1
Jábmemáhkká dostaje zielone światło
W samym środku najczarniejszej, ciągnącej się w nieskończoność zimy z siarczystymi mrozami stara kobieta usłyszała wyrok. W pomieszczeniu z utrzymanymi w mglistych barwach obrazami Máriddja konsekwentnie unikała wzroku lekarki. "Zapewne specjalnie wybrano tutaj te ponure pejzaże, żeby oprawić w stosowną ramę takie właśnie rozmowy", myślała cynicznie.
Doktor Skruvlenius czekała na jej reakcję, łagodnie przy tym mrużąc pełne współczucia oczy pod delikatnie połyskującymi zielenią brwiami.
W gruncie rzeczy te brwi - zarówno pod względem koloru, jak i kształtu - po wdrapaniu się nad okulary lekarki wyglądały, jakby doskwierała im choroba morska, jak skacowane larwy. Albo jak jaszczurki. Żwawe i nienażarte młode jaszczurki, które przemykały jej po czole, gdy mówiła powoli ze starannie wyćwiczoną empatią.
"Może to kwestia światła?", zastanawiała się Máriddja. W pomieszczeniu intensywnie czuć było środkiem dezynfekującym i liliami. Staruszka uniosła brodę, żeby lepiej widzieć. "Rude włosy mogą nabrać zielonkawych niuansów, jeśli człowiek myje się w kwaśnej wodzie. A może było odwrotnie? N?juo! Włosy stają się zielonkawe od słonej wody". Pokazywali w telewizji, więc to zapewne prawda.
Lekarka zamruczała cicho i uspokajająco; stara kobieta, która usłyszała właśnie smutną wiadomość, znajdowała się najwyraźniej w ogromnym szoku.
- Rozumiem, pani Mario, że to trudne, ale niestety nie da się bezboleśnie przekazać tak niebywale przykrej wiadomości.
Brwi błyskawicznie opadły, żeby po chwili znów ułożyć się nad okularami lekarki w pełne współczucia zielone A.
Máriddja też uniosła brwi wysoko na czoło, żeby sprawdzić, czy poczuje się przez to jak gad, ale niestety. Bardzo żałowała. Taka umiejętność przyniosłaby jej w życiu wiele radości. Nozdrza rozszerzyły się staruszce z wysiłku, kiedy jeszcze raz spróbowała odtworzyć kapitalne miny swojej rozmówczyni. Skrupulatnie wyskubane włoski opadły teraz lekarce niesamowicie nisko, tuż nad powieki, bo usiłowała pochwycić uciekające spojrzenie pacjentki.
"Czy da się to wyćwiczyć?", głowiła się dalej Máriddja i z ciekawości aż się pochyliła na niewygodnym i nienaturalnie głębokim fotelu. Spostrzegła, że brak odpowiedzi z jej strony zaczął martwić lekarkę.
- A jak wygląda pani sytuacja w domu? - spytała doktor Skruvlenius, przekrzywiając empatycznie głowę. - Ma pani może męża albo inną bliską osobę, która mogłaby pani pomóc przez to przejść? - Lekarka wyartykułowała to pytanie w wyjątkowo irytujący sposób, jakby Máriddja była niedorozwinięta. - Dołożymy oczywiście wszelkich starań, żeby panią wesprzeć i żeby ten ostatni czas był dla pani jak najlżejszy. Możemy zaoferować pani rozmowy z psychologiem, a ja oczywiście przepiszę leki psychotropowe, jeśli tylko uzna je pani za pomocne.
Mimo łagodnego tonu lekarki Máriddja zachowała czujność i teraz znów w pełni obecna znalazła się w tym pokoju. Analiza brwi musiała zaczekać.
- Mam męża i mój stary odpowiednio się mną zajmie. Teraz, kiedy już wiemy, na czym stoję, nic już nam nie trzeba. - Spróbowała się podnieść. - Dziękuję pani za pomoc.
Doktor Skruvlenius powstrzymała ją, wyciągając chłodną dłoń. Dwie jaszczurki na jej czole zbliżyły się do siebie i obwąchały u nasady nosa.
Drobna ręka przyjaźnie usposobionej lekarki spoczęła na pokrzywionych palcach Máriddji przypominających gałęzie sosny karłowatej.
- Rozumiem, że trudno się z tym pogodzić, pani Mario, ale jeśli czuje się pani na siłach, chciałabym wspomnieć jeszcze o innych możliwościach, które mamy do zaoferowania. Moglibyśmy zaproponować przynajmniej wsparcie psychologiczne pani mężowi?
Máriddja tak się przeraziła, że zapomniała się nawet zirytować tym, że lekarka po raz wtóry zwróciła się do niej niewłaściwym imieniem. Strząsnęła z siebie dłoń doktor Skruvlenius i odparła:
- Nie, on nie należy do zbyt rozmownych. Przyjmie to zapewne ze spokojem. Nie sądzę też, żeby się tym jakoś szczególnie przejął.
Jaszczurki podskoczyły tak wysoko, że czoło lekarki się pofałdowało. Zapadły się przez to między zmarszczki na jej twarzy, jakby chciały ukryć zdziwienie lub przerażenie.
"Niebywałe, ależ ta kobieta ma talent", pomyślała z uznaniem Máriddja i straciła wątek.
- Ale... ale to przecież oczywiste, że będzie mu trudno... poradzić sobie bez jakiegokolwiek wsparcia w sytuacji, która naprawdę nie jest wskazana dla starzejącego się człowieka! - Nieco monotonny głos doktor Skruvlenius zaczął osiągać ożywczo wysokie tony. - Mierzenie się z ryzykiem utraty drugiej połówki po tylu latach to wielka trauma! - podkreśliła.
Máriddja w geście rezygnacji poruszyła głową tam i z powrotem, po czym dodała:
- Własnoręcznie uśpił wszystkie swoje psy, ale może mi pani wierzyć, że to wrażliwiec! Większość z nich naprawdę kochał na zabój. Jasna sprawa, trochę pochlipywał, kiedy myślał, że nikt go nie widzi, ale zaraz potem znów był jak nowo narodzony!
Lekarce opadła szczęka.
- Ale przecież pani sytuacja nie przypomina usypiania zwierząt? Chodzi mi o to... - Jej oczy przybrały rozmiar spodków i tylko krok dzielił ją od utraty profesjonalizmu. - Mimo wszystko nie jest pani psem, tylko żoną! Jest pani pewna, że to... - Straciła wątek. Szybko jednak zebrała się w sobie i kontynuowała trzeźwym głosem z mocnym postanowieniem, że będzie się trzymać obowiązującej procedury przekazywania tego typu wyroków śmierci. - No więc. Jak państwo sobie radzą? Mieszkają państwo w domu opieki czy może u siebie i przyjeżdża do państwa opiekunka z pomocy domowej?
Serce aż podskoczyło Máriddji do gardła, na języku poczuła smak siana do ocieplania butów, a słowa, które opuściły jej usta, wypowiedziała w dużym pośpiechu.
- Nie, żadnej opiekunki. Nie lubimy, kiedy kręcą się u nas obcy. Dobrze sobie radzimy we dwoje, powiedziałabym nawet, że pieruńsko dobrze. Nigdy nie była nam potrzebna niczyja pomoc. Żadne z nas choćby w najmniejszym stopniu nie odeszło od zmysłów ani na nic nie choruje - poinformowała lekarkę, zapomniawszy o tym, co przed chwilą usłyszała na temat swojego stanu zdrowia.
Doktor Skruvlenius przyłożyła palec do brody i chrząkała irytująco długo, dając wszem wobec do zrozumienia, że coś rozważa.
- Mimo wszystko, pani Mario, sądzę, że dobrze by było, gdybyśmy mieli z panią jakiś kontakt i wiedzieli, jak się pani miewa. Jak już mówiłam, wciąż możemy sporo dla pani zrobić, nawet jeśli ostateczne zakończenie jest nie do uniknięcia - dodała ostrożnie, ale jednoznacznie.
- Dobrze, może zatem na tym poprzestańmy? - podsunęła Máriddja i podniosła się bez odrobiny gracji z nieergonomicznie zaprojektowanego mebla. Strzyknęło jej w kolanach, gdy się schylała, żeby podnieść czapkę, która spadła na podłogę, i naciągnąć ją sobie na włosy.
- Jak pani sobie życzy. Mamy pani dane, więc odezwiemy się za kilka dni, kiedy już się pani z tym nieco oswoi.
Lekarka wyciągnęła do niej rękę. Máriddja odpowiedziała na ten gest, porządnie smarcząc w chusteczkę, którą na początku rozmowy zapobiegawczo dała jej lekarka, po czym wręczyła ją jej z powrotem. Małe, lśniące salamandry na czole rudowłosej kobiety zdawały się zdezorientowane, ale ta szybko się otrząsnęła, wzięła od pacjentki ligninę i się pożegnała. Potem onkolożka Runa Skruvlenius odprowadziła wzrokiem drobną postać, która mamrocząc, szła po marmurowej posadzce w rozpiętej kurtce trzepoczącej jak kruk z trudem lecący pod wiatr. "U tej staruszki nie tylko ciało szwankuje", pomyślała lekarka, której salamandry drzemały leniwie ogrzewane uderzeniem ciepła wywołanego menopauzą.
* * *
Máriddja pospiesznie kierowała się do wyjścia szpitalnymi korytarzami, tak szybko, jak tylko niosły ją krótkie, krzywe nogi. W drodze na przystanek, gdzie za trzy kwadranse miał się zatrzymać autobus, wygrzebała z kieszeni puchowej kurtki swój wiekowy telefon komórkowy i wyrzuciła go do kosza.
Żywa dusza się nie dowie o tym paskudztwie. To sprawa między nią a stwórcą.
Kiedy zzieleniała doktorka spróbuje się do niej dodzwonić, nikt nie odbierze telefonu. Sygnały przypominające bzyczenie komarów, którym przeżarły się pogadanki wszelkiej maści life coachów, będą niosły się echem po zatęchłym plastikowym grobie między niedopałkami a zgniecionymi torebkami po cukierkach. Bateria w tym przeklętym telefonie wyzionie ducha prędzej niż Máriddja.
To jedno było pewne.
* * *
Tej nocy Máriddja obudziła się ze snu i aż jęknęła, zmarszczki na policzkach miała wilgotne i obolałe. Biera leżał odwrócony do niej przodem i trzymał na jej talii swoją ciężką dłoń.
- Coś ci się śniło. - Ślubny przyglądał się jej z powagą niczym ksiądz katolicki, który podczas spowiedzi nasłuchał się o szczególnie ciężkich grzechach. - O nim, jak sądzę...
Wciąż miała przyśpieszony oddech, spróbowała teraz nad nim zapanować całą siłą woli.
Nie wiedziała, co powiedzieć, popatrzyła więc tylko Bierze w oczy, otwierając przed nim swoją duszę. Przytuliła się do jego podstarzałej dłoni, a on delikatnie ją zacisnął.
- Mnie też go brakuje. - Głos Biery był mroczny jak blady świt.
Leżeli cicho w ciemności zwróceni do siebie pod kołdrą, pustka na materacu między nimi, w której spokojnie zmieściłby się niemowlak, niosła się echem po ich myślach. Máriddja czuła, że powinna go chwycić za ciepłą stópkę. Chociaż zdążył się zmienić w dorosłego mężczyznę, więc jego stopa zapewne nie zmieściłaby się w jej dłoni ani nie byłoby im zbyt wygodnie razem leżeć. O ile w ogóle spałby z nimi w jednym łóżku, czego, rzecz jasna, by nie robił. Nocowałby na ławie w kuchni, byłaby może dla niego zbyt krótka, ale Máriddja podłożyłaby mu poduszkę pod łydki, żeby się nie obijały, wystając poza posłanie. Dałaby mu też grube skarpety. I zapewne by dopilnowała, żeby miał porządnie opatulone stopy, gdyby te mimo wszystko dyndały mu w nocy. Jeśli za młodu człowiek odmrozi sobie stopy, na starość będą go bolały, wszyscy o tym wiedzą.
- Mówiłaś chyba, że nieźle ci dzisiaj poszło w lazarecie? - powiedział zmorzony Biera już niemal przez sen.
Máriddja przyjrzała mu się z bliska, po czym udała, że ziewa. Uspokajająco poklepała męża po dłoni.
- No ba, jestem zdrowa jak ryba. Nie ma najmniejszych powodów do obaw!
Pocałowała go w paznokieć kciuka i odsunęła się od niego, żeby nie zauważył, co stara się zamaskować swoją miną. Dłoń męża wciąż spoczywała na jej dłoni, gdy usłyszała, jak Biera zasypia; ze starczym charczeniem, z trudem wydychając powietrze pomiędzy drżącymi wargami.
Biera Rijá spał jak dziecko, co ją zarówno uspokajało, jak i napawało przerażeniem.
Kiedy przekręciła poduszkę, a jej oddech się pogłębił, mogłaby przysiąc, że czuje przy ustach małe, mięciutkie skronie Heaiki-Jony. I jego zapach.
Máriddja nabrała go w płuca tak jak samica zwierzęcia zaciąga się wonią śpiącego potomstwa. Jej myśli zmieniły się w powietrze, dwutlenek węgla i bolesną ciszę; których korzenie sięgały pępka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki