom niż świą­ty­nię, i do­cie­rało się do głów­nej ulicy. Na­zwano ją Istotna. Naj­krót­sza droga bie­gła więc trzema uli­cami: Nie­taką, Utraty, Istotną.

Kupi so­bie cu­kier­ków z lu­kre­cji. W ogóle jej nie sma­ko­wały. Główną ich za­letę upa­try­wała w tym, że były tak nie­do­rzeczne jak miej­sce, w któ­rym żyła.

Nie­na­wi­dziła ba­gien i wody, i ko­ma­rów. Tej kra­iny nie dało się zmie­nić. Ule­piona z torfu i biedy bę­dzie trwać do końca czasu, upo­ka­rza­jąc i przy­trzy­mu­jąc lu­dzi.

Idąc po­bo­czem lo­kal­nie naj­szer­szej drogi, co ja­kiś czas po­zdra­wiała zna­jo­mych albo star­szych, gdyż tak przy­stało do­brze uło­żo­nej pan­nie. Co to zna­czy uło­żona? Do czego uło­żona?

Za­my­śliła się, głos Cy­ganki bru­tal­nie przy­wo­łał ją na po­wrót do rze­czy­wi­sto­ści.

- Po­wró­żyć, po­wró­żyć pa­nience - za­chę­cała stara.

Ko­bieta no­siła czer­woną spód­nicę, żółtą ko­szulę, chustkę w kwiaty, po­nadto mnó­stwo ozdób ze złota i ka­mieni, też srebrne były i z mie­dzi albo cynku, na pa­sku po­nuro dyn­dały usu­szone nie­to­pe­rze, a ca­łość przy­po­mi­nała gra­nat, który wy­buchł ko­lo­rem na zgrzeb­nej ziemi.

Cy­ga­nie roz­bili się pod mia­stecz­kiem kilka dni temu. Po­wta­rzano, że kradną, po­ry­wają dzieci i kur­czaki na ro­sół, że w swo­ich bu­dach prze­trzy­mują wście­kłe kun­dle, że są nie­godni za­ufa­nia i za­wie­rają mał­żeń­stwa za ma­łego, gdy tylko na­uczą się sa­mo­dziel­nie peł­zać - i inne tego ro­dzaju obe­lgi. Nie wie­rzyła w nie ani tro­chę. Nikt nie jest aż tak zły. Po­nadto świet­nie bie­lili ściany, ostrzyli na­rzę­dzia, pod­ku­wali ko­nie, a cza­sem końmi han­dlo­wali. No i - wró­żyli.

Za­trzy­mała się.

Ro­dzice by tego nie po­chwa­lili.

Po­rządna dziew­czyna ni­gdy by się nie za­trzy­mała.

Ona nie uwa­żała się za po­rządną.

Za­nu­rzyła rękę w kie­szeni płasz­cza i wy­jęła garść drob­nych.

- Mam tyle - oznaj­miła i otwartą dłoń z mo­ne­tami wy­cią­gnęła w stronę sta­rej ko­biety.

Cy­ganka coś rze­kła w nie­zna­nym Ko­rze ję­zyku, płyn­nym niby woda ru­chem za­brała pie­nią­dze i ujęła ją za nad­gar­stek, drugą ręką wo­dząc po li­niach pa­pi­lar­nych otwar­tej dłoni.

Bę­dzie czy­tać z li­nii, jak sta­ro­żytni Grecy - po­my­ślała dziew­czyna - i za­razi mnie cho­robą we­ne­ryczną.

Dwie ko­biety trwały w znie­ru­cho­mie­niu wy­star­cza­jąco długo, aby przy­cią­gnąć uwagę prze­chod­niów.

- Pa­nienko - prze­mó­wiła stara. - Ty nie sobą zo­sta­niesz.

Ooo, po­my­ślała Kora, albo wróżba do bani, albo Cy­ganka nie umiała ję­zyka, któ­rym się po­słu­żyła.

- Będę miała męża i dzieci? - za­py­tała i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, za­śmiała się.

Co za idio­tyzm!

Mąż? Dzieci?

Stara do­łą­czyła do jej śmie­chu.

Śmiały się niby spi­skow­czy­nie w nie­uda­nym spi­sku.

Ko­rze tak rzadko nada­rzała się oka­zja do nie­za­wi­nio­nej ra­do­ści!

Zdu­siły wresz­cie nie­sto­sowną we­so­łość.

Ro­dzice się o Cy­gance do­wie­dzą i bę­dzie miała prze­wa­lone, mimo że prze­wa­lone już osią­gnęła ze­szłego ty­go­dnia.

Kora po­sta­no­wiła za­wró­cić do domu, drobne wy­dała na wróżbę bez wróżby, nie kupi pa­skud­nych cu­kier­ków.

Ko­lejny wspa­niały dzień w kra­inie su­szy i po­wo­dzi. Jak do tego do­szło?, za­py­tała się w my­ślach, mar­ku­jąc ji­dysz.

Wło­żyła ręce do kie­szeni i coś tam było, czego wcze­śniej nie. Za­trzy­mała się za­in­try­go­wana. Była to ma­lutka, wy­so­ko­ści kciuka, ba­ke­li­towa fi­gurka, przed­sta­wia­jąca dwóch żoł­da­ków trzy­ma­ją­cych się za ręce w tańcu.

Gdyby to dziew­czynki albo mali chłopcy tak dziar­sko się trzy­mali, tań­cu­jąc, nie zwró­ci­łaby na to uwagi. No ale do­ro­śli męż­czyźni? I to woj­skowi?

Bez dwóch zdań była to ta­jem­nica, i to może z ga­tunku nie do roz­wią­za­nia. Ucie­szyła się. Bar­dzo po­trze­bo­wała praw­dzi­wej ta­jem­nicy, żeby ćwi­czyć silną wolę. W sen­sie, że ni­komu nie pi­śnie słowa. I pierw­sza próba na­de­szła nie­zwłocz­nie. Mu­siała zdu­sić na­glącą chęć, ba!, ko­niecz­ność po­ka­za­nia wo­ja­ków Wie­wió­rowi. Musi być dzielna!

Koro, upo­mniała się w my­ślach naj­su­row­szym z gło­sów matki, moja panno, na­wet o tym nie myśl!

Przy­wo­ła­nie kar­cą­cego głosu matki nie było do­brym po­my­słem. Kora pra­wie za­wsze ro­biła na od­wrót i wła­śnie za­czy­nał ją wy­peł­niać ka­te­go­ryczny im­pe­ra­tyw po­stą­pie­nia wbrew woli ro­dzica. Żeby się z niego otrzą­snąć, za­częła ska­kać w miej­scu. Zo­stało to w mia­steczku od­no­to­wane i w sto­sow­nym mo­men­cie po­więk­szone i do­nie­sione in­stan­cjom ro­dzi­ciel­skim. Ska­ka­nie po­mo­gło na im­pe­ra­tyw, a re­pu­ta­cję i tak miała od dawna zu­żytą.

Ni­komu nic nie po­wie, bę­dzie nie­złomna! Ta­jem­nicę schowa w ma­łej, za­my­ka­nej na klucz ka­setce. Ka­setkę trzy­mała w domu babci. W jej oso­bi­stym domu za­gra­żała ka­setce wścib­skość sióstr.

Wczo­raj wie­czo­rem po­pa­dało, dzięki temu mia­steczko mniej się ku­rzyło. Skrę­ciła w Utraty. Nie­na­wi­dziła ku­rzu i pyłu rów­nie mocno jak wody i ba­gien.

Co lu­biła?

Ro­biła li­stę re­gu­lar­nie, li­sta opor­nie się wy­dłu­żała.

Lu­bię miód.

Lu­bię małe ptaszki.

Lu­bię Bar­dzo Brzyd­kie Słowa.

Lu­bię błysz­czące przed­mioty.

Lu­bię cie­ka­wostki o zwie­rzę­tach.

Lu­bię, kiedy nie ma sióstr (chyba że Róża).

Lu­bię, kiedy oj­ciec zo­staje dłu­żej w pracy.

Lu­bię, kiedy matka nie jest w ciąży.

I bab­cię. Ogrom­nie.

I wuja Le­ona.

Tak mniej wię­cej to szło, a że nie­dłu­gie, no to pi­sała w gło­wie ko­lejny list:

Drogi Czło­wieku,

spo­tka­łam le­d­wie co Cy­gankę. Nic mi wy­wró­żyła z dłoni. Co nie dziwi, bo na dłoni gu­zik wi­dać. Wi­dać co naj­wy­żej, czy ktoś ciężko pra­cuje, czy bimba so­bie. Ja je­stem gdzieś po­środku. Lu­bię my­śleć, że znaj­duję się w miej­scu po­mię­dzy pal­cami, za­nim one się ze­tkną.

Przy­szedł mi do głowy sza­lony po­mysł.

A gdyby uciec z ta­bo­rem? Dać się po­rwać ra­zem z kurą?

Mu­szę ci jesz­cze jedno wy­znać na wy­pa­dek, gdy­byś chciał się we mnie za­du­rzyć, co - od razu wy­ja­śniam - nie jest ko­nieczne.

Otóż moja o rok młod­sza sio­stra Hia­cynta wy­prze­dziła mnie znacz­nie. Wy­ro­sły jej piersi, typu buła droż­dżowa, ta­kie na pla­nie koła. Piersi mamy na­to­miast przy­po­mi­nają ma­kowce. Pew­nie od cium­ka­nia przez ośmioro dzieci (na do­brą sprawę i ojca nie po­tra­fię wy­klu­czyć). U mnie nic wła­ści­wie w tym te­ma­cie. Na ra­zie to mnie nie mar­twi, ciężko biega się z ta­kim jak u Hia­cynty ob­cią­że­niem. Po­nadto za­kwi­tła przede mną. I tu­taj po­dob­nie - nie chcę kwit­nąć, nie chcę, żeby ktoś mnie pod­le­wał, upra­wiał albo ści­nał, choć wku­rza mnie, że od­bywa się rzecz u nas nie po ko­lei. Uwa­żam, że je­dyne do­bre nie po ko­lei to jest to w gło­wie.

Drogi Czło­wieku, na­dal naj­głęb­sze roz­mowy od­by­wam z Bu­ce­fa­łem, na­szym łań­cu­cho­wym psem. Na­pi­sa­łam roz­mowy, cho­ciaż w su­mie on naj­wię­cej ro­zu­mie z za­pa­chu. Po­win­nam mu si­kać przy drze­wie, pło­cie czy ka­mie­niu - one są dla psów ni­czym skrzynki pocz­towe.

Nie si­kam, gdyż wo­koło i tak uwa­żają mnie za uszko­dzoną. Roz­ma­wiamy więc so­bie, cza­sem dra­pię go za uchem, cza­sem on wy­li­zuje mi skórę lub szcze­gól­nie ku­sząco pach­nące miej­sce na ubra­niu. Na mar­gi­ne­sie, umie wię­cej niż inni męż­czyźni, na przy­kład sam so­bie liże ją­dra. Koń­czę, bo skrę­ci­łam w Nie­taką. Już pra­wie znowu dom.

Kora

Aku­rat pod­pi­sy­wała po­wyż­szy list my­ślowy, gdy ze zdzi­wie­niem do­strze­gła au­to­mo­bil za­par­ko­wany przed płot­kiem swo­jego domu. Ni­gdy wcze­śniej nie miało to miej­sca. Auta rzadko prze­jeż­dżały przez Bie­nia­ko­nie. Bu­dziły krótką sen­sa­cję i po­dejrz­li­wość. I zni­kały z mia­steczka, wjeż­dża­jąc po­mię­dzy inne aneg­dotki, prze­cho­wy­wane na oko­licz­ność na­głych ze­tknięć to­wa­rzy­skich. Te­raz jed­nak Kora wi­działa nie­ru­chomą ma­szynę na wła­sne oczy tak do­kład­nie, jak do­kład­nie czuła smu­tek we wła­snym sercu. Zdzi­wiła się, gdyż ma­szyna nie oka­zała się czarno-biała. Na ga­ze­to­wych zdję­ciach wła­śnie ta­kie się po­ja­wiały. Tym­cza­sem ka­wałki bla­chy po­ma­lo­wano na ja­skra­wo­czer­wono, koła miały żółte szpry­chy. Wy­ście­łana czarną skórą ka­napa mie­ściła pew­nie ze dwie, a je­śli chude, to trzy osoby. I jesz­cze złoty na­pis Stan­ley, jakby pod­pis wła­ści­ciela. Przy­da­łoby się do­pi­sać ad­res, po­my­ślała.

Do­piero te­raz za­re­je­stro­wała ze trzy grupki cie­kaw­skich, dys­ku­tu­jące w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. No ja­sne, po­my­ślała, prze­cież może się zna­ro­wić. Abo to raz ko­nie po­nio­sły, a byk tryk­nął ro­gami, a córka z psz­cze­la­rzem się pu­ściła?

Cie­kawe, kogo przy­wiało?

Py­ta­nie re­to­ryczne.

Po prze­kro­cze­niu progu opa­dły z niej wąt­pli­wo­ści, z po­czu­cia sto­sow­no­ści przy­wo­łane: przy­był wuj Leon, jej oj­ciec chrzestny, znany z kło­po­tli­wych pre­zen­tów. Na dzie­siąte uro­dziny po­da­ro­wał Ko­rze dwa żywe stru­sie, po­cho­dzące z ja­kie­goś kraju w Eu­ro­pie, a wcze­śniej z Afryki. Je­den po dwóch ty­go­dniach po­wie­sił się na ogro­dze­niu, co ską­d­inąd za­słu­gi­wało na uzna­nie, wziąw­szy pod uwagę fakt, że struś prze­wyż­szał wy­so­kość płotu. To jakby po­wie­sić się, klę­cząc.

Drugi struś na­to­miast re­gu­lar­nie ucie­kał. Wiele razy o świ­cie cho­dziła z matką szu­kać ptaka. Kie­dyś na­tknęły się na dwóch pi­jacz­ków sie­dzą­cych z węd­kami. Matka za­py­tała, przy­wi­taw­szy się naj­pierw, czy przy­pad­kiem w oczy nie rzu­cił im się struś. Od­po­wie­dzieli prze­cząco. Po­tem jed­nak usły­szały z matką - głos ran­kiem niósł się świet­nie po wo­dzie - jak je­den z nich stwier­dza: Mó­wi­łem ci, że to struś. A nie lis, pier­doło.

W końcu struś wy­czer­pał ich psy­chicz­nie, więc go zje­dli, sma­ko­wał jak gęś na pół z kró­li­kiem.

Wuj Leon ucho­dził za naj­bar­dziej nie­obli­czal­nego członka wi­dy­wa­nej ro­dziny. Dal­szej ro­dziny. Po­ma­gał w tym znaczny odzie­dzi­czony ma­ją­tek, prak­tycz­nie bez kło­potu re­ali­zo­wał fan­ta­zje ży­ciowe i pre­zen­towe.

W domu naj­wy­raź­niej nie za­stała ojca (uff!), gdyż wuj sie­dział w sa­lo­niku w oj­cow­skim fo­telu, osa­czony przez sio­stry, które zdą­żyły już roz­pa­ko­wać pa­czuszki, za­wie­ra­jące głów­nie sło­dy­cze i na przy­kład zło­śli­wie piękne szy­dełka, igły i szpilki. Matka stała pod ścianą, wy­raź­nie skrę­po­wana, pró­bu­jąc we­pchnąć ko­pertę w rę­kaw sukni.

- O, Koro, je­steś! - prze­mó­wiła.

Wuj się oży­wił.

- Je­steś, Koro - po­twier­dził. - Przed do­mem stoi dro­biazg, który za­mie­rza­łem ci po­ka­zać. Co po­wiesz na prze­jażdżkę?

- Drogi wuju, je­śli obie­casz wy­pa­dek, to chęt­nie.

Wuj po­dra­pał się po gło­wie.

- Z pew­no­ścią coś się wy­my­śli. Chodźmy!

- Ależ Le­onie! - za­pro­te­sto­wała matka. - Ona le­dwo co przy­szła!

- Do­kład­nie, Kon­stan­cjo. Przy­szła i wy­cho­dzi. Ta­kie ży­cie.

Kora chwy­ciła wuja za rękę i po­cią­gnęła do drzwi.

Otwo­rzyła bramkę. Z domu wy­pa­dły cie­kaw­skie sio­stry.

- Ko­chana, oto naj­now­sze auto z sil­ni­kiem pa­ro­wym z Ame­ryki! Roz­wija moc sze­ściu koni me­cha­nicz­nych!

Wuj się eks­cy­to­wał, rów­no­cze­śnie wy­ko­nu­jąc roz­liczne czyn­no­ści. Wresz­cie w dziw­nych oku­lar­kach i ob­ci­słej cza­peczce za­pi­na­nej pod brodą skoń­czył pre­zen­ta­cję:

- Sie­dzimy na boj­le­rze. Ni­gdy nie wy­buchł. W drogę!

Wsia­dła nie­pew­nie, ma­szyna ha­ła­so­wała i trzę­sła się niby Bu­ce­fał na wi­dok in­nego psa.

Ru­szyli ze zgrzy­tem. Auto nie po­sia­dało z przodu żad­nej osłony, wiatr miło mu­skał twarz i psuł fry­zurę. Co chwila ude­rzały w nią zia­renka żwiru, wy­rzu­cane spod przed­niego koła. Je­chali wol­niej niż idący stępa koń. Gdy koło wpa­dało w dziurę lub tra­fiało na nie­rów­ność, auto nie­przy­jem­nie pod­ska­ki­wało. Nie­wy­godę z na­wiązką wy­rów­nało prze­ra­że­nie zwie­rząt i lu­dzi. Ła­ciaty pies, uja­da­jąc, biegł za nimi.

Wu­jek na­ci­skał dla hecy gu­mową piłkę z trąbką, która wy­da­wała strasz­liwy wizg.

- Trąbka je­ry­choń­ska! - krzy­czał. - Je­ry­choń­ska!

Prze­je­chali przez jakby cen­trum mia­steczka, wu­jek skrę­cił w wą­ską uliczkę i w jesz­cze węż­szą.

- Ślepa! - krzy­czała, on nie zwra­cał uwagi albo nie sły­szał.

Wresz­cie węż­sza uliczka zwę­ziła się bar­dziej i skoń­czyła mar­nymi za­bu­do­wa­niami.

Wu­jek się za­trzy­mał. Wy­siadł z au­to­mo­bilu, ro­zej­rzał się na boki i oznaj­mił:

- No to klops!

- Co się stało?

- Au­to­mo­bil je­dzie do przodu.

- Ra­cja - po­tak­nęła.

- I nie je­dzie do tyłu!

Te­raz po­jęła, o co wu­jowi szło.

Bra­ko­wało miej­sca, by za­wró­cić, a przed nimi nie­po­trzeb­nie na­dal stał czyjś dom.

- Mu­simy wró­cić pie­szo.

- Nie lu­bię cho­dzić - po­skar­żył się. - Cho­dze­nie krzyw­dzi moje stopy.

- Wuju, ja oso­bi­ście cho­dzę od dru­giego roku ży­cia i do­kąd do­szłam?

Kora ujęła go pod ra­mię i ru­szyli z po­wro­tem do domu.

Za­częło kro­pić.

Jesz­cze tro­chę po­ka­pie i po­wsta­nie breja ob­le­pia­jąca trze­wiki.

Matka bę­dzie zła; upar­cie nie ro­zu­miała, że po­goda nie za­leży od córki.

Tym­cza­sem Kora uznała, że wy­pa­dało kon­wer­so­wać.

- O czym my­ślisz, wujku?

Mil­czał chwilę.

- O tym, że chiń­ski to se­ria wy­my­ślo­nych dźwię­ków.

W kwe­stii chiń­skiego nie wy­ro­biła so­bie zda­nia.

- A ty, Koro, o czym my­ślisz?

- Za­sta­na­wiam się... za­sta­na­wiam, które zwie­rzęta w ko­lo­rze, to jest na żywo, są ta­kie same jak na czarno-bia­łym zdję­ciu.

- Do głowy przy­cho­dzi mi panda wielka, skunks i ze­bra.

- Kruki jesz­cze - do­dała. - I ły­ski. I orki. I Mu­rzyni.

- Wi­dzisz więc, moja droga, że ko­lor i jego brak to ilu­zo­ryczna róż­nica.

Chyba się z wu­jem nie zga­dzała. Ist­niała róż­nica mię­dzy ko­lo­rem a jego bra­kiem. Aby jed­nak to roz­strzy­gnąć, na­le­żało po­rów­nać ory­gi­nał z jego ob­ra­zem.

- Ko­lor bywa kon­fun­du­jący - kon­ty­nu­ował wuj. - Płeć rów­nież.

Tu się z wu­jem nie zga­dzała na pewno. Płeć nie kon­fun­do­wała. Sta­no­wiła prze­szkodę. Rza­dziej szansę. Wy­li­czyć nie spo­sób, czego Kora w ży­ciu nie osią­gnie. Za­miast tego wy­li­czyła, co wy­cho­dziło z matki (matka bo­wiem uwa­żała swoje dzieci za osią­gnię­cia):

1895 - Fran­ci­szek i Kora,

1896 - Hia­cynta,

1898 - Ka­lina,

1900 - Róża,

1902 - Da­lia,

1904 - Ruta,

1906 - Hor­ten­sja.

Gdy po­wta­rzała w my­ślach imiona sióstr, za­wsze cierpko kon­sta­to­wała, że ro­dzi­com nie­długo skoń­czą się po­pu­lar­niej­sze kwiatki do na­zy­wa­nia có­rek. Taki oto bu­kiet przy­szedł na świat.

- Kwia­tuszki ta­tu­sia, wią­za­neczka, jeb­cie się wszyst­kie - ci­cho pod no­sem wy­mru­czała.

Ona jedna no­siła imię, które nie wy­ra­stało w ogro­dzie. Nie przy­pusz­czała, aby w imie­niu mie­ściła się choćby drobna za­po­wiedź ko­lei losu.

- Koro, coś mó­wi­łaś? - zwró­cił się do niej wuj.

- Nie, nic ta­kiego. - Jej palce za­częły krę­cić młynka. - Czy wiesz, dla­czego na­zy­wam się ina­czej niż reszta?

- No ja­sne! Nie mo­że­cie na­zy­wać się tak samo! Jak ina­czej da­łoby się usta­lić, która jest którą!? Trzeba by cho­ciaż do­dać nu­mer do imie­nia...

Nie o to jej cho­dziło. Czę­sto w ro­zu­mie­niu roz­mi­jała się z ludźmi.

- Hor­ten­sja Trzy! - wy­rzu­ciła słowa w po­wie­trze. - Wuju, bar­dzo źle się woła.

Wuj za­wo­łał:

- Hia­cynta Osiem! Do nogi!

Rze­czy­wi­ście kiep­sko, po­my­śleli każde samo so­bie.

Deszcz się wzma­gał.

Kora przy­spie­szyła kroku na tyle, na ile po­zwa­lał ucze­piony ra­mie­nia Leon. Pod­czas jazdy au­tem wiatr roz­wiał jej włosy, two­rząc coś na kształt chłop­skiego koł­tuna, ak­tu­al­nie za­mie­nia­nego przez kro­ple w zde­fa­so­no­wany fil­cowy ka­pe­lusz. Dół spód­nicy się za­bru­dził od pia­sku i pyłu, i błocka.

Do­tarli wresz­cie do domu, te­raz lało jak z ce­bra, a brzydko było jak za­wsze.

Tuż przed otwar­ciem bramki wu­jek na­chy­lił się do ucha Kory:

- Nie martw się, dro­gie dziecko. Skon­su­muj twój żal.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki