Wieczór był skwarnego dnia letniego, słońce zachodzić miało za
lasy. Co żyło, ukryte w cieniach i zaroślach, czekało by powiał
wiatr wieczorny, spadła rosa ożywcza i palące promienie dopiekać
przestały. Milczało wszystko... stada w zaroślach się chroniły,
ludzie po lasach, rzadko ptak przeleciał w powietrzu, które ziało
ogniem. Noc miała przynieść ochłodę i wypoczynek po dniu, który
zwarzył rośliny i wyssał z ziemi ostatki wilgoci po niedawnéj
pozostałe burzy. Tego dnia pod wieczór nawet nie zmniejszył się
upał i na niebie chmurki żadnéj widać nie było. Wypogodzone,
rozpalone, bezbarwne, zwiastować się zdawało posuchę, bo tarcza
słoneczna po nad lasami okryła się barwą krwi, i purpurowa,
bezpromienna, dziwna i straszna, zwolna kłoniła się ku czarnemu
pasowi puszcz dalekich.
W powietrzu unosiły się słupy muszek, podnoszące wysoko,
wirujące obrotami jakiemiś samowolnemi, jakby je powiew jaki,
którego czuć nie było, to w górę, to na bok odnosił, to przyciskał
ku ziemi.
Chmurą leciały tak muszki skrzydlate, po nad łąki i pola,
zdając się bawić i swawolić w rozpalonych ziemi wyziewach.
Na polach cicho było i pusto.
Wyschłe rzeczułki ciekły skryte głęboko, uciekając daleko od
spieki, co je wypijała... Czasem w dali powiew, który nie dochodził
tu i czuć się nie dawał, na piaszczystych rozłogach chwytał kurzu
tumany i do góry je gdzieś unosił.
Na Krasnéjgórze nad Wartą, we dworze Luboniów, tak pusto
było jak wszędzie dnia tego, ludzie się od spieki gdzieś pochowali.
I obyczajem starym wszystko stało otworem... dom, zagroda, wrota,
nie strzegł nikt ich, bo się nikogo nie lękano.
Dwór stary wznosił się na pagórku nad rzeką, lasem wysokim
otoczony z jednéj strony, z drugiéj do pola i łąk przytykający.
Jak wszystkie naówczas była to budowa drewniana, ale
rozległa i krzepko z bierwion ogromnych wzniesiona. Wysoki dach z
dymnikami okopcony i czarny panował nad nią. Dokoła opasywało ją
podsienie na słupach rzezanych. Podwórze było rozległe i czyste,
budynki wkoło proste ale nowe i schludne. Z rozmiarów dworu wnosić
było można o wielkiéj zamożności rodu, co tu zamieszkiwał; ze
stajen i szop o trzodach i gospodarstwie; z ładu około domu, o
pilności pana.
Już czas był, ażeby i ludzie i bydło pod dach wracało, choć
upał się nie zmniejszał, słońce przynajmniéj straciło siłę,
patrzało groźno krwawém okiem, ale nie piekło. Koło dworu panował
jeszcze spokój i cisza.
Od strony lasu w cieniu leżały psy stróże, na chłodniejszéj
ziemi powyciągane i jak martwe. Dwór stał otworem... drzwi i okna z
poodsuwanemi okiennicami wpuszczały powietrze, lecz ono ziało
jeszcze gorącem.
Ognisko w świetlicy było wygasłe i zarzucone popiołem,
komory na rozcież poodmykane... nikogo nigdzie, żywéj duszy... W
podwórku kilka kur chodziło dziubiąc porozsypywane ziarna.
Wszystkie izby domostwa przejść tak było można, nie
znalazłszy nikogo. Na tyle tylko od lasu, na ogromnym kamieniu,
który leżał pod strzechą, siedziała bardzo stara niewiasta,
zgarbiona wiekiem, z włosy siwemi, które z pod chust się wysuwały,
siedziała i jakby na pół drzemiąc przędła.
Twarz jéj opaloną, z pomarszczoną i posieczoną skórą, żółtą,
pargaminową, mech starości pokrywał na policzkach i brodzie, oczu
głęboko zapadłych dostrzedz prawie nie było można, z pod nawisłych
powiek i brwi zarosłych bujno. Trzymała kądziel, ciągnęła nić
bezmyślnie, zwolna i zatopiona w dumach jakichś, przędła nie
przestając. Niekiedy palce przykładała do ust, aby je zwilżyć i nić
ciągnęła znowu, cienką, równą, gładką, choć bezsilne palce opierać
się pracy zdawały.
Czasem wśród tego snucia zatrzymała się nagle, jakby jéj sił
nie stało, potém przypomniawszy sobie kądziel, z pośpiechem znowu
do niéj powracała. Ubogo ubrana była starucha, nie mając na sobie
nic oprócz płótna, a na nogach lipowych kurpi nowych, które je
opasywały. Zapaska wełniana była ciemnéj barwy, na szyi nawet
żadnego sznurka i ozdoby widać nie było. Niewiasta długie już lata
na świecie przeżyć musiała, jednak trzymała się jeszcze i
nasłuchiwanie najmniejszego szelestu przekonywało, że ucho miała
czułe.
Wśród ciszy psy, co nieopodal od staruszki leżały,
popodnosiły głowy i jeden z nich rozpatrując się, niespokojnie
zamruczał, jakby drugim dawał hasło. Wnet i reszta pozrywała się na
nogi, wietrzyć poczęły, lecz stały niepewne... nic słychać i nic
widać nie było. Pokładły się znowu, ale głowy podniesione czyhały
na szelest najmniejszy. Stara téż od kądzieli na swych towarzyszów
oczy zwróciła, jakby ich pytała o niepokoju przyczynę. Ten, który
pierwszy zamruczał, odzywał się jeszcze kiedyniekiedy, ale nie
bardzo znać pewien siebie.
I długo tak nic słychać nie było.
Słońce czerwone stoczyło się za lasy, a wnet i mrok szybko
nadchodzić zaczął. Na północnéj niebios stronie blada pokazała się
pierwsza gwiazda, ku zachodowi jak złoty sierp stał wązki księżyc
na młodziku.
W dali coś tętnieć się zdawało...
Staruszka wstała, zabrała kądziel i ruszyła się powoli ku
dworowi, a idąc, obyczajem starych, mruczała coś sama do siebie.
Tuż i życie budzić się z zachodem zaczęło.
W powietrzu przelatywały dźwięki, bydło i owce biegły z
pola. Klaskały pastuchów batogi, ryczały krowy i rżały konie, coraz
bliżéj słychać je było. Starucha stanąwszy u płota wypatrywała je w
dali i potrząsała głową, jakby panią była i gniewała się na
niedbałe sługi.
W tém śmiechy i śpiewy tuż blisko doszły ucha staruszki i
lice się jéj poruszyło, głowa podniosła, oczy skierowały ku
dworowi. Głosy to były niewieście, wesołe, młode... Uśmiechnęły się
téż mimowoli usta staréj prządki i niespokojnie rozglądać zaczęła,
wypatrując nadchodzących. Psy, które leżały spokojnie, skowycząc i
podskakując się zerwały, jakby i ich uradowały te ludzkie głosy, po
długiéj ciszy. A w tém z lasu ukazała się cała gromadka dziewcząt w
bieli.
Przodem szła najpiękniejsza, wysokiego wzrostu, smukła, ze
śmiejącemi się oczyma, z ciemnym włosem w kosy zaplecionym, z
podniesioną raźnie główką, na któréj, oprócz rucianego wianuszka,
niosła całą wiązankę świeżych leśnych kwiatów, aż na ramiona
spadających. W białéj koszuli i zapaskach, ze sznurami bursztynów i
krasnych kamyków na szyi, przepasana czerwonym pasem, którego końce
u boku spadały, szła tak jak leśna panna, królując widocznie tym co
za nią biegły i w oczy jéj patrzały.
Przed sobą w spódniczce podwiniętéj miała pełno uzbieranych
ziół i różnéj leśnéj zdobyczy. Dziewczęta téż idące za nią niosły
kobiałki na plecach, koszyki w rękach, postrojone były w kwiaty jak
ona, a lica im się wszystkim młodością śmiały i weselem.
Szły ku dworowi i śpiewały, ostatnia zwrotka piosenki
skończyła się śmiechem, bo téż i psy łasząc się ku dziewczętom
przypadły.
Z drugiéj strony becząca i wrzawliwie odzywająca się cisnęła
do wrót trzoda. Cisza przed chwilą wielka zmieniła się w gwar życia
pełny. Starucha patrzyła na dziewczynę z uśmiechem, a ta ku niéj
dążyła potrząsając uwieńczoną główką.
- O! udałoż się w lesie, udało - zawołała - całyśmy dzień
prześpiewały w chłodzie, za grzybami chodząc i jagodami.
Wszystkiego pełno... choć garściami garnąć... posucha w cieniu nic
nie zwarzyła... Ptaszki nam śpiewały, a my im... i dzionek,
babusiu, zszedł jak błyskawica...
- A jam tu go ledwie do końca doprzędła - rzekła złamanym z
zaschłego gardła głosem stara.
- A ojciec?.. - zapytało dziewczę - nie ma ojca?
- Ojciec do knezia jechać musiał... ale na noc powróci z
Poznania... Niewielka to droga, a nocować tam nie ma po co... tylko
go nie widać!..
Gdy tak gwarzyły i mówiąc się zwracały do dworu, dziewczęta
z kobiałkami wyprzedzać ją zaczęły i śmiejąc się a swawoląc, do
drzwi pędzić. Z drugiéj strony od podwórza szli przeciw nim
zaglądając parobcy, którzy z pola powracali, lecz zoczywszy ich
całe to dziewcząt stadko, pobiegło się ukryć po komorach i głosy
tylko młode słychać było. Staruchę prowadziła zwolna dziewczyna,
przymilając się do niéj, a ta ją po twarzy ręką zmarszczoną
gładziła.
U studni pośrodku podwórka ruch był wielki i wiadrom nie
dawano spoczynku, czerpiąc chłodną wodę czystą, napawając się nią z
rozkoszą.
Bydło tymczasem samo szło do swoich szop otwartych na
spoczynek, a pastuszki i parobcy około koryta stojąc głośno śmieli
się tak, jak to zwykło się wesoło rozkoszować, gdy pana w domu nie
ma.
Ale na drodze tentent się dał słyszeć i wielka ta wrzawa
zaraz przycichła, psy biegły ku wrotom. Zdala na polu widać było
jadący do dworu orszak cały, dosyć pokaźny, konnych i zbrojnych
ludzi. Przodem na dobrym koniu jechał dorodny niemłody już
mężczyzna pięknéj postawy wojackiéj, z ręką w bok, w krótkim
płaszczu, a raczéj sukni, zdjętéj z rękawów dla gorąca i tylko na
ramiona rzuconéj. Miecz miał u pasa, nóż w pochwie za pasem, a u
siedzenia na koniu młot wisiał nabijany gwoźdźmi żółtemi i
wyrabiany misternie, w skórzanéj objęty pochewce. Za nim kilku
młodych jednako odzianych i zbrojnych dobrze jechało. Wyglądali
wszyscy jakby z boju albo na bój się wybrali.
Poznać było łatwo, że do domu dążyli i obcymi tu nie byli,
konie ich rżały niespokojnie, i oni oczy zwracali ku dworowi. Twarz
jednak tego, co przodem jechał, nie rozjaśniła się na widok jego,
poważny jechał i zamyślony.
Parobcy z pola przybyli postrzegłszy zbliżających się,
podbiegli ku wrotom na ich przyjęcie. We drzwiach pod słupkami
stało piękne dziewczę, tak jak z lasu przybyło, uśmiechając się, a
starucha rękę położywszy na jéj ramieniu, drugą trzymając jeszcze
swą kądziel, nie ruszyła się od jéj boku.
Zdala już przybywający witał swe niewiasty, a one jego.
Matka to była i córka, bo żony nie miał dawno.
Zsiadł tedy u progu gospodarz, konia zdając na parobka i
pozdrowiwszy matkę, pogłaskawszy córkę, jak stał do świetlicy
poszedł. I one ciągnęły za nim. A gdy na ławie za stołem siadł,
kołpak zdejmując i czoło ocierając, stara z komory kubełek pełny
napoju wyniosła.
- Pij synu - rzekła - na upał to jedyne... kwas brzozowy
najlepiéj gasi pragnienie... Słońce nas téż, jakby się gniewało,
piekło cały dzień bez litości.
I patrzały mu w oczy stara i młoda jakby myśli jego zgadywać
chciały. Siedział posępny. Badać go nie śmiała matka, dziewczę było
odważniejsze.
- Coś bo niewesoło od knezia Mieszka wracacie! - odezwała
się - czyżby się co złego niosło?
- Co tam ma być! - rzekł Luboń - nie ma nic... Mieszek wojny
patrzy i tęskni, gdy jéj nie ma... Doma mu nudno...
Westchnął i popatrzył na córkę, która niewiedzieć dlaczego
pod tém wejrzeniem ojcowskiém spłonęła. Zaciężył jéj wianek leśny,
zdjęła go ze skroni i poszła z nim do komory. Dopiero po odejściu
jéj starucha się do syna zbliżyła i w oczy mu badająco spojrzała.
- Licho nadało - zamruczał pocichu - zawsze mu się nasza
dziewka śni... ma żon sześć, a bez siódméj ani żyć... niechże jéj
szuka kędy chce, bo ja mojéj nie dam... to darmo...
Pięścią o stół uderzył. Starucha w ręce plasnęła.
- Jeszczeby téż! - zawołała - jedyne oko w głowie, kneziowi
dać na zabawkę... A co jéj po tém... Tam szczęścia nie zazna, gdzie
ich tyle... Dziewczynę co rychléj trzeba komu dać, aby mu ta chętka
odpadła...
- Tak - dodał Luboń - matko droga... Gdyby ich u mnie dwie
albo trzy było, i synów ze dwu dodatku, łatwoby dziewczynę
zaswatać, ale ona u mnie córką i synem, a kto ją weźmie, ten mi
dzieckiem być musi i następcą... Luboń ojcowizny nie spuści lada
komu...
Głową potrząsł.
- Oj syna; syna mi żal! - westchnął.
- Serca sobie nie psuj - odezwała się baba łzę ocierając
rękawem - opłakaliśmy go... i pogrzebli...
- A! gdybym go ja martwego widział i na stosie - mówił Luboń
- nietyleby mnie serce bolało, jak myśleć, że on tam gdzieś
niewolnikiem się obcym wysługuje z głową postrzyżoną... że niemcowi
wodę nosi i drwa rąbie...
Zamilkli oboje; obojgu łzy się potoczyły, a słów nie stało.
- Nieszczęsna to godzina i dzień, kiedym ja go, dziecinę
słabą, na nalegania i prośby z sobą na wyprawę wziął. Chciało mu
się wojennéj sprawy próbować zawczasu... Gdybyż padł od strzały...
ale mi go z przed oczów niemcy chwycili... Jeszcze słyszę jego
wołanie, jeszcze widzę go ręce wyciągającego ku mnie... a jam
ranny, odcinając się sam trzem, w pomoc mu nie mógł pospieszyć... i
znikł mi z oczów... na zawsze...
Ręką uderzył po stole i sparł się na niéj Luboń, a stara go
po głowie głaskać poczęła płacząc.
Nie pierwszy to raz, ale setny może tak opłakiwali dziecko
stracone, choć lat upłynęło wiele, jak o niém słychu nie było. W
sercu ojca gniew i pragnienie zemsty rosły i gromadziły się z
latami, a ile razy kneź Mieszko ciągnął na niemców, prosił mu się
Luboń, aby téj krwi się napić, która mu jego krew zabrała.
Słał on za Odrę i Elbę do niemców z okupem, szukając
jedynaka, a no już wszelka nadzieja była stracona, bo o dziecku
wieści najmniejszéj nie dostał, a lat kilkanaście od tego czasu
upłynęło.
W milczeniu odstąpiła stara od syna, bo czas było myśleć, by
sposobić wieczerzę, i choć dziewczęta już ją pewnie musiały
nagotować, spojrzeć chciała stara gospodyni, co się tam działo.
Luboń został tak sam z żalem swoim, na ręku podparty.
W tém psy u wrót ujadać zaczęły, i jeden z pachołków wszedł
na próg.
- Co tam z psami? - zapytał pan.
- Podróżny o gościnę prosząc u wrót na koniu stoi... - rzekł
pachołek.
- Co za jeden?
- Nieznajomy człek...
- A z wielu końmi?
- Sam jedzie.
- Zkądże się opowiada?
- Z nad czeskiéj granicy.
- Prowadźcież go - odezwał się Luboń wstając - nie juści go
od wrót odeślemy...
I pochyliwszy się w okno otwarte, spojrzał. Podróżny
niepozornie odziany, ze zmęczonego drogą konia zsiadał właśnie.
Człek był młody, twarzy bladéj, jakby przelękły i nieśmiały, broni
przy nim żadnéj widać nie było. Z odzieży trudno osądzić przyszło
człowieka, bo się niczém nie odznaczał. Ciemną suknią był okryty,
takiego kroju jak ją po niektórych ziemiach noszono, włos miał
przystrzyżony krótko, czapkę lekką bez pióra.
Wyglądał ubogo, lecz wpatrzywszy się mu w lice, widać na
niém było, że pod niém dusza mieszkała nieleniwa. Oczy patrzały mu
rozumnie, młode czoło świeciło jakiemiś myślami, a gdy do progu
szedł, powagę miał jakąś i bezpieczeństwo dziwne, choć obcym tu był
i nie wiedział, jak go przyjmą. I trwoga i wesele jakieś, i
pomięszanie razem na twarzy się malowały.
Na próg wszedłszy, ujrzawszy naprzeciw siebie stojącego
Lubonia, jakby mowy zapomniał.
- Szczęście i błogosławieństwo progom waszym, panie mój -
odezwał się - podróżny jestem... do knezia jadę... tak... do
Poznania - w tę stronę, noc mię zaskoczyła... o gościnę proszę.
Mówił jąkając się i nieśmiało, a wciąż na starego spoglądał.
Luboń téż wpatrywał się w niego bystro, sam niewiedząc z kim
miał do czynienia, bo do wojaka przybyły podobien nie był - i mowę
miał choć swojską, ale skażoną.
- Przyjmuję was z ochotą - odparł stary - siadajcie i
odpoczywajcie. Wskazał na ławę, ale młody gość stał w progu i
nierychło dopiero, pod oknem, zdala skromne zajął miejsce...
- Zkądżeście? i co was tu prowadzi - zapytał gospodarz -
chleb podając do rozłamania na znak przyjęcia.
- Z daleka jestem, ojcze, - głosem cichym począł zwolna
ciekawie się rozglądając podróżny - z daleka... z za gór, z za rzek
wielu, bom wędrował dużo... Choć mi się język zepsuł, tutejszy
jestem...
- Tutejszy? - podchwycił Luboń - zkąd?
Podróżny popatrzał się nań i zawahał się z odpowiedzią...
- Od Poznania jestem - wyjąkał głosem prawie drżącym - alem
tu kilkanaście lat nie bywał...
I urwał.
Te słowa dziwnie jakoś w uszach zabrzmiały Luboniowi;
siedział na ławie zdala, usłyszawszy je, powstał, i zbliżył się ku
gościowi, wpatrując w niego pilnie. Przybylec siedział w cieniu,
okienniczka była na pół zasunięta, Luboń ją otworzył, ale światła
nie weszło wiele, bo na dworze mrok się robił. Klasnął w ręce o
łuczywo na ludzi.
- Cóż to się z wami działo, żeście tu nie bywali tak długo,
po obcych się włócząc ziemiach? - zapytał...
- Długoby to mówić było - wahając się jakoś począł gość. -
Małém dzieckiem na wojnie, porwali mnie niemcy od ojca...
Ledwie słów tych dokończył, gdy gospodarz skoczył oburącz go
porywając za ramiona, i głosem, który dwór cały przeraził jak
piorunem - krzyknął.
- Włast! tyś Włast!
Gość padł na kolana, za nogi go obejmował, i płakał...
Gdy dziewczyna weszła z łuczywem i postrzegła to,
przestraszona rzuciła ogień i wybiegła, choć sama nie wiedziała co
ją przeraziło.
W téjże chwili na krzyk Lubonia nadbiegła stara matka i
córka... obie drżące i o Lubonia strwożone. Ujrzawszy nieznajomego,
który jeszcze klęcząc nogi jego ściskał, a on głowę jego obejmował,
okrywając pocałunkami - osłupiały.
- Włast! - zawołała stara.
I podbiegły ku niemu.
Jakże tu opisać to powitanie nieznanego po latach
dwunastu... i tę radość osieroconego ogniska, u którego nagle
zjawiło się dziecię stracone i opłakane od dawna.
Luboń stary szalał prawie... staruszka drżała, a siostra
nieśmiało temu młodemu mężczyźnie, który miał być jéj bratem,
przypatrywała się zdala z ciekawością.
Sadzono go więc na ławie, a trzeba było napoić go i
orzeźwić, bo i jemu wzruszenie siły odebrało.
Słaby téż i blady był, jakby znękany długą niewolą - a tu
się pytania sypały, co się z nim działo, i jak przebył te lata.
Ojciec nastawał szczególniéj - a odpowiedzi syna ciemne jakieś
były, niewyraźne i poplątane. I nierychło, jakby uspokoiwszy się i
myśli zebrawszy, rozpowiadać począł o sobie, jako w niewolę od ojca
wzięty, przez niemca zrazu do najtwardszych był posług zażywany,
jak późniéj go słabym uznawszy, dano nierycerskiemu panu jakiemuś
za pacholę...
Z tym nowym panem dostał się Włast, któremu jak mówił, imię
zmieniono na Matję - na dwór niemieckiego cesarza... potém do
innych ludzi, którzy tylko Bogu służyli... a ci go nowych rzeczy
nauczali, i z sobą zabrali do innéj ziemi, na południe, kędy zimy
nie było nigdy, i gdzie stał największy gród panujących wszystkim
krajom na zachodzie. Tam na usługach różnych, i w spokoju bezorężne
życie prowadził... i nie mówił by mu ono bardzo ciężyło, tylko za
domem i rodziną tęsknił zawsze.
Opowiadał Włast ojcu i swoim co się cisnęli, aby go widzieć,
z obawą jakąś, wiele rzeczy połykając, o których znać wspominać im
nie chciał, bo ojcu brwi słuchając się marszczyły. I nie mógł z
niego dobadać o wiele więcéj nad to, że wojaczki cale zapomniał,
obyczaju domowego zabył, języka się prawie oduczył, i że swoim stał
się niemal obcym.
Smutno opowiadał to Włast, a smutniéj jeszcze ojcu słuchać
było, który, choć się cieszył z odzyskania syna - widział, iż z
niego będzie musiał nowego uczynić człowieka, aby do siebie
przystać mogli.
Gdy niejasne to, tęskne opowiadanie się skończyło, a wszyscy
milczeli - Luboń zchwycił go za głowę raz jeszcze i ucałowawszy -
rzekł:
- Dosyć, że cię mam - resztę sobie przypomnisz, gdy
pobędziesz z nami. Zasmakujesz w orężu i w dawném życiu, a ja cię
od boku mojego nie puszczę już więcéj. I krew się w tobie odezwać
musi.
Włast nie mówił nic, głowę z pokorą skłonił i zmilczał. A tu
się sypały pytania, jak na tamtym świecie innym ludzie, miasta,
wsie, wojna i pokój, i potęgi obce wyglądały.
Włast po troszę opisywał, skąpy był jednak w odpowiedziach,
jakby go co za język trzymało, i łatwo dostrzedz było, że mu tam
trochę serca zostało u ludzi, do których był nawykł, bo na obyczaj
ich, wiarę i na życie z niemi nie narzekał, a wiele rzeczy chwalił,
które tu były w ohydzie. Potęgę zaś cesarzów i kneziów tamtejszych
malował wielką i straszną.
Luboniowi słuchać było nie miło i tęskno, ale ust synowi
zamknąć nie chciał. Wieczór tak zszedł przy łuczywach, wesoło
wprawdzie i dla Lubonia szczęśliwie, przecież nie tak, jakby był
pragnął bo syna znajdował z obcych rąk wróconego, niemal sobie
obcym, i co chwila ojciec i on się nie rozumieli. Naówczas Włast z
pokorą mówić przestawał i powodował się staremu cierpliwie.
Późną już nocą starucha przyszła oznajmić, że dla wnuka
gotowe było na sianie w szopie posłanie, gdzie go Jarmierz, starszy
przy Luboniu nad jego seciną, miał zaprowadzić... Rozstali się więc
jeszcze raz uścisnąwszy, i siostra przeprowadziła brata do proga.
Luboń został naówczas sam, ale stanąwszy u pościeli, zadumał
się nie mogąc o śnie pomyśleć.
Radość w nim z jakimś strachem walczyła... łzy niemęzkie
czuł na powiekach. Włast to był, jedyne dziecko, a nie ten i nie
taki, jakim on by go mieć chciał. Cieszył się tém, że życie
zamarłemu powróci, wolał takiego mieć, niż żadnego, a wojak stary
gryzł się razem, w synu wojennego nie widząc ducha.
Żołnierzem naówczas był ziemianin każdy, a kto nim być nie
umiał, ten niemal mężem i człowiekiem być przestawał. Więc klął w
duchu tych ludzi co mu na wzgardę dziecię bezsilne jakieś i kalekę
oddali...
Więcéj męztwa i ochoty bojowéj było niemal w pięknéj
dziewczynie co się jego siostrą zwała.
Nie spał Luboń całą noc, a gdy świtać zaczęło, zmęczony na
rosę wyszedł i powietrze, aby się orzeźwić.
Jarmierz, który z obowiązku o brzasku był na nogach, drogę
mu zaszedł. Był to jego ulubieniec, którego jak syna kochał.
Spotkali się u wrót, stary mu na ramieniu rękę położył.
- Cóż Włast?
- Jarmierz zmilczał. - Prawda - rzekł stary tęskno - niemcy
z niego babę zrobili - na moje dziecko nie wygląda.
Wojak jeszcze nie odpowiedział.
- Cóż robił wczora? - mówiliście z nim?
- Mało - odparł Jarmierz - uściskał mnie jeno, a sam zaraz
na posłanie poszedł... Choć szopa ciemna, przypatrywałem się
ciekawie co pocznie. Niewiem, czarnoksięztwa chyba jakieś
wyprawiał. Widziałem go, że pokląkł przy pościeli, złożył ręce i
niemi dotykał czoła i ramion, w piersi się bił, głową o ziemię
uderzał, aż mnie ogarnął strach. I szeptał sam do siebie dziwnie,
jakby jęczał i płakał, skarżył się i prosił.
Trwało to długo... długo. W końcu znowu ręką począł czoła i
ramion dotykać... i dopiero się udał na spoczynek.
Jarmierz opowiadał cicho i z obawą. Luboń słuchał zadumany,
ale nie rzekł nic - potém dotknął ramienia swojego sotnika i
szepnął mu. Milcz o tém... Zabobony są niemieckie... ale my mu to z
głowy wybijemy. Niech o tém nie wie nikt - prócz nas dwu w domu -
rozumiesz.
Skłonił się Jarmierz.
- Stanie się po woli waszéj - odpowiedział - ale - źle jest.
- Źle - rzekł Luboń - przecie ja wolę o tém nie wiedzieć -
tak mi łatwiéj i lepiéj będzie. Dać mu trzeba spocząć, niewolę
niemiecką wydychać, do obyczaju swojego powrócić. Wy mu
towarzyszcie...
Śmiechem i weselem duszę mu rozgrzejcie... młody jest,
prowadźcie go gdzie się młodzież zabawia. Oręż mu trzeba
przysposobić, konia i zabawę wojenną... ja téż nie zaśpię, ale ze
starym trudniéj się młody znijdzie, łacniéj z wami.
- Jarmierz - ja tobie ufam.
Skłonił się sotnik, ale westchnął, znać nie bardzo sobie
ufał... Luboń podwórko przeszedł raz i drugi... Pod słupami stała
matka jego, którą téż sen nie brał, stała zapatrzona gdzieś nie
widząc nic i smutna.
Gdy Luboń zbliżył się do niéj, pochyliła mu się do ucha.
- Nie nasz on - rzekła ponuro - nie nasz. Wiem co jemu jest,
wiem... na swoją wiarę go nawrócili niemcy, z oczów mu to patrzy...
Luboń sobie uszy zatknął rękami.
- Słyszeć nie chcę - wiedzieć nie chcę...
I nogą uderzył o ziemię...
- Nie! nie! nie - zawołał - brwi marszcząc...
Staruszka rękami powiała w powietrzu, spuściła głową na
piersi, założyła dłonie i sparłszy się o ścianę nie mówiąc słowa,
nie dając znaku życia, została tak martwą jak słup... i
nieruchomą.