Rozdział 1
W DRODZE
Święty Jogurt mieszkał już od jakiegoś czasu z wujkiem Pietrkiem Piratem we wsi Krowia Wielka.
Ale Lucek i Ludwika o tym nie wiedzieli. W tej chwili siedzieli sobie w aucie z rodzicami: mama za kierownicą, tata obok mamy z psem Ciumką na kolanach, rodzeństwo z tyłu. Mknęli dziurawymi drogami, mijali wsie o zastanawiających nazwach, takich jak: Gęsia Mała, Niedźwiada Duża, Bobra Stara, Ptaka Taka Owaka, i próbowali sobie przypomnieć, co w ogóle wiedzą o wujku, oraz ustalić, czy na pewno muszą się u niego zatrzymywać i co gorsza nocować.
Czy my musimy się u niego zatrzymywać i co gorsza nocować?
- Co my w ogóle o nim wiemy? Przecież my go w ogóle nie znamy!
- Znacie, po prostu go nie pamiętacie, to wujek Pietrek, mój brat - powiedziała mama.
- A dlaczego mówicie o nim wujek Pietrek Pirat?
- Yyy - zawiesiła się mama.
- Yyy - próbował jej pomóc tata.
- Ma drewnianą nogę? - dopytywał Lucek.
- Nie...
- Hak zamiast ręki?
- Nie...
- Papugę zamiast ręki?
- Cooo?
- Papugę zamiast nogi?
- Ha, ha!
- Żywą papugę zamiast drewnianej nogi? Drewnianą papugę zamiast żywej nogi?
- Ha, ha, ha, nie!
- Nie ma oka?
- Ma, nawet dwoje oczu.
- No to co to za pirat?! - Lucek aż podskoczył, a Ciumka zahaukał.
- Hau! - Było to specyficzne hauknięcie bassetowatego kundla.
- Dawno temu wujek kopiował filmy na kasetach VHS i płytach DVD. I sprzedawał nielegalnie. To były tak zwane pirackie kopie - powiedziała w końcu mama.
- Kopii przecież używali rycerze, nie piraci... - zażartował tata.
- Hau, hau!
- O, Ciumka skumał żart!
- Lubi suchary - mruknęła Ludwika.
- O osobach, które robiły takie rzeczy, mówiło się "piraci".
- Czyli, zaraz, zaraz, momencik, czyli wujek jest przestępcą?! - podekscytował się Lucek.
- Był...
- Nie, no nie był!
- Nie był?
- Czyli nadal jest?
- Nie!
- Nie?
- Nie jest!
- No ale jednak był...
- No chyba jednak trzeba przyznać, że...
- Super! Prawdziwy przestępca, złoczyńc! - Lucek był już purpurowy z radości.
- A nie złoczyńca? - Ludwika próbowała nawiązać z bratem kontakt wzrokowy.
- Już nie... - Mama chciała wyjaśnić sprawę, ale ekscytacji Lucka nie dało się już zatrzymać:
- Ciekawe, czy ma swoją złoczyńcową tajną bazę w piwnicy pod domem, tajne centrum dowodzenia z czasów przestępczej świetności! Ożeż ty, jak wspaniale byłoby odkryć sekretne pomieszczenie wujka Pirata i te wszystkie, wiecie, bajery, ecie-pecie, komputery, jakieś pirackie pojazdy, na przykład czaszkopter, piszczelolot, papugocykl...!
- Taaak. I zahibernowaną armię minionków... - mruknęła Ludwika.
- Noo, ho, ho, już mi się podoba! - zawołał Lucek.
- A mnie nadal nie! - Ludwika pociągnęła za sznurówki w kapturze tak mocno, że poza bluzą został jej tylko nos.
Mama zahamowała gwałtownie, skręciła, zahamowała, skręciła i jeszcze raz skręciła. I znów zahamowała, tym razem już na dobre.
- No to dojechaliśmy.
Ciumka puścił pawia.
Lucek na szczęście nie. Poprawił swój strój hardkorowca, dziurawe dżinsy, dziurawy tiszert, swoją bandanę w tygrysy, swoje włosy do pasa, przewiązaną w pasie wojskową koszulę. Zawiązał trampki, przetarł okulary i pochuchał na tatuaże na rękach zrobione długopisem.
Ludwika natomiast zsunęła tylko z głowy kaptur gigantycznej czarnej bluzy sięgającej do kostek, zmierzwiła krótką różową czuprynę, wzięła głęboki oddech i powiedziała:
- Dobra, chodźmy, w końcu jesteśmy rodziną superbohaterów.
- Tak? A jakie mamy moce? - zainteresował się tata.
- Jesteśmy niewierzący.