Ludzie Smileya - Monika Wiśniewska, John le Carré

Reflow text when sidebars are open.
Dwa wydarzenia, pozornie niemające ze sobą żadnego związku, zwiastowały odwołanie pana George' a Smileya z jego dyskusyjnej emerytury. Pierwsze z nich nastąpiło w Paryżu, a czasem akcji był upalny sierpień, kiedy mieszkańcy tradycyjnie porzucają miasto na pastwę palącego słońca i autokarów pełnych turystów.
Otóż pewnego sierpniowego dnia - konkretnie czwartego sierpnia, punkt dwunasta, ponieważ bił właśnie zegar kościelny, chwilę wcześniej zabrzmiał zaś także dzwon w fabryce - w dzielnicy znanej niegdyś z licznej populacji niezamożnych emigrantów rosyjskich, ze starego budynku hurtowni wyłoniła się przysadzista kobieta około pięćdziesiątki, niosąca torbę na zakupy. Jak zawsze pełna wigoru, ruszyła zdecydowanie chodnikiem w stronę przystanku autobusowego. Ulica była szara i wąska, ze spuszczonymi żaluzjami, dwoma małymi hôtel de passe i mnóstwem kotów. Miejsce to, nie wiedzieć czemu, odznaczało się jakimś szczególnym spokojem. Hurtownia na czas wakacji pozostała otwarta, znajdowały się w niej bowiem łatwo psujące się towary. Skażony spalinami i nieoczyszczony najdelikatniejszym nawet wietrzykiem upał uderzył kobietę jak fala gorąca bijącego z szybu windy, ale na jej twarzy o słowiańskich rysach nie można było dostrzec niezadowolenia. Ani ubiór, ani postura kobiety nie sprzyjały podejmowaniu wysiłku w skwarny dzień - była tak niska i otyła, że właściwie musiała się toczyć, żeby w ogóle posuwać się do przodu. Jej czarna suknia, po kościelnemu surowa, była pozbawiona zarówno talii, jak i wszelkich innych ozdób, z wyjątkiem skrawka białej koronki wokół szyi i sporego, całkiem ładnego metalowego krzyża na piersi, pozbawionego jednak większej wartości. Popękane buty, których noski kierowały się na zewnątrz, wygrywały surowy, grzechoczący werbel między domami z oknami przysłoniętymi żaluzjami. Sfatygowana torba, która była pełna już rano, nadawała kobiecie lekkiego przechyłu na prawą burtę i dobitnie wskazywała, że jej właścicielce nie jest obce dźwiganie ciężarów. Można w niej było jednak także zauważyć pewną wesołość. Siwe włosy spięła w kok, ale jeden niesforny kosmyk na czole podskakiwał w rytm jej kaczkowatych kroków. W brązowych oczach skrzyło się poczucie humoru, a usta, osadzone nad mocno zarysowanym podbródkiem, sprawiały wrażenie, jakby były gotowe uśmiechnąć się z byle powodu.
Doczłapawszy do przystanku, postawiła torbę na ziemi i prawą ręką zaczęła masować sobie plecy w miejscu, w którym krzyż styka się z kręgosłupem. Ostatnio często to robiła, choć zabiegi te nie przynosiły jej spodziewanej ulgi. Wysoki stołek w hurtowni, gdzie pracowała na stanowisku kontrolerki, nie miał oparcia i jego brak dokuczał kobiecie w coraz większym stopniu.
- Do diaska! - burknęła, myśląc o dokuczającej jej części ciała. Zrezygnowała z dalszego masowania pleców i zaczęła trzepotać czarnymi łokciami jak stary miejski kruk, który szykuje się do lotu. - Do diaska! - powtórzyła.
I wtedy nagle zdała sobie sprawę z tego, że jest obserwowana. Odwróciła się na pięcie, a jej wzrok padł na potężnego mężczyznę, górującego za jej plecami niczym wieża.
Był jedyną oprócz niej osobą czekającą na autobus, w tym momencie zaś także jedynym poza nią człowiekiem na tej ulicy. Nigdy wcześniej z nim nie rozmawiała, ale jego wielka, spocona twarz, na której malowała się niepewność, była jej skądś znana. Widziała ją wczoraj, widziała przedwczoraj i dwa dni temu chyba także. Mój Boże, nie była przecież chodzącym pamiętnikiem! Od trzech lub czterech dni ten słaby, niespokojny olbrzym czekający na autobus albo kręcący się na chodniku przed hurtownią, można powiedzieć, stał się dla niej symbolem ulicy - i to symbolem reprezentującym pewien szczególny typ człowieka, choć w tej chwili nie umiałaby jeszcze precyzyjnie go określić. Według niej wyglądał na osaczonego - traqué - podobnie jak wielu innych paryżan w ostatnim czasie. Widziała w ich twarzach tyle strachu. Widziała strach, kiedy mijali się na ulicy, nie mając odwagi wymienić się pozdrowieniami. Być może tak właśnie było wszędzie, tego akurat nie wiedziała, skąd niby miałaby to wiedzieć. Czuła jednak, że ten mężczyzna jest nią zainteresowany. Zastanawiała się, czy nie jest przypadkiem policjantem. Pomyślała nawet, żeby go o to zapytać, cechował ją bowiem ten specyficzny, miejski tupet w kontaktach z ludźmi. Policję przywodził jej na myśl zarówno ponury wygląd mężczyzny, jak i przepocony garnitur i zupełnie zbędny płaszcz przeciwdeszczowy, który zwisał mu z ramienia niczym strzęp starego munduru. Jeśli się nie myli i on rzeczywiście jest policjantem, to by znaczyło, że nareszcie ci durnie zajęli się kradzieżami, które od miesięcy powodują okropny chaos w prowadzonym przez nią spisie towarów.
Tym razem jednak nieznajomy przypatrywał się jej już od dłuższej chwili. Właściwie nie spuszczał z niej wzroku.
- Mam tego pecha, że dokuczają mi bóle w plecach, monsieur - wyznała mu powolną, klasycznie wymawianą francuszczyzną. - Moje plecy może i nie są duże, ale ból jest nieproporcjonalnie wielki. Nie jest pan przypadkiem lekarzem? Osteopatą?
A potem pomyślała, patrząc na niego, że być może jest chory i że jej żarty są nie na miejscu. Szyja i szczęka mężczyzny błyszczały tłustawo, z jego wypranych z koloru oczu można zaś było wyczytać obsesję na własnym punkcie. Sprawiał wrażenie, że spogląda poza nią ku jakimś własnym problemom. Miała zamiar go zapytać: "Nie jest pan przypadkiem zakochany, monsieur? A może żona przyprawia panu rogi?". Przez myśl przemknęło jej nawet, czy nie zaprowadzić go do kafejki na szklankę wody albo tisane. Wtedy nagle mężczyzna oderwał od niej wzrok, obejrzał się, a następnie zerknął ponad jej głową w przeciwnym kierunku. I wtedy przyszło jej do głowy, że jest naprawdę wystraszony, nie tylko traqué: że strach dosłownie go paraliżuje. Może więc wcale nie jest policjantem, tylko złodziejem, choć kobieta miała świadomość, że dość często różnica między nimi bywa doprawdy niewielka.
- Nazywacie się Maria Andriejewna Ostrakowa? - Wyrzucił z siebie słowa szybko, jak gdyby przerażało go to pytanie.
Mówił po francusku, ale z łatwością się domyśliła, że nie jest to język ojczysty także dla niego. Poprawny sposób, w jaki wymówił jej nazwisko wraz z patronimikiem, zwrócił jednak uwagę kobiety na pochodzenie mężczyzny. Od razu rozpoznała charakterystycznie zlane ze sobą głoski i tworzące je drgania języka. Wstrząsnął nią wewnętrzny dreszcz, zidentyfikowała bowiem właśnie typ człowieka, którego wcześniej nie była w stanie określić.
- A jeśli nawet, to kim pan jest, do diaska? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, wysuwając gniewnie podbródek.
Zrobił krok w jej stronę. Różnica wzrostu między nimi stała się natychmiast niemal absurdalna. Absurdalne było także to, w jakim stopniu twarz mężczyzny zdradzała jego odpychający charakter. Unosząc głowę, Ostrakowa dostrzegała wyraźnie zarówno jego słabość, jak i strach. Spocony podbródek olbrzyma zastygł w dziwnym grymasie, usta się wykrzywiły, aby nadać mu wyraz siły, ale ona doskonale wiedziała, że nieznajomy jedynie maskuje w ten sposób nieuleczalne tchórzostwo. Pomyślała, że wygląda jak człowiek zbierający się na odwagę przed dokonaniem jakiegoś bohaterskiego czynu. Być może nawet przestępstwa. Przyszło jej do głowy, że nie jest zdolny do jakichkolwiek spontanicznych reakcji.
- Urodziliście się w Leningradzie ósmego maja tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku? - zadał kolejne pytanie.
Prawdopodobnie udzieliła odpowiedzi twierdzącej. Później nie była już tego pewna. Dostrzegła, że jej rozmówca unosi wzrok i patrzy na zbliżający się do przystanku autobus. Zauważyła, że znajduje się w sidłach graniczącego z paniką niezdecydowania, i pomyślała - co miało się w przyszłości okazać niemal aktem jasnowidztwa - że mężczyzna ma zamiar wepchnąć ją pod pojazd. Nie zrobił tego, ale następne pytanie zadał już po rosyjsku, używając brutalnego tonu, typowego dla przedstawicieli moskiewskiej władzy.
- W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym roku otrzymaliście zezwolenie na opuszczenie granic Związku Radzieckiego w celu podjęcia opieki nad waszym chorym mężem, zdrajcą Ostrakowem? A także w pewnych innych celach?
- Ostrakow nie był zdrajcą - wpadła mu w słowo. - Był patriotą.
Kierowana instynktem, uniosła torbę, z całej siły zaciskając dłoń na rączce.
Mężczyzna zignorował jej odpowiedź i bardzo głośno mówił dalej, starając się przekrzyczeć hałas nadjeżdżającego autobusu:
- Ostrakowa, przywiozłem wam z Moskwy pozdrowienia od waszej córki Aleksandry, a także od pewnych państwowych urzędów! Chcę o tym porozmawiać! Proszę nie wsiadać!
Autobus właśnie zatrzymał się na przystanku. Konduktor znał kobietę i wyciągnął rękę po jej torbę. Nieznajomy zniżył głos i dorzucił jeszcze jedną paskudną informację:
- Aleksandra ma poważne kłopoty, które wymagają pomocy matki.
Konduktor zawołał, żeby się pospieszyła. Szorstkość w jego głosie była udawana, mieli bowiem zwyczaj żartować sobie w ten sposób.
- Dalej, babuniu! Za gorąco dziś na amory! Dawaj mi torbę i jedźmy! - krzyknął konduktor.
W autobusie rozległy się głośne śmiechy, jeden z pasażerów rzucił zaś złośliwie: "Stare babsko, cały świat musi na nią czekać!". Ostrakowa poczuła, że dłoń nieznajomego niezdarnie przesuwa się wzdłuż jej ramienia, jakby jakiś nieudolny krawiec próbował namacać guziki. Wyrwała mu się. Usiłowała powiedzieć coś konduktorowi, nie była jednak w stanie - otworzyła usta, ale zapomniała, jak się mówi. Udało jej się jedynie pokręcić głową. Konduktor znów coś zawołał, żeby po chwili żachnąć się i zamachać rękami. Obelgom nie było końca: "Starucha, pijana jak kurwa w środku dnia!". Stojąc w bezruchu na przystanku, Ostrakowa obserwowała, jak autobus oddala się i znika. Czekała, aż wróci jej ostrość widzenia, a serce zaprzestanie szaleńczych wybryków. "Teraz to mnie przydałaby się szklanka wody - pomyślała. - Przed silnymi dam radę się obronić. Boże, chroń mnie przed słabymi".
Udała się w ślad za nieznajomym do pobliskiej kafejki, mocno przy tym utykając. Dokładnie dwadzieścia pięć lat temu, w obozie pracy przymusowej, na osuwisku węglowym złamała nogę w trzech miejscach. Dziś, czwartego sierpnia - data nie uszła bowiem jej uwagi - otrzymana od nieznajomego wiadomość sprawiła, że dawna świadomość kalectwa powróciła.
Była to ostatnia na tej ulicy - być może także w całym Paryżu - kafejka pozbawiona neonu i szafy grającej, ponadto otwarta w sierpniu, znajdowały się w niej jednak stukoczące i migoczące od świtu do nocy stoliki do bagatelki. Poza tym wypełniał ją zwykły popołudniowy gwar rozmów o wielkiej polityce, o koniach i o tym wszystkim, o czym mają w zwyczaju gawędzić paryżanie. Trzy prostytutki, jak zwykle, rozmawiały cicho wyłącznie ze sobą, a do narożnego stolika, na którym stała zatłuszczona reklama likieru Campari, zaprowadził ich młody, ponury kelner w upstrzonej plamami koszuli. Wtedy zaś rozegrała się nonsensownie banalna scena. Nieznajomy zamówił dwie kawy, kelner jednak zdecydowanie zaprotestował, mówiąc, że nie rezerwuje się najlepszego stolika w lokalu tylko po to, żeby napić się kawy. "Patron ma przecież czynsz do opłacenia, monsieur!". Ostrakowa musiała pełnić funkcję tłumacza, ponieważ jej towarzysz nie zrozumiał potocznych słów wypowiadanych szybko przez kelnera. Mężczyzna oblał się rumieńcem, po czym zamówił dwa omlety z szynką i frytkami oraz dwa alzackie piwa. W ogóle nie zapytał Ostrakowej o zdanie. Następnie udał się do toalety, żeby nabrać odwagi - widocznie żywił przekonanie, że Ostrakowa nie ucieknie. Przyczesał ryżawe włosy, a jego twarz była już sucha, kiedy jednak wrócił, bijący od niego odór przypominał kobiecie moskiewskie metro, moskiewskie tramwaje i moskiewskie pokoje przesłuchań. Jego krótki spacer z toalety do stolika stanowił potwierdzenie obaw Ostrakowej znacznie dobitniejsze niż cokolwiek, co nieznajomy mógłby jej oświadczyć. Zdecydowanie był jednym z nich. Tłumiona pycha, świadomie okrutny wyraz twarzy, niezgrabność, z jaką położył ręce na stole i, pozorując niechęć, sięgnął do koszyka po kromkę chleba, jak gdyby próbował zanurzyć pióro w kałamarzu - wszystko to przywoływało najokropniejsze wspomnienia z czasów, kiedy musiała prowadzić życie kobiety zhańbionej pod presją wrogiej biurokracji moskiewskiej.
- Dobrze - odezwał się, jednocześnie zabierając się za jedzenie chleba. Wybrał z koszyka chrupiącą piętkę. Swoimi łapskami mógł ją w jednej chwili rozerwać, postanowił jednak po kobiecemu rozdrabniać chleb na okruchy opuszkami pulchnych palców, jak gdyby tak właśnie należało jeść. Skubiąc piętkę, uniósł lekko brwi i wyglądał teraz, jakby użalał się nad sobą, obcym w nieznanym kraju. - Czy wiedzą tutaj, że prowadziliście w Rosji niemoralne życie? - zapytał w końcu. - Chyba że w mieście pełnym dziwek nikogo to nie obchodzi.
Odpowiedź miała gotową na końcu języka: "To nie moje życie w Rosji było niemoralne. To wasz system taki był".
Nic jednak nie powiedziała, zachowując niezłomne milczenie. Wcześniej przysięgła sobie, że postara się powściągnąć zarówno swój porywczy charakter, jak i niewyparzony język, teraz zaś zmuszała się fizycznie do dotrzymania obietnicy, trzymając między palcami miękką skórę po wewnętrznej części nadgarstka i ściskając ją pod stołem przez materiał rękawa z gwałtowną, niezmienną siłą, podobnie jak czyniła to setki razy w przeszłości, kiedy takie pytania stanowiły element jej codziennego życia. "Kiedy otrzymaliście ostatnio wiadomość od waszego męża, zdrajcy Ostrakowa? Wymieńcie nazwiska wszystkich osób, z którymi kontaktowaliście się przez ostatnie trzy miesiące!". Gorzkie doświadczenie przyniosły jej także inne lekcje wyniesione z dawnych przesłuchań. Powtarzała je teraz w duchu, a choć historycznie należały one do przeszłości, obecnie wydawały jej się tak samo realne i ważne jak wówczas: nigdy nie reaguj grubiaństwem na grubiaństwo, nie pozwól się sprowokować, nie staraj się być błyskotliwa czy dowcipna, poczucie wyższości schowaj do kieszeni, nie ujawniaj inteligencji, nie pozwól, żeby ogarnęła cię wściekłość, rozpacz czy nagła nadzieja, jaką mogłoby wzniecić jakieś przypadkowe pytanie. Odpowiadaj tępotą na tępotę, rutyną na rutynę, ale głęboko, na samym dnie duszy zachowaj te dwie tajemnice, dzięki którym jesteś w stanie znieść wszelkie upokorzenia: swoją nienawiść do nich i nadzieję, że pewnego dnia, kiedy niemający końca ciąg kropli wody zrosi skałę, zmęczysz ich i jakimś cudem, sprokurowanym mimowolnie przez ich własną, rozrośniętą do granic możliwości biurokrację, otrzymasz wolność, której ci odmawiali.
Mężczyzna wyjął notes. W Moskwie byłyby to jej akta, tutaj jednak, w paryskiej kafejce, był to połyskujący, oprawiony w czarną skórę notes. W Moskwie nawet wysoko postawiony urzędnik uważałby się za szczęściarza, gdyby miał coś takiego.
Akta czy notes, początek przesłuchania był zawsze taki sam:
- Urodziliście się jako Maria Andriejewna Rogowa ósmego maja tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku w Leningradzie - powtórzył. - Pierwszego września tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku, w wieku dwudziestu jeden lat, poślubiliście zdrajcę Igora Ostrakowa, kapitana piechoty Armii Radzieckiej, urodzonego z matki Estonki. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku Ostrakow, stacjonujący w Berlinie Wschodnim, uzyskawszy pomoc reakcyjnych emigrantów estońskich, zbiegł zdradziecko do faszystowskich Niemiec, pozostawiając was w Moskwie. Osiadł w Paryżu, gdzie później przyjął także francuskie obywatelstwo i gdzie podtrzymywał kontakty z elementami antyradzieckimi. W czasie jego ucieczki za granicę nie mieliście z nim dzieci. Nie byliście również w ciąży. Zgadza się?
- Zgadza się - odparła.
W Moskwie padłaby odpowiedź: "Zgadza się, towarzyszu kapitanie" albo "Zgadza się, towarzyszu inspektorze", ale w hałaśliwej francuskiej kafejce taki oficjalny ton zupełnie by nie pasował. Straciła czucie w fałdzie skóry na nadgarstku. Zwolniła uścisk, pozwoliła napłynąć krwi z powrotem, po czym ścisnęła skórę w innym miejscu.
- Jako wspólniczkę w ucieczce Ostrakowa skazano was na pięć lat w obozie pracy, ale na mocy amnestii po śmierci Józefa Stalina zwolniono was w marcu tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku. Zgadza się?
- Zgadza się.
- Po powrocie do Moskwy zwróciliście się z prośbą o wydanie zagranicznego paszportu na podróż do waszego męża do Francji, choć prawdopodobieństwo spełnienia tej prośby było znikome. Zgadza się?
- Miał raka - wyjaśniła. - Gdybym nie wystąpiła z taką prośbą, zlekceważyłabym tym samym swoje obowiązki małżeńskie.
Kelner zjawił się z omletami, frytkami i dwoma alzackimi piwami. Ostrakowa zamówiła dodatkowo thé citron, była bowiem bardzo spragniona, ale nie miała ochoty na piwo. Wzrokiem i uśmiechem próbowała nawiązać z kelnerem jakiś kontakt, zniechęcił ją jednak jego chłód. Uświadomiła sobie, że oprócz trzech pogrążonych w rozmowie prostytutek jest jedyną kobietą w kafejce. Trzymając notes blisko boku, jak gdyby był to zbiór hymnów kościelnych, jej towarzysz nabrał na widelec najpierw jeden kęs, po chwili drugi, Ostrakowa wzmocniła zaś jeszcze uścisk na nadgarstku, gdyż imię Aleksandry pulsowało w jej głowie jak niezabliźniona rana. Kobieta brała pod uwagę tysiąc najróżniejszych poważnych problemów, które mogłyby wymagać niezwłocznej pomocy ze strony matki.
Nie przerywając jedzenia, nieznajomy kontynuował prezentowanie w skrócie dziejów jej życia. Czy jadł, miał bowiem na to ochotę, czy też dlatego, żeby znów nie zwracać na siebie uwagi? Ostatecznie doszła do wniosku, że mężczyzna jest uzależniony od jedzenia.
- Tymczasem... - oznajmił, jedząc.
- Tymczasem... - szepnęła odruchowo Ostrakowa.
- Tymczasem, mimo udawanej troski o zdrowie męża, zdrajcy Ostrakowa - ciągnął mężczyzna z ustami pełnymi jedzenia - wstąpiliście w cudzołożny związek z poznanym w obozie tak zwanym studentem muzyki, Józefem Glikmanem, Żydem z czterema wyrokami za antyspołeczną postawę. Zamieszkaliście w jego mieszkaniu. Prawda czy nie?
- Byłam samotna.
- W rezultacie waszego związku z Glikmanem w szpitalu położniczym imienia Rewolucji Październikowej przyszła na świat wasza córka Aleksandra. Świadectwo urodzenia zostało podpisane przez Józefa Glikmana i Marię Ostrakową. Dziewczynka otrzymała nazwisko Żyda Glikmana. Prawda czy nie?
- Prawda.
- Tymczasem nie ustawaliście w prośbach o wydanie wam paszportu. Co było tego przyczyną?
- Już mówiłam. Mój mąż był chory. Ponawianie próśb należało do moich obowiązków.
Znów jadł, czynił to jednak tak obrzydliwie, że Ostrakowa mogła oglądać cały garnitur jego zepsutych zębów.
- W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym roku w akcie łaski wydano wam paszport, ale pod warunkiem, że wasza córka Aleksandra pozostanie w Moskwie. Zlekceważyliście jednak okres, na jaki otrzymaliście zezwolenie na wyjazd, i pozostaliście we Francji, porzucając własne dziecko. Zgadza się?
Drzwi wejściowe i ściany lokalu były wykonane ze szkła. Przed kafejką zaparkowała wielka ciężarówka i w środku natychmiast zrobiło się ciemno. Młody kelner niemal rzucił na stół szklankę z zamówioną herbatą, nie patrząc przy tym na Ostrakową.
- Zgadza się - odpowiedziała. Tym razem była w stanie spojrzeć na przesłuchującego ją mężczyznę. Miała pewność, co teraz nastąpi, zmuszała się więc, żeby mu pokazać, że przynajmniej w tej kwestii nie dręczą jej żadne wątpliwości i niczego nie żałuje. - Zgadza się - powtórzyła wyzywająco.
- Warunkiem pozytywnego rozpatrzenia waszego podania o paszport było podpisanie przez was zobowiązania wobec Urzędu Bezpieczeństwa, zgodnie z którym podczas pobytu w Paryżu mieliście wykonywać pewne zadania. Pierwszym było nakłonienie waszego męża, zdrajcy Ostrakowa, do powrotu do Związku Radzieckiego...
- Miałam spróbować go nakłonić - odpowiedziała z bladym uśmiechem. - Jakoś nie bardzo mu się podobała ta propozycja.
- Po drugie, zobowiązaliście się do dostarczania informacji na temat działalności osób należących do rewanżystowskich emigracyjnych ugrupowań antyradzieckich. Złożyliście dwa nic niewarte raporty, później zaś nie przekazaliście już ani jednego. Dlaczego?
- Mój mąż żywił pogardę wobec takich ugrupowań i zerwał z nimi wszelkie kontakty.
- Mogliście należeć do nich i bez niego. Podpisaliście dokument i nie wywiązaliście się z przydzielonych wam zadań. Tak czy nie?
- Tak.
- I z tego powodu pozostawiliście swoje dziecko w Rosji? I to Żydowi? Żeby sprawować opiekę nad wrogiem ludu, zdrajcą stanu? Dlatego nie wywiązujecie się z obietnic? Przekraczacie dozwolony czas pobytu we Francji?
- Mój mąż był umierający. Potrzebował mnie.
- A wasza córka Aleksandra? Ona was nie potrzebowała? Umierający mąż jest ważniejszy od pozostającego przy życiu dziecka? Zdrajca? Spiskowiec przeciwko ludowi?
Ostrakowa uwolniła z uścisku skórę nadgarstka, powoli wzięła do ręki szklankę i obserwowała, jak naczynie przybliża się ku jej twarzy, jak na powierzchni herbaty unosi się cytryna. Poza szklanką widziała czystą, wyłożoną mozaiką podłogę, a jeszcze dalej umiłowaną, dziką i serdeczną zarazem twarz Glikmana, namawiającego i zaklinającego ją, żeby podpisała, żeby jechała, żeby obiecała im wszystko, czego tylko od niej zażądają. "Wolność jednego człowieka to więcej niż niewolnictwo trojga ludzi - szeptał Glikman. - Dziecko takich rodziców jak my jest w Rosji bez szans bez względu na to, jaką podejmiesz decyzję. Wyjedź, a zrobimy wszystko, co tylko możliwe, żeby do ciebie dołączyć. Podpisz, co ci każą, wyjedź, żyj za nas wszystkich. Jeśli mnie kochasz, wyjedź...".
- Czasy wciąż były wtedy ciężkie - odezwała się w końcu. Jej głos brzmiał niemal tak, jakby oddawała się wspomnieniom. - Jest pan za młody. Było ciężko, nawet po śmierci Stalina nadal było ciężko.
- Czy ten przestępca Glikman nadal do was pisze? - zapytał z wyższością mężczyzna tonem osoby dobrze poinformowanej.
- Nigdy do mnie nie pisał - skłamała. - Jak niby mógłby to robić, on, dysydent, człowiek podlegający licznym ograniczeniom? Decyzja o pozostaniu we Francji była wyłącznie moja.
"Przedstaw się w jak najgorszym świetle - powtarzała sobie w myślach. - Zrób wszystko, co w twojej mocy, żeby ochronić tych, którzy pozostają na ich łasce".
- Od dwudziestu lat nie miałam żadnych wiadomości od Glikmana, od kiedy przyjechałam do Francji - dodała, siląc się na odwagę. - Udało mi się dowiedzieć, że oburzyła go i zniesmaczyła moja antyradziecka postawa. Podobno oświadczył, że nie chce mnie więcej znać. W głębi duszy pragnął się zmienić już wtedy, kiedy go opuściłam.
- Nie pisał nic o waszym dziecku?
- Nie pisał ani nie przekazywał żadnych wiadomości. Już to powiedziałam.
- Gdzie jest teraz wasza córka?
- Nie wiem.
- Utrzymywała z wami jakiś kontakt?
- Nie utrzymywała. Słyszałam tylko, że umieszczono ją w państwowym sierocińcu i dano inne nazwisko. Przypuszczam, że w ogóle nie wie o moim istnieniu.
Nieznajomy znów jadł jedną ręką, z drugiej nie wypuszczając notesu. Nabrał spory kęs, pożuł trochę, a po chwili popił jedzenie piwem. Z jego twarzy nie znikał uśmieszek wyższości.
- A teraz przestępca Glikman nie żyje - oświadczył, wyjawiając swoją małą tajemnicę. Nie przerwał jednak jedzenia.
Nagle Ostrakowa pożałowała, że dwadzieścia lat nie może zmienić się w dwieście. Wolałaby, żeby nigdy nie pochylała się nad nią twarz Glikmana, wolałaby nigdy nie darzyć go uczuciem, nie troszczyć się o niego, nie gotować mu, nie upijać się z nim dzień po dniu na jednopokojowym wygnaniu, gdzie żyli z łaski przyjaciół, ignorowani przez sąsiadów, pozbawieni prawa do pracy i ogólnie do wszystkiego poza muzykowaniem, kochaniem się, upijaniem i spacerowaniem po lesie. "Kiedy następnym razem któreś z nas wsadzą do więzienia, i tak ją zabiorą - powiedział któregoś razu Glikman. - Ale siebie jesteś jeszcze w stanie uratować". Odpowiedziała mu wtedy, że podejmie decyzję, kiedy tam będzie. "Podejmij ją teraz" - zachęcał. "Kiedy tam będę" - powtórzyła.
Nieznajomy odsunął pusty talerz i ponownie wziął w obie ręce swój lśniący francuski notes. Przewrócił kartkę takim gestem, jakby zbliżał się do nowego rozdziału.
- A teraz porozmawiajmy o Aleksandrze, waszej córce kryminalistce - oświadczył z pełnymi ustami.
- Kryminalistce? - wyszeptała.
Ku jej zdumieniu mężczyzna zaczął cytować nowy katalog zbrodni i Ostrakowa zupełnie straciła kontakt z teraźniejszością. Wbiła wzrok w mozaikową podłogę, przyglądała się skorupom langust i okruchom chleba, ale duchem przebywała ponownie w moskiewskim sądzie, gdzie raz jeszcze odbywał się jej proces. Jeśli jednak nie był to jej proces, to zapewne Glikmana - chociaż nie, jego także nie. Wobec tego czyj? Przypomniała sobie rozprawy, w których uczestniczyli oboje jako niepożądani widzowie. Procesy przypadkowych nawet znajomych: ludzi, którzy mieli odwagę kwestionować monopol władzy na jedynie słuszną prawdę, którzy czcili jakichś niemożliwych do zaakceptowania bogów, malowali przestępczo abstrakcyjne obrazy albo publikowali niebezpieczną politycznie poezję miłosną. Klienci paryskiej kafejki, prowadzący ze sobą niezbyt głośne rozmowy, zamienili się nagle w rozwrzeszczaną milicyjną klakę. Stukot stolików do bagatelki, trzask żelaznych drzwi. "Takiego a takiego dnia, za ucieczkę z państwowego sierocińca przy takiej a takiej ulicy, tyle a tyle miesięcy w domu poprawczym. Takiego a takiego dnia, za obrazę funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, tyle a tyle miesięcy, dodatkowo za złe sprawowanie, a następnie tyle a tyle lat zesłania". Ostrakowa poczuła, jak wokół jej żołądka zaciska się wielka pięść, i pomyślała, że zaraz chyba zwymiotuje. Wzięła w dłonie szklankę z herbatą i dostrzegła na nadgarstku czerwone ślady po uszczypnięciach. Mężczyzna nie przerywał litanii przestępstw jej córki, Ostrakowa dowiedziała się więc, że Aleksandra została skazana na kolejne dwa lata za odmowę podjęcia pracy w jakiejś tam fabryce. "Boże mój, a czemu miałaby się zgodzić? Gdzie ona się tego nauczyła?" - z niedowierzaniem pytała samą siebie Ostrakowa. "Czego Glikman nauczył dziewczynkę w tym niedługim czasie, zanim mu ją odebrano, co uformowało ją na jego podobieństwo i udaremniło wszelkie wysiłki systemu?". Strach, uniesienie i oszołomienie walczyły ze sobą w duszy Ostrakowej, aż w końcu coś, co powiedział nieznajomy, pozbawiło ją całkowicie tych odczuć.
- Nie usłyszałam - wyszeptała po chwili, która zdawała się nie mieć końca. - Trochę jestem rozkojarzona. Czy może być pan tak dobry i powtórzyć to, co pan powiedział?
Spełnił jej prośbę, a ona podniosła wzrok i patrzyła na niego, z całych sił próbując przypomnieć sobie wszystkie sztuczki, przed którymi ją niegdyś ostrzegano, ale było ich za dużo, ona zaś zdążyła utracić swój spryt. Brakowało jej przebiegłości Glikmana - jeśli w ogóle ją kiedykolwiek posiadała - pozwalającej mu rozpracowywać ich kłamstwa i uprzedzać ich posunięcia. Była pewna jedynie tego, że aby uratować siebie i na nowo połączyć się z ukochanym mężem, dopuściła się wielkiego grzechu, grzechu największego, jakiego może się dopuścić matka. Nieznajomy zaczął kierować w jej stronę groźby, ale tym razem wydawały się one pozbawione znaczenia. Jeśli odmówi współpracy - tak mówił - kopia sygnowanego jej nazwiskiem zobowiązania wobec władz radzieckich dostanie się w ręce francuskiej policji, z kolei kopie jej dwóch nic niewartych sprawozdań (sporządzonych, jak doskonale wiedział, wyłącznie po to, żeby nie rozdrażniać bandytów z wywiadu) zostaną rozprowadzone między przebywających jeszcze w Paryżu emigrantów - choć Bóg jeden wie, że nie ma ich już wielu! Czemu jednak trzeba było uciekać się aż do szantażu, żeby przekonać ją do przyjęcia podarunku o tak nieocenionej wartości, kiedy na skutek niepojętego aktu łaski ten człowiek i reprezentowany przez niego system dawali jej możliwość ocalenia siebie i swojego dziecka? Uświadomiła sobie, że jej dzienne i nocne modlitwy zostały wysłuchane - tysiące świec, tysiące łez. Kazała mu to powtórzyć po raz trzeci. Zmusiła go, żeby odsunął notes od swojej ryżawej twarzy - zobaczyła, że kąciki jego ust uniosły się w półuśmiechu, choć to absurdalne, że nieznajomy pragnie jej rozgrzeszenia, co było jasne nawet wtedy, gdy powtarzał swoje szalone, dane od Boga pytanie:
- Zakładając, że zdecydowano się oczyścić Związek Radziecki z takich aspołecznych i wykolejonych elementów, czy chcielibyście, aby wasza córka Aleksandra przyjechała do was do Francji?
Jeszcze wiele tygodni później wydawało się Ostrakowej, że to nie ona podejmuje wszystkie ukradkowe działania, które okazały się następstwem tego spotkania: przekracza potajemnie próg radzieckiej ambasady, wypełnia formularze, składa podpisy na oświadczeniach - certificat d'hébergement - i wydeptuje ścieżkę prowadzącą przez kolejne francuskie ministerstwa. Modliła się często, ale konspiracyjną postawę przyjmowała nawet wtedy, kiedy przystępowała do odmawiania modlitw, dzieliła je bowiem między kilka rosyjskich cerkwi. Nie chciała dopuścić do tego, aby w którejś z nich zauważono, że cierpi na przesadny atak pobożności. Część świątyń prawosławnych w Paryżu to po prostu prywatne domy, rozproszone w piętnastej i szesnastej dzielnicy, udekorowane charakterystycznymi podwójnymi krzyżami ze sklejki i wiszącymi na drzwiach starymi, rozmiękłymi pod wpływem deszczu rosyjskimi ogłoszeniami o poszukiwaniu niedrogich mieszkań i lekcjach gry na fortepianie. Była w cerkwi Rosjanina na Obczyźnie, Objawienia Świętej Dziewicy i Świętego Serafina z Sarowa. Była dosłownie wszędzie. Dzwoniła do drzwi, dopóki ich ktoś nie otworzył - kościelny albo odziana w czerń kobieta o schorowanej twarzy. Wręczała im pieniądze, oni zaś pozwalali jej klęczeć w przesiąkniętym wilgocią chłodzie przed ikonami podświetlonymi rzędami świeczek i wdychać kadzidło niemal do upojenia. Składała Wszechmogącemu obietnice, dziękowała Mu, prosiła o radę, pytała Go nawet, jak On by się zachował, gdyby nieznajomy rozmawiał z Nim w podobnych okolicznościach, przypominała Mu również, że tak czy inaczej wywierają na nią nacisk i że ją zniszczą, jeśli nie okaże im posłuszeństwa. W tym samym czasie objawiał się jednak jej wrodzony zdrowy rozsądek i Ostrakowa raz za razem zadawała sobie pytanie: "Jak to możliwe, że to właśnie ona, żona zdrajcy Ostrakowa, kochanka dysydenta Glikmana, matka - jak dano jej do zrozumienia - krnąbrnej i aspołecznej córki, miałaby otrzymać tak wyjątkowe przecież rozgrzeszenie?".
W ambasadzie radzieckiej, gdzie złożyła pierwsze oficjalne podanie, potraktowano ją z niewyobrażalnym szacunkiem - z szacunkiem nienależącym się w żadnym razie uciekinierowi, zdradzieckiemu szpiegowi czy matce nieposkromionej wszetecznicy. Nie otrzymała niegrzecznego polecenia udania się do poczekalni, ale od razu została zaprowadzona do pokoju przyjęć, w którym młody i przystojny urzędnik wykazał się wobec Ostrakowej iście zachodnią uprzejmością, a kiedy zawodziły ją pióro lub odwaga, służył nawet pomocą w odpowiednim sformułowaniu podania.
Nie opowiedziała o tej historii nikomu, nawet swoim najbliższym - choć jej najbliższych trudno było w ogóle uznać za bliskich. Ostrzeżenie ryżawego mężczyzny nieustannie rozbrzmiewało w jej uszach: "Najmniejsza niedyskrecja, a nie wypuścimy waszej córki".
Z drugiej strony, do kogo oprócz Boga mogłaby się zwrócić? Do swojej przyrodniej siostry Walentyny, która poślubiła sprzedawcę samochodów i mieszkała w Lyonie? Na samą myśl, że Ostrakowa zadaje się z tajnym wysłannikiem z Moskwy, Walentyna co sił w nogach pobiegłaby po sole trzeźwiące. " W kafejce, Mario? W biały dzień, Mario?" - pytałaby z niedowierzaniem. "Tak, Walentyno. I to, co powiedział, to najprawdziwsza prawda. Miałam nieślubną córkę z Żydem".
Największym przerażeniem napawała ją nicość. Mijał tydzień za tygodniem. W ambasadzie poinformowano Ostrakową, że jej podanie jest rozpatrywane z "przychylną uwagą", władze francuskie zapewniły zaś, że Aleksandra szybko i bez przeszkód uzyska francuskie obywatelstwo. Ryży nieznajomy przekonał ją do podania wstecznej daty przyjścia na świat Aleksandry, żeby mogła występować jako Ostrakowa, nie zaś jako Glikman - mężczyzna zapewnił, że władze francuskie przyjmą coś takiego znacznie lepiej. Wyglądało na to, że rzeczywiście tak jest, choć podczas swoich rozmów naturalizacyjnych Ostrakowa ani słowem nie wspomniała o istnieniu dziecka. Teraz nie trzeba już było wypełniać dodatkowych formularzy czy pokonywać żadnych przeszkód - i Ostrakowa czekała nie wiadomo na co. Na powrót ryżawego nieznajomego? On już nie istniał. Omlet z szynką i frytkami, trochę alzackiego piwa i dwie kromki chrupiącego pieczywa najwyraźniej zaspokoiły wszystkie potrzeby tego człowieka. Nie miała pojęcia, jakie miał powiązania z ambasadą. Kazał jej się tam udać, oświadczając, że będą jej oczekiwać - i się nie mylił. Kiedy jednak napomknęła o "tym panu od was", a nawet kiedy opisała go jako "tego blondyna, postawnego pana, który nawiązał ze mną kontakt", dostrzegła na twarzach pracowników ambasady jedynie uśmiechnięte niezrozumienie.
I tak stopniowo to, na co czekała, przestawało istnieć. Było najpierw przyszłością, później przeszłością, ona zaś nie potrafiła nawet powiedzieć, kiedy przeminęło, i nie doświadczyła chwili spełnienia. "Czy Aleksandra przyjechała już do Francji? Czy otrzymała dokumenty i pojechała dalej? A może gdzieś się ukrywa?". Ostrakowa zaczęła przypuszczać, że to całkiem prawdopodobne. Ogarnięta nowym dla niej poczuciem rozczarowania, nie będąc w stanie zaznać ukojenia, przyglądała się twarzom dziewcząt na ulicach i zastanawiała się nad tym, jak może wyglądać jej córka. Kiedy wracała do domu, jej wzrok niemal automatycznie biegł ku wycieraczce w nadziei, że ujrzy napisaną odręcznie karteczkę albo pneumatique: "Mamo, to ja. Mieszkam w takim a takim hotelu". Lub telegram z numerem lotu i informacją, że będzie w porcie lotniczym Orly jutro, dziś wieczorem. "A może to nie Orly, tylko Charles de Gaulle?". Nie miała pojęcia, jak funkcjonują linie lotnicze, aby więc zasięgnąć informacji, odwiedziła biuro podróży. Dowiedziała się, że w grę wchodzą oba lotniska. Zastanawiała się nawet, czy się nie wykosztować i nie założyć sobie telefonu, żeby Aleksandra mogła do niej zadzwonić. Czego jednak, na Boga, oczekiwała po tylu latach? Okraszonego łzami spotkania z dorosłym już dzieckiem, z którym nigdy nie była razem? Spóźnionej o przeszło dwadzieścia lat odbudowy związku, jaki świadomie odrzuciła? "Nie mam do niej żadnego prawa - stanowczo powtarzała sobie Ostrakowa. - Jedyne, co mam, to długi i zobowiązania". Pytała w ambasadzie, ale nie otrzymała żadnych nowych informacji. Urzędnicy twierdzili, że formalności zostały zakończone. Tyle tylko im wiadomo. A gdyby chciała wysłać córce pieniądze - drążyła temat przebiegle - na przykład na bilety albo na wizę, to czy mogliby podać jej adres albo skierować do urzędu, który byłby w stanie odnaleźć Aleksandrę?
"Tu nie poczta" - usłyszała. Ten niespodziewany chłód przestraszył Ostrakową. Nie poszła już więcej do ambasady.
Później jednak zaczęły napełniać ją niepokojem nieostre fotografie, które otrzymała w ambasadzie w celu dołączenia ich do podań. Wszystkie zdjęcia były jednakowe. Znała Aleksandrę wyłącznie z tych fotografii. Bardzo teraz żałowała, że nie zrobiła sobie kopii, ale wtedy nie przyszło jej to do głowy - zakładała niemądrze, że nie minie dużo czasu, a pozna prawdziwą osobę, jaką przedstawiały. Dysponowała zresztą tymi zdjęciami nie dłużej niż godzinę! Z ambasady pobiegła z nimi od razu do ministerstwa, a kiedy stamtąd wyszła, fotografie przedzierały się już przez następny gąszcz biurokratycznych przepisów. Choć dobrze im się przyjrzała! Boże, jak ona się wpatrywała w te zdjęcia, nie bacząc na to, że wszystkie były identyczne! W metrze, w poczekalni ministerstwa, nawet na ulicy przed wejściem przyglądała się uparcie wizerunkowi swojego dziecka, ze wszystkich sił starając się w szarych, pozbawionych wyrazu cieniach dojrzeć choć najmniejszy ślad ukochanego człowieka. Nadaremnie. Do tego czasu zawsze, kiedy tylko miała śmiałość o tym rozmyślać, wyobrażała sobie, że rysy Glikmana są wypisane na twarzy dorastającej córki równie wyraziście, jak wcześniej na twarzy noworodka. Było chyba czymś niemożliwym, żeby mężczyzna tak pełen życia nie zaszczepił dziecku piętna swojej natury głęboko i na zawsze. A jednak Ostrakowa nie wypatrzyła na zdjęciu najmniejszego śladu Glikmana. Miał w zwyczaju obnosić się ze swoim żydowskim pochodzeniem niczym ze sztandarem. Stanowiło to element jego samotnej rewolucji. Nie był ortodoksem, właściwie w ogóle nie był religijny, a cichej pobożności Ostrakowej nie znosił niemal na równi z sowiecką biurokracją - mimo to kiedyś pożyczył od Ostrakowej lokówkę i zakręcił sobie chasydzkie pejsy, aby, jak twierdził, uwidocznić wszystkim antysemityzm władz. W twarzy z fotografii Ostrakowa nie zdołała jednak rozpoznać ani kropli jego krwi, najmniejszej choćby iskierki jego ognia - chociaż ogień ten, według nieznajomego, płonął w Aleksandrze z wyjątkową mocą.
"W ogóle bym się nie zdziwiła, gdyby to zdjęcie przedstawiało trupa" - myślała na głos Ostrakowa w zaciszu swojego mieszkania. Stwierdzeniem tym po raz pierwszy dała wyraz narastającym w niej wątpliwościom.
Harując w hurtowni i spędzając samotnie długie wieczory w swoim maleńkim mieszkaniu, łamała sobie głowę, kogo mogłaby obdarzyć zaufaniem: kto nie wybaczyłby jej, ale i nie potępił, kto potrafiłby dostrzec, co się skrywa za kolejnymi zakrętami drogi, jaką wyruszyła, przede wszystkim zaś kto zachowałby to w sekrecie i nie zaprzepaścił jej szans na połączenie się z Aleksandrą - jej niedyskrecja miała przecież być ukarana. Aż wreszcie pewnej nocy Bóg, a może wytężony umysł, podsunął jej odpowiedź. "Generał" - pomyślała, siadając na łóżku i włączając lampkę. Opowiadał jej o nim sam Ostrakow. "Te grupy emigranckie - tak mówił - to tragedia, unikaj ich jak zarazy. Zaufać możesz jedynie generałowi Władimirowi: stary drań i pies na baby, ale prawdziwy mężczyzna, ma kontakty i umie trzymać język za zębami".
Tyle że Ostrakow opowiadał jej o nim przed dwudziestu laty, a przecież nawet starzy generałowie nie są nieśmiertelni. Poza tym - jaki Władimir? Nie miała pojęcia, jak się nazywa, zresztą nawet imię Władimir, czego dowiedziała się od Ostrakowa, generał przyjął dopiero w wojsku, gdyż jego prawdziwe estońskie imię nie brzmiałoby właściwie w Armii Czerwonej. Tak czy inaczej, nazajutrz Ostrakowa poszła popytać do księgarni koło soboru Świętego Aleksandra Newskiego, gdzie zwykle można było uzyskać informacje dotyczące coraz bardziej zdziesiątkowanej rosyjskiej społeczności mieszkającej w stolicy Francji. Udało jej się zdobyć nazwisko, a nawet numer telefonu, ale, niestety, nie adres. Telefon okazał się wyłączony. Ostrakowa udała się więc na pocztę, obsypała urzędników pochlebstwami i w końcu w jej ręce trafiła książka telefoniczna z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku, w której znalazła Ruch na rzecz Wolności Krajów Nadbałtyckich wraz z adresem na Montparnasse. Nie była głupia. Odszukała adres i przekonała się, że są do niego przypisane jeszcze co najmniej cztery inne organizacje: Grupa Ryska, Stowarzyszenie Ofiar Sowieckiego Imperializmu, Komitet Czterdziestu Ośmiu na rzecz Wolnej Litwy i Talliński Komitet Wolności. Miała w pamięci uszczypliwe uwagi Ostrakowa o podobnych ugrupowaniach, choć niegdyś wiele dla nich wycierpiał. Mimo to udała się pod odszukany adres i zadzwoniła do drzwi. Budynek wyglądał jak jedna z rosyjskich prywatnych cerkwi - miał dość niecodzienny wygląd i odnosiło się wrażenie, że jest pozamykany na cztery spusty. W końcu drzwi otworzył patrzący z wyższością stary białogwardzista, ubrany w krzywo zapięty sweter. Wspierał się na lasce.
- Odjechali - oświadczył, pokazując laską brukowaną ulicę. - Wyprowadzili się. Koniec. Zniszczyły ich większe organizacje - dodał ze śmiechem. - Ich było za mało, ugrupowań za dużo, sprzeczkom zaś nie było końca. Nic dziwnego, że car został pokonany! - Miał źle dopasowaną sztuczną szczękę, a poprzyklejanymi do czaszki rzadkimi włoskami próbował zatuszować łysinę.
- A generał? - zapytała Ostrakowa. - Gdzie jest generał? Żyje czy też...
Rosjanin uśmiechnął się z przymusem i zapytał, czy chodzi o interesy.
- Ależ skąd! - odpowiedziała przebiegle Ostrakowa, a mając w pamięci krążącą o generale opinię kobieciarza, przywołała na usta uśmiech nieśmiałej kobiety.
Stary białogwardzista zaśmiał się, grzechocząc zębami. Zaśmiał się jeszcze raz i powiedział:
- Ach, ten generał! - Potem oddalił się w głąb domu i wrócił z londyńskim adresem odbitym fioletowym tuszem na kawałku tektury. Wręczył go Ostrakowej. - Generał nigdy się nie zmieni - oświadczył. - Jestem przekonany, że nawet w niebie będzie uganiał się za aniołami, próbując je poderwać.
Tej nocy, kiedy całą okolicę zmorzył sen, Ostrakowa usiadła przy biurku zmarłego męża i ze szczerością, jaką ludzie samotni obdarzają obcych, napisała do generała list. Po francusku, nie po rosyjsku, żeby mieć do całej sytuacji większy dystans. Napisała o swoim uczuciu do Glikmana, pociechę stanowiła bowiem dla niej myśl, że generał kochał kobiety równie mocno jak Glikman. Przyznała się od razu, że zjawiła się we Francji jako szpieg, i wyjaśniła, jak doszło do powstania tych dwóch trywialnych sprawozdań stanowiących nędzną cenę jej wolności. Odbyło się to a contre-c?ur - stwierdziła. Poza tym w raportach umieściła wyłącznie wymysły i wybiegi, czyli nic. Niemniej jednak raporty te, tak samo jak podpisane przez nią zobowiązanie, istnieją, w poważnym stopniu ograniczając jej swobodę. Następnie pisała generałowi o swojej duszy i o modlitwach odmawianych we wszystkich rosyjskich cerkwiach. Od czasu spotkania z ryżawym nieznajomym dni stały się nierzeczywiste - Ostrakowa miała wrażenie, że jej życie zostało pozbawione naturalnego wyjaśnienia, nawet jeśli miałoby się ono okazać bolesne. Nie zataiła w liście niczego, ponieważ poczucie winy, jakie mogłoby ją dręczyć, nie dotyczyło wysiłków, których celem było sprowadzenie Aleksandry na Zachód, ale raczej decyzji o pozostaniu w Paryżu i opiekowaniu się Ostrakowem, dopóki nie umrze - później przecież radzieckie władze i tak nie zezwoliłyby jej na powrót, do tego czasu bowiem i ona stała się uciekinierką.
"Generale! - pisała. - Gdybym jednak musiała stanąć dziś przed Stwórcą i wyznać mu, co skrywam na samym dnie serca, to powiedziałabym Mu to samo, co dziś wyznaję Panu. Moja mała Aleksandra przychodziła na świat w bólach. Walczyła ze mną dniami i nocami, ja zaś broniłam się przed nią. Już w łonie matki to było dziecko swojego ojca. Nie był mi dany czas, żeby ją kochać. Znałam ją jedynie jako małego żydowskiego bojownika, tak podobnego do swojego ojca. Jednego jestem pewna, generale: dziecko na fotografii nie jest ani moje, ani Glikmana. Próbują podrzucić mi do gniazda kukułcze jajo, a choć jest w starej kobiecie coś, co bardzo chętnie pozwoliłoby się oszukać, to skrywa się w niej również coś silniejszego, co nienawidzi ich za te oszustwa".
Po napisaniu listu natychmiast zakleiła kopertę, żeby go nie przeczytać i nie zmienić nawet zdania. Nakleiła na kopertę mnóstwo znaczków, jak gdyby zapalała świecę ku pamięci kochanka.
Przez dwa tygodnie po wysłaniu listu nie działo się nic, cisza ta zaś - zgodnie z osobliwą kobiecą naturą - stanowiła dla niej swoistą ulgę. Po burzy nastał spokój. Ostrakowa zrobiła tyle, ile mogła, choć nie było to wiele - szczerze wyznała swoje słabości, swoje zdrady i swój wielki grzech. Reszta spoczywała w ręku Boga. I w rękach generała. Nie bała się zakłóceń w pracy francuskiej poczty. Postrzegała je raczej jako kolejną przeszkodę, którą ludzie formujący jej przeznaczenie będą musieli pokonać, jeśli wystarczy im oczywiście silnej woli. Chodziła ochoczo do pracy i przestało ją boleć w krzyżu, co potraktowała jako dobry omen. Wróciła nawet do filozofowania. Powtarzała sobie na różne sposoby: "Albo Aleksandra jest już na Zachodzie i żyje jej się lepiej - o ile to rzeczywiście była Aleksandra - albo pozostała tam, gdzie była, i przynajmniej nie żyje jej się gorzej". Z czasem jednak inna cząstka duszy kobiety zdemaskowała ten fałszywy optymizm. Istniała trzecia ewentualność, którą Ostrakowa stopniowo zaczęła uważać za najgorszą i jednocześnie najbardziej prawdopodobną - że wykorzystano Aleksandrę do niepokojących i nikczemnych celów. W jakiś sposób zmuszają ją do czegoś, tak samo jak kiedyś zmusili ją, Ostrakową, i że wykorzystują jej odwagę i dobroć, które przekazał jej ojciec - Glikman. Czternastej nocy Ostrakowa poddała się silnemu atakowi płaczu i ze łzami spływającymi po policzkach przeszła pół Paryża, szukając jakiejś otwartej cerkwi, aż wreszcie dotarła do soboru Świętego Aleksandra Newskiego. Świątynia była otwarta. Kobieta uklękła i przez długie godziny składała żarliwe modły do Świętego Józefa, który - bądź co bądź - był ojcem, opiekunem i patronem, jego imię nosił zaś Glikman, choć on drwiłby zapewne z tego skojarzenia. Nazajutrz jej modlitwy zostały wysłuchane. Dostała list. Bez znaczka i stempla. Na wszelki wypadek podała generałowi także adres do pracy, kiedy więc zjawiła się w hurtowni, list już na nią czekał, dostarczony zapewne nocą przez posłańca. Był niepodpisany, bardzo zwięzły, pozbawiony zarówno adresu, jak i nazwiska nadawcy. Został napisany odręcznie, tak samo jak list Ostrakowej, koturnową francuszczyzną, rozwlekłym pismem skreślonym starczą, władczą dłonią, w której Ostrakowa od razu rozpoznała dłoń generała.
"Madame - brzmiało to niczym rozkaz - list Pani dotarł bezpiecznie do tego, kto pisze te słowa. Zwolennik naszej sprawy wkrótce Panią odwiedzi. To człowiek honoru, który swoją tożsamość ujawni, wręczając Pani drugą połowę załączonej pocztówki. Bardzo proszę, aby do jego przyjazdu nie rozmawiała Pani z nikim o tej sprawie. Zjawi się u Pani w domu między ósmą a dziesiątą wieczorem. Trzykrotnie zadzwoni do drzwi. Człowieka tego darzę pełnym zaufaniem. Proszę w pełni na nim polegać, my ze swojej strony uczynimy wszystko, żeby Pani pomóc".
Choć doznała niebotycznej ulgi, melodramatyczny styl autora listu rozbawił nieco Ostrakową. "Czemu nie doręczono mi tego listu po prostu do mieszkania? - rozmyślała. - I czemu miałabym czuć się bezpiecznie dlatego, że załączył połowę angielskiej pocztówki?". Fragment zdjęcia na pocztówce przedstawiał Piccadilly Circus, kartki jednak nie rozcięto, ale rozerwano w poprzek z celową niedbałością.
Ku zdumieniu Ostrakowej wysłannik generała zjawił się jeszcze tego wieczoru.
Zadzwonił trzy razy, zgodnie z tym, co napisano w liście, ale na pewno wiedział, że jest w domu, musiał widzieć, jak wchodzi i zapala światło, usłyszała bowiem jedynie szczęk skrzynki na listy, zdecydowanie głośniejszy niż zazwyczaj, a kiedy zbliżyła się do drzwi, na wycieraczce leżał fragment pocztówki. Na tej samej wycieraczce, na którą zerkała tak często, z utęsknieniem czekając na jakąś wiadomość o Aleksandrze, swojej córce. Ostrakowa podniosła pocztówkę i szybko udała się do sypialni po Biblię, w której skrywała swoją połowę kartki. Kawałki rzeczywiście pasowały do siebie - Bóg był po jej stronie, Święty Józef wstawił się za nią (jakie to jednak absurdalne!). Kiedy otworzyła drzwi, przemknął obok niej jak cień - wyglądem przypominał chochlika, którego czarny płaszcz z aksamitnymi patkami na kołnierzu roztaczał wokół aurę jakiejś operowej konspiracji. Jej pierwsza myśl była taka, że przysłano do niej karła, żeby schwytał olbrzyma. Wysłannik generała miał łukowate brwi, pooraną zmarszczkami twarz, a nad spiczastymi uszami sterczały mu podwinięte do góry różki czarnych włosów. Gdy tylko zdjął kapelusz, zaczął je przygładzać drobnymi dłońmi przed lustrem w przedpokoju. Wydawał się tak połyskliwy i zabawny, że przy innej okazji Ostrakowa śmiałaby się w głos z wigoru, groteskowości i nonszalancji swojego gościa.
Ale nie dziś.
W jednej chwili dotarło do niej, że przepełnia go teraz powaga, która na co dzień jest mu obca. Dziś jest jak bardzo zajęty handlowiec, który dopiero co wysiadł z samolotu, jego jedyny zamiar to robienie interesów - wyczuwała bowiem również, że przybył do miasta przysłowiowe pięć minut temu. Był schludny i nie miał ze sobą zbędnego bagażu.
- Czy mój list dotarł do pani bez przeszkód? - Mówił szybko po rosyjsku z estońskim akcentem.
- Sądziłam, że to był list od generała - odparła, odruchowo przyjmując wobec niego surowy ton.
- Dostarczyłem go w jego imieniu - rzekł z powagą.
Wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni i Ostrakową ogarnęło potworne przeczucie, że podobnie jak olbrzymi Rosjanin dobędzie z niej błyszczący, czarny notes. On jednak wyjął fotografię i kobiecie wystarczyło tylko jedno spojrzenie: blada, błyszcząca twarz o wyrazie gardzącym nie tylko nią, ale kobiecością w ogóle. W jego oczach było widać pragnienie, którego człowiek ten nie śmiał zaspokoić.
- Tak - powiedziała. - To ten nieznajomy.
Patrząc na jego rosnącą radość, domyśliła się od razu, że był kimś, kogo Glikman i jego przyjaciele nazywali "jednym z naszych" - wcale nie musiał mieć żydowskiego pochodzenia, wystarczyło, że był dla Glikmana człowiekiem z krwi i kości. Od tej chwili nazywała go w duchu Czarodziejem. Pomyślała, że jego kieszenie są pełne sprytnych sztuczek, a jego wesołe oczy skrywają magiczne iskierki.
Rozmawiała z Czarodziejem przez pół nocy z takim przejęciem, jak nigdy z nikim od czasu rozstania z Glikmanem. Jeszcze raz opowiedziała mu całą historię, przeżywając ją na nowo ze wszystkimi szczegółami. Z cichym zaskoczeniem odkryła, jak wielu informacji nie uwzględniła w swoim liście, który Czarodziej wydawał się znać na pamięć. Wytłumaczyła mu naturę swoich uczuć, swoje łzy, swój straszliwy wewnętrzny nieład, opisała nieokrzesanie jej przesiąkniętego potem dręczyciela. "Wydawał się taki niekompetentny - powtarzała w zadumie - jak gdyby robił to po raz pierwszy. Nie było mowy o sprycie czy pewności siebie. Jakie to dziwne: myśleć o szatanie jako o dyletancie!". Opowiedziała o omlecie z szynką i frytkami, a także o alzackim piwie - Czarodziej się śmiał. Zwierzyła mu się ze swojego przeczucia, że jest to człowiek wstydliwy i zakompleksiony - przeciwieństwo lowelasa - i Czarodziej na ogół przytakiwał jej grzecznie, jak gdyby od dawna znał tamtego ryżawego mężczyznę. Zgodnie z zaleceniem generała obdarzyła Czarodzieja pełnym zaufaniem, miała już bowiem serdecznie dosyć podejrzeń. Pomyślała później, że rozmawiała z nim tak szczerze, jak niegdyś z Ostrakowem, kiedy byli jeszcze młodymi kochankami w jej rodzinnym mieście, i nocami, gdy istniało niebezpieczeństwo, że mogą się już nigdy nie zobaczyć, przytulali się do siebie mimo nieprzerwanego oblężenia, szepcząc w takt huku zbliżających się armat. Albo tak jak z Glikmanem, kiedy oczekiwali walenia w drzwi, oznaczającego dla niego kolejny powrót do więzienia. Mówiła do jego uważnego i pełnego zrozumienia spojrzenia, do kryjącego się w nim śmiechu, do cierpienia, które - czego od razu się domyśliła - stanowi lepszą część jego nietuzinkowej, niewykluczone również, że aspołecznej natury. I gdy tak rozmawiali, kobieca intuicja zaczynała podpowiadać Ostrakowej, że ona rozbudza w nim namiętność - tyle że tym razem nie chodziło o miłość, ale o ostrą i szczególną nienawiść, jaka w każde jego pytanie wlewała uczucie i siłę. Nie do końca wiedziała, czego lub kogo nienawidził, czuła jednak strach w imieniu każdego, nie tylko ryżawego nieznajomego, kto mógłby ściągnąć na siebie gniew niedużego Czarodzieja. Z tego, co pamiętała, namiętność Glikmana była namiętnością ogólną, bezsenną, skierowaną przeciwko niesprawiedliwości, wymierzoną niemal na chybił trafił przeciw jej licznym, bardziej lub mniej ważnym przejawom. Z kolei namiętność Czarodzieja można było porównać z pojedynczym snopem światła skierowanego na określony punkt, którego Ostrakowa nie była jednak w stanie dostrzec.
Niemniej jednak pozostaje faktem, że zanim Czarodziej wyszedł ("O mój Boże! - pomyślała. - Już prawie pora, żeby znowu iść do pracy"), Ostrakowa opowiedziała mu wszystko, co tylko miała do powiedzenia, on zaś wybudził w niej ze snu uczucia, które całymi latami, aż do tej nocy, należały do przeszłości. Mimo całej złożoności swojego stosunku do Aleksandry, do samej siebie i do swoich obu nieżyjących mężczyzn, choć oszołomiona, uprzątnęła talerze i butelki, a później wybuchła śmiechem na myśl o swojej kobiecej naiwności. "Przecież ja nawet nie znam jego nazwiska!" - zawołała na głos, kpiąco kręcąc głową.
- Jak mam się z panem skontaktować? - zapytała, gdy się żegnali. - Jak mogę pana ostrzec, jeśli on wróci?
Czarodziej wyjaśnił, że to nie będzie możliwe. Gdyby jednak w sprawie nastąpił jakiś przełom, może ponownie napisać do generała na jego angielskie nazwisko i na inny adres.
- Pan Miller - powiedział z powagą, wymawiając nazwisko z francuskim akcentem, po czym wręczył jej wizytówkę z londyńskim adresem, wypisanym ręcznie drukowanymi literami. - Proszę jednak zachować ostrożność. I nie pisać niczego wprost.
Przez cały następny dzień i przez wiele kolejnych dni Ostrakowa miała w pamięci głównie obraz odchodzącego Czarodzieja, który żegna się z nią i rusza w dół kiepsko oświetloną klatką schodową. I jego ostatnie, gorące spojrzenie pełne zdecydowania i uniesienia: "Obiecuję panią uwolnić. Dziękuję, że wezwała mnie pani pod broń".
Nieduża biała dłoń, zsuwająca się po poręczy schodów, biegła wciąż w koło i w koło po zmniejszającym się okręgu pożegnania, niczym chusteczka powiewająca z okna pociągu, aż w końcu zniknęła całkowicie na końcu tunelu pogrążonego w mroku.
Drugie wydarzenie, które miało udział w powrocie George'a Smileya z emerytury, rozegrało się kilka tygodni później, wczesną jesienią, tym razem nie w Paryżu, ale w starym, wolnym hanzeatyckim mieście Hamburgu, obecnie niemal śmiertelnie przygniecionym ciężarem własnego dobrobytu. Pozostaje jednak prawdą, że w żadnym innym miejscu lato nie odchodzi tak pięknie, jak na skąpanych w odcieniach złota i koloru pomarańczowego brzegach jeziora Außenalster na rzece Alster, którego jak dotąd nie udało się nikomu osuszyć ani zalać betonem. Nie trzeba dodawać, że George Smiley nigdy nie miał okazji widzieć tych nostalgicznych jesiennych wspaniałości. Tego dnia Smiley - z takim zapamiętaniem, na jakie było go tylko stać - męczył się przy swoim ulubionym stoliku w Bibliotece Londyńskiej na St. James's Square. Przez rozsuwane okno mógł się przyglądać parze wiotkich drzew. Jedyne, co łączyło Smileya z Hamburgiem - choć nigdy potem nie próbował się na to powoływać - dotyczyło okresu odnowy niemieckiej poezji barokowej. Smiley mozolił się bowiem właśnie nad monografią germańskiego barda nazwiskiem Opitz, lojalnie starając się odróżnić w jego twórczości prawdziwą namiętność od męczącej literackiej konwencji epoki.
W Hamburgu minęła wtedy właśnie godzina jedenasta, a ścieżkę prowadzącą na nabrzeże dekorowały plamki słońca i suchych liści. Nad spokojną powierzchnią jeziora Außenalster snuła się jeszcze mgła, przez którą sylwetki wież na wschodnim brzegu przypominały rozmazane na wilgotnym horyzoncie zielone smugi. Na trawnikach uwijały się rude wiewiórki, szykując zapasy na zimę. To jednak nie one zaprzątały myśli stojącego na brzegu młodzieńca o nieco anarchistycznym wyglądzie, w dresie i trampkach. Pozbawioną wyrazu twarz młodego człowieka przyciemniał dwudniowy zarost, a spojrzenie zaczerwienionych oczu było utkwione w nadpływającym właśnie parowcu. Spod jego lewej pachy wystawała jakaś hamburska gazeta, choć tylko ktoś o spostrzegawczości George'a Smileya zauważyłby od razu, że było to nie dzisiejsze wydanie, ale wczorajsze. Trzymany w prawej dłoni pleciony z sitowia koszyk na zakupy pasowałby raczej do krępej pani Ostrakowej niż do tego drobnego chłopaka ze zmierzwionymi włosami, wyglądającego tak, jakby właśnie miał się rzucić do jeziora. W koszyku można było wyraźnie dostrzec dojrzałe pomarańcze, na których leżała żółta koperta Kodaka z napisem w języku angielskim. Nie licząc młodzieńca, nabrzeże było puste, a unosząca się nad taflą jeziora mgła pogłębiała jeszcze jego osamotnienie. Za towarzystwo miał jedynie rozkład kursów parowca i stare, pamiętające czasy wojny ogłoszenie z instrukcją udzielania pomocy niedoszłym topielcom. Myśli młodego człowieka krążyły jednak wyłącznie wokół otrzymanych od generała instrukcji, które powtarzał sobie cały czas niczym modlitwę.
Parowiec łagodnie dobił do brzegu i chłopak wskoczył na pokład jak dziecko biorące udział w zabawie tanecznej - najpierw grad kroków, następnie znieruchomienie, dopóki znów nie zacznie grać muzyka. Przez dwie ostatnie doby myślał tylko o tej chwili. Prowadząc samochód, czujnie patrzył na drogę, a między pojawiającymi się przelotnie postaciami żony i córeczki oczami wyobraźni widział wszystkie elementy tego nieszczęsnego planu, które mogły zakończyć się fiaskiem. Wiedział, że jest obdarzony talentem do prowokowania katastrof. W trakcie nieczęstych przerw na kawę przepakowywał i wypakowywał pomarańcze, układając kopertę to wzdłuż, to w poprzek koszyka. "Nie, ten kąt jest znacznie lepszy, tak będzie łatwiej po nią sięgnąć". Na obrzeżach miasta zaopatrzył się w drobne monety, żeby mieć wyliczoną kwotę na bilet. A gdyby konduktor próbował wdać się z nim w pogawędkę? Czasu na zrobienie tego, co mu kazano, było przecież tak mało! Nie powie ani słowa po niemiecku, już to sobie przemyślał. Będzie mamrotał pod nosem, uśmiechał się i powściągliwie przepraszał, ale się nie odezwie. Chyba że powie kilka słów po estońsku - może jakieś zdanie z Biblii zapamiętane z luterańskiego dzieciństwa, zanim ojciec kazał mu się nauczyć języka rosyjskiego. Teraz jednak, kiedy od wyczekiwanej chwili dzieliło go już tak niewiele, młodzieniec dostrzegł w swoim planie pewną lukę. Co będzie, jeśli współpasażerowie zechcą przyjść mu z pomocą? W wielojęzycznym Hamburgu, który od Wschodu dzieliło zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, sześć przypadkowych osób może znać sześć różnych języków! Lepiej siedzieć cicho z obojętnym wyrazem twarzy.
Szkoda, że się nie ogolił. Mniej rzucałby się wtedy w oczy.
Nie patrzył na nikogo, kiedy wszedł do głównej kabiny parowca. Wzrok miał spuszczony. "Unikaj kontaktu wzrokowego" - tak mu kazał generał. Konduktor gawędził pogodnie z jakąś starszą panią, nie zwracając uwagi na chłopaka. Ten czekał zakłopotany, starając się sprawiać wrażenie opanowanego. Pasażerów naliczył około trzydziestu. Wydawało mu się, że wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety, ubrani jednakowo w zielone płaszcze i zielone filcowe kapelusze, są nieprzychylnie do niego nastawieni. Przyszła jego kolej na zakup biletu i młodzieniec wyciągnął spoconą dłoń. Jedna marka, jedna moneta o wartości pięćdziesięciu fenigów, kilka mosiężnych dziesiątek. Konduktor bez słowa wziął od niego pieniądze. Chłopak nieporadnie, niemal na oślep ruszył między siedzeniami ku rufie. Brzeg zaczął się powoli oddalać. Pomyślał, że podejrzewają go o to, że jest terrorystą. Ręce miał brudne od oleju silnikowego i żałował teraz, że go nie zmył. Niewykluczone, że ubrudził nim sobie również twarz. "Bądź nijaki - tak mu nakazał generał. - Nie zwracaj na siebie uwagi. Nie uśmiechaj się i nie rzucaj spojrzeń spode łba. Zachowuj się normalnie". Sprawdził godzinę, starając się wykonać tę czynność możliwie powoli. Zdążył już podwinąć lewy rękaw, żeby odsłonić zegarek. Pochylając się, choć trudno go było zaliczyć do wysokich, chłopak dotarł wreszcie na rufę. Osłaniał ją jedynie baldachim. Była to kwestia sekund. Już nie dni czy kilometrów, ani nawet nie godzin. Sekund. Sekundnik jego zegarka, drżąc, minął szóstkę. "Gdy ponownie ją przekroczy - ruszasz". Wiał lekki wietrzyk, ale młodzieniec prawie go nie zauważał. Jego głównym zmartwieniem był czas. Miał świadomość tego, że kiedy jest zaaferowany, zupełnie traci poczucie czasu. Dręczyła go obawa, że zanim się zorientuje, wskazówka sekundnika dwa razy obiegnie swoją trasę, wydłużając jedną minutę w dwie. Na rufie wszystkie miejsca były wolne. Ruszył ku ostatniej ławce, obiema rękami przyciskając do brzucha kosz z pomarańczami i jednocześnie nie wypuszczając spod pachy gazety: "To ja, odczytajcie moje sygnały". Czuł się jak głupiec. Pomarańcze stanowczo zbyt mocno rzucały się w oczy. Niby czemu niedogolony chłopak w dresie miałby taszczyć ze sobą kosz pomarańczy i wczorajszą gazetę? Było pewne, że cały statek zwrócił na niego uwagę: "Kapitanie! Ten młodzieniec, tam, to zamachowiec! W koszu chowa bombę, chce nas porwać albo zatopić prom!". Plecami do niego, ramię przy ramieniu, opierała się o reling jakaś para wpatrzona w mgłę. Mężczyzna był wyjątkowo drobny, niższy od kobiety. Miał na sobie czarny płaszcz z kołnierzem ozdobionym aksamitem. Żadne z nich nie zwracało na niego uwagi. "Usiądź tak daleko z tyłu, jak tylko się da, i pamiętaj, żeby zająć miejsce zaraz przy przejściu" - tłumaczył generał. Usiadł, modląc się, żeby udało się za pierwszym razem i żeby nie trzeba się było uciekać do rozwiązań awaryjnych. "To dla ciebie, Beckie" - wyszeptał bezgłośnie, myśląc o swojej córce i przypominając sobie słowa generała. Mimo luterańskiego pochodzenia nosił na szyi drewniany krzyżyk, który kiedyś otrzymał od matki, zasłaniał go jednak zamek bluzy. Czemu schował krzyż? Żeby Bóg nie przejrzał jego planów? Nie wiedział. Chciał znowu jechać, po prostu jechać i jechać, dopóki nie padnie ze zmęczenia albo nie dotrze bezpiecznie do domu.
"Nie rozglądaj się" - przypomniały mu się słowa generała. Wolno mu było patrzeć tylko przed siebie: "Jesteś biernym wspólnikiem. Twoim zadaniem jest jedynie stworzenie okazji, to wszystko. Żadnego hasła, nic - tylko koszyk, pomarańcze, żółta koperta i gazeta pod pachą". Pomyślał, że nigdy nie powinien był się na to zgodzić. "Narażam Beckie, moje dziecko. Stella nigdy mi tego nie wybaczy. Zabiorą mi obywatelstwo, ryzykuję wszystko". Generał powiedział mu: "Zrób to w imię naszej sprawy".
"Generale, nie istnieje dla mnie taka sprawa. Nie jest moja! To była twoja sprawa, a także sprawa mojego ojca, i właśnie dlatego wyrzuciłem pomarańcze za burtę".
Nie uczynił tego jednak. Kładąc gazetę na zbitej z desek ławce, dostrzegł, że papier zdążył przesiąknąć potem - tam, gdzie go ściskał pod pachą, było widać smugi druku. Spojrzał na zegarek. Sekundnik zatrzymał się na dziesiątce. "Stanął! Minęło piętnaście sekund, odkąd ostatnio na niego patrzyłem - to po prostu niemożliwe!". Z lękiem zerknął w stronę brzegu, ale szybko się przekonał, że znajdują się już pośrodku jeziora. Ponownie spojrzał na zegarek i zobaczył, jak sekundnik mija cyfrę jedenaście. "Głupcze! - skarcił się w myślach. - Uspokój się". Pochylił się nieco w prawo i udawał, że czyta gazetę, jednocześnie nie odrywając wzroku od tarczy zegarka. "Terroryści. Nic, tylko terroryści" - pomyślał, po raz dwudziesty czytając nagłówki. Nic dziwnego, że pasażerowie mogą go uważać za jednego z nich. "Grossfahndung. To oznacza u nich szeroko zakrojone poszukiwania". Był zaskoczony, że pamięta aż tyle z języka niemieckiego. "Zrób to w imię naszej sprawy".
Koszyk z pomarańczami, który stał u jego stóp, przechylał się niebezpiecznie. "Gdy wstaniesz, postaw koszyk na ławce, jakbyś chciał w ten sposób zająć sobie miejsce" - powiedział generał. "A co się stanie, jeśli koszyk się przewróci?". Oczami wyobraźni zobaczył toczące się po całym pokładzie pomarańcze i leżącą między nimi żółtą kopertę: wszędzie fotografie, a na wszystkich mała Beckie. Sekundnik mijał właśnie szóstkę. Chłopak wstał z ławki. "Teraz!". Było mu zimno w brzuch. Poprawił bluzę, odsłaniając niechcący drewniany krzyżyk od swojej matki. Zapiął zamek. "Nie spiesz się. Niczemu się nie przyglądaj. Udawaj marzyciela - tłumaczył generał. - Twój ojciec nie wahałby się ani chwili - dodał. - Ty również się nie zawahasz". Ostrożnie postawił koszyk na ławce, przytrzymał go obiema rękami, przechylił go nieznacznie w tył, żeby nadać mu jeszcze większą stabilność, później zaś się upewnił, czy wszystko jest tak jak należy. Zastanawiał się, co zrobić z wczorajszym wydaniem popołudniówki - zabrać "Abendblatt" czy zostawić na ławce? A może jego łącznik nie dostrzegł jeszcze sygnału? Wziął gazetę i wsadził ją sobie pod pachę.
Udał się do głównej kabiny. Na rufę zawędrowała jakaś para, zapewne po to, żeby pooddychać świeżym powietrzem - starsi ludzie nierzucający się w oczy. Tamci pierwsi byli seksowni, nawet oglądani z tyłu: drobny mężczyzna, ładna dziewczyna, oboje szczupli. Było im dobrze w łóżku, wystarczyło na nich popatrzeć. Ci tutaj wyglądali mu jednak na policjantów. Chłopak miał pewność, że miłość fizyczna nie sprawia im żadnej przyjemności. "Gdzie krążą moje myśli?" - zapytał obłąkańczo i bezgłośnie. "Wokół mojej żony Stelli - tak brzmiała odpowiedź. - Wokół pełnych rozkoszy pieszczot, których możemy już nigdy nie zakosztować". Niespiesznie, tak jak go poinstruowano, udał się w stronę wydzielonego na pokładzie miejsca, które zajmował pilot. Łatwo mu było nie patrzeć na nikogo, pasażerowie siedzieli bowiem tyłem do niego. Dalej osoby spoza załogi miały zakaz wstępu. Pilot zajmował wysoki pomost po lewej stronie. "Zbliż się do okienka pilota i podziwiaj widoki. Spędź tam dokładnie minutę". Dach kabiny był w tym miejscu niższy, chłopak musiał się więc pochylić. Zobaczył przemieszczające się za szybą drzewa i budynki, przepływającą obok parowca ósemkę bez sternika, następnie lekką łódź z samotną jasnowłosą boginią. "Pomnikowe piersi" - pomyślał. Chcąc się wykazać jeszcze większą nonszalancją, oparł nogę na skraju pomostu dla pilota. "Dajcie mi kobietę! - zawołał w myślach z rozpaczą. - Dajcie mi moją Stellę, zaspaną i przepełnioną pożądaniem w półmroku poranka!". Lewą rękę oparł na relingu, nie spuszczając wzroku z tarczy zegarka.
- Nie czyścimy tutaj butów - warknął pilot.
Chłopak natychmiast opuścił stopę na pokład. "Teraz wie, że znam język niemiecki - pomyślał i zalała go fala dojmującego wstydu. - I tak przecież wiedzą - rozważał głupawo - mam w końcu ze sobą niemiecką gazetę".
Nadszedł już czas. Młodzieniec ponownie się wyprostował, odwrócił nieco zbyt szybko i ruszył z powrotem na miejsce, przy czym nieprzyglądanie się mijanym ludziom było już pozbawione sensu, ponieważ to oni wpatrywali się w niego, z dezaprobatą lustrując jego dwudniowy zarost, dres i dziki wyraz oczu. Spojrzenie chłopaka opuszczało twarz jednego pasażera tylko po to, żeby od razu natrafić na oblicze następnego. Przyszła mu do głowy myśl, że nigdy dotąd nie spotkał go taki niemy chór wrogości. Dres rozchylił mu się na brzuchu, odsłaniając pasmo czarnych włosków. "Stella pierze ubrania w za gorącej wodzie" - pomyślał. Ponownie poprawił bluzę i wyszedł na powietrze, paradując ze swoim krzyżem niczym z orderem. I wtedy, niemal w tym samym czasie, wydarzyły się dwie rzeczy. Oto na ławce tuż obok kosza zobaczył znak, na który czekał: wykonany kanarkowożółtą kredą, biegł przez dwie listwy, informując go o tym, że przekazanie przesyłki zostało zwieńczone sukcesem. Na ten widok przepełniło go poczucie wielkości - czegoś takiego doznał po raz pierwszy w życiu, było to wyzwolenie doskonalsze od tego, które mogłaby mu zapewnić kobieta.
"Dlaczego musimy to robić właśnie w taki sposób? - pytał generała. - Dlaczego to wszystko musi być tak zagmatwane?".
"Ponieważ przedmiot ten jest jedyny w swoim rodzaju na świecie - odrzekł generał. - To skarb, który nie ma swojego odpowiednika. Jego utrata byłaby dla wolnego świata prawdziwą tragedią".
"I to mnie wybrał na swojego kuriera" - pomyślał z dumą chłopak, choć w głębi duszy nadal żywił przekonanie, że staruszek nieco przesadza. Bez pośpiechu wziął do ręki żółtą kopertę, włożył ją do kieszeni bluzy, zapiął zamek, po czym przesunął palcem wzdłuż spojenia, upewniając się, że wszystkie ząbki znajdują się na właściwych miejscach.
I w tej właśnie chwili dotarło do niego, że jest obserwowany. Kobieta przy relingu wciąż była odwrócona do niego plecami, ponownie zwracając uwagę chłopaka na swoje bardzo zgrabne biodra i nogi, ale jej niewysoki seksowny towarzysz w czarnym płaszczu spojrzał w jego stronę, a wyraz jego twarzy ogołocił młodzieńca z wszelkich doznawanych właśnie przyjemnych uczuć. Tylko raz widział coś takiego - było to wówczas, gdy w ich pierwszym angielskim domu, w pokoju w Ruislip, umierał jego ojciec, zaledwie kilka miesięcy po przybyciu do Anglii. Nigdy wcześniej nie widział u nikogo podobnej rozpaczy, równie surowej powagi i bezbronności. Co więcej, a to było jeszcze bardziej niepokojące, wiedział - tak jak Ostrakowa - że była to rozpacz wypaczająca naturalne rysy jego twarzy. Twarzy komika lub Czarodzieja, jak chciała Ostrakowa. Rozgorączkowane i pełne żarliwego błagania spojrzenie drobnego nieznajomego o surowym obliczu stanowiło także jawny wyraz jego komedianckiej duszy. "Chłopcze, pojęcia nie masz, co tam niesiesz. Strzeż tego jak oka w głowie, nawet za cenę życia!".
Parowiec znieruchomiał. Byli na drugim brzegu. Chłopak chwycił koszyk, po czym zeskoczył na ląd i, niemal biegnąc, potrącał pochłoniętych robieniem zakupów ludzi to na tej, to znów na innej bocznej uliczce prowadzącej nie wiadomo dokąd.
W drodze powrotnej, kiedy kierownica wbijała mu się w dłonie, a w uszach łomotała głośna gama silnika, chłopak widział tę twarz na skąpanym w deszczu asfalcie i wraz z mijającymi godzinami zastanawiał się, czy na skutek emocji spowodowanych przekazaniem przesyłki nie funkcjonowała ona jedynie w jego wyobraźni. "Najpewniej właściwym łącznikiem był ktoś zupełnie inny - myślał, starając się uspokoić. - Jedna z tych przysadzistych pań w zielonym filcowym kapeluszu, może nawet konduktor. Za bardzo się denerwowałem - tłumaczył sobie. - W krytycznym momencie odwrócił się ku mnie nieznajomy, spojrzał na mnie, a ja natychmiast dorobiłem do tego całą historię, ubzdurałem sobie nawet, że to mój umierający ojciec".
Dojeżdżając do Dover, miał już niemal pewność, że uda mu się wymazać z myśli tego mężczyznę. Przeklęte pomarańcze wyrzucił do śmietnika, ale w kieszeni jego bluzy bezpiecznie spoczywała kłująca go spiczastym rogiem żółta koperta - i tylko to miało teraz znaczenie. Stworzył więc sobie pewne teorie dotyczące cichego wspólnika? Lepiej puścić je w niepamięć. A gdyby nawet przypadkowo się nie mylił i gdyby była to tamta pusta, groźna twarz - to co z tego? Tym bardziej nie należy opowiadać o tym generałowi, którego troska o bezpieczeństwo miała w sobie coś z natchnionego uniesienia jasnowidza. Myśl o Stelli stała się nagle dojmującą potrzebą. Jego pożądanie rosło wraz z każdym hałaśliwym kilometrem. Wciąż jeszcze trwał wczesny poranek. Wyobraził sobie, że budzi żonę pieszczotami. Oczami wyobraźni zobaczył, jak jej zaspany uśmiech powoli znika, zastąpiony pożądaniem.
Ciąg dalszy w wersji pełnej