Ludzie czystego serca - Susan Hill

-
Proszę czekać

1

Nad ranem mgła nad laguną była delikatna, gęsta i tak chłodna, że Simon Serrailler cieszył się, że włożył grubą kurtkę. Stał na pustym nabrzeżu Fondamenta, z podniesionym kołnierzem, opatulony w głuszącą ciszę. O świcie niedzielnego, marcowego dnia w tej części Wenecji, do której rzadko zaglądali turyści, nie było dużego ruchu. Zapracowane miasto odpoczywało, nie pojawili się jeszcze nawet ci, którzy rankiem chodzili na mszę.

Zawsze tu się zatrzymywał, w tych samych dwóch pokojach nad pustym magazynem, należącym do jego przyjaciela Ernesta - właśnie za chwilkę miał przypłynąć i zabrać go na drugi brzeg kanału. Pokoje były wygodne, skromne i pełne cudownego światła, odbitego od nieba i wody. Nocą panowała w nich cisza, a ruszając z Fondamenta, Simon mógł do woli przechadzać się wśród ukrytych podwórek, wypatrując rzeczy, które chciałby naszkicować. Przez ostatnie dziesięć lat odwiedzał Wenecję co najmniej raz w roku, zwykle jednak dwa razy. Te wynajmowane pokoje były zarówno pracownią artysty, jak i schronieniem inspektora policji. Podobne kryjówki urządził sobie jeszcze w Rzymie i we Florencji. Ale w Wenecji czuł się najlepiej i do Wenecji zawsze wracał.

Warkot silnika zabrzmiał, nim ze srebrzystej mgły nieopodal Simona wychynęła łódź.

- Ciao.

- Ciao, Ernesto.

Łódź była niewielka i funkcjonalna, pozbawiona wdzięku i dekoracji tradycyjnych weneckich gondoli. Simon położył pod siedzeniem brezentową torbę i zajął miejsce obok sternika. Zatoczyli łuk, kierując się ku otwartym wodom. Mgła niczym pajęczyna osiadała im na twarzach i rękach. Ernesto zwolnił, wreszcie nagle, jakby wycięli tunel w bieli, wyłonili się wśród światła, w którym Simon ujrzał leżącą przed nimi wyspę. Odwiedzał już San Michele wiele razy; rozglądał się, zapamiętywał widziane obrazy - nigdy nie korzystał z aparatu fotograficznego - wiedział, że o tej porze przy odrobinie szczęścia nie zastanie tam nikogo, nawet poskręcanych artretyzmem, ubranych na czarno wdów, które przychodziły opiekować się rodzinnymi grobowcami.

Ernesto milczał. Nie był typowym gadatliwym Włochem. Był piekarzem, pracował w przepastnej piekarni należącej od pokoleń do jego rodziny, od lat rozwoził kanałami gorące pieczywo. Za każdym razem kiedy Simon go odwiedzał, mówił, że jest ostatnim z rodu piekarzy. Synów nie interesowało to zajęcie, wyjechali studiować w Padwie i Genui, córka wyszła za dyrektora hotelu nieopodal placu Świętego Marka; gdy on przestanie wypiekać chleb, piece wystygną na zawsze.

Wenecja się zmieniała, tradycyjne rzemiosło obumierało. Młodzi nie chcieli zostawać w mieście, nie mieli ochoty na ciężkie życie i codzienną pracę na łodzi. Wenecja umiera. Simon jakoś nie potrafił uwierzyć, że Wenecja może zginąć, nie umiał brać na poważnie przepowiedni jej zagłady. Starożytne, magiczne miasto ciągle tu było, unosząc się na lagunie od tysięcy lat, na przekór złym wróżbom. Prawdziwa Wenecja przetrwa, nie tylko zatłoczona i kosztowna atrakcja turystyczna. Ludzie, którzy mieszkali i pracowali wśród kamieniczek Zattere, Fondamenta i kanałów za stacją kolejową, będą robić to samo za sto lat, wspierając się wzajemnie, obsługując gości hotelowych i miejsca odwiedzane przez turystów.

Ernesto jednak raz jeszcze powtórzył, że Wenecja umiera, machnięciem dłoni wskazując San Michele, wyspę zmarłych; wkrótce wszystko będzie takie samo jak ona, stanie się jednym wielkim cmentarzem.

Skręcili ku przystani. Simon wygramolił się z łodzi, zabrał torbę.

- Przyjadę w porze obiadu - oznajmił Ernesto. - W południe.

Simon pomachał mu i ruszył w stronę zadbanych alejek cmentarza i zdobionych nagrobków z marmuru.

Odgłos silnika łodzi ucichł niemal natychmiast, tak że słyszał już tylko swoje kroki i pokrzykiwania porannych ptaków. Poza tym panowała wręcz niezwykła cisza.

Dobrze przewidywał, nikogo tu nie było - ani jednej zgarbionej, starej kobiety w czarnej chuście na głowie, żadnej rodziny z chłopcami w krótkich spodenkach, niosącymi pęki kolorowych kwiatów, żadnych robotników, grabiących żwir w alejkach.

Wciąż panował chłód, ale mgła już się uniosła i wstało słońce.

Pierwszy raz trafił na ten pomnik kilka lat temu. Zanotował go sobie w pamięci, ale jak zwykle większość czasu spędzał wśród straganów, rysując stosy owoców, ryb i warzyw, tłum i przekupniów; nie miał czasu ani sił, żeby dokładnie zająć się wyspą-cmentarzem.

Dotarł do nagrobka i się zatrzymał. Na szczycie kamiennego postumentu stał anioł ze złożonymi skrzydłami, wysoki na może trzy metry, towarzyszyły mu trzy cherubiny. Cała grupa skłaniała głowy, pogrążona w rozpaczy, pełna powagi i niewzruszonego piękna. Chociaż rysy postaci wyidealizowano, Simon był pewien, że do rzeźb pozowali żywi modele. Na grobie widniała data "1822", twarze figur miały charakterystyczne, weneckie rysy, które po dziś dzień widywało się u starców w vaporetto, u chłopców i dziewcząt, przechadzających się w modnych ubraniach wzdłuż riva degli Schiavoni. Te same rysy można było rozpoznać na wielkich malowidłach w kościołach, gdzie wzrok ku górze wznosili święci, cheruby, dziewice i kościelni dostojnicy. Simon był tym urzeczony.

Znalazł miejsce, by przysiąść na występie jednego z przyległych pomników, wyjął szkicownik i ołówki. Przed wyjściem przygotował sobie termos kawy, zabrał trochę owoców. Światło ciągle było przymglone i panował chłód. Simon wiedział, że ma zajęcie na trzy najbliższe godziny. Przerywał tylko od czasu do czasu, aby rozprostować nogi, spacerując ścieżkami. O dwunastej miał przypłynąć po niego Ernesto. Wtedy zabierze rzeczy z powrotem do mieszkania, potem pójdzie na campari i zje obiad w trattorii, tej, do której zaglądał, gdy mieszkał w Wenecji. Później się zdrzemnie, a jeszcze później ruszy na spacer po ruchliwych zakątkach miasta, może nawet popłynie vaporetto wzdłuż Canale Grande i z powrotem, ot tak, dla samej przyjemności mknięcia po wodzie między starymi, chylącymi się, pozłacanymi kamienicami i patrzenia, jak w ich oknach zapalają się światła.

Dni, które spędzał w tym mieście, niewiele się od siebie różniły. Rysował, spacerował, jadł i pisał, spał, przyglądał się. Nie myślał o domu i swoim drugim, pracowitym życiu.

Tym razem jednak...

Wiedział, co przyciągnęło go na San Michele pod pomnik rozpaczających aniołów, wiedział, co sprawiało, że nawiedzał ciemne kościółki w różnych zakątkach miasta, wypełnione zapachem kadzidła, że krążył po nich, przypatrując się tym samym wdowom w czerni, klęczącym z różańcami albo zapalającym świece na lichtarzu.

Śmierć Frei Graffham, która przez krótki czas była detektywem w komisariacie policji w Lafferton, bolała go bardziej i dłużej, niż mógł się spodziewać. Minął rok, od kiedy ją zamordowano, a jego wciąż dręczyły straszne wspomnienia i to, że budziła jego emocje w sposób, na jaki nigdy by sobie nie pozwolił, gdyby żyła.

Siostra Simona, doktor Cat Deerbon, powiedziała mu, że pozwolił sobie na poważniejsze uczucia do Frei tylko dlatego, że umarła. Nie mogła mu odpowiedzieć i tym samym nie stanowiła zagrożenia.

Czy rzeczywiście czuł się zagrożony? Doskonale wiedział, co siostra ma na myśli, ale jeśli chodziło o Freyę, było inaczej.

Podźwignął się, poprawił szkicownik na kolanach. Nie rysował całego pomnika, tylko osobno twarz każdego z aniołów i cherubinów. Zamierzał wrócić tu później, by nakreślić cały monument, a potem dopracowywać szkic, póki nie będzie z niego zadowolony. Następna wystawa miała po raz pierwszy odbyć się w Londynie. Wszystko musiało wyjść jak najlepiej.

Pół godziny później wstał, żeby rozprostować nogi. Na cmentarzu wciąż było pusto, choć słońce stało już w zenicie. Grzało mu twarz, gdy ruszył ścieżką między czarnymi, białymi i szarymi nagrobkami. Już kilka razy podczas tej szczególnej wizyty w Wenecji zastanawiał się, czy mógłby tu zamieszkać. Zawsze pasjonowała go jego praca - obrał inną drogę kariery niż reszta rodziny, lekarze od trzech pokoleń. Ale zew tego drugiego życia, rysowania, może za granicą, od chwili śmierci Frei stawał się coraz silniejszy.

Miał trzydzieści pięć lat i mógłby dawno zostać komisarzem. Chciał tego.

Nie chciał.

Zawrócił ku rozpaczającym aniołom, jednak ścieżka nie była już pusta. W jego stronę szedł Ernesto. Na widok Simona podniósł rękę.

- Ciao.

- Coś się stało?

- Wróciłem po ciebie. Był do ciebie telefon.

- Z pracy?

- Nie. Twój ojciec. Chciał, żebyś oddzwonił.

Simon schował szkicownik i ołówki do brezentowej torby i szybkim krokiem poszedł za Ernestem do przystani.

Mama, pomyślał, coś się stało z mamą. Kilka miesięcy temu matka doznała niewielkiego wylewu, był to skutek podwyższonego ciśnienia i za dużego stresu, szybko jednak dochodziła do siebie, wyglądało na to, że nie będzie żadnych złych następstw. Cat powiedziała, że nie ma potrzeby, by odwoływał podróż.

- Nic jej nie jest, to nic poważnego. Nic nie wskazuje na to, żeby się powtórzyło. Jeśli by się coś z nią działo, zdołasz szybko wrócić.

I pewnie musi to teraz zrobić, myślał, stojąc obok Ernesta, gdy pędzili po wodzie oświetlonej teraz promieniami słońca.

Dziwne, że zadzwonił ojciec, a nie Cat. Richard Serrailler nie pochwalał kariery wybranej przez syna, nie pochwalał też jego zamiłowania do sztuki, a także bezżennego stanu. A czasem po prostu jego samego.

- Wydawał się czymś zmartwiony?

Ernesto wzruszył ramionami.

- Wspominał o matce?

- Nie, prosił tylko, żebyś zadzwonił.

Motorówka pomknęła w stronę Fondamenta, zrobiła zgrabny zwrot i się zatrzymała.

Simon położył dłoń na ramieniu Ernesta.

- Jesteś dobrym kumplem. Dzięki, że po mnie wróciłeś.

Ernesto tylko skinął głową.

Simon pobiegł ciemnymi schodami, które prowadziły z pustego magazynu do mieszkania, rzucił torbę i kurtkę na podłogę. Jakość połączeń telefonicznych poprawiła się od czasu, gdy wprowadzono nowe cyfrowe łącza, zaraz też usłyszał w słuchawce sygnał aparatu z Hallam House.

- Serrailler, słucham.

- To ja, Simon.

- Witaj.

- Czy z matką wszystko w porządku?

- Tak, dzwoniłem w sprawie twojej siostry.

- Cat? Co jej się stało?

- Chodzi o Martę. Dostała zapalenia płuc. Zabrali ją do szpitala w Bevham. Jeśli chcesz zobaczyć ją żywą, powinieneś wracać do domu.

- Jasne, ja...

Ale ojciec już odłożył słuchawkę. Richard Serrailler z nikim nie rozmawiał dłużej, niż było trzeba, zwłaszcza ze swoim synem policjantem.

Samolot do Londynu odlatywał wieczorom, a zdobycie w nim miejsca zabrało Simonowi pół godziny telefonowania i wymagało pomocy znajomego z włoskiej policji. Resztę dnia spędził na pakowaniu się, sprzątaniu mieszkania, umawianiu z Ernestem, żeby zabrał go na lotnisko. Dopiero gdy siedział już w zatłoczonym samolocie, mógł wreszcie spokojnie pomyśleć. Właściwie nic mu nie przychodziło do głowy. Telefon od ojca był nieoficjalnym rozkazem, a on go wypełniał bez gadania. Stosunki Simona z Richardem Serraillerem były tak złe, że traktował ojca jak jeszcze jednego przełożonego i żywił do niego równie ciepłe uczucia.

Siedział przy skrzydle, i dlatego gdy odlatywali, nie zobaczył laguny. Tym bardziej opuszczał Wenecję niechętniej niż zwykle, porzucał swoje schronienie, zajęcie, spokój, prywatną przestrzeń. Ten Simon Serrailler, który spacerował po mieście, przemierzał mosty nad kanałami, place, szedł ciemnymi, wąskimi przejściami między starymi, wysokimi kamienicami, siedział i szkicował albo wieczorami przy czymś mocniejszym rozprawiał z Ernestem i przyjaciółmi, był kimś innym od policyjnego detektywa z Lafferton, prowadził inne życie, miał odmienne troski i zainteresowania. Zazwyczaj podróż stanowiła czas przejścia z jednego życia w drugie, tego wieczoru jednak został rzucony w codzienność bez okresu spokojnej kwarantanny.

Zgasł znak, nakazujący zapięcie pasów, między fotelami potoczył się wózek z napojami. Simon poprosił o gin i butelkę wody mineralnej.

Simon Serrailler był jednym z trojaczków; pozostałych dwoje to siostra, Cat, lekarz internista, oraz brat Ivo, lekarz pracujący w Australii. Marta urodziła się dziesięć lat po nich, gdy Richard i Meriel Serraillerowie byli już po czterdziestce. Przyszła na świat kaleka umysłowo i fizycznie, większość życia spędziła w specjalnym domu opieki. Chyba rozpoznawała Simona - a może nie. Nikt nie był w stanie tego stwierdzić.

Zawsze gdy patrzył na siostrę, czuł się głęboko poruszony jej widokiem. Czasem leżała w łóżku, czasem siedziała na wózku inwalidzkim, gdzie jej ciało podtrzymywały pasy, głowę miała podpartą. Przy ładnej pogodzie zawoził ją do ogrodu i wędrował z nią ścieżkami wśród krzewów i klombów. Jeśli nie mógł tego zrobić, siedział w jej pokoju lub w jednej z poczekalni. Nie dawała żadnych sygnałów. Mówił do niej, trzymał ją za rękę, całował na powitanie i pożegnanie.

Z biegiem lat coraz mniej się przejmował, czy siostra go rozpoznaje i czy jego towarzystwo coś dla niej znaczy. Nawet jeśli jego wizyty nie miały dla Marty żadnego znaczenia, były ważne dla samego Simona, mniej więcej tak jak wizyty we Włoszech. Przy siostrze stawał się kimś innym. Czas, który spędzał przy niej, trzymając ją za rękę, gdy mówił do niej spokojnym głosem, pomagał jej pić drobnymi łyczkami przez słomkę albo jeść łyżką, pochłaniał go i uspokajał, odsuwał wszystko inne.

Marta wyglądała żałośnie, była brzydka i zaśliniona, niezdolna do porozumiewania się z innymi, nie reagowała na bodźce. W dzieciństwie Simon czuł się w jej obecności zakłopotany i spięty. Siostra się nie zmieniła - ale on tak.

Rodzice wspominali o Marcie od czasu do czasu, nigdy jednak nie omawiali szczegółowo jej stanu, a rozmowy oczyszczali z emocji. Co właściwie czuła do niej matka? Ojciec odwiedzał niepełnosprawną córkę, ale nigdy o tym nie opowiadał.

Każda choroba gwałtownie pogarszała jej stan, mimo to żyła już dwadzieścia pięć lat. Przeziębienia zmieniały się w infekcje dróg oddechowych, a te w zapalenia płuc. "Jeśli chcesz zobaczyć siostrę żywą"... Przecież takie choroby zdarzały się już wcześniej. Dlaczego tym razem miała umrzeć? Czy ojciec jej żałował? Czy to potrafił? Czy ktokolwiek to potrafił? A może teraz życzył jej śmierci? W głowie Simona wirowały myśli. Czuł, że musi z kimś porozmawiać. Kiedy dotrze do Heathrow, zadzwoni do Cat.

Napił się jeszcze ginu. W schowku nad głową spoczywały dwa szkicowniki pełne nowych rysunków, z których miał zamiar wybrać najlepsze i popracować nad nimi, a potem pokazać na swoim wernisażu. Może zresztą miał już wystarczająco dużo prac i dodatkowe pięć dni w Wenecji spędziłby tylko na wałęsaniu się bez celu.

Dopił gin z wodą, wyciągnął mały notes, który zawsze nosił przy sobie, i zaczął szkicować misternie uplecioną, zdobioną paciorkami fryzurę młodej Afrykanki, siedzącej naprzeciwko.

Samolot przelatywał właśnie nad Alpami.

2

Halo, to ja.

- Cześć! - Cat Deerbon jak zwykle ucieszyła się, słysząc głos brata. - Poczekaj Si, inaczej się ułożę.

- Wszystko w porządku?

- Tak, tylko nie wiem, jak się wygodnie usadowić. - Za kilka tygodni na świat miało przyjść trzecie dziecko Cat. - Dobra, już się usadowiłam i mogę... Słuchaj, dzwonienie z komórki z Włoch kosztuje fortunę, może ja oddzwonię?

- Jestem na Heathrow.

- Co...?

- Dzwonił tata. Powiedział, żebym wracał do domu, jeśli chcę zobaczyć siostrę żywą.

- O, jakże delikatnie.

- Jak zwykle.

- Mama i ja postanowiłyśmy, że nic ci nie powiemy.

- Dlaczego?

- Bo musisz wypocząć, a i tak nic nie zrobisz, Marta cię nie pozna...

- Ale ja ją poznam.

Milczała przez chwilę.

- Jasne, że poznasz. Przepraszam.

- Nic nie szkodzi. Słuchaj, będę późno, ale pojadę prosto do szpitala.

- Dobra. Chris pojechał na wizytę i równie dobrze on może tam zajrzeć, jeśli mu będzie po drodze. Przyjedziesz do mnie jutro? Jestem za gruba, żeby siadać za kółkiem.

- A co z mamą?

- Nie umiem ci powiedzieć, co ona czuje. Wiesz, jak jest. Jedzie tam, potem wraca do domu. Czasem tu wpada, ale niczego nie mówi.

- Co się właściwie stało?

- To, co zwykle. Przeziębienie, potem infekcja, teraz zapalenie płuc... Który to już raz? Ale teraz jej ciało z tym nie walczy. Organizm nie reaguje na kurację i Chris powiedział, że zastanawiają się nad tym, jak agresywna ma być terapia.

- Biedna mała Marta.

Cat odłożyła słuchawkę. Wciąż brzmiał jej w uszach głos brata, pełen troski i czułości. Do oczu napłynęły łzy, o co łatwo, kiedy jest się w ciąży... Dziś po południu do łez wzruszył ją nawet widok jednego z pluszaków córki, który wygnieciony i zmoczony deszczem leżał na trawniku. Niezgrabnie usadowiła się na sofie. Już prawie zapomniała, jak to jest czekać na poród. Sam miał już osiem i pół roku, Hannah siedem lat. Nie planowali trzeciego dziecka. Ona i Chris byli jedynymi pracownikami praktyki lekarskiej, praca pochłaniała im niemal cały czas, grafik mieli napięty do granic wytrzymałości. Chociaż chciała wrócić do przyjmowania pacjentów tak szybko, jak tylko zdoła, wiedziała, że na najbliższe sześć miesięcy wypadnie z obiegu, a potem przez rok będzie pracować w niepełnym wymiarze godzin. Zresztą teraz, gdy dziecko miało przyjść na świat, a ona już się z tym faktem oswoiła, chciała pobyć z nim w domu i mieć więcej czasu dla pozostałej dwójki, a nie pędem wracać do wyczerpującej lekarskiej pracy. Nie będzie miała czwartego dziecka, to było zatem kimś tak cennym, że Cat zamierzała się nim nacieszyć.

Leżała na sofie i starała się zasnąć, ale nie mogła zatrzymać rozpędzonych myśli. Jakie dziwne, a zarazem jakże typowe dla ojca było to, że zadzwonił do Wenecji i powiedział coś takiego. "Wracaj do domu, jeśli chcesz zobaczyć siostrę żywą".

A on sam jak często widywał Martę? Cat rzadko słyszała, aby z jego ust padało imię młodszej córki. Kiedyś doprowadził ją do furii, nazywając Martę "rośliną" w obecności Sama i Hannah. Czy wstydził się, że ma dziecko z uszkodzonym mózgiem? A może go to złościło? Czy winił siebie albo Meriel?

I co chciał osiągnąć, dzwoniąc do Simona, kolejnego dziecka, dla którego nie miał czasu?

Dla niej Simon, obok jej męża i dzieci, należał do grona osób, które kochała ponad wszystko.

Kot Mephisto pojawił się jakby znikąd, miękko wylądował na sofie obok niej i usadowił się wygodnie.

Zasnęli wszyscy troje.

3

Ulice były ciemne i prawie opustoszałe, chociaż dopiero wybiła dziesiąta wieczór. Światła szpitala Bevham jaśniały pełną mocą, a gdy Simon Serrailler skręcił w uliczkę dojazdową, minął go ambulans i na wyjącej syrenie popędził w stronę oddziału intensywnej terapii.

Simon zawsze lubił pracować nocą, od czasu, kiedy jeszcze jako mundurowy policjant chodził na patrole. Lubił to i teraz, choć z rzadka zdarzało mu się uczestniczyć w nocnych akcjach. Podniecała go nadzwyczajność sytuacji, sposób, w jaki wszystko stawało się intensywniejsze, każdy ruch i każde słowo zdawały się ważne, podniecało go uczucie zrodzone ze świadomości, że należy do osób zajmujących się ważną i czasem niebezpieczną pracą wtedy, gdy reszta świata śpi.

Wysiadł z auta na pustym parkingu i spojrzał na wielki masyw szpitala, gmach o dziewięciu kondygnacjach, do którego przylegały inne, niższe budynki.

Wenecja była lata świetlne stąd, choć na chwilę błysnął mu w głowie widok cmentarza na San Michele w chłodnym blasku niedzielnego poranka, wstążek żwirowych dróżek i cichych, pogrążonych w żałobie posągów. Tam, podobnie jak w szpitalu, nagromadziło się tak wiele emocji, stłoczonych w każdym zakamarku, że aż oddychało się nimi, czuło się je i wychwytywało ich woń.

Przeszedł przez szklane drzwi. Za dnia szpitalna poczekalnia przypominała halę lotniska, z pocztą, sklepikami i bezustannie przechodzącymi ludźmi. Szpital Bevham był kliniką, miejscem, gdzie doskonalili się lekarze wielu specjalności, z ogromnym personelem i ogromną liczbą pacjentów. Teraz, kiedy szpitalne biura i części, w których nie leżeli chorzy, pogrążyły się w ciemnościach, na ciche korytarze wypełzała prawdziwa, szpitalna atmosfera. Światła za wejściami na oddziały, skrzypienie stolika na kółkach, ściszone głosy, grzechot parawanów... Simon niespiesznie szedł w stronę oddziału intensywnej terapii. Atmosfera tego miejsca, bliskość życia spleciona z bliskością śmierci przytłaczała go, przyspieszała bicie jego serca.

- Panie inspektorze?

Uśmiechnął się. Dyżurująca pielęgniarka okazała się jedną z niewielu osób, którą znał z pracy.

Oddział był przygotowany na noc. Ustawiono parawany przy jednym czy dwu łóżkach, światła przygaszono. Gdzieś w tle delikatnie popiskiwały i buczały elektroniczne monitory. Śmierć zdawała się niedaleko, jakby czaiła się w cieniach za zasłonami, z ręką na drzwiach.

- Leży w sali obok. - Siostra Blake poprowadziła Simona przez oddział.

Pojawił się lekarz w podkoszulku, na szyi dyndał mu stetoskop. Wyszedł zza parawanu i przemknął, sprawdzając coś na pagerze.

- Robią się coraz młodsi.

Siostra Blake się rozejrzała.

- Mają teraz koło szesnastu lat.

Zatrzymała się.

- Pańska siostra leży tutaj... Jest spokojna. Doktor Serrailler spędziła z nią większość dnia.

- Jakie są rokowania?

- Ludzie w takim stanie jak pańska siostra często mają infekcje dolnych dróg oddechowych... A ona, jak pan wie, miała je dość często. Żadna fizjoterapia nie zastąpi ruchu.

Marta nigdy nie chodziła. Miała mózg niemowlaka i właściwie żadnych funkcji motorycznych. Nigdy nie mówiła, chociaż wydawała jakieś bełkotliwe i piskliwe odgłosy, nigdy też nie sprawowała kontroli na swoim ciałem. Leżała w łóżku albo siedziała na krześle lub wózku, przez całe życie głowę podtrzymywało jej specjalne rusztowanie. Kiedy była jeszcze małym dzieckiem, na zmianę nosili ją na rękach, ale zawsze sporo ważyła i gdy skończyła trzy lata, żadne z nich nie dawało już rady jej udźwignąć.

- To telefon oddziałowy, w dyżurce nie ma nikogo... jak zwykle brakuje personelu. Przyjdę, jeśli będzie pan czegoś potrzebował.

- Dziękuję, siostro.

Simon otworzył drzwi do sali C.

Najpierw jego nozdrza uderzył zapach. Woń choroby, zapach, którego nigdy nie cierpiał, ale to sam widok Marty na wysokim, wąskim i wyglądającym na niewygodne łożku ugodził go w samo serce. Monitory, z którymi łączyły ją rozmaite kable i przewody, migotały, ze stojaka zwisał worek z przejrzystą cieczą, bulgotał z cicha, gdy kropla po kropli ciecz ta odżywiała siostrę, sącząc się do żyły na ramieniu.

Kiedy jednak Simon zbliżył się już do łóżka i spojrzał na siostrę, cała maszyneria jakby zniknęła, stała się bez znaczenia. Simon widział ją taką, jaką zwykle oglądał. Marta. Dziewczyna o uszkodzonym mózgu, nieruchoma, blada, ciężka, ze strużką śliny spływającą z kącika lekko rozchylonych ust. Marta. Kto wie, czy w ogóle zdawała sobie sprawę ze swojego istnienia, z istnienia świata, wszystkiego, co ją otacza, wszystkich ludzi, którzy się nią opiekowali, kochającej rodziny. Nikt nie był w stanie się z nią porozumiewać. Jej świadomość i zdolność pojmowania były mniejsze niż świadomość domowego zwierzątka.

A jednak tliła się w niej jakaś iskierka życia, na której zew Simon odpowiadał od samego początku czymś głębszym i większym od współczucia czy nawet zwykłej więzi z osobą tej samej krwi. Nim zamieszkała w Ivy Lodge, często zabierał ją do ogrodu albo przymocowywał pasami do fotela samochodu i woził całymi kilometrami, pewien, że siostra z przyjemnością ogląda widoki. Pchał wózek przez ulice, by dać jej jakąś rozrywkę. Ciągle do niej mówił. Na pewno poznawała jego głos, chociaż nie miała pojęcia o znaczeniu wydawanych przez brata dźwięków. Później, kiedy odwiedzał ją w domu opieki, dostrzegał pełen skupienia spokój, który ją ogarniał, gdy tylko zaczynała go słuchać.

Kochał ją dziwną, czystą miłością, nierozpoznawaną, bez odpowiedzi i niczego się niedomagającą.

Wyszczotkowane włosy leżały swobodnie wokół głowy, spoczywającej na wysokiej poduszce. Twarz dziewczyny pozbawiona była wyrazu, nie oddawała żadnych konkretnych cech osobowości. Zdawało się, że czas ją ominął. Włosy Marty, które zawsze dla wygody opiekunów ścinano krótko, ostatnio urosły i połyskiwały w świetle wiszącej pod sufitem lampy. Miały ten sam płowy kolor, co włosy Simona.

Przysunął sobie krzesło, usiadł i chwycił siostrę za rękę.

- Cześć, skarbie, jestem przy tobie.

Spojrzał na nią, czekał na zmianę w oddechu, mrugnięcie, coś, co by pokazało, że wie, słyszy go, wyczuwa i że dodał jej otuchy.

Zielone i białe fluorescencyjne linie na monitorze płynęły przez ekran niewielkimi, regularnymi falami.

Oddech Marty był płytki, z trudem przedzierał się do płuc.

- Byłem we Włoszech, rysowałem... twarze. Twarze ludzi w kafejkach, ludzi płynących vaporetto. Twarze wenecjan. To są takie same twarze, jak te, które widać na wielkich malowidłach sprzed pięciuset lat, w ogóle się nie zmieniły, tylko ubrania są nowoczesne. Siedziałem w kafejkach i popijałem kawę albo campari, i po prostu patrzyłem na twarze. Nikt nie protestował.

Mówił do niej, ale Marta nie otwierała oczu. Zatonęła gdzieś daleko, głęboko, odeszła znacznie dalej, niż zdarzało się do tej pory.

Trwał przy niej godzinę, trzymając ją za rękę, i przemawiał do niej łagodnie, jakby uspokajał przestraszone dziecko.

Usłyszał, jak dyżurna popycha stolik na kółkach. Ktoś wołał. Na Simona opadło wielkie zmęczenie, gdyby złożył głowę na łóżku obok Marty, natychmiast by zasnął.

Trzasnęły drzwi. Ocknął się.

Jego szwagier, mąż Cat, Chris Deerbon, wślizgnął się do salki.

- Pomyślałem, że możesz tego potrzebować. - Podał mu styropianowy kubek z herbatą. - Cat mi mówiła, że tu jesteś.

- Nie wygląda to dobrze.

- Nie.

Simon wstał, aby rozprostować plecy, które zawsze go bolały, gdy zbyt długo siedział. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu.

Chris dotknął czoła Marty i spojrzał na monitory.

- Co o tym myślisz?

Deerbon wzruszył ramionami.

- Trudno powiedzieć. Przechodziła już przez to, ale teraz dużo rzeczy jest przeciwko niej.

- Wszystko.

- Niewiele życia jej zostało.

- To pewne?

- Tak sądzę - łagodnie odparł Chris.

Obaj patrzyli na Martę. Simon dopił herbatę i cisnął kubek do kosza.

- Wracam do domu. Dzięki, Chris. Jestem wykończony.

Razem ruszyli do wyjścia. Przy drzwiach Simon jeszcze raz się rozejrzał. Od kiedy przyszedł, nic się nie wydarzyło, nie było żadnego znaku, wyjąwszy chrypiący oddech i spokojne migotanie ekranu. Zawrócił, pochylił się na Martą i pocałował ją. Skórę miała wilgotną, pokrytą meszkiem, jak u noworodka.

Pomyślał, że już więcej nie zobaczy jej żywej.

4

Gunton?

Jasne, przecież musiało się coś zdarzyć, nawet dzisiaj, tylko po to, żeby wiedział, że nic się nie zmieni aż do jutra rano, do ósmej.

Odwrócił się.

Hickley trzymał ogrodowe grabie.

- Mówisz, że to jest czyste?

Andy Gunton zawrócił do podłużnej szopy, gdzie składowano wszystkie narzędzia. Przecież oczyścił widły z błota, starannie, jak zawsze. Jeśli Hickley, jedyny klawisz, z którym nigdy nie udało mu się dojść do porozumienia, znalazł jakiś brud między dwoma zębami, to musiał go tam sam wsadzić.

- Narzędzia nie mogą być brudne, wiesz, jak to jest. - Hickley podetknął Andy'emu grabie pod nos. No, dalej, mówił mu tym gestem, przyłóż mi, odpyskuj, miej czelność, rąbnij mnie... Zrób to i będę miał cię tutaj jeszcze miesiąc, sam zobaczysz.

Andy wziął od niego grabie i usiadł na ławce pod oknem. Starannie wytarł każdy ząb narzędzia, przeciągnął szmatą między ostrzami, potem raz i drugi przetarł rączkę. Hickley patrzył na niego z założonymi rękami.

Za oknem widać było opustoszały kuchenny ogród. Praca na dziś już się skończyła. Przez jedną dziwną chwilę Andy Gunton pomyślał, że będzie za tym tęsknił. Zasiałem ziarno, z którego nie zbiorę plonu, zasadziłem rośliny, którymi nie będę się opiekował, gdy zaczną rosnąć.

Przyłapał się na tych myślach i niemal się roześmiał.

Odwrócił się i wręczył strażnikowi oczyszczone na nowo widły do inspekcji. Nie miał pretensji do Hickleya. Zawsze się ktoś taki znalazł. Hickley nie przypominał innych strażników, którzy traktowali ich raczej jak nauczyciele uczniów i w rezultacie sprawiali, że podopieczni dawali z siebie wszystko. Hickley w więźniach widział tylko wrogów. Szumowiny. Czy Andy był szumowiną? Przez pierwsze kilka tygodni za kratami tak właśnie się czuł. Wszystko wstrząsnęło nim do głębi, a najbardziej nie mieściło mu się w głowie, że podczas schrzanionego skoku spanikował i popchnął niewinnego człowieka. Ten człowiek upadł na beton, rozbił sobie czaszkę i umarł. W głowie dźwięczało mu wciąż słowo "morderca", niczym kulka grzechocząca w pustej miednicy. "Morderca, morderca, morderca". A kimże jest morderca, jeśli nie szumowiną?

Czekał, a strażnik oglądał grabie. No dalej, może weźmiesz mikroskop. Proszę bardzo, i tak nie znajdziesz nawet drobiny brudu.

- Odłóż to.

Andy Gunton powoli wsunął trzonek grabi w metalowy stojak przy ścianie szopy.

- To już ostatni raz - powiedział.

Ale Hickley nie zamierzał życzyć mu szczęścia, prędzej by się udławił, niż pogratulował mu wypuszczenia na wolność.

"Nie daj się wkurzyć temu gnojowi", poradził mu ktoś pierwszego dnia, osiemnaście miesięcy temu. Przypomniał to sobie, kiedy odsunął się od Hickleya. Bez pożegnania i nie oglądając się za siebie, wyszedł z szopy, przemierzył ogród, kierując do wschodniego skrzydła Otwartego Więzienia Birley.

Z wentylatora w bloku kuchennym wydobywał się zapach gotowanych jajek. Przez otwarte okno słychać było piłeczkę stukającą po stole do ping-ponga: puk-stuk, puk-stuk.

Kiedyś, w pierwszym tygodniu spędzonym w więzieniu Stackton, jeden z klawiszy podsłuchał, jak Andy mówi: "Zawsze jest ten pierwszy raz". Warknął wtedy na niego: "Nie, Gunton, nie zawsze jest pierwszy raz, ale jest pewne jak cholera, że zawsze jest raz ostatni".

Wtedy, prawie cztery lata temu, wciąż jeszcze był nieprzystosowany i wstrząśnięty, ale te słowa wbiły mu się w pamięć jak strzała w cel i tam już zostały.

Ścisnęło go w dołku, gdy powróciła oszałamiająca myśl o świecie na zewnątrz. Już tam bywał, początkowo na wyprawach do sklepu w towarzystwie strażnika, potem w zieleniaku z dostawą, ale wiedział, że to nie to samo. Otwarte więzienie stopniowo rozluźnia kajdany, jednak ich nie zdejmuje. Mimo wszystko jesteś za kratkami, twój status określa miejsce, w którym śpisz i jesz, ci, którzy ci towarzyszą, twoja przeszłość, powód, dla którego się tu znalazłeś.

Zawsze jest raz ostatni. Zatrzymał się przed drzwiami na swój oddział i rozejrzał wokół. Ostatni dzień pracy. Ostatni raz czyścił grabie. Ostatni raz stanął oko w oko z Hickleyem. Ostatni raz zje ciepłe, gotowane jajko z ćwikłą i ziemniakami. Ostatni raz zagra w bilard. Ostatnia noc na pryczy. Ostatnia. Ostatnie. Ostatni.

Pozwalają twojemu ciału wychodzić na zewnątrz, ale umysł pozostaje za kratami, umysł nie może, nie waży się tam pójść.

Otworzył drzwi. Słońce późnego popołudnia muskało ściany o barwie grzybów, sprawiając, że wyglądały na jeszcze bardziej obskurne. Całe to miejsce wymaga przemalowania. Początkowo musieli się naprawdę bardzo starać i pewnie ktoś był dumny z wysiłków włożonych w to, aby pomieszczenie jak najmniej przypominało więzienną celę. W częściach ogólnie dostępnych więzienie Birley wyglądało jak klub młodzieżowy albo biuro. Teraz jednak wszystko wymagało odnowienia, przemalowania, remontu.

Ostatni raz, ostatni raz, ostatni raz. Wychodzi stąd. Wychodzi...

Andy otworzył okno. Przypomniał sobie pierwszych kilka dni i to, jak nie potrafił się przyzwyczaić do tej jednej drobnej rzeczy, możliwości otwarcia okna, gdy się tylko tego chce. Stał i zamykał, i otwierał okno, zamykał i otwierał.

Jutro ten pokój będzie już należał do kogoś innego. Jakiś inny człowiek przeniesiony z zakładu zamkniętego znowu będzie robił to samo. Otworzy okno. Zamknie je. Otworzy. Zamknie i tak raz po raz. Jutro.

Usłyszał pukanie do drzwi. Nie czekając na odpowiedź, do pokoju wszedł Spike Jones. Spike był w porządku.

- Chłopaki zbierają składy na mecz.

- Nie idę.

- Coś ty?

- Każą mi się już stąd wynosić.

- Jasne. Zabierasz Kylie Minogue?

- Jest twoja.

Spike roześmiał się i podniósł zrolowany plakat, oparty o szafkę. Posiedzi w Birley jeszcze dziesięć miesięcy. Zawsze miał ten plakat na oku.

- Rozmyślasz?

- Daj spokój.

Rozmyślania. Andy odwrócił się do otwartego okna. Rozmyślania. Nie. Rozmyślał na samym początku, przez pierwsze dni i tygodnie w Stackton, kiedy nie rozróżniał dnia od nocy, a w głowie mu huczało. Rozmyślania. Nie zawracał sobie nimi głowy, od kiedy tutaj trafił i dostał zajęcie w ogrodzie. Nie miał zamiaru znowu myśleć.

Wieczór mijał tak jak wszystkie inne wieczory, a on się z tego cieszył. Nie chciał, żeby cokolwiek było inaczej. Zjadł w kantynie i zapalił papierosa na zewnątrz, razem z kilkoma innymi, którzy oglądali mecz rozgrywany w świetle reflektorów. Potem wrócił do budynku i przez godzinę grał w bilard. O dziesiątej wrócił do pokoju, oglądał The West Wing.

Obudził się wstrząśnięty i spocony. Przyśnił mu się koszmar. Nocna lampka w kącie pokoju sprawiała, że nigdy nie panowała tam zupełna ciemność. Było po trzeciej rano.

I wtedy znów przeraził się tym, co miało nastąpić, zląkł się tak, że aż skurczył mu się żołądek i ścisnęło gardło. Cztery i pół roku życia w więzieniu, dostosowywania się, utrzymywania na powierzchni, chowania swojego ja tak głęboko, że samemu ledwie się wiedziało, kim się jest, cztery i pół roku rutyny, zasad, nauki i tych wszystkich emocji, które tutaj wybrzmiały. Cztery i pół roku przechodzenia z wściekłości w rozpacz, z rozpaczy w rezygnację, z rezygnacji w nadzieję - i wciąż od nowa. Za pięć godzin te cztery i pół roku dobiegnie końca. Za pięć godzin znajdzie się na zewnątrz. Za pięć godzin ten pokój, to miejsce będzie dla niego niczym, więcej, to on będzie nikim dla tego wszystkiego. Stanie się historią. Jego nazwisko zniknie z rejestrów, twarz zostanie zapomniana.

Za pięć godzin.

Andy Gunton położył się na plecach. Jeśli on czuł coś takiego po czterech i pół roku, co czuli ci, którzy wychodzili po piętnastu albo więcej latach? Czy dotykał ich nagły przypływ paniki na myśl o życiu bez murów, bez regulaminów, bez otępiającej rutyny, co szybko staje się jedyną rzeczą, której trzyma się kurczowo, bo daje bezpieczeństwo?

Przypomniał sobie pierwszy tydzień spędzony w Stackton. Miał dwadzieścia lat. O niczym nie wiedział. Smród tamtego miejsca i hałas, tępe twarze, podejrzliwe oczka, pragnienie nie tyle ucieczki, co po prostu zniknięcia, rozpłynięcia się. Chrapanie Joeya Butlera, pierwszego kumpla spod celi, odgłos, do którego nigdy nie potrafił się przyzwyczaić, przez który nigdy nie mógł się porządnie wyspać. Czerwone, łuszczące się plamki na ciele, które wybuchły egzemą, a zjawiły się po kilku nocach spędzonych na więziennym materacu. Nie mógł ich porządnie wyleczyć, dopóki tu nie trafił. Wspomnienia powróciły, przeżywał wszystko jeszcze raz, leżąc w zimnym blasku świateł na ścianie. Podobno pobyt za kratami dokonuje z tobą jednej z dwóch rzeczy. Albo zabiera ci duszę, tak że już nigdy nie będziesz należał w pełni do siebie, już na zawsze zostaniesz w więzieniu i zrobisz wszystko, byle tylko tam wrócić. Albo też więzienie cię przeraża, zmienia, mieli i wypluwa. Leczy.

Został uleczony w chwili, gdy oddał ubranie i włożył więzienne drelichy. Chciał, żeby właśnie wtedy go wypuścili. To by zadziałało. Już nie wróciłby za mury.

Skąd mógł wiedzieć, że poczuje się tak teraz, że po czterech i pół roku będzie bał się odejść, kurczowo trzymał tego, co już zna, na wpół pragnął, aby okazało się, że zaszła jakaś pomyłka i że ma jeszcze trochę do odsiedzenia, że jutro ten pokój wciąż będzie należał do niego.

Patrzył na lampki na suficie, a ich blask zaczął się zmieniać i mięknąć, przeradzając się w bladą szarość, w miarę jak wstawał świt.

Koniec wersji demonstracyjnej.