Ludzie nocy - Sam Lloyd

Kup ebooka

43.99 zł
36.51 zł (34,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

*

Światło latarki przebija się już przez sosny. Świeci wprost w kierunku naszej przyczepy i wiem, że to koniec. A jednak stoję przy oknie nieruchomo i wpatruję się w grudniowy mrok.

Na zewnątrz widzę trawę pokrytą szronem. Po drugiej stronie polany, na skraju lasu, stoi jeszcze jedna przyczepa, dokładnie taka sama jak nasza. Wiem, że to ją przeszukają najpierw, a kiedy nas tam nie znajdą, przyjdą tutaj. Na pewno od razu zauważą wyłamane drzwi. To będzie oznaczało prawdziwy koniec.

Zrzucam z siebie koc i macam tył głowy w poszukiwaniu nienaturalnego zagłębienia. Pewna lekarka - a na przestrzeni lat zajmowało się mną wielu lekarzy - powiedziała mi kiedyś, że czaszki kobiet są grubsze niż mężczyzn. Wprawdzie tylko odrobinę, ale może właśnie o tyle, żeby mnie wówczas uratować.

- Miałaś szczęście - powiedziała.

Cóż, pewnie nie czytała moich akt...

Z lasu dochodzi dźwięk wystrzału. Po chwili słyszę trzask gałęzi, a następnie szelest kroków. Nagle na polanie pojawia się czarny kształt.

To jeleń. Jest ogromny, waży może ze dwieście kilogramów. Staje w blasku księżyca i głośno sapie; z jego nozdrzy wydobywają się kłęby białej pary. Chwytam lornetkę i ustawiam ostrość. Nawet teraz - w obliczu tego, co mnie czeka - nie mogę się oprzeć temu widokowi. Jest wspaniały.

Jak człowiek złapie bakcyla podglądania, to już zawsze będzie to robił. Taka prawda.

Kiedy na niego patrzę, jeleń wymachuje porożem w kierunku roztańczonych niebiesko-białych świateł latarek. Na chwilę staje nieruchomo, widzę, jak drży. Chwilę później rozpływa się w ciemności.

Zaciągam zasłony i dodatkowo przysłaniam okno prześcieradłem. Kiedy zyskuję pewność, że na zewnątrz nie wydostanie się nawet najmniejszy promyk światła, włączam latarkę. Jej blask ujawnia ponurą prawdę o fatalnych warunkach, w których żyjemy od kilku dni. Są tu worki z wręcz wylewającymi się śmieciami, zgniecione plastikowe butelki po wodzie i zużyte kubeczki. Są też zmięty egzemplarz Gruffalo1, puste puszki po spaghetti firmy Peppa Pig i ogromny wór brudnych pieluch.

Cała przyczepa cuchnie nie do wytrzymania, ale kiedy oddycham, czuję jedynie zapachy duchów: cytrynę, smażone masło i gumę balonową.

Neurolodzy nazywają to fantosmią. To zaburzenie występujące stosunkowo często u ludzi, których mózg doznał urazu tak dużego jak mój. Halucynacje węchowe mogą pojawić się u mnie w każdej chwili, ale zazwyczaj dzieje się tak, kiedy towarzyszą mi zbyt silne przeżycia. Oprócz tego miewam silne zawroty głowy.

Stoję nieruchomo. Zaciskam zęby i czekam, aż świat przestanie wirować mi przed oczami. Następnie, opierając się ręką o szafkę, przechodzę z kuchni do sypialni.

I nareszcie znowu mogę na niego patrzeć.

Ma zaledwie dwa latka i jest cudowny.

Leży przykryty dwoma grubymi kocami. W tej chwili widać tylko jego maleńką główkę. Ma miękką skórę i włosy niczym jasny jedwab. Owszem, mieszkamy w podłych warunkach, ale przynajmniej udało mi się dopilnować, żeby był czysty.

Marszczy brwi przez sen i wzdryga się przed światłem latarki. Po chwili otwiera oczy i spogląda na mnie.

- Mamusiu!

Zapiera mi dech w piersiach. Czuję, że boli mnie gardło.

- Przepraszam, najdroższy.

Trzy dni i trzy noce - to cały czas, jaki mogliśmy ze sobą spędzić. Siedemdziesiąt dwie godziny razem, pomimo ogromu nieszczęść, które nas spotkały.

Mój plan zawiódł. Tak naprawdę trudno to w ogóle nazwać planem: przejazd taksówką, dalej pociągiem, kolejną taksówką. Potem nocna wędrówka przez las do wakacyjnego kempingu, który na dodatek jest zimą nieczynny.

Chłopiec siada i przeciera oczy. Zastanawiam się, czy on też czuje, że nasz wspólny czas dobiega końca.

- Czy jest ci ciepło? - pytam.

- Zimno.

To kolejny dowód na moją porażkę. Kiedy to planowałam, założyłam, że w przyczepach - także zimą - będzie prąd. Niestety nie ma, a kanistry z paliwem po prostu gdzieś zniknęły.

Siadam ciężko tuż przy nim i masuję mu plecki. Przez piżamę jego żebra wydają się niewiele mocniejsze niż u kurczaka. Jutro jest Wigilia. Powinien spać w swoim cieplutkim łóżeczku i śnić o Świętym Mikołaju, a nie siedzieć tutaj, w nieogrzewanej przyczepie, z dwudziestoletnią frajerką, która nie jest w stanie zapewnić mu należytej opieki.

- Słuchaj - mówię. - Wiem, że nie zapamiętasz nic z tego, co się tutaj dzieje. Wiem, że kiedy będziesz starszy, kompletnie o mnie zapomnisz. Prawdopodobnie nawet nie będziesz sobie zdawał sprawy z tego, co się tu wydarzyło. No chyba że on ci powie, choć tak naprawdę nie bardzo w to wierzę. Wiedz, że cieszę się, że mogliśmy spędzić trochę czasu razem. I że mogliśmy poczytać Gruffalo.

Unosi podbródek i marszczy brwi. I wówczas słyszę to, co on już pewnie zrozumiał: odgłosy dochodzące z lasu. Głosy ludzi.