W niewoli
Wellington z wielkimi literami "SM-H" na kadłubie dopiero na końcu pasa
startowego oderwał się od ziemi. Nic dziwnego -?zbiorniki były pełne, a komory bombowe wypełnione maksymalnym ładunkiem -?4500 funtów, tj. 2050
kilogramów bomb. Tej nocy celem miała być fabryka silników lotniczych
Daimler-Benz na przedmieściu Stuttgartu -?Untertürkheim. Na wyprawę tę
305 Dywizjon Bombowy dał jedenaście załóg -?wszystko, czym w owej chwili
dysponował. Oprócz nich miało lecieć czterdzieści sześć załóg Royal Air
Force.
Załoga "H -?jak Helena" wiadomość o czekającym ją locie przyjęła bez
entuzjazmu. Był 23 sierpnia 1942 roku, niedziela, każdy miał jakieś
plany, tym bardziej że od kilku dni utrzymywał się niż, który,
rozciągając się nie tylko tu, nad Wyspami Brytyjskimi, ale i nad prawie
całym kontynentem, uniemożliwiał loty. Tymczasem jednak spece od pogody
z RAF-u otrzymali zaszyfrowane informacje o rozbudowującym się nad
wschodnią Europą układzie wysokiego ciśnienia. Już po południu tego dnia
miał on objąć swym wpływem Niemcy, przynosząc rozległe przejaśnienia.
Najbardziej chyba denerwował się drugi pilot, młodziutki plutonowy
Wojtyniak. Z mechanikiem Tomkiem Pieczańskim walczył o względy
fertycznej, ciemnowłosej angielskiej telefonistki. Właśnie na niedzielne
popołudnie był umówiony z nią do kina i liczył, że dzień ten przyniesie
mu rozstrzygający sukces w trwającej już od wielu tygodni rywalizacji,
którą pasjonowali się wszyscy młodzi podoficerowie bazy.
Sierżanci Stachowiak i Hordyński oraz plutonowy Kurzawa znosili swój los
z godnością, traktując go jako "dopust boży". Klęli tylko z cicha na
wyjątkowo wczesną godzinę startu. Jedynie dowódca załogi, "papa"
Kiewnarski, zachował swój nieodmiennie dobry humor. Temu niemłodemu,
czterdziestotrzyletniemu już mężczyźnie zawsze mało było latania,
zwłaszcza że dowódca dywizjonu, Wing Commander1 Kazimierz
Śniegula, chcąc jak najwłaściwiej wykorzystać człowieka o tak bogatych
doświadczeniach i zdolnościach pedagogicznych, wyraźnie go oszczędzał,
przydzielając mu najczęściej zadania szkoleniowe.
Kiedy startowali, ziemia zasnuta była warstwą niskich, deszczowych
chmur. Dopiero na wysokości jedenastu tysięcy stóp, na którą po
kilkunastu minutach ciężko wzbił się bombowiec, ukazała się za nimi
czerwona kula zachodzącego słońca.
-?Żadnych zmian, Tony? -?pierwszy pilot sierżant Stachowiak, pochodzący
podobnie jak większość kadry tego wielkopolskiego dywizjonu z Poznania,
miał niepisany przywilej zwracania się w ten sposób w czasie lotu
bojowego do majora Antoniego Kiewnarskiego. Było to przydatne wówczas,
gdy wymiana słów między pilotem a dowódcą musiała być ograniczona do
minimum. Poza tym łączyła ich stara znajomość i wzajemna sympatia -
przez sześć lat służyli w jednym pułku.
-?Nie, trzymać ciągle kurs sto piętnaście. Dopiero nad kontynentem dam
ci znowu znać.
-?To był dobry pomysł z tym przelotem nad Francją. Trochę dalej, ale
omijamy wszystkie gniazda os na północy, a przy tym szkopy będą sobie
dobrze łamać głowę co do celu naszej wyprawy...
-?Będą, nie będą, swoje nad celem i tak oberwiemy.
Znacznie zresztą prędzej, bo już nad wybrzeżem Normandii, zameldowała
się ciężka niemiecka artyleria przeciwlotnicza. Jej ogień, jakkolwiek
nieźle kierowany, był jednak zbyt rzadki, by poważnie zagrozić ciągowi
bombowców. Wkrótce też zamilkł zupełnie. Nad Francją zmienili kurs -
raz, potem drugi. Gdzieś koło jedenastej zabłysły nad samolotem gwiazdy.
Dobrze wykoncypowali ci z "meteo" -?pomyślał z uznaniem major.
Za oknami znów nieprzenikniona ciemność. Koncepcja przelotu nad środkową
Francją, słabo stosunkowo obsadzoną przez "Flak2", daje wyniki.
Nic nie zakłóca teraz lotu. Takie chwile to rzadkość podczas wyprawy na
nieprzyjaciela. Kiewnarski wraca z wieżyczki astro, gdzie brał kolejny
namiar, siada na swym miejscu za pilotem. Monotonnie, usypiająco grają
silniki. Antoni przymyka oczy. Zaczyna płynąć przed nim fala wspomnień.
...Dom rodzinny w dalekiej Moskwie... Zima. Szorstkie sukno wojskowego
płaszcza ojca, pachnące konwalią szubki matki; spacery ze służącą na
Arbat -?"Galinuszka" nazywał ją. Wieczorami zabawy żołnierzami w historycznych mundurach. Zrobieni byli z cyny, można ich było skręcać w rulon... Potem znów zabawa w wojsko, ale już mniej dziecinna -?w korpusie kadetów. I wreszcie podchorążówka, już w niepodległej Polsce...
Młody oficer dostaje niespodziewanie wyróżnienie: mianują go tłumaczem
przy francuskiej misji wojskowej. Ale ta "salonowa" służba nie pociąga
go -?odmeldowuje się do linii. Poznański 57 pułk piechoty, codzienna
służba urozmaicona współzawodnictwem w marszach wojskowych z pełnym
obciążeniem, w gimnastyce, pływaniu... Ta przyjemna, niewymuszona
atmosfera w pułku pogarsza się po przewrocie majowym 1926 roku.
Przyspiesza to jego od dawna przemyślaną decyzję. W kilka miesięcy
później jest już w Grudziądzu, na aplikacyjnym kursie
oficerów-obserwatorów. Lotnictwo staje się odtąd jego prawdziwą życiową
pasją. Wraca tym razem do 3 pułku lotniczego w Poznaniu -?na Potezach i Breguetach, stanowiących przez wiele lat wyposażenie eskadr
rozpoznawczych i bombowych. Zdobywa sobie opinię "żyły złota" -?zawsze
go to bawiło -?dlatego pewnie powierzają mu sprawy szkoleniowe. Zostaje
więc dowódcą najpierw eskadry, a tuż przed wojną dywizjonu w Centrum
Wyszkolenia Podoficerów Lotnictwa w Krośnie... Tak dziś ma przed oczami
łamiące się i walące pod impetem eksplozji hangary, warsztaty, koszary i domki mieszkalne, w których upłynęły najmilsze lata jego życia. Po
zniszczeniach 1 września nie było już czego tam szukać. Szkoła zostaje
ewakuowana i wraz z innymi jednostkami lotniczymi przechodzi granicę
rumuńską... Gorycz klęski, rozczarowanie tym, co przez dwadzieścia lat
nazywało się Polską, palące pragnienie odwetu na wrogu... Przy pierwszej
okazji przedostaje się do Francji. "Salonowe" tradycje wloką się za nim
-?generał Sikorski powołuje go na stanowisko swego tłumacza, a potem
adiutanta. Druga z kolei oglądana z bliska katastrofa narodowa oznacza
jednak -?o ironio -?pozytywną zmianę w jego życiu...
W kabinie robi się jasno. Jakiś samotny reflektor próbuje wymacać
przelatujące górą samoloty, ślizga się po niebie, gubi ślad, gaśnie.
...Tu, w Anglii, zgłasza się do służby w jednostkach lotniczych, zostaje
skierowany na trening, potem przydzielony do 305 Dywizjonu... Któryż to
jego lot bojowy? Zaraz, siedemnasty był na Kilonię, osiemnasty na Brest,
więc ten jest już dziewiętnasty...
No, teraz trzeba się skoncentrować. Dolatują właśnie do dawnej granicy
francusko-niemieckiej, gdzie zaczyna się
Luftverteidigungszone3. Od czasu kiedy runęła
Francja, nie jest ona już tak groźna; wiele baterii przeniesiono na
wybrzeża kanału La Manche, inne obsadzono szkolącymi się dopiero
rekrutami. Niemcy wyraźnie nie mogą się wstrzelać, wybuchy pocisków
rozkładają się na dużej przestrzeni. Stachowiak z nawyku raczej niż z potrzeby wykonuje kilka manewrów przeciwartyleryjskich.
Do Stuttgartu jeszcze dwadzieścia minut lotu. Przed celem nie trzeba
będzie nawet zmieniać kursu -?lecą prosto w łożu wiatru. Nawigator
jeszcze raz patrzy na szkic obiektu. Trzeba będzie wycelować w brzeg
Nekaru i od tego miejsca przeorać zakłady pełną serią. Wprawdzie ich
teren leży "w poprzek", długim bokiem prostopadle do kursu bojowego, ale
tuż za nim rozciągają się rozległe tereny dworca przetokowego. Dobrze,
jeśli i im się przy okazji dostanie.
Jeszcze kwadrans... Jeszcze dziesięć minut... I oto wyrasta przed nimi
nowa zapora ogniowa. Tym razem błyski wybuchów zaczynają ogarniać
samolot, który tańczy teraz i zapada się w potężnych wirach
powietrznych. Antoni patrzy w dal, rzuca okiem na mapę i właśnie chce
nanieść w swym notesie uwagę "baterie koło Böblingen wyraźnie
wzmocnione", gdy do uszu jego dobiega ogłuszający trzask, zgrzyt dartego
i dziurawionego metalu, do kabiny wdziera się lodowata struga powietrza,
niosąc charakterystyczny zapach trotylu. Samolot opuszcza nos, jak
kamień spada w dół, tonacja silników zmienia się raptownie.
-?W porządku, Tony -?w intercomie rozlega się podekscytowany, ale
radosny głos pierwszego pilota. -?To tylko unik! Stery w porządku,
silniki...
-?Prawy traci obroty! -?woła nagle Wojtyniak.
Sytuacja staje się poważna. Pracujący coraz słabiej silnik wymaga od
pilota intensywnego wysiłku przy sterowaniu. A pociski rozrywają się w dalszym ciągu w niebezpiecznej odległości, odłamki łomocą po kadłubie i płatach. Na szczęście widać już Stuttgart, oświetlony pierwszymi
ogniskami rozprzestrzeniających się szybko pożarów. Kiewnarski łatwo
odnajduje połyskującą wstęgę rzeki, stapia się w jedno z przyrządem
celowniczym.
Wszystko zależy teraz od tego, czy pilot zdoła utrzymać samolot
dokładnie na kursie bojowym, nie zmieniając przy tym prędkości lotu. A to jest właśnie najtrudniejsze, bo prawy silnik pracuje nierówno,
kaszle, przerywa. W wizjerze widać nareszcie fabrykę. Antoni zwalnia
bomby i przechodzi do tyłu, by zaobserwować skutek. Leżą w celu, choć
seria jest trochę krótka. No trudno...
Stachowiak ostrożnie, łagodnym skrętem oddala się od miasta. Każdy
gwałtowniejszy manewr z tym stojącym prawie silnikiem oznaczałby ślizg
na skrzydło, a potem korkociąg... Taki lecący stałym kursem samolot jest
gratką dla artylerzystów, którzy też nie żałują mu pocisków.
-?Myśliwiec, lewo góra! -?rozległ się nagle głos tylnego strzelca.
Spotkanie uszkodzonego bombowca z samolotem myśliwskim było właściwie
grą do jednej bramki, ale załoga podjęła walkę. Rozjazgotały się
sprzężone poczwórnie karabiny maszynowe tylnego stanowiska bojowego.
Messerschmitt przedarł się jednak bokiem przez tę zaporę i otworzył
ogień z najbliższej odległości. Ten sposób prowadzenia walki zdradzał
starego wygę. Pierwszy atak nie przyniósł mu wprawdzie sukcesu,
powtórzył go jednak w chwilę potem. Świetliste smugi otoczyły maszynę,
tu i ówdzie brzęknął przecinany metal. Antoni, który właśnie przechodził
do tyłu, by obsadzić drugi boczny karabin maszynowy, poczuł tępe
uderzenie w prawe udo i osunął się na podłogę. Stracił przytomność.
Odzyskał ją pod wpływem dotkliwego bólu. Ktoś szarpał nim
niemiłosiernie.
-?Panie majorze, panie majorze! Jeszcze chwileczkę, muszę tylko dopiąć
panu spadochron.
-?Jak z samolotem? -?zapytał słabym głosem Kiewnarski.
-?Musimy skakać i to zaraz! Nasze pudło rozlatuje się na kawałki. Niech
pan major spróbuje wstać!
-?A tamten?
-?Odleciał. Może nas zgubił, a może dostał... Niech się pan major
podniesie, bo sierżant Stachowiak dał rozkaz do opuszczenia maszyny! Nie
może jej już dłużej utrzymać...
Pod sunącym ostrym ślizgiem ku ziemi samolotem wykwitły czasze
spadochronów. Silne szarpnięcie na nowo sprawiło Antoniemu przejmujący
ból... Jeszcze gorzej było przy lądowaniu -?spadochron długo ciągnął go
po ziemi. Kiewnarski nie miał siły, by się z niego uwolnić, zdołał tylko
wyciągnąć z kombinezonu nóż i przeciąć pasy. Półprzytomny przeszło
godzinę leżał na polu. Niewyraźnie słyszał zbliżające się głosy. Niemcy
dostrzegli biały spadochron i skierowali się w jego stronę. W kilka
minut potem znaleźli rannego lotnika...
W szpitalu Kiewnarski spędził długie tygodnie. Odłamki pocisku z działka, który eksplodował na pulpicie nawigatora, poszarpały mu udo i utkwiły -?maleńkie jak igiełki -?w biodrze i plecach. Zanieczyszczona na
polu rana jątrzyła się, wychodziły z niej co pewien czas kawałki metalu.
Dopiero pod koniec 1942 roku wypisano go ze szpitala. Pod strażą
podoficera Luftwaffe przewieziono rekonwalescenta na dworzec i wsadzono
do osobnego, zarezerwowanego przedziału w pociągu. Nie upłynęło parę
minut, a drzwi otworzyły się znów i weszło dwóch jeszcze Niemców,
prowadząc młodego, niewysokiego, dobrze zbudowanego kapitana w mundurze
lotniczym z naszywkami "Poland".
-?Pan major pozwoli przedstawić się -?powiedział przybysz. -?Stanisław
Król, trzysta szesnasty dywizjon!
Warkliwe "Maul halten!" towarzyszącego Antoniemu Gefreitera przerwało
wymianę towarzyskich grzeczności. Do rozmowy mogli wrócić dopiero po
dłuższym czasie, gdy dowódca eskorty, oberfeldfebel, dał się ułagodzić
paczką angielskich papierosów. Antoniego od samego początku raziło coś w wyglądzie towarzysza. Dopiero po dłuższym czasie zdołał zdać sobie
sprawę, co to było. Toteż, gdy Niemiec dał im znak, że nie interesują go
ich pogawędki, natychmiast przeszedł do tematu:
-?Panie kapitanie, przykro mi, że muszę zacząć rozmowę od zwrócenia panu
uwagi, ale wydaje mi się, że zwłaszcza tu, wobec wroga, powinniśmy dbać
o nienaganny wygląd. Ta buraczkowa... szmatka na szyi naprawdę nie
dodaje panu wojskowego wyglądu. Czy jest pan przeziębiony, czy nie ma
pan czegoś innego?
Tamten przesunął poszarpany, nadpalony strzęp.
-?I mnie przykro, panie majorze, ale po pierwsze to jest odznaka mojego
dywizjonu, po drugie podarowała mi to moja sympatia, a po trzecie ten
szal uratował mi życie.
-?No, w jakiż to sposób?
-?To było tak: polecieliśmy całym skrzydłem na wymiatanie w rejon Rouen.
Pan wie, w St. Omer jest baza ich pułku myśliwskiego, więc liczyliśmy,
że ich stamtąd wywabimy. Major Tura...
Kapitan przerwał, dostrzegłszy groźną minę Kiewnarskiego. Chrząknął i po
chwili zaczął mówić dalej:
-?Tak... Więc dowódca dywizjonu dostrzegł dwie pary Focke-Wulfów i posłał na nich eskadrę "B". Dobrze zrobił, że nie całość, bo za chwilę
od słońca zwaliło się na nich z dziesięć Hunów. Wtedy my weszliśmy do
akcji. Wyrównywałem właśnie maszynę po ostrzelaniu Focke-Wulfa, który
umknął przewrotem, gdy zagrzechotało po kadłubie mego Spitfire'a.
Przecięli mi przewody glikolu, biały dym wypełnił momentalnie kabinę.
Zatkało mnie. Niech pan sobie wyobrazi, że nie mogłem odsunąć osłony.
Uchwyt namacałem dopiero wtedy, gdy kabina stała już w ogniu.
Wygramoliłem się z niej półprzytomny. Pęd powietrza wyszarpnął mnie,
musiałem uderzyć o stery, bo na chwilę dostałem black-out. Wie pan, co
mnie uratowało?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki