ROZDZIAŁ I
PRZEPŁYWAMY OBOK SIEBIE
Obawiam się, że zaczyna "pachnieć katafalkiem".
Nie, raczej nie. Przyjemnie mówić i pisać o przemijaniu, bo, jak każda taka masochistyczna babranina, ma to swój urok. Człowiek myśli, że jak napisał o tym przemijaniu, to już tak trochę mniej przemija.
Żyje mu się dzięki temu łatwiej?
Nie chodzi o to, czy łatwiej czy trudniej. Chodzi o styl. Trzeba żyć w wielkim stylu i starać się tak umrzeć, a nie jakoś głupio wpaść pod helikopter.
Można mądrze?
Coś ci opowiem, mądralo: któregoś wieczora byłam bardzo, bardzo smutna, zrozpaczona. Umarła moja mama, potem piłam jakiś alkohol, po którym się człowiek jeszcze gorzej czuje. Wyszłam sama na spacer, bardzo nieszczęśliwa i nagle zrobiło się bardzo cicho, jakoś strasznie, jakoś pusto, a przelatujący gołąb kopnął mnie w głowę. Ludzie i zwierzęta tacy są: gdy jesteśmy słabi - od razu chcą nam dokopać. Sama do siebie wtedy powiedziałam: szeptem przeleciał ptak nad moją głową, bo było tak, jakby jakiś potwór wyłączył nagle fonię i jakby to świat przestał istnieć, a nie ja... Chciałabym, żeby właśnie tak skończyło się nasze przedstawienie: żeby się jakoś wszystko rozlazło. Przecież na dobrą sprawę nie wiadomo niczego na pewno.
W takich chwilach modlitwa nie pomaga?
Nie umiem się modlić. Odpowiada mi taki sposób myślenia o sobie, jaki mają na przykład bohaterowie powieści Singera: na bieżąco sam Bóg prowadzi ze mną swego rodzaju buchalterię, mogę z nim jakieś sprawy załatwić, mogę coś wyżebrać. Próbowałam się modlić, ale nie miałam cierpliwości. Są ludzie głębokiej wiary i ludzie małej wiary, i ludzie nieciekawej wiary, ja nie wiem, jaka jestem, chciałam, żeby Bóg, choć na chwilę, odłączył mnie od prądu.
Co wtedy?
Cisza.
Prof. Maria Janion napisała: "Czytam w niej zdolność do miłości wielką i przerażającą, ostrą świadomość istnienia. Jak skamandryci porównywała życie do tańca. Zmysłowość i witalizm są u niej podszyte grozą".
Rzeczywiście snobuję się na Skamandra. Notabene zostałam za to ukarana: odwiedziła mnie pewna młoda osoba i oznajmiła,że pisze o mnie magisterium! Natychmiast zaczęłam się mądrzyć i powiedziałam między innymi: "Jako poetka - jestem córką Skamandra". A na to ona: "A ja myślałam, że pani jest córką pana Osieckiego!". Potem zaczęła zadawać pytania, a ja nie cierpię udzielać wywiadów.
Sporo ich jednak powstało.
Nie odmawiam na ogół, bo jestem ze szkoły Jerzego Kosińskiego: źle czy dobrze, byleby z nazwiskiem. Lubię farbować swoje wróble.
Skąd się to bierze?
Z czarnej melancholii. To przypadłość, którą odziedziczyłam po matce. Niemal wszystkie tarapaty, wszystkie plagi i koszmary, w jakie się wpakowałam, zawdzięczam sobie. Bardzo mało mam za sobą takich jakichś klasycznych "przygód", znaczących zdarzeń, które przyszły z zewnątrz. Każdy siwy włos na mojej głowie wyprodukowałam osobiście. Po prostu w coś brnę, dokądś gnam i nie rozpoznaję po drodze znaków ostrzegawczych. Potem pojawiam się w punkcie wyjścia, na jakiejś pustej stacji, zaryczana, pokaleczona, z bałaganem w sercu, jak w tobołku u Cyganki i... brnę w następne nieszczęście.
Przyjaciele nie ostrzegają w porę?
Myślę, że im człowiek starszy, tym mniejszy ma krąg najbliższych, przynajmniej ze mną tak jest. Kiedy byłam dzieckiem czy młodą dziewczyną, ojciec się ze mnie wyśmiewał i mówił: "Ty masz serce jak Brama Floriańska". Ledwo kogoś poznałam, już nazywałam moim przyjacielem czy przyjaciółką. A był taki czas, kiedy w szkole pływałam jako zawodniczka Legii i co drugiego kolegę nazywałam przyjacielem. Cała drużyna - to byli moi przyjaciele. Dziś przeglądam zdjęcia i połowy tych ludzi w ogóle nie poznaję. Potem, gdy jeździłam z przyjaciółmi z teatrów studenckich na Mazury, nad morze, też ciągle przebywałam w jakiejś dużej grupie. Marzyłam o rodzeństwie, więc się tak rzuciłam w ludzi. Miałam nawet sny, że żyję sobie jak Królewna Śnieżka wśród krasnoludków, a te krasnale - to są moi bracia.
Dwa, trzy krasnale nie wystarczą?
Lubię przebywać w tłumie. Włóczę się. Bardzo dużo chodzę. Często zaglądam sama do rozmaitych barów, sporo jeżdżę po Polsce i nie są to podróże w poszukiwaniu tematów. Po prostu od wczesnej młodości jest mi potrzebny pewien sposób obcowania z ludźmi, który nie jest konwersacją. Nie boję się ludzi. Lubię się o ludzi poobijać trochę. Najbardziej boję się być sama w nocy w pustym mieszkaniu.
Jeden z naszych raperów śpiewa, że kiedy zostaje sam w domu, czuje ból egzystencji i smród miasta.
W mojej młodości chłopcy pojękiwali inaczej: "Przepływamy obok siebie jak okręty mijające się nocą". Ludzie wydzierali sobie Sartre'a, opijali się potwornie mocną herbatą, łazili po nocy na cmentarz i palili papierosy w charakterystyczny sposób - do końca, do poparzenia palców i ust. Odkrywaliśmy słynny sartre'owski ból istnienia i tarzaliśmy się w nim, piszcząc z rozkoszy, bo to były małe miki w porównaniu ze strachem i nudą, z których to właśnie się wydobywaliśmy.
Łapaliście, jak pisał Sartre, czas za ogon?
Myśmy się czepiali kolorowych baloników, kiedy gdzie indziej już dawno uszło z nich powietrze. Ludzie przeżywali szok radości, jeszcze nie wiedzieli, że wpadli z deszczu pod rynnę, i szaleli ze szczęścia, że przeżyli. Ojciec grał w knajpie Neptun na Marszałkowskiej - to była knajpa usadowiona w gruzach - siedział przy pianinie w swoich przetartych spodniach na przetartym jaśku - i wracał do domu mostem pontonowym, kiedy już było całkiem widno. Ludzie nie mogli przestać tańczyć.
A tacy na przykład Francuzi - nie tańczyli?
Francuzi też tańczyli, ale pod spodem tańcowały czarne myśli, potwory wątpliwości. Myślę, że z trudem po wojnie mogli patrzeć w lustro, ciągnęło się za nimi widmo kolaboracji i to było nie do zniesienia, więc wykonali swoistą przerzutkę: jeżeli jestem marnym człowiekiem, to znaczy, że ludzie są w ogóle marni, bo życie jest marne. Potem to się rozwinęło w różnych kierunkach. Sartre tak się rozfilozofował, że w ogóle nie mógł przestać, Simone de Beauvoir natomiast pocwałowała w stronę feminizmu i zostawiła po sobie coś w rodzaju przepisu: jak być szczęśliwą, nie będąc nią.
A u nas?
"W Paryżu kwitną bzy, gdy u nas niedźwiedź śpi i czarne chmury goni halny wiatr". Pamiętam, była wczesna jesień, włóczyły się mgły, a ja szłam i szłam bulwarami nad Sekwaną. Obok pachniały kafejki, pojękiwały statki płynące ocembrowaną i marudną rzeką. Miałam dwadzieścia lat, właśnie dostałam się do szkoły filmowej w Łodzi i wiedziałam jedno; jeśli pojadę do szkoły, będę całkiem innym człowiekiem, niż zostając we Francji. Musiałam podjąć decyzję, ale w pewnym sensie dalej tamtędy idę. Jeśli mnie Pan Bóg zawoła, zacznę się wyrywać i wrzeszczeć: Panie Boże, puść mnie, jeszcze nie skończyłam wędrówki przez Quai Voltaire!
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI