Słońce powoli zachodziło poniżej nieregularnej linii wieżowców centrum. Złote rozbłyski miarowo przesuwały się po szkle i stali, na tyle silne by oświetlić pracujące jeszcze biura. Prawnicy, specjaliści, menedżerowie. Ścisła czołówka potencjału i możliwości zasuwała nad raportami, papierami i mailami. Jakiś szef zaprosił sekretarkę do biura i lizał zawzięcie trzęsąc łysiejącą głową, czekając aż mała niebieska pigułka zacznie działać. Na szczęście nie będzie musiał czekać tak długo jak ona czeka na moment, kiedy zostawi swoją żonę. I może spodziewać się znacznie większego prawdopodobieństwa sukcesu. W innym biurze świetnie zmotywowany pracownik zmieniał świat przez odpowiednie ustawienie marginesów, dobór kolorów i wielkość czcionki.
On obserwował to wszystko z tarasu widokowego Pałacu Kultury. Patrzył z przyjemnością, jednak bez satysfakcji. Nie miał w tym udziału - to tylko ludzie ludziom gotowali ten los. No, przykładał się do tego Legion, jednak ich działania przypominały bardziej żer na pobojowisku. Sama bitwa - czysto ludzka zasługa.
Czuł coś. Coś dla czego nie mógł już do końca znaleźć nazwy - tak długo już mu towarzyszyło. Żal? Smutek? Rozpacz? Przyzwyczaił się chyba, mimo że z początku to uczucie nie pozwalało mu na nic innego niż płacz. Leżał wtedy, na samym początku, skulony z kolanami podciągniętymi pod brodę. Miał jednak w sobie coś jeszcze, coś, co w końcu pozwoliło mu się podnieść - poczucie misji. Wiedział, że to uczucie jest konsekwencją jego świadomego wyboru. Czuł je, bo odważył się myśleć samodzielnie. Nie zgodzić się z rzeczywistością którą mu zaproponowano. I to uczucie było konsekwencją tej niezgody. Nauczył się je akceptować, walczyć z nim, spychać w podświadomość właśnie dzięki misji - wiedział, co musi zrobić. On przeciw wszystkiemu. Przeciw NIEMU. A zadanie jakie sobie postawił - przekonać go. Że się myli. Że po raz pierwszy odkąd zaczął się świat - MYLI SIĘ. I on mu to pokaże.
Dopalił papierosa, zatkniętego w srebrny, rzeźbiony ustnik i strząsnął go na posadzkę tarasu. Niektórzy pewnie uznaliby ten sposób palenia za pretensjonalny. Wybór był jednak dla niego czysto pragmatyczny. Palenie było jednym z rytuałów, jakich nauczył się na ziemi. Nie lubił jednak jak ręce przesiąkały zapachem tytoniu. A że ustnik był ze srebra rzeźbionego przez najlepszych jubilerów ubiegłego wieku, cóż, nie w jego stylu było otaczać się tandetą. Schował ręce w kieszeniach lnianej kremowej marynarki i skierował się do windy. Dziesięć minut później wsiadał już do czekającej na niego limuzyny.
Skinął na powitanie szoferowi. Szczupły mężczyzna w okolicy czterdziestki podchwycił jego spojrzenie swoim jedynym okiem i odwzajemnił gest w milczeniu. Doskonale wiedział, że jeśli On będzie chciał, odezwie się jako pierwszy. Kierunek - dom. Ruszył dynamicznie i już po chwili mknął ulicami Warszawy. Styl miał odważny jak na osobę pozbawioną możliwości widzenia głębi. Jakoś nie przeszkadzało mu to idealnie i w takt wymijać kolejne auta, a co ważniejsze nie przeszkadzało to jego pasażerowi. Ufał w pełni jego umiejętnościom. Na miejsce przybyli dokładnie w kwadrans.
Przez ostatnie lata dom oznaczał górne piętro starego budynku fabrycznego na pradze. On szukał światła, wiec wybrał miejsce gdzie szczyty były oryginalnie przeszklone. Oczywiście nie byłoby problemem usunąć wszelkie przeszkody w ratuszu i wybrać dowolny budynek. Jednak po ekscesach pierwszych 50 lat bezpośredniego eksperymentowania na ludziach zmienił podejście. Przez ostatnie dekady raczej zadowalał się obserwacją i chirurgiczną precyzją. Dawało mu to dużo więcej satysfakcji i pozwalało na zdobycie lepszych, bogatszych informacji. Prawdziwa wiedza zawsze dojrzewa w czasie.
Nie mówił oczywiście nie powrotowi do starych sposobów, planeta w końcu przeludniała się mocno, jednak żywił przekonanie, że te karaluchy same znajdą sposób na przetrwanie. Prędzej czy później. Przy okazji robiąc sobie jakąś bardzo wymyślną, absurdalną krzywdę i nazywając ją oczywiście najlepszym rozwiązaniem czy wręcz zbawieniem.
Wielu jemu podobnych miało mu to za złe. Jego nie ograniczały zasady, którymi oni musieli być bezwzględnie posłuszni. On mógł działać bezpośrednio, zmuszać, a nie kusić. Narzucać, a nie czekać na zgodę. Wiedział doskonale że skrycie nienawidzili go za to. Nie obchodziło go to jednak. Był zbyt potężny żeby mogli Mu cokolwiek zrobić.
Po powrocie posiedział trochę w kuchni karmiąc ciało, wiedział jednak że to dziś go nie nasyci. Uczucie dawało mu o sobie znać przez ostatnie dni i wiedział, że tylko działanie może je z powrotem uciszyć. Nie było jednak powodu do pośpiechu. Lubił smakować swoje plany. Soczysty kawałek wołowiny wylądował na rozgrzanej patelni, sałata zalana miodem i musztardą czekała już na talerzu. Lubił jeść rzeczy proste. Przy odpowiedniej jakości składników zbytnia komplikacja tylko zabijała smak. Posiłek zakończył kieliszkiem czerwonego wina. Zaspokoił ciało, duch wciąż pozostawał głodny. Wyszedł na taras i wciągnął zapach miasta. Wąchał sytuacje, smakował obecnie dziejące się wydarzenia. Wybierał potrawy na dzisiaj.
Na świecie było zaledwie parę osób, dla których to zachowanie było prawdziwie zrozumiałe. On sam nazywał to Świadomością Elementów. Fizyczny świat nie stanowił dla niego tajemnicy. Z pełną świadomością i w dowolnym momencie wiedział, co nastąpi, był w stanie łączyć fakty i planować swoje poruszanie po świecie z niemal pełną dokładnością. Rzucić monetą wiedząc dokładnie jak się odbije, przejść przez ruchliwą ulicę pewnym krokiem i z zamkniętymi oczami, idealnie wpasowując się między rozpędzone auta. Mówiąc prościej, świat był dla Niego i Jemu podobnych jak prosty szablon wyrysowany na kartce papieru. Widzieli jak na dłoni możliwe ruchy i umieli w nim precyzyjnie działać, a On był w tym zdecydowanie najlepszy. Więc, kiedy obserwował miasto, naprawdę śledził wszystko co się w nim dziś wydarzy. I bardzo świadomie wybierał kto i jak stanie się dzisiejszą kolacją dla Jego satysfakcji.
Zapach kolejnego, małego kawałka w wypełnianym przez niego planie był bardzo nęcący. Wziął prysznic, założył czarną koszulę i trzyczęściowy garnitur w tym samym kolorze. Bocznymi schodami przeciwpożarowymi zszedł na dół. Mógłby skorzystać z głównego wyjścia z mieszkania, jednak oznaczałoby to przejście przez środek "Światła", nocnego klubu którego był właścicielem. W takie noce jak ta, wolał jednak zostawać sam. Wyciszyć się, przygotować. Przeciskanie przez tłum gości i kanonadę dźwięków zdecydowanie temu nie sprzyjało.
Brama garażu podniosła się z cichym szumem, ukazując szereg błyszczących grilli i nawoskowanych masek. Przeszedł się wzdłuż nich, zastanawiając który będzie najlepiej pasował do dzisiejszego posiłku. Ponad wiek przebywania na ziemi nauczył go lubić niektóre jej aspekty. Klasyczne amerykańskie auta dobrze wpasowywały się w jego gust. Zatrzymał się przed granatowym mięśniakiem. Mrucząc auto wyjechało z garażu i powiozło swojego Pana w noc.
Marta spojrzała nerwowo na zegarek. Nie lubiła się spóźniać. Na rondzie ONZ powinna być już 5 minut temu. Miała nadzieję, że Darek się nie pogniewa. Telefon oczywiście padł jej jakąś godzinę temu. Siedziała przy oknie w tramwaju, obserwując auta stojące na światłach po drugiej stronie szyby. Kierowca najbliżej niej chyba również był spóźniony. Co chwila nerwowo poprawiał ręce na kierownicy. Tuż za nim ustawił się granatowy amerykański wóz, w stylu tych widywanych w klasycznych filmach. Światła zmieniły się. Kierowca w granatowym aucie zatrąbił. Tylko tyle trzeba było, żeby mężczyzna z nerwowymi rękami ruszył z piskiem. Tramwaj, któremu za moment miał przeciąć drogę stał jeszcze. Motorniczy zagapił się i ruszył rutynowo, nie sprawdzając sytuacji przed czołem wagonu. Całą uwagę skupił na bocznym lusterku wpatrzony w amerykański wóz który zawsze chciał mieć. Ruszył i wbił się w bok auta nerwowego kierowcy. Tramwajem szarpnęło. Stłuczka. Nic poważnego, ale wystarczyło żeby Marta zamarzyła o tylko pięciominutowym spóźnieniu. Granatowe auto pojechało dalej, jakby nic się nie stało.
Michał szybkim krokiem przemierzał deptak ulicy Francuskiej. Poprawił mankiet. Był umówiony w restauracji na końcu ulicy z jakąś flądrą z Internetu. Miała fajne cycki z których chciał zrobić użytek dzisiejszej nocy, ale to nie dlatego się spieszył. On się po prostu nie spóźniał. Nigdy. Kropka. Dziś przed wyjściem musiał jednak wytłumaczyć ruskiej, która u niego sprzątała, co to znaczy dobrze wyprasowana koszula i jak bardzo może to wpłynąć na wysokość jej następnej wypłaty. Spojrzał szybko na zegarek i w następnej chwili wpadł na mężczyznę w czarnym trzyczęściowym garniturze. Porcja lodów czekoladowych ubarwiła jego białą koszulę. Skurwysyn zrobił to jeszcze tak elegancko, że całość oczywiście wylądowała tylko na nim.
- Noż kurwa Twoja... - zaklął, podniósł wzrok i zamknął się momentalnie.
Właścicielem porcji lodów był Łukasz Świetlicki, właściciel "Światła". Klient jego kancelarii. Dobry klient.
- Panie Michale. Witam i przepraszam. - powiedział z uśmiechem Łukasz.
- Lody o tej godzinie.. - palnął w odpowiedzi Michał.
- Ah widzi Pan. Taka piękna pogoda... A pan taki nieważny, no i stało się - na tę uwagę Michała niemal zalała krew. Musiał jak najszybciej odejść, żeby uniknąć utraty klienta i procesu o pobicie.
- Tak tak. Przepraszam, śpieszę się. - powiedział przez zaciśnięte zęby, odwrócił i oddalił szybko. Mężczyzna nazywany Łukaszem, nadal uśmiechnięty śledził go przez moment i poszedł w przeciwnym kierunku. Idealnie skrojony garnitur trochę odstawał od ubioru pozostałych ludzi. Lato było upalne i mimo wieczoru nikt nie odważyłby się na założenie takiej ilości materiału. Może to wyróżnienie było powodem, dla którego był odprowadzany wzrokiem przez wszystkie kobiety mijane po drodze.
Podszedł w końcu do jednej z nich. Takiej, która wywoływała podobne do niego efekty. Siedziała przy stoliku i rozmawiała z kimś. Jednak, kiedy On się pochylił, ta rozmowa jak i w ogóle człowiek z którym siedziała nie miały już najmniejszego znaczenia. Zbliżył się i szepnął jej coś do ucha. Ona zarumieniła się lekko. Zawahała na chwilę, rzucając krótkie spojrzenie na mężczyznę przy stoliku, ale tylko na chwilę. Wstała i odeszła z Nim nie oglądając się już. Porzucony siedział, zbyt zdziwiony, żeby się ruszyć. Założył ręce za głowę, westchnął głęboko i cicho zmielił przekleństwo.
Parę minut później On, z nią wtuloną w jego ramię skręcili w boczną uliczkę. Otworzył drzwi granatowego auta i po chwili ruszyli z piskiem opon. Jechali w milczeniu, ale jej to nie przeszkadzało. Sama obecność nieznajomego mężczyzny sprawiała, że robiło jej się gorąco. To było coś, czego nie przeżyła dawno. Dreszczyk którego żaden z wianuszka wiecznych adoratorów nie był w stanie wywołać. Zerkała tylko spod długich, ciemnych włosów na jego ruchy. Oszczędne, pewne siebie. Męskie do bólu. Nim się obejrzała, byli przy polach mokotowskich tuż obok Ronda Jazdy Polskiej. On wjechał na chodnik obok przystanku. Wysiedli odprowadzani zdziwionymi spojrzeniami grupki osób czekających na autobus. Chwycił ją za rękę i zaprowadził na sam róg ulicy, dokładnie naprzeciw pomnika.
- Życie to niespodzianka i potrzeba odwagi, żeby je odpakować - powiedział. Nie miało to najmniejszego sensu, ale sposób w jaki to mówił... Przyciągnął ją do siebie, ręką pogładził po policzku. Mógł z nią zrobić co tylko chce. Na razie pocałował tylko, ale za to tak, że kolana się pod nią ugięły. Kiedy skończył wyszeptał:
- Poczekaj tutaj.
Skołowana posłusznie została, a on podszedł do auta, wsiadł i pojechał. Dopiero po paru minutach zaczęła przychodzić do siebie.
- Idiotka, mógł mnie przecież wywieźć gdzieś, zgwałcić. Kto to w ogóle był? Zostawił mnie tutaj. To jakaś gra? Może jednak wróci... - myślała i nie ruszała się z miejsca.
Całą scenę obserwował młody mężczyzna stojący pod pomnikiem. Z bukietem czerwonych róż. Jego dziewczyna, Marta, spóźniała się i nie odbierała komórki. Kłócili się ostatnio często. O pierdoły. Zaczynał się zastanawiać, czy to wszystko ma sens. Patrzył, jak para nie z tej bajki - on, wysoki, w idealnie skrojonym garniturze i ona, zjawiskowa wręcz i totalnie w niego wpatrzona stają kilka metrów dalej.
- Tak powinny wyglądać związki - pomyślał kiedy tamci się całowali. Po chwili on odjechał, a ona została. Nie mógł oderwać od niej wzroku. O Marcie wolał nie myśleć, nijak nie przystawała do zjawiska które stało przed nim. Mijał czas, pięć, dziesięć, dwadzieścia minut. Miarka się przebrała. Miał w ręku kwiaty, szczęśliwy los zesłał mu szansę. Zebrał się w sobie i podszedł do kobiety o długich, ciemnych włosach.
- On chyba nie wróci? - zagadnął.
- Co? Nie nie, ja czekam tylko... - odpowiedziała lekko zmieszana.
- Nie ma czego się wstydzić, sam też na kogoś czekałem. Darek - to mówiąc wyciągnął rękę w jej stronę. Zawahała się, już drugi raz w ciągu wieczoru. Wciąż jednak czuła ciepło które zostawił On i narastającą pustkę na samoocenie domagającą się wypełnienia.
- Co mi tam - pomyślała - Iza.
- Miło mi, Izo. Może pójdziemy na kawę? Niedaleko jest jedno przyjemne miejsce.
Iza nie za bardzo miała ochotę, facet który się jej przedstawił jako Darek nie był w jej typie. Ale pogodziła się już z tym, że On nie wróci. I tak już dzisiaj robiła głupie rzeczy. Jedna więcej nie zaszkodzi.
***
Marta zdyszana przebiegła przez ostatnie już pasy. Niestety, przy pomniku nie było Darka. Miała w torebce ładowarkę, niedaleko była kawiarnia. Podłączy telefon i zadzwoni.
Parę minut później stała przed lokalem. Wyciągnęła rękę w stronę drzwi i zamarła. Nie musiała już dzwonić. Siedział przy stoliku. Z kobietą. Łasił się do niej, łapał za rękę którą ona wdzięcznie odsuwała. Podobała się jej ta gra, chciała, żeby próbował. Marcie zaszkliły się oczy, odwróciła na pięcie i poszła przed siebie. W głowie jej huczało, kiedy doszła do przejścia nawet nie zwolniła kroku. Pisk opon był ostatnim co usłyszała.
Jej lot obserwował z drugiego końca ulicy, w bocznym lusterku, ale dla Niego nie było to problemem. Widział świetnie jak bezwładne ciało ląduje parę metrów dalej. Uśmiechnął się i odjechał. Zbliżała się jedenasta, a On wciąż czuł głód. Reszta posiłku na szczęście powoli dochodziła.
Zatrzymał się znów na Francuskiej, gdzie Piotrek, były już kelner opuszczał restaurację. Chude ramiona zwieszone beznamiętnie, plecy przyciśnięte smutkiem. Tego wieczoru miał przyjemność obsługiwać stolik, do którego przysiadł się mężczyzna z wielką czekoladową plamą na koszuli. Zaczął krzyczeć na niego właściwie od momentu kiedy podszedł do stolika przyjąć zamówienie. Wytknął nieznajomość karty win, zgnoił za zagniecenie kołnierza koszuli. Gdzieś w okolicach głównego dania, które nie pojawiło się na stole według niego wystarczająco szybko zażądał rozmowy z kierownikiem. Kiedy Piotr stał ze zwieszoną głową, jego szef próbował uspokoić klienta, ten jednak nie miał zamiaru szybko ustąpić. Zatrzymał się dopiero kiedy przejechał się po jego matce, ojcu i nim samym oczywiście. Tylko po to, żeby zażądać jego natychmiastowego zwolnienia. A to wszystko przy sali pełnej gości. Ich spojrzenia czuł Piotrek na swoich plecach najbardziej.
Kierownik wziął go na zaplecze, uświadomił mu kim jest mężczyzna z plamą na koszuli i niestety bardzo żałuje, ale to już jego ostatni wieczór tutaj. Pozwolił mu zostać trochę, pozbierać się, co Piotrek zrobił płacząc w kącie następny kwadrans. Tabletki które brał od lat broniły go przed wieloma rzeczami, ale na taki wieczór nie były przygotowane.
Kiedy już wyschły mu oczy odwiesił służbowy fartuch, zamknął drzwi od zaplecza restauracji i odwrócił. Poszedł przed siebie w kierunku nocnego autobusu, myślami będąc przy swojej szafce na prawo od łóżka. Normalnie dwie tabletki pomagały mu zasnąć. Nie za dużo, żeby starczyło sił na pobudkę następnego dnia. Tym razem nie miał już ochoty się budzić i dwa zapasowe opakowania pozwalały mu mieć co do tego pewność.
On patrzył na zrezygnowany krok Piotrka zza szyby granatowego auta. Smakował to, jakby czytając jego myśli. Wąchał depresję ciągnącą się za nim, ciężką jak ołów i zdecydowanie czarniejszą niż sierpniowa noc. Był już prawie pełen. Prawie. Cóź, nie zawsze trzeba najadać się do syta. Dwudaniowy posiłek był satysfakcjonującym wynikiem.
Podjechał pod "Światło", odstawił auto do garażu i spokojnym krokiem zmierzał w kierunku schodów przeciwpożarowych. W kieszeni zawibrował telefon. Wyciągnął go i z lekkim zdziwieniem przeczytał wiadomość. Szykowała się wycieczka na wieś. Aż zaleciało obornikiem...
- Szszszefie. Weź poratuj na flaszeczkę - powiedział przepity głos.
Stary Przemo, alkoholik ze stażem lubił wypić w alejce obok klubu. Czasem ktoś się wytoczył z lokalu i poratował groszem, albo coś tam komuś wypadło. Telefonik, portfelik, gotóweczka. Świetne miejsce, a latem zrobiony jak trzeba mógł spokojnie zasnąć nie niepokojony. Jakoś niemrawo jednak dziś szło, więc ucieszył się bardzo kiedy oślepiły go światła reflektorów. Odczekał aż właściciel zaparkuje i wyjdzie z garażu. Podszedł do niego i zapytał o drobne. Potknął się jednak przy tym i zamiast stanąć z ręką wyciągniętą przed siebie, poleciał jak długi tuż pod nogi mężczyzny. Otrzepał kolana, wyprostował i spojrzał na swojego potencjalnego wybawcę z trzeźwego stanu świadomości. Zbladł. To co zobaczył nie było twarzą człowieka. Wykrzywiona, oczy świecące, spojrzenie wywołujące dreszcze. Widział ją przez sekundę, chyba tylko jego podświadomość zdążyła wychwycić w pełni co widzi. Wystarczyło... Zimy pot zlał mu plecy. Złapał się za serce i osunął z powrotem na ziemię.
- Di..dia... - wypluł razem ze swoim ostatnim, śmierdzącym oddechem.
Mężczyzna w czarnym dwurzędowym garniturze z gracją przeskoczył nad ciałem i jakby nigdy nic zaczął wchodzić na górę. Oblizał wargi w sytym zadowoleniu.
***
Podobno diabeł wodzi na pokuszenie tylko w miastach. Tam gdzie ludzie i zgiełk. Na wsi natomiast, gdzie stoją drewniane kościółki i popękane kapliczki, czas zwalnia poniżej prędkości ciekawej dla zła. On też się nie śpieszył. Z garażu wziął jeden z mniej rzucających się w oczy samochodów, czarny Suv Mercedesa. Mniej rzucający, nie znaczy że miał zamiar rezygnować z komfortu. Poszedł na kompromis, mógł przecież wziąć Lincolna. Z czterdziestką na liczniku gładko zjechał ze żwirowanej drogi wprost w dojrzałe zboże. Wysiadł i ściągnął marynarkę. Podwinął rękawy czerwonej, bawełnianej koszuli, wygładził czarną kamizelkę. Z bocznej kieszonki wyciągnął ustnik, zatknął papierosa i zapalił. Wkoło nie było żywej duszy. Żniwa blisko, ale zboże nie zdążyło jeszcze w pełni dojrzeć. Zapowiadali burze.
Kiedy skończył palić spokojnie schował ustnik i poprawił kamizelkę. Krok za krokiem, wprost przez pole podszedł do sczerniałego płotu ogradzającego nieduże gospodarstwo. Przeskoczył go, akurat w momencie kiedy pies na łańcuchu miał ochotę szczeknąć. Krok za krokiem, przeszedł wprost przez podwórze. Minął okno kuchni, gdzie właśnie gospodyni schyliła głowę na moment. Zbliżył do gospodarza, który w drzwiach mocował się z gumiakiem. Stary już ojciec przymknął oczy, jakoś tak w chwili jego przejścia. Podszedł i wziął rower o obdrapanej czarnej farbie. Wąskie opony z łatwością zagłuszyło donośne "Chodź tata, pomożesz mi w stodole. Piły trza naostrzyć". Odjeżdżającego pożegnały tylko plecy ojca i syna idących w stronę zabudowań. Szkoda, że prawdopodobnie nikt nie zobaczył tego popisu wdzięku i panowania nad Elementami.
Szkoda podwójna, bo dalej też było co oglądać. Wjazd pod górkę, na której szczycie stał kościół byłby niesamowitym widokiem dla każdego oglądającego. Nic takiego niby, po prostu mężczyzna na rowerze. Jednak wystarczyłby rzut oka, żeby potwierdzić, że coś jest nie tak. Rowerzysta zdawał się zaprzeczać siłom grawitacji. Jechał dokładnie tak, jak po prostej. Najmniejszego zmęczenia, ani odrobiny spięcia ciała. Można by przysiąc, że gdyby przestał pedałować rower pojechałby sam.
Proboszcz, który akurat podniósł się znad grządki rzodkiewek zobaczył nadjeżdżającego gościa na ostatniej prostej. Poprawił okulary na siwiejących skroniach i podszedł do beczki z zielonkawą od glonów wodą. Przemył się i przygładził strąki spoconych od sierpniowego upału włosów. Kiedy podszedł do ławeczki łuszczącej się zieloną farbą On już spokojnie na niej siedział. Wstał i nieruchomo czekał wpatrzony w kapłana. Ten natomiast jakby niespecjalnie przejmując się z kim ma do czynienia, zrobił dwa kroki dzielące ich od siebie i objął płynnym ruchem.
- Witaj, diable.
Władca Ciemności odwzajemnił uścisk. Kapłan pachniał ziemią, potem i świeżymi liśćmi pielonych chwastów.
- Witaj, przyjacielu.
Usiedli obaj, spojrzeli przed siebie na pola falujących zbóż miedzy którymi rozsiane były drobne zabudowania gospodarskie tworzące wieś Kamionkę.
- Już myślałem, że nie zareagujesz na moje zaproszenie.- Ksiądz rozpoczął rozmowę, wciąż wpatrzony w krajobraz.
- Założyłem że numeru nie zmieniłeś. Ile to już?... trzy lata?
- Trzy lata, trzy miesiące i trzy dni dokładnie.
- Patrz, jak się ładnie złożyło. Nie odzywałeś się wcale, myślałem że już Cię nie interesuję.
- Telefony działają w obie strony. Też jakoś nie chciało Ci się podnieść słuchawki.
- Noo, wiesz, głupio mi trochę było...
- I słusznie, zostałem w samych bokserkach, na deszczu. Chociaż tyle dobrego, że zmyło to trochę ze mnie ten... brud.
Plecy kapłana zadrgały lekko. Cicho parsknął.
- Zabawne, doprawdy - wycedził diabeł, zakładając nogę na nogę i krzyżując ręce na piersi szerokim ruchem.
- Doprawdy - potwierdził ksiądz - wiesz że nadal nikt się nie zorientował w tej podmianie?
- Wiem. Śledzę swoje niepowodzenia.
- No, ale teraz przyjechałeś, to chyba nie żywisz już urazy, co??|
Pytanie zawisło na dłuższą chwilę w powietrzu. Kapłan nie dawał po sobie poznać, jednak denerwował się trochę. Ich ostatnie spotkanie z przymusu zakończyło się upokorzeniem diabła. Pomimo zażyłości, jaka łączyła ich przez prawie trzydzieści lat ksiądz wciąż nie do końca rozumiał, czemu jest traktowany inaczej od reszty populacji. Widział niejednokrotnie, jakie jest jego zdanie i jak traktuje tę resztę. Wolał więc nie wychylać się i poczekać aż ochłonie. I tak miał pełne ręce roboty, chwasty pleniły się nadzwyczaj dorodnie w ostatnich latach.
- Pojawił się jakiś rok temu u mnie w Warszawie - diabeł podtrzymał temat, na co proboszcz odwrócił głowę z zaciekawieniem szeroko otwartych, orzechowych oczu.
- Przyniósł mi obraz - na te słowa diabła oczy księdza urosły jeszcze bardziej - to znaczy nie mi bezpośrednio, do mojej galerii.
Proboszcz nie wytrzymał i zaśmiał się, głęboko i serdecznie.
- Naprawdę? No to się chłopina zdziwił!
Zdziwienie było trudną do odnalezienia emocją na twarzy człowieka, który chciał wykiwać diabła. Prawie tak trudną jak rozpoznanie jego ciała kiedy ten z nim skończył. Na tę myśl diabeł lekko się uśmiechnął.
- Ale nie myśl, że obraz oddam. Zostaje u mnie, mam dla niego idealne miejsce.
- No tak - odparł ksiądz tracąc dobry nastrój. Nie wiedział czemu, ale jakoś przez ten cały czas myślał, że może...
- Cóż, i tak Cię nie przekonam - westchnął.
- Oj nie.
- Ten obraz mógłby pomóc wielu ludziom.
- Wiem. Na mojej ścianie jednak będzie znacznie bezpieczniejszy. No i przynajmniej ktoś wartościowy będzie mógł cieszyć się jego widokiem.
Zamilkli. Ksiądz przez moment próbował chyba dobrać odpowiednie słowa, jednak dał sobie spokój. Przekonywać diabła do uwierzenia w ludzkość - to zadanie trochę przewyższało zdolności kapłana.
- To chyba rower Andrzeja? - zagaił patrząc w stronę płotu swojego warzywniaka.
- Pożyczyłem.
Tym razem to ksiądz skrzyżował ręce. Lucyfer spojrzał na niego podnosząc brew. Przypominał trochę kruka, twarz o ostrych rysach poruszała się zawsze szybko, przechodząc z jednej pozycji w drugą. Wprawne oko, którym niewątpliwie dysponował proboszcz, wychwytywało tą nieludzkość. Jakby całe ciało diabła było tylko kostiumem, napędzanym od środka przez kogoś o znacznie większych możliwościach. Podejrzewał, że Lucyfer gdyby chciał, mógłby obrócić głowę o 180 stopni.
- No co? - zapytał władca zaświatów.
- Nic, pamiętam jak śmieszne zawsze było Cię widzieć wśród ludzi kiedy nie chcesz być widziany. Ale prawdziwie zabawne, że wielki Pan Ciemności korzysta ze swoich strasznych, piekielnych mocy tylko po to, żeby ktoś spojrzał w inną stronę czy wyciągnął telefon z kieszeni. Albo w tym przypadku, oddał stary, zniszczony rower.
- A widzisz, już tak nie robię.
- No chyba ich nie poprosiłeś o ten rower?
- Nie, no nie przesadzajmy. Powiedzmy że przez ostanie lata dużo medytowałem. I znalazłem sposób na subtelniejsze wywieranie wpływu.
- Znaczy?
- Grzech, jak zawsze grzech. U nich wszystkich - zatoczył ręką w kierunku wsi - grzech jest najdoskonalszym i jakże skutecznym kluczem.
- Andrzej i Patrycja, kiedy tylko się zbliżyłeś zaczęli grzeszyć na potęgę powiadasz? Myślałem już, że to nie ich lata.
- Ha - zaśmiał się sucho władca zaświatów na urlopie - nie, nie w ten sposób. W ten też grzeszą jeszcze swoją drogą, ale to nie o tym mówię. Pycha. Ludzie są mocno pyszni z tą swoją "świadomością". Wydaje im się, że doskonale wiedzą, co się wokół nich dzieje. A ja wykorzystuję to ich zaufanie we własną świadomość, pychę własnej nieomylnej obserwacji. To co się toczy obok nich, tak tuż za ramieniem to nawet nie inny świat, ale z 6 światów. I ta mała, codzienna pycha ich zaślepia. Na mnie na przykład, przechodzącego przez środek podwórza i zabierającego im rower spod ściany.
- Jak zawsze elegancki. No i absolutna świadomość Elementów też się przydaje, czyż nie? - to mówiąc puścił diabłu spojrzenie spod okularów.
- Raczej tak - odpowiedział z satysfakcją. - No, ale nie o mnie tutaj. Zło jest banalne, nie ma się czym chwalić. Zresztą i tak to nic przy Twoich ziołach.
- Ah, to dlatego diabeł tak szybko zaszczycił mnie swoją wizytą. Już nastawiam wodę. - Ławka jęknęła kiedy się podnosił. Kapłan był solidnej postury i mimo upływu lat zdawał się nie tracić nic ze swojej żelaznej budowy.
Proboszcz zniknął w drzwiach, a jego gość podążył za nim, obróciwszy się na moment w progu. Lustrował okolicę. Byli obserwowani, czy raczej on był. Czuł to już od przejazdu z gospodarstwa, ale nie było sensu szukać źródła tego faktu. Same niskie energie. Będąc tym kim jest przyzwyczaił się do zainteresowania swojej trzody. Pewnie parę tutejszych demonów przez przypadek zwietrzyło jego ślad. Kamuflował się oczywiście żeby nie ściągać całego demonicznego towarzystwa, jednak w jego przypadku pełne ukrycie wymagało daleko idących zabiegów na które nie widział potrzeby. Obserwujący łatwo może stać się obserwowanym, a na tym mu zależało. Wyszeptał krótką sentencję i puścił ją z wiatrem - cokolwiek ich obserwowało będzie wiedzieć, że nie należy mu teraz przeszkadzać. I może przyciągnie kogoś o odpowiednim kalibrze.
Jedną z istot, która śledziła przybycie diabła na wieś, był mężczyzna siedzący w kucki na samym skraju drogi. Kierunkowy mikrofon wystawiony w ich stronę przekazywał mu strzępy prowadzonej rozmowy. Wszystko skrzętnie notował ołówkiem na kolanie.
- Elementy. Powtarzający motyw, patrz Moce Ciemności. Potrzebna dalsza obserwacja - mruczał pod nosem w takt ruchów ołówka. Wkurzony szybko spakował sprzęt do torby. Przez otwartą przestrzeń nie mógł podejść wystarczająco blisko. Liczył na jakiś bardziej owocny raport. Wciąż błądzili jak we mgle...
***