WYBUCH NASTĄPI ZA PIĘĆ MINUT
Dowódca pancernika "Valiant", komandor Morgan, jeszcze raz spojrzał na
swych niecodziennych gości i zwróciwszy się do pierwszego z nich
spokojnym, trochę znudzonym głosem zapytał:
- Więc to już wszystko?
Tamten skinął głową.
- Tak, to niewiele... hm... - Morgan mówił jak gdyby do siebie - bardzo
niewiele, signor...
- ...De la Penne... - podpowiedział człowiek siedzący w dziwacznym kostiumie
naprzeciw komandora.
- ...Signor De la Penne. To szkoda... Wielka szkoda... Jest pan człowiekiem
inteligentnym i powinien pan zrozumieć, że prawa wojny są równe wobec
wszystkich, że nie mogę dla pana robić wyjątku, chociaż jestem osobiście
pełen uznania dla pańskiej odwagi i determinacji... O ile się domyślam,
pański zamiar należał do rzędu tych, które godne są szerszego opisu i upamiętnienia w latach pokoju. Bardzo żałuję, że swą tajemnicę tak
uparcie trzyma pan, signor De la Penne, wyłącznie przy sobie.
Zapewniam pana, że wnet będziemy wiedzieli wszystko... Więc?
De la Penne siedział z opuszczoną głową i nie reagował na słowa swego
rozmówcy. Zdawałoby się, że błądzi myślami poza tematem, do którego
skłonić go chciał komandor. Półgodzinne powtarzanie w kółko czterech
słów "więcej nic nie powiem" znużyło go do tego stopnia, że zastępował
je teraz ruchem głowy.
Obok De la Penne siedział drugi jeniec, który przedstawił się jako
signor Bianci. Ten jednak nie zdradzał najmniejszej ochoty do
jakiejkolwiek rozmowy ze względu choćby na stan krańcowego wyczerpania.
Morgan przyjrzawszy się im obu doszedł do przekonania, że De la Penne
jest tym, który miałby więcej do powiedzenia, pozostawił więc Bianciego
w spokoju, całą uwagę poświęcając jego towarzyszowi.
Komandor wpatrywał się w De la Penne oczekując przemiany, ten jednak
trwał nadal w odrętwieniu. Morgan był zakłopotany. Po raz pierwszy
stwierdził, że nie umie badać jeńców lub, że jeniec ten jest szczególnie
zdeterminowany, milczący i uparty. Znajdował się w jego rękach, ale ręce
te były wobec niego bezradne. Można było z nim zrobić wszystko, ale
komandor na nic nie mógł się zdecydować. Przecież nie chodziło tu o ukaranie sabotażystów i dywersantów, na to zawsze był czas: ważniejszą
rzeczą było zdobycie obszerniejszych wiadomości, których znaczenie
doceniał w pełni.
Dowództwo Royal Navy już od dawna było poinformowane o planach włoskiej
dywersji podwodnej, ale sygnały te były dotychczas lekceważone. W ostatnim jednak czasie komunikaty o niebezpieczeństwie stały się
alarmujące. Kto wie, czy nie rozpoczynała się cicha, podjazdowa walka
grożąca nieoczekiwanymi ciosami i nieobliczalnymi skutkami.
O tym, że obaj jeńcy są przedstawicielami owej podwodnej dywersji, która
miała zagrażać Royal Navy na Morzu Śródziemnym, Morgan nie wątpił, a tamci nawet nie zaprzeczali.
W tej chwili jednak komandor chciał wiedzieć jedno: czy obaj dywersanci
zdążyli dokonać swego dzieła i jeśli tak, to kiedy i gdzie należy
oczekiwać eksplozji.
Tymczasem śledztwo przeciągnęło się i nic nie wskazywało na to, że
uwieńczone zostanie sukcesem. Komandor czuł ogarniającą go apatię.
Został obudzony w parę minut po godzinie 3.30. Wtedy to zameldowano mu,
że przy jednej z pław wykryto i zatrzymano dziwnych ludzi w gumowych
kostiumach, którzy nie dawali odpowiedzi na żadne pytania, żądając
jedynie doprowadzenia ich do dowódcy.
De la Penne wyczerpany i ociekający jeszcze wodą stanął w gabinecie
komandora usiłując zachować postawę pełną godności i swobody
jednocześnie.
- Pan wybaczy spóźnioną porę i nasz strój, panie... - tu spojrzał na złote
paski Morgana - panie komandorze, ale przybywam w okolicznościach dość
nieoczekiwanych dla siebie i sądzę, że również dla pana...
- Oh... - zaśmiał się Morgan. - Niech się panowie nie krępują...
Tak rozpoczęło się przesłuchanie. Morgan próbował początkowo prowadzić
zwykłą towarzyską rozmowę, sądząc, że w ten sposób zyska więcej niż
podczas normalnego przesłuchiwania prowadzonego urzędowo przy rozłożonej
karcie protokołu. De la Penne był jednak zbyt starym wygą, aby dać się
wyprowadzić w pole. Nie zmieniając swobodnego tonu chętnie rozmawiał na
wszystkie tematy z wyjątkiem tych, które komandora interesowały
najwięcej. Skoro tylko Morgan stawiał mu pytania bardziej konkretne, De
la Penne zbywał je milczeniem, jak gdyby pytania te dotyczyły rzeczy
nieistotnych, nieciekawych i niegodnych tematu towarzyskiej rozmowy.
Wtedy Anglik przeszedł na ton bardziej urzędowy dając swemu gościowi do
zrozumienia, że jest jeńcem i musi się podporządkować jego wymaganiom.
Wówczas De la Penne zamknął usta powtarzając tylko swoje "więcej nic nie
powiem" lub odpowiadając na pytania jedynie ruchem głowy. Sprawiał przy
tym wrażenie człowieka zaskoczonego złym wychowaniem swego rozmówcy.
Morgan doszedł do przekonania, że w tej chwili z jeńca nie da się nic
wydobyć. Sytuacja jednak była zbyt poważna, by można go zostawić w całkowitym spokoju. Obok Gibraltaru Aleksandria byłą najruchliwszym
portem na Morzu Śródziemnym. Podwodna dywersja Włochów zorganizowana w sposób sprężysty i dysponująca dobrym sprzętem technicznym mogła w istocie poczynić tu poważne szkody. Zwłaszcza dziś, gdy w porcie gościły
pancerniki "Valiant" i "Queen Elizabeth", lotniskowiec i zbiornikowiec,
nie licząc pomniejszych jednostek. Wróg miał w czym wybierać.
- Signor Bianci...
Włoch szeroko otworzył oczy i bezmyślnie wpatrywał się w twarz
komandora.
- Pan jest zmęczony, signor Bianci... Powinien pan odpocząć... Życzyłbym
panu rychłego odpoczynku, ale to zależy od pana. Pan rozumie...
Komandor wpatrywał się w oczy Włocha, ale te nie ożywiły się ani na
chwilę.
- Czy pan jest gotów odpowiedzieć mi na kilka pytań? - kontynuował
Morgan. - To pozwoliłoby mi zwolnić pana wcześniej, signor Bianci...
Włoch nie odpowiedział nawet skinieniem głowy. Komandor się
zniecierpliwił, przycisnął guzik dzwonka. W drzwiach stanął wysoki
oficer.
- Do Ras el Tin... - wskazał ręką na jeńców. Komandor nie czekał na
rezultaty śledztwa, które w Ras el Tin miał przeprowadzić oficer
Intelligence Service. Fakt, iż De la Penne oraz Bianci mimo wszystko
przedostali się w wewnętrzne rejony portu, mógł oznaczać, że
zakotwiczonym tu okrętom może w każdej chwili grozić niebezpieczeństwo.
Pod kadłubem "Valianta" przeciągnięto stalową linę. Bez rezultatu.
Przeciągnięto po raz drugi i trzeci. Poszukiwania okazały się
bezskuteczne: nigdzie nie natrafiono na ślad miny. Mimo to Morgan miał
jak najgorsze przeczucie. Niepokój jego wzmógł się jeszcze bardziej,
kiedy po krótkim czasie zameldowano mu powrót jeńców z Ras el Tin.
Wszystkiego mógł oczekiwać, nawet eksplozji "Valianta", tylko nie tego,
że będzie zmuszony ponownie oglądać twarze De la Penne i Bianci.
Wraz z przybyciem jeńców komandor otrzymał list od oficera Intelligence
Service.
"Wyjątkowo uparci - czytał Morgan - sprawa niezwykłej wagi. Jeśli zależy
panu na tym, by zapobiec ewentualnej katastrofie, mogę poradzić tylko
jedno... - Komandor uśmiechnął się - ...należy przypuszczać - pisał dalej
oficer Intelligence Service - że jeśli mają coś na sumieniu, nerwy ich
nie wytrzymają...".
Morgan nie wydawał się być niezadowolony z takiego rozwiązania.
- Mam polecenie, signor De la Penne, zatrzymać pana wraz z pańskim
przyjacielem na okręcie... - rzekł swobodnie do jeńca. - Panowie wybaczą,
że nie będę mógł gościć ich tutaj. Z rozmaitych względów byłoby to
niewskazane. Jestem zmuszony umieścić panów trochę bliżej... Możliwie
blisko dna okrętu...
Morgan nie zauważył żadnych zmian na twarzach De la Penne i Bianci. Obaj
Włosi zrozumieli sens tej decyzji i obaj zareagowali na nią jednakowo
obojętnie, aczkolwiek źródło tej obojętności w obu wypadkach było inne.
O ile Bianci sprawiał wrażenie człowieka, któremu już na niczym nie
zależy, o tyle De la Penne pod maską obojętności usiłował ukryć lęk,
który urodziła decyzja komandora.
W drzwiach stanął oficer wywołany dźwiękiem dzwonka.
- Panie poruczniku, proszę wskazać panom ich miejsca...
- Tak jest, sir.
Pomieszczenie, w którym znalazł się De la Penne wraz z współtowarzyszem,
trudno było nazwać kabiną. Ciemna i wilgotna nora, przesiąknięta
wilgocią i stęchłymi smarami, mówiła o bezpośredniej bliskości dna. De
la Penne nigdy nie lubił zaglądać do podobnych pomieszczeń, a tym razem
przerażało go nie tylko swym obskurnym wyglądem, ale czymś, co stanowiło
znacznie poważniejszą groźbę, o której Anglicy musieli zapewne
cośkolwiek wiedzieć, skoro ich obu umieszczono właśnie tutaj.
Żółte światło odrutowanej żarówki rzucało mdły blask, w którym twarz
Bianciego wydawała się jeszcze bardziej przerażona i blada. Korzyści De
la Penne nie mógł z niego mieć już żadnej. Nie nadawał się nawet do
tego, by rozmową skrócić ów krótki, lecz tak dłużący się czas, dzielący
ich od momentu, który przecież musiał nastąpić.
Tu w ciemności, kiedy nawet przymknięte oczy najbliższego
współtowarzysza nie mogły widzieć De la Penne, nie potrzebował on grać
roli niewzruszonego rycerza. Mógł stać się człowiekiem, zwykłym
człowiekiem, który jak wszyscy boi się śmierci.
Historia ostatniej doby jeszcze raz przesunęła się przed jego oczyma.
Wydarzenia następowały po sobie tak szybko, że po prostu brak było czasu
na rozmyślania.
Dopiero teraz, tu w tej ciemnej norze, De la Penne mógł z zupełnym
chłodem rozważyć tragiczną historię ostatnich dwudziestu czterech
godzin.
Było ich sześciu. Pierwszą torpedą dowodził kapitan De la Penne, mając
do pomocy mechanika Bianciego, na drugiej miał płynąć kapitan
Martellotta z mechanikiem Marino, na trzecim Marceglia z Schergatem.
Wyspę Leros opuścił 14 grudnia 1941 roku na pokładzie okrętu podwodnego
"Scire". Informacje zwiadu zachęciły do obrania kursu na Aleksandrię. W porcie tym zgromadziły się "grubsze sztuki" w postaci dwóch pancerników,
lotniskowca i kilku krążowników. Okazja, którą trzeba było wykorzystać.
W obawie, aby łup nie zniknął niespodziewanie z portu, termin ataku
wyznaczono już na 18 grudnia, skracając jednocześnie czas na prace
przygotowawcze.
Wieczór 18 grudnia był wymarzony. Te ostatnie chwile na pokładzie
"Scire" De la Penne pamiętał w najdrobniejszych szczegółach. Oto
dowódca, komandor Borghese, daje znak i "Scire" unosi się ku górze.
Przez otwarte włazy wpływa chłodne, świeże powietrze. Dowódca z pomostu
śledzi przebieg ostatnich przygotowań. "Scire" zanurzona jest jedynie po
pokład, na którym w grubych rurach spoczywają torpedy. Kształt ich i wygląd jest niezwykły, jak niezwykłą jest owa noc z 18 na 19 grudnia
1941 roku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki