Łódź, sierpień 1987 rok
Brzęczący głośno dzwonek oderwał Lucynę od prasowania dziecięcych ubranek, których starannie złożony kopczyk zajmował część stołu. Dochodziło południe, nikogo nie spodziewała się o tej porze, natomiast każdy z domowników posiadał własny komplet kluczy.
- Kogo znów niesie? - warknęła ze złością i niechętnie podreptała w kierunku długiego korytarza wyłożonego zniszczonym chodnikiem. - Ach, to pan! - powitała, nie kryjąc zaskoczenia, niskiego, z wylewającym się zza paska spodni brzuszkiem mężczyznę w firmowym uniformie. Ten na widok młodej, ładnej kobiety uchylił daszek swojej czapki listonosza.
- Paczuszka z Niemiec! - obwieścił z triumfem. - Pokwitować trzeba!
- Jak trzeba, to trzeba, panie Mareczku! - zaszczebiotała, odzyskując dobry nastrój. - To gdzie mam podpisać?
Listonosz uśmiechnął się rubasznie, wskazał grubym palcem miejsce w opasłym zeszycie, mlasnął, kiedy się pochyliła, aby złożyć w rubryce czytelny podpis. Nie zauważyła oderwanego guzika bluzki, ta teraz rozchyliła się, ukazując głęboki rowek między jędrnymi piersiami.
Podekscytowana pochwyciła pakunek, podziękowała w przelocie pracownikowi poczty, wcisnęła mu do ręki bilon, jednocześnie zatrzaskując mu drzwi przed nosem. Chwilę później, zapominając o prasowaniu, dobierała się już do paczki. Raz za razem wyjmowała z niej dobrodziejstwa stanowiące w siermiężnej Polsce niemal znamiona luksusu. Próżniowo zapakowany kilogram mielonej kawy, chałwa, herbata, czekolady, paczka fajek dla ojca, kolorowa sukienka dla Kingi, a także dżinsowa kurtka, o jakiej od dawna marzyła.
- Kochany Julek - szepnęła czule, zakładając katanę.
Chwilę paradowała przed lustrem w przedpokoju. Wyglądała szałowo. Kurtka idealnie pasowała do jej wysokiej, zgrabnej sylwetki, blond włosów do ramion i ładnej twarzy z wielkimi piwnymi oczami.
Wykonała kilka obrotów w jedną stronę, potem w drugą. Te złote guziki, te dżety w pagonach i patkach kieszeni, po prostu cudo!, myślała, zachwycona, wdzięcząc się w obitej boazerią ciasnej przestrzeni korytarza.
Następnie zgasiła światło i przeszła do pokoju. Rozejrzała się po nim mimochodem. W jednym rogu stało łóżeczko, w drugim wersalka, szafa, stół, ława i dwa fotele z wełnianymi nakryciami. Wszystko mieściło się na szesnastu metrach kwadratowych. Całe mieszkanie miało osiemdziesiąt metrów, składało się z czterech pokoi, kuchni, łazienki, ubikacji i przedpokoju. Znajdowało się na parterze wieżowca bezpośrednio przy ulicy Lutomierskiej. Jej rodzicielka wiele przeszła, zanim je zdobyła, wydeptała wiele ścieżek, złożyła tysiące podań, zniosła wiele upokorzeń i ciężkich chwil. Aż wreszcie się udało. Dzień, w którym z czwórką nieletnich dzieci przeniosła się tam, gdzie miała tak komfortowe warunki, do dziś uważa za jeden z najszczęśliwszych w jej życiu.
W tym momencie w zamku zazgrzytał klucz i do mieszkania wsunęła się cicho, niemal bezszelestnie, starsza o rok siostra. Była sporo niższa od Lucyny, miała krótsze blond włosy, drobną budowę ciała, zielone magnetyczne oczy i niespotykaną urodę.
- Już wróciłaś? - spytała Lucyna zaskoczona, rumieniąc się nieznacznie. Poczuła, jakby ktoś złapał ją na gorącym uczynku.
- Ojej, a co to? - Wiolka zmierzyła ją od stóp do głów. - Ale bomba! Skąd masz?
- A jak myślisz?
- Minęłam się z listonoszem, pewnie z Niemiec... - Dziewczyna cmoknęła z uznaniem i odrobiną zazdrości. - Co jak co, ale gust skubany ma. Nawet w Centralu takich nie sprzedają. Pracuję tam już tyle czasu i nigdy nic takiego nie przywieźli!
- Nie martw się! - Lucyna podeszła do niej i objęła ją czule ramieniem. - Pożyczę ci, nie będę taka.
- Mam nadzieję. Kinia jeszcze śpi?
- Od godziny - odparła młoda matka, spoglądając z czułością na córeczkę. - Jak suseł.
Wiola weszła do łazienki. Po chwili pojawiła się z wypłowiałym ręcznikiem w dłoniach.
- Co jeszcze przysłał? - spytała, podchodząc do kartonowego pudła. - Jakiś list? Kiedy wraca?
Lucyna żachnęła się. Pochyliła się nad opróżnioną paczką, chcąc się upewnić, czy wszystko z niej wyjęła.
- Nie ma - stwierdziła z żalem. - Pewnie list przyjdzie osobno. Może bał się, że paczka gdzieś się zawieruszy...
- Pewnie tak - skwitowała siostra, robiąc obrót i kierując się do kuchni. - Muszę coś zjeść, jestem głodna jak wilk.
- Ja też! Zajęłam się prasowaniem i zapomniałam o jedzeniu!
- A co jest?
- Pomidorowa!
- Może być!
- To chodź! Zjemy razem. Przy okazji sobie pogadamy.
***
Wieczór nadchodził, parny i duszny, okna były otwarte na całą szerokość, z ulicy dochodził nieustannie hałas. Zaterkotał dzwonek u drzwi.
- Pójdę otworzyć - oznajmiła Lucyna, która w tym samym czasie porządkowała półkę z ubraniami. - Cały czas bałagan, nie mam na to siły! A tu ciągle ktoś! - rzuciła z nutą pretensji, zostawiając robotę i biegnąc w kierunku drzwi.
Matka zerknęła na nią tylko znad ramienia, nie prostując nawet pleców. Nie skomentowała tej skargi. Ona sama wychowała przecież czworo dzieci.
Majewska w pośpiechu odryglowała zamki i szarpnęła skrzydłem drzwi.
- Wojtek? Stało się coś? - spytała, kiedy ujrzała przed sobą niewysokiego, za to silnie zbudowanego mężczyznę w granatowej koszulce polo i dżinsowych szortach, które mu ostatnio brat przysłał z RFN-u. Jego okrągła, lekko zaczerwieniona twarz mieniła się kropelkami potu, które otarł zamaszyście przedramieniem. Uśmiechnął się jakoś głupawo, wręczając jej ogromnego lizaka w kształcie serca.
- To dla Kingi.
- Wchodź, sam jej dasz!
- Jasne! - skwitował kwaśno, pakując się do środka.
Zwykle pojawiał się we wcześniejszych godzinach, dlatego jego obecność wydała jej się niepokojąca. Przyglądała mu się uważnie, kiedy ściągał sandały i wsuwał wielkie stopy ubrane w skarpety w stojące na dywaniku kapcie.
- Kto to?! - zawołała Terkowska, wychodząc z pokoju z wnuczką na rękach.
- To tylko Wojtek - odparła szybko córka, prowadząc gościa do saloniku.
Ten zatrzymał się przed starszą kobietą, uścisnął jej rękę, cmoknął nonszalancko jej wierzch, po czym wręczył Kindze zapakowaną w celofan słodkość.
- To dla ciebie!
Mała wyciągnęła rączkę w kierunku mężczyzny. Znała go, wszak odwiedzał ten dom nader często.
- Kinia, podziękuj wujkowi! - zażądała matka, na co dziecko pacnęło lizakiem mężczyznę po głowie.
- No ładnie! - skwitował ze śmiechem, po czym nagle spoważniał. Omiótł dziewczynę badawczym spojrzeniem.
- Stało się coś? - powtórzyła, widząc jego ściągniętą grymasem twarz.
Kiwnął na nią porozumiewawczo, zerkając jednocześnie w kierunku balkonu. Zrozumiała jego intencję. Pewnie nie chciał, aby matka była świadkiem tej rozmowy.
- No powiesz wreszcie? - sarknęła niecierpliwie, kiedy już stali oboje na wysuniętym w głąb podwórka, otoczonym metalową balustradą koszyku. Miała przed sobą widok na wydeptany trawnik z koszem na śmieci, piaskownicę i metalową huśtawkę. Przy trzepaku stało kilku nastolatków, którzy przerzucając między sobą piłkę do siatki, usiłowali coś ustalić. Pojedyncze krzyki, świergot wróbli, a także warkot silnika stojącej nieopodal syrenki, którą właściciel usiłował naprawić, zakłócały względną ciszę. Wyciągnęła z leżącej na parapecie paczki papierosa.
- Chcesz?
- Daj!
Oboje zaciągnęli się carmenem i wypuścili z ust kłęby dymu.
- Julek siedzi - padła lakoniczna odpowiedź.
Zachwiała się, chwytając za poręcz.
- Co powiedziałeś?
- Przyłapali go na kradzieży. Brat mi powiedział.
- Jakiej kradzieży? Kto? - powtórzyła, robiąc się blada jak pergamin.
Palce jej zadrżały, kiedy skierowała ustnik między kształtne wargi.
- Nooo, ochrona chyba... - wydukał. - Mirek twierdzi, że niewiele brakowało, aby mu się udało tym razem.
- Jak to tym razem?
Zmierzył ją nieco krytycznym spojrzeniem, potem uśmiechnął się pobłażliwie.
- Nie wiedziałaś, że kradł? Myślałaś, że te wszystkie rzeczy skąd są?
- Mówił, że pracuje na czarno! Ma zasiłek, mieszkanie, dorywczą robotę!
Mężczyzna westchnął ciężko, strzepnął popiół do stojącego obok paczki papierosów słoika.
- Owszem, pracował... Przez kilka dni. Mirek robił wszak to samo...
- I co teraz? - bąknęła po chwili zastanowienia. - Przecież muszę mu jakoś pomóc!
- Jak chcesz to zrobić? Wynajmiesz adwokata?
- Choćby i nawet! - wycedziła ze złością. - Zrobię wszystko, aby go wyciągnąć! Moje dziecko musi mieć ojca na wolności. Nie pozwolę Julkowi zgnić w więzieniu!
Krótkim, nerwowym ruchem wrzuciła końcówkę carmena do słoika i przytrzymała się balustrady, zaciskając na niej palce.
- Wiesz coś więcej? Ile mu za to grozi?
- Nie mam pojęcia, pięć lat?
- A Mirek? Gdzie był w tym czasie?
Wojtek westchnął głośno.
- Zdążył uciec i upłynnić fanty. Wrzucił je do kosza na śmieci. Nic przy nim nie znaleźli, więc go wypuścili... - Ugryzł skórkę palca i bezwiednie splunął.
- Ach, tak! - syknęła wściekle. - Ten twój braciszek go wystawił!
- Jak możesz tak w ogóle myśleć? On nic nie mógł zrobić!
Myślała o czymś intensywnie, zacisnęła usta w kreskę, zmarszczyła brwi.
- W takim razie ty mi pomożesz, Wojtek - oznajmiła wreszcie, podnosząc głowę i wpatrując się w niego intensywnie.
- Ale jak?
- Obiecałeś to kiedyś mojemu mężowi, pamiętasz? Miałeś się mną zaopiekować podczas jego nieobecności.
- Pamiętam. Przecież cały czas to robię...
- Właśnie - wycedziła. - To twoja wina! To ty go usilnie namawiałeś na ten wyjazd!
- Przestań! - rzucił ze złością. - Siłą go tam nie zaciągnąłem! Sam chciał!
- Dlatego teraz pomożesz mi się tam przedostać! - oświadczyła, patrząc mu wyczekująco w twarz. - Załatwisz mi jakieś papiery, zaproszenia. Przecież wiesz, jak to zrobić, prawda?
Przestąpił z nogi na nogę.
- No niby wiem... Tylko co potem?
- Pożyczę jakieś pieniądze i wynajmę prawnika. Postanowione.
- A co z Kingą? - Miał nadzieję, że trafił w czuły punkt.
- Jak to co? Pojedzie z nami!
- Z nami? Chcesz tam pojechać z półtorarocznym dzieckiem?
- A jak ty myślałeś? Wyobrażałeś sobie, że pojadę tam sama? Przecież ty masz kontakt z bratem i wiesz wszystko. Poza tym... - Spojrzała chytrze w jego okrągłe ze zdziwienia brązowe oczy otoczone firanką gęstych rzęs. - Nie puściłbyś mnie samej, prawda?
Pokręcił głową z niedowierzaniem, a potem przytaknął, przyglądając się jej z enigmatycznym błyskiem w oku.