Rozdział 2
Adapter odgrywał ostatnie partie pieśni, gdy patrząc na ciebie, starałem się odgadnąć, skąd w tobie taka radość, tyle myśli, milknących powoli blasków, nagłych przeczuć. Skąd ten wznoszący się wraz z dymem papierosa, wraz z wonią perfum i kwiatów zawsze świeżych, delikatnych, wraz z zatrzymaną tamtą chwilą w biegu, twój dziwny urok śmiałej primadonny lub fordanserki powabny atrybut. Byłaś syreną, przedstawieniem Wenus, jedną z tych kobiet na obrazach mistrzów, kiedy wystarczy spojrzeć tylko w stronę płótna, a już dostrzega się ten rodzaj piękna, tę pewność niemalże zaraz absolutną, że nigdzie indziej nie można go spotkać, że nie osiągnie się go w żaden sposób. Sedno. Jak wtedy, gdy słońce zakrada się przez mały świetlik, w jednym momencie dnia, a potem znika. Jak dźwięk melodii, przy której odpoczęłaś, ze szklanką ciemnego kordiału w jednej dłoni i z tym gasnącym papierosem w drugiej, tym, co jak zawsze dodawał ci urody, jak zdarza się to tylko wielkim damom.
Stałem oparty o ścianę blisko okna, sądząc, że to najlepsze miejsce, by mieć spokój, kiedy rozbrzmiewał salon salwą głosów, chórem oddechów, brzękiem szklanek. To był zakątek obrany nie przypadkiem, lecz tkwił w tym bezczelny cel: nie ma mnie tutaj, nic do mnie nie mówcie, nie patrzcie na mnie, bo dla was wyszedłem. Tak. Albo umarłem. Albo: jeszcze przed świętem nie wróciłem z wojska. Wybierzcie sobie. Nieważne. Byłem cieniem. Uchem przytkniętym do ściany z drugiej strony. Światło latarni - musiało być ciemno - wpadało poprzez żaluzję, coraz śmielej. A ja wetknięty: pomiędzy kwiat w rogu a skraj jednej z kanap, pomiędzy nich a ciebie, pomiędzy dwie wskazówki, co szły za szybko na tarczy zegara, co zabierały mi naocznie całą radość. Bo jak tu się cieszyć, gdy ciebie tak mało? Gdy więcej i więcej na drodze leży przeszkód. Gdy z każdym spojrzeniem na zimny cyferblat, jasne stawało się, że ciebie tracę.
A ty? Zupełnie jakbyś nie znała biegu czasu, jak gdyby to wszystko zdarzało się nad tobą - albo inaczej: to ty byłaś nad tym, u stóp twoich kłębił się zegar niczym szatan. Palce zdusiły apetyty węża, pięta przedarła na pół kreaturę. Odniosłaś tryumf. Widziałem, z jaką rozkoszą włączyłaś nową płytę. Igła podniosłą się jak twoje ramię, by potem opaść jak twoje powieki. Adapter zwlekał z wydaniem na świat głosu, lecz tylko wzmogła się w nas chęć słuchania, a gdy nareszcie dźwięk zabrzmiał jak wystrzał, stanęłaś obok - jak stałaś - tańcząc w miejscu. Tańcząc! To ja wiedziałem, nikt inny, że to taniec. Po ruchach bioder można było poznać, że coś się dzieje w pobliżu drzwi na wpół przymkniętych, tuż przy komodzie, gdzie tkwiły czarne płyty i gdzie na moment też znalazł się twój kordiał (koniak? whisky?), aby powrócić do dłoni jak do portu. Ramiona drżały. Włosy rozpuściłaś. Nogi - dwie wieże - rwały się do tańca. Ale to nie był taneczny wieczorek, to tylko miłe spotkanie w znanym gronie. Jakiś alkohol, muzyka, żarty ojca. Kobiety w sukniach, mężczyźni w krawatach. A gdzieś w tym kręgu ja sam - twój syn, mamo, niepasujący jak trzeci do tanga.
Płyn wdarł się w gardło, połechtał od środka, a twoje usta uległy rozbiciu. Zwęził się szlak płytkich zmarszczek wokół oczu, i na tę jedną sekundę byłaś sobą - taką, jak mogłem cię widzieć w naszych chwilach, kiedy nie było w pobliżu nikogo, całej tej masy profanów, wojerystów, patrzących na ciebie inaczej niż trzeba: nie jak na cudo, jak na znalezisko, nie jak ostatni na świecie oryginał. Szybko zniknęła ta maska z twojej twarzy - albo inaczej: przybrałaś wtedy maskę, a tamto oblicze zdradziło samą prawdę. Jedno mrugnięcie powiek, potem koniec, tyle zdążyło dojrzeć moje oko, w czasie zbyt krótkim dla osób postronnych, a dla mnie dość długim, bo ja cię przecież znałem.
Nowy papieros pojawił się w dłoni - tak, ojciec mawiał: czerwone sukinsyny - i dym rozpostarł nad tobą swoją władzę, a może gotów był ci służyć, iść w śmierć z tobą - "w śmierć", jakże teraz do brzmi i jak boli... Ale pamiętam: beżowa jasność sukni, odkryta dla oczu patrzących gładkość ramion, i włosy, co tchnęły w twoją twarz zupełnie nowe życie, zmęczone i smutne, przygasłe, ale ważne. Bo ile miałaś problemów, wiedziałem. Ile rozterek, niewygód i zmartwień. A wtedy, w salonie, jaśniałaś niby gwiazda, jak gdyby to wszystko się działo gdzieś obok, jak gdyby nie dotknął cię ostry ząb czasu, a wszystko, co było tak przykre, nagle znikło. Zrobiłaś dwa kroki w kierunku jednej z kanap. Tak jakby powietrze cię niosło w tamtą stronę, a twoja sukienka i buty na obcasie, z tamtą klamerką w kolorze karmazynu - całość podniosła się wolno razem z tobą, i znowu jedynie ja sam to mogłem widzieć. Wróciłaś do gości. Patrzyłem, jak siadasz. Patrzyłem, lecz nie tak jak patrzy się na matkę, a raczej jak można podziwiać dzieło sztuki, jak czasem kochanek zerka na kochankę, acz o tym nie mówmy, bo serce mi pęka, tu, teraz nawet, gdy o tym wspominam. Wstyd mi poza tym, że tak cię kochałem. Tak, czyli bardziej i mocniej niż można. Niż nakazuje natura, prawo, zwyczaj, niż chciałby tego twój mąż, a mój ojciec. On także zerkał na ciebie raz za razem, mówiąc do osób siedzących naprzeciwko. Oko zsuwało się w prawo, tam, gdzie stałaś, a kiedy usiadłaś na powrót - chłodny dystans - z niego jak gdyby uciekło napięcie, jakby chciał zawsze cię mieć blisko siebie, bojąc się tego, że mógłby cię stracić. I czy mnie mogło to dziwić? Mnie? Nie, nigdy. Nie być zazdrosnym o ciebie, to jak nie żyć. Jak wstrzymać oddech i umrzeć siłą woli. To nieodłączny element. To aksjomat. To coś, co musi zaistnieć: dać lub zabrać, nagrodzić lub skarać, spłodzić albo zabić.
Dosięgłaś raptownym ciosem spojrzenia moje oczy, a nogi pode mną ugięły się jak trzciny. Nic nie mówiłaś, a jednak wiedziałem, że prosisz z uśmiechem na ustach, abym usiadł. Ten gest, to wejrzenie jak gdyby przypadkowe, bo nawet rozmowy nie musiałaś przerwać, i ten, który w ciebie się wsłuchał, kogo ty słuchałaś, nie spostrzegł się nawet w tej grze pomiędzy nami. W tej prostej relacji na linii syn - matka. W tym tylko nam znanym języku. W tym misterium. Gdzie sięgnę pamięcią, tam widzę tylko ciebie. Od chwili poczęcia złączeni w jedno ciało. I marzę, by tak zostało już na zawsze, a łono twoje niech będzie moim grobem.
Nie jestem twoim dzieckiem, lecz zakładnikiem, mamo. Od ciebie zależał mój los, przeszłość i przyszłość. Czy czynił ktoś cuda większe niż ty sama? Czy akt macierzyństwa to nie jest cud największy, nie stawia cię w gronie nadludzi i półbogów? To dzieje się przecież wciąż na naszych oczach, gdy dzielna kobieta wydaje światu novum. To człowiek, istota stworzona i rozumna. Tak wdzięczna i wierna do końca. Tak prawdziwa.
Myślałem o tobie na przekór tam obecnym, a utwór ponownie już zmierzał ku końcowi, wzbierając nad stołem wraz z dymem, wonią perfum, mieszanką waszych głosów, światłem lamp ulicznych, gdy znów nakazałaś, bym usiadł, tak spokojnie, że mogłem odebrać to niemal jak pieszczotę. Te oczy, na moment jedynie w bok patrzące, przebiły się przez salon i gnały w moją stronę, jak sztychy przykuły do ściany spięte ciało i wdarły się prosto do wnętrza, tak, najgłębiej.
Tymczasem ojciec spróbował cię dotknąć. Ten niby przypadkiem wykonany manewr. Gdy mówił, zataczał rękoma wkoło kręgi, a jeden z nich trafił na opór - twoje ciało - i zamiast powstrzymać się, kajać, wycofać - sięgnął po więcej, ten krótki gest czułości, a może ironii małżeńskiej, coś na pokaz, a może po prostu to rodzaj tej przemocy, gdy każde muśnięcie oznacza atak. Nie wiedziałem. Szumiało mi w uszach od ludzi, którzy pili, od tych, co się śmiali, mówili, brali udział. Od tego wszystkiego, co mnie od nich różniło, jak różnią się zawsze bliźniacy, choć podobni. Na pierwszy rzut oka bez większych sprzeczności, a jednak oddzielne w nich toczy się życie, a jednak osobno im przyjdzie z nim zawalczyć. Tak było też wtedy, gdy gest ojca wybrzmiał, gdy dłoń powiedziała mi więcej niż usta, i kiedy sięgałem po sztucer tam na ścianie, lecz tylko spojrzeniem, lecz tylko na razie. Dom zapłonął. Światło latarni skrzesało pierwszą iskrę. A może zapalnik był we mnie, w niej, w kim innym? A może nie było w tym niczyjej winy, jak wtedy, gdy los decyduje o wszystkim i odchodzi. Czekałem, aż ręka się cofnie, gdzieś zapadnie, aż ojciec spostrzeże ten nietakt, gwałt, zbrodnię, aż wreszcie zakończy się scena mojej klęski. I wtedy się stało: cofnął dłoń, przybrał maskę, a trwało to wszystko sekundę, może ponad. Mrugnąłem i znikło. Potem tylko: ta jego twarz. Ten pozór uśmiechu w otoku pomieszania. Ta z trudem skrywana odraza wobec siebie. Ta wściekłość każąca mu schować oczy, palce. To wszystko, co stało się fiaskiem, jednym z wielu. A potem twoja twarz, ten powrót do porządku, to krótkie, nieznaczne: już dobrze, już po wszystkim. Jak gdyby dotknięcie małżonka było grzechem. Jak gdyby ta scena była taka dziwna.
A we mnie coś pękło, coś wstało, coś krzyknęło, jak zawsze, gdy ktoś próbował mi cię zabrać. I światła pogasły za oknem - tak myślałem - i płyta zacięła się nagle w pół utworu. Wśród dymu, oddechów i spojrzeń, pośród głosów, zostałem złapany za rękę na zazdrości, a ludzie w salonie jak głusi albo ślepi, zdawali się nie mieć powodu do reakcji. Ich myśli być może nie było między nami, a w tobie widzieli znajomą, siostrę, kogoś, lecz nigdy kobietę, lecz nie obraz piękna. Oczami błądzili po ścianach, innych twarzach, a kiedy spotkali się z tobą, grom nie zabrzmiał. Niebieski chór nie zaśpiewał. Ziemia trwała. Zegar odmierzał minutę za minutą. I tylko ja jeden utknąłem pośród burzy, wśród głosów anielskich i stojąc nad przepaścią. A wszystkie zegary umilkły jak na rozkaz, wskazówki rzucały się jak w epilepsji. Zostań - myślałem wtedy - zostań ze mną zawsze, na wzór blizn lub wspomnień o pierwszym zakochaniu. Jak czasem zostaje z człowiekiem strach z dzieciństwa, jak często się zdarza pamiętać dawne krzywdy. Jak drzewa zapuśćmy korzenie, wiecznie wierni. Bo reszta jest tylko iluzją, nic nie znaczy. Bo wszędzie się czają wrogowie nasi, obcy. Bo światło na zewnątrz straciło w moich oczach, jak tracił cyferblat dziewiczość swojej tarczy.
I ciągle myślałem: co jest takiego w tobie, że dym ci nadawał powabu, uśmiech siły, a chmurka wonności na szyi i nadgarstkach dawała ci tarczę chroniącą przed złem świata. Skąd w tobie ta władza niechciana, mimowolna? Skąd w każdym spojrzeniu moc wiatru na morzu? Skąd, powiedz? Za późno. Nie dowiem się tego, jak działy się we mnie procesy, przemiany, dążące do swego rodzaju mną rządzenia, a jednak dające mi wolność, której chciałem. Dające coś więcej, co trudno wypowiedzieć, co zwykle ukrywa się w sobie, co jest wstydem, lecz z dumą się nosi przed sobą, patrząc w lustro, jak mały tatuaż na piersi, bunt młodości. Co zawsze odgrywa dla uczuć główną rolę i ginie na deskach tej sceny albo nigdy. Co wzbiera we wnętrzu, by w końcu wybuchnąć. Co wciąż czuwa. Ostrożność nam każe nie mówić o tym, milczeć, jak gdyby to było karalne - może było - a ludzkie spojrzenia, języki, brudne myśli, kazały udawać nam kogoś, kim nikt nie był, a wszystko dlatego, by spełnił się obyczaj, ważniejszy dla ludzi niż prawda o nich samych, spragnionych cudzej krwi i łez też nie swoich. Ludzie wilki. A my pośród tejże watahy niczym zbiedzy.
Tak stojąc, dochodząc do prawdy o nas samych, o spisku powziętym na przekór przeciwnikom, o tym, że tylko siebie przecież mamy, a życie dokoła jest niczym, nie istnieje, wracała ta pewność, że wszystko się ułoży, że będzie jak w latach dziecięcych, nasza bliskość, jak wtedy, gdy świat nas rozumiał, patrzył rzewnie, a czułość niekryta dawała szczęście, spokój. I gdybym przeczuwał, że wkrótce to przepadnie, że skończy się eon naszego współistnienia, że tryumf odniosą zły język oraz oko, że nic już nie będzie jak dawniej, jak tu, teraz, że los nam przeszkodzi w połowie naszej drogi, co trwać przecież mogła bez końca albo niemal - gdybym wiedział - to uwierz, powstrzymałbym zegary, wyrwane wskazówki wbijając w nasze serca, by śmierć mogła złączyć nas razem i od razu, choć brzmi to jak mowa szaleńca albo błazna. Mówię prawdę. Bo każda minuta samotna jest jak tysiąc, a każdy dzień zmienia się w lata, noc w dekady. I gdyby to można było powstrzymać, cofnąć. I gdyby raz jeszcze mieć szansę, choćby jedną. Gdyby wszystkiego nie przykrył płaszcz żałoby, żal, co z rozpaczą milczącą ciągle wzrastał, ból, który czynił z człowieka strzęp ostatni, coś wyzbytego cech ludzkich, żywotności. Gdyby pozostał na tronie Bóg nieodwrócony, dobry. Może to wszystko trwać by mogło jeszcze chwilę dłużej, jak trwają czasami momenty zapomnienia, wizje, jak dzieje się nieraz ze snami, z satysfakcją, jak zdarza się odczuć to ludziom pewnym siebie. Może i tak nie mogła mieć znaczenia taka chwila, lecz tylko "może", lecz tliła się nadzieja.
