Lubomir Tomaszewski. Portret w płomieniach - Katarzyna Rij, Jerzy A. Wlazło


Reflow text when sidebars are open.
Autorzy dziękują pracownikom Instytutu Wzornictwa Przemysłowego za życzliwą pomoc przy zbieraniu materiałów do książki
Lubomir Tomaszewski, portret lata 80. XX w.
Najpierw narysował konia, potem wyrzeźbił krowę, a kiedy wynalazł czajnik, świat okrzyknął go geniuszem
Ja kocham ruch - to prawda;
lubię przedstawiać ruch - to też prawda;
że to jest trudne - nie wierzę.
LUBOMIR TOMASZEWSKI
Ktoś kiedyś powiedział: wielkiej budowli z bliska się nie widzi. Dla mnie Lubomir jest mężem, który pracuje. Od czasu do czasu, jak zrobi coś dobrego czy coś sknoci, to przychodzi i pyta, co ja na ten temat myślę. Nie jak artysta, ale jak mąż. A potem, w czasie wystaw czy konferencji prasowych, trochę się czuję dziwnie, bo nagle ten człowiek, który chodzi w jakichś kapciach i umorusanym ubraniu, bo właśnie coś robi w pracowni, nagle staje się najważniejszą osobą. A przecież to jest ta sama osoba, z którą kilka dni temu byłam w pracowni.
KRYSTYNA TOMASZEWSKI
- Dzień dobry, nazywam się Daniel W., jestem malarzem - obcy głos w słuchawce brzmiał niepewnie. - Chyba znalazłem rysunki Lubomira Tomaszewskiego, a pani się przecież nim interesuje, prawda?
O Boże, czy prawda?! To mało, że się interesuję. Właśnie wróciłam ze Stanów, od Lubomira, którego przekonywałam, że jego obrazy, rzeźby, grafiki powinny być w Polsce. Zdążyłam założyć Fundację Art and Design Lubomir Tomaszewski, by przywrócić tego wspaniałego artystę ojczyźnie. Nawet we własnym domu nie chciałam rozmawiać na inny temat. Zdecydowanie interesuję się Tomaszewskim.
A teraz ten dziwny telefon. Daniel W., Daniel W.? Nazwisko nic mi nie mówi. Muszę w trybie pilnym uzupełnić bazę wiedzy o współczesnych polskich artystach. Marszand powinien być na bieżąco. Tym bardziej że ten facet to chyba nie tylko malarz, lecz także kolekcjoner, skoro ma Tomaszewskiego. Muszą to być rysunki chyba jeszcze sprzed 1966 roku, bo wtedy Lubomir wyjechał na stałe do USA.
- Gdzie pan je ma? - zapytałam.
- A tutaj, w Warszawie, na Jeziornej. Wie pani, maluję i remontuję taki stary dom i znalazłem kilka rysunków w rupieciarni w piwnicy. Dostałem je w prezencie.
Jestem Katarzyna. Katarzyna Rij. To dzięki mnie w dawnej ćmielowskiej fabryce porcelany jest dzisiaj największa w Europie galeria prac Lubomira Tomaszewskiego, artysty, który większość życia spędził w Ameryce. Aby opowiedzieć, jak do tego doszło, muszę zacząć od Adama Spały.
Adam Spała pochodzi z maleńkiej Wólki Wojnowskiej koło Ćmielowa w województwie świętokrzyskim. Żeby trafić do Ćmielowa, trzeba jechać wzdłuż torów kolejowych z Ostrowca Świętokrzyskiego, najkrótszą drogą na Ożarów. Chociaż dzisiaj Ćmielów ma może ze trzy tysiące mieszkańców, to funkcjonują w nim dwie, zupełnie różne, fabryki porcelany.
Krótka lekcja historii.
Porcelanę w Ćmielowie robi się od dawna. Pierwsza oficjalna fabryka została tu zarejestrowana w 1804 roku.
Złoża glinki ceramicznej dały podkład pod rozwój garncarstwa, słynnego jeszcze w Polsce przedrozbiorowej. W aktach obecnej fabryki znajduje się autograf Króla Augusta III, nadający garncarzom osady Ćmielów, Denków i Bałtów przywilej wolnego handlu. W roku 1790 zjednoczył garncarzy Wojtos i zaczął produkcję majoliki oraz fajansu, co poddało ówczesnemu właścicielowi Ćmielowa Wielkiemu Kanclerzowi Koronnemu Jackowi Małachowskiemu myśl założenia fabryki fajansu. (...) W roku 1842 zaczyna Ćmielów produkować porcelanę, udoskonalając ją w ciągu szeregu lat. (...) Właściciele fabryk zmieniają się, fabryka pozostaje jednak stale w rękach polskich. W roku 1914 zostaje ruch fabryki wstrzymany na skutek wojny, a uruchomienie i odbudowa zniszczonego przedsiębiorstwa zaczyna się dnia 11 maja 1920 roku, kiedy to Polski Bank Przemysłowy we Lwowie organizuje przedsiębiorstwo w Spółkę Akcyjną[1].
Kilka bardziej szczegółowych informacji na temat fabryki w Ćmielowie można znaleźć w opracowaniu z początku XX wieku O fabrykach ceramiki w Polsce:
Dyrektorem był od 1831 do 1866 r. Gabrjel Weiss, który posiadał wybitne zdolności, a był rodem z Czech. (...) Porcelanę wyrabiano od 1842 r., z początku z gliny, wydobywanej w miejscowych lasach, z domieszką zagranicznego feldspatu, później także zagranicznej gliny. Od 1850-1869 r. wyrabiano dobre kamionkowe naczynia. Fabryka otrzymała w Paryżu i Filadelfji wielkie złote medale, w 1901 r. nagrodę w Petersburgu.
Obrót roczny wynosił za czasów Jacka Małachowskiego 3.000 rubli. W 1857 r. było zajętych we fabryce 60 robotników. 12 talerzy fajansowych kosztowało 90 kop., 12 talerzy porcelanowych - 2 ruble 25 kop. (...) Drukiem zaczęto pokrywać fajanse niedługo przed 1857 r. (...) Majolikę wyrabiano do 1880 roku. Fabrykacją dyrygował p. Stanisław Thiele, który pracował poprzednio w Nevers, dlatego też styl tej fabryki przeważa w wyrobach tak ćmielowskich, jak i Nieborowa, do którego się p. Thiele przeniósł[2].
W 1936 roku grupa projektantów i majstrów odłączyła się od starej fabryki i założyła własną wytwórnię, spółdzielnię Świt. Kierował nią Bronisław Kryński[3]. Po wojnie oba zakłady połączono i znacjonalizowano.
Zakład w latach 1946-1951 pozostaje pod przymusowym zarządem państwowym jako Fabryka Porcelany i Wyrobów Ceramicznych. Od 1 stycznia 1951 r. fabryka stała się przedsiębiorstwem pod nazwą - Zakłady Porcelany "Ćmielów", które podporządkowane zostały Centralnemu Zarządowi Przemysłu Ceramicznego, Zjednoczeniu Przemysłu Ceramiki Technicznej i Szlachetnej w Radomiu, Zjednoczeniu Przemysłu Ceramicznego. W latach 1973-1982 zakład wchodził w skład Zjednoczonych Zakładów Ceramiki Stołowej "Cerpol" w Wałbrzychu[4].
- Mieszkańcy Ćmielowa zawsze dorabiali sobie, zdobiąc białą porcelanę kupowaną w miejscowej fabryce, na przykład podczas kiermaszów, a potem odsprzedając dużo drożej - wspomina Adam Spała. - Wystarczyło domalować złoty pasek, dodać kropkę, zawieźć do Krakowa, a przebicie było dziesięciokrotne.
Kiedyś Adam Spała, człowiek z wykształceniem metalurgicznym, był zwykłym urzędnikiem na państwowej posadzie w tutejszej spółdzielni pracy Drewmet. Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku Polska wkroczyła w okres przemian, założył własną niewielką firmę remontową. Jednak ciągnęło go w nieco innym kierunku.
- W wielu domach w Ćmielowie funkcjonowały proste elektryczne piece samoróbki - mówił Spała. - Do wypalania tych przyozdabianych skorup nawet się nadawały, ale ja chciałem robić to lepiej.
Zaczął od zdobienia szkła. Wydzierżawił w Chełmie hutę i produkował kufle ze znakami firmowymi browarów. Potem matowił butelki do wódki, żeby sprawiały wrażenie oszronionych. Kiedy jeszcze dodał złocenia, a na szyjki zaczął nakładać ręcznie szyte czerwone muszki, z dnia na dzień stały się przebojem wieczorów kawalerskich.
W 1991 roku dowiedział się, że pod młotek licytatora idzie część Zakładów Porcelany "Ćmielów". Konkretnie dawna wytwórnia Świt. Kupił ją w 1996 roku i został prezesem Fabryki Porcelany AS Ćmielów (od inicjałów Adam Spała).
- Wiedziałem, że najcenniejsze, co teraz mam, to oryginalne formy do produkcji figurek, z których kiedyś słynął Ćmielów. Wznowiliśmy więc ich produkcję - opowiadał.
Były to formy tych samych figurek, które w latach pięćdziesiątych zaprojektowali najlepsi artyści zrzeszeni w stołecznym Instytucie Wzornictwa Przemysłowego (IWP). Wtedy zdobiły niemal każde polskie mieszkanie. Teraz, na fali nostalgii, znów się podobają. Wracają na półki wyciągane z zakurzonych pudeł poniewierających się na strychach i w piwnicach. W trzeciej dekadzie XXI wieku w domach aukcyjnych osiągają zawrotne ceny kilkunastu tysięcy złotych. Zyskały rangę dzieł sztuki.
- Dostałem zaproszenie do Pałacu Prezydenckiego - kontynuuje Spała - żeby je zaprezentować podczas jakiejś uroczystości. Spodobały się Jolancie Kwaśniewskiej, a do mnie powoli docierało, jaki drzemie w nich potencjał, jak ważne są dla całych pokoleń Polaków.
Jednym z ówczesnych projektantów tych figurek w IWP był Lubomir Tomaszewski.
31 lipca 2004 roku Adam Spała zapakował w eleganckie pudełko ulubioną porcelanową figurkę Relaks i pojechał na otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego. Zbliżała się sześćdziesiąta rocznica wybuchu powstania. Przeczekał część oficjalną i już dobrze po zmierzchu odważył się zagadnąć jednego z powstańców, który chyba tylko z przekory, ponieważ miał blisko 2 metry wzrostu, nosił w czasie wojny pseudonim "Mały".
"Mały" nie lubił wojennych wspomnień. O swoim udziale w powstaniu opowiadał niewiele. Kiedyś tylko w wywiadzie dla jednego z tygodników wspomniał, że należał do Zgrupowania "Kuba", że był na Starówce, ale nawet nie dostał broni. Po kapitulacji powstania trafił do obozu w Ożarowie.
Spała wyciągnął pudełeczko i wręczył je "Małemu". Ten rozpakował i uśmiechnął się nieznacznie.
- Proszę pana - powiedział do Spały. - Niech pan teraz nie traci czasu na mnie. Tu ma pan Lubomira Tomaszewskiego. To z nim niech pan porozmawia, bo on za chwilę wróci do Stanów i już może nie być okazji.
Figurka porcelanowa Relaks, projekt z 1965 roku
Tego się Spała nie spodziewał. Przecież to właśnie Tomaszewski w 1965 roku stworzył Relaks, ukochaną przez niego figurkę damy w pasiastej sukience, odpoczywającej w pozie niedbałej. To ją ściskał teraz Spała pod pachą w drewnianym pudełeczku. W 1966 roku Tomaszewski wyjechał na stałe z Polski. Wtedy miał czterdzieści trzy lata. W dniu otwarcia Muzeum Powstania Warszawskiego - osiemdziesiąt jeden.
Spała zobaczył niziutkiego, szczupłego, zupełnie łysego człowieka, z lekka zagubionego, a jednak z błyskiem w oku, którego nie przygasiły ani wiek, ani wojna, ani życie na obczyźnie. Kiedy zaczęli rozmawiać o sztuce, artysta się rozpromienił. I wtedy Adam zapytał:
- Panie Lubomirze, a może chciałby pan wrócić do tworzenia figurek dla Ćmielowa?
Są takie pytania, które można zadać tylko raz.
- No nie wiem, czy polską fabrykę będzie stać na zamówienie u mnie takich projektów - starszy pan uśmiechnął się figlarnie. Zbyt dobrze wiedział, że w Polsce jest po prostu projektantem porcelanowych figurek, których nie robił już od blisko czterdziestu lat. Zbyt dobrze wiedział, kim jest dzisiaj. I wiedział, że jego sentyment do ćmielowskich bibelotów, tęsknota za młodością i zwykła ludzka nostalgia zwyciężą.
No i w 2011 roku ja, Katarzyna Rij, pojechałam do USA sfinalizować umowę między Fabryką Porcelany AS Ćmielów a Lubomirem Tomaszewskim, emerytowanym profesorem Uniwersytetu w Bridgeport.
A "Mały" w cywilu nazywał się Bohdan Tomaszewski.
Lubomir Tomaszewski i Katarzyna Rij w amerykańskiej pracowni artysty; nauka impregnacji oraz konserwacji rzeźb i obrazów, Easton, 2016 rok
Profesor Lubomir Tomaszewski przyjechał po mnie samochodem na lotnisko Kennedy'ego. Mimo swoich osiemdziesięciu ośmiu lat prowadził z ułańską fantazją, ścinając zakręty i zbyt często przekraczając dozwoloną prędkość. Wielopasmowa trasa prowadząca na wschód od Nowego Jorku powoli się zwężała, aż do rozmiarów wąskiej, wiejskiej drogi.
Po niespełna dwóch godzinach wjechaliśmy w ślepą Rocky Ridge Road. Wkoło rósł las. Mieszany, jakich pełno w Connecticut, gdzie różne gatunki sosen i jodeł tłoczą się wśród dębów, klonów, pekanowców, wiązów i jesionów. Byliśmy w Easton. Dla ścisłości: Easton, Connecticut. Kiedyś "New York Times" nazwał to miejsce czarną perłą hrabstwa Fairfield. Ciche, spokojne miasteczko, gdzie prywatne posiadłości są oddzielone od głównej drogi niskimi kamiennymi murkami, gdzie wciąż nie ma sygnalizacji świetlnej ani nawet sklepu spożywczego, a ścisłe centrum wyznacza przedwojenna stacja benzynowa. Nieopodal funkcjonuje jedyny sklep Easton General Store, taki amerykański "gees" oferujący - z braku konkurencji - "najlepsze kanapki w okolicy". Zakupy spożywcze robi się u sąsiadów. Sport Hill Farm sprzedaje jajka, nabiał i mięso, Silverman's Farm - jabłka i dynie, które zresztą jesienią można samemu zbierać. Obok wesołego miasteczka w remizie strażackiej jest to jedną z lokalnych rozrywek przyciągających turystów z Nowego Jorku, New Jersey i Connecticut. Na ponadstuletniej Snow Farm handluje się roślinami ogrodowymi.
Boże Narodzenie w sercu Nowego Jorku: lodowisko przed Rockefeller Center
Jeszcze na początku XIX wieku Easton funkcjonowało jako dzika osada. Jako legalna miejscowość zostało zarejestrowane w 1845 roku. W roku 2009 z tutejszych lasów przywieziono na Piątą Aleję liczącą 76 stóp (czyli 23 metry i 17 centymetrów) choinkę, która stanęła w Rockefeller Center. To jedno z najbardziej znanych miejsc Nowego Jorku. Na lodowisku przed Rockefeller Center kończy się większość świąteczno-familijnych filmów bożonarodzeniowych, których akcja toczy się w Nowym Jorku - od Kevina samego w Nowym Jorku po Zakochać się. I chociaż samo lodowisko powstało w 1936 roku jako jednorazowa atrakcja, to funkcjonowało każdej zimy nieprzerwanie od osiemdziesięciu czterech lat, aż do czasów pierwszej przerwy związanej z pandemią koronawirusa w 2020 roku.
W kolekcji sztuki rodziny Rockefellerów znajdują się prace Lubomira Tomaszewskiego. W domowych szpargałach artysty jest list datowany na 27 czerwca 1990 roku z pokoju 5600 w Rockefeller Plaza (New York City, N.Y. 10112) adresowany do marszanda Roberta Marstona z podziękowaniami za "dramatyczną rzeźbę wyjącego kojota wykonaną przez Lubomira Tomaszewskiego".
Jakże niewiele wiedziałam o profesorze, jadąc wtedy jego samochodem! Tyle, że pochodził z Warszawy, a na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku pracował w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego, gdzie zaprojektował nowatorskie porcelanowe figurki oraz serwisy do kawy wypalane i zdobione później w Fabryce Porcelany i Wyrobów Ceramicznych w Ćmielowie. A chociaż fabryka wprowadzała do produkcji także inne wzory, to właśnie projekty Lubomira Tomaszewskiego na wiele lat stały się jej wizytówką.
Wysiadłam z samochodu tam, gdzie kończyła się Rocky Ridge Road, i wspięłam się na niewysoki bazaltowy pagórek.
- O Matko... - wyszeptałam tylko.
Pierwszy raz w życiu widziałam żyjący las.
Ogród rzeźby przed domem Lubomira Tomaszewskiego zwany "Galerią pod gołym niebem", Easton, 2014 rok
Niczym pogańskie duchy zrównania dnia z nocą wyłaniały się zza drzew tańczące postacie. Szalony skrzypek rozcapierzonymi palcami Paganiniego szarpał niewidoczne struny wiatru, Wojski dął w róg, wygrywając tę jedyną melodię, której nuty zapisane są w słowach: "róg jak wicher, wirowatym dechem / Niesie w puszczę muzykę i podwaja echem. / Umilkli strzelcy, stali szczwacze zadziwieni / Mocą, czystością, dziwną harmoniją pieni"[5]. Czytając później różne artykuły, zrozumiałam, że ten las wciągał każdego, kto widział go po raz pierwszy:
Rzeźby stoją wśród drzew w lesie otaczającym dom: Balerina, Paganini, Primadonna, Dziewczyna z kwiatem, Wolność i wiele, wiele innych (...) nawet jeśli wydaje się, że dotykają ziemi, to tylko przez krótki moment narodzony w wyobraźni człowieka, który je stworzył.
Beethoven upozowany na tle zwykłej białej ściany, czyż jego twarz nie zmienia się wraz z fluktuacją falujących chmur za oknem?
(...) Świat, w którym istnieje sztuka Lubomira Tomaszewskiego, jest realny, ale artysta ma umiejętność dostrzegania cudów natury, tworzących miejsce, w którym żyje na granicy rzeczywistości i ulotnego świata marzeń[6].
Niziutki, łysy człowieczek uśmiechnął się figlarnie.
- To mój park rzeźby. Żywa galeria sztuki pod gołym niebem. Albo teatr natury, jak o nim mówię. Zapraszam - pociągnął moją walizkę tak dużą, że mógłby się w niej schować cały i jeszcze starczyłoby miejsca dla psa z kotem.
Ten jego park miał ze 2 hektary.
- Wciąż powtarzam, że za utrzymanie ogrodu w takim stanie moja żona żywcem pójdzie do nieba - wymamrotał.
Zeszliśmy z pagórka ku domowi ukrytemu za drzewami wśród rzeźb postaci zrodzonych z mitologii i fantazji. Jedne były drewniane, jakby spalone, osmalone ogniem, czarne od dymu. Inne metalowe, mosiężne. Jeszcze inne kamienne. Niektóre dorównywały mi wzrostem, inne potężne, monumentalne, a jednocześnie pełne gracji i lekkości, jak ta baletnica stojąca jedną puentą na dłoni partnera. Razem musieli mieć ze 3 metry! Ale pojawiały się też mniejsze, ot, niczym dwie zwinięte pięści dorosłego mężczyzny. A wszystkie, chociaż nieruchome, emanowały energią tańca, zwiewności, jakąś wewnętrzną energią. Nawet ten orzeł tak siedział nad skarpą, że aż siedział. Całym orłem.
To dlatego o Lubomirze mówiło się rzeźbiarz ruchu. Właśnie zaczynałam go poznawać.
- Przyszedłem na świat w Warszawie 9 czerwca 1923 roku... Piękny miesiąc na urodzenie się - wspominał. Był drugim dzieckiem Lubomira Euchariusza i Lucyny Wiktorii, z domu Bartłomiejczyk. Jego starsza siostra Jadwiga Wanda miała wtedy już cztery lata. Cztery lata później urodził się najmłodszy z rodzeństwa - Jureczek.
Rodzonym bratem matki Lubomira był znakomity artysta plastyk Edmund Bartłomiejczyk. W oficjalnej biografii można przeczytać:
Edmund Ludwik Bartłomiejczyk był dzieckiem Warszawy. Tu urodził się 5 listopada 1885 roku. Rodzicami jego byli Józef i Rozalia z domu Renike. Pochodził z niezamożnej sfery rzemieślniczej (ojciec z zawodu był cukiernikiem). Rodzice, skazani na ustawiczną troskę o kawałek chleba, nie mogli zapewnić synowi możności zdobycia odpowiedniego wykształcenia. Dzięki tym niepomyślnym okolicznościom przyszły grafik kończy zaledwie cztery klasy szkoły ogólnokształcącej, prowadzonej przez warszawską gminę ewangelicko-augsburską (uczęszczał do tej szkoły w latach 1897-1901)[7].
Rodzina Bartłomiejczyków nie była jednak w stolicy całkiem anonimowa. W rodzinnych wspomnieniach funkcjonują opowieści, jak to przed świętami tłum warszawiaków walił na plac Teatralny, żeby na wystawie tamtejszej cukierni oglądać słodkie rzeźby wyczarowywane przez Józefa. A w wydanym w 1895 roku almanachu Cukiernie warszawskie znajduje się taki oto akapit:
Jeżeli w książce tej wspominamy poszczególnie o każdej z wybitniejszych firm cukierniczych, to pominąć nam niepodobna dwóch zaszczytnie wyróżnionych na niwie cukiernictwa pracowników: Juljana Brzezińskiego i Józefa Bartłomiejczyka. (...) Józef Bartłomiejczyk jest mistrzem w dziedzinie galanteryi cukierniczej i nie posiada sobie w tym kierunku równego. Z wspaniałych jego prac wymienić należy: tort dla Kraszewskiego, podczas pobytu tegoż w Krakowie oraz wiele pięknie wykonanych okazów, wysłanych na expozycje do Paryża i. t. d. Bartłomiejczyk kształcił się za granicą (Rumunja, Wiedeń), w Warszawie przez jakiś czas był właścicielem fabryki cukrów przy ulicy Trębackiej; od r. 1863-go jest jednym z głównych filarów - pracowników u Semadeniego. J. Bartłomiejczyk również, jak kolega jego Brzeziński, otrzymał list pochwalny na wystawie spożywczej[8].
O tym, jak szanowany był Józef Bartłomiejczyk w środowisku, świadczy również fakt, że Zgromadzenie Cukierników Warszawskich już na pierwszym zebraniu pryncypałów na Starszego wybrało Antoniego Bliklego, a "po ukonstytuowaniu się kasy pryncypałów, niebawem przystąpiono do zorganizowania przedstawicielstwa kasy subiektów. Na pierwszym zebraniu subiektów liczono już 200 członków. Przy wyborach na Starszego subiekta powołano Juljana Brzezińskiego, znanego i szanowanego pracownika firmy "B. Semadeniego"; na Podstarszego - Józefa Bartłomiejczyka, również szanowanego i bardzo utalentowanego cukiernika (...)"[9].
Józef Bartłomiejczyk brał czynny udział w powstaniu styczniowym. Gen patriotyzmu będzie w jego rodzinie przekazywany z pokolenia na pokolenie, ze wszystkimi chwalebnymi i tragicznymi skutkami.
W czasie gdy Józef sięgał po laury cukiernicze, jego plastycznie uzdolniony syn Edmund, nieco na własną rękę, kontynuował naukę. Miał szesnaście lat, gdy poszedł na praktykę do Warszawskiej Fabryki Blachy Białej i Wyrobów Blaszanych "Brauman, Ćwirko i S-ka" przy ulicy Przemysłowej 19, w potocznych rozmowach warszawiaków funkcjonującej jako "Blaszanka". Podczas powstania warszawskiego zostanie tutaj zorganizowany powstańczy szpital polowy nr 1. We wrześniu 1944 roku jego pacjentami będą powstańcy, ludność cywilna oraz żołnierze niemieccy. Dokumenty szpitalne z tego okresu ocali komendant szpitala, doktor Piotr Załęski[10]. Jeszcze w latach siedemdziesiątych XX wieku przy Przemysłowej będzie stała kapliczka upamiętniająca pięćdziesięciolecie istnienia "Blaszanki". Dzisiaj ani po kapliczce, ani po fabryce nie ma już śladu.
Wybór "Blaszanki" na praktykę nie był przypadkowy. Edmund pracował w fabrycznym oddziale litograficznym, więc 18 października 1906 roku opuścił ją jako wykwalifikowany chromolitograf.
Niebawem został jednym z najbardziej cenionych przedwojennych ilustratorów książek i czasopism, twórców plakatu, a przede wszystkim autorem niedoścignionych drzeworytów. Jeden z nich, z wizerunkiem konia, Lubomir zabierze ze sobą do Ameryki jako cenną pamiątkę. Powiesi go w pokoju, gdzie stanie też biurko z mnóstwem szuflad skrywających szkice i rysunki.
Jeszcze jako praktykant w "Blaszance" Bartłomiejczyk uczęszczał wieczorami do Szkoły Rysunkowej przy Muzeum Rzemiosł na tajne wykłady z historii i literatury polskiej. W 1906 roku zdobył stypendium, które pozwoliło mu odejść z fabryki, żeby studiować na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, najpierw pod okiem Jana Stanisławskiego, a później Józefa Unierzyskiego.
Po powrocie do Warszawy studiował w Szkole Sztuk Pięknych na kursie architektury i w dziale sztuki stosowanej. Zanim w 1917 roku został wykładowcą na Politechnice Warszawskiej, pracował jako architekt w biurze architektonicznym. Na politechnice wykładał projektowanie wiejskie oraz rysunek perspektywiczny. W tym samym czasie, od 1923 roku aż do wybuchu drugiej wojny światowej, był kierownikiem artystycznym Fabryki Żyrandoli Antoniego Marciniaka w Warszawie, znanej chociażby ze świeczników i żyrandoli zamontowanych w gmachu sejmu i senatu. W roku 1926 Szkoła Sztuk Pięknych w Warszawie powierzyła Bartłomiejczykowi "na jednomyślny wniosek Rady Głównej szkoły, oparty o opinię Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Wileńskiego, stanowisko wykładowcy z zakresu grafiki użytkowej"[11].
W tym samym roku Bartłomiejczyk otrzymał złoty medal na Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu w dziale książki i plakatu. Sukces ten powtórzył w 1937 roku na Międzynarodowej Wystawie Sztuki w Paryżu, zdobywając też Grand Prix w dziale grafiki niezależnej, srebrny medal w dziale plakatu, złoty medal w dziale pięknej książki oraz Diplom d'honneur w dziale sztuki stosowanej na również paryskiej wystawie Sztuka i Technika. W 1929 roku tygodnik "Świat" w obszernym artykule-relacji Dwie polskie manifestacje artystyczne w Paryżu pisał o międzynarodowej wystawie drzeworytu w Luwrze:
Sekcja (polska) wypadła doskonale; zdaniem szeregu pism francuskich ("Comoedia", "Journal" etc.) jest nawet najlepszą wśród 17 krajów reprezentowanych (...) P. Bartłomiejczyk zdradza dar niepospolitego ilustratora. Oddanie ruchu, nastrój i śmiałe zestrojenie plam barwnych i linij w jego głowach Janosika i jego Frajerki, w jego Pastuszce, wywołały najszczersze pochwały w gronie artystów francuskich[12].
Bartłomiejczyk został profesorem Szkoły Sztuk Pięknych (od 1932 Akademii Sztuk Pięknych) w Warszawie, gdzie od 1930 prowadził Katedrę Grafiki Użytkowej. Po drugiej wojnie światowej organizował Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, był jej profesorem do 1950 roku, a prorektorem w latach 1945-1946. Jeszcze przed wojną uznał reklamę za formę sztuki i w 1934 roku powołał do życia Koło Artystów Grafików Reklamowych. W czasie okupacji uczestniczył w pracach konspiracyjnego Koła Miłośników Exlibrisu i Grafiki w Warszawie[13].
Zmarł w Warszawie w 1950 roku.
Edmund Bartłomiejczyk
Edmund miał trzy siostry. Najstarsza była Józefa, po mężu Krzaczyńska, matka Mariana. Kolejna Zosia, mama Niusi i Krysi. Potem bezdzietny Edmund i najmłodsza Lucyna, matka Lubomira Tomaszewskiego.
Lucyna Bartłomiejczyk swoje zdolności artystyczne wykorzystywała w krawiectwie. Doskonale szyła i haftowała, uczestniczyła w pracach Związku Zawodowego Pracownic Igły od początku jego istnienia i już podczas pierwszego zgromadzenia ogólnego członkiń w 1906 roku została wybrana do zarządu związku.
W lokalu przy ul. Nowogrodzkiej przystąpiono do zorganizowania bibliotek, kompletów szkolnych i wyszukiwania pracy. Na kompletach, na które uczęszczała połowa członkiń, wykładano język polski, geografia, historya i przyroda. Z bibliotek korzystała również połowa członkiń. Z otrzymania posad korzystało 218 członkiń, na wieś 16; pomoc lekarską miało 16 członkiń; otrzymywano lekarstwa z ustępstwem 30%. Od stycznia przybyło 152 członkiń, razem 384[14].
Lucyna angażowała się też w działalność narodowo-wyzwoleńczą. Swojego przyszłego męża Lubomira Euchariusza Tomaszewskiego poznała właśnie w konspiracji. Zachowało się ich wspólne zdjęcie zrobione w zakładzie fotograficznym Venus przy ulicy Elektoralnej, z adnotacją: "Narzeczeni 1908 r.", a także fotografia, którą Lucyna otrzymała na pamiątkę "prawdziwej sympatii" w 1909 roku. Inne wspólne zdjęcie zostało zrobione podczas spaceru w lesie w Kaczym Dole i nosi datę 1911 rok.
Lucyna Bartłomiejczyk z przyszłym mężem Lubomirem Tomaszewskim seniorem, studio fotograficzne Venus, Warszawa, 1908 rok
Pobrali się 7 sierpnia 1914 roku. Dwa tygodnie wcześniej wybuchła wojna. Rozdzieliła ich na kilka lat. Lucyna została w Warszawie, gdzie pracowała jako sanitariuszka. Lubomir senior trafił na front i dostał się do niewoli.
Ojciec Lubomira Euchariusza walczył w powstaniu styczniowym. Tak historię swojego dziadka zapamiętała Jadwiga Wanda Tomaszewska, po mężu Podrygałło:
Dziadek, uciekając przed Kozakami w powstaniu styczniowym, ukrył się w majątku niemieckiej rodziny w okolicach Wolborza pod Łodzią. O miejscu swojego kilkudniowego schronienia nie mógł długo zapomnieć z uwagi na obecność w nim ślicznej dziewczyny. Podczas drugiego spotkania oświadczył się pannie Emilii, która zgodziła się wyjść za niego. Niestety, niemiecka rodzina nie chciała zaakceptować zięcia Polaka i katolika, dlatego postanowiła zerwać kontakty z nieposłuszną córką. Problemów było wiele. Moja babka była ewangeliczką, a dziadek katolikiem, dlatego jeszcze przed ślubem uzgodnili metodę wychowania dzieci - wszyscy synowie będą wychowywani w wierze katolickiej, a córki przyjmą wiarę matki. Urodziło się 12 chłopców... Moja babka ewangeliczka razem z chłopcami chodziła do kościoła katolickiego. To był dopiero ekumenizm - uśmiechała się pani Jadwiga[15].
Wielka wojna rzuciła Lubomira Euchariusza Tomaszewskiego, urodzonego 10 lutego 1888 roku, pod francuską granicę, gdzie dostał się do niewoli niemieckiej. Narzeczona słała do niego listy, a do jednego włożyła swoje zdjęcie w stroju sanitariuszki. Lubomir nigdy go nie dostał. Zobaczył tylko kiedyś przyklejone do ściany u Niemca, który cenzurował listy do więźniów. W kolejnym liście do Lucyny napisał: "jakże ładnie Ci było w tym czepeczku".
Potem z grupą jeńców polskiego pochodzenia trafił do obozu we Francji. Ówczesne uwarunkowania geopolityczne spowodowały, że początkowo Francuzi traktowali Polaków na równi z Niemcami, zamykali ich we wspólnych obozach, co polskich patriotów doprowadzało do szału, tym bardziej że najliczniejszą ich grupę stanowili dezerterzy z armii niemieckiej liczący na możliwość wcielenia w szeregi wojsk francuskich.
Na szczęście dość szybko silne środowiska polonijne we Francji, wspierane przez paryski Czerwony Krzyż oraz jego centralę w Genewie, zaczęły lobbować w sprawie polskiej. Już w 1915 roku we Francji zaczęły powstawać oddzielne obozy dla żołnierzy Polaków. Z czasem przestali być traktowani jak jeńcy wojenni, a bardziej jako kolejna fala emigracji. Tworzyli amatorskie teatry, a na premiery zapraszali okolicznych mieszkańców. Pojawiło się w języku polskim regularne pismo "Jeniec Polak", nad którym pieczę sprawował syn Adama Mickiewicza, Władysław. Z czasem Polacy bez problemu mogli opuszczać teren obozu i wracali tam jedynie na noc.
Któregoś dnia Lubomir Tomaszewski senior wyszedł z obozu, wsiadł w pociąg do Paryża i na noc nie wrócił.
Dzisiaj już nikt nie pamięta, ile czasu spędził we francuskiej stolicy. Utrzymywał się tam, rzeźbiąc i sprzedając niewielkie figurki z drewna. Jak opowiadał wiele lat później jego syn, Lubomir Tomaszewski junior, "były to raczej takie na pół ludowe wycinanki z drewna, ale dość przyjemne, w wyniku czego mojego ojca, chociaż z wykształcenia i natury technika, uznawano za artystę".
- Zabawne to było, jak już mieszkałem w Ameryce, otrzymałem telefon od pewnej pani, zupełnie zapomniałem już jej nazwisko, ale wtedy była jedną z najbardziej znanych postaci w świecie - wspominał ze śmiechem Tomaszewski junior, gdy był gościem Grzegorza Miecugowa w telewizyjnym programie Inny punkt widzenia. - I ona pyta: "Czy pan jest Lubomir Tomaszewski?"; "No tak"; "Czy pan pracował w Paryżu, robił pan takie figurki?"; Ja mówię: "Nie, to mój ojciec"[16].
Przy pierwszej nadarzającej się okazji, gdy tylko skończyła się wojna, Lubomir senior zwiał do Polski. Do wolnej ojczyzny.
20 września 1919 roku Lucynie i Lubomirowi Tomaszewskim urodziła się córka Jadwiga Wanda. Mieszkali wtedy, jak to się mówiło w rodzinie, "na facjatce" domu przy Nowym Świecie pod numerem 62. Maleńkie to było mieszkanko, w obskurnej i zaniedbanej kamienicy, gdzie na podwórzu funkcjonowała fabryka waty, a pod trójką od ulicy przyjmowała niedroga masażystka. W 1935 roku starosta grodzki śródmiejsko-warszawski zostanie nawet zmuszony do wydania zarządzenia "o zmniejszeniu szybkości ruchu wszystkich pojazdów i tramwajów na odcinku od ul. Świętokrzyskiej do Ordynackiej do 15 km na godzinę (...) w związku ze stwierdzeniem, że stan domu przy ulicy Nowy Świat 62 zagraża bezpieczeństwu publicznemu"[17].
Na szczęście wtedy już tam Tomaszewskich nie było. Gdy w 1923 roku urodził się Lubomir junior, przeprowadzili się do większego, dwupokojowego mieszkania pod numerem 48. Mieszkał wtedy z nimi Marianek Krzaczyński, syn Józefy, najstarszej siostry Lucyny, którego rodzice osierocili, gdy miał czternaście, może piętnaście lat. Zwyczajowo obowiązki wychowawcze przejęła jedna z sióstr, wuj Edmund zaś - finansowe.
Kilka lat później Marian Krzaczyński ukończył szkołę leśną, ożenił się z Adą i zamieszkał w leśniczówce w pobliżu Podzamcza koło Garwolina. Wiele letnich miesięcy spędzi rodzinka Tomaszewskich w jego gościnnych progach. Pojadą tam także w te wakacje, kiedy Lucyna będzie się spodziewać trzeciego dziecka, najmłodszego Jureczka. Do końca życia Lucyna wszędzie zabierała ze sobą albumik ze zdjęciami, gdzie na pierwszej stronie wkleiła fotografie wszystkich swoich dzieci. I Marianka.
Rodzinny spacer w Al. Ujazdowskich: mali Jadwiga i Lubomir z ojcem Lubomirem Tomaszewskim, koniec lat 20.
Niedługo po narodzinach najmłodszego synka, Jureczka, Lucyna odziedziczyła część rodzinnego spadku, odkupiła od wdowy Bronisławy Dederkowicz sklep galanteryjno-norymberski w kamienicy przy ulicy Hożej 9 i z powodzeniem prowadziła go aż do wybuchu powstania warszawskiego. Drugi człon nazwy sklepu oznaczał towary, które dziś określa się mianem pasmanterii, czyli tasiemki, guziki, wstążki i inne wykończenia.
Któż dziś pamięta takie określenia, jak sklepy bławatne, czyli 'sklepy z materiałami jedwabnymi o barwach bławatu' ('niebieskich, błękitnych'); (...) sklepy norymberskie, czyli 'sklepy z pasmanterią, z wyrobami galanteryjnymi i innymi, w których było wszystko, czego się szukało' (stąd przysłowie: Wszystkiego tu pełno, jak w norymberskim sklepie), albo sklepy z bric-a-brac [wym. brikabrak], czyli 'oferujące przedmioty o charakterze antykwarycznym, np. meble, porcelanę, pochodzące z różnych epok, mające różną wartość'[18].
Tomaszewscy przeprowadzili się z całą rodziną na zaplecze sklepu i zamieszkali na parterze, między ulicą a podwórkiem. Wystarczyło wejść w bramę, skręcić w prawo i wchodziło się do Tomaszewskich. Prawie jak do Rzeckiego w Lalce Jerzego Hasa, z Tadeuszem Fijewskim w roli starego subiekta.
Obok sklepu norymberskiego działała księgarnia o nazwie Książka, w której kolportowano także bilety na odczyty organizowane przez Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej.
Lucyna Tomaszewska miała smykałkę do handlu i, jak twierdził Lubomir junior, właściwie to ona utrzymywała całą rodzinę. W sklepie uczyła kobiety szycia, a sama fastrygowała lub szyła i haftowała dla co bardziej wymagających klientek. Lubomir senior wprawdzie dostał doskonałą posadę, ale - jak to się mówiło - głowę miał w chmurach. I to nawet niekoniecznie w przenośni. A było to tak.
Pierwsza wojna światowa, choć tak tragiczna w skutkach, pchnęła rozwój techniki na zupełnie nowe tory. Jeszcze we Francji Lubomir senior złapał bakcyla lotnictwa, orędownikiem rozwoju wojsk lotniczych był tam, wtedy w stopniu kapitana, Charles de Gaulle.
W rozbiorowej Polsce lotnictwo cywilne rozwijało się niejako na uboczu ważniejszych wydarzeń. W 1910 roku w Warszawie na Polu Mokotowskim, po sąsiedzku z torem wyścigów konnych, powstało pierwsze lotnisko. W 1915 roku stacjonowało na nim pięć rosyjskich myśliwców, niedługo potem Niemcy zbudowali tam hangar dla sterowców, ale po odzyskaniu niepodległości rozwój lotnictwa opierał się głównie na pasji grupki zapaleńców budujących samoloty cywilne i sportowe. Dostaliśmy wprawdzie w przeddzień wojny z bolszewicką Rosją kilka francuskich maszyn, przyjechali też francuscy piloci-instruktorzy, ale marszałek Piłsudski nie wierzył w przydatność samolotów do działań wojennych[19].
W tym właśnie segmencie gospodarki narodowej, w lotnictwie, znalazł zatrudnienie Lubomir Tomaszewski senior, którego zdolności techniczne znacznie górowały nad artystycznymi. Najął się do pracy w Centralnych Warsztatach Lotniczych (CWL) na Polu Mokotowskim, z których po kilku latach wyłoniły się Państwowe Zakłady Lotnicze (PZL). W roku 1934 główny zakład PZL, gdzie aż do wybuchu drugiej wojny światowej pracował Tomaszewski, przeniesiono i ulokowano na Paluchu na Okęciu. PZL WP-1 oznaczało wtedy: Państwowe Zakłady Lotnicze Wytwórnia Płatowców nr 1.
W 1922 roku Lubomir Tomaszewski senior zgłosił do Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej kilka swoich pomysłów. Trzy z nich zostały uznane w roku 1925, co znalazło nawet odbicie w stosownej rubryce "Lotnika", periodyku wydawanego jako "Organ Związku Lotników Polskich" w Poznaniu.
Patent nr 3313 dotyczył dwóch rodzajów pochyłościomierza, który "umieszczony na pewnej badanej powierzchni zawsze wskaże kąt jej pochylenia względem poziomu (...). Opisane pochyłościomierze oprócz codziennego użytku i we wszelkich zagadnieniach dotyczących pochyleń powierzchni i przedmiotów, zwłaszcza przy odpowiednich zmianach podstaw, mogą znaleźć zastosowanie w żegludze napowietrznej i wodnej"[20]. Patent nr 3372 opisywał "korbowód samosmarujący się, znamienny tem, że łeb korbowodu zaopatrzony jest w komorę do smaru i w pierścień, pasek lub łańcuszek smarowniczy, toczący się po powierzchni obracającego się czopa korby"[21]. Patenty, dotyczące głównie silników samolotowych, zgłaszał Lubomir Tomaszewski do lat pięćdziesiątych XX wieku.
- Dawniej konstruktor musiał sam oblatywać samolot po ulepszeniu silnika. Pamiętam, jak kiedyś ojciec przyszedł do domu bez czupryny, bez brwi, usmolony, a ja krzyknęłam: "diabeł!" i nie chciałam do ojca podejść[22] - opowiadała po latach jego córka Jadwiga.
Większość wynalazków Lubomira Tomaszewskiego seniora znalazła zastosowanie, o czym świadczą chociażby późniejsze ulepszenia patentowe. Wiele doczekało się, wraz z rozwojem nauki i techniki, nowych rozwiązań. Ale jeden drobiazg z tych patentów udzielonych w 1925 roku stosuje się do dzisiaj w niezmienionej formie we wszystkich niemal silnikach spalinowych (i nie tylko silnikach). Większość z nas używa go codziennie, nie zdając sobie z tego sprawy, chociażby w bateriach łazienkowych i kuchennych wielu rodzajów.
Mowa o trzecim patencie z 1922 roku, nr 3369, pierścieniu uszczelniającym. Oczywiście wtedy uszczelki nie były już żadną nowością. Gdzie nie wystarczały doskonale wyszlifowane uszczelki metalowe, sprawdzały się stare dobre pakuły. Ale przy uszczelnieniu dwustronnie działających tłoków silników spalinowych pakuły nie wchodziły w rachubę. Lubomir Tomaszewski senior rozciął więc metalowy pierścień uszczelniający, a nacięcie wyszlifował "w ząbek". W opisie patentowym brzmi to tak:
Pierścień uszczelniający wykonany jest z żelaza lanego, kutego, stali, bronzu lub jakiego innego materjału, i służy do uszczelniania tłoków w silnikach parowych, sprężarkach, w dwustronnie działających silnikach spalinowych i innych maszynach. Pierścień uszczelniający jest rozcięty i sprężynujący. Jeden ze sposobów jest przedstawiony na fig. 1 i 2 rysunku. Fig. 1 wskazuje pierścień w stanie naprężonym, fig. 2 - w stanie wolnym (...). Zastrzeżenie patentowe: Pierścień uszczelniający znamienny tem, że w stanie nienaprężonym posiada średnicę mniejszą niż średnica uszczelnianego trzonu[23].
- Wiem, że tych patentów ojciec miał sporo, ale był człowiekiem finansowo bardzo nieodpowiedzialnym i niezręcznym - wspominał Lubomir junior. - Z tych wynalazków, które robił, to można było mieć niezłą fortunkę, tymczasem zawsze się to jakoś rozpłynęło. Chociaż miał ogromny szacunek wśród znajomych i przyjaciół techników, to nie mogę powiedzieć, żeby wykorzystał finansowo swoje zdolności.
Kiedy już po drugiej wojnie światowej Lubomir Tomaszewski junior studiował na politechnice, zaczepiła go na korytarzu śliczna dziewczyna. Jak twierdził, najpiękniejsza na roku.
- Czy ty jesteś synem TEGO Lubomira Tomaszewskiego? Tego geniusza?
Przytaknął, chociaż niepewnie. Ojciec geniusz? Nigdy tak o nim nie myślał. Ojciec to ojciec. W domu bywał gościem, a gdy już był ciałem, to myślami wciąż krążył wokół silników samolotowych, coś rysował, obliczał, notował. Albo konstruował lunetę do oglądania zaćmienia słońca 30 czerwca 1954 roku o godzinie trzynastej. Tak wynika z opisu ołówkiem na zdjęciu zrobionym na dachu warszawskiego budynku przy ulicy Białobrzeskiej 44, przy skrzyżowaniu z ulicą Radomską. Luneta miała wewnątrz ruchomy, przyciemniany krążek umożliwiający oglądanie korony słońca.
Lubomir Tomaszewski senior oglądający przez lunetę zaćmienie słońca, Warszawa, 1954 rok
Lubił takie zabawki. A przede wszystkim aparaty fotograficzne. W domu zawsze było ich co najmniej kilka. Większość to lustrzanki. Drogi sprzęt wysokiej klasy.
- Gdziekolwiek się pojawił, w jakimkolwiek towarzystwie, od razu był gwiazdą - kontynuował wspomnienia Lubomir Tomaszewski junior. - Miał to coś. Jak ta dziewczyna się dowiedziała, że jestem jego synem, to z miejsca chciała ze mną chodzić. Ale pojechaliśmy na wycieczkę z naszym profesorem rysować architekturę. I ona mu wpadła w oko. Z sympatii kazał jej nosić za sobą swoją teczkę rysunkową, nie mogła się od niego odczepić. No i pokrzyżował mi plany. A piękna była, mojego wzrostu, ciemne włosy i błyszczące oczy - tak ją pamiętał po blisko sześćdziesięciu latach.
Cała codzienność i prowadzenie domu Tomaszewskich spoczywały na barkach Lucyny, która nadzorowała sklep i wraz z nianią Marysią zajmowała się wychowaniem trójki dzieci. Ona zarabiała na ich utrzymanie, ona posyłała je do szkoły, prowadzała do kościoła i przypominała o codziennej modlitwie.
- Moja matka była zagorzałą katoliczką - wspominał Lubomir. - Pojmowała te sprawy bardzo prosto, dosłownie i jednocześnie radykalnie. Jej wychowanie, jej widzenie świata do tego stopnia na mnie wpłynęły, że chyba dlatego jestem ateistą. Nie potrafiłem pogodzić się z jej dosłownością rozumienia religii.
Regularnie chodzili do kościoła Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Tam też cała trójka przystąpiła do pierwszej komunii.
Wszystkie święta w rodzinie Tomaszewskich obchodzono uroczyście. Każdego roku przed Bożym Narodzeniem dziadkowie własnoręcznie robili ozdoby choinkowe z papieru i słomy, bo bombki traktowali jako niedobrą, niemiecką tradycję. Kiedyś mały Lubomir znalazł pod choinką konika na biegunach.
Poza obowiązkami, czyli nauką i modlitwą, w domu rodzinnym panowała dość luźna atmosfera. Rodzice intuicyjnie stosowali wychowanie bezstresowe na długo przed tym, nim stało się modą. Zabawki poniewierały się po całym mieszkaniu, bo dzieciom pozwalano na wszystko. Podobno żadne z nich nigdy nie usłyszało: "Nie ruszaj tego" albo "Odłóż to". W domu nie było miejsc, do których nie wolno zaglądać, ani świętych mebli, których nie można pomazać kredką.
A rysować lubiła cała wesoła trójka.
W domowych archiwach jest zdjęcie przedstawiające obu chłopców. Lubomir ma na nim może osiem lat. Obie twarze poważne, nieco pucołowate, jak buzie amorków, z odziedziczonymi po ojcu odstającymi uszami. Jasne, proste, niezbyt gęste czuprynki. Obaj ubrani na biało, w bluzy z marynarskimi kołnierzami. Jureczek śmiało i pewnie patrzy prosto w obiektyw aparatu. Lubomir błądzi wzrokiem gdzieś wysoko i w bok, jakby śledził muchę pod sufitem, ale opiekuńczo obejmuje braciszka ramieniem.
Jadwiga wspominała Jureczka jako radosnego, wesołego chłopczyka, zawsze uśmiechniętego, pełnego fantazji i często płatającego nieszkodliwe dowcipy. A ponieważ miał wspaniały słuch, to zwykle zamiast deklamować wierszyki, śpiewał je, wystukując sobie rytm. Lubiany był przez wszystkie dzieci i dorosłych. Podobno przypominał przedwcześnie zmarłego brata ojca, Lucjusza, który przyjaźnił się z całym światem.
Bracia Tomaszewscy, lata 30.
W wolnych chwilach ojciec zabierał dzieciaki na spacery. Długo i barwnie opowiadał wtedy o Warszawie. Był dumny, że Polska odzyskała niepodległość za jego życia, a on chociaż trochę się do tego przyłożył, że Warszawa znów jest stolicą niezawisłego państwa.
Najstarsza z rodzeństwa Jadwiga od najmłodszych lat pielęgnowała w sobie ten ojcowski patriotyzm, odpowiedzialność za ojczyznę, wolność i niepodległość. Tak jak mama fantastycznie haftowała i w ten sposób ozdabiała swoje sukienki i bluzeczki.
- Skończyłam Gimnazjum imienia Królowej Jadwigi, w którym najpierw byłam w harcerstwie, a później, gdy powstało Przysposobienie Wojskowe Kobiet do Obrony Kraju [w 1928 roku], od razu do niego wstąpiłam. Przeszłam szkolenie wojskowe, ćwiczenia w terenie, naukę strzelania. Nie wypada się chwalić, ale w strzelaniu miałam bardzo dobre wyniki. Ojciec nauczył strzelać mnie i moich braci. Mama nie pozwalała, ale ojciec mówił: "a po co to żelastwo na zachodniej granicy, nie wiadomo, czy im się nie przyda"[24].
Gdy 1 września 1939 roku nadleciały pierwsze wrogie samoloty z krzyżami na skrzydłach, Jadwiga została komendantką blokową Obrony Przeciwlotniczej Posesji Hoża 9. Miała dwadzieścia lat.
Najmłodszy z rodzeństwa, urodzony w 1927 roku Jureczek, otrzymał w darze od losu słuch absolutny. Mama Lucyna kochała muzykę, zaczęła inwestować w kształcenie chłopca i naukę gry na skrzypcach. Jureczek uczył się chętnie, tym bardziej że przychodziło mu to z niespotykaną łatwością. Nim wybuchła druga wojna, w wieku niespełna trzynastu lat, miał już opanowany cały repertuar Niccol? Paganiniego.
Jureczkowi Tomaszewskiemu nauczyciele przepowiadali karierę na miarę Ignacego Paderewskiego.
Z takim rodzeństwem wychowywał się Lubomir Tomaszewski junior, nazywany w domu Lubosiem, a potem Lubkiem. Po ojcu odziedziczył przede wszystkim ową "głowę w chmurach".
Przy ulicy Noakowskiego 4 (wtedy przez jakiś czas była Polną 10) w trzypokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze mieszkał inżynier sanitarny Wacław Tomaszewski, rodzony brat Lubomira Tomaszewskiego seniora, stryj Lubomira juniora. Najmłodszy syn Wacława, Bohdan Tomaszewski, był dwa lata starszy od małego Lubka. W dorosłym życiu został słynnym sprawozdawcą sportowym. Wśród kolegów dziennikarzy zyskał przydomek "malarza słowa". Tak wspominał swoje wczesne lata szkolne:
- Miałem dwóch starszych rodzonych braci, Janusza i Wiesława. I oni zorganizowali Międzyszkolny Klub Sportowy "Wyścig", bo naprzeciwko były Pola Mokotowskie i wyścigi konne. Zrobili ten klub, bo wokół były szkoły: Staszica obok Politechniki, Rontalera na Polnej, na Śniadeckich szkoły Przyszłość i Miejska (III Miejskie Gimnazjum Męskie), i dalej jeszcze dwie inne - cała masa sztubaków! W tym klubie była ich niezliczona ilość. A graliśmy w piłkę nawet z juniorami Legii, biegaliśmy i trenowaliśmy w parku. I dowiedzieli się o tym profesorowie naszych szkół. A wtedy nie wolno było należeć do nieformalnych klubów. A tu jacyś chłopcy zrobili sobie klub sportowy! Ale też dowiedzieli się, że cała ta setka zupełnie przyzwoicie się uczy. Może lepiej kopie piłkę i biega na 60 metrów, niż stoi z matematyki, ale byliśmy w porządku. I wszystkie dyrekcje spojrzały przez palce na istnienie tego klubu. Ja tam kopnąłem pierwszą piłkę![25].
Mały Luboś chyba nigdy nie grał ze stryjecznymi braćmi. Sport drużynowy go nie interesował, za to gimnastykował się codziennie.
O wiele bardziej pociągało go malowanie i rysowanie. Twierdził, że wcześniej nauczył się rysować, niż mówić. Gdy w 2014 roku był gościem wspomnianego programu Inny punkt widzenia, prowadzący Grzegorz Miecugow zapytał o pierwszy rysunek, na którym podobno był koń z wozem...
- To nieważne, ale ja go narysowałem z zachowaniem zasad perspektywy! A miałem wtedy dwa, może dwa i pół roku[26].
Tak naprawdę miał prawie cztery. Mama Lucyna zachowała ten rysunek. Przetrwał wojnę i powstanie warszawskie, ale kiedy Lubomir wyjeżdżał z Polski w 1966 roku, rysunek został w kraju. Co się z nim potem stało, nie wiedział.
Drugą wielką pasją Lubosia stała się matematyka. Według rodzinnych relacji w wieku sześciu lat rozwiązywał już zadania na poziomie bez mała uniwersyteckim, a wszelkie techniczne obliczenia robione w domu przez ojca nie miały przed nim tajemnic. W szkole na lekcjach matematyki zwyczajnie się nudził, rozrabiał i przeszkadzał kolegom. Szkoła powszechna trwała wtedy sześć lat, ale gdy skończył klasę czwartą, grono pedagogiczne, przy aprobacie rodziców, zdecydowało o skierowaniu małego, chociaż nad wyraz zdolnego i rozwiniętego urwisa od razu do czteroletniego gimnazjum.
I nagle sytuacja diametralnie się zmieniła. Teraz to nie on, ale jemu przeszkadzali.
- Byłem mały i chudy, najmłodszy w klasie - wspomina Tomaszewski. - Stałem się doskonałym workiem treningowym dla silniejszych ode mnie.
W czasie wakacji przeczytał książkę o górniku, który trenował boks. Zapamiętał z niej, że w boksie ten wygrywa, kto pierwszy uderza.
- Nauczyłem się więc atakować. I po wakacjach, bez słowa, zaatakowałem pierwszego chłopaka, który podszedł, żeby się ze mną zaprzyjaźnić. Pamiętam, zaklął coś na powitanie, a ja odebrałem to jako obelgę i uderzyłem. Sam dostałem nieźle, ale wiedzieli, że zawsze byłem gotowy do ataku[27].
Jednak serce do nauki Luboś stracił. Matematyka poszła w kąt, a on zaczął chodzić na wagary, przynosił coraz gorsze stopnie.
Jadwiga realizowała się w harcerstwie, Jureczek zawzięcie dążył ku karierze genialnego skrzypka, a Luboś skończył gimnazjum i - żeby miał jakiś zawód - rodzice zapisali go do Państwowej Średniej Szkoły Technicznej Kolejowej. Jeszcze z okresu zaborów szkoła ta zachowała dobre tradycje kształcenia ogólnego, ale ukierunkowanego na nauki matematyczno-fizyczne i zawód kolejarza. Przez pierwsze dwa lata odbywały się normalne lekcje, trzeci rok był przeznaczony na praktyczne i warsztatowe przygotowanie do pracy na kolei.
Wrodzone zdolności do matematyki, jakaś nieuchwytna intuicja zostały w Lubosiu na zawsze. Gdy jego córka Christine, urodzona już w Stanach Zjednoczonych, rok przed maturą będzie zmieniać szkołę, usłyszy od nowej nauczycielki: "U nas poziom matematyki jest znacznie wyższy, nie wierzę, abyś mogła nadrobić zaległości do listopada", dziewczynka z wiarą odpowie: "Spróbuję ten materiał przerobić z ojcem". No i będą razem tak długo dłubać przy całkach i różniczkach, aż Christine bez problemów zda egzaminy.
W szkole kolejowej Lubomir junior zaczął naukę we wrześniu 1938 roku. Rok później wybuchła wojna. Świadectwo ukończenia szkoły w 1942 roku otrzymał już w języku niemieckim.
Jestem Katarzyna. Katarzyna Rij. Tego wszystkiego dowiadywałam się o Lubomirze Tomaszewskim stopniowo, w miarę jak rozwijała się nasza znajomość. Może nawet przyjaźń.
- Jak to się stało, że mimo wszystko został pan rzeźbiarzem? - zapytałam, gdy przeszliśmy wśród roztańczonych rzeźb do salonu, a żona Lubomira, Krystyna, zaproponowała herbatę. Kawy Tomaszewscy nie pijali. Potem zaczęli specjalnie dla mnie kupować mieszankę arabiki i robusty.
- To było podczas bombardowania. Siedzieliśmy w piwnicy naszego domu przy Hożej, a z nami mój wuj, brat mamy, Bartłomiejczyk. Lubił mnie. Przed wojną często bywałem u niego w domu. Sam nie miał dzieci i we mnie upatrywał spadkobiercę swoich zdolności plastycznych. Wtedy w tej piwnicy nie wiedziałem, co zrobić z rękami, a że miałem nóż, wziąłem kawałek jakiegoś drewna i zacząłem w nim dłubać. Po jakimś czasie wuj powiedział: "Pokaż mi to". Podałem mu niemal skończoną rzeźbę krowy. A on zareagował bardzo gwałtownie. Złapał mnie za rękę i prawie krzyczał: "On jest rzeźbiarzem, urodzonym rzeźbiarzem!". Później często o tym myślałem, zastanawiałem się, czy wuj zaklął rzeczywistość, czy może jego słowa podświadomie wpływały na moje decyzje? Wiele mu zawdzięczam, był wspaniałym człowiekiem i wielkim artystą.
- Wyrzeźbił pan krowę podczas nalotu? - zapytałam z niedowierzaniem.
- Gdy miałem trzy lata, zrobiłem z plasteliny takiego wielbłąda, że przez kilkanaście lat stał na parapecie okna w przedszkolu jako ozdoba. Dopiero szwabska bomba zniszczyła go w czasie powstania, kiedy zburzyła całe przedszkole.
Starsza siostra zanotowała w powojennych zapiskach, że ściany i tablice freblówki[28] przy Nowym Świecie 19 zdobiły rysunki Lubomira, na parapetach stały jego zwierzątka i inne figurki z plasteliny i z gliny.
Po kilku tygodniach w Stanach Zjednoczonych wracałam do Polski z podpisanym kontraktem na nowe projekty porcelanowych figurek i mocnym postanowieniem sprowadzenia do kraju bodaj jednej dużej rzeźby Lubomira Tomaszewskiego. Zarejestrowałam fundację mającą się opiekować dorobkiem artysty, zaczęłam lobbować, opowiadać, w gazetach pojawiły się pierwsze artykuły. W 2014 roku zorganizowałam w Pałacu Narodów w Genewie największą w Europie retrospektywną wystawę prac Lubomira Tomaszewskiego. I to był przełom. Katalog wystawy z orłami: polskim i amerykańskim na okładce, prezentujący amerykański dorobek artysty, pomagał otwierać kolejne drzwi.
Oficjalne zaproszenie na wystawę "Emotions by Lubomir Tomaszewski" w Pałacu Narodów Organizacji Narodów Zjednoczonych w Genewie. Pierwsza wystawa organizowana wspólnie przez przedstawicielstwa rządów amerykańskiego i polskiego przy ONZ
Wernisaż genewskiej wystawy z udziałem najwyższych władz ONZ, przedstawicieli rządów amerykańskiego i polskiego. Od lewej: Peter F. Mulrean, chargé d'affaires przedstawicielstwa USA przy ONZ w Genewie; Michael M?ller, dyrektor generalny ONZ; Remigiusz A. Henczel, ambasador stałego przedstawicielstwa Polski przy ONZ w Genewie; Lubomir Tomaszewski oraz kuratorka Katarzyna Rij. Galeria Mezzanine, Pałac Narodów w Genewie, 2 czerwca 2014 roku
Promocja szła coraz lepiej.
I właśnie wtedy, w niedzielne leniwe popołudnie zadzwonił telefon, a jakiś malarz pokojowy niepewnym głosem wyznał, że podczas remontu starego domu natknął się na prace Lubomira Tomaszewskiego. W głowie odezwały się dzwoneczki alarmowe. Nie ukrywałam, że jestem fundatorką fundacji, w internecie był numer telefonu. Ale z drugiej strony, skąd malarz pokojowy mógłby się zorientować, z czym ma do czynienia? Tomaszewski nie zawsze podpisywał swoje prace, a i tak nie każdy odcyfrowałby sygnaturę. Może kiedyś podpisywał się bardziej czytelnie? Ale jeżeli podpis okaże się inny, to skąd pewność, że oryginalny?
Spotkaliśmy się z człowiekiem od tajemniczego telefonu i w ten sposób fundacja wzbogaciła się o kilka rysunków Lubomira Tomaszewskiego. Nie zrobiłam zdjęć, nie skanowałam. Nie chciałam wysyłać mu ich w formie zdigitalizowanych komputerowych kropek i kresek. Kupiłam bilet na lot do Stanów.
Ponownie przeszłam przez tańczący las, który miał w sobie mniej radości, od kiedy pewnej nocy złodzieje ukradli większość metalowych fragmentów rzeźb na złom.
Zachowany przez matkę rysunek autorstwa kilkuletniego Lubomira Tomaszewskiego, jeden z kilkunastu, które przetrwały. Datowany ołówkiem na rewersie: Warszawa, 1927 rok
Lubomir, jak poprzednio, ciągnął moją wielką, szarą, niewiele od niego mniejszą walizkę. Manewrował tym bagażem po terminalu lotniska JFK z zadziwiającą łatwością, a był to stary terminal, bariery architektoniczne piętrzyły się niczym schody odeskie w Pancerniku Potiomkinie. Myślałam, że będzie problem z bagażnikiem w samochodzie, ale przecież miałam do czynienia z inżynierem! Do dzisiaj nie wiem, w jaki sposób upchnął tę walizę, ale zrobił to skutecznie. No i dojechaliśmy do domu.
Usiedliśmy przy stole.
- No, pokaż, co przywiozłaś - powiedział, radośnie zacierając ręce. Czasem wychodził z niego mały warszawski zawadiaka z podwórka przy Hożej. Poza tym od poprzedniej wizyty przeszliśmy już na ty.
Wyjęłam z torby na laptopa sztywny kartonik odnaleziony w remontowanym domu. Lubomir wstrzymał oddech.
- O Matko...
Patrzył na rysunek konika w perspektywie.
[...]
Redakcja: Jacek Świąder
Korekta: DMC ProMedia
Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter
Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska
Fotoedycja: Waldemar Gorlewski
Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer
Źródła zdjęć (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): okładka: Czesław Czapliński /FOTONOVA/East News; s. 13, 136, 142-143, 148-149, 170, 174, 352-353, 356, 358 Archiwum Fabryka Porcelany AS Ćmielów; s. 6, 15, 39, 54-55, 78, 82-83, 92, 99, 104-105, 115, 124, 127, 164, 185, 189, 199, 200, 206, 209, 216, 221, 225, 228, 233, 236, 238-239, 248, 252, 254-255, 259, 260, 264, 273, 276, 279, 281, 282, 284, 286-287, 292, 295, 296, 299, 301, 302, 306, 307, 313, 315, 318-319, 322, 324, 327, 330, 332-333, 335, 355 Archiwum Fundacji Art and Design Lubomir Tomaszewski; s. 23, 24, 28, 32, 34, 40, 86, 113, 181 Archiwum rodzinne Lubomira Tomaszewskiego (reprodukcje Waldemar Gorlewski); s. 47 Archiwum Państwowe w Warszawie; s. 130, 160-161 (x4), 165, 166 (x2) Archiwum Instytutu Wzornictwa Przemysłowego (reprodukcje Waldemar Gorlewski); s. 17 BE&W; s. 18, 263, 304, 339, 343 Katarzyna Rij; s. 75 Wikimedia Commons
Wydawca oświadcza, że pomimo podjętych starań nie udało mu się ustalić wszystkich osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce. Prosimy w razie czego o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00).
Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
? copyright by Agora SA, 2021
? copyright by Jerzy A. Wlazło & Katarzyna Rij, 2021
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2021
ISBN: 978-83-268-3727-2
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej