Ludwik II Bawarski - Jean des Cars

-
Proszę czekać

PRZEDMOWA

Od ponad stu lat ludzi nieustannie fascynują życie i tragiczne losy króla Ludwika II Bawarskiego. Powszechnie wiadomo, że władca ten został uznany za obłąkanego i umarł w tajemniczych okolicznościach, zbudowawszy bajkowe zamki, które są klejnotami architektury Południowych Niemiec.

Nie ma w tym zdaniu nieścisłości, ale jest ono zbyt zdawkowe. Zwiedzając Bawarię, zapragnąłem, jak inni, lepiej poznać tego króla, nie zrozumianego przez współczesnych, ale zrehabilitowanego przez rzesze ludzi, którzy co roku odwiedzają jego pałace lub udają się do Bayreuth, świątyni sztuki wagnerowskiej, która w 1976 roku święciła stulecie swego istnienia i której on był promotorem i mecenasem.

W Niemczech, a przede wszystkim w Bawarii, Ludwik II jest przedmiotem czci i bardzo żywego kultu. Świadczy o tym zorganizowana w 1968 roku w Monachium wystawa. Odkąd zapoczątkowałem moje prace badawcze w 1972 roku, Ludwik II Bawarski stał się znów, także poza granicami, postacią modną. Najpierw literatura, a potem film i telewizja udzieliły swej magii temu dziwnemu królowi. W tym miejscu możemy tylko wyrazić zadowolenie z prezentacji, latem 1983 roku, nareszcie kompletnej wersji mistrzowskiego filmu Luchino Viscontiego Ludwig. Jest to pełen polotu i przepychu obraz, w zasadzie wierny prawdzie historycznej i paradoksom samej postaci, sugestywnie zagranej przez aktora Helmuta Bergera. Dzieło gęste, obfitujące w skróty, któremu trzeba się dać porwać, pod warunkiem, że mamy pewną wiedzę na dany temat. Pomińmy modę, krzywdzące byłoby bowiem nie wspomnieć o wytrwałej i często niewdzięcznej pracy historyków niemieckich; ich badania, imponujące ze względu na skalę i poziom, są niestety mało znane szerszym kręgom czytelników.

Pisząc tę książkę, opierałem się, ilekroć to było możliwe, na ich cennych opracowaniach. Dotyczy to książki Michaela i Detty Petzet. Konserwator bawarskiego zarządu pałaców, jezior i ogrodów, dr Petzet, wspomagany przez swoją małżonkę, scenografkę, opublikował nadzwyczajne dzieło na temat kontaktów artystycznych między Ludwikiem II a Ryszardem Wagnerem[1]. Informacje, często oparte na niepublikowanych źródłach, jakich dostarcza ten ośmiusetstronicowy tom, czynią z niego biblię przedmiotu.

Pragnę złożyć moje podziękowania za dodanie mi odwagi i przychylne przyjęcie pani Blandine Ollivier, prawnuczce Franciszka Liszta, córce bratanka Ryszarda Wagnera, której klasyczny już tom korespondencji między królem a kompozytorem był mi nieodłącznym przewodnikiem. Owa korespondencja, jedna z najpiękniejszych i najbogatszych, zasługuje na to, by ciągle ponawiać jej lekturę. Przemawia w niej historia w pierwszej osobie.

Moje podziękowania należą się także panu Pierre'owi Gaxotte z Akademii Francuskiej, który entuzjastycznie odpowiedział na moją prośbę o wskazówki bibliograficzne. Dziękuję również doktorowi Hansowi Railowi, dyrektorowi królewskich archiwów Bawarii.

Jego Wysokość książę Franz von Bayern zechce przyjąć wyrazy mojej wdzięczności.

Wreszcie nie sposób zapomnieć o pani Monique Travers, profesor języka niemieckiego, która zechciała podjąć się przekładu tekstów pozwalających mi bliżej poznać złożoną osobowość, a nawet życie codzienne, króla.

Skromnym zamierzeniem tej książki jest wysnucie opowieści o niepospolitym człowieku i królu innym niż wszyscy wbrew panującym mylnym przekonaniom. A także obalenie opinii, że król Bawarii był władcą przeciętnym, pozbawionym wolnej woli, istotą próżną, zajętą jedynie własnymi przyjemnościami. Pod wieloma względami Ludwik II jest wielkim zapomnianym królem.

Rozdział 1ROMANTYCZNY KSIĄŻĘ

Leżące na południe od Monachium jezioro Starnberger rozpościera swoje szare wody na długości około dwudziestu kilometrów. Miejsce tchnie spokojem. Zachowało wiejski wygląd stanowiący o uroku Bawarii i dla wielu monachijczyków jest celem przyjemnych spacerów. Pełne wdzięku miejscowości, ładne wille, zamek, stary klasztor, droga wśród świerków, od której odchodzą liczne zejścia nad jezioro, a w tle majestatyczne Alpy - wszystko to tworzy kojący krajobraz, nostalgiczną scenerię istniejącą jakby poza czasem.

Dwa kroki od brzegu porośniętego trzciną wznosi się ponad wodą drewniany krzyż. Jeśli przechodzień wejdzie kilka metrów do tej niezbyt głębokiej wody, zauważy wieniec kwiatów otaczający podnóże krzyża, a pod nim tablicę pamiątkową.

Zwiedzający zatrzymuje się tu niekiedy na parę chwil, z dala od tłumu turystów. W tych płytkich wodach rozegrała się tragedia zapisana w historii, w tajemniczy sposób wypełniło się tu bowiem przeznaczenie osoby niepospolitej. Tutaj w niedzielny wieczór 13 czerwca 1886 roku, w dzień Zielonych Świątek, dobiegło kresu życie człowieka, a narodziła się legenda króla. Legenda bogata w detale, w świetle latami bowiem, pośród nocy wróżącej nadciągającą burzę, odnaleziono ciała - króla Ludwika II Bawarskiego i jego lekarza, doktora von Guddena, utopionych w mętnej i płytkiej wodzie.

Krzyż wznosi się dokładnie w miejscu, gdzie zanurzone były zwłoki władcy. Jest więc to miejsce, jak to zwykle bywa, celem pielgrzymek. Miękkie fale jeziora Starnberger uderzają o cokół, nieoczekiwaną przeszkodę, jaką ludzie umieścili tu ku pamięci potomnych. Pamiątka skromna, często mijana z obojętnością przez amatorów sportów wodnych i dzikiego kempingu. Nieopodal kaplica w nie najlepszym guście również upamiętnia ten dramat.

Ludwik zginął w scenerii romantycznej, w wodach, które są niekiedy równie gładkie, jak gładkie było oblicze tego młodego monarchy, niekiedy zaś wzburzone nagłym porywem, jak bywała jego głowa zdana na pastwę najbardziej niedorzecznych pomysłów. Można by rzec, że Ludwik dobrze wybrał miejsce swojej śmierci. Albowiem jezioro Starnberger było tłem, okazją i pretekstem do przeżycia najszczęśliwszych i najpogodniejszych dni jego życia. Ludwik zaznał tu szczęśliwości serca i spokoju ducha, a więc rzadkich chwil ukojenia pośród burzliwej i samotniczej egzystencji.

Ów król, któremu przypadł w udziale tragiczny los, urodził się w zamku Nymphenburg, na zachód od Monachium, w poniedziałek 25 sierpnia 1845 roku. W Bawarii trwało pełne blasku lato, a wiecznie białe szczyty stanowiły wyzwanie dla słońca, w którym dojrzewały zboża. Panował piekący upał, godny kontynentalnego klimatu tego regionu. Południowy wiatr fen, swymi podmuchami wysuszający wszystko wokoło, wypłoszył ze stolicy bawarską rodzinę królewską, która schroniła się na zamku w Nymphenburg, jednym z najważniejszych zabytków stylu barokowego w Niemczech. Budowany w latach 1664-1758, za panowania czterech władców, zamek ten w czasie wielkich upałów jest prawdziwą oazą. Park, zaprojektowany najpierw na modłę francuską przez dwóch uczniów Le Nôtre'a, został przekształcony na angielski z początkiem XIX wieku. Tylko tu i ówdzie rokokowe pawilony swoimi złoceniami rozświetlają ciemną masę drzew.

Tego poniedziałku w całym zamku panowało poruszenie. Myśli wszystkich biegły w stronę jego południowego skrzydła. W empirowej sypialni po środku wielkiego mahoniowego łoża leżała w bólach porodowych księżniczka pruska Maria, małżonka księcia Maksymiliana Bawarskiego. Znaczone kurantami zegarów godziny mijały w napięciu.

Przedpołudnie wlokło się bez końca. W salonie przyległym do sypialni oczekiwano narodzin. Oczywiście był tam ojciec dziecka, trzydziestoczteroletni Maksymilian. Choć zazwyczaj flegmatyczny, teraz przemierzał pokój wzdłuż i wszerz. Na pewno był niespokojny: trudno zapomnieć, że siedem miesięcy po ślubie, w 1843 roku, Maria urodziła martwe dziecko i sama omal nie straciła życia. Maksymilian miał nadzieję, jego teściowa zaś, królowa Teresa von Sachsen-Hildburghausen, modliła się, aby Niebiosa tym razem miały w swej opiece zarówno matkę, jak i dziecko.

Jedynym człowiekiem objawiającym w tym salonie zdecydowany optymizm był dziadek dziecka, które miało się narodzić.

To król Bawarii Ludwik I, rządzący krajem od dwudziestu lat. Był spokojny, całą nadzieję pokładał w kalendarzu - 25 sierpnia przypada świętego Ludwika, patrona Bawarii i Francji. A czy król Bawarii nie był chrześniakiem Ludwika XVI? Był to więc dzień jego imienin i urodzin zarazem. Szczęśliwa wróżba...

To będzie chłopiec.

Cebulaste dzwonnice wybiły już dwanaście uderzeń. Kilka minut później dwuskrzydłowe drzwi wreszcie się otworzyły, a zza nich dobiegł płacz noworodka. Dziecko żyło, matka również. W sypialni obitej zielonym jedwabiem i atłasowym haftem lekarze rozstąpili się przed położnym.

Ten zbliżył się do króla.

- Wasza wysokość, to chłopiec.

Stary monarcha był bardzo wzruszony. "To chłopiec". Doskonale usłyszał dobrą wiadomość pomimo głuchoty nabytej w młodości na skutek huku w czasie szarżowania artylerii francuskiej. Wszystkich obejmował i ściskał: przyszłość korony została naturalnie zapewniona, odkąd rodzina królewska ma męskiego potomka.

Jest dwunasta trzydzieści; dziecko urodziło się o tej samej godzinie, co jego dziadek. Odprawiono posłańca do Rezydencji w Monachium, pałacu zimowego, opuszczonego przez dwór z racji upałów. Wkrótce sto jeden salw oznajmi monachijczykom, że król ma wnuka, a tron - przyszłego pretendenta.

W udekorowanym i rzęsiście oświetlonym Nymphenburgu Maksymilian, odzyskawszy spokój, streścił swoją radość w słowach skierowanych do młodszego brata:

- Jakie to cudowne przeżycie być ojcem!

Król, po oględzinach całego jeszcze w zmarszczkach i czerwonego noworodka, wycofał się do swego gabinetu. Pilny rymotwórca, niepoprawny poeta, przywołał muzy, by wsparły jego pióro, wydarzenie bowiem zasługiwało na kilka zgrabnych wersów. Napisał:

Tylko człek opanowany

Godzien zasiadać na tronie;

Pamiętajże o tym zawsze.

Potem starannie schował kartkę do biurka, obiecując sobie wręczyć ją - lub zlecić wręczenie - wnukowi w dzień osiągnięcia pełnoletności. Nazajutrz, we wtorek, jego eminencja arcybiskup Monachium Budsattel udzielił dziecku chrztu w wielkiej sali zamku Nymphenburg.

Król trzymał małego księcia.

Ojcami chrzestnymi byli król pruski Fryderyk Wilhelm IV, przybyły poprzedniego dnia, i nieobecny król Grecji, Otton I, brat Maksymiliana, a więc stryj dziecka. Jego matka Maria zapisze w Hauskronik, swoim osobistym dzienniku, któremu powierza wydarzenia rodzinne, że "dziecko przez kilka dni miało na imię Otto, później nazwano je Ludwik, aby sprawić przyjemność dziadkowi". Trudno było w istocie nie nazwać go Ludwikiem. Imię Otto nadane zostanie bratu Ludwika, który urodzi się trzy lata później, 27 kwietnia 1848 roku.

Świecę chrzcielną trzymał Adalbert, inny stryj niemowlęcia. Zgromadzone wokół niego koronowane głowy, spora część Almanachu Gotajskiego, dobrze obrazują, czym była ówczesna Bawaria: centrum geograficznym, historycznym i kulturalnym wielkiej rodziny - Europy, której nowe oblicze, wstrząsane spazmami rewolucji i konwulsjami wojen, wkrótce się zarysuje. Dwukrotnie Bawaria przestanie być miejscem krzyżujących się wpływów, by stać się stawką w grze politycznej. Nastąpi to wówczas, gdy panować będzie dziecko, które właśnie zostało namaszczone krzyżmem.

Pierwsze lata życia Ludwika II są naznaczone dwoma wydarzeniami zupełnie różnej natury: jedno ma związek z jego zdrowiem, drugie należy uznać za zrządzenie losu.

Gdy miał osiem miesięcy, w kwietniu 1846 roku, mamka dostała gorączki i niedługo potem ostrych dolegliwości nerwowych i jelitowych, na skutek czego zmarła. Dzisiaj wiemy, że był to tyfus. Dziecko, nagle odstawione od piersi, także zachorowało i niebawem jego stan zdrowia budził jak największy niepokój. Czy był to tyfus, którego bakterie i zakaźność nie były jeszcze wtedy znane? Jeśli tak, to czy możemy dopatrywać się następstw tej choroby w niektórych dolegliwościach, jakie ujawnią się u dziecka dużo później? Nie jest to wykluczone. W każdym razie brutalne odstawienie od piersi mamki uznane jest przez specjalistów za czynnik nie pozostający bez wpływu na dziecko. Jeden z nich, neuropsycholog dr Robin, w pracy, do której jeszcze powrócimy1, pisze w związku z tym: "Na temat początkowego okresu pielęgnacji dysponujemy tylko jedną informacją, ale jest ona niezwykle ważna". Czy należałoby zatem widzieć w tym incydencie przyczynę pierwszego szoku psychicznego, jaki przeżył Ludwik II? Dr Robin stawia między wierszami taką hipotezę, która ma tę zaletę, że jest mało znana.

Tego samego roku inne wydarzenie, wydawałoby się nie dotyczące Ludwika II, wstrząsnęło jednak jego życiem.

Jego dziadek, król Ludwik I, którego narodziny wnuka tak uradowały, ukończył sześćdziesiąt lat. Poddani uważali go za dobrego króla, ale był on przede wszystkim jednym z największych mecenasów sztuki czasów nowożytnych. Od 1825 roku, czyli od początku swego panowania, przekształcił Monachium w "Ateny Izary", od nazwy rzeki płynącej przez Monachium i wpadającej do Dunaju. Nazywano go "bawarskim Peryklesem". Kazał zbudować nową rezydencję (Neue Residenz), bazylikę, uniwersytet, nową pinakotekę i propyleje, na pamiątkę swego drugiego syna Ottona, wybranego pierwszym królem Grecji w 1832 roku, a zarazem drugiego ojca chrzestnego Ludwika II. Król był zapalonym architektem. Spędził młodość w środowisku artystów, lubił czerpać natchnienie ze starożytności greckiej i rzymskiej. Grecja i Italia były jego przybranymi ojczyznami, Ateny i Rzym - stolicami, które podziwiał do tego stopnia, że odwzorował ich budowle, by nadać swemu miastu piękny wygląd. Zresztą to już nie miasto, lecz olbrzymi teren budowy, gdzie powstają łuki triumfalne, posągi rzymskich cesarzy, loggie, fasady typu trompe l'oeil, budowle zdobione gotyckimi kwiatonami i pałace imitujące wszystkie słynne style architektury. Miasto stało się ogromnym muzeum kopii. Zwiedzając Monachium, "widzieć" całą Europę - takie było życzenie króla. Niemniej jednak w tych wszystkich przedsięwzięciach król potrafił być względnie oszczędny. Jego zamiłowanie do budowy szło w parze z pewną przykładną surowością. Guldeny poddanych skrzętnie liczono. Sam król zaś nosił wytarte surduty i nie zmienianą, podobno, od dziesięciu lat, wytłuszczoną bonżurkę. Jako człowiek przedsiębiorczy myślał nie tylko o swoim mieście: kazał zbudować pierwszą kolej żelazną łączącą Monachium z Augsburgiem i zaczął budowę kanału między Morzem Północnym a Morzem Czarnym.

Pomimo pewnej idée fixe na punkcie wznoszenia nowych budowli oraz nieustannego tworzenia wierszy sprawiał wrażenie człowieka poważnego w swojej oryginalności. Kobiety, a zwłaszcza żona, nie odgrywały pierwszoplanowej roli w jego życiu. Królowa Teresa, z domu Sachsen-Hildburghausen, była zaniedbywana. Przelotne i sporadyczne związki z aktorkami - uzasadniane zwykle umiłowaniem sztuki - wystarczały królowi, który, jak się zdaje, jedyną przyjemność znajdował w kontemplowaniu brązu, marmuru i malowideł. Zdumienie budzi - oglądana do dziś w Nymphenburgu - Galeria Piękności przedstawiająca trzydzieści sześć podziwianych przez króla pięknych kobiet i dziewcząt, których portrety polecił wykonać Josephowi Stielerowi. Eklektyczny gust zleceniodawcy sprawił, że sąsiadują tu płótno przy płótnie księżniczka i córka handlarza drobiem, arcyksiężniczka i córka szewca. "Nieważne pochodzenie, liczy się tylko uroda" - zdaje się odpowiadać król na sarkastyczne uwagi.

I właśnie wówczas pewna kobieta, zupełnie nieposągowej urody, lecz której portret znajdzie się wkrótce w Galerii Piękności, wkroczyła w życie króla i historię Bawarii.

Na nieszczęście obojga, a także Ludwika II.

Król jest poirytowany.

Ktoś ośmiela się prosić go o audiencję w chwili, gdy układa elegię! Nigdy, nawet przelotnie, nie widział osoby, która tak nalega, by ją przyjąć, ale jej nazwisko bynajmniej nie jest królowi nieznane. Od pewnego czasu pojawia się dosyć często w raportach szefa policji, a nawet w raportach pana Freys, zarządcy teatrów królewskich.

Szambelan oczekuje odpowiedzi jego królewskiej mości.

Niechętnie i może dlatego, że spłoszone przez intruzkę natchnienie poetyckie uleciało, król postanawia przyjąć proszącą o audiencję cudzoziemkę: może także z ciekawości, aby wyrobić sobie opinię o pogłoskach i plotkach, krążących na temat tej kobiety, której konduitę uważa się za skandaliczną...

Starszy pan wstaje, nie domyślając się nawet, że wraz z natrętną wizytą pod jego dach wchodzi w osobie Loli Montez przeznaczenie. Przeznaczenie smutne, ukryte pod bardzo ładnymi rysami... Intymne życie Loli Montez zostało już wielokrotnie opisane2. Nic zaskakującego: należy do typu awanturnic o wybujałych ambicjach, kobiet, które mężczyzn ośmieszają, rujnują, wpędzają do grobu, a którym kobiety przyglądają się przez lupę z zazdrością, usiłując przeniknąć ich sekret. Lecz kiedy ofiarami - sami na to przystając - padają królowie, książęta, pierwszorzędni artyści, pisarze, to już nie mamy do czynienia z kroniką wydarzeń półświatka, lecz z Historią. Historią, która ciekawym echem odezwie się w życiu Ludwika II.

Podaje się za "hiszpańską tancerkę".

To krótkie określenie, służące jej za pretekst, alibi i sposób na życie, skrywa tysiąc różnych istnień. W rzeczywistości Maria Dolores Elisabeth Rosanna Gilbert urodziła się w 1818 roku w Irlandii, z ojca oficera i matki obdarzonej nieprzeciętną urodą. Wychowana w Indiach, miała - zgodnie z życzeniem rodziców - wyjść za sześćdziesięcioletniego sędziego Sądu Najwyższego w Delhi, ale została porwana i poślubiona przez angielskiego porucznika. Tak zaczyna się seria skandali. W Londynie pewien młody dandys wprowadza ją w środowisko teatralne. Pod imieniem Do?a Lola Montez postanawia wystąpić na scenie, aby, jak twierdzi, tańczyć ogano i guaracha według "szkoły Teatru Królewskiego w Sewilli". Niebawem jej kastylijskie pochodzenie i umiejętności zaczynają budzić powątpiewanie, zostaje zdemaskowana i musi opuścić Anglię. Z Belgii wyjeżdża do Polski, gdzie udaje jej się uwieść carskiego namiestnika, hrabiego Paskiewicza, i wywołać uliczne rozruchy. W Berlinie za spoliczkowanie oficera o mało nie trafia do więzienia. W Saksonii rzuca urok na Franciszka Liszta i prowokuje Ryszarda Wagnera. W Paryżu jej protektorem jest nie kto inny, jak Aleksander Dumas ojciec, któremu udaje się narzucić ją dyrektorowi opery, bo Lola ciągle jeszcze chce tańczyć. Ciągnące się zazwyczaj za nią pasmo skandali tym razem ją wyprzedza. Paryski krytyk Leon Pillet pisze, że "ma ładne nogi, ale nie umie się nimi posługiwać". Można by dodać: przynajmniej w tańcu, ponieważ Lola przyciąga mężczyzn jak magnes.

Nowy kochanek, nowy skandal, tym razem tragiczny: Léon Dujarriez, znany dziennikarz z dobrej rodziny, staje dla niej do pojedynku i ginie. Jedno zaczyna być pewne: śliczna Lola Montez to chodzące nieszczęście. Ma tę groźną cechę, że nie pozostawia nikogo obojętnym; gdziekolwiek się pojawia, budzi szaloną namiętność lub nienawiść: namiętność u kilku, nienawiść u wielu. Ponownie zmuszona do szybkiego spakowania kufrów, zatrzymuje się w paru niemieckich kurortach dzięki względom książąt, którzy jednakże szybko się nią nużą. Wówczas to dowiaduje się o istnieniu słynnej Galerii Piękności króla Bawarii, króla, który sztukę stawia ponad wszystko, słyszy o kraju, w którym nie miała jeszcze okazji rozwinąć swoich różnorodnych talentów. Jak się tam dostać? Docierając do króla oczywiście, a w tym celu trzeba zwrócić na siebie uwagę. Czynienie wokół siebie wrzawy i wywoływanie skandali - oto czym się karmi to awanturnicze życie.

Dujarriez, nieszczęsny dziennikarz paryski, zabity w pojedynku z powodu jej wdzięków, wpadł na szczęśliwy pomysł, by przed fatalnym rankiem włożyć jej pod poduszkę swój testament. Pozwoliło to jego spadkobierczyni sprawić sobie oszałamiającą garderobę, tak dobraną, by nie pozostać nie zauważoną. Młoda Bawarka3 naszkicowała portret, który oddaje jej wygląd niczym migawkowe zdjęcie: "9 października 1846 roku, na Briennerstrasse ujrzałam idącą mi naprzeciw ubraną na czarno damę, głowę okrywała mantylką, a w rękach trzymała wachlarz. Doznałam jakby olśnienia i przystanęłam, utkwiwszy wzrok w jej oczach, które mnie tak zafascynowały. Pałające spojrzenie ciemnych źrenic zatrzymało się na mnie przez kilka chwil; przedziwnie blada, uśmiechnęła się na widok mojego roztargnienia. Głucha na uwagi mojej guwernantki, rzuciłam się, by ją dogonić, ale już gdzieś znikła. Takie, mówiłam sobie w duchu, muszą być wróżki, które pojawiają się w bajkach, a potem nagle znikają. Wróciłam do domu i opowiedziałam rodzicom moją przygodę. "To musiała być Lola Montez - skwitowała pogardliwie ten opis moja matka - hiszpańska tancerka, o której tyle się mówi"".

Lola osiągnęła cel: monachijczycy o niej mówili.

Najpierw afiszowała się z baronem von Maltiz, bywalcem teatralnych kulis, który przedstawił ją panu Freysowi, zarządcy teatrów królewskich, i uzyskał dla niej prawo stanięcia do konkursu tańca w Operze Monachijskiej.

Od hrabiego Reichberga, zazdrosnego o barona von Maltiza, otrzymała zapewnienie, że zostanie przyjęta przez króla, w razie gdyby jej talenty artystyczne nie znalazły w konkursie uznania. Przywykła do tego, co nazywa się "niewdzięcznością", pomyślała, jak widać, o wszystkim. I słusznie: Frenzel, pierwszy tancerz Opery, odrzucił jej kandydaturę za "powszechnie znaną niekompetencję"! Zarządca Freys przekazuje tę opinię królowi. Toteż jego królewska mość jest poinformowany na temat tak zwanej Hiszpanki, którą szambelan właśnie wprowadził do czerwono-czarnego gabinetu, urządzonego na wzór Domu Fauna w Pompejach.

Czego chcą te oczy i czoło przysłonięte trójgraniastym kapeluszem z czarnego aksamitu? O co proszą te zmysłowe usta? Czego szuka to ciało budzące natychmiast piekielną o nie zazdrość?

Lola Montez domaga się sprawiedliwości, to znaczy łaski. W tym wypadku pozwolenia - odmówionego jej formalnie już także przez króla - na występy na scenie Teatru Królewskiego. Czy sprawił to kuszący dekolt? - podobno obnażyła piersi przed królem - czy spojrzenie "hiszpańskiej brunetki", w którym wyczytać można żar zmysłów? Król, z włosami w nieładzie i najeżonym wąsem, jest ujarzmiony. Przy tym, co działo się w czasie tego pierwszego spotkania, nie było świadków, ale trzeba stwierdzić, że wdzięki Loli - choćby zaloty były tego dnia jedynie platoniczne - odnoszą zamierzony skutek: jego królewska mość ustępuje i tego samego wieczoru dyrektor Freys otrzymuje polecenie zaangażowania Loli Montez.

Publiczność przyjmuje ją dosyć powściągliwie. Jednym podoba się nowość widowiska, innych irytuje odwołanie się do protekcji z lekceważeniem przepisów. Ale wszystko to nieważne, gdyż Loli tylko króla brakowało jako mecenasa. I oto rzecz jest załatwiona. Co z tego, że tańczy fandango przed publicznością złożoną z policjantów w cywilu, skoro król, który nie omieszkał sławić jej w swoich wierszach, składa jej hołd na przykład tymi słowami: "Przybywasz, by odnowić moje znużone natchnienie".

Sprawy toczą się w szybkim tempie.

Ludwik I zmienił się nie do poznania. On, zawsze liczący każdy grosz, szeroko otwiera swoją sakiewkę: oddaje do dyspozycji tancerki pałac, który przerabia i mebluje z przepychem, obsypuje ją prezentami i zaszczytami. Owej "potomkini hiszpańskich grandów" nadaje tytuł hrabiny Landsfeld, z przynależnymi mu przywilejami i immunitetami za "zasługi artystyczne położone dla Korony". Prawdziwą przysługę, jaką oddaje królowi w tej dziedzinie, jest słuchanie wierszy, które jej odczytuje z karteczek wyjmowanych co chwila z kieszeni. Usankcjonowaniem pozycji jest zamówienie jej portretu do Galerii Piękności, szczytem prowokacji - czyni ją kanoniczką Zakonu Świętej Teresy, gdy godność ta przystoi jedynie księżniczkom krwi.

Niestety, ta hojność Loli nie wystarcza. Tancerka chce być ideowa, wobec czego zaczyna głosić "postępowe" poglądy polityczne, nieco szokujące w środowisku skrajnie konserwatywnym, już zirytowanym nadmiarem przywilejów, jakimi owa dama się cieszy. Całe Monachium wybucha ostrym sprzeciwem, nawołuje do krzyżowej wyprawy przeciw Hiszpance: a więc armia, arystokracja, dwór, mieszczaństwo, kler, prasa, a nawet studenci, którzy manifestują pod jej oknami. W odpowiedzi odważna Lola wylewa im na głowy gorącą czekoladę i mrożony szampan! Protesty przybierają charakter rozruchów i król wzywa do interwencji konną policję. A jednak ostrzeżenie nie skutkuje, król jest głuchy i ślepy, i ciągle pod wpływem wszechwładnej namiętności. Im bardziej Lola jest atakowana, tym bardziej król jej broni, dochodzi do tego, że wprowadza na oficjalne stanowiska przyjaciół hrabiny, zamyka na rok uniwersytet i wyrzuca awanturujących się studentów. Monachijczycy nie poznają swojego władcy, którego dewizą było "sprawiedliwy i wytrwały". Miara się przepełniała!

Niebawem rozruchy przeradzają się w powstanie. W samym sercu bastionu absolutyzmu, jakim jest Bawaria, tancerka staje się wcieleniem rewolucji.

Tłum domaga się wygnania cudzoziemki, zmusza króla do wyboru: albo korona, albo Lola. Ludwik wybiera i nie bez żalu podpisuje dekret o wydaleniu. Pod ochroną szwadronu kawalerii hrabina udaje się na dworzec; towarzyszą jej potoki szyderstw i przekleństw. Rzekoma tancerka hiszpańska, a w rzeczywistości prawdziwa awanturnica, oddala się spowita aurą skandalu.

Sam wyjazd nie uspokaja wzburzonego tłumu, trzeba jeszcze ograbić jej rezydencję. Zemsta zwolenników porządku i moralności nie wyklucza ekscesów: "sprawiedliwości stało się zadość", myślą niektórzy monachijczycy przed splądrowanym pałacem, w którym Lola drwiła sobie z nich.

Inni niezadowoleni posłużyli się Lolą jako pretekstem i jej usunięcie nie ugasi już tlącego się pożaru. Jest luty 1848. Zbliżają się "idy marcowe", Europa ogarnięta zarzewiem rewolucyjnym postawiła w Paryżu barykady; okazuje się, że również Monachium jest gruntem sprzyjającym ich wzniesieniu. Można powiedzieć, że to właśnie Lola go przygotowała w ciągu ostatnich dwóch lat.

Król nie jest już władcą trochę oryginalnym, ale dobrodusznym i dającym się lubić. Czuje się załamany pod ciężarem zmartwień. W tej sytuacji nie widzi sensu w sprawowaniu rządów - oświadcza swojemu otoczeniu. 11 marca 1848 roku, po 23 latach panowania, abdykuje, mając świadomość, że nowe czasy wymagają nowych ludzi.

Nowym człowiekiem jest jego syn Maksymilian, ojciec małego Ludwika, który ma teraz dwa i pół roku, wiek, w którym do korony jest jeszcze daleko... A jednak historia brutalnie go do niej przybliża. Przyczyniając się do abdykacji dziadka, Lola Montez popycha młodego Ludwika ku stopniom tronu, zbyt wcześnie, by miał świadomość rzeczywistych obowiązków związanych z najwyższą godnością, ale dostatecznie w porę, by zrodziło się w nim, rozwinęło i nawet zdeformowało uczucie, iż jest księciem - następcą tronu Bawarii.

Jeśli prawdą jest, że historia się powtarza, to życie Ludwika II będzie w pewnym okresie niezwykłą odbitką życia jego dziadka. Będzie żywił dla ukochanej osoby ten sam entuzjazm, będzie odznaczał się podobną hojnością i pobłażliwością, z tą samą rezygnacją ugnie się przed racją stanu, nękać go będą podobne zmartwienia co Ludwika I.

Z tą jednakże różnicą, że ta namiętność spadnie na niego w wiośnie życia, przed ukończeniem dwudziestu lat, to znaczy w wieku, w którym nie uznaje się kompromisów, i kiedy jedyną możliwą abdykacją jest śmierć.

Burza minęła.

Na bawarskim horyzoncie politycznym, znowu pogodnym, ukazuje się twarz nowego króla, twarz drobna i okrągła, otoczona długimi bokobrodami, w której pozbawione fantazji spojrzenie ma wszystkie odcienie błękitu; wąs skrywa wydatne usta. Ma 37 lat, a wysoki wzrost podkreśla dobrą prezencję.

Maksymilian II daje do zrozumienia, że gdyby nie był królem, wykładałby na uniwersytecie. To niespełnione powołanie do kariery profesorskiej uczyni z niego intelektualistę amatora, chętnie przebywającego wśród pisarzy, erudytów i uczonych. W czasie cotygodniowych spotkań w swoim gabinecie omawia z nimi nie byle jakie zagadnienia. W kłębach dymu z cygar ci uczeni belfrowie dyskutują o teologii. Opowiadano, że król postawił takie pytanie profesorowi Jolly: "Czy zna pan naukowy dowód na to, że wielcy tego świata znajdą się w świecie przyszłym w sytuacji uprzywilejowanej?"4. Ton wypowiedzi nie jest wcale żartobliwy, na dworze nie ma miejsca na niemądre rozrywki.

Maksymilian jest człowiekiem poważnym i sam siebie też traktuje poważnie. Dobrze się czuje w atmosferze dystyngowanej nudy, wśród której wszyscy przytłoczeni są obowiązkami wobec państwa i gdzie poczucie odpowiedzialności góruje nad wszelkimi innymi odczuciami. Ten król mieszczuch, chcący uchodzić za oświeconego, jest z gruntu uczciwy, przeciętnie inteligentny i pełen dobrej woli.

Jego małżonka, królowa Maria, bratanica króla Fryderyka Wilhelma, pochodzi z domu Hohenzollernów. Z rzadka pokazuje się na publicznych uroczystościach, jest zaprzeczeniem uczonej białogłowy i twierdzi, że literatura piękna ją nudzi: "Nie otwieram nigdy książki i trudno mi zrozumieć, jak można spędzać czas na czytaniu", wyznaje ze słodyczą, która wyjedna jej przydomek Anioła.

Niemniej jednak pewnego razu zaproponowała, aby ilekroć by to było odpowiednie, zastąpić w wierszu słowo przyjaźń słowem miłość... Ta świeżość uczuć jest może tym, co ją najkorzystniej wyróżnia, według jej małżonka. Ma 23 lata i jest naprawdę urocza. Kiedy w 1842 roku jako księżniczka protestantka podbiła serce Maksymiliana, księcia katolickiego, urzekła również Bawarczyków. Jej niewinność, florencki wdzięk i dziewczęcość w powściągliwym uśmiechu oczarowały także przyszłego teścia, który zamówił jej portret do słynnej galerii. Młodzi biorą ślub w 1843 roku. Tego samego dnia 36 par pobiera się na koszt państwa.

O ile Maksymilian lubi przesiadywać w bibliotece, o tyle Maria jest kobietą szerokich przestrzeni: kocha przyrodę, kwiaty, a góry tak żywiołowo, że wylansuje modę na alpinizm. Na razie ten rodzaj ruchu nie jest jej zalecany ze względu na ciążę. 27 kwietnia 1848 roku, pięć tygodni po abdykacji Ludwika I, wydaje na świat drugiego syna, Ottona.

Tacy są rodzice Ludwika II. Prawdę mówiąc, wydaje się, że jedno tylko ich łączy: upodobanie do spokoju, silne u króla, dyskretniejsze u królowej. Rewolucyjna gorączka, która wyprowadziła monachijczyków na ulice, ustępuje wobec tego stadła budzącego zaufanie. W opinii poddanych zapoczątkowane panowanie cechować będzie roztropność. Ich królewskie moście ucieleśniają na tronie czyste sumienie.

*

Mały książę Ludwik ma teraz około trzech lat. Na portrecie wykonanym wówczas przez malarza Lenbacha dziecko spogląda spojrzeniem metalicznym i twardym, którego magnetyzm już zwraca uwagę otoczenia.

Najczęściej przebywa na zamku Hohenschwangau, oddalonym o dobre sto kilometrów od Monachium. Tutaj od października 1845 roku - miał wtedy dwa miesiące - do grudnia tegoż roku był ze swoją matką na pierwszej wilegiaturze.

Hohenschwangau jest najważniejszym z zamków w życiu Ludwika II, ponieważ spędzi w nim większość dzieciństwa i lat chłopięcych, a okres ten pozostawi w młodym księciu niezatarty ślad pierwszych wspomnień.

Zakątek jest przepiękny.

Imponująca panorama Alp zamyka tu nagle miękką pochyłość bawarskiego płaskowyżu; ostry, porośnięty lasem szczyt góruje na wysokości 900 metrów nad dwoma lustrami jezior: Alpsee i Schwansee, a wokół góry - ciemne od lasów świerkowych.

Dzikość tego miejsca urzekła w XII wieku panów na Schwangau. Z ich feudalnego zamku, popadłego w ruinę, w 1832 roku pozostają tylko fundamenty. Ale cóż to za pamiątki! Legenda mówi, że był to zamek Lohengrina, owego rycerza Świętego Graala, który pojawia się na łódce ciągnionej przez łabędzia. Hohenschwangau znaczy bowiem: wysoko położona kraina łabędzia. Jest to kolebka legendy germańskiej, ale także część historii Bawarii, gdyż w 1567 r. rezydował tam jeden z Wittelsbachów, książę Albrecht V Bawarski.

W 1832 roku dzieje i uroda tego zakątka skłaniają Maksymiliana (ma wtedy 21 lat) do zbudowania na tych fundamentach neogotyckiego zamku. Budowla, ukończona w roku 1836, mogłaby równie dobrze stanąć w Szkocji - zamek wyglądałby jak ilustracja powieści Waltera Scotta.

Ale bez wątpienia sławi świat germański. Wszystko przywołuje tu pamięć dawnych średniowiecznych legend krajów nad Renem. Freski, malowidła, rzeźby i umeblowanie opiewają nieśmiertelnych bohaterów, ofiarne dziewice, bajeczne zwierzęta żyjące w głębi jaskiń, gnomy mknące przez polany, elfów spadających z wysokich skał, aby ocalić rycerzy w zbrojach albo sobie z nich zakpić. Wszystko, od kominków z różowego marmuru do kandelabrów z pozłacanego mosiądzu, od krzeseł pokrytych wytłaczaną świńską skórą do malowideł ściennych przedstawiających drzewa, których gałęzie sięgają plafonów, wszystko przypomina gigantyczną barwną panoramę, pełną przeróżnych znaczeń.

Wyjaśnienie jest proste. Pierwsze projekty zamku nie wyszły z pracowni architekta, ale malarza teatralnego, którego instrukcje realizował Włoch Quaglio, autorami dekoracji wnętrz są zaś Schwind i Lindenschmit. Ludwik II odziedziczy, a nawet doprowadzi do nieznośnej maniery to upodobanie do przeładowanej scenerii, do wskrzeszania przeszłości na każdym kroku i aż do znudzenia. Czy mogło być inaczej? Wszak w tych właśnie wnętrzach będzie odkrywał świat, poznawał jego wygląd. Całe życie spędzi w tekturowej scenerii, zmienianej maszynerią teatralną, wśród mylących oko perspektyw. To otoczenie będzie miało znaczny wpływ na jego osobowość i stanie się przyczyną pierwszych obsesji, których nawroty nasilą się z wiekiem.

Mijają trzy lata.

Sześcioletni teraz Ludwik jest uroczym chłopczykiem. Do kogo jest podobny? Najbardziej do matki, po której odziedziczył obfite czarne włosy i nieśmiały uśmiech nazbyt grzecznego dziecka. Po ojcu ma spojrzenie Wittelsbachów, spojrzenie przenikające w głąb ludzi i rzeczy, choć jednocześnie zawsze jest dziwnie zwrócone ku niebu. Ludwika już pociągają sprawy wzniosłe i całe życie zachowa ten wyraz zuchwałości i melancholii. Za wcześnie byłoby mówić teraz o spojrzeniu królewskim, ale trzy obrazy z tego okresu, przedstawiające dziecko samo lub w otoczeniu rodziny, są bardzo interesujące; z lekko uniesionej twarzy spoglądają oczy o fascynującym blasku.

Obrazy te pokazują księcia ubranego według ówczesnej mody - lat pięćdziesiątych XIX wieku - w sukienkę, przez co może wygląda jak dziewczynka, ale za to ma bardzo dużo wdzięku. Czy mamy do czynienia z pochlebstwem artysty? Nie sądzę, gdyż później i przez długie lata Ludwik zachowa ten wdzięk umysłów tajemniczych i szybko spalających się charakterów. Obrazy są cenne także dlatego, że ujawniają gust dziecka.

Litografia Corrensa przedstawia rodzinę królewską w parku Hohenschwangau. Pomińmy rodziców pełnych należytej godności i trzyletniego Ottona siedzącego na kolanach matki. Ludwik jest mieszaniną łagodności i powagi, co nasuwałoby skojarzenie, gdyby nie wiek, z "płomiennym wzrokiem" Diderota. W lewej ręce trzyma blisko serca bukiet kwiatów, pochodzących albo z bujnego w roślinność parku - pełnego paproci i wodospadów - albo ze stoków alpejskich sięgających stóp zamku. Pejzaż alpejski dostarcza mu zresztą wielu powodów do dziecięcej radości, a upodobanie do kwiatów jest może pierwszą jego miłością. Tak lubi kwiaty, że później każdy napisany przez siebie list przyozdobi narysowanym bukiecikiem. Góry bawarskie obfitują w kwiaty o żywych barwach, niektóre ich gatunki mogą rosnąć tylko powyżej pewnej wysokości, zwłaszcza jeden niebieski kwiat, który się dziecku szczególnie podoba - gencjana. Matka, która to zauważyła, dołączy do przesyłanego mu bukietu bilecik następującej treści: "Znalazłam w górach wiele pięknych kwiatów i pomyślałam, że taki bukiet sprawi Ci przyjemność. A wśród nich owe cudowne ciemnoniebieskie", pisze do swego starszego syna.

Niebieski będzie rzeczywiście ulubionym kolorem Ludwika; matce odpisze tymi słowami: "Z głębi serca dziękuję za drogi list i piękne kwiaty, które mnie uszczęśliwiły".

Na drugim obrazie, akwareli E. Rietschela z 1850 roku, Ludwik, ze spojrzeniem podobnie skierowanym ku górze, w towarzystwie matki i Ottona, karmi parę łabędzi nad brzegiem jeziora. Tu pojawia się postać, która zaprzątnie umysł Ludwika i stanie się dla niego symbolem, mianowicie łabędź. Chodzi istotnie o postać, a nie jedynie o stworzenie będące elementem dekoracji, Ludwik bowiem w tym wielkim mitologicznym ptaku zawsze będzie widział żywą inkamację swoich marzeń, żywy czar słyszanych w dzieciństwie legend. W Hohenschwangau łabędź czczony jest na każdym kroku, co jest naturalne w miejscu nawiedzanym niegdyś przez Lohengrina. Ale ten hołd przechodzi w nieustający leitmotiv, w festiwal dziobów i piór, co znajduje swoją apoteozę w jadalni zamku, zwanej salą rycerza z łabędziem. Na ścianie widać fresk: Pożegnanie Rycerza z łabędziem, udającego się z domu królewskiego w podróż po Renie na statku łabędzia. Na lewo: Cesarz pogrążony w smutku z powodu księżniczki de Bouillon, fałszywie oskarżonej, słyszy dźwięk trąbki Rycerza z łabędziem. Na wprost: Ordalia, w których Rycerz z łabędziem walczy z hrabią de Frauvenburg. Wreszcie: Zaślubiny Rycerza z łabędziem.

Dodajmy jeszcze trzy półmiski ze srebra i złota ozdobione łabędziami wzbijającymi się do lotu (dar miasta Augsburga dla Maksymiliana z okazji jego ślubu), olbrzymiego białego łabędzia z gipsu, umieszczonego na dachu zamku, wzgardliwie ignorującego swych współplemieńców z krwi i kości, pływających kilkadziesiąt metrów niżej po chłodnych wodach Schwansee (Jeziora Łabędzi).

Ludwik, którego młody umysł jest pod silnym wrażeniem tego nieumiarkowania, zaczyna rysować łabędzie. Szkicowane są śmiałą kreską, zarys szyi mają udany, skrzydła gotowe do lotu. Przez całe swoje rozmarzone życie Ludwik II będzie gorączkowo pragnął obcowania z ptakiem swego dzieciństwa, obrosłego tyloma mitami i legendami. Obsesję tę doskonale określił Desmond Chapman Huston5 w słowach: "Mit łabędzia prześladuje Ludwika od kołyski do grobu".

Trzeci obraz nosi datę 1851. Ludwik jest trochę starszy niż na poprzednich, wkrótce skończy siedem lat.

Choć ubrany w ciemną sukienkę, dzięki krótko ostrzyżonym włosom wygląda już jak chłopczyk. Z ogromnych oczu coraz silniej bije dar przenikliwego wejrzenia i ciekawość świata zewnętrznego. Już wówczas, w zależności od humoru małego księcia, odcień błękitu jego oczu się zmienia: jasny, gdy jest szczęśliwy, ciemny, jeśli coś go gnębi, i wtedy niektórzy mówią, że Ludwik ma oczy brązowe. Blady uśmiech zastygł mu na ustach, rysy twarzy są niemal ukształtowane i choć widoczny jeszcze jest dziecięcy wdzięk, to chłopięca powaga już się zarysowuje.

Co robi? Stoi, trzymając oparty o fotel bęben. Ale w tej pozie widać intencję malarza: książę zapewne lubi to, co lubią wszyscy chłopcy. Chyba, że było życzeniem ich królewskich mości, by przedstawić księcia podczas zabawy stosownej do jego wieku i płci, czyli w trakcie robienia hałasu. Jednak prawa ręka spoczywająca na pudle bębna zdaje się zbyt miękka, by radośnie weń uderzać. Z tego płótna bije nie żywiołowa energia, lecz raczej spokój.

Spójrzmy na prawą stronę obrazu, to ona ukazuje prawdziwą zabawkę dziecka: układanka. Widzimy piramidę drewnianych klocków, które dziecko porzuciło, by pozować do portretu.

Dwie kobiety, które z uwagą śledzą rozwój Ludwika - matka i guwernantka - odnotowują jego zainteresowanie architekturą. Później marzeniem Ludwika będzie budowanie prawdziwych zamków; zabawa przerodzi się w rzeczywistość, a budowanie będzie może jedyną prawdziwą jego pasją. Oprócz zabawy w klocki Ludwik lubi się przebierać, jak wszystkie dzieci w jego wieku; przy czym wyraźnie upodobał sobie przebrania zakonne, toteż ta mistyczna inspiracja skłoni go do rysunków o tematyce religijnej. Jego guwernantka Sybilla von Meilhaus napisze, że "od wczesnego dzieciństwa chętnie przedstawiał na swoich rysunkach Zwiastowanie, Chrystusa złożonego w grobie i inne podobne tematy". Widziała w tym oznaki wzniosłego umysłu. Królowa ze swej strony podkreśla: "Buduje przeważnie kościoły i klasztory". I dalej: "Z radością słuchał moich opowieści opartych na wątkach biblijnych i interesował się ilustracjami. Szczególnie lubił monachijską Frauenkirche6, przebierać się za zakonnicę i urządzać przedstawienia. Zawsze oddawał innym swoje zabawki i pieniądze".

Ten "portret" datowany mniej więcej na okres Bożego Narodzenia 1852 roku będzie wiarygodny jeszcze wiele lat później. Zasadniczy zrąb osobowości już się zarysowuje: temperament artysty, który chce dać wyraz silnym wrażeniom zaprzątającym jego umysł i wyobraźnię; wyrafinowanie, upodobanie do teatru, rozrzutność. Mając niewiele ponad siedem lat, książę nosi się jak król. Czyżby osiągnął wiek rozsądku? Czy raczej daje znać o sobie płynąca w jego żyłach krew przodków?

Kiedy na tę samą Gwiazdkę 1852 dziadek ofiarowuje mu miniaturowy model Siegestor7, którą wybudował w Monachium, w starym królu odzywa się duma architekta i mecenasa. Obserwuje dziecko układające elementy otrzymanego modelu i tak to zapisze: "Miałem miłą niespodziankę, gdy widziałem, jak układa bardzo ładne, pełne smaku rzeczy".

Ludwik I nie ma wątpliwości: mały książę jest do niego podobny nie tylko ze względu na koincydencje kalendarzowe; to jego prawdziwy wnuk, zamiłowany budowniczy. Lecz stary król nie może wiedzieć, że przyszły Ludwik II podlegać będzie także prawom, jakie czeski mnich Mendel odkryje wkrótce, hodując zielony groszek: prawom dziedzictwa.

Ludwik jest z rodu Wittelsbachów. Będzie naznaczony dziedzicznymi cechami Wittelsbachów. Będzie ucieleśnieniem ich przeznaczenia.

Kiedy Ludwik przychodzi na świat, ta wielka rodzina rządzi Bawarią od ponad dziewięciu wieków. Bez przesady można więc powiedzieć, że nazwisko Wittelsbachów jest jednoznaczne z historią tego kraju.

Wittelsbach. To słowo, o brzmieniu trochę szorstkim dla ucha, jest najpierw nazwą zamku w Dolnej Bawarii, w pobliżu Eichach, nad rzeką Paar, dopływem Dunaju.

Nazwisko jest prawie tak stare jak sama monarchia: wszystkie wielkie rodziny panujące mają wśród swoich przodków Wittelsbachów. Ród Wittelsbachów jest istotnie jednym z najstarszych w Europie, uważa się nawet, że jest starszy od Habsburgów i Kapetyngów.

Władcy ci wkraczają do historii Bawarii w roku 911. Zaledwie ucichł tumult po najazdach węgierskich, gdy Otto, hrabia von Scheyern, nabywa w 1124 roku zamek Wittelsbach - zniszczony w 1208 - oraz prawo do noszenia nazwiska, którego sława dotarła już do stopni cesarskiego tronu. I właśnie cesarz Fryderyk Barbarossa, w 1180 roku, oddaje księstwo Bawarii w darze Ottonowi I von Wittelsbach. Tak zaczyna się historyczny romans - wręcz mariaż - Wittelsbachów z Bawarią, której stają się nowymi panami. Przez czterdzieści pokoleń Bawarczycy będą świadkami długiego następstwa diuków, hrabiów, książąt, królów, a nawet cesarzy, których widoczne upodobanie do sztuki i przepychu przyćmi na jakiś czas blask dworów florenckich, znanych przecież ze swojej wystawności. Pierwszym oficjalnym mecenasem tej dynastii jest książę Jan, który w 1422 roku sprowadzi z Brugii na dwór w Monachium malarza Van Eycka. Jeśli renesans może rozwinąć się w Niemczech, to zwłaszcza dzięki Albrechtowi V. Na początku XVI wieku sztuka szczególnie wysławia piękno fizyczne; znajduje się ona w szczytowym okresie rozwoju i jest dumą zamożnych miast. Książę Albrecht V czyni z Norymbergi - liczącej wtedy prawie 100 000 dusz - jeden wielki plac zabaw, miasto na modłę włoską. Albrecht Dürer, zresztą rodem z Norymbergi, jest obiektem szczodrobliwości księcia, który ceni realizm, dbałość o szczegół i nowe środki wyrazu w obrazach i rycinach wielkiego artysty. Ten sam książę Bawarii proteguje także muzyka Rolanda de Lattre, któremu nadaje godność maestro di capella, dając w ten sposób początek, jak się wydaje, kultowi Wittelsbachów dla muzyki. Sto lat później Ferdynand Bawarski nie zadowoli się rolą mecenasa: sam będzie artystą. Karol Teodor zaś, w scenerii swego zamku w Schleissheim, zbudowanego na wzór Wersalu8, daje dowody umiłowania teatru: wystawia pierwsze dramaty Schillera, a dla rozrywki nużącego sprawowania rządów, cały swój królewski prestiż wkłada w budowę Opery Monachijskiej, która wkrótce zasłynie w całej Europie; nawet Stendhal, podążając szlakiem Wielkiej Armii, meloman, choć nie lubiący Niemiec, uzna jej wysoką pozycję.

Wraz z Maksymilianem Józefem, bratem Karola Teodora, który umarł bez potomstwa, dziedzictwo przypada młodszej gałęzi Wittelsbachów. To wielka chwila dla Bawarii: Napoleon Bonaparte 1 stycznia 1806 roku podnosi ją do rangi królestwa, a Maks Józef, ogłoszony dzięki Francji królem Bawarii, przybiera imię Maksymiliana I.

Nie zawiedzie rodzinnej tradycji: rozpoczyna prace nad upiększeniem Monachium i zakłada Akademię Sztuk Pięknych. W historii jednakże zapisał się szczególnie dlatego, że 13 stycznia 1806 roku wydał za mąż swoją córkę Augustę za Eugeniusza de Beauharnais, pasierba Napoleona. Nie należy go jednak widzieć jako człowieka oschłego umysłu. Jego gorąca krew, umiłowanie życia, zacny charakter i upór (wynagrodzony w dziele zjednoczenia Bawarii) czynią z niego bawarskiego Henryka IV.

I właśnie jego syn, Ludwik I, wstąpiwszy na tron w 1825 roku, czyni z Monachium miasto-muzeum, którym Lola Montez wstrząśnie do żywego.

Kwestia dziedzictwa Wittelsbachów, wielka zagadka krwi płynącej w żyłach Ludwika II, to kwestia obłędu.

Większość historyków - wcale nie drugorzędnych, jeśli wymienimy choćby Jacques'a Bainville'a - pisze o tym całkiem otwarcie. Ludwik II popada w obłęd, ponieważ jego przodkowie byli obłąkani, tak twierdzą - w wielkim skrócie. "Bawaria jest rządzona przez neuropatów", pisze Bainville9.

Umówmy się, że Wittelsbachowie nie odznaczają się zrównoważonym charakterem, konformizmem, a jeszcze mniej skłonnością do umiaru. Są w inny sposób i z wielu innych powodów ujmujący i zasługują na zainteresowanie.

Łagodnie rzecz nazywając, powiedzmy, że przodków Ludwika II cechuje osobowość złożona, w której dominują melancholia i estetyzm. Nie zawsze i niekoniecznie muszą to być wady.

Trudno jednak przedstawiać Ludwika II jako nieunikniony rezultat i wykwit całej linii praszczurów. Co prawda, zawierane w ciągu wieków małżeństwa między krewnymi nie oczyściły tej krwi, ale o ile Ludwik II jest Wittelsbachem po ojcu, o tyle jest Hohenzollernem po matce. I można by wymienić cechy charakteru, które Ludwik II odziedziczy także po tej wielkiej rodzinie, jak finezja, delikatność, prawość, przejawiające się przynajmniej w latach pierwszej młodości. Skądinąd również w tej linii przodków dałoby się dostrzec pewne ułomności.

Kiedy młody Ludwik stawia swoje pierwsze kroki w świecie, nic, nawet wymienione predyspozycje, nie upoważnia biografów do stawiania hipotezy, że jest ostatnim przedstawicielem rodu, w sposób nieunikniony zdegenerowanym; kolejnym przykładem całych pokoleń ekscentryków; że to w nim wybuchnie utajony obłęd.

Można natomiast stwierdzić, że będzie bardzo podobny do swojego dziadka Ludwika I; pewne jego cechy i niektóre epizody życia powtórzą się wyolbrzymione i dramatycznie zdeformowane. Ludwik II jest repliką Ludwika I, lecz oglądaną przez powiększające szkło.

Nie zapominajmy więc, że dziedzictwo jest podwójne, po linii ojca i matki. Casus Ludwika II jest znacznie bardziej przypadkowym połączeniem genetycznych cech dwóch rodzin, Wittelsbachów i Hohenzollernów, niż dziedzictwem jednostronnym. Nie sami Wittelsbachowie są odpowiedzialni za pełne udręk i tragiczne życie Ludwika II. Ponadto zagrożenia genetyczne nie wyjaśniają wszystkiego. Pamiętajmy także o tym tyglu, w jakim formują się pierwsze wspomnienia i przeżycia, których niezatarty ślad lepiej lub gorzej odbije się na życiu dorosłego człowieka.

Tym tyglem jest wychowanie.

W 1850 roku wychowanie następcy tronu nie jest wyłączną sprawą rodziców, którzy przede wszystkim sprawują władzę. Przepisy protokołu dworskiego składają nadzieje i przyszłość dynastii w ręce starannie dobranych wychowawców. Zobaczmy, komu Ludwik i jego brat Otton zostali powierzeni.

Najpierw, jak wspomnieliśmy, Sybilli von Meilhaus, guwernantce, która prowadzi chłopców surowo, ale sprawiedliwie; stara się naprostować kapryśny charakter Ludwika. Zanim jeszcze ukończy on dziewięć lat, w maju 1854 roku, spotka go pierwszy uczuciowy zawód, który przeżyje głęboko: ukochaną Meilhaus zastępuje wychowawca. Rozstanie jest bolesne. "Była dla niego więcej niż matką - pisze dr Robin - cenił jej oddanie, bezinteresowność, serdeczność. Pierwsza kobieta, do której czuł się przywiązany, została mu odebrana; ta frustracja miała, być może, poważne konsekwencje dla przyszłego życia uczuciowego Ludwika". Gdy zostanie królem, nigdy nie zapomni drogiej mademoiselle Meilhaus, która otrzyma tytuł baronowej Leonrod, i będzie wiernie utrzymywał z nią korespondencję, aż do jej śmierci w 1881 roku. Na jej urodziny napisał jeden z pierwszych swoich wierszy: "Moje serce jest pełne miłości dla Ciebie oraz nadziei, że i ty mnie pokochasz". Twarz ukochanej Meilhaus to dla Ludwika wizerunek pierwszych wspomnień dzieciństwa.

Wychowanie Ludwika jest teraz w rękach hrabiego Teodora Basselet de la Rosée, który zostaje mianowany guwernerem królewskiego następcy. Pochodzi z rodziny francuskiej, od dawna osiadłej na dworze bawarskim, ma przygotowanie wojskowe - dojdzie do stopnia szefa sztabu - szanuje konwencję, jest autorytarny, nie cierpi gnuśności i marzycielstwa. Arystokrata ów jest również realistą lubiącym porządek, respekt i obowiązkowość. Nic dziwnego więc, że Maksymilian wybrał go na guwernera. Hrabia La Rosée umie być wnikliwym obserwatorem, bardzo szybko ocenia charakter swojego wychowanka: Ludwik czuje się kimś ważnym - księciem, następcą tronu - a zarazem jest marzycielem popadającym w uporczywą melancholię. La Rosée widzi w apatii Ludwika poważne zagrożenie - brak poczucia odpowiedzialności, a ponieważ nie zapomina o zasadniczym celu piastowanej godności, ma na uwadze jedynie to, że Ludwik ma zasiąść na tronie Bawarii. Żeby go do tej roli przygotować, usiłuje narzucić mu styl życia energiczny, męski, i troszczy się wyłącznie o uczynienie z niego następcy tronu. Aby i chłopca skoncentrować na tym dążeniu, pochlebia jego poczuciu ważności. Służba otrzymała dokładne instrukcje. Powinni mianowicie kłaniać się małemu Ludwikowi i zwracać się do niego: wasza królewska mość, co jest sprzeczne z tradycją dworu bawarskiego, gdzie żaden pretendent nie jest tak nazywany przed ukończeniem osiemnastego roku życia.

Dla zrównoważenia tego nadmiaru względów Ludwik wychowywany jest twardo: skromne pożywienie, niewiele snu, za to wiele godzin lekcji i odrabiania zadań - oto smutne tło tych młodych lat. Maksymilian życzy sobie, aby jego synowie mieli wszechstronne wykształcenie.

Kontrast między lizusostwem, jakim Ludwik jest otaczany, a spartańską surowością rygorów nauki powoduje głębokie rozchwianie jego życia. Przeświadczenie, że wszystko mu się należy, nie wytrzymuje próby rzeczywistości. Wobec tego unika jej i chroni się w marzenia i rozmyślania. Czy można obarczać za to odpowiedzialnością hrabiego La Rosée? Jego zadanie nie jest łatwe i często wchodzi w otwarty konflikt z Ludwikiem. Na swoje urodziny guwerner dostaje w upominku obraz przedstawiający zamek Hohenschwangau, gdzie rodzina królewska spędziła część lata 1854 roku. W podziękowaniu hrabia pisze do królowej: "Tam właśnie wojowałem nieraz z księciem dziedzicem, zanim osiągnęliśmy względną równowagę w naszych stosunkach".

Preceptor wypowie ponadto istotną uwagę na temat temperamentu swojego wychowanka: "Trzeba rozwinąć w nim upodobanie i ochotę do życia, zwalczać melancholię, nie pozwolić mu na rozpamiętywanie przykrych wrażeń, lecz niech próbuje głęboko wyryć je sobie w pamięci". Tak się zwierzając, wychowawca ujawnia w pewnym sensie sposób postępowania z Ludwikiem. La Rosée, niespokojny o nie ustępującą astenię swego ucznia, ostrzega go w liście z 22 sierpnia 1855:

"Powinieneś, Wasza Książęca Wysokość, nieustannie dokładać starań, by kształtować umysł i ciało. Gdyby złe skłonności odezwały się jeszcze, trzeba dać im odpór: silna wola przezwycięża wszystkie przeszkody. Słabość zaś odejmuje człowiekowi godność, a wszak pragniesz wyrosnąć na człowieka, który będzie służył za przykład swojemu ludowi. Bądź dobry i czarujący, to Ci zjedna wszystkie serca, ale naucz się być posłusznym, nieposłuszeństwo bowiem doprowadziło człowieka do upadku".

Piękne słowa i mądre rady, zaiste! W gruncie rzeczy La Rosée ma po tysiąckroć rację, ale popełnia poważny błąd: zapomina, że Ludwik ma tylko dziesięć lat. Czy można w tym wieku pojąć tak budujące przesłanie?

Rok 1856. Maksyma Maksymiliana, jeśli idzie o wychowanie starszego syna, brzmi: nauczyć go myśleć. Z pozoru godne pochwały, ale niestety, sam plan lekcji podkreśla surowy rytm nauki Ludwika: pobudka o 5.30 rano, koniec zajęć o 8.00 wieczorem. Celem Maksymiliana jest, aby książę przyswoił sobie w ciągu pięciu lat to, na co mali Bawarczycy potrzebują ośmiu. Prawdziwy tor wyścigowy.

Czy Ludwik jest chłopcem inteligentnym? Jakie ma uzdolnienia? Królowa Maria zapisuje w Hauskronik: "Ludwik uczy się i rozumuje bardzo szybko, ale Otton przejawia więcej zainteresowania nauką".

Ludwik lepszy jest we francuskim niż angielskim, na co wpływa zapewne jego podziw dla historii Francji. Dobry w łacinie i grece, dobry w matematyce, chętnie wykonuje ćwiczenia. Ale już widać, że najbardziej lubi czytać, zwłaszcza dramaty Schillera, które stanowią jego pierwszy kontakt z teatrem. Do programu ściśle szkolnego dochodzą lekcje fortepianu i ćwiczenia wojskowe, wprowadzone na początku 1855 roku przez barona Emila von Wuelfen.

Wobec nauk ścisłych Ludwik nie przejawia entuzjazmu. Nauczyciele skarżą się, że ziewa, nie uważa, dziwnie reaguje.

Ale jak jedenastoletni chłopiec może przez tyle godzin z nie słabnącą uwagą nadążać za tokiem lekcji? Jego profesorowie, czy to wielki uczony Liebig, twórca chemii na użytek rolnictwa, wynalazca chloroformu, czy to Döllinger, głośny teolog katolicki - w 1870 roku dosięgnie go ekskomunika za sprzeciwienie się dogmatowi o nieomylności papieża - wszyscy próbują zrobić z Ludwika ucznia grzecznego, pracowitego, rozsądnego i myślącego. Tymczasem mały książę nad suche wkuwanie przedkłada rzeźwe powietrze bawarskich gór i lasów: piesze spacery, wycieczki i przejażdżki konne - to mu odpowiada. Szybko okazuje się dobrym jeźdźcem, a kiedy na Gwiazdkę 1857 roku, gdy ma 12 lat, jego stryj Adalbert daje mu w upominku szpicrutę, Ludwik jest zachwycony. Przesiada się z kucyka na konia i odtąd uważa zwierzę za swego przyjaciela. Wspinanie się na otaczające Hohenschwangau wierzchołki, jak Berzenkoft czy Tegelberg, dają okazję do przeżywania prawdziwie szczęśliwych chwil w gronie rodziny. Ludwik, niczym urodzony góral, uwielbia piąć się pod górę za matką, królową Marią, zwinną jak kozica. W takich chwilach książę bardziej podobny jest do matki niż do ojca.

Być może nazajutrz po jednej z owych radosnych wypraw, hrabia La Rosée zdobywa się na optymizm i odnotowuje, że przystępy melancholii u księcia są coraz rzadsze. 8 sierpnia 1857 roku pisze: "Poddałem księcia następcę małej próbie i jestem bardzo zadowolony z wyniku. Tak zadowolony, że zaczynam odzyskiwać nadzieję. Wszyscy, którzy dobrze znają księcia, zauważyli, jak szalenie się zmienił. Ostatnia spowiedź miała skutek nadzwyczaj zbawienny; nigdy przedtem nie widziałem księcia w usposobieniu tak pogodnym i pełnym otwartości".

Pana La Rosée można zrozumieć: czuje się odpowiedzialny przed królem za wychowanie jego synów. Ale czy Maksymilian jest dobrym ojcem dla Ludwika i Ottona?

Zasadniczy, niezbyt wyrozumiały, zaabsorbowany obowiązkami władcy, Maksymilian niewiele czasu poświęca dzieciom. Pan Franz von Pfistermeister, sekretarz kancelarii królewskiej, oficjalny powiernik króla, donosi, że jego królewska mość widuje swoje dzieci tylko przy posiłkach. Dodaje przy tym, że kiedy rodzina przebywa w Monachium, Maksymilian nie wykorzystuje okazji, by zabrać ze sobą Ludwika na codzienny poranny spacer po alejach Ogrodu Angielskiego, rozległego parku z końca XVIII wieku, przez który przepływa wiele odgałęzień Izary. Wysoki urzędnik próbuje przekonać króla, iż byłaby to sposobność, aby zbliżyć się do syna. "O czym mógłbym z nim rozmawiać - pyta król swego doradcy. I dodaje: - Nie mamy ze sobą żadnych wspólnych tematów".

Żadnych wspólnych tematów w rozmowie między królem a księciem, między ojcem a synem? To nie całkiem dokładne. Obaj lubią mitologię, zwłaszcza niemiecką; dziedzina ta mogłaby dostarczyć im materii do tak potrzebnych rozmów, do pogawędek poza etykietą, zlikwidować przepaść, która ich od siebie oddala, przyczynić się do nawiązania porozumienia między dorosłym mężczyzną a dorastającym chłopcem. Dzieli ich brak wyobraźni u Maksymiliana i jego nieufny do niej stosunek oraz jej nadmiar u Ludwika, który w niej smakuje.

Dystans, jaki rodzice utrzymują wobec Ludwika, nie jest mu wynagradzany odwiedzinami rówieśników. Koledzy rzadko są zapraszani do Rezydencji w Monachium czy zamków; wokół Ludwika nie ma kręgu młodzieży, stale otaczają go dorośli.

Jedynym dzieckiem, z którym Ludwik przebywa, jest jego brat Otto. I może właśnie stosunek do młodszego brata daje nam najbardziej zaskakujący obraz Ludwika z tamtego okresu. Pod koniec lata 1857 roku w Berchtesgaden w zamkowej szklarni Ludwik rzuca się na brata. Czy to jednak chłopięca zabawa? Starszy związuje młodszemu bratu nogi, ręce, zakłada knebel, leżącemu wsuwa pod kark chustkę i zaczyna ją zaciskać... Na szczęście, wychowawca nadszedł w porę, karci Ludwika. W odpowiedzi na ostrą reprymendę padają słowa: "Otto jest moim wasalem".

Jak widać, poczucie wyższości Ludwika względem brata wykracza poza zwykłą dominację starszego z rodzeństwa nad młodszym. Nawet kara, którą Maksymilian wyznaczy synowi, nie stłumi tego uczucia. Nie bez znaczenia jest tu przesadnie płaszczący się przed Ludwikiem dwór. Chłopiec o impulsywnym charakterze, trudnych do przewidzenia reakcjach, znajduje w tym pewną zachętę. Gdy był jeszcze dużo młodszy, ukochana Meilhaus zaobserwowała bardzo znamienne jego zachowanie. W sklepie, gdzie towarzyszył swojej guwernantce, Ludwik skradł jakąś sakiewkę, bez większej wartości, ale w pięknym niebieskim kolorze, który go zachwycił. Sybilla von Meilhaus wyjaśniła mu, że nie można przywłaszczać sobie rzeczy, która do niego nie należy. Ludwik odparł: "W przyszłości będę królem tego kraju. Wszystko, co mają moi poddani, należy do mnie".

Łatwo sobie wyobrazić zdumienie i niepokój guwernantki. Poczucie własnej godności, głębokie przekonanie, że pewnego dnia osiągnie władzę absolutną, ugruntowały się w Ludwiku. Czytamy nawet w relacjach, że pierwsze zdania, jakich nauczył się po francusku, to: "Państwo to ja" oraz "Takie jest moje życzenie".

Rzecz posuwa się nawet dalej. Lekarze dworscy, zaniepokojeni stanem zdrowia Ludwika, przypuszczają, że jest chory na płuca. W owych czasach takie obawy były bardzo uzasadnione, ponieważ gruźlica czyniła spustoszenia. Przepisano mu mikstury, lecz Ludwik odmawia ich przyjmowania. Jeśli otoczenie naciska, on powołuje się na zbrodnię obrazy majestatu, co zakrawa niemal na ponury żart. Doktor Geitl zwraca uwagę, że dziecko ma usposobienie nadmiernie samotnicze.

Samotność... Oto choroba towarzysząca Ludwikowi, lecz jemu samemu owo towarzystwo wydaje się odpowiadać. Na skutek silnej migreny książę musi odpoczywać w ciemności, z opaską na oczach. Kapelan dworski składa mu krótką wizytę.

- Wasza królewska mość zapewne nudzi się, pozostawiony tu sam i bez zajęcia? - pyta ksiądz.

- Wcale się nie nudzę - odpowiada Ludwik. Myślę o różnych rzeczach i to mnie bardzo bawi10.

O czym myśli? O swoich lekturach, wypełniających mu wyobraźnię, jeszcze nie rozprzężoną pragnieniami, które uczynią z jego życia splot następujących po sobie marzeń i koszmarów. Czyta książki historyczne i romantyczne: Kwintyna Durwarda Waltera Scotta, ale zwłaszcza dramaty Schillera: Zbójców, Marię Stuart, Don Cariosa i Wilhelma Tella. Ludwik kupi sobie nawet statuetkę przedstawiającą bohatera walk o niepodległość Szwajcarii.

Zauważmy zresztą, że idealizm i patriotyzm dzieł Schillera spotykają się wówczas z zaszczytnym uznaniem. Schiller jednoczy poniekąd wszystkie państwa niemieckie, jest bowiem uważany za poetę narodowego. We wszystkich większych miastach niemieckojęzycznych jest czczony i sławiony przez towarzystwa naukowe, teatry, pomniki; istnieje "ruch Schillerowski", w którym uczestniczy wiele osób, zwłaszcza młodych.

Ale prawdziwą fascynacją Ludwika są stare legendy germańskie, a szczególnie ta najsłynniejsza - epopea Nibelungów. Przygody walczących przeciwko Attyli rycerzy burgundzkich, którzy zapożyczyli imiona od karłów władających podziemnymi skarbami, wywierają na Ludwiku niezatarte wrażenie. Teatr - znany mu dotąd tylko z lektury - wkrótce pojawi się w jego życiu, będzie pożywką dla jego marzeń.

Kochana Meilhaus opowiedziała mu przedstawienie Lohengrina, które niegdyś oglądała. Bez wątpienia po raz pierwszy dziecko usłyszało o "żywym" rycerzu z łabędziem, rycerzu, którego wyobrażenie jest obecne w murach zamku Hohenschwangau. Na pewno po raz pierwszy także zetknął się z nazwiskiem kompozytora opery, niejakim panem Wagnerem... I otóż na Boże Narodzenie 1858 roku Ludwik dostaje w prezencie książkę pt. Opera i dramat, fundamentalny esej tegoż Wagnera, przedstawiający jego teorię. Ten traktat z estetyki, napisany w 1851 roku, nie jest łatwą lekturą, to wręcz "labirynt, w którym ten tylko nie zbłądzi, kto dokładnie zna dzieło artystyczne"11. Wagner pisze, że "w królestwie harmonii nie ma początku ani końca, podobnie intymna żarliwość duszy nie jest niczym innym jak aspiracją, wzlotem, omdleniem, skruchą, czyli śmiercią. Ale śmiercią bez śmierci z powodu wiecznego powrotu do siebie samego".

Oto co zaskakuje: trzynastoletnie dziecko zdolne jest pojąć fragmenty objaśniające genezę dramatu wagnerowskiego. Wydaje się, że trudy takiej lektury nie są na miarę młodego umysłu, lecz zadziwi nas jeszcze i to, że Ludwik zna prawie na pamięć libretta dwóch oper Wagnera: Lohengrina i, co więcej, Tannhäusera. Ponadto czytamy, że ów zachwyt zrodził się przypadkiem w czasie pewnej wizyty. Wizyty, którą Ludwik złożył swojemu stryjecznemu dziadkowi, księciu Maksowi Bawarskiemu12. W jego monachijskim pałacu przy Ludwigstrasse (ulicy nadano nazwę na cześć Ludwika I) młody książę - następca tronu, pewnego wieczoru znajduje na fortepianie swego ukochanego kuzyna Karola Teodora, zwanego Gacklem, książkę napisaną przez Wagnera w 1849 roku, która ma obiecujący tytuł: Sztuka przyszłości.

Ludwik odkrywa zatem Wagnera jako autora, nie zaś jako muzyka. Ale już wtedy jego nazwisko rozbrzmiewa ciągle w rozpalonej głowie nastolatka. Wagner: dwie sylaby, jeden wiodący motyw, jedna obsesja.

Brak tylko lekkiego potrącenia struny, by Ludwik przeżył gruntowny wstrząs. Zjawiskiem, które opromieni jego życie, jest opera, jej światła, klejnoty, jej muzyka i głosy...

Opera Królewska w Monachium zapowiada na 2 lutego 1861 roku przedstawienie Lohengrina.

Kiedy Ludwik się o tym dowie, poprosi ojca, by pozwolił mu pójść na ten spektakl. Jego życzeniu staje się zadość. Ludwikowi, niespełna szesnastoletniemu, towarzyszy jego adiutant, hrabia Lendfelder.

Do teatru idzie po raz pierwszy. Opera monachijska jest jedną z większych europejskich scen operowych. Cieszy się podobną renomą co mediolańska La Scala czy wiedeńska Staatsoper. Monachijczycy są zresztą bardzo dumni z wzniesionego przez króla Maksymiliana I budynku; co prawda uległ on zniszczeniu przez pożar w 1823 roku13, ale odbudowano go dzięki obłożeniu ludności specjalnym podatkiem od spożycia piwa; wynosił on jednego feniga od litra.

W ciszy wyłożonej suknem królewskiej loży Ludwik słucha pierwszych taktów preludium. A kiedy tajemniczy rycerz Lohengrin przybija do wybrzeży Brabancji w łódce ciągnionej przez łabędzia, Ludwik z trudem powściąga swoje wzruszenie: rycerz z łabędziem zatem istnieje! Ożywają freski Hohenschwangau! Marzenie zostaje ucieleśnione! Wyobraźnia księcia poddaje się umownej rzeczywistości scenicznej. 2 lutego 1861 jest datą ważną, albowiem Ludwik, karmiony baśniami dzieciństwa, ulega czarowi opery, śpiewanym legendom, ideałowi średniowiecznego rycerstwa, wreszcie czarowi Wagnera, którego potężne brzmienia właśnie odkrywa. Jacques Bainville tak opisuje ten wewnętrzny wstrząs: "Wagner pojawił się w życiu Ludwika, gdy ten był w pełni wieku dojrzewania".

Jest to ich pierwsze "spotkanie". Jego konsekwencje będą tym bardziej zadziwiające, że - o ironio! - niedługo przed owym wieczorem hrabia La Rosée postanowił przerwać ostatecznie lekcje fortepianu udzielane księciu, ponieważ uznano go za niezdolnego do rozróżnienia walca Straussa od sonaty Beethovena! "Ludwik - pisał guwerner - nie ma ani daru, ani upodobania do muzyki. W ciągu pięciu lat nie doszedł do oczekiwanych wyników".

Jako zaś rezultat owego wieczoru Ludwik kreśli swoiste wyznanie wiary: "Przyjąć za wzór człowieka z krwi i kości, dobrego i energicznego we wszystkim i uczynić go swoim przewodnikiem. Trzeba nałożyć sobie obowiązek i zadanie naśladowania tego człowieka, i w tym celu trzeba go poznać, doskonale zrozumieć i studiować jego życie. W ten sposób będzie można jak najwierniej podążać jego śladami, by w końcu bez reszty dać się porwać jego przykładowi i zainspirować się jego stylem życia". Tak więc znalazł swego idola i duchowego mistrza.

Ogarnięty Wagnerowską obsesją, Ludwik błaga ojca, aby powtórzono specjalnie dla niego przedstawienie Lohengrina. Gdy nastąpi to w czerwcu, po raz drugi przeżyje legendę o rycerzu. Niebawem zresztą Ludwik sam znajdzie się w kręgu wybranego rycerstwa.

25 sierpnia 1862 roku Ludwik kończy 17 lat. Po raz pierwszy występuje oficjalnie przed mieszkańcami Monachium. Ubrany jest w strój kawalera Orderu Świętego Huberta, starego orderu Wittelsbachów, którego wielkim mistrzem jest jego ojciec. Monachijczycy, podziwiający księcia w mundurze z czarnego aksamitu, który przyobleka jego wysoką sylwetkę, nie mogą przewidzieć, że 24 lata później Ludwik będzie ubrany w taki sam mundur po raz ostatni. Jego pierwszy strój oficjalny będzie również ostatnim.

Jak wiadomo, 25 sierpnia to dzień św. Ludwika, patrona wszystkich Ludwików. Monachium świętuje swoje pojednanie ze starym królem Ludwikiem I, który jest na wygnaniu. To miasto - będące właściwie jego dziełem - pragnie zapomnieć o skandalu z Lolą Montez. Pośrodku Odeonplatz, jednego z najładniejszych tu placów, odbywa się odsłonięcie statuy konnej Ludwika I otoczonego jego muzami: Sztuk Pięknych, Poezji, Religii i Przemysłu. Hrabia La Rosée korzysta z okazji, by zwrócić uwagę księcia na wartość moralną rycerza w ogóle.

Monachijczycy zauważyli z pewnością jedno: że książę ma piękną prezencję. A przecież tydzień wcześniej Ludwik był cierpiący. 19 sierpnia pisał do swojej ukochanej Meilhaus: "Z powodu moich bólów gardła nie wolno mi robić długich wycieczek, musiałem też zrezygnować z jazdy konnej. Na życzenie mojego ojca pewien medyk z Berlina, dr Traute, zbadał mnie kilka dni temu w Axelmanstein. Zrazu było to dosyć przerażające. Wprowadzono mnie do ciemnego pokoju i tam, za pomocą wziernika, doktor zajrzał mi do gardła, ale stwierdził tylko lekką hipertrofię tchawicy. Potem osłuchał mi klatkę piersiową i znalazł mnie w dobrym stanie. On jest Żydem i nie ma zbyt pociągającego wyglądu"14.

Ta ostatnia uwaga skłania nas do poczynienia innej: Ludwik lubi tylko ludzi urodziwych, a dokładniej, nie znosi brzydoty, zwłaszcza u mężczyzn. Jego awersja do szpetoty jest tak silna, że dużo później będzie chciał odebrać pewnemu dworzaninowi godność herolda, jaką ten sprawował w czasie święta kawalerów orderu Świętego Jerzego, ponieważ jest zbyt brzydki! W odpowiedzi na obiekcje wysokich dygnitarzy zażąda, aby ten nieszczęśnik był przynajmniej usuwany sprzed jego widoku.

Stan zdrowia Ludwika przyczynia zmartwień jego ojcu, ale chłopiec dopatrzy się w tym korzystnych dla siebie aspektów. Do diabła obowiązki etykiety, skoro przejażdżki górskie są zakazane lub ograniczone przez owych panów od medycyny! Najważniejsze jest to, że wolno mu czytać i chodzić do teatru, czyli przeżywać sen na jawie.

28 grudnia 1862 roku Ludwik pisze do swojej kuzynki Anny, księżniczki heskiej: "Nie sądzę, aby mi pozwolono wiele tańczyć w przyszłym roku, gdyż dziś mam jeszcze dosyć opuchnięte gardło. Otrzymam jednak pozwolenie pójścia do teatru, a wolę to dużo bardziej niż wszystkie bale".

A woli do tego stopnia, że kiedy po raz pierwszy ogląda przedstawienie Tannhäusera, jego adiutant Lendfelder, stale mu towarzyszący, poczuje zaniepokojenie wobec reakcji księcia. W obitej czerwonym aksamitem loży, począwszy od uwertury - wspaniałej - Ludwik drży. "Kiedy Tannhäuser powracał na górę Wenus - odnotuje Lendfelder - ciałem księcia wstrząsnęły prawdziwe spazmy. Były one tak gwałtowne, że przez chwilę lękałem się ataku epilepsji".

Przypomnijmy tu opinię Nietzschego z jego sławnej książki Przypadek Wagnera: "Wagner jest neurotykiem. Jego muzyka jest muzyką człowieka chorego [...]. Triumfalne sukcesy odnosi wśród ludzi znerwicowanych, wśród kobiet, dorastającej młodzieży".

Wrażliwość młodego człowieka poddana podniecającym bodźcom Wagnerowskim dochodzi do granic wytrzymałości. Lohengrin i Tannhäuser odgrywają tu rolę katalizatorów, by nie rzec detonatorów, tak bardzo wpływ tych dwóch oper jest determinujący. Zauważmy, że za życia Ludwika II te dwa dzieła spośród wszystkich Wagnerowskich będą w Monachium najczęściej wystawiane15. Między dwoma spektaklami z 1861 i z 1862 roku, między Lohengrinem i Tannhäuserem, entuzjazm Ludwika dla Wagnera osiąga natężenie graniczące z egzaltacją.

Lohengrin to wzmożone bicie serca, Tannhäuser - gorączka.

A królewskie rzemiosło? Czy Ludwik jest przygotowany do jego wykonywania? Czy jest wprowadzony w sprawy królestwa? Czy jest wykształcony w polityce i dyplomacji? Na te wszystkie pytania pada jedna odpowiedź: nie.

Ludwik się uchyla, ale nikt nie próbuje go do tych celów nakłonić. I wydaje się, że ostatnią osobą, która by była świadomą tego stanu rzeczy, jest jego królewski ojciec.

Maksymilian obserwuje swego starszego syna i stwierdza to, co zauważyli wychowawcy: książę jest marzycielem, który ma tylko jedno słowo na ustach: Wagner. Podczas kilku wystąpień oficjalnych u boku króla, w czasie nielicznych audiencji, którym przewodniczy w zastępstwie ojca, Ludwik jest roztargniony. Obowiązki stanu zdają mu się katorgą, protokół go krępuje, życie publiczne nudzi.

Na początku roku 1863 Ludwik zaopatruje się w tekst długiego poematu Pierścień Nibelunga, który Wagner właśnie opublikował. Jednocześnie książę po wielekroć rysuje scenę pożegnania z Lohengrina.

Hrabia La Rosée nadal próbuje czymś zrównoważyć tę przykrą skłonność do bezczynności. Zawiesza lekcje greki i pragnie zapoznać Ludwika z tajnikami władania bronią. Jako nęcący pretekst wysuwa udział w polowaniach w dziewiczych lasach Górnej Bawarii. Niestety... Ludwik nienawidzi broni palnej, a wszystko, co może mieć jakikolwiek związek z wojskiem, go przeraża. Chroni się w lekturę Fausta i Antygony. W sumie jest to egzystencja dosyć bezbarwna, życie niepełne, Ludwik z prawdziwym entuzjazmem oddaje się tylko marzeniu.

Przyznajmy, że jak dotąd jego pozycja oficjalna utwierdza go w przekonaniu, że istnieje tylko jeden ideał, jedna filozofia, jedno przeznaczenie, a jest nim rycerstwo. W kwietniu ojciec ponownie czyni go kawalerem, tym razem Orderu Świętego Jerzego, którego płaszcz Ludwik przywdziewa. I jeszcze raz marzenia realizują się w życiu. Do swojej dawnej guwernantki pisze: "Przypomniało mi to moje dziecięce zabawy, kiedy pasowaliśmy się na rycerzy! Pani niebieska woalka posłużyła mi raz za płaszcz".

W środku lata - 16 sierpnia - król Maksymilian udaje się do Frankfurtu na sejm książąt niemieckich. To "zgromadzenie parlamentów" sprowokowane przez Franciszka Józefa, cesarza Austrii, ma na celu odnowienie Związku Niemieckiego. Zrodzony na kongresie wiedeńskim, na ruinach Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, ów związek 35 państw i wolnych miast podzielony jest między dwie tendencje: z jednej strony "wielkie Niemcy" pod przewodnictwem Austrii i Habsburgów, z drugiej "małe Niemcy" pod przewodnictwem Prus i Hohenzollernów.

Zebranie frankfurckie, na którym Austria chce odegrać decydującą rolę, nie odpowiada Bismarckowi, kanclerzowi Prus. Tak aranżuje sprawy, by król Wilhelm I mógł uchylić się od zaproszenia Franciszka Józefa. W ten sposób obrady frankfurckie, wobec nieobecności Prus, pozbawione będą skuteczności, a Prusy zachowają swobodę ruchów. Bez nich zjednoczenie Niemiec nie może się dokonać, co więcej, tylko one, dzięki supremacji, mogą je przeprowadzić.

Tego zatem lata 1863 roku Bismarck nie odstępuje króla Wilhelma I, który jest na kuracji: najpierw pije wody w Gastein, a potem w Baden-Baden. Monachium leży na ich szlaku, toteż Bismarck postanawia się tam zatrzymać; Bawaria jest państwem, z którym trzeba się liczyć w dziele jednoczenia Niemiec. Jaki jest książę Ludwik, przyszły władca Bawarii? Ten pobyt będzie dla Bismarcka okazją do wyrobienia sobie własnej opinii.