Czekałem na jeszcze jeden sygnał, twój ruch, słowo, acz nic już nie stało się faktem, kontakt zniknął, zerwała się lina łącząca nasze światy, a światła świeciły niczym latarnie morskie, dające nam znaki i szanse na ratunek. Mgła dymu wezbrała wokoło skał wybrzeża - kanapy, stół, szafa, straciły kontury, a głos był syreną okrętu, każdy inną, aż w końcu złączyły się w jedną, pełna zgodność, jak gdyby szukały właściwej wysokości dźwięku, a gdy ją znalazły, znalazły też siebie. Muzyka mglistej nocy. Za nią cisza. Bo pieśń czarnej płyty zdawała się milknąć, jak robi to ptactwo spłoszone, wzbite w przestwór, strachliwe i płoche, tłukące się w okna. A ja? Wciąż samotny na skraju przepaści, ostatni rozbitek i pierwszy sprawiedliwy. Za późno, by wzywać pomocy. Krzyk pobłądził, a ślady na piasku zatarły się po burzy. Nadciągał kataklizm, gotował się do ciosu, ukryty w ciemnościach ciemięzca ciągle czekał. Omeny jawiły się proste, coraz bardziej pewne, i tylko śledziło się kornie rozwój zdarzeń, jak gdyby ktoś z góry rozpisał wszystkie sceny, podzielił na partie i natchnął do działania. Opisy, dialogi, postacie, wszystko grało. Patrzyło się na to jak w obraz, jak na ekran. Logiczna sekwencja stawała się dogmatem, stawała się jasna i znana, ostateczna. Być świadkiem tych zjawisk to jak być ich twórcą, i jeśli coś mogło zaskoczyć mnie w tym czasie, to tylko mój własny rezonans wobec tego, ja sam byłem bardziej zagadką niż to wszystko, choć przecież poznałem sam siebie jak nikt inny - niech odda to wagę tych krótkotrwałych przeżyć, a może przeciwnie: trwających całą wieczność. Niech będzie świadectwem o prawdzie, o uczuciu, o wszystkim, co ważne, a co tak łatwo stracić. Czy ktoś uwierzy, gdy powiem, że wierzyłem? Czy jest ktoś taki, kto zdoła mi zaufać? Bo ja już nie ufam nikomu, wciąż uciekam, a moja ucieczka zaczęła się od chwili, gdy pierwszy raz nagle poczułem, że cię tracę, gdy z rąk mi zaczęła wypadać dawna siła, gdy coś poczynało rozpadać się na części, choć wciąż nie wiedziałem, czym było, jak powstało, gdy przepaść zdawała się wołać moje imię, rosnąć, a światła pogasły, choć dzień był daleko.
Gdzie miał początek ten bieg, ta gorączka? Czy w tamten wieczór, gdy salon tętnił życiem, gdy szkło się stykało ze sobą w toastach, gdy kłęby spalonej bibuły były wszędzie, a płyta skrzypiała pod igłą śpiewne tony? Wtedy? Czy wtedy pojąłem dopiero, że to koniec? Początek końca wciąż jeszcze niewyraźny, blady, a dla mnie jawiący się niemal namacalnie, tak pewny jak księżyc srebrzący się po nocy, gdy chłodne powietrze rozprasza w górze chmury. Ja wiedziałem. Lecz odkąd? Od czasu, gdy stałaś tam ze szklanką, szukając wybrednie wśród stosu płyt tej jednej, tej ważnej, tej naszej - wiedziałem: była nasza - tej ostatniej? Czy wcześniej? Czy dużo wcześniej, gdy jeszcze byłem dzieckiem, a ty mnie tuliłaś do piersi - lub inaczej: to ja do tej piersi tak lgnąłem, tak jej chciałem, jak chcieć można tylko spokoju albo zdrowia. Może później? Gdy do mnie mówiłaś: mój mały dżentelmenie, a ja już swobodnie mogłem stawiać kroki, choć nigdy (pamiętasz?) nie chciałem być daleko, i tylko krążyłem przy tobie jak elektron. Ten maminsynek - mówili. Ten spod klosza. Ten uczepiony maminej spódnicy. A ja trzymałem się kurczowo, jakbym tonął, jak gdyby ktoś ciągnął mnie prosto do bram piekieł. Czy to wtedy? Czy później, gdy miałem na twarzy pierwszy zarost (tak, ojciec wyśmiewał mnie, że wolno rośnie), i kiedy skrywałem uczucia, tłumiąc falę, co zalewała mnie mocniej i mocniej z każdym rokiem, choć wiem, że u innych ta fala opadała. Czułem się wtedy jak nagi, jak ci z raju, gdy karę wymierzał surowy actus purus. Doznałem skrzywdzenia i wstydu, dziwnych odczuć, nie znając zupełnie genezy ich i treści. A jednak musiałem zasłonić krocze liściem, musiałem odsunąć od ciebie swoje ręce, oczy, musiałem dla świata być tym, kim być nie chciałem: dorosłym człowiekiem i synem, tylko synem. A może to wszystko się działo dużo później, gdy szedłem po drodze wiodącej do cmentarza, gdy stałem nad grobem, nie wierząc w to, gdzie jestem, nie wierząc wciąż faktom mówiącym mi o tobie, gdy cię niezdarnie żegnałem, po swojemu, gdy w kuchni spotkałem się z ojcem, z żalem, z nożem.
Wiedziałem, nie wiedząc, że wiem, nie pojmując wcale, jak można cię stracić, pozwolić na tę stratę, nie strwonić w tej walce o ciebie życia, zdrowia, nie oddać w obronie wszystkich sił, nie zwyciężyć.
A salon tymczasem utonął w woni, dźwięku, i po raz kolejny zdołałaś ukryć przestrach, co tkwił w tobie zawsze, od kiedy pamiętałem, nieśmiałe napięcie, gdy ojciec chciał się zbliżyć, gdy dłonie szukały niepewnie twoich dłoni, ciała, gdy tylko nieliczni wiedzieli - ty, ja, ojciec - że była to próba kontaktu i rozejmu. Twój opór, a jego walkower, moja duma - ta całość zagrała w salonie jak adapter, co znowu odgrywał ostatnie partie pieśni, jak gdyby to trwało bez końca, bez początku. I nawet nie patrząc już na mnie, znak mi dałaś, że tylko ja jeden mam prawo, pozwolenie, że tylko ja jestem dziedzicem twoich włości. Byłem...
Papieros dogasał, kończyła się melodia, a w oczach obecnych uwaga przebrzmiewała. Te blaski zza okna nie dały nam w sen zapaść, lecz bledły, chowały się wolno, niosąc spokój. Kołysząc szarawe postacie i ich cienie. Władając scenerią i akcją, rozkazując. I kiedy powieki przymknąłem na ułamek chwili, to wszystko zniknęło: ci ludzie, pełne szklanki, ten dym, co unosił się wokół na wzór sieci, najmniejszy ślad czyjejś stłumionej obecności. I tylko adapter odgrywał pieśń ostatnią, współgrając z przyszłością i prawdą, która przyjdzie. Kat ostrzył narzędzie, sznur wiązał, broń ładował, a wszystko wśród taktów melodii, nut finalnych, co cichły, znikały, aż w końcu ich nie było. Zostało milczenie. Pozostał ból tajemny, co jeszcze nie zdołał ukazać się w zenicie. Ta cisza, ta pustka milcząca, ta zapowiedź burzy. Końcowy krzyk kogoś, kto kona, kto kruszeje. I głos czarnej płyty uparty i naiwny, przebrzmiały już nieco, daleki, coraz cichszy, tak słaby, lękliwy, złamany już w połowie, tak nagle stępiony, tak nagle, nagle... Ucichł.