Lucky - Marissa Stapley

Kup ebooka

35.90 zł
29.80 zł (25,13 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Lucky

Luty 1982

Nowy Jork

Ktoś zosta­wił nie­mowlę przed wej­ściem domu zakon­nego. Tej nocy to Mar­ga­ret Jean miała dyżur. Pozo­stałe sio­stry wło­żyły do uszu sto­pery, więc nie sły­szały dzie­cię­cego pła­czu, który prze­szy­wał nocne powie­trze. Mimo wszystko Mar­ga­ret Jean leżała dłuż­szą chwilę na swoim posła­niu z nadzieją, że któ­raś z zakon­nic zbu­dzi się i wyrę­czy ją w tym przy­krym obo­wiązku. Na przy­kład sio­stra Fran­cine, która tak uwiel­biała się krzą­tać, albo sio­stra Danielle, która znała roz­wią­za­nie każ­dego pro­blemu. Krzyki maleń­stwa sta­wały się jed­nak coraz gło­śniej­sze, a nikt inny na­dal nie zwra­cał na nie uwagi.

Mar­ga­ret Jean dotknęła pal­cami zło­tego krzy­żyka na szyi. Prze­by­wała w klasz­to­rze zale­d­wie od kilku mie­sięcy i na­dal była jedy­nie postu­lantką, a sio­stry miały zade­cy­do­wać w przy­szłym tygo­dniu, czy w końcu będzie mogła stać się jedną z nich. Dzi­siaj po raz pierw­szy wyzna­czono jej samo­dzielny dyżur, to miało być coś na kształt osta­tecz­nego spraw­dzianu.

Tak naprawdę wcale nie była kato­liczką, sfał­szo­wała świa­dec­two chrztu. Wyda­wało się jej to dosko­na­łym prze­krę­tem, naj­lep­szym w jej dotych­cza­so­wej karie­rze - uda­wać młodą kobietę gotową poświę­cić życie Kościo­łowi. Nikt by jej tutaj nie szu­kał, byłaby bez­pieczna. Tyle że ocze­ki­wano od niej zacho­wa­nia god­nego świę­tej. A ona święta nie była.

Płacz nie milkł, na zewnątrz musiał pano­wać okropny ziąb. Maleń­stwo mogłoby nawet zamar­z­nąć. Mar­ga­ret Jean nie­chęt­nie wstała i wło­żyła swe­ter, a potem z latarką w ręku ruszyła kory­ta­rzem do wej­ścia.

Musiała nie­źle się namę­czyć, żeby poko­nać napie­ra­jącą wichurę i otwo­rzyć drzwi. Na środ­ko­wym stop­niu scho­dów leżało nie­wiel­kie zawi­niątko. Różowy kocyk, spod któ­rego wysta­wała maleńka, zaci­śnięta w piąstkę rączka, drżąca teraz lekko. Dobry Boże, czy naprawdę nie mógłby się tym zająć ktoś inny? Mar­ga­ret Jean zaczęła mimo­wol­nie modlić się w duchu. Ten zwy­czaj był dla niej cał­kiem nowy, podob­nie zresztą jak habit, który miała dzi­siaj na sobie. Czuła się w nim jak w prze­bra­niu.

Chod­ni­kiem zbli­żał się jakiś męż­czy­zna. Na moment przy­sta­nął u stóp scho­dów wio­dą­cych do kate­dry i przez chwilę nasłu­chi­wał, po czym wbiegł po nich na górę, pod­czas gdy Mar­ga­ret Jean obser­wo­wała go bez słowa. Nie­zna­jomy przy­klęk­nął i powie­dział do maleń­stwa coś, czego Mar­ga­ret Jean nie usły­szała z powodu zawo­dze­nia wia­tru i nie­mow­lę­cia. Kiedy jed­nak wziął maleń­stwo na ręce, natych­miast prze­stało pła­kać.

Mar­ga­ret Jean na­dal ani drgnęła, kiedy męż­czy­zna pod­niósł na nią wzrok i przy­ło­żył dłoń do piersi.

- Pro­szę sio­stry - powie­dział. Wiatr ucichł i szar­pany wcze­śniej jego podmu­chami habit opadł miękko wzdłuż ciała Mar­ga­ret Jean. - Pro­szę sio­stry - powtó­rzył nie­zna­jomy, poko­nu­jąc resztę stopni z maleń­stwem w obję­ciach.

Mar­ga­ret Jean ski­nęła głową.

- Tak?

Męż­czy­zna był aż za bar­dzo przy­stojny, przy­po­mi­nał tro­chę Cary'ego Granta albo Rocka Hud­sona. Zda­rzało się jej daw­niej spo­ty­kać takich męż­czyzn, pozna­wała ich bli­żej, niż zakon­ni­com przy­stoi. Mary­narkę miał prze­tartą na łok­ciach, ale jego buty wręcz lśniły, a przy­gła­dzone bry­lan­tyną włosy nawet nie drgnęły na wie­trze.

- Mam na imię John - powie­dział. - Przy­kro mi, że moja córeczka sio­strę obu­dziła.

- Córeczka?

- No tak. Ale - w tym momen­cie męż­czy­zna wzniósł oczy ku niebu - dzięki Bogu zdo­ła­łem ją odna­leźć. Moja żona Glo­ria cierpi na... sama sio­stra rozu­mie, depre­sję popo­ro­dową. - W jego gło­sie pobrzmie­wały ślady irlandz­kiego akcentu. - Wie­czo­rem wysze­dłem do pracy, a kiedy wró­ci­łem, żona wręcz sza­lała z roz­pa­czy. Powie­działa, że zosta­wiła gdzieś małą. W jakimś kościele. Całą noc bie­gam po mie­ście i pró­buję ją zna­leźć. I dzięki Bogu wresz­cie mi się to udało.

- Dla­czego nie wezwał pan poli­cji?

- Żeby aresz­to­wali żonę? - Wpa­try­wał się jej pro­sto w oczy, jakby szu­kał w nich emo­cji, ona jed­nak wie­działa, że niczego takiego tam nie znaj­dzie. - Zamiast tego modli­łem się o cud. I pro­szę bar­dzo! Zna­la­złem moje maleń­stwo. Może już sio­stra wra­cać do łóżka.

Mar­ga­ret Jean popa­trzyła na nie­mowlę.

- Pań­ska żona powinna poszu­kać pomocy lekar­skiej - stwier­dziła.

- Oczy­wi­ście, pro­szę sio­stry, obie­cuję, że tak wła­śnie zro­bimy. Ale moja żona zasłu­guje na drugą szansę, jak wszyst­kie boże dzieci, prawda?

Mówił to tak, jakby dobrze znał Mar­ga­ret Jean, jakby wie­dział, czy zasłu­guje na drugą szansę, czy też nie. Nagle ogar­nęło ją współ­czu­cie dla tego czło­wieka, poja­wiło się rów­nie nie­ocze­ki­wa­nie, jak nad­jeż­dża­jąca wła­śnie fur­go­netka z pie­karni, roz­po­czy­na­jąca pierw­sze dostawy o poranku.

- Oby Bóg - zaczęła Mar­ga­ret Jean, gorącz­kowo szu­ka­jąc pasu­ją­cych do zakon­nicy słów - oto­czył pań­ską rodzinę łaską.

Męż­czy­zna nie odry­wał tym­cza­sem wzroku od zło­tego krzy­żyka na jej szyi.

- Przy­da­łaby się nam pomoc - powie­dział w końcu. - Mógł­bym sprze­dać to złote cacko, gdyby sio­stra zechciała się z nim roz­stać, sio­stro...?

- Mar­ga­ret Jean - odparła odru­chowo.

- Wtedy mógł­bym kupić coś do jedze­nia - cią­gnął męż­czy­zna. - I mleko dla nie­mow­ląt, bo żona jest w tak kiep­skim sta­nie, że w ogóle nie ma pokarmu.

Ten krzy­żyk sta­no­wił jedy­nie rekwi­zyt. Co prawda ze szcze­rego złota, ale jed­nak rekwi­zyt. Mar­ga­ret Jean odpięła łań­cu­szek i poło­żyła go na zawi­niątku z dziec­kiem.

- Czter­na­ście kara­tów - wyja­śniła i poczuła się lepiej na myśl o tym, że speł­niła dobry uczy­nek. Cza­sem lepiej jest dawać niż brać. - Jak ma na imię? - zapy­tała jesz­cze, spo­glą­da­jąc na buzię maleń­stwa.

Męż­czy­zna zawa­hał się lekko, a potem odparł:

- Luciana, po mojej mamie.

Mar­ga­ret Jean posta­no­wiła mu uwie­rzyć. Dotknęła pal­cami czoła dziew­czynki i uczy­niła na nim znak krzyża, dokład­nie tak jak kilka godzin wcze­śniej zro­bił to kapłan pod­czas nabo­żeń­stwa, bo tego dnia wypa­dała aku­rat środa popiel­cowa.

- Bóg odpusz­cza ci twoje grze­chy - powie­działa i pod­nio­sła wzrok na męż­czy­znę.

Pro­blem ze zbyt czę­stym, prak­tycz­nie codzien­nym czy­ta­niem Biblii, czego osta­tecz­nie się ocze­kuje od przy­szłej zakon­nicy, jest taki, że zaczyna się wie­rzyć w cuda, które mogą się zda­rzyć wła­ści­wie wszę­dzie. Nawet w Queens. Mar­ga­ret Jean wyobra­żała więc sobie, że naprawdę pobło­go­sła­wiła to dziecko i tego męż­czy­znę. Że zdoła ich dzięki temu ochro­nić, a któ­re­goś dnia ponow­nie ich spo­tka. Że postą­piła, jak nale­żało.

Potem sta­ran­nie zary­glo­wała drzwi wej­ściowe i wró­ciła do swo­jej celi, by tam modlić się aż po świt za tę dwójkę. Miała nadzieję, że Bóg obda­rzy ich wszel­kimi łaskami. I że czeka ich szczę­śliwe życie.

Rozdział pierwszy

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Luciana Arm­strong stała w toa­le­cie sta­cji ben­zy­no­wej gdzieś w Idaho nie­da­leko gra­nicy z Nevadą. Miała białą bluzkę, gra­na­towy swe­ter i spód­nicę w tym samym kolo­rze oraz buty na pła­skim obca­sie, do tego włosy upięte w schludny kok.

- Żegnaj, Ala­ino - powie­działa do swo­jego odbi­cia w lustrze, sta­ra­jąc się zigno­ro­wać falę smutku, która nie­ocze­ki­wa­nie ją zalała. Była pewna, że Ala­ina utrzyma się dłu­żej.

Zdjęła ubra­nie i upchnęła je w tor­bie, z któ­rej wyjęła z kolei sukienkę mini i parę szpi­lek. Wcią­gnęła obci­słą sukienkę przez głowę i wygła­dziła poły­sku­jący zło­ci­ście mate­riał, a kiedy prze­su­wała dłońmi po pła­skim brzu­chu, poczuła ukłu­cie żalu. Potem roz­pu­ściła jesz­cze włosy, a wów­czas z lustra popa­trzyła na nią obca dziew­czyna.

- Witaj, Lucky - mruk­nęła.

W skle­piku na sta­cji przez chwilę krą­żyła wśród rega­łów, a kiedy wahała się mię­dzy sero­wymi pra­żyn­kami a prec­lami, męż­czy­zna, który wpadł tylko po papie­rosy, aż zagwiz­dał na jej widok. Pospiesz­nie chwy­ciła obie paczki z prze­ką­skami i ruszyła do kasy, gdzie w kolejce obrzu­ciła jesz­cze wzro­kiem gaze­towe nagłówki: Sądny dzień na Wall Street czy Ana­li­tycy prze­wi­dują, że zała­ma­nie rynku w 2008 roku może się oka­zać naj­gor­szym w histo­rii zachod­niego świata. Potem jej uwagę przy­cią­gnęła reklama naj­bliż­szego loso­wa­nia gry licz­bo­wej, w któ­rej można było wygrać miliony. Kiedy czy­tała te infor­ma­cje, znowu poczuła się jak dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka, zmie­rza­jąca w towa­rzy­stwie ojca auto­stradą I-90 Bóg jeden raczy wie­dzieć dokąd. "Jesteś naj­więk­szą szczę­ściarą na świe­cie", powta­rzał jej ojciec. A kiedy zatrzy­my­wali się na jed­nej z tysięcy iden­tycz­nych sta­cji ben­zy­no­wych, kupo­wał los na lote­rię. "Marne szanse, że wygramy, ale zawsze warto mieć nadzieję", mówił przy tym. "Lote­rie to naj­więk­sze oszu­stwo na świe­cie, mała. Rząd jest dokład­nie taki sam jak my, bo zwo­dzi czło­wieka, że każde marze­nie może się speł­nić". Kiedy mówił jej takie rze­czy, czuła się tro­chę lepiej w związku z tym, kim oboje byli i co robili.

Wresz­cie udało jej się dotrzeć do kasy, a wtedy pod wpły­wem impulsu się­gnęła po jeden z blan­kie­tów lote­rii i zakre­śliła dokład­nie te same liczby, które wybie­rała jako dziecko. Jede­na­ście, bo wła­śnie tyle miała lat, kiedy przy­szło jej do głowy, że mogłaby mieć swoje szczę­śliwe numery. Osiem­na­ście, bo tego wieku nie mogła się wtedy docze­kać, prze­ko­nana, że osią­gnię­cie peł­no­let­no­ści doda jej życiu jakiejś wyjąt­ko­wej magii. Czter­dzie­ści dwa, bo tyle lat miał tata, kiedy zaczęła wymy­ślać szczę­śliwe liczby. Dzie­więć­dzie­siąt pięć, bo taki numer miała auto­strada, którą wtedy jechali. I sie­dem­dzie­siąt sie­dem, tak po pro­stu.

Podała wypeł­niony blan­kiet sprze­dawcy, a ten chwilę póź­niej wrę­czył jej kupon.

- Lepiej niech go pani od razu pod­pi­sze - pora­dził. - Ludzie zapo­mi­nają to zro­bić, a potem gubią kupony albo ktoś im je krad­nie, a w tym tygo­dniu kumu­la­cja jest naprawdę ogromna, trzy­sta dzie­więć­dzie­siąt milio­nów.

- Mam więk­sze szanse na to, że porazi mnie pio­run, i to dwu­krot­nie, niż na roz­bi­cie tej kumu­la­cji - odparła Lucky. - Chcę po pro­stu poma­rzyć, co by było gdyby... To tyle.

Skie­ro­wała się do wyj­ścia, a kiedy mijała kamery moni­to­ringu, pochy­liła głowę. Kupon scho­wała do port­fela i przez chwilę wyobra­żała sobie nawet tę cudowną rezy­den­cję na Domi­nice, w któ­rej mogłaby zamiesz­kać, a od czasu do czasu wyj­mo­wała świ­stek z powro­tem i przy­po­mi­nała sobie ojca z cza­sów, zanim wylą­do­wał w wię­zie­niu.

Jej chło­pak Cary wła­śnie skoń­czył tan­ko­wać srebrne audi, a na jej widok uśmiech­nął się sze­roko i szep­nął samymi war­gami: "O, rany". Posłała mu całusa i ruszyła w stronę auta, koły­sząc przy tym lekko bio­drami, kiedy nagle czyjś głos zmu­sił ją do odwró­ce­nia głowy.

- Pora­tuje pani drob­nymi?

Pod beto­nową ścianą budynku sta­cji sie­działa kobieta, w ręku trzy­mała tek­turkę z napi­sem: "Bez­ro­botna, spłu­kana, przyj­mie każdą pomoc". Lucky się­gnęła do port­fela i wyjęła z niego kilka setek, całą gotówkę, jaką miała przy sobie, a po chwili namy­słu wycią­gnęła jesz­cze z torby bluzkę, spód­nicę, swe­ter i buty.

- Pro­szę to wziąć - powie­działa.

- A dokąd się tak wystroję?

- Może je pani sprze­dać w komi­sie. Albo... - Lucky nachy­liła się w jej stronę - pro­szę się w nie prze­brać i uda­wać kogoś innego.

Kobieta zamru­gała, naj­wy­raź­niej nic z tego nie rozu­mie­jąc.

- Co takiego?

- Nie­ważne. Po pro­stu... niech pani na sie­bie uważa, dobrze?

Potem ruszyła znowu w stronę Cary'ego, który posłał jej kolejny pro­mienny uśmiech, a kiedy wsia­dła do samo­chodu, ujął ją pod brodę, odwró­cił twa­rzą ku sobie i poca­ło­wał pro­sto w usta.

- Wygląda dziś pani wyjąt­kowo sek­sow­nie, pani... na jakie wła­ści­wie nazwi­sko zro­bi­li­śmy rezer­wa­cję w hotelu? Ander­son? Super, że kiedy wcho­dzi­łaś do środka, wyglą­da­łaś jak nudna urzęd­niczka z banku, a wyszłaś jako dziew­czyna, którą kie­dyś zna­łem. Od dawna się tak nie ubie­rasz, a ja to uwiel­biam. Teraz rozu­miem, czemu koniecz­nie chcia­łaś jechać do Vegas. - W końcu puścił jej pod­bró­dek, a ona wyczuła zmianę w jego nasta­wie­niu. - Cho­ciaż to zabawne, bo chyba wydaje ci się, że możesz, sam nie wiem, w pew­nym sen­sie odku­pić swoje winy, jeśli będziesz roz­da­wać pie­nią­dze ludziom takim jak tamta babka. Ale wkrótce prze­sta­niesz się tak czuć. I w ogóle o tym zapo­mnisz.

- Ludziom "takim jak tamta babka"? - Nagle ogar­nęła ją iry­ta­cja. - A poza tym wcale nie pró­buję odku­pić swo­ich win. Po pro­stu sta­ram się poma­gać ludziom, któ­rzy tego potrze­bują.

- Dla­czego?

Żebrząca kobieta unio­sła dłoń w geście poże­gna­nia, ale Lucky odwró­ciła wzrok.

- Bawisz się w Robin Hooda i roz­da­jesz pie­nią­dze, które zde­frau­do­wa­li­śmy? - pod­jął tym­cza­sem Cary. - Krad­niesz boga­tym, żeby dawać bie­da­kom? To nawet uro­cze. - Wresz­cie uru­cho­mił sil­nik i ruszył spod dys­try­bu­tora. - Ale nie­re­alne. Jeste­śmy, jacy jeste­śmy, Lucky. - Zawsze potra­fił dotrzeć do naj­bar­dziej bole­snych sekre­tów, jakie czło­wiek skry­wał. A ona nie po raz pierw­szy, zwłasz­cza ostat­nio, poczuła się tym zanie­po­ko­jona. Wybie­rali się na daleką wyspę, na któ­rej zamiesz­kają tylko we dwoje. I któ­rej ni­gdy nie będą mogli opu­ścić.

Cary włą­czył się do ruchu na auto­stra­dzie, uru­cho­mił odtwa­rzacz i wnę­trze auta wypeł­niły ryt­miczne dźwięki techno. Zer­k­nął na nią i się uśmiech­nął, ona też odpo­wie­działa mu uśmie­chem.

- Będzie faj­nie - powie­działa, jakby chciała prze­ko­nać nie tylko jego, ale i sie­bie.

- No jasne, przyda nam się tro­chę zabawy. Żeby odejść w bla­sku sławy, co nie?

Lucky otwo­rzyła opa­ko­wa­nie precli i pod­su­nęła mu. Nie ma się czego bać, są tylko nor­malną parą, która wybrała się we wspólną podróż.

- Jak myślisz, jak nam tam będzie? Jak będzie wyglą­dał nasz nowy dom? - Kiedy się poznali, to była dla nich tylko zabawa, te marze­nia o wspól­nym życiu i o cze­ka­ją­cej ich przy­szło­ści. Tym razem jed­nak nie mieli zbyt wiele czasu na obmy­śle­nie swo­jego nowego wcie­le­nia, w takim pośpie­chu wyjeż­dżali. - Oczy­wi­ście będzie poło­żony nad oce­anem, ale jak myślisz, z base­nem czy bez?

- Hm? - Cary się­gnął do torebki po całą garść precli i znów zer­k­nął we wsteczne lusterko.

- Bez basenu - zde­cy­do­wała. - Komu potrzebny basen, kiedy ma się ocean na wycią­gnię­cie ręki, prawda? Weź­miemy sobie psa ze schro­ni­ska, zupeł­nie jak Betty, i będziemy z nim codzien­nie spa­ce­ro­wać po plaży - urwała, sama wzmianka o Betty spra­wiała jej ból. Ogło­sze­nia o zagi­nio­nej suce na­dal wisiały na słu­pach w ich oko­licy w Boise. Utrata Betty sta­no­wiła kolejny cios dla jej obo­la­łej duszy.

- Myślisz, że ktoś się nią zajął? - zapy­tała jesz­cze. - Jakiś dobry czło­wiek?

Cary zer­k­nął na nią prze­lot­nie, zanim skie­ro­wał wzrok z powro­tem na szosę.

- Ale kim?

- Betty. - Coś ści­snęło Lucky w gar­dle.

- Jasne. Założę się, że ma teraz jak w raju. Nie martw się o nią. Na pewno nic jej nie będzie. - Cary zdjął jedną rękę z kie­row­nicy i ujął dłoń Lucky. - Wiem, że nie jest ci łatwo, ale wszystko się ułoży. - Skórę miał wil­gotną od potu. Bał się, Lucky była tego pewna.

Ale szcze­rze mówiąc, ona czuła dokład­nie to samo.

Wrzesień 1992

Góry Adi­ron­dack, stan Nowy Jork

Lucky pra­co­wała z ojcem, a to ozna­czało, że jeź­dziła z nim po całym kraju, odkąd tylko się­gała pamię­cią. Miała zale­d­wie dzie­sięć lat, ale doświad­cze­nie trzy­dzie­sto­latki, jak tata lubił żar­to­wać. Zwie­dziła kawał świata. I zdą­żyła poznać rzą­dzące nim prawa.

Na przy­kład wie­działa już, że pie­nią­dze nie przy­cho­dzą do cie­bie tak po pro­stu, to ty musisz za nimi gonić. Co czę­sto oka­zy­wało się wyczer­pu­jące. "Nie­któ­rzy muszą się przy tym namę­czyć bar­dziej od innych", tłu­ma­czył ojciec. "Cho­ciaż szcze­rze mówiąc twoje imię oka­zało się pro­ro­cze, bo jeśli cho­dzi o forsę, jesteś praw­dziwą szczę­ściarą. Ale na­dal musisz się sta­rać i dosko­na­lić swoje umie­jęt­no­ści. Pil­nuj, żeby szczę­ście ni­gdy cię nie opu­ściło. To nie będzie łatwe zada­nie".

Po raz pierw­szy w życiu wybie­rali się na praw­dziwe, uczciwe waka­cje. Ostat­nio nie­źle im się poszczę­ściło, a ojciec był przy for­sie, dla­tego posta­no­wił ją zabrać do ele­ganc­kiego hotelu w górach.

- Żad­nej pracy przez cały tydzień. Będziesz czy­tać, pły­wać, odpo­czy­wać, robić wszystko, co ci się tylko zama­rzy.

Lucky przy­ci­snęła twarz do szyby, a potem dotknęła pal­cami zło­tego krzy­żyka, który zawsze nosiła na szyi. Miała go, odkąd była malut­kim dziec­kiem, pamiątkę po ni­gdy nie­wi­dzia­nej matce, jedną z nie­licz­nych rze­czy, które zawsze zabie­rała ze sobą, dokąd­kol­wiek się wybie­rali, bo tak naprawdę był to jedyny przed­miot nale­żący wyłącz­nie do niej.

Podró­żo­wała na tyl­nym sie­dze­niu auta w oto­cze­niu ksią­żek "poży­czo­nych" z biblio­teki w przed­ostat­nim z mia­ste­czek, które odwie­dzili. Lucky czuła się z tego powodu gorzej niż w przy­padku jakiej­kol­wiek innej kra­dzieży, ale ojciec prze­ko­ny­wał ją, że to rząd pła­cił za te książki - a prze­cież im też był coś winien. Zresztą potrze­bo­wali ksią­żek, skoro kształ­ciła się w ramach edu­ka­cji domo­wej - czy może raczej "ulicz­nej", jak żar­to­wał ojciec.

Minęli ze sporą pręd­ko­ścią tablicę z napi­sem Witamy w sta­nie Nowy Jork.

- Hej, chyba wła­śnie tutaj się uro­dzi­łam, prawda? To było gdzieś tu?

- Uro­dzi­łaś się w samym Nowym Jorku, a nie w górach - odparł ojciec.

- Ale mama była chyba z tej oko­licy? Sam prze­cież mówi­łeś, że Glo­ria Deve­re­aux pocho­dziła wła­śnie stąd?

- Tak mówi­łem?

Lucky odło­żyła czy­taną wła­śnie książkę Piękno wszech­świata. Nie miała poję­cia, że inne dzie­się­cio­latki czy­tają raczej powie­ści z serii "Gęsia skórka" niż książki na temat teo­rii strun, ale w ogóle nie znała innych dzie­się­cio­lat­ków.

- Wła­śnie tak mówi­łeś. Któ­re­goś wie­czora wró­ci­łeś z pokera, a ja zapy­ta­łam cię, skąd pocho­dziła Glo­ria. I wtedy powie­dzia­łeś, że z gór Adi­ron­dack.

- Nie zada­waj mi pytań, kiedy jestem tro­chę pod­cięty, a tak wła­śnie musiało wtedy być. Lepiej powiedz, co czy­tasz?

- Opo­wiedz mi o mamie. - Lucky nie zamie­rzała się tak łatwo pod­da­wać. - Opo­wiedz o Glo­rii.

- Muszę się sku­pić na dro­dze. - To aku­rat było kłam­stwo, bo ojciec mógłby pro­wa­dzić na auto­stra­dzie z zawią­za­nymi oczami.

- Och, pro­szę cię, powiedz cho­ciaż jedną malutką rzecz.

- Któ­re­goś wie­czora wró­ci­łem do domu z mle­kiem dla cie­bie, a jej już nie było. Po pro­stu znik­nęła.

To wszystko, co kie­dy­kol­wiek powie­dział jej ojciec na temat odej­ścia matki. Brzmiało to tak, jakby matka znik­nęła już na zawsze, ale gdzieś musiała prze­cież być, prawda?

Kiedy Lucky zaczy­nała się tak zacho­wy­wać, kiedy usi­ło­wała wydo­być z ojca wię­cej infor­ma­cji, pra­wie ni­gdy nie koń­czyło się to dla niej dobrze. Cza­sami ojciec wpa­dał w złość i krzy­czał, żeby nie roz­dra­py­wała sta­rych ran. A cza­sem mówił, że to okrutne z jej strony poru­szać tematy, które spra­wiają mu ból. Od czasu do czasu ugi­nał się jed­nak i rzu­cał jej jakiś okruch infor­ma­cji.

- Dla­czego ten krzy­żyk był dla niej taki ważny? Czemu zosta­wiła go dla mnie? Bo skoro nie chciała mieć ze mną nic wspól­nego, to po co w ogóle zosta­wiła mi jakąś pamiątkę?

Lucky już miała wra­że­nie, że ojciec nie odpo­wie, on jed­nak w końcu prze­rwał mil­cze­nie:

- Nale­żała do para­fii Świę­tej Moniki - wyja­śnił. - A ten krzy­żyk to pre­zent od zakon­nicy, która tam miesz­kała.

- Para­fii? - powtó­rzyła Lucky.

- No wiesz, do kościoła.

Lucky ni­gdy w życiu nie była w kościele.

- A co się tam robi, to zna­czy w kościele? - zapy­tała.

Kolejna chwila mil­cze­nia. A potem:

- Dużo gadają o tym, co to zna­czy być dobrym czło­wie­kiem. I co może zro­bić Bóg, jeśli jest się złym. Dokąd może czło­wieka wysłać. O pie­kle.

- Och. - Lucky zmarsz­czyła brwi. Sły­szała wcze­śniej o pie­kle, ale ni­gdy się nad tym spe­cjal­nie nie zasta­na­wiała. Po pro­stu ludzie cza­sami mówili ojcu, że trafi do pie­kła.

Znów dotknęła pal­cami krzy­żyka i zapa­trzyła się na widoczne teraz za oknem, jakby aksa­mitne góry. Nie­wiele wie­działa o reli­gii czy o tym, co to zna­czy być dobrym czło­wie­kiem, a co złym, jed­nak czuła pod­skór­nie, że oboje z ojcem należą do tej dru­giej kate­go­rii. Oszu­ki­wali, kra­dli, ucie­kali przed poli­cją. Prze­czy­tała już dosyć ksią­żek o boha­te­rach i prze­stęp­cach, by wie­dzieć, po któ­rej są stro­nie.

Chcia­łaby zadać teraz ojcu całe mnó­stwo pytań, tak naprawdę jed­nak chyba się bała, jakie odpo­wie­dzi mogłaby usły­szeć. Się­gnęła z powro­tem po książkę, a ojciec nasta­wił w radiu sta­cję, w któ­rej nada­wano trans­mi­sję z meczu Jan­ke­sów.

- Przed nami jesz­cze jakaś godzina drogi, mała, więc usiądź sobie wygod­nie i niczym się nie przej­muj. Będziemy się świet­nie bawić przez ten tydzień.

Wresz­cie dostrze­gli w oddali ele­gancki hotel Saga­more, poło­żony na wyspie, którą łączył ze sta­łym lądem krótki most. Wokół poły­ski­wały sre­brzy­ście wody jeziora Geo­rge.

- Kie­dyś miesz­kał tutaj Nixon - wyja­śnił ojciec i zro­bił jej krótki, choć naszpi­ko­wany fak­tami wykład. - Nixon zro­bił też parę dobrych rze­czy - dodał jesz­cze na zakoń­cze­nie, kiedy zaje­chali już koli­stym pod­jaz­dem przed oka­zały biały budy­nek. - Ale nikt już o tym nie pamięta w zale­wie całego zła. Tak to wła­śnie zwy­kle jest.

Lucky przez chwilę podzi­wiała wie­życzki, bal­kony i witraże w oknach hotelu, zanim prze­nio­sła wzrok na krę­cą­cych się wokół budynku ludzi.

- Poczy­ta­łaś książkę i dowie­dzia­łaś się paru inte­re­su­ją­cych fak­tów z histo­rii naszego kraju, więc koniec ze szkołą na dzi­siaj, mała.

Lucky nie zwró­ciła na niego uwagi. Wie­działa, że szanse są marne, a jed­nak uważ­nie przy­pa­try­wała się twa­rzom pra­cow­ni­ków i gości hotelu w poszu­ki­wa­niu matki. Teraz wie­działa o niej coś jesz­cze: matka cho­dziła do kościoła i miała przy­ja­ciółkę, która była zakon­nicą.

W tym momen­cie do auta pod­szedł par­kin­gowy. Lucky opu­ściła okno, by ode­tchnąć świe­żym powie­trzem. To będą naprawdę fajne waka­cje, po pro­stu to czuła.

W hote­lo­wym pokoju z wiel­kim oknem, z któ­rego roz­cią­gał się widok na góry, jezioro i hote­lowe tereny, ojciec posta­wił na pod­ło­dze swoją wysłu­żoną walizkę, całą okle­joną nalep­kami ze wszyst­kich tych miejsc, które wspól­nie odwie­dzili, a potem rzu­cił się na łóżko pod oknem, nawet nie zdjąw­szy lśnią­cych butów, zało­żył ręce za głowę i z wes­tchnie­niem przy­mknął oczy. Lucky poło­żyła swoją wali­zeczkę na dru­gim łóżku, otwo­rzyła ją i zaczęła się roz­pa­ko­wy­wać. Kiedy wyjęła żółty kostium kąpie­lowy, popa­trzyła na ojca.

- Mogę iść na basen?

- Masz waka­cje, Lucky, więc możesz robić, co ci się żyw­nie podoba.

- A jeśli dzie­cia­kom w moim wieku nie wolno pły­wać w base­nie bez opieki?

Ojciec na­dal nie otwie­rał oczu.

- W takim razie po pro­stu skłam na temat tego, ile masz lat.

Po wyj­ściu z pokoju Lucky przez pewien czas krą­żyła po tere­nie hotelu. Omi­nęła zatło­czony basen i dotarła aż na brzeg jeziora, ale led­wie weszła do wody, usły­szała ostry gwiz­dek i krzyk ratow­nika:

- Tu nie wolno pły­wać!

Natych­miast odwró­ciła się w jego stronę i spy­tała:

- A dla­czego?

Ratow­nik wska­zał tym­cza­sem ogra­ni­czone bojami nie­wiel­kie kąpie­li­sko nieco dalej przy brzegu.

- Tam jest wyzna­czone do tego miej­sce!

Lucky ruszyła w tamtą stronę, ale tło­czył się tu kosz­marny tłum, więc postała tylko chwilę na brzegu, obser­wu­jąc kłę­biącą się w wodzie masę ludz­kich ciał, krzy­czą­cych doro­słych i pisz­czą­cych dzie­cia­ków. Potem usia­dła na skraju kąpie­li­ska z nogami zanu­rzo­nymi w wodzie, w naj­cich­szym zakątku, jaki udało się jej zna­leźć, choć wcale nie był on cichy, skąd obser­wo­wała uważ­nie chla­piące się i nur­ku­jące dzie­ciaki. Zauwa­żyła też, jak jakiś chło­pak pod­pły­nął w pew­nym momen­cie na skraj kąpie­li­ska i chwy­cił się cemen­to­wego nabrzeża, a potem przez chwilę tkwił nie­ru­chomo z zamknię­tymi oczami i uszczę­śli­wioną miną. Na widok żół­ta­wej plamy roz­le­wa­ją­cej się wokół niego w wodzie, czym prę­dzej odwró­ciła z odrazą wzrok.

Nagle ktoś obok niej usiadł. Dziew­czynka mniej wię­cej w jej wieku, miała kasz­ta­nowe lśniące włosy, które obda­rzo­nej burzą roz­czo­chra­nych, nie­sfor­nych loków Lucky wydały się piękne. Nie­zna­joma też zanu­rzyła nogi w wodzie, a wów­czas Lucky popa­trzyła na jej stopy. Na jed­nym z pal­ców poły­ski­wał w słońcu pier­ścio­nek.

- To strasz­nie głu­pie, co nie? - ode­zwała się dziew­czynka, a wów­czas Lucky lekko drgnęła.

- Aha - przy­tak­nęła, zamie­rza­jąc zga­dzać się ze wszyst­kim, co mówi jej towa­rzyszka.

- Bo tylko sama popatrz, takie wiel­kie piękne jezioro, a oni każą nam się kąpać wła­śnie tutaj. - Wska­zała na plażę i nie­duże, odgro­dzone bojami kąpie­li­sko, a potem odwró­ciła się w stronę basenu. - Albo tam. Ja podzię­kuję!

Lucky popa­trzyła na nią uważ­nie. Nie miała zbyt wiel­kiego doświad­cze­nia w kon­tak­tach z dzie­cia­kami, ale zwy­kle mówiły otwar­cie, co naprawdę myślą.

- No wła­śnie, ja też - powie­działa. - Wydaje mi się, że tam­ten chło­pak się tu wysi­kał.

Dziew­czynka roze­śmiała się gło­śno i czym prę­dzej wycią­gnęła nogi z wody.

- Fuj!

Lucky rów­nież unio­sła nogi i przy­ci­snęła kolana do klatki pier­sio­wej.

- Chcesz się przejść? - zapy­tała tym­cza­sem nie­zna­joma. - Tam za zakrę­tem ratow­nik już nas nie zoba­czy i będzie można wresz­cie porząd­nie popły­wać. - Wstała, więc i Lucky pode­rwała się czym prę­dzej na nogi. - A tak przy oka­zji, jestem Steph.

Lucky uwiel­biała to imię, zawsze znaj­do­wało się na liście jej ulu­bio­nych.

- A ja Andrea - wymie­niła imię, które uzgod­nili wspól­nie z ojcem jako jej ksywkę na czas tej podróży. - Ale więk­szość ludzi mówi na mnie Andi. - Tę aku­rat część wymy­śliła na pocze­ka­niu, lecz była z tego bar­dzo zado­wo­lona, bo Steph się uśmiech­nęła.

- Andi brzmi super - rzu­ciła. - Dobra, to chodźmy.

***

Steph i "Andi" spę­dziły ten czas na dwo­rze, aż słońce zaczęło się zni­żać nad hory­zon­tem, a sza­ro­zie­lone góry stały się fio­le­towe.

- Muszę już wra­cać - powie­działa w końcu Steph. - Mama będzie się mar­twić.

- Jasne, mój tata też - zapew­niła czym prę­dzej Lucky, cho­ciaż było to mało praw­do­po­dobne.

- Jesteś tutaj tylko z tatą?

Lucky ski­nęła głową.

- A ja jestem tylko z mamą - odparła Steph.

Zaczęła się już pod­no­sić, potem jed­nak opa­dła z powro­tem na pia­sek, więc Lucky cze­kała, co jej nowa kole­żanka zrobi. Niebo nad ich gło­wami przy­bie­rało odcień gra­natu.

- Mój tata nie żyje - dodała Steph.

- Przy­kro mi.

- Dzięki. Strasz­nie mi go bra­kuje.

- A co mu się stało?

- Dostał zawału. Był zupeł­nie zdrowy, więc to pew­nie przez stres w pracy czy coś w tym rodzaju. Mama cią­gle powta­rza, że gdyby nie pra­co­wał tak ciężko, na­dal by żył. I narzeka na pie­nią­dze. Roz­daje je orga­ni­za­cjom cha­ry­ta­tyw­nym i mówi, że wola­łaby być biedna, byle tylko tata żył. A ja cza­sami zapo­mi­nam, że on nie żyje, i zaczy­nam go szu­kać po domu. Prze­pra­szam. Pew­nie i tak nic z tego nie rozu­miesz.

- Wcale nie, rozu­miem - powie­działa Lucky, a potem dodała kolejne kłam­stwo, niczym pasu­jący kol­czyk do pary. - Moja mama też umarła.

Od razu zaczęła opo­wia­dać zmy­śloną histo­ryjkę. Nie miała nawet z tego powodu wyrzu­tów sumie­nia, tak bar­dzo pra­gnęła, żeby wszystko to było prawdą. Gdy tylko skoń­czyła swoją opo­wieść, Steph ujęła jej dłoń i lekko ści­snęła. Słońce nie­mal zapa­dło już za hory­zont, a na nie­bie zami­go­tała pierw­sza gwiazda. Lucky odwza­jem­niła uścisk Steph, a po jej policzku poto­czyła się samotna łza. Nie pła­kała ze smutku czy tęsk­noty za matką. Choć raz pła­kała z rado­ści. Zna­la­zła przy­ja­ciółkę.

***

- W porządku, upo­rząd­kujmy fakty - powie­dział ojciec następ­nego wie­czora. - Ja na­dal mam na imię Vir­gil, ale do cie­bie mam się zwra­cać Andi, bo tak jest kró­cej. Miesz­kamy w Lan­sing, a tutaj przy­je­cha­li­śmy w ramach krót­kiego wypadu na poże­gna­nie lata. Po dro­dze zaha­czy­li­śmy jesz­cze o Toronto i wje­cha­li­śmy na samą górę CN Tower. Twoja matka zmarła w zeszłym roku, jakaś rzadka cho­roba krwi. Świet­nie pomy­ślane, Lucky. Naprawdę.

- Nie o to cho­dzi. Po pro­stu wola­łam cię uprze­dzić, na wypa­dek, gdy­byś z nią roz­ma­wiał. Nie chcia­łam, żebyś coś pokrę­cił. To moja przy...

- Roz­ma­wia­łem wcze­śniej z jej matką, ma na imię Darla. Umó­wi­łem się z nią, że zjemy razem kola­cję, wszy­scy czworo. Koniec laby, mała, czeka nas robota. Ale to naprawdę dziana babka. Wło­żyła na basen bran­so­letkę z bry­lan­tami, wyobra­żasz sobie? Na­dal nosi obrączkę, ale dzięki tobie już wiem, że jest wdową. Zresztą widzimy się z nimi za pół godziny, a musimy jesz­cze uzgod­nić parę spraw. Powiemy im, że cier­pisz na tę samą rzadką cho­robę krwi co twoja matka. I że nie stać mnie na twoje lecze­nie, ale marzy­łaś o waka­cjach, więc posta­no­wi­łem cię tutaj zabrać, no bo... sama rozu­miesz, nie mam poję­cia, jak długo jesz­cze poży­jesz.

- Tato, pro­szę cię, naprawdę musimy? Nie wystar­czy to jedno kłam­stwo?

Ojciec, który wła­śnie popra­wiał kra­wat przed lustrem, odwró­cił się w jej stronę z zakło­po­taną miną.

- Prze­cież zosta­niemy tutaj tylko tydzień, a potem ruszymy dalej, jak zawsze. Ni­gdy wię­cej jej nie spo­tkasz, zresztą to nie jest twoja przy­ja­ciółka. A my tym się wła­śnie zaj­mu­jemy! Pamię­taj, teraz może jeste­śmy przy for­sie, ale szczę­ście zawsze może się odwró­cić. A pie­nię­dzy nie wystar­czy nam do końca życia. Już i tak mnó­stwo wyda­łem na pobyt tutaj.

Lucky spu­ściła głowę.

- Prze­cież powie­dzia­łeś, że to będą praw­dziwe waka­cje! I nic wię­cej!

Ojciec wes­tchnął i usiadł obok niej na łóżku.

- Kiedy nada­rza się taka oka­zja, trzeba ją wyko­rzy­stać, mała. Albo zrobi to za cie­bie ktoś inny. Myśla­łem, że zdo­ła­łem cię tego nauczyć. Ni­gdy nie możesz tra­cić czuj­no­ści. Nawet wtedy, gdy dobrze się bawisz - a może zwłasz­cza wtedy. No już, rusz się. Przy­czesz włosy, umyj buzię. Musimy iść.

***

Następ­nego ranka Lucky sie­działa na brzegu basenu z pal­cami stóp zanu­rzo­nymi w wodzie. Beto­nowe obrzeże nie­przy­jem­nie kłuło ją w uda. Potem Steph usia­dła obok niej, a ona odwró­ciła się w jej stronę, by zapa­mię­tać twarz przy­ja­ciółki już na zawsze: włosy spły­wa­jące gęstymi falami na ramiona, piegi na nosie i krzywy uśmiech. Tyle że w tym momen­cie Steph się nie uśmie­chała.

- Za tydzień zaczyna się szkoła - wes­tchnęła ponuro, zanu­rza­jąc stopy w wodzie tuż obok stóp Lucky. - Waka­cje się koń­czą, a ja nie mogę w to uwie­rzyć.

Lucky pró­bo­wała wymy­ślić jakąś odpo­wiedź, ale wtedy Steph coś sobie uświa­do­miła i zmarsz­czyła lekko brwi.

- Prze­pra­szam, prze­cież ty nie możesz cho­dzić do szkoły, uczysz się w domu. Bo jesteś...

W tam­tej chwili Lucky tak wła­śnie się czuła: chora. Robiło się jej nie­do­brze na samą myśl o tym, że musi uda­wać śmier­telną cho­robę przed kimś, kogo powinna uwa­żać za swój "cel", cho­ciaż tak naprawdę chcia­łaby móc nazwać swoją przy­ja­ciółką. Taką z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Całe ciało ją bolało, zupeł­nie jakby rze­czy­wi­ście miała tę rzadką cho­robę krwi, na temat któ­rej tyle nakła­mała, a która rze­komo zabiła nie­znaną jej matkę.

- Wcale nie jestem chora - powie­działa. Słowa tak po pro­stu padły z jej ust, choć paliły ją w gar­dło. Czyżby naprawdę zamie­rzała zdra­dzić ojca, zadać kłam wymy­ślo­nej przez niego histo­rii? Musie­liby od razu stąd wyje­chać, a ona ni­gdy wię­cej by Steph nie zoba­czyła. Mimo wszystko... Prze­cież wkrótce i tak roz­staną się na zawsze, a co gor­sza, jej rze­koma przy­ja­ciółka zapa­mięta Lucky i w ogóle całą tę sytu­ację do końca życia.

- Tata tylko tak mówi - pod­jęła Lucky, wpa­tru­jąc się w niebo nad swoją głową, jakby chciała, żeby słońce wypa­liło jej oczy. - Nic mi nie dolega, wcale nie cho­ruję. Jestem zdrowa. Zdro­wiutka jak ryba.

Steph odwró­ciła się w jej stronę, i poło­żyła rękę na jej dłoni.

- Naprawdę? - spy­tała.

- Naprawdę - zapew­niła Lucky.

Steph przez chwilę mil­czała, jakby zamy­ślona, zanim w końcu powie­działa:

- W porządku.

- Wcale nie - rzu­ciła Lucky i nagle się roz­pła­kała. - Wcale nie jest w porządku.

- Rozu­miem. Chcesz uda­wać, że nic ci nie jest, żeby naprawdę tak było. Sły­sza­łam, jak mama roz­ma­wiała przez tele­fon z kimś z banku. To miała być nie­spo­dzianka, ale mama chce dać two­jemu tacie pie­nią­dze na lecze­nie. Na pewno wyzdro­wie­jesz. Super, prawda?

Lucky miała teraz przed oczami czarne plamki.

- Twoja mama nie powinna tego robić...

- Och, Andi, nie przej­muj się, mamy mnó­stwo forsy. A ty będziesz mogła wró­cić do szkoły. To zna­czy chyba. - Lucky czuła, jak łzy spły­wają jej po policz­kach w stronę brody, a stam­tąd spa­dają na oboj­czyki, kap, kap. - Może prze­pro­wa­dzisz się gdzieś bli­żej mnie albo nawet do Bel­le­vue i będziemy miesz­kały nie­da­leko sie­bie. Wiem, że mama bar­dzo by tego chciała. Chyba naprawdę polu­biła two­jego tatę. Cho­dzi­ły­by­śmy do tej samej szkoły i byłoby super. A może... - Tym razem Steph chwy­ciła Lucky za ramię. - Może nasi rodzice się pobiorą. I będziemy sio­strami. Wyobra­żasz to sobie?!

Lucky ode­rwała wresz­cie wzrok od słońca i zamru­gała mocno, dopóki obraz świata znów się nie wyostrzył, a potem popa­trzyła na ich stopy w wodzie, tuż obok sie­bie. Steph poda­ro­wała jej taki pier­ścio­nek na palec u nogi, jaki sama nosiła, więc teraz biżu­te­ria poły­ski­wała na sto­pach ich obu. Sio­strza­nych sto­pach.

- No, tego ni­gdy nie wia­domo - odparła Lucky i wysu­nęła dłoń spod dłoni Steph, by wytrzeć policzki, ale Steph zaraz znowu zła­pała ją za rękę.

- Ja to wiem - powie­działa. - Wiem, że nic ci się nie sta­nie. A któ­re­goś dnia będzie tak, jakby ta twoja rzadka cho­roba po pro­stu... znik­nęła.

- Jasne, któ­re­goś dnia - odparła Lucky. - Tak to wła­śnie będzie.

Rozdział drugi

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Lucky odszu­kała wzro­kiem Cary'ego, który stał wsparty o bar w głębi kasyna w hotelu Bel­la­gio i obser­wo­wał oto­cze­nie. Puściła do niego oko, a potem popa­trzyła z powro­tem na swoje karty. Jej prze­ciw­nik w grze w pokera, sie­dzący po jej lewej ręce chło­pak tak młody, że miał jesz­cze pod­bró­dek usiany prysz­czami, posta­no­wił ją spraw­dzić.

- Dwie­ście.

Przez chwilę mil­czała, uda­jąc, że inten­syw­nie się zasta­na­wia, pod­czas gdy wokół niej roz­brzmie­wały dźwięki kasyna: muzyka, brzęk kie­lisz­ków i szkla­nek, śmie­chy, jakiś okrzyk.

- Pod­bi­jam do trzy­stu - powie­działa w końcu, a prysz­czaty dzie­ciak led­wie zdo­łał stłu­mić chi­chot.

- Pro­szę pani, to nie­do­zwo­lone - skar­cił ją pra­cow­nik kasyna. - Musi pani przy­naj­mniej podwoić zakład.

- No tak, ale ze mnie gapa! W takim razie podwa­jam.

- Czyli czte­ry­sta, pro­szę pani?

- Wła­śnie tak.

Roz­da­jący zwró­cił się tym­cza­sem do nija­kiego męż­czy­zny w śred­nim wieku po jej pra­wej stro­nie. Facet miał na palcu obrączkę, ale poże­rał Lucky wzro­kiem, odkąd tylko usia­dła przy sto­liku, i wcale się z tym nie krył. On też pod­niósł stawkę, a potem usi­ło­wał zaj­rzeć Lucky w dekolt, pod­czas gdy ona odgry­wała idiotkę, która nawet tego nie dostrzega. Czwarty z gra­czy, męż­czy­zna w za luź­nym gar­ni­tu­rze, spa­so­wał, to samo zro­bił prysz­czaty chło­pak.

- No cóż, chyba też muszę spa­so­wać - wes­tchnęła Lucky, prze­rzu­ca­jąc rude loki przez ramię.

Czuła na sobie spoj­rze­nie Cary'ego, który na­dal obser­wo­wał ją z dru­giego końca sali. Znowu zer­k­nęła w jego stronę i nawet pozwo­liła, by kącik jej ust uniósł się w lek­kim uśmie­chu. Kiedy dostała nowe karty, przy­ci­snęła je do piersi, żeby męż­czy­zna po jej pra­wej stro­nie nie mógł ich doj­rzeć. Cary się roze­śmiał, a ona poczuła się wspa­niale. Miała nadzieję, że Cary też się tak czuje. Dla­tego wła­śnie zale­żało jej na tym, by zna­leźli się oboje w tym aku­rat miej­scu: by spró­bo­wali odna­leźć drogę do sie­bie nawza­jem, zanim cał­kiem stąd znikną.

- Pro­szę pani? Karty na stół, taka jest zasada.

- Ups, prze­pra­szam, o tym też zapo­mnia­łam. - Lucky poło­żyła karty pła­sko na stole i uśmiech­nęła się do roz­da­ją­cego.

Męż­czy­zna w za luź­nym gar­ni­tu­rze zde­cy­do­wał się spraw­dzać przed flo­pem, a w ciągu ostat­niej godziny pod­niósł stawkę zale­d­wie raz. To ozna­czało, że ma w ręku nie­złe karty - cho­ciaż to i tak niczego nie zmie­niało. Kiedy przy­szła jej kolej, Lucky pod­nio­sła do sze­ściu­set i poki­wała głową, jakby zado­wo­lona z sie­bie, że wresz­cie pojęła zasady gry.

- Dwa i pół tysiąca - rzu­cił prysz­czaty chło­pak.

Męż­czy­zna w śred­nim wieku posta­no­wił wyrów­nać stawkę, podob­nie zro­bił facet w za dużym gar­ni­tu­rze.

- Wcho­dzę w to - oznaj­miła Lucky, spo­glą­da­jąc na Cary'ego, ale on aku­rat roz­ma­wiał z jakimś męż­czy­zną przy barze. Głowy mieli nachy­lone ku sobie, twa­rze pełne napię­cia. Poczuła dreszcz nie­po­koju, jakiś gło­sik szep­nął jej cicho: "Kto to jest?".

- Halo, prze­pra­szam? - Prysz­czaty chło­pak nachy­lał się nad sto­łem w jej stronę, mru­żąc przy tym oczy. - Ble­fuje pani?

Popa­trzyła na niego sze­roko roz­war­tymi oczami, przy­ci­ska­jąc dło­nie do piersi.

- Prze­cież nie mogę panu na to odpo­wie­dzieć.

Chło­pak wzru­szył ramio­nami.

- Pas - oznaj­mił, podob­nie postą­pili dwaj pozo­stali gra­cze.

Roz­da­jący ski­nął Lucky głową i prze­su­nął w jej stronę żetony warte całe dzie­więć tysięcy dola­rów. Pula nale­żała do niej. Cary znów stał przy barze sam, wsparty o kon­tuar wpa­try­wał się gdzieś przed sie­bie.

- W porządku - mruk­nął prysz­czaty dzie­ciak. - Pro­szę poka­zać swoje karty, jeśli pani nie ble­fo­wała.

- Prze­cież wcale nie twier­dzi­łam, że nie ble­fuję. - Lucky wstała, przy oka­zji odwra­ca­jąc karty. Były naprawdę okropne: piątka pik, dzie­siątka karo.

Popa­trzyła na swoją wygraną, a potem prze­su­nęła jej połowę w stronę roz­da­ją­cego w ramach napiwku - męż­czy­zna zamru­gał tylko z nie­do­wie­rza­niem - resztę zaś w stronę prysz­cza­tego chło­paka.

- Miłej zabawy. Ja świet­nie się bawi­łam, wiel­kie dzięki.

Wszy­scy gra­cze patrzyli w ślad za nią, kiedy okrę­ciła się na pię­cie i ruszyła w stronę baru.

- Hej, trzeba było zatrzy­mać te żetony - powie­dział Cary, kiedy do niego dołą­czyła. - Chyba wygra­łaś cał­kiem nie­złą sumkę.

- Ale po co? Prze­cież jutro wyjeż­dżamy, a na kon­cie na Domi­nice mamy dość pie­nię­dzy. Żeby wymie­nić żetony na gotówkę, musia­ła­bym się wyle­gi­ty­mo­wać. Zresztą zro­bi­łam to wyłącz­nie dla zabawy. Widzia­łeś ich miny? Naprawdę było warto.

Cary mil­czał z kamienną twa­rzą, a ją coś aż ści­snęło w żołądku, kiedy uświa­do­miła sobie, że to jego poke­rowa mina.

- Wszystko w porządku? - zapy­tała. - Z kim roz­ma­wia­łeś?

- Och, jakiś gostek pytał po pro­stu o drogę do toa­lety - odparł Cary, przy­su­wa­jąc się bli­żej. Wpa­try­wał się w nią teraz zupeł­nie jak na początku ich zna­jo­mo­ści, kiedy czuła się tak, jakby była naj­pięk­niej­szą kobietą na świe­cie. - Strasz­nie cię kocham, wiesz? Spra­wiasz, że wszystko staje się świetną zabawą. Chodź. - Pocią­gnął ją w stronę baru. - Masz rację, jeste­śmy bogaci i powin­ni­śmy to uczcić. Świę­to­wać życie. Popro­szę butelkę Dom Peri­gnon, rocz­nik osiem­dzie­siąty piąty - zwró­cił się do bar­mana.

- Cary, daj spo­kój, robi się późno, a jutro lecimy wcze­śnie rano...

- W takim razie w ogóle nie będziemy się kłaść - odparł Cary ze śmie­chem. - Sama mówi­łaś, że to ma być naj­wspa­nial­szy wie­czór w twoim życiu, a noc jesz­cze młoda. - Się­gnął po butelkę, pod­czas gdy Lucky wycią­gnęła rękę w jego stronę.

- Cho­dziło mi o to, że pew­nie nie damy rady jej dokoń­czyć, skoro musimy wcze­śnie wstać, żeby jechać na lot­ni­sko. Pomy­śla­łam, że wró­cimy po pro­stu do pokoju i... - Poca­ło­wała go, wresz­cie zwra­ca­jąc na sie­bie jego uwagę.

- Mamy na to mnó­stwo czasu, Lu. Jutro uciek­niemy stąd, ale dzi­siaj nie­źle zaba­lu­jemy. Jakby to miała być nasza ostat­nia noc na ziemi. - Znowu poca­ło­wał ją pro­sto w usta, a kiedy bar­man otwo­rzył szam­pana, dodał jesz­cze: - A teraz powta­rzaj za mną: zamie­rzam dzi­siaj balo­wać przez calutką noc.

Wzięła do ręki kie­li­szek.

- Zamie­rzam dzi­siaj balo­wać.

- Przez calutką noc.

- Przez calutką noc - powtó­rzyła posłusz­nie.

Cary zabrał butelkę i ruszył przez salę kasyna, ale kiedy dotarli do wyj­ścia, ochro­niarz zawo­łał:

- Hej, nie wolno wyno­sić bute­lek... - Na to Cary tylko wycią­gnął w jego stronę stu­do­la­rowy bank­not, nawet na moment nie zwal­nia­jąc kroku.

Lucky zdjęła szpilki i trzy­ma­jąc je w dłoni, ruszyła bie­giem, by dogo­nić Cary'ego przy win­dach.

Cary tym­cza­sem wyjął z kie­szeni kartę z napi­sem "Tylko dla per­so­nelu", a kiedy wsie­dli do windy, użył jej, aby poje­chać na pię­tro nie­do­stępne dla osób postron­nych.

- Skąd wzią­łeś... zresztą nie­ważne.

- No wła­śnie, skar­bie. Nie musisz wszyst­kiego wie­dzieć.

Kiedy winda się otwo­rzyła, chwy­cił Lucky za rękę i pocią­gnął w głąb kory­ta­rza, zanim wresz­cie przy­sta­nął przed jaki­miś drzwiami. Pro­wa­dziły na dach, z któ­rego roz­cią­gał się osza­ła­mia­jący widok na całe mia­sto.

Cary pod­szedł na sam skraj dachu i uniósł ręce, w jed­nej trzy­mał butelkę szam­pana, w dru­giej kie­li­szek.

Lucky usi­ło­wała deli­kat­nie go odcią­gnąć, ale nawet nie drgnął, napiąw­szy mię­śnie.

- Ostroż­nie - rzu­ciła.

W końcu Cary zro­bił krok do tyłu i chwy­cił ją w obję­cia.

- Gotowa na nie­za­po­mniany wie­czór w moim towa­rzy­stwie?

- Ten wie­czór już i tak jest wyjąt­kowy. To zna­czy, ogra­łam prze­cież tych wszyst­kich face­tów...

Cary dolał jej szam­pana do kie­liszka.

- Chcę, żebyś zapo­mniała o całej resz­cie i po pro­stu była ze mną. Znów się we mnie zako­chała, Lucky. I powie­działa mi, że mnie kochasz i będziesz kochała nie­za­leż­nie od wszyst­kiego.

- Oczy­wi­ście.

- Zawsze? Nie­za­leż­nie od wszyst­kiego?

- Cary, co się z tobą dzieje?

- Nic, wszystko w porządku. To po pro­stu... to zna­czy nie mie­ści mi się w gło­wie, że to robimy.

- Ale robimy. Nie ma już odwrotu.

Cary uniósł kie­li­szek i stuk­nął nim o jej.

- Nie ma odwrotu - powtó­rzył.

Oboje się obró­cili, by popa­trzeć na pano­ramę wokół nich. Świa­tła Las Vegas migo­tały u ich stóp niczym bły­skotki wysy­pu­jące się ze szka­tułki na biżu­te­rię, koń­cząc się jakby jed­nym gwał­tow­nym cię­ciem na skraju ciem­nej pustyni. Lucky spoj­rzała w dal i ode­tchnęła głę­boko, a strach ustą­pił miej­sca pod­eks­cy­to­wa­niu. W głębi serca poczuła drgnie­nie cze­goś na kształt nadziei - takiej nadziei, jaką czło­wiek czuje na chwilę przed spraw­dze­niem nume­rów na kupo­nie lote­rii. Potem Cary wziął ją za rękę i popro­wa­dził z powro­tem na dół, gdzie wła­śnie roz­po­czy­nał się ich ostatni wie­czór w gorą­cym, mrocz­nym Las Vegas